Podwyżka stawki podatku od najmu? Jeden z najgłupszych pomysłów, o których słyszałem.

Wczoraj wiele portali internetowych powtórzyło informację zawartą m.in. tutaj https://www.money.pl/podatki/jest-plan-podwyzki-popularnego-podatku-uderzy-we-wlascicieli-wynajmujacych-mieszkania-7037327669443360a.html . Mam nadzieję, że informacja z „otoczenia Ministra Finansów” okaże się fake newsem.

Streśćmy ją jednak. Rząd szykuje podwyżkę stawki ryczałtu od najmu. Minister podobno wskazuje na dwie zalety: zwiększą się wpływy do budżetu państwa oraz zachęci się ludzi do inwestycji kapitałowych. Większych bzdur ostatnio nie czytałem. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Po pierwsze – żeby inwestować w akcje, trzeba dysponować minimalną wiedzą. Ci, którzy kupują nieruchomości, często jej nie mają. Czyli zachęcamy ludzi, by tracili pieniądze. Bardzo mądrze. Może jeszcze zaproponujemy im Forex?

Po drugie – nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy, że ktoś kto „nie chce stracić, więc wybiera nieruchomości” ruszy masowo po akcje. Dla niego ryzyko okaże się zbyt wielkie. Raczej rząd szuka chętnych na obligacje i wciska ludziom głupoty.

Teraz drugi argument – wzrost wpływów podatkowych państwa. Nie żartujmy. Wspomniany artykuł zawiera dane. Na przestrzeni 25 lat liczba podatników rozliczających najem wzrosła z ok. 200 tys. do 1 mln czyli 5-krotnie. A podstawa opodatkowania z 4 mld do 25 mld. Dlaczego? Ponieważ zachęcono ich do tego niskimi podatkami. Po prostu wiele osób wyszło z szarej strefy i zgłosiło najem, albowiem podatek wynosił efektywnie 0% (amortyzacja do Polskiego Ładu), albo 8,5/12,5% ryczałtu od przychodów (czyli realnie pewnie jakieś 10-15%, przyjąłem niżej wyliczenia do średniej 12.5%). Podniesienie podatku przyniesie kilka wydarzeń:

  1. wzrośnie liczba wynajmów niezgłoszonych, co spowoduje… spadek wpływów do budżetu, a nie żaden wzrost. Im wyższe oszczędności, tym więcej osób zaryzykuje.
  2. osłabi się ochrona najemcy (brak umowy, wpłaty z ręki do ręki, żeby uniknąć podatku),
  3. załamie się sprzedaż nowych mieszkań, czyli wyłamiemy szprychy koła zamachowego gospodarki, ponieważ wiele z nich kupowanych jest na wynajem. . Dodatkowo spadną wpływy z VAT-u i PKB. Bardzo mądrze – za jednym pociągnięciem zmniejszyć przychody państwa, utopić najemców i narazić na ryzyko „inwestorów”.

Jak już pisałem, mam nadzieję, że info okaże się ostatecznie fake newsem. Zyski państwa pisane są patykiem na wodzie np. 4% od 25 mld to 1 mld, a na podatkach pośrednich, zasiłkach dla branży budowlanej, meblarskiej, materiałowej, państwo straci wiele więcej, zresztą zaraz pojawi się luka w dochodach (szara strefa), więc nawet ten 1 mld zaistnieje tylko w teorii. Na blogu wspominam o tym wielokrotnie – poziom opodatkowania i oskładkowania w Polsce jest horrendalny. Przekracza nierzadko (jdg i pracownicy trochę powyżej średniej) 50%. Połowę z faktury zabiera państwo. Połowa kosztów utrzymania etatu nie dociera do kieszeni podatnika. Teraz jeszcze najem. Nie zapominajmy – ryczałt od przychodów. Pokażę to na przykładzie.

Zarabiam dajmy na to 150 tys. zł/rok w jdg wg skali podatkowej (184.500 z VAT). Z tego płacę:

  • 34.500 zł VAT,
  • 19.200 zł ZUS,
  • 13.500 zł zdrowotna,
  • 20.400 podatku dochodowego.

Zostaje mi 96.900 zł o ile nie mam kosztów (wtedy wprawdzie płacę niższe podatki, ale do kieszeni spływa jeszcze mniej, bo 50% każdego wydatku się marnuje). Dobrze czytacie 96.900 zł ze 184.500 zł – 52,5% kwoty z faktury.

Idziemy dalej. Po latach (ilu? 10) oszczędzania kupuję za 300.000 zł używaną kawalerkę (za nową jeszcze więcej) w dużym mieście na wynajem. I znowu tracę , bo trzeba zapłacić:

  • PCC – 6000 zł (2%),
  • VAT od czynności notarialnych -1000 zł.

Następnie wydaję na meble 40000 zł, z których kolejne 30% to podatki – 12.000 zł.

Przez 10 lat zapłaciłem ich 876.000 zł z firmy i przy zakupie i urządzeniu mieszkania jeszcze 19.000 zł. Razem 895.000 zł, żeby zacząć wynajmować.

Zawieram umowę na wynajem za 2000 zł/m-c. 24.000 zł/rok. Z tego 4800 zł odprowadzam do spółdzielni, co 10 lat robię remont i odświeżenie (30.000 zł tj. 3000 zł/rok). Podatek od nieruchomości pominąłem. Zostaje mi 16.200 zł netto, ale podatek (8,5%) płacę od 24.000 zł. Tym sposobem efektywna stawka wynosi nie 8,5% ale 12,5% – więcej niż stawka podatku dochodowego na pierwszym progu skali (i bez kwoty wolnej). Nie mam możliwości odliczenia strat (niepłacący najemcy, dewastacje) obecnych ani z lat ubiegłych. Nie odliczę ulgi na dzieci ani żądnej innej. Razem, żeby otrzymywać przez następne 20 lat 14.823 zł/rok netto (po odjęciu podatku – czyli za cały okres dwóch dekad) ok. 300.000 zł zapłaciłem w podatkach 922.540 zł (895.000 zł + 27500 od najmu). Oczywiście, gdybym dochody przehulał, praca i tak byłaby opodatkowana, niemniej jednak stosunek podatków do dochodu netto (3 do 1 na przestrzeni 30 lat) przeraża. Pokazuje też skalę opresji państwowej.

Do czego to prowadzi? Do rozrostu szarej strefy (w tym luka VAT). Jak to mówili „Nigdy się małpy nie nauczą”, chociaż ekonomiści znają tę prawdę od kilkudziesięciu (co najmniej) lat. A drugie wyjście? Lepiej dostać mieszkanie socjalne i 2000 zł/m-c z zasiłków, bo od tego podatków nie płacisz. Absurd.

Do czego prowadzi analfabetyzm gospodarczy.

Kiedy poprzedni rząd ściągał do Polski setki tysięcy ton zboża rolnicza Solidarność siedziała cicho. Kiedy minister Kowalczyk najpierw obiecywał ceny 1800 zł/tonę pszenicy, a potem doprowadził do spadku na poziomy z roku 2021, robiła podobnie. Dopiero, gdy zmieniła się władze, i na jaw wyszły skutki poprzednich bredni, oni tez pojawili się na ulicach. Dlaczego? Ponieważ, niestety, zwykłego chłopa łatwo podburzyć. Nie zna podstaw ekonomii, co zaraz pokażę na przykładzie.

W moim regionie zaczęli płakać producenci truskawek. Jako przykład swojej biedy podali skup owoców przemysłowych (na mrożonki, dżemy) za 2,5 zł/kg. Wiecie, co to truskawka przemysłowa? Odmiany rodzące owoce o niewielkiej 1,5-2,5 cm wielkości. Drobnica. Popyt jest na owoce duże, ładnie wybarwione, słodkie. Zresztą nawet plon z nich kilkukrotnie większy na ha. Po co więc upierać się przy przemysłówce, nabijając kabzy korporacjom?

No właśnie, przejdźmy do deserowych. Tu słyszę płacz – nie opłaca się zbierać i płacić ludziom za zbiór. To wymyślono „samozbiór”. Mieszczuch przyjeżdża na plantację i nazrywa sobie sam, a potem zapłaci. Zanim pomysł stał się modny, uśmierciła go chciwość. Właśnie ten analfabetyzm gospodarczy. Rolnik przy samozbiorze (trzeba dojechać 30-50 km od miasta) oczekuje 9 zł/kg. Jakie mamy ceny w mieście? 8-12 zł/kg. Oczywiście taka kalkulacja kompletnie nie ma sensu. Po co dojeżdżać, zbierać samemu, skoro można kupić na targu albo w sklepie za podobną cenę? I potem zaczyna się płacz, że ludzie kupują serbskie, marokańskie, ukraińskie, rumuńskie (dodatkowo sprzyja im klimat). Kupują, bo wychodzi taniej, niż pojechać na pole i zebrać samodzielnie. Komu za to podziękować? Pompującym pensję minimalną do rozmiarów nierynkowych, podnoszącym podatki, stymulującym inflację, Obajtkowi od gazu, wyrzucającemu ceny nawozów sztucznych w kosmos (i znowu zdziwienie, że Polska je importuje, gdy nasze czynią produkcję nieopłacalną).

I albo potrafimy tanio produkować, albo dobrze sprzedać albo zostaniemy skansenem rolniczym Europy. Najlepszy przykład – szparagi. Niemiec płaci 10E/h robotnikowi rolnemu za zbiór i pielęgnację i jeszcze swoje zarobi. A Polak woli produkować jak ojce, truskawki przemysłowe Senga Sengana, za które płacą mu 2,5 zł. Produkuje, sprzedaje po takich cenach i płacze. Po czym znowu bezmyślnie powtarza cykl. Niestety w tym okazuje się podobny do korposzczura, oczekujacego, że kolejna korpo będzie bardziej work-life balance friendly. Nie ma opcji. Warto zrozumieć podstawy ekonomii, żeby nie kręcić się w kołowrotku.

Jak radzić sobie ze wzrostem rachunków za gaz? Moje pomysły.

Zacznijmy od liczb. W 2023 r. zużyłem 1770 m3 gazu. W 2022 r. było to 1971 m3. W 2021 r. 2508 m3. Czyli tendencja zdecydowanie malejąca. Z czego wynika? Z racjonalizacji zużycia. W tym okresie nie dokonałem ocieplenia budynku. Zrobiłem jedną rzecz -obniżyłem temperaturę o 1 st. C i kupiłem kozę na drewno, postawiłem ją na piętrze. Dzięki temu w ramach tzw. osobistych sankcji na Putina moje zużycie spadło o 29%. Nie płacę mniej, ponieważ jednocześnie wzrosły ceny, ale akurat na tę zmienną nie mam wpływu. Co jeszcze mogę zrobić?

Pomysł 1. Docieplenie płaszczyzny dachu. W tej chwili mam tylko rozłożony styropian (20 cm) na podłodze strychu. W tym roku wypełnię przestrzeń między krokwiami (z opadem na ściany) wełną mineralną.

Pomysł 2. Wymiana okien na parterze na nowoczesne oraz bramy garażowej. Stare okna nie zachowują już szczelności. Mają ze 25-30 lat. Brama jest tak stara, jak dom (65 lat). Czas na zmiany, ponieważ technologia poszła do przodu.

Pomysł 3. Postawienie w kotłowni obok kotła gazowego- takiego na drewno. Oba będą podłączone do sieci grzewczej, lecz gazowy zadziała wyłącznie awaryjnie, w czasie wyjazdów (w tym celu wystarczy temperaturę włączenia ustawić np. na 15 st. C. Czy to ma sens? Tu miejsce na pewne obliczenia.

W 2023 r. zużyłem 1770 m3 gazu. Z tego 80% to ogrzewanie. W tym roku, po poważnej awarii wymieniłem piecyk gazowy do c.w.u. na boiler. Zatem po odłączeniu ogrzewania, gaz zostanie przeznaczony wyłącznie do kuchenki. Na ogrzewanie szło jakieś 1400 m3 czyli 15.500 KWh. Taka ilość energii oznacza, przy 80% sprawności (piec+instalacja) 6-8m3 drewna. Jego cena obecnie to 250 zł za mp czyli 400 zł/m3. Koszt 3200 zł/rok. Gdybym korzystał z gazu – dwa razy więcej. Ale to nie wszystko. Ja na wsi mam przecież sporo drewna. Kosztuje mnie tyle, co eksploatacja piły i paliwo do auta. Niech będzie – 50 zł/m3. Za 400 zł przez kilka lat ogrzeję cały dom. Licząc według tabeli zasobności drewna 100 m3 z ha x 0,3 = 30 m3. W 4 lata „ogolę” całą działkę – oficjalny cel – przywrócenie użytkowania rolniczego. Alternatywa? Kupować tanie drewno (200 zł/m3) i przygotowywać je na działce lub przy domu. Pozwoli to obniżyć koszty o połowę.

Inne wyjście to montaż kotła na pelet. Tona tego materiału, gdybym zebrał zapasy na 3-4 lata, kosztuje 900 zł. Stosując przelicznik 1t pelletu = 2 m3 drewna. Oznacza to roczne zużycie 3600 zł. No, ale dokładamy raz w tygodniu z worków po 15 kg.

No dobrze. To moje działania. A co zrobią inni? Nie wiem. Zaprzyjaźnieni górale nadal palą drewnem, ponieważ tam jest tańsze. Widziałem oferty na poziomie 150 zł/m3 twardego drewna. Nawet jeśli odrobinę szachrują (np. w rzeczywistości jest to mp), mamy 220 zł/m3. Na moje potrzeby 1800 zł/sezon.

Jak wzrosną rachunki za gaz? Porównanie lat 2022-2024 i planowanych zmian.

Poprzedni rząd zapowiedział szumnie „zamrożenie cen gazu”. Jak to wyglądało w praktyce zaraz zobaczycie. Obecna władza mówi o podwyżce rzędu 15%, a PiSowscy propagandyści zaraz twierdzą – +50% ….w stosunku do ceny z 2022 r. Jakby obecny odpowiadał za wzrost w latach 2022-2024 r. (taryfy zatwierdzane jesienią zeszłego roku).

Lubię jednak mówić „sprawdzam” i pokażę Wam, jak wyglądało to „zamrożenie cen” w moim przypadku. Mam dom, ogrzewany gazem. Jestem w stanie odtworzyć ceny za analogiczny miesiąc (czyli np. rachunek majowy za wiosnę). Wyliczę cenę KWh energii gazowej, nie na podstawie stawki (bo tam jest wiele elementów składowych) lecz dzieląc kwotę rachunku przez liczbę jednostek.

Rok 2022 – 1364 zł a 5610 KWh. Stawka brutto 0,2431 zł/KWh.

Rok 2023 – 1462 zł za 4824 KWh. Stawka brutto 0,3030 zł/KWh. Jakie zamrożenie? Przecież to wzrost o ponad 20%.

Rok 2024 r. 1386 zł za 4554 KWh. Stawka brutto 0,3043 zł/KWh. Teraz faktycznie cena stoi (te dziesiąte części grosza, wynikają z podwyżki abonamentu).

Rok 2024 – jesień? Wielka niewiadoma. Wyobraźcie sobie, że ceny pójdą w górę o 60% w stosunku do 2022 r. Daje to stawkę 0,3889 zł/KWh. Zużywając tyle co w tym roku, zapłacę 1771 zł. Czyli o 27% więcej niż obecnie. Za połowę wzrostu odpowiada bezsprzecznie poprzedni rząd (rok 2023). Za drugą? PiS i obecna władza w połowie (czyli w sumie 75% poprzednicy i 25% obecni) . Dlaczego? Po pierwsze PiS dopuścił do zmonopolizowania rynku gazu. PGNiG został przejęty przez ORLEN i nie ma konkurencji, może robić, co chce. Obecne władze też nie są bez winy, ponieważ nie tworzą warunków do spadku. Jak już kiedyś pisałem. Czysta cena gazu na rynkach światowych spada (obecnie chwilowa korekta w górę). Jest już na poziomie z 2020 r. czyli sprzed wojny. W porównaniu do szczytu z września 2022 r. wynosi …. 25%. W dolarach. W złotówkach jeszcze trochę niżej. Podwyższanie w tych warunkach cen, oznacza jedno – korzystanie z pozycji monopolisty.

Ale wróćmy do podwyżek. 27% w stosunku do cen obecnych. Ile zapowiada rząd w ocenie skutków regulacji? O 15%. Czyli w najlepszym wypadku raczy nas półprawdami (cena paliwa wzrośnie o 15%, a przez różne opłaty, rachunek o 27%). Może mniej, bo już URE zapowiedziało, że taryf w tym wymiarze nie zatwierdzi.

W kolejnym wpisie – jak sobie z tym radzić.

Jak zreorganizować życie – rzeczywisty przypadek millenalsa.

Całkiem niedawno zwrócono się do mnie, jako „Wujka Sknerusa” o radę dotyczącą zaplanowania dalszego życia finansowego warszawskiej 40-letniej singielki.

Nasza bohaterka wiedzie pełen sukcesów życie zawodowe humanistki. Pracuje w dużym wydawnictwie, jej własne książki i artykuły sprzedają się całkiem nieźle. Ale…. niestety, rynek w branży księgarsko-literackiej mamy wilczy. Rzeczywiste dochody b2b za miesiąc pracy (głównie zdalnej, na miejscu 1 dzień w tygodniu) wynoszą netto (po odliczeniu składek i podatków) 5000 zł. Do tego pozycja pozwala od czasu do czasu (raz w miesiącu) dorobić na artykule przeciętnie 700 zł netto. Wynik dochodowy +5700 zł.

W warunkach wiejskiego slow-life-u fantastyczny pomysł na życie. Niestety mówimy o kompletnie odmiennych realiach. Nasza bohaterka żyje w wynajętym mieszkaniu w Warszawie, na granicy Śródmieścia i Mokotowa. Cena wynajmu małego mieszkania 3500 zł + opłaty. Cóż powiedzieć, na wszystkie inne potrzeby zostaje ok. 1800 zł. Dla kogoś, kto lubi karmelowe latte w Starbuniu (26 zł za dużą porcję, sprawdzałem), powinien raz w tygodniu dojechać pociągiem do Krakowa – żałośnie mało. Millenalsce trochę, dopóki mogą, pomagają rodzice. Nie ukrywają, że obecny stan rzeczy nieco ich niepokoi. Czwarty krzyżyk, czas na stabilizację, a tej nie widać. Szans na kredyt w Warszawie (cena wynajmowanego mieszkania ok. 1,5 mln), patrząc przez najbardziej różowe okulary nie widzę. Rata (zero opcji kredytu 0% z uwagi na wartość początkową), przy wpłacie pierwszej 20% (300 tys. zł) wynosi 9600 zł (800 zł x 12), nawet rodzice-współkredytobiorcy nie ratują sytuacji. Przebranżowienie – nie wchodzi w grę. Co robić? Oto opcje, które widzę:

  1. Skoro praca ma charakter zdalny, zamiast drogiej Warszawy wybrać np. Kielce, położone dokładnie w połowie drogi pomiędzy dwoma głównymi centrami życia. Tam ten wkład własny 300 tys. zł (rodzice z bólem go wyłożą) starczy na całe mieszkanie. Drastycznie spadną koszty dachu nad głową, a przede wszystkim, będzie własny.
  2. Wybrać mieszkanie w Umbrii i raz w tygodniu pokonywać samolotem drogę Rzym-Warszawa lub Rzym-Kraków, a Umbria-Rzym- pociągiem. Ponownie, 300 tys. zł wystarczy na zakup i remont. W pakiecie dostaje się kontakt z inną kulturą, który dla twórcy zawsze jest inspirujący.
  3. Przenieść się do innych krajów z tanim życiem i tam wynajmować za odsetki od 300 tys. zł.
  4. Wybudować domek, na działce niedaleko linii kolejowej (rodzice mają taki grunt) za 200 tys. zł. Własny, tanie utrzymanie, nowoczesne budownictwo nie zje zysków.
  5. Przyjąć ofertę pracy za granicą, np. w ambasadzie jako „attaché kulturalny”, a w zamian dostać mieszkanie służbowe.

Co może trzydziestolatka, czyli sprawa mieszkaniowa po raz nie wiem który.

W jednym z portali, przeczytałem taki list https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/od-dwunastu-lat-splacam-wasze-kredyty-list-do-redakcji/zfhle3g . Pełen oskarżeń wobec złego świata i chciwych ludzi. Autorstwa kobiety, tyle sfrustrowanej, niesprawiedliwej jak i po prostu wk…. . Sytuacja nie stała się tak beznadziejna, jak u Filipa Springera w „13-tu piętrach.”

Oszczędzę Wam całego jadu, pięciu akapitów na temat g…. nych mebli w wynajętym, kto zechce przeczyta całość. Generalnie list krąży wokół domorosłej diagnozy i pomysłów na jej rozwiązanie. Opis stanu rzeczy brzmi – najemcy mają ciężko (a pisząca – w szczególności), płacą chore pieniądze za byle jakie mieszkania. Rozwiązanie – zakazać wynajmowania mieszkań kupionych na kredyt. A teraz moje uwagi.

Fundamentalna i fałszywa teza listu brzmi – wynajem jest obecnie droższy niż kredyt, droższy o marżę właściciela. Może jestem czepialski, ale pani chyba nie wie, ile teraz kosztuje mieszkanie w dużym mieście. Moja bratanica właśnie sprzedała swoje „trzydzieści kilka metrów i dwa pokoje” – typowy PRL, a gdzie nam tam do Warszawy, za … 420 tys. zł. Kredyt na takie mieszkanie (a trzeba jeszcze mieć wkład własny, choć te 10%, więc kwota kredytu 378 tys. zł) – kosztować będzie łącznie ponad 1 mln zł (czyli 2/3 raty to odsetki), a sama rata wyniesie minimalnie 2700 zł. Wynajem takiego mieszkania od 1500 zł + czynsz,który przecież nie trafia do kieszeni właściciela lecz spółdzielni. Czyli kupując dzisiaj „inwestycyjne” właściciel dokłada 1200 zł plus koszty zakupu (kolejne 5-10%). Tyle w moim mieście. W Warszawie jest jeszcze gorzej. Taki sam lokal kosztuje 700 tys. zł, co oznacza ratę 4400 zł (i 140 tys. zł „na początek), a wynajmiemy go za 3500 zł. Na start w plecy, cały wkład własny i 900 zł miesięcznie. Więc nie, kredyt nie jest tańszy niż wynajem. I nagle cała narracja się sypie.

To może weźmy „stary” kredyt? Mój kumpel zapłacił 480 tys. zł kilka lat temu za 60 m2. Rata dzisiaj (gdyby nie nadpłacił) 1700 zł. Wynajmuje za 2000 zł minus 200 zł czynsz do wspólnoty i 170 zł podatku. No i go mamy – spekulant. Nie. Ponieważ wpłata własna wynosiła …. 280 tys. zł. Pożyczył tylko 200 tys. zł. Gdyby pożyczał 90% wartości płaciłby dzisiaj 3500 zł.

A „bardzo stary kredyt”, tak stary, jak historia z listu – sprzed 12 lat. Ówczesna cena mieszkania 1 pokój, 38m2 – 180 tys. zł, kredyt 150 tys. zł, rata dzisiaj 1100 zł, wynajem za 1500 zł, ale jeśli odejmiemy 200 zł do wspólnoty, i 130 zł podatku, „krwiopijca”, po 12 latach (wtedy dało się wynająć za 1000 zł minus opłaty) zarabia …. 70 zł. Więc chodzi o kredyt sprzed wielu lat. Główna teza opiera się na manipulacji porównania dzisiejszego najmu z kredytem sprzed wielu lat..

Przyznacie jednak, że czynsz w wysokości 3000 zł za 2 małe pokoje w Warszawie może wyglądać strasznie. I tu dochodzimy do sedna. Warszawa. Nikt nie każe zajmować solo dwóch pokoi. Kawalerkę na Żoliborzu wynajmiemy za …. 1500 zł (ciemna kuchnia, ogłoszenie na Włościańskiej) plus 600 zł do spółdzielni „na koszty”, ale te ponosimy także kupując. Przy pensji 4000 zł netto zostanie nam jeszcze 2500 zł na wydatki (w tym niestety utrzymanie mieszkania – czynsz, ogrzewanie, prąd, internet itp.). A może lepiej szukać gdzieś na prowincji. Kawalerka w Kaliszu – 600 zł plus cena drogiego ogrzewanie prądem – pewnie 300 zł miesięcznie, więc za 900 zł mamy własne 23 m2. Żaden kredyt nie będzie tańszy.

A teraz druga bzdura listu – zakaz wynajmu mieszkania kupionego na kredyt, bo to pompuje ceny i „tak robią fliperzy”. No więc droga trzydziestolatko. Fliperzy kupują za gotówkę, żeby zaraz sprzedać. Oni w ogóle nie wynajmują, ani się nie kredytują. Nie robią tego, ponieważ, jak udowodniłem, wynajem jest tańszy niż kredyt. Fliperzy nie mają więc większego wpływu na rynek najmu, a utrudniają zakup. Co więcej zakaz wynajmu mieszkania kredytowanego kompletnie nie ma sensu. Od takiego zakazu mieszkań na wynajem nie przybędzie (a twierdzę, że wręcz ubędzie, bo deweloperzy zbudują mniej). Ceny najmu nie spadną.

Co więc robić? Nie koncentrować się na Warszawie, iść tam gdzie taniej. .To właśnie jest ta trzecia droga. Poza Warszawą i wielkimi miastami też jest życie. Może trzydziestolatek nie ma zdolności kredytowej w stolicy, ale spokojnie da radę w Rudzie Śląskiej, Zamościu czy Sławie. A i przy okazji, proszę podziękować geniuszom od ekonomii z ostatnich 8 lat. Doprowadzili do wzrostu cen mieszkań, dwoma mechanizmami. Pompując koszty budowy (horrendalnie podrożały działki, materiały budowlane i praca) oraz zasypując rynek tanim pieniądzem, który poszedł w nieruchomości.

Absurdy emisyjności budynków. Jak je obejść?

Dzisiaj, jak obiecałem Janowi, przedstawię pomysł na oszwabienie unijnego systemu oceny charakterystyki energetycznej, wprowadzonego już dawno, ale podniesionego do rangi użytecznej dyrektywą budynkową. Jeszcze nie dawno świadectwo nie miało kompletnie żadnego znaczenia – po prostu miało być i już. Teraz dyrektywa budynkowa zmienia obraz gry. Porozmawiałem ze znajomym audytorem i wnioski mam mało budujące. Powiedzmy sobie szczerze, system ten bazuje na sztucznych wskaźnikach, możliwych do zmiany w dowolnym momencie, więc bez związku z rzeczywistością.  

A oto jego  elementy składowe: Świadectwa charakterystyki energetycznej, różne pojęcia energii, zupełnie arbitralne współczynniki.

 Świadectwo charakterystyki energetycznej. Zawiera podane liczbowo  -w KWh/(m2 x rok) zapotrzebowanie budynku na energię końcową, pierwotną i użytkową.  Co one znaczą?

Użytkowa, to dostarczona do ogrzewania budynku, wentylacji i cwu.

Końcowa to użytkowa/sprawność źródła ciepła. 

Przełóżmy to na liczby. Mój dom ma 120 m2. Zużywam rocznie (załóżmy, że obliczenia zgadzają się z rzeczywistością) 20.000 KWh, a więc użytkowa wynosi 166 KWh/(m2xrok). I tu pierwszy zonk. Energia obliczeniowa może kompletnie nie przystawać do rzeczywistej. Może kąpie się na siłowni, a w domu raz w tygodniu? Albo grzeję nie do oficjalnych 20 st. C, a 15? Bez znaczenia. Liczy się norma. Tak pojawia się pierwsza skaza.

Idźmy dalej przez obliczenia. Ponieważ mam stary piec gazowy, o sprawności 85% energia końcowa wynosi 195 KWh/(m2 x rok), albowiem  166/0,85 daje taki właśnie wynik. Nadążacie?

Teraz pozostaje obliczyć energię pierwotną, tę od której zależy klasa energetyczna, tak ważna dla UE.  I zaczynają się prawdziwe jaja. Ponieważ biurokraci wymyślili sobie mnożniki, zupełnie arbitralne wskaźniki, przeliczające energię końcową na pierwotną ponieważ:

 Energia pierwotna = energia końcowa x współczynnik wynikający ze sposobu ogrzewania. I tak:

– prąd ma – 2,5,

– ciepło systemowe z węgla – 1,3,

– ciepło systemowe z gazu – 1,2,

– ciepło systemowe z kogeneracji z węgla lub gazu 0,8,

– ciepło systemowe z biomasy  lub biogazu – 0,15,

– olej opałowy, gaz, węgiel  własna kotłownia– 1,1,

– własna fotowoltaika, solary, wiatrak, geotermia –  0,0,

–  własna biomasa – 0,2,

– własny biogaz 0,5. 

Jak widzicie wartości dobrano dowolnie. No bo niby dlaczego ciepło systemowe z biomasy nie różni się od tego z biogazu (0,15) , a już w domu jest 2,5 razy lepsze (0,2 wobec 0,5)? Dlaczego węgiel w piecu ma 1,1, a przetworzony w elektrowni na prąd 2,5? Dlaczego grzejnik elektryczny okaże się tragiczny (x 2,5), a piec węglowy lepszy (1,1)? Któż to wie. Zauważam jedno, w tyłek dostaną mieszkańcy bloków w miastach. W moim „mieszkaniu w górach” świadectwo pokazywało energię końcową 225 KWh/(m2 x rok), a pierwotną 561 KWh (m2 x rok), a był to stary blok z 1969 r. ocieplony 5 cm styropianu.

I te 561 pokazuje skalę upadku. Niewątpliwie G. Najgorsze 15%. A gdybym, jak wszyscy w okolicy używał kopciucha? Wyszłoby lepiej. Zamiast 225 miałbym wprawdzie 275 (sprawność), ale przy współczynniku 1,1 dla węgla wyjdzie mi 302, a nie 561. I już przez pewien czas nic nie muszę zmienić. Ekologia dostała w skórę. Lepiej kopcić w uzdrowisku. Kogoś, kto to wymyślił, należałoby wybatożyć. Ale, zamiast narzekać, spróbujmy coś zmienić. Tanim kosztem. Ba, pompa ciepła (COP 3,5) zasilana z sieci, wyjdzie nam na poziomie węgla. Gdybym zamienił grzejniki elektryczne na dwa klimatyzatory, miałbym sprawność 350%, a 2,5 mnożnik prądu. Wyszłoby prawie jak węglem.

Ale dość marudzenia. Spróbujmy zhakować system. Poniżej kilka sposobów. Pomijam te oczywiste, które system chce wymusić – jak ocieplenie. Zostawiam same kombinacje.

Sposób 1.Montujemy kominek z płaszczem wodnym. Nie osiągnie on sprawności gazu (104%), a ledwie 85% lecz wynik nadal wyjdzie lepszy. W moim domu energia użytkowa wynosi 195. Po zastosowaniu drewna, mnożąc przez biomasę w domu 0,2 robimy hokus-pokus i dostajemy 39 energii pierwotnej. Rozbijamy bank. Powiem więcej, dalej możemy grzać gazem, piec odłączyć na chwilę, a kominek niech stoi. Nikt tego nie sprawdza (na razie).

Sposób 2. Kupujemy piec na pellety. Podobna sytuacja – palimy biomasą i drastycznie polepszamy parametry całego domu, a koszt będzie niewielki.

Sposób 3. Dajemy w łapę audytorowi, żeby wpisał niesprawdzalne lub trudno sprawdzalne dane – (np. ocieplenie w pustkę pomiędzy warstwami). Kompletnie nielegalne, ale wiele osób tak zrobi, bo najtaniej. Dlaczego? Ponieważ władza nie będzie w stanie sprawdzić takiej liczby budynków. Wpisanie 10 cm warstwy nie pozwoli na spektakularne zyski (może z 250 zrobi się 200), ale uciekniemy spod noża, konieczności termomodernizacji na już.

Sposób 4. Rozkładamy na poddaszu warstwę styropianu, rozpinamy wełnę między krokwie, przyklejamy ocieplenie pod sufitem piwnicy. Każda z tych metod pozwoli urwać kilkadziesiąt procent wskaźnika i uciec od termomodernizacji przez kilkanaście lat. Koszt – niewielki 40-60 zł na m2.

Sposób 5. Montujemy solary do cwu. Jak już wiecie składowym elementem obliczeń energii użytkowej jest ciepła woda. W moim górskim mieszkaniu stanowiła 22% całego zużycia. Wymiana źródła na ekologiczne (słońce ma mnożnik 0,0) pozwoli na obniżenie łącznego wyniku o 20%. A koszt? Kilka tysięcy złotych.

Jak widzicie, najlepsze wyniki osiągnie się na wsi lub własnym domu. Tylko tam użyjemy drewna (biomasy), tylko tam postawimy FV czy mini-wiatrak, ocieplimy bezkarnie sufit, podłogę i ściany. W domu wymaga to większego remontu. No i nadziejemy się na największy problem – źródło ciepła. Co zatem robić w bloku czy kamienicy?

Sposób 1. W starym piecu kaflowym, deklarujmy palenie drewnem, a nie węglem, czy prądem. Zredukujemy w ten sposób energię pierwotną z kosmicznych wartości x 2,5 (prąd), x1,1 (węgiel) do 0,2 (biomasa). Praktycznie nic nie robiąc.

Sposób 2. Postawmy sobie kominek z płaszczem, o ile system nam pozwoli (przewody dymowe, spółdzielnia, wspólnota). Podobnie jak w innych przypadkach. Gaz jest wygodny, biomasa – opłacalna.

Sposób 3. Zmuszajmy miejscowe ciepłownie, aby wykorzystywały kogenerację zamiast wyłącznie wytwarzania ciepła. Ponownie zyskamy sporo. Z 1,2-1,3 zrobi nam się mnożnik 0,8. Zyskamy ok. 1/3 wskaźnika. W moim mieście jedna z ciepłowni sieciowych przechodzi na biomasę (0,15). Zmusiły ich do tego opłaty za emisję CO2. Tym sposobem stare bloki staną się …. ekologiczne, co nie znaczy, że tanie w eksploatacji (inwestycja musi się zwrócić).

Sposób 4. Namówmy wspólnotę na zamianę kotła gazowego na biomasowy. Wyższa szkoła jazdy, ale w starej kamienicy może się opłacać. Nasze wskaźniki zejdą z 1,1 na 0,2.

I tym sposobem zbliżamy się do końca. Generalnie celem było pokazanie, jak głupi jest planowany i obecny system. Dodatkowo władza może go dowolnie zmienić. Dziś gaz ma 1,1 a prąd 2,5, a za chwilę będzie odwrotnie i co nam zrobicie. Wczoraj zakazywali kominków, dzisiaj są ekologiczne. Dlatego starałem się pisać o metodach „hakerskich” a nie takich „oficjalnych” tj. ociepleniu, montażu FV, czy pompy ciepła. Nie chodzi o to, aby wydać kilkadziesiąt tysięcy, lecz osiągnąć efekt (często znacznie lepszy) za kilka max. kilkanaście.

W ostatnim akordzie pokazuję absurd nad absurdami.

Nowy blok, zwany też apartamentowcem ma wskaźnik energii końcowej na poziomie 52 KWh/(m2 x rok), ale zasila go ciepło systemowe z gazu (moje miasto). Co się dzieje? 52 x 1,1 = 57. To diablo wyśrubowana wartość.

Z drugiej strony mamy stary blok, ot taki jak mój w górach. 7 cm styropianu na ścianie to całe ocieplenie. Wskaźnik energii końcowej wynosi ca. 225 KWh (m2 x rok). Ludzie zamiast prądem (jak ja), grzeją jednak piecykiem na pellet, więc mogą zastosować mnożnik dla biomasy. I 225 x 0,2 = 45. Lepiej niż w nowym apartamentowcu. Tak samo wyjdzie stary, docieplony standardem sprzed 20 lat dom -kostka. Wyprzedzi nowy dom jednorodzinny na gaz. Jeszcze raz. Będą działy się cuda. Zobaczycie.

A gdyby tak, spełniła się najgorsza groźba rolniczych protestów? Nocne rozważania.

Jedno z haseł rolniczych protestów, które ma w zamyśle wstrząsnąć odbiorcą brzmiało „Bez rolników, miasta umrą z głodu”. Postanowiłem sprawdzić, ile w tym prawdy. Jak zwykle, przygotujcie się zarówno na filozofię i wyliczenia.

Wyobraźmy sobie, że za tydzień ktoś zrzuca na Polskę bombę, która wywołuje jeden efekt – wszystkie osoby pracujące w rolnictwie, wymierają. Wg danych do których dotarłem 3,5 mln osób – 10% populacji. Nieważne, czy pracują w wielkich farmach-firmach, czy są ich właścicielami, czy prowadzą „produkcję” zboża na 1 ha. Co jasne, zniknięcie rolników, nie oznacza, że wyparuje ziemia rolna. Nie. Ona dalej istnieje. Tak jak maszyny, budynki, inwentarz. Co w takiej sytuacji robi rząd? A co wy zrobilibyście?

Problemy, które powstałyby w takiej sytuacji to przede wszystkim wyżywienie pozostałych 90% ludzi. Czy to niemożliwe? Przecież nie. I podam Wam kilka przykładów.

Powód 1. Istnieją państwa, które nie produkują niewiele żywności i mają się doskonale. Nawet w Europie i tzw. krajach cywilizowanych gospodarczo. Popatrzcie na taką Norwegię. Rolnictwo tam to 2,4% PKB. Śladowe ilości. Znacznie ważniejszy jest przemysł wydobywczy, rybołówstwo, przetwórstwo, a przede wszystkim usługi (55% PKB). Czy Norwegowie umierają z głodu? Oj chyba nie. Arabia Saudyjska – 0,1% PKB z rolnictwa. Ktoś powie, ok, to kiepski przykład bo żyją z surowców. To ok. Weźmy Singapur. Brak bogactw naturalnych. Rolnictwo 0,1% PKB.

Jak widzicie celowo pominąłem kraje biedne o dużym udziale PKB i zatrudnienia w niskotowarowym rolnictwie (np. Nepal – 25% PKB, zatrudnienie 69%), ale bez silnego rolnictwa da się żyć. Wystarczy żywność importować rozwijając inne gałęzie gospodarki.

Zresztą, w Polsce rolnictwo to 2,2% PKB. Czy pozostałe 97,8 % sobie nie poradzi? W końcu 2,2% to roczny wzrost PKB od wielu lat.

Powód 2. Nakłady na rolników nie równoważą zysków z rolnictwa. Przynajmniej w Polsce. 10% rolników wytwarza 2,2 % PKB – 50 mld USD. Same dopłaty do emerytur KRUS to 5 mld USD rocznie. Średnia dopłata bezpośrednia 250 E/ha, co przy powierzchni gruntów 18 mln ha, wynosi kolejne 4,5 mld USD. A przecież te 40 mld PKB to produkcja, a nie zysk. W rezultacie per saldo do rolnictwa dokładamy. Inaczej niż do przemysłu czy usług. Czyli rzeczywista strata będzie nawet większa.

Powód 3. Nawet w rozproszeniu da się wyprodukować sporo jedzenia. Wystarczy dla wszystkich. O tym trochę jest ten blog. Polskie rolnictwo produkuje rocznie produktów za 160 mld zł. Z 1,5 mln gospodarstw, ok. 400 tys. w ogóle nie produkuje na rynek. Łączna produkcja roślin w Polsce to 60 mln ton, z czego część trafia na eksport. Do tego dochodzi mięso. Patrząc jednak na liczbę hektarów pól uprawnych (10 mln) daje to ok. 6 ton z hektara. Teraz przejdźmy do potrzeb. Jeżeli przyjmiemy średnią 1000 KCal/kg (chleb ma 2500 Kcal) i potrzeby człowieka na poziomie 2500 Kcal dziennie, każdy z nas zje ok. 2,5 kg jedzenia. Czyli 800 kg/rok. Ponieważ jest nas 35 mln, oznacza to 27 mln ton. I tu dochodzimy do sedna. Mając 18 mln ha użytków rolnych musielibyśmy wyprodukować ok. 1,5 tony z ha, czyli 150 g/m2. Ile to 150g? Mały ziemniak, jabłko. W moim ogródku, na ok. 1500 m2 (realnej powierzchni upraw) spokojnie, luzacko, weekendowo i bez nawozów wytwarzam takie ilości. Darvaesowie osiągali 2,7 tony z niecałych 400 m2. Mała powierzchnia oznacza większe plony jednostkowe. Zresztą, idźcie do pierwszego, lepszego, znajomego działkowca – 45 kg z 300 m2? Spokojnie. Popatrzmy inaczej. 18 mln ha, to statystycznie 0,5 ha na osobę. Oczywiście problemem noże się stać dojazd, bo jednak większość ziemi leży z dala od miast. Ale i na wsiach mogą powstać kooperatywy nie-rolników. Zresztą, mój kumpel rolnik, uprawia weekendowo swoje gospodarstwo 8ha, 70 km od miasta i… dojeżdża busem. Mechanizacja załatwia wszystko.

Pojawi się też problem specjalizacji. Każdy musiałby produkować wszystkiego po trochu. Kiedyś tak robiono, więc się da. Aczkolwiek, nie czarujmy się, łatwo nie będzie. .

Wiadomo, najtrudniej ma Warszawa. Ponad 2 mln ludzi na relatywnie małym obszarze. Wolą spędzać wakacje w tropikach niż na polu pod Siedlcami, ale co zrobić, gdy jeść się chce. Zresztą, wszystkie te wyliczenia 0,15 kg/m2 podaję z dużym zapasem na błędy i naukę.

Powód 4. Samowystarczalność oparta na wielkich gospodarstwach, stanowi większe ryzyko niż rozproszona produkcja. Wielkie gospodarstwa potrzebują ropy do maszyn, prądu do silosów, gazu do nawozów sztucznych. Małe działki dadzą sobie radę bez tego. Nawet w czasie II WŚ, Leningrad utrzymał się własną produkcją, chociaż oczywiście nie na poziomie 2500 KCal/osobę/dzień. Raczej minimum. Wielu ludzi z miast mając kawałek ziemi, może wyjechać na wieś. Taką ideę głoszą tzw. siedliska rodowe, czy eko-wioski.

Konkluzja. Rolnicy, stanowiący znikomą część PKB. W czasie pokoju, zupełnie pomijalną. Da się żywność spokojnie kupić (patrz Singapur, czy Arabia Saudyjska). Nie demonizujmy. Albo zorganizować produkcję własną, dając każdej rodzinie 0,5 ha na osobę. Skoro ja sam, blisko pięćdziesięciolatek, weekendowo (mój pobyt na wsi to ok. 50 dni w roku, z czego część przypada poza sezonem wegetacyjnym), wyjeżdżając na wakacje i w góry, pracując zawodowo, mogę wytworzyć kilkaset kg, bez pomocy maszyn bardziej skomplikowanych niż glebogryzarka ogrodnicza, taka opcja wydaje się realna.

Strachy przedsiębiorców rolnych (bo tacy głównie protestują) wydają się mocno przesadzone, nie warto się bać, lecz brać do roboty. W polu.

Fastlane milionera. Czy warto przeczytać tę książkę?

Tytułową pozycję sygnowaną przez MJ DeMarco przeczytałem kilkanaście lat temu, gdy tylko ukazała się na rynku (2012). Zachowałem z niej mgliste poczucie (mam słabą pamięć długotrwałą, zostają mi w głowie głównie wrażenia), że nie była to jedna z książek, które zmieniły moje życie. Niedawno, na życzenie kumpla i czytelnika bloga, odnalazłem ją na dysku (wtedy kupiłem w księgarni internetowej „Złote myśli”) i ponownie przeczytałem. I wiem dlaczego nie zrobiła na mnie wrażenia. Oto powody.

Praktycznie nie zawiera konkretów. Gruby na 528 stron tom, o podtytule „Złam kod bogactwa” obiecuje całkiem sporo. W rzeczywistości jest czymś pomiędzy „Bogatym ojcem, biednym ojcem”, a pozycjami z kręgu „energii pieniądza”. Jeśli oczekujesz ścisłych rad, jak w „Czterogodzinnym tygodniu pracy”, albo „Bezpiecznych strategii inwestycyjnych” (a ja właśnie tego szukam), zawiedziesz się.

Oparta została na kompilacji. Nie ukrywam, czytam całkiem sporo. Od pozycji pisanych przez księgowych „Jak kontrolować swoje finanse”, przez doradców inwestycyjnych „Wealthy barber”, praktyków ruchu FIRE „Your money or your life”, aż do głośnych pozycji z gatunku „pomyśl a osiągniesz” – „Jednominutowy milioner” czy „naśladuj milionerów” dra Stanleya, Tima Ferrissa, czy Briana Tracy. Widziałem pozycje cieniutkie „Najbogatszy człowiek w Babilonie” i ekstremalnie grube „Nawyki tytanów”. Znam większość idei dotyczących bogacenia się. W „Fastlane milionera” nie znajdziesz nowego pomysłu. Nawet naczelna idea – istnieje sidewalk (chodnik) dla ludzi biednych, slowlane (wolny pas) dla pracującej klasy średniej i fastlane (szybki pas do bogactwa) dla właścicieli firm stanowi, w mojej ocenie, kompilację myśli Roberta Kiyosakiego („biedni, klasa średnia, bogaci”) oraz Tima Ferrissa („stwórz biznes niewymagający poświęcania uwagi”).

180 stron, czyli 1/3 treści, zajmuje krytykowanie 99% społeczeństwa w tym pracującej klasy średniej. Jak napisałem, idea że nie można się wzbogacić wydając wszystko, co się zarabia (tzw. sidewalk), nie ma w sobie nic odkrywczego. Pisał o tym już Benjamin Franklin, a i wspominają o tym święte księgi wielu religii (w tym Stary Testament). Codziennie przypomina się o tym protestantom. Nie ma więc głębszego sensu, rozwlekanie tej myśli na 100 stron. MJ DeMarco idzie jednak dalej. Krytykuje ideę klasy średniej: ciężko pracuj, oszczędzaj, inwestuj w akcje, nieruchomości itp. (kolejne 80 stron). I o tym chcę napisać szerzej.

Książka zawiera bałamutne argumenty dotyczące niemożliwości wzbogacenia się pracą, oszczędnością i inwestowaniem. Jak wiecie, mój pomysł na zamożność opiera się na zasadach:

  1. pracuj o 20% więcej niż inni,
  2. oszczędzaj 10-50% dochodu,
  3. inwestuj i maksymalizuj zyski.

Bliskie są mi także idee, propagowane przez ruch FIRE (nie kłócące się z pozostałymi, ale wymagające oszczędzania nawet 2/3 dochodu) i skromnego życia, a nawet Tima Ferrissa „pracuj mądrze, nie ciężko”, „optymalizuj pracę”, „deleguj, eliminuj” itp. Nie zawsze zgadzam się ze wszystkimi jego pomysłami, bo „żyj jak milioner już dziś, wynajmij apartament, zamiast go kupić”, budzą mój sprzeciw. Ale ten sam człowiek kupił mnie swoimi dążeniami do znalezienia sposobów „optymalizacji życia”.

Natomiast MJ DeMarco krytykuje i ośmiesza wszelką ideę oszczędności, ciężkiej pracy i inwestowania w akcje czy nieruchomości. Ponieważ zawodowo żyję z liczb i udowadniania swoich racji pozwolę sobie na chwilę refleksji. Autor „Fastlane milionera” na jednej ze stron pokazuje rzekome prawdopodobieństwo wzbogacenia się za pomocą własnej, bezobsługowej firmy, sprzedanej na giełdzie lub większym inwestorom, prezentując ten sposób jako jedyną drogę do bogactwa. Wskazuje nawet prawdopodobieństwo – 1:14. To więcej niż praca, oszczędzanie, inwestowanie – 1:16, no i oczywiście lepiej niż wygrana na loterii (1: milionów). Nie wiem skąd DeMarco wziął te dane, bo książka nie zawiera przypisów ani odnośników (co już budzi wątpliwości). Są to jednak dane zupełnie sprzeczne, nie tylko z moim doświadczeniem, ale i badaniami ilościowymi dra Stanleya. Ba, nawet rozmówcy Tima Ferrissa, okazują się w większości pracownikami, wolnymi strzelcami, małymi przedsiębiorcami, a tylko pewna grupa (w tym sam Tim) – startupowi milionerzy, odpowiada ideom „Fastlane milionera”.

Większość milionerów zalicza się do grupy 1-5 mln (w USA, w dolarach) i wzbogaciło się oszczędnością, pracą, inwestowaniem (we własną firmę, akcje, nieruchomości) ok. 40 r. ż. I tu dochodzimy do drugiej części „bałamuctwa”. Wymieniając z imienia i idei (stąd nie ma potrzeby podawania nazwisk) „guru slowlane”: Davida Bacha, Suze Orman, George’a Clasona i jeszcze paru innych, zarzuca im propagowanie nieprawdziwej myśli – „wolnego bogacenia się”, dającej „bogactwo na starość” przedstawianej jako pieluchy, wózek inwalidzki i dom opieki. Przytacza tabele z książek Bacha (bez źródła), pokazujące, że niewiele, osiągniemy zamożność w wieku 65-75 lat, przy średniej długości życia 74 lata. Nie trzeba Wam chyba mówić, że mamy do czynienia z manipulacją liczbami. Po pierwsze – żeby cieszyć się wolnością finansową i zamożnością (nawet rozumianą jako posiadanie Lamborghini), wcale nie potrzebujemy 3-5 mln dolarów. David Bach, i wszyscy zwolennicy ruchu FIRE na czele z The Frugalwoods, udowadniają nam to codziennie. Wystarczy (w polskich warunkach) ok. 2 mln zł (poza wartością „miejsca do mieszkania”). Już milion złotych w inwestycjach znacząco zwiększy nasz komfort życia, a za 300 tys. Euro możemy kupić kilkunastohektarowe gospodarstwo: gaj oliwny, winnica, sad orzechowy, dwa domy (spokojnie agroturystka) w centralnych Włoszech i prowadzić tam życie pełne słońca, slow foodu i radości, zamiast użerać się w korpo. Po drugie – jestem żywym przykładem, że ten pierwszy milion (poza mieszkaniem), da się zarobić do 35 r.ż., za przeciętną pensję. Po trzecie – ocena 15% stopy zwrotu jako „nierealnej”, także kłóci się z doświadczeniem. Wie o tym 50% ludzi, którzy zainwestował w swoje kwalifikacje (dobrze je wybierając), nieruchomości czy starannie dobrane akcje. Po czwarte – kto mówi o 10.000 dolarach (złotych) jednorazowo? Przy średniej pensji+20% 90 tys. USD (USA) 10% oszczędności to 750 USD miesięcznie. Do tego, da się spokojnie zaoszczędzić w takich warunkach 30% średniej pensji czyli 22.5 tys. USD (blisko 2000 USD/miesięcznie). Patrząc w tabele oszczędzania, mamy pierwszy milion USD (a w Polsce – złotych), po 13 latach (stopa zwrotu 15%). Czyli nie na emeryturze, nie przed śmiercią, ale po 30-tce (jeżeli zaczynamy pracę po maturze), albo przed 40-tką (gdy pracujemy dopiero po studiach). Znowu MJ DeMarco trochę podkolorował swoje obrazy.

Niskie prawdopodobieństwo scenariusza proponowanego przez autora. Życzę Wam (i sobie) dobrze, ale szansa na stworzenie i sprzedaż bloga, bezobsługowej firmy, za minimum 5 milionów dolarów (taki jest próg bogactwa), z pewnością nie wynosi 1:14. Gdyby tak było, mielibyśmy ulice pełne multimilionerów. W rzeczywistości, co MJ DeMarco zbywa, aż 99,9% firm nigdy nie osiąga rozmiarów pozwalających właścicielowi na sprzedanie swojego dziecka za takie kwoty. Stosując agresywną wycenę finansową, oznacza to roczny zysk ok. 1.7 mln zł (c/z = 12, czyli cena sprzedaży = 12-letni zysk). Przy ostrożnych rachunkach (c/z =8), firma musiałaby przynosić 2.5 mln zł zysku rocznie i jeszcze spełniać wymóg bezobsługowości. Znam kilka przedsięwzięć o takich wynikach finansowych, właściciel każdego z nich ma 45 lat i nadal zapieprza codziennie po 10-12 godzin. Natomiast, z drugiej strony, obserwuję całkiem sporą grupę ludzi z wartością netto (bez mieszkania/domu) pow. 1 mln zł w wieku 40+, zarządzających niewielką firmą z zyskami kilkaset tysięcy rocznie, lub pracujących na etacie.

Czy widzę w „Fastlane milionera” jakiś jasny punkt? Nawet dwa. Pierwszym jest nowatorska „matryca podejmowania decyzji” (przełożenie argumentów „za i przeciw” na liczby), drugim wskazanie, że na etacie trudniej się wzbogacić. Pisałem o tym wielokrotnie – przeciętny przedsiębiorca ma lepsze możliwości optymalizacji podatkowej, oraz w konsekwencji dochody, niż przeciętny pracownik. Dodatkowo, co podkreślał już Robert Kiyosaki, pracownik żyje ze sprzedaży swojego czasu, a na właściciela firmy pracują inni.

Zatrzymaj energię pieniądza – czyli kursy „czary-mary dla naiwnych”.

Co jakiś czas w internecie wyskakują mi reklamy kontekstowe kursów, które przekonują, że powodem braku pieniędzy jest zła energia skierowano od biednego do złotówki/ dolara/euro. Niektórzy „guru” posuwają się nawet do twierdzenia „nieoszczędzanie wynika z niewłaściwej energii” czyli idą odrobinę dalej.

Czas rozprawić się z tymi pomysłami. Generalnie w nauce istnieje pewna prawidłowość, każda teza da się udowodnić metodami empirycznymi tj. sprawdzalnymi i powtarzalnymi lub przez wnioskowanie logiczne. Oczywiście nie musimy tego widzieć – nie dostrzegamy przecież pojedynczego atomu, co nie przeszkadza nam uznać jego istnienia). Tak samo nie widzimy prądu i ciepła – aczkolwiek możemy energię elektryczną i cieplną dotkliwie poczuć, wkładając rękę do gniazdka lub kominka. Tzw. energia pieniądza bazuje wyłącznie na wierze w głoszone teorie, co oznacza niemożliwość weryfikacji metodami naukowi.

Druga rzecz i pytanie. Czy snujące te opowieści osoby (trenerzy) faktycznie są choćby zamożni lub oszczędni? Nie wiemy tego. Otwarte pióro marki Versace uwiecznione na filmie, nic nie pokazuje, bo można je sfinansować kredytem (kartą) a kupimy je nawet za kilkaset złotych.

Czy jeśli są bogaci, zarobili te pieniądze? Czy dostali spadek po bogatej ciotce, wygrali na loterii, zyskali po rozwodzie, a może zarobił je współmałżonek? Znowu brak odpowiedzi.

Cofnijmy się zatem do metody naukowej – socjologiczno-statystycznej. Czy ankietowani przez dra Stanleya amerykańscy milionerzy opowiadają coś o „energii pieniądza”? Nie. Czy badacz przyczyn zamożności Brian Tracy w „Milionerach z wyboru. 21 tajemnic sukcesu.” opowiada nam o energii pieniądza? Nie. Czy robią to rozmówcy Tony’ego Robbinsa lub Tima Ferrissa? Także nie. Podkreślają: ciężką pracę, determinację, stawianie sobie kolejnych celów, wiedzę, systematyczność. Stąd moje tytułowe podsumowanie „czary-mary dla naiwnych”. Nikt tego nie sprawdził, nikt nie może zweryfikować, opowiadają o tym ludzie, o których wiedzy i doświadczeniu nic nie wiemy. Absolutnie nic. Wierzą w to głupcy, a prezentują oszuści, wyciągając pieniądze.

Żeby jednak zakończyć pozytywnie. Należy odróżnić kursy „energia pieniądza” od dwóch poglądów, które Stephen Covey senior streścił takimi poglądami „etyka charakteru” i „etyka osobowości”. Ta pierwsza, to właśnie rozwijanie w sobie cech, takich o jakich pisał już Benjamin Franklin: roztropność, męstwo, sprawiedliwość, umiarkowanie, spójność wewnętrzna, pokora, wierność, pracowitość, odpowiedzialność, prostota, skromność. Druga opiera się na pozytywnym myśleniu, robieniu wrażenia (mowa ciała, ubiór itp.), psychomanipulacji (Cialdini), czy słownym manifestowaniu bogactwa (Joe Carbo, Harv Eker). I wiemy z własnego doświadczenia (oraz licznych badań naukowych), że obie te drogi, zwłaszcza jeśli umiemy je połączyć prowadzą do sukcesu (w tym finansowego). I tego się trzymajmy. Brednie o „energii pieniądza” zostawmy wróżkom z pod znaku New Age. Zresztą modny obecnie „coach” Joanna Godecka, dwadzieścia lat temu występowała regularnie na łamach miesięcznika „Wróżka” i podpisywała się tym mianem. `Podobnie jak Aida Kosojan-Przybysz autorka kursu „Potęga obfitości”.