Czy warto inwestować w fundusze typu ETF?

Fundusze ETF czyli fundusze naśladujące ruch indeksów giełdowych reklamowane są jako Święty Graal dla tzw. typowego inwestora. Czy faktycznie warto w nie wejść?

Klasyczne fundusze inwestycyjne (zwane wcześniej powierniczym, ponieważ majątek funduszu oddzielony jest od majątku zarządzającego -powiernika) bazują na idei, która ma 100 lat – finansiści są mądrzejsi od „przeciętnego inwestora”, więc należy im płacić grube pieniądza za możliwość korzystania z ich wiedzy i doświadczenia. Ponadto, stosowane w instytucjach finansowych zabezpieczenia, pozwalają minimalizować straty i osiągać nieprzeciętne zyski.

Popularna literatura ekonomiczna (poradniki, takie jak „Czas wypłaty”) oraz blogerzy finansowi, ale i byli pracownicy, którzy porzucili Wall Street obalili wszystkie tego rodzaju tezy. Fundusze inwestycyjne w całej masie, nie są wcale ani bezpieczniejsze, ani zyskowniejsze niż … indeksy giełdowe, ale za to znacznie droższe w obsłudze. Opłata za zakup jednostek udziałowych w „klasycznym” akcyjnym TFI wynosi nawet 5% (de facto inwestujesz 95 % wpłaty). Do tego dochodzi roczna opłata za zarządzanie – max. 2% zgromadzonych środków, „success fee” – zazwyczaj 20% „nadprogramowych” zysków itp. Krótko mówiąc, płacisz gdy fundusz zyskuje, gdy stoi w miejscu i gdy traci. W efekcie zamiast zarabiać sporo – Twoje zyski okazują się śmieszne. Dlaczego? Ponieważ to nie Ty masz zyskiwać, ale zarządzający funduszem.

ETF działa inaczej. Ma minimalne opłaty za zarządzanie (łączny koszt 0,07% rocznie w przypadku ISHARES CORE S&P 500 ETF – w portfelu mojego PPK) i często zerowe opłaty wejściowe. Już to daje sporą przewagę na starcie. Do tego nie płaci za analizy i zarządzanie, bo po prostu odzwierciedla skład indeksów: X-TRACKERS MSCI EMU UCITS ETF – giełd europejskich, a ISHARES CORE S&P 500 ETF – amerykańskiego S&P500. Oczywiście waluta wystawienia (euro lub dolar) eksponuje nas na ryzyko giełdowe. Kupujemy też pośrednio wszystkie akcje wchodzące w skład indeksu, nawet te najgorsze. Ale za to nie musimy myśleć. I jeśli myśleć nie lubimy – zyskujemy. Gdybym zamiast kupować wybrane akcje polskie (co robię) w ostatnich latach inwestował np. w Beta ETF WIG20 TR w rok straciłbym 6%, w 2 lata „tylko” 1,5%. Na przestrzeni 3 lat zarobiłbym 1%. W tym czasie WIG20 wypadł nawet gorzej (-8%, -5% – 3%). A poszczególne akcje?

  • KGHM – 1 rok (- 24% ), 2 lata (- 29%), 3 lata (+74%),
  • PZU – 1 rok (+26%), 2 lata (+39%), 3 lata (+18%),
  • CD Projekt – 1 rok (-19%), 2 lata (-41%), 3 lata (-56%),
  • Asseco Business Solutions – 1 rok (0%), 2 lata (+12%), 3 lata (+29%).

Przy czym cały czas mówimy o jednorazowej inwestycji w dokładnej dacie na zamknięciu. Uśrednianie ceny nabycia (najpopularniejsza metoda – napiszę o niej), może dać zupełnie inne wyniki. I tu widzimy, że osiągnięte rezultaty spółek różnią się pomiędzy sobą i od samego WIG20 (ABS nie wchodzi w skład powyższego indeksu – jest za mała).

Czego to nas uczy? Jeśli chcemy mieć święty spokój i nie boimy się ryzyka – kupujmy ETF. Jeśli sądzimy, że dysponujemy dobrą strategią – inwestujmy w akcje samodzielnie. Kto nie może spać z myślą o spadkach – niech wybiera inne „spokojne” klasy aktywów (jak obligacje SP) i… nie płacze przy tym, że nie osiąga zysków pow. 6-7% średniorocznie.

Zawsze jednak trzymajmy się z daleka od klasycznych TFI, bo pięknie wydrenują nam kieszenie, nie stratami lecz za pomocą opłat.

O rosnących kosztach – raz jeszcze. Jak podrożały leki i wizyty lekarskie oraz czy publiczna służba zdrowia ma sens?

Generalnie staram się unikać lekarzy. Chodzę do nich wyłącznie przyciśnięty do muru – badania okresowe, kontrola przewlekłej choroby, L4 – jeśli już muszę, złamana noga itp. Statystycznie odwiedzam ich 1 raz na rok.

Nie zmienia to jednak mojego oglądu sytuacji. Zdrowie, w teorii bezpłatne, okazuje się całkiem kosztowne, zwłaszcza dla tych, którzy faktycznie chorują. Minister zdrowia (ekonomista) zaklina rzeczywistość pisząc, o kolejkach w prywatnych przychodniach dłuższych niż w państwowych. Jaja sobie z nas robi. Każdy, komu przyszło zachorować, wie jak to wygląda. Litościwie pomijam stomatologię czy ginekologię (90% wizyt prywatnie). Zostańmy przy typowych potrzebach. Ot, choćby moich.

Lekarz rodzinny. Dostaje się w dniu zapisu. Przy czym to placówka prywatna, tylko finansowana ze składek zdrowotnych. Dostanę tam podstawowe badania, receptę, zwolnienie, poradę. Kiedy dzieje się coś poważnego (w moim przypadku chore nerki, zaostrzenie astmy, problem z sercem, zatoki, złamana noga) idę do specjalisty.

Specjaliści w przychodni. Dostałem ataku rwy kulszowej. Rezonans na NFZ w publicznej placówce – pół roku. U „prywaciarza” – za 2 dni. Minęło trochę czasu – obecna cena 600 zł (było 400 zł). Złamałem nogę (10 lat temu). Prywatna przychodnia (na NFZ) – tego samego dnia, razem z badaniami. Orteza (taki specjalny but zamiast gipsu) kosztował 200 zł, po odstaniu w kolejce w siedzibie NFZ (strach pomyśleć, gdybym mieszkał w małym mieście lub na wsi – jedź ze złamaną nogą 50 km) połowę mi dofinansowano. Ale i tak było przynajmniej szybko.

Swoją chorobę przewlekłą leczę prywatnie od kilkunastu lat. Przyczyna? Umówienie wizyty na NFZ trwa … 3 miesiące. Pełnopłatnie (w tej samej przychodni) – w tygodniu. Wizyta, która jeszcze przed pandemią kosztowała 100 zł, teraz kasują 200 zł. Podobnie z sanatorium. Wolę pojechać do siebie w góry, zapłacić 400 zł za zabiegi (20 z/dziennie) dołożyć 40 zł za wodę i wyjechać… już. Na NFZ czekałbym pół roku i wylądował w terminie i miejscu wybranym przez panią z okienka, przy pomocy maszyny losującej. Za dojazd zapłaciłbym tak samo, za pokój dwuosobowy – dopłacałbym. Chore zatoki leczyłem podobnie.

Parę razy odwiedziłem kardiologa. Prywatnie – ten tydzień. Na NFZ – za kwartał. Wybrałem płatność (ceny podobne jak u powyżej). W NFZ-cie możliwość wyboru, jeśli zależy nam na czasie – zerowa. Szukając (jak chciał pan minister) w wyszukiwarce, nie wiesz, kto cię przyjmie. A zaufanie to w tej branży, istotny towar.

Szpital. Byłem w nim 2 razy w życiu (nie liczę urodzin). Nie powiem, leczenie doskonałe (do kardiologa poszedłem prywatnie, właśnie do swojego lekarza prowadzącego), jedzenie znacznie gorsze. No i przywieziony karetką nie czekałem długo.

W ciągu ostatnich 20 lat odprowadziłem 350 tys. zł składki zdrowotnej, a mimo tego musiałem, poza szpitalem, korzystać z prywatnej opieki medycznej. W szpitalu byłem łącznie 4 dni. Prywatne ubezpieczenie wg dzisiejszych stawek (z opcją szpitalną) kosztowałoby mnie … 350 zł miesięcznie. Taka to różnica pomiędzy państwowym i prywatnym.

Jest jeszcze jeden temat-rzeka – ceny lekarstw. Jeszcze w październiku 2022 r. płaciłem za swój lek ryczałtem 3,65 zł, w styczniu 2023 r. … 13,40 zł. Tak, podwyżka wyniosła prawie 300%. Za leki na zatoki, przeziębienie, uszkodzoną nogę – recepty regulowałem w 100% (0 refundacji). A gdybym był poważnie chory? Znany mi 65-latek zostawia w aptece …. 700 zł miesięcznie. Bo po 45 latach pracy i serce niedomaga, i wrzodów się nabawił, kręgosłup boli i jeszcze jakieś komplikacje pocovidowe. Strach pomyśleć, co będzie, gdy przejdzie na emeryturę. Stąd – jestem zwolennikiem zerwania z fikcją. Składka zdrowotna – tylko na szpitale. Przychodnie – niech każdy płaci prywatne ubezpieczenie. Tylko w ten sposób pracujący, płacący 20 tys. zł składki rocznej, zrówna się z emerytem, bezrobotnym, którzy mają czas na siedzenie w poczekalni. Bo na razie, pracując, zostaje na straconej pozycji.

Marcowy dylemat z PPK. Jak go rozwiązać? Czy warto inwestować w PPK?

Zgodnie z wolą większości sejmowej, wymyślono przymusowy zapis do PPK (Pracownicze Programy Kapitałowe). Oczywiście jest czas, żeby się wypisać – wystarczy złożyć deklarację pracodawcy. Co robić?

Cała sprawa ma dwa wymiary – ekonomiczny i polityczny. Zacznę od drugiego. Wobec alarmujących doniesień o wysokości emerytury dzisiejszych czterdziestolatków (80% dostanie minimalną – na dzisiaj ok. 1500 zł, a reszta 20-30% ostatniego wynagrodzenia), rząd musi pokazać, że coś robi. I wymyślili – ponieważ do stworzonego kilka lat temu programu nie było zbyt wielu chętnych – zapisujemy przymusowo wszystkich, może nie zdążą wypisać się (albo z lenistwa tego nie zrobią). Wtedy odtrąbimy sukces, a mamy dalsze alibi na utrzymywanie głodowych emerytur (podobnie jak jest nim masowa praca seniorów). Całość wymyślono jako dodatkowe podniesienie kosztów pracy (zatrudnienia pracownika), o ponad 3,5% (3,5 % składki i podatek dochodowy od partycypacji pracodawcy).

Ekonomicznie całość nie wygląda tak źle. Po pierwsze, naśladujemy program obecny na całym świecie – dodatkowych emerytur kapitałowych. Po drugie, poprzez wpłaty pracodawcy i dopłaty państwowe uzyskujemy ciekawy „wehikuł inwestycyjny”. Po trzecie, mamy dostęp do inwestowania na Zachodzie, co w przypadku krachu złotówki, da nam pewien plus. Z tych ekonomicznych powodów, jako jeden z niewielu w swoim otoczeniu, zapisałem się kilka lat temu do PPK. Czas na wyniki, bo może one otworzą oczy niedowiarkom.

Do PPK wstąpiłem w 2021 r. Pierwsze wpłaty poszły w kwietniu i maju 2021 r., co oznacza prawie dwuletnie inwestowanie. Przypisano mnie do funduszu PKO TFI Emerytura 2035. A oto rezultaty:

  • dostałem 500 zł wpłaty powitalnej oraz 480 zł dopłaty rocznej (za chwilę minie mi druga rocznica, wtedy dopłacą kolejne 480 zł), ponieważ mam dwa rejestry i dwóch pracodawców
  • na każdym koncie mam ok. 7200 zł – w sumie dokładnie 14.350,84 zł.
  • wynik inwestycji funduszy jest minimalnie ujemny (ok. – 46 zł). Na samej wpłacie powitalnej straciłem ok. 6,6%. W tym czasie (od daty wpłaty powitalnej) WIG 20 stracił prawie 10%.
  • pracodawcy wpłacili ok. 6000 zł, a moja wpłata wyniosła nieco ponad 8000 zł.

Podsumowując wpłacając niecałe 9200 zł (dochodzi podatek od wpłat pracodawcy), mam na kontach zaksięgowane 14.350,84 zł. Już ta informacja (zysk ok. 50%/ 2 lata znacznie przekraczał inflację) powinna skłonić do pozostania w programie. Oczywiście, to nie wynik cudów, ale dopłat pracodawców, które nawet z uwzględnieniem podatku (netto ok. 4800 zł) odpowiadają za końcowy rezultat.

Czy ekonomicznie są tu słabe strony? Tak. W krótkim okresie wpłaty pracodawcy decydują. W dłuższym, istotny będzie wynik na działalności inwestycyjnej. Jego nie przewidzimy. Na razie wypada nieco lepiej (-6,6 % na wpłacie powitalnej) niż benchmark (WIG20 – 10%), ale gorzej niż dobrane przeze mnie prywatnie akcje (+40%).

A skład portfela Emerytura 2035? 60% instrumenty dłużne, 40% instrumenty udziałowe. A dokładnie (dane na 31 stycznia 2023 r.)?

  • akcje polskie 38%,
  • obligacje skarbowe 35%,
  • tytułu uczestnictwa funduszy akcyjnych 16%,
  • obligacje korporacyjne 6%
  • inne – 5%.

Za inwestycje zagraniczne odpowiadają głównie dwa fundusze ETF – X-TRACKERS MSCI
EMU UCITS ETF oraz ISHARES CORE S&P 500 ETF. Przyjrzę im się w kolejnych wpisach.

Wreszcie odpowiedź na fundamentalne pytanie – czy warto wchodzić w PPK? Moim zdaniem, tak. Zarówno na krótki okres (zyskujemy na wpłatach pracodawcy), jak i dłuższy (wynik lepszy niż WIG20+ wpłaty pracodawcy). Zresztą, zawsze możemy zrezygnować.

Jak podejmuję decyzje zakupowe.

Zanim coś kupię zadaje sobie szereg pytań, o których poniżej. Stworzyłem też swoistą hierarchię działań. Wygląda to mniej więcej tak.

Kiedy nachodzi mnie chętka na zakup, czegoś co nie jest jedzeniem, staram się podjąć decyzję inaczej niż pod wpływem impulsu. W tym celu najpierw odkładam zakup, przynajmniej o 1 dzień, a najlepiej o tydzień. Jeśli nadal chcę to kupić (czyli nie mam do czynienia z kompulsywną reakcją), stawiam pierwsze i fundamentalne pytanie: Czy mnie na to stać? Jeśli tak, przechodzę dalej. A „stać mnie” ma dwa wymiary: na zakup i na utrzymanie.

Następnie zastanawiam się: Ile razy tego użyję? Czy nie da się tego wynająć za rozsądną cenę? Czy nie mogę użyć w tym celu, przedmiotu, którym już dysponuję? Po tej odpowiedzi wiele zakupów odpada. Bo weźmy słabość wielu facetów – narzędzia i gadżety. Po co mi 3-ci szpadel, 2-ga kosiarka czy wiertarka? Jak cel widzę w zakupie kolejnego kompletu wierteł? No żaden. I temat umiera. Podobnie będzie w przypadku książek (kolejna moja słabość) – część pożyczam, są biblioteki, mam zaprzysięgłych czytaczy w najbliższym otoczeniu.

Następne pomysły umierają po pytaniu: Czy będę miał gdzie to trzymać? Piwnica, garaż, dom na wsi, strych , biblioteka, nie są z gumy, a i tak walczę z plagą przydasi.

Na koniec, eliminuje kolejne potencjalne zakupy wątpliwością o ilość energii życiowej, którą muszę poświęcić na zarobienie ceny (zaczerpnięte z Your Money or Your Life, Dominguesa i Robbins)? Jeśli cały dzień „pocę się” w pracy, żeby pozwolić sobie na jakiś ciuch, zazwyczaj rezygnuję.

I na tym kończy się seria pytań. Potem następuje dalsza eliminacja, oparta na hierarchii.

Nie kupuję, jeśli mogę sam to zrobić. To credo człowieka samowystarczalnego. Po co płacić za towar (np. owoce) lub usługę (malowanie mieszkania) skoro potrafię (czyli mam możliwość) wykonać to samodzielnie. Bez sensu. To marnowanie nie tylko pieniędzy, ale i energii życiowej.

Jeśli kupuję, to rzeczy wyprodukowane przez polskie firmy. Tutaj doskonale sprawdza się reguła przedwojennych narodowców „Swój, po swoje, do swego”. Po co mam wzbogacać Niemca, Francuza czy Chińczyka (nie mówiąc już o podatnikach Putina), skoro Polacy robią to lepiej. Wiele razy spotykam się jednak z sytuacją, że nie da się kupić polskiego (np. samochód).

Jeśli polska firma tego nie robi, to może chociaż produkcja przeprowadzana jest w Polsce? To dotyczy głównie chemii, jedzenia, AGD. Wolę żeby Polacy mieli pracę, napełniali wspólną kasę niż ma zarobić Niemiec.

Jeśli robi to polski przedsiębiorca, wybieram lokalsa. Nie napędzam w ten sposób bezsensownego transportu. Ponownie – bliższa koszula ciału.

Jeśli lokalny producent, to najlepiej kupić u źródła (np. ziemniaki od rolnika), a nie korzystać z pośredników (lokalne warzywa w sklepie).

Wreszcie – czy podzielam poglądy właścicieli biznesu (jeśli je znam). Ostatnio piekarnia, w której kupowałem pieczywo przez kilka lat, wywiesiła zdjęcie właściciela z politykiem, którego ani lubię, ani szanuję. Ponieważ nie chcę jeść chleba przemysłowego (z marketu) ani z najbliższej piekarni (gorszy), pojechałem po automat do chleba i zaczynam piec sam. Nie zamierzam karmić kogoś, kto wspiera szkodnika. Tym sposobem, lewica nie pije piwa Ciechan ani Cisowianki (oraz tylko sika na Orlenie), prawica wódki od Palikota, katolik nie inwestuje w fabrykę prezerwatyw, a pacyfista w producenta broni. I świat jest prostszy – „Swój, do swego, po swoje”.

Czasami taki radykalizm może być niewygodny, bo trzeba zrezygnować z produktu faktycznie dobrego (jak w mojej rodzinie z kosmetyków od babuszki Anisji), lecz na dłuższą metę warto.

Czy mój program „sankcji na Putina” okazał się skuteczny?

Pod koniec lutego  2022 rozpocząłem mój program „osobiste sankcje na Putina”, polegający na ograniczeniu zużycia gazu w domu.  Poszło to dwutorowo.

Czytaj dalej Czy mój program „sankcji na Putina” okazał się skuteczny?

Oszczędzanie w czasach inflacji. Ile możesz zyskać, jeżdżąc zgodnie z przepisami?

Znam wiele osób (nawet dobrze zarabiających), których obecna sytuacja zmusiła do zdjęcia nogi z gazu. Po prostu policzyli wszystko dobrze. Ja też robię to dla Was. Czytaj dalej Oszczędzanie w czasach inflacji. Ile możesz zyskać, jeżdżąc zgodnie z przepisami?

Absurdy Matrixa, czyli jak możesz wykorzystać błąd systemu do wyremontowania domu za darmo.

Silny nacisk na produkcję klientów socjalu prowadzi do „błędów i wypaczeń” znanych z poprzedniej epoki. Matrix sam się zacina i zaczyna produkować idiotyczne sytuacje. To blog o finansach osobistych, więc pomijam dyskusję czy użyte przez Gretę Thunberg określenie „small dick energy” było obraźliwe czy „zgasiło boga inceli”.

Pewnie słyszeliście, że rząd postanowił dofinansować koszty inwestycji nakierowanych na wykonanie przez obywateli termomodernizacji budynków tzw. program Czyste Powietrze. W założeniach nie jest to może głupie, ale wprowadza rozwalające system kryterium dochodowe. Im mniej wykazałeś dochodu, tym więcej możesz wydać, a zarazem państwo zwróci więcej.

Ma to dwie słabe strony: wspiera szarą strefę (zarabiający w niej nie wykazują dochodów) oraz kombinatorów (obniżających sztucznie zyski w jednym, istotnym roku) i zniechęca do pracy (która jest najwyżej opodatkowana).

W efekcie mamy ciekawe wnioski. Załóżmy, że pracując na etacie zarabiam ok. 200 tys. zł. W banku widzę 65% tej kwoty. Osiągający podobne wyniki mały przedsiębiorca, który kupił używane auto elektryczne i nieruchomość może wykazać nawet stratę i zobaczyć na koncie o 50% więcej.

W efekcie, gdybym rozliczał się sam nie dostanę grosza z programu czyste powietrze. Gdyby żona zarobiła jeszcze powyżej 70 tys. zł (dochód zsumowany przekroczy 270 tys. zł), wtedy nie mamy szans na żadne dofinansowanie. Jeżeli zrezygnuje stracę 100 tys. dochodu, dostanę dofinansowania maksymalnie 66 tys. zł (co zrekompensuje mi stratę netto). Jeżeli rzucimy wszelkie prace (dostaniemy tylko zasiłek dla bezrobotnych), mamy szansę na 135 tys. zł i 100% poniesionych kosztów. Dobrze czytacie, bezrobotny dostanie średnie dofinansowanie w wysokości 11 tys. zł miesięcznie – prawie trzy przeciętne pensje. Warto?

Inna opcja zamiast pracy działalność gospodarcza ze stratą księgową w pierwszym roku, praca na czarno i darmowe 135 tys. zł wpada do kieszonki. Korzystacie?

Jak dla mnie całkiem porąbane.

Dlaczego nie zamieszkać na wsi? Pokłosie rozmowy z osobą, która woli wynajmować ze skromnej emerytury.

Czytelnicy bloga wiedzą, że jestem zwolennikiem „wiejskiego życia” w opcji nieradykalnej czyli łączenia mieszkania na wsi z minimalną aktywnością zawodową. Ot, mieć ciasto i zjeść ciastko. Dzisiaj padną argumenty opcji przeciwnej – bezwzględnie miasto w każdym wymiarze. Podał je członek mojej rodziny, dla którego tanie życie w niewielkim domku powinno przedstawiać najrozsądniejszy wybór. Gdy w grę wchodzą emocje, nikną argumenty racjonalne.

O rozmówcy.

Połowa pary w wieku wczesnoemerytalnym, wynajmującej mieszkanie w wielkim mieście (czyli płacącej ok. 3500 zł za mieszkanie + opłaty). Dochody – 2x emerytura + pensja – w sumie 10.000 zł. Na dwie osoby całkiem sporo, ale raty kredytów, utrzymanie dwóch aut, no i wynajem zostawiają na życie ok. 3000 zł.

Alternatywa

Mały domek na własnej działce, 35 km od dużego miasta i niecałe 10 km od małego. Koszt 50 tys. zł – na materiał (obie osoby z wykształceniem budowlanym).

Argumenty przeciwne przeprowadzce na wieś.

  1. Jestem zwierzęciem stadnym.
  2. Mam swoje towarzystwo w organizacji charytatywnej.
  3. Na wsi nie znajdziemy pracy.
  4. Ciężko jest pracować przy domu.
  5. Nie wyjedziemy z działki i umrzemy z głodu.
  6. Wiosną i jesienią – błoto.
  7. Nie stać mnie.

Ile razy słyszeliście takie (lub podobne) słowa? Czy rzeczywiście mają one swoją wagę?

Jestem zwierzęciem stadnym. Wiadomo, miasto daje poczucie szerokich więzi towarzyskich. Zazwyczaj jednak bywają to związki dość płytkie. Na wsi może

Czy giełda może dać nam wolność finansową?

Ostatnio, z racji otoczenia ekonomicznego, liczba wpisów poświęconych inwestowaniu dramatycznie się zmniejszyła. Postanowiłem nadrobić zaległości, jednocześnie odpowiadając na fundamentalne pytanie – czy możliwa jest wolność finansowa osiągana dzięki inwestowaniu na giełdzie.

Giełda pozostaje jednym ze sposobów inwestowania, który daje szanse na spore zyski. Chciwych i zbyt pewnych siebie, sprowadza do parteru, czyszcząc im konta. Nigdy dosyć przypomnienia o tych faktach. Tak, tak, w niesprzyjających okolicznościach (czyli raz na dekadę), z indeksu wyparowuje 1/3, 1/2, a nawet 2/3 tzw. wartości. Po co więc zawracać sobie głowę akcjami?

Powód pierwszy – akcje niosą za sobą szansę na ponadprzeciętne wzrosty.

Powód drugi – giełda stanowi optymalne wyważenie pomiędzy ryzykiem a potencjałem zysku, o ile robimy to z głową. Co znaczy „z głową” wielokrotnie tłumaczyłem, odwołując się do samego Warrena Buffeta.

W książce „Money. Mistrzowska gra” Tony Robbins tłumaczy to.. po mistrzowsku odwołując się do istotnych prawd: dywersyfikacja (nigdy wszystkie jajka nie lądują w jednym koszyku), inwestowanie w to, na czym się znamy, długoterminowe budowanie wartości oraz jak ognia unikanie podatków. Książka ma 515 stron, ale sięgnijcie do niej, bo warto.

Wracając jednak do naszych baranów, czyli akcji. Dzisiaj, przy inflacji ok. 17%, lokatach na 7% rocznie, giełda wydaje się przeżytkiem. Po co ryzykować dla 8%, skoro mamy pewne 7%? Niegłupie pytanie? Tylko, jeśli zakładamy, że takie warunki potrwają 10 lat. Nawet wtedy, zawsze znajdą się „akcje-perły” i moment by je kupić.

Na blogu często odwołuje się do spółek, które sam kupiłem, ze szczególnym uwzględnieniem mojego faworyta Asseco Business Solutions. W kwietniu 2022 r. kosztowała 42 zl, potem spadła do 28 zł, a teraz znowu da się kupić za 35 zł. A mówimy tylko o roku. Gdyby jednak ktoś, jak ja zainwestował w nią w 2015 r., kupując w okolicach 10-12 zł? Wtedy odzyskałby początkowy wkład z dywidendy czyli…. miałby akcje za darmo. Co więcej kupując w lokalnym dołku (za 28 zł – spadek o 1/3), osiągnąłby stopę dywidendy na poziomie 7,5% (w 2022 r. wypłacono jej 2,1 zł/akcję), czyli wyższą niż obecnie z lokat, ponosząc niewielkie ryzyko zmiany kursu ( i raczej na krótki czas).

Konserwatysta wybierający w 2015 r. akcje PZU mógł je mieć za 22-30 zł. Potem zaliczyłby spadek do 18 zł, następnie wzrost do 34 zł. Ba, w ostatnim roku przeżyłby zjazd z 34 zł do 23 zł, a potem wybicie do 38 zł. Przez 7 lat dostałby 12 zł dywidendy, z tego w ostatnim roku prawie 2 zł (czyli 6,7% przy zakupie za 30 zł, kto kupił za 23 zł, liczył już na 8,6%).

I tu mamy clou. W gorszych i lepszych czasach te dwie spółki płaciły regularną dywidendę. Dawały zarobić dzięki tzw. uśrednianiu ceny nabycia. Pozwalały zyskiwać znacznie więcej niż lokaty i przeciętny rynek. I tak prowadziły do wolności finansowej, jeśli mieliśmy wystarczająco pieniędzy by w nie inwestować regularnie. Takie 10% średniej rocznej dywidendy (licząc od uśrednianej ceny zakupu z 2015 r.) pozwala żyć na poziomie średniej pensji (obecnie 4000 zł) już dysponując kapitałem ok. 0,5 mln zł.

Jak walczyć z inflacją i oszczędzić na jedzeniu. Zmiana źródła zaopatrzenia. Osiedlowy sklep kontra dyskont i giełda spożywcza.

Kolejny wpis poświęcony trudnej sztuce mądrego oszczędzania na jedzeniu. Mądrego, a więc opartego nie o obniżanie jakości lecz szukanie tańszych źródeł zaopatrzenia. Dane dotyczą moich doświadczeń i faktycznych cen zakupu z ostatniej soboty.

Jabłka

W tym przypadku dyskont obrywa lewym sierpowym …, a pomimo to sprzedaje setki ton tego owocu. Jabłka z giełdy są lepsze, bo:

  1. tańsze – 1,7 zł zamiast 3,5 zł,
  2. większe i ładniejsze,
  3. zdrowsze – mniej chemii, lepsze odmiany.

Sklep osiedlowy wypada pośrednio. Zaopatruje się na giełdzie, więc i odmiany i wielkość podobne. No, ale musi narzucić swoją marżę, więc robi się cena dyskontowa.

Podobnie będzie przy większości owoców i warzyw. Rolnik na giełdzie sprzeda taniej.

Wędlina

Przyznam, że przeżyłem mały szok. Mam taką lokalną, niewielką masarnię, której współwłaściciel był kiedyś moim klientem. Wystarczy spojrzeć – prawdziwy masarz. Do tego z dziada-pradziada. Ich wyroby trzymają standard, zarówno pod względem surowca jak i receptury.W mieście nie dałem rady na nie trafić, a na giełdzie – proszę obecne.

W dyskoncie wędliny ponownie albo drogie (serie premium w Lidlu), albo tanie (szynka z Biedronki). Składu tych ostatnich, wolę nie czytać. Zresztą nie kupuję tam, a w osiedlowym sklepie, z dużym wyborem. I niespodzianka.

Osiedlowy sklep ma podobne ceny jak dyskont (szynka 40 zł, kiełbasa 25 zł). A na giełdzie? Szynka 35 zł, kiełbasa 20 zł. Taniej.

Nabiał.

Na giełdzie kupujemy niezłe sery po 22-25 zł. Podobną cenę zaoferuje nam sklep firmowy mleczarni (i będzie to ten sam wyrób), ale trzeba specjalnie jechać kilkadziesiąt kilometrów.

Dyskont jest w stanie zejść do górnej granicy (25 zł) tylko za cenę jakości. Tu nie ma opcji.

Lokalny sklep – ma wyższe ceny.

W przypadku jajek, mleka zadziała identyczny mechanizm. Giełda do jakość, dyskont cena (za gorszą jakość), a sklep osiedlowy jest pod ręką.

Namawiam, jeśli mieszkacie w dużym mieście, jedźcie na giełdy, popatrzcie. Zaoszczędzicie, a macie okazję poznać świat, jakiego już nie ma. Z targowaniem, próbowaniem, rozmową. W dyskoncie tego nie doświadczycie.