Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
kiepski interes – Oszczędny Milioner

Urbanista o wynajmie i zakupie mieszkań.

W sezonie ogórkowym wyborcza.pl wprowadziła cykl arykułów „Warszawa się rozjeżdża”. W jego ramach publikowane są wywiady, opinie różnych ludzi, których wspólnym mianownikiem stało się „wszystko źle”. Dosłownie. Źle mieszkać w centrum bo hałas, wynajem krótkoterminowy i gentryfikacja. Źle mieszkać w Józefosławiu, bo długi dojazd. Źle budować w okolicy Zalewu Zegrzyńskiego, bo tereny cenne przyrodniczo. O dziwo, zawsze znajdą chętnych do narzekania. Ale tym razem nie o problemach, ale o diagnozie. Rozmówcą w tym artykule (https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,32916285,wiem-jak-powstrzymac-rozlewanie-sie-warszawy-ale-to-oznacza.html#s=S.index-K.C-B.1-L.2.duzy) był Piotr Sawicki – urbanista (wiceprezes warszawskiego oddziału Towarzystwa Urbanistów Polskich). Kiedy mówił o swojej działce (polityce przestrzennej), wychodziło mu całkiem nieźle. Natomiast, gdy pytaniami dziennikarz przerzucił go na grunt „wynajem czy zakup” plótł piętrowe bzdury, ex cathedra i bez dowodów. Oto fragment:

Dziennikarz: Kiedy jednak kupujemy mieszkanie, to z każdą ratą zbliżamy się do własności. Może syn będzie mieć łatwiejszy start w życiu.

Piotr Sawicki: Można odkładać pieniądze w inny sposób. A inwestowanie w mieszkanie, które ma służyć na wynajem do czasu, aż syn dorośnie, robi się nieopłacalne. Stopa zwrotu z mieszkań na wynajem robi się dramatycznie niska.

I tutaj urbanista popełnia dwa błędy. Pierwszy – nie docenia lewara kredytowego, drugi – opowiada bajki o stopie zwrotu z mieszkań. Przeanalizujmy je po kolei.

Lewar. Żeby kupić mieszkanie, musimy mieć 20% wartości. Resztę pożyczy nam bank. Cały montaż finansowy, wygląda tak.

Cena nabycia 800k. Kredyt 640k. Wkład własny 160k. Wiek dziecka w chwili zakupu mieszkania 3 lata. Wiek dziecka w chwili oddania mu mieszkania 23 lata. Rata kredytu ca. 4 tys. zł.

Obecnie takie mieszkanie da się wynająć za 4k do ręki. Co to oznacza? Że ratę pokrywa najemca. Trzeba tylko dołożyć wkład własny i koszty zmian (remonty). Urbanista myśli jednak o warunkach „Rata 4k, przychód z najmu 2k minus koszty”, bo spokojnie da się zrobić taki „interes”, kupując zbyt drogo.

I tu docieramy do istoty lewara – czynsz najmu rośnie proporcjonalnie do stawek rynkowych, a rata nie. My musieliśmy wrzucić tylko 20%, a korzystamy ze wzrostu 100%. Dzisiaj rata wynosi 4k, za 20 lat też 4k. Dzisiaj czynsz najmu to 4k, za 20 lat, niech będzie 8k (dużo zależy od inflacji).

Po 20 latach, dziecko dostaje mieszkanie spłacone w 100% (bo nadpłacaliśmy rosnącego nadwyżką czynszu nad ratą. Krótko mówiąc, inwestując 160k, dajemy dziecku 10/10 wartości mieszkania (dzisiaj to 800k). Nieźle. Ale nie zapomnijmy o stopie zwrotu.

Stopa zwrotu. Weźmy pod uwagę historię. W ostatnich 20 latach (2006-2026), mieliśmy:

  • 10 lat chudych (bez wzrostów cen mieszkań),
  • 10 lat tłustych (z wzrostami).

Ogółem jednak, ceny podskoczyły o 300% (dwukrotnie podwoiły się). Oznacza to średnią stopę zwrotu na poziomie 7.2% (reguła 72). Ale przecież od całości, a my wyłożyliśmy 20%. Co to zmieni? Za 20 lat mieszkanie będzie warte 3.2 mln (jeśli trend się utrzyma) czyli inwestując 160k, zyskamy x 19, a nie x 4 (co odpowiada lewarowi). I teraz x19 to nie dwa podwojenia, a 4,2. Co to oznacza? Stopa zwrotu z mieszkania wyniosła 72/4,76=15,1% . Nieźle. Czy to jest mało?

Cud dzieje się jednak po tych 20 latach. Dziecko nie wynajmuje za 8k/m-c (czyli 96k/rok), ale ta kwota (3% wartości) zostaje mu w kieszeni. Jeśli nadal wzrost cen zakupu wyniesie średnio 7.2%, sumujemy ją do 10,2%. Gorzej niż przy lewarze, a lepiej niż w przypadku najmu.

Najem. Zapytajmy sami siebie: Jaką stopę zwrotu z inwestycji musielibyśmy osiągnąć, żeby zrobić ze 160k kwotę 3,2 mln. To proste. Odpowiedź mamy powyżej – 15,1%. Ilu ludzi ją osiągnie? Niewielu. To tłumaczy różnicę majątku pomiędzy najemcą a właścicielem (nawet na kredyt), w długim okresie. No i nasze dziecko nie płaci 8k za wynajem po tych 20 latach.

Kwestie psychologiczne. Piotr Sawicki nie wziął pod uwagę jeszcze jednej zmiennej – psychologii. Ludzie mają tendencję do wydawania. Niewielu potrafi odraczać przyjemność. Większość, gdy ze 160k zrobi 1 mln, wyda go. I nici z mieszkania dla dziecka. Albo nie wytrzyma na spadkach i zapomnij o stopie 15,1%. Jak pisał Bartek – dla większości szczytem możliwości jest 6-8% w długim okresie.

Podsumowując. Pan urbanista, promując wynajem, bredzi. Nawet gdyby wzrosty tylko wyrównywały niską inflację (podwojenie cen po 20 latach), właściciel zyska x 10 (inwestując 160k, będzie miał 1.6 mln), co odpowiada przy lewarze stopie zwrotu +900%, czyli około 2,25 podwojenia. Rocznie to 8,1%. Nadal bez przyszłych zysków dziecka oraz informacji. w jaki sposób pójdzie w górę najem. Wielu już się nacięło.

Śmierć z zerem na koncie. Książka i sama idea.

Pewien czas temu przeczytałem książkę Billa Perkinsa „Die with Zero” propagującą ideę takiego zaplanowania swojego życia, aby w chwili śmierci dysponować zerowym rachunkiem. Moje opinie na jej temat przedstawiam poniżej. Zwykle nie recenzuję książek, z którymi się nie zgadzam, ale w tym przypadku robię wyjątek. Pomysł zaczął bowiem zataczać spore kręgi i mam wrażenie, że jego admiratorom sporo umknęło.

Sama książka generalnie zawiodła mnie. Znając historię autora (finansista, trader) spodziewałem się wyliczeń, a nie luźno rzuconych haseł. Nie ukrywam, dla mnie spora słabość. Ponieważ brakuje liczb, trudno traktować pomysł poważnie, albowiem brakuje konkretnej odpowiedzi „ile będziemy żyli”, oraz „ile pieniędzy należy sobie zostawić w wieku 40, 50, 60, 70 itd. lat. Drugi problem, który mam z tą pozycją nazwałbym „ignorowaniem natury ludzkiej” oraz „bazowaniem na własnych poglądach, zamiast na badaniach”. Zarzut jest poważny, ale za chwilę go rozwinę. Trzecia uwaga dotyczy wprost przyjęcia nierealnych dla średniego czytelnika w USA (a co dopiero w Polsce) własnych założeń, jako pewnego standardu. I od tego zaczniemy.

Bill Perkins podaje konkretne liczby zarobków i pierwszą pracę, oraz kolejne. Zapewniam Was, że posiadanie ojca adwokata, posła w stanowej legislaturze, pensja 18k USD rocznie „na początek” oraz gigantyczne zarobki w wieku trzydziestu paru lat, milionowe wygrane, a potem przegrane w pokera, nie stanowi typowej ścieżki Amerykanina. Nie owijając w bawełnę, po raz kolejny mamy do czynienia z przedstawicielem klasy wyższej, który mówi „średniakom” jak powinni żyć. Nie byłoby może w tym i nic złego (poza nierealnością porad), ale Bill Perkins i to już mnie mocno razi, oceniając przedstawicieli klasy średniej, którzy postąpili inaczej (czytaj: zostawili wysoki spadek) nazywa wprost hipokrytami. Czytałem książkę w oryginale, więc nie ma mowy o pomyłce w tłumaczeniu. Słabe to. Besztanie sekretarki prawnej, która przekazała uczelni 8 mln dolarów (dla Perkinsa suma z pewnością drobna) za to, że „zrobiła to za późno” osobiście robi na mnie bardzo kiepskie wrażenie. Zwłaszcza, w sytuacji, gdy przeanalizujemy kompletny brak rozsądnych argumentów i sprzeczność z liczbami, co szczegółowo przedstawię. Czas na nie.

Menedżer w funduszu hedgingowym z pewnością te liczby zna. Sylwia Bloom zmarła w wieku 96 lat zostawiła spadek prawie 9 mln dolarów. Cała kwota została przekazana jej macierzystej uczelni i jeszcze dwóm organizacjom na fundusze stypendialne. Zarzut „zbyt późnego przekazania środków” jest nie tylko cyniczny (zwłaszcza wobec spekulanta cenami energii), ale i zwyczajnie głupi. Otóż znając krzywą bogacenia się i procent składany wiemy, że Sylwia Bloom w wieku 50 lat nie była bogata, podobnie nawet około sześćdziesiątki jej majątek nie zrobiłby na nikim wrażenia. Zakładając, że zarabiała te 8% rocznie, co miesiąc odkładała skromne sumy, na jakie pozwalała jej pensja sekretarki, więc wszystko się spina. Jej roczne wpłaty wynosiły prawdopodobnie ok. 7k USD rocznie, a być może, na początku znacznie mniej (inflacja). Znając te dane – 10 lat wcześniej (a więc jako 86 latka) miała połowę tej sumy, 20 lat (76 lat) – 2 mln, a w ustawowym wieku emerytalnym – ledwie 1 mln. Jako 55 latka (freedom55) zebrała 0,5 mln, a jako 45-latka – 200k. Do tego żyła naprawdę długo (96 lat), co pozwoliło jej zgromadzić mocno nadprzeciętny (dla sekretarki, bo Bill Perkins podobne sumy przegrał pewnie w trakcie życia w pokera) majątek. Nie miała, jak wielokrotni milionerzy, 50 baniek na leczenie, 50 baniek na emeryturę itd. Oddając „marne 1 mln” w wieku 65 lat pozbawiała się jakiegokolwiek zabezpieczenia. W przeciwieństwie do „wilków z Wall Street” nie mogła sobie na to pozwolić. Dokładnie ten przykład (i związane z nim liczby) pokazuje jak oderwany jest Perkins od realiów życia Amerykanina z klasy średniej i że bazuje głównie na swojej intuicji, a nie badaniach (które zresztą częściowo cytuje, jednak bez zrozumienia). Otóż, majątek rośnie wraz z wiekiem. Proces ten jest naturalny i wynika z procentu składanego. Dlatego przeciętny milioner (majątek netto wyłączając główny dom) w USA zostaje nim około 50-tki (badania dra Stanleya na podstawie danych IRS i ankiet). Pani Sylwia Bloom znacznie później, bo jej inwestycje miesięczne nie wyglądały spektakularnie. W tej sytuacji rysowanie „krzywej posiadania majątku” z myślą sformułowaną bardziej elegancko, ale sprowadzającą się do konkluzji „niesprawiedliwe jest, że staruchy zgromadziły większość majątku Ameryki” kompletnie nie ma sensu. Dokładnie podobna krzywa (czyli wykładniczy wzrost średniego majątku w życiu), istnieje w Europie, Polsce oraz funkcjonowała 150 lat temu. Nie bez powodu wszyscy właściciele fabryk w „Ziemi Obiecanej” są starcami, podobnie znaczni rolnicy w „Chłopach” (z zastrzeżeniem, że wtedy „starzec” znaczyło sporo mniej lat niż dziś). Reymont znał życie znacznie lepiej niż Perkins.

Teraz przejdźmy do argumentacji „Die with Zero”. Opiera się na kilku filarach, które sprowadzam do haseł: „trumna nie ma kieszeni”, „lepiej dać ciepłą ręką niż zimną”, „kasy potrzebujemy w młodości”, „nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim”, „z wiekiem potrzebujemy coraz mniej” oraz „możemy przewidzieć czas naszego życia” . Wszystkie są błędne, o czym wiedział zarówno Balzak, pisząc serię „Komedia ludzka”, jak i Maciej Boryna z „Chłopów”. Obalę te „mądrości” po kolei.

Trumna nie ma kieszeni. Długo rozwijana i wielokrotnie powtarzana myśl, zgodnie z którą po śmierci nie możemy korzystać z pieniędzy, ani ich rozdać. Niby prawda, ale przedstawiona bałamutnie. My wprawdzie nie możemy odnieść żadnej korzyści, ale jak widać (m.in. podany przykład sekretarki), nasi spadkobiercy – zdecydowanie tak. I właśnie na tym polega natura ludzka. Gromadzimy dla swoich najbliższych, chyba że ich nie mamy (o czym rozmawialiśmy już na blogu). Wtedy i tylko wtedy, ta idea ma sens. Co więcej, biorąc pod uwagę historię Perkinsa, można mówić o „spisku bogatych”, którzy chcą, aby klasa średnia nie dokonywała „międzypokoleniowego transferu majątku”, tylko wydawała na bieżąco. To znamienne, ale jakoś mało bogaczy, stosuje się do tych rad. Dlaczego? Ponieważ są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem (jeszcze raz – dla człowieka posiadającego dzieci, wnuki, dobrego współmałżonka) i doświadczeniem życiowym.

Lepiej dać ciepłą ręką niż zimną. Czyli za życia, zamiast po śmierci. Niby prawda, ale znowu ignorująca podstawowe prawa życia. Jeżeli rozdam cały (niewielki w wieku 50 lat) majątek, cóż mi zostanie na stare lata? Jak zabezpieczę się przed trudnościami i zmiennymi falami losu? Dokładnie to miał na myśli Maciej Boryna mówiąc do syna i synowej „do waju na wycug nie pójdę”, uwspółcześniając „nie będę na waszej łasce i niełasce”. Widziałem to wielokrotnie. Stąd pomysł zupełnie inny, który wprowadzam w życie: część daję za życia, a resztę oddam po śmierci. Do tego warunki multimilionera są zupełnie inne niż przeciętnego średniaka, nie mówimy o 100 mln dolarów, ale raczej o „kawalerce w Zduńskiej Woli”, jak opisuje w Newsweeku mjr Michał Fiszer (o którym pojawi się jeszcze wpis, bo udzielił arcyciekawego wywiadu). I tę kawalerkę oraz trochę oszczędności zostawia w spadku przeciętny „średniak”. Do tego dochodzi właśnie krzywa majątku. Rozdając jako 65 -latek mam np. 1 mln, a jako 85-latek, już 4. Tak działa realna ekonomia.

Kasy potrzebujemy w młodości. Stąd więcej sensu ma zdaniem Perkinsa rozdanie jej 40-latkom, a nie po śmierci 60-latkom. I tutaj wpada w pewien matematyczny korkociąg. Skoro 40-latkom, czemu nie 20-latkom. Powód jest prosty – ponownie krzywa majątku. Jako 65-letni rodzice 40-latka „średniacy” mają tej kasy 4-krotnie mniej niż 85-latkowie.

Drugi problem – pewien klasizm (czyli opisywanie klas wyższych, jako pewnego przykładu). Otóż, w USA, podobnie jak w Polsce średnia długość życia, powiązana jest z wykształceniem i pozycją społeczną. Krótko mówiąc, niewykształceni żyją kilkadziesiąt lat krócej. Dla nich te rady nie mają sensu, bo ledwo dożywają (mężczyźni) wieku emerytalnego (przeciętna długość życia w PL mężczyzny z wykształceniem podstawowym wynosi 68 lat, a w USA mniej niż 60).

Do tego dochodzi jeszcze wynik badań dra Stanleya i dra Danko. Otóż ustalili oni, że ludzie subsydiowani przez rodziców w młodości, zarabiają mniej niż ci, którzy kroplówki nie otrzymali. Zgadzam się w 100%. „Die with Zero” ignoruje te badania i zmniejsza szanse naszych dzieci.

Nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim. Pada tutaj bardzo amerykański przykład – rachunki za leczenie. Skoro roczne leczenie raka kosztuje bardzo wiele, odkładając milion, nic nam to nie da. Kupimy sobie parę miesięcy życia. Ten przykład kompletnie nie przystaje do krajów Europy, gdzie szpitalna opieka zdrowotna jest darmowa. Średnio sprawdza się i w USA. Otóż można zgromadzoną kasę wydawać na dobre, średnioklasowe ubezpieczenie zdrowotne, a nie na rachunki za leczenie. Tak jest przezorniej i tak robią nauczyciele oraz sekretarki w kancelariach prawnych. Poza tym, nie każdy zapadnie na raka, czasem zwyczajnie złamie rękę i zakładając „typowe wydatki” zabraknie mu i na to (150k a nie miliony). Majątek zabezpieczy nas zatem nie tylko przed szeregiem drobnych wydatków i trudności, ale za to prawie pewnych (niedołężna starość), a nie przed mało prawdopodobnymi katastrofami. I tak trzeba patrzeć na ryzyko. Facet, który działał w hedgingu doskonale to wie.

Z wiekiem potrzebujemy coraz mniej. Niby, patrząc na naszych rodziców i dziadków – nie sposób się nie zgodzić. Jednak wszystko do czasu i w określonych warunkach. Z pewnością nie w USA i nie obecnej Polsce wielkomiejskiej. Przede wszystkim tam ludzie rozjechali się po wielkim kraju (u nas po Europie). Jeśli jeden mój syn będzie we Wrocławiu, drugi w Portugalii, a trzeci w Kielcach, nie będą mieli szansy zajmować się mną w skali, której doświadczały osiadłe pokolenia przed nami. Wszystkie książki o amerykańskim FIRE potwierdzają ten trend. A koszty opieki wynoszą niemało – dzisiaj ok. 8 tys. zł/m-c, jeżeli nie potrzeba prywatnego leczenia. Dlatego nawet Marszałek Sejmu trzymała męża w publicznym szpitalu. Widziałem koszty rehabilitacji, turnus prywatny w sanatorium – proszę bardzo, z zabiegami 500 zł/os./noc. 3 tygodnie – 12k. Koszmar. Stąd fakt, że mniej jemy, nie kupujemy ubrań, nie kształcimy już dzieci, wcale nie oznacza niższych wydatków, a w każdym razie – do czasu. Takie bajki może opowiadać bogacz, w wieku jeszcze sprawnym, a widzący koniec własnego nosa.

Możemy przewidzieć czas naszego życia. Przy tej myśli, Bill Perkins trochę się kryguje. Bo niby możemy („średnia długość dożycia”) a nie możemy. Oczywiście, że nie możemy. Moja ciotka, jak wskazywały wszystkie znaki na niebie i ziemi miała przeżyć swojego brata (zawód, płeć), a żyła 2 lata krócej. Ich matka (ponownie zmienna wykształcenia) przeżyła ich oboje o kilka lat, a całe swoje rodzeństwo o kilkadziesiąt (miała i siostry). Moja mama żyła 80 lat, a jej starsza siostra 55. Ogólna statystyka (liczony czas dożycia dla całej populacji) a indywidualny wynik, to dwie różne rzeczy. Jeżeli nie doszacujemy (czyli pożyjemy dłużej niż średnia), zabraknie nam kasy (osiągniemy „zero” przed śmiercią i skazujemy się na biedowanie). Jeżeli przeszacujemy – złamiemy tytułową zasadę „Die with Zero”. Stąd, cały pomysł staje się utopią. W mojej ocenie, kolejnym szkodliwym scamem, wymyślonym przez bogatych, aby klasa średnia pozbywała się majątku „na przeżycia”. Dokładnie pachnie mi to „kulturą współdzielenia” albo „nic nie będziesz miał i będziesz szczęśliwy”.

Jak wiecie żyję zupełnie inaczej. Rozdaję część za życia (dwóch synów już dostało mieszkania w dużym mieście oraz po tanim aucie, czyli pozbyłem się, lekko licząc 800k, a na trzeciego mieszkanie czeka), ale znaczną, lwią część oddam im dopiero po śmierci. Muszę jeszcze zabezpieczyć żonę (o czym „Die with Zero” nie wspomina, a kobiety żyją dłużej), zakładam pół-emeryturę już dziś, a potem Freedom55. Do tego jestem człowiekiem oszczędnym i pomysł wydania 200k na dwuosobowy rejs dookoła świata kompletnie mnie nie kręci. Poza dziećmi będę miał i wnuki, a więc część zostawię im. Mogę żyć doskonale bez skakania na linie z mostu, bez zajrzenia w każdy zakątek Afryki i picia każdego możliwego alkoholu. Dam sobie radę bez Maserati. Wybieram bezpieczeństwo i stabilność, a nie ryzyko, że nie doszacuję własnej długowieczności. Jak już napisałem, w wymiarze społecznym, pomysł „przehulania”, istotnie godny jest pokerzysty, a nie rozsądnego ojca rodziny w klasie średniej.

Myśląc, komu mógłby być przydatny, widzę w zasadzie jedną, aczkolwiek rosnącą grupę – DINKS czyli bezdzietne pary. Brak dzieci, połączony ze średnimi relacjami rodzinnymi, skłania faktycznie do zostawienia grupie bratanków dokładnie zera. Jeśli ktoś jednocześnie nie boi się biednej starości nieznaczącej czasem „najwyżej umrę na tego raka, jeśli nie mogę zapłacić za jego leczenie”, ale „zamiast się rehabilitować, będę jeszcze 2 lata patrzył w sufit, przykuty do łóżka”, rozumiem i szanuję. Natomiast w moim (i wielu innych) położeniu, takie myślenie (podobnie jak druga skrajność „nic młodym za życia, bo wszystko moje”) raczej zaszkodzi, niż pomoże.

Emerytura Prezesa ZUS i Oszczędnego Milionera. Porównanie.

Tak się składa, że z obecnym Prezesem ZUS urodziliśmy się dokładnie w tym samym roku. Nasze emerytury wskazują zatem na przyszłe świadczenia osób, które przez pewną część życia zawodowego zarabiały powyżej średniej (jak wskazał Liwiusz Laska, w jego przypadku „wielokrotnie więcej”). A wyniki:

Emerytura Prezesa ZUS. Nie trzymam Was dłużej w napięciu – planowana niecałe 4200 zł brutto. Cały wywiad, pod tym linkiem: https://biznes.interia.pl/gospodarka/news-liwiusz-laska-kazdy-powinien-marzyc-o-tym-zeby-moc-wplacic-p,nId,23540971#google_vignette. Jak to się stało, że człowiek, który dzisiaj zarabia w okolicach 36k/m-c, był członkiem Państwowej Komisji Wyborczej, a wcześniej prowadził sporą kancelarię adwokacką, dostanie 4200 zł/m-c, po 41 latach pracy? Wyjaśnię we wnioskach.

Do tego dochodzi pewna niedoskonałość systemu (albo celowe skalibrowanie go). Otóż, jeżeli Kowalski w warszawskim korpo zarabia 15k/m-c brutto, odprowadza ca.3k składek emerytalnych (20%). Prezes ZUS z pensją 36k/m-c brutto – niecałe 20% (na poziomie 282.600 zł czyli po ok. 8 miesiącach) następuje odcięcie. W efekcie Ty i ja płacimy 9.76% (drugie pół pracodawca), Liwiusz Laska 6,37% (drugie pół ZUS), a „bardzo drobny przedsiębiorca” – 19,76%.

Emerytura Oszczędnego Milionera. Całe życie na etacie. Rok więcej płacenia składek. 11 dobrych lat i 16 nieco chudszych pod względem składek. ZUS wyliczył mi w prognozie 5600 zł.

Dlaczego nasze emerytury tak się różnią?

Powód 1. Ponieważ Prezes ZUS prowadził dg i przez 18 lat odprowadzał składki minimalne (od 60% przeciętnego wynagrodzenia). Ja cały czas pracowałem na etacie, oskładkowując się na takim poziomie tylko przez 5 lat. Nie pomogły mu świetne lata na grubych posadach, bo było ich zwyczajnie mało (kilka). W moim przypadku – 11.

Powód 2. ZUS przyjmuje, że nasze przyszłe składki (a mamy przed sobą jeszcze potencjalnie 15 lat pracy), będą uśrednieniem z historii ubezpieczeniowej. Tym sposobem moją prognozowaną emeryturę ZUS zawyża (albowiem nie będę zarabiał sporo), a Liwiusza Laski – zaniża (przed nim wiele lat dobrej pensji).

W czym jesteśmy podobni? Obaj oszczędzamy na IKZE i w PPK. Robi tak większość przedsiębiorców i ludzi z wysokimi poborami, jeżeli mają świadomość przyszłej klęski systemu publicznego.

W czym się nie zgadzamy?

Punkt 1. Ja prognozuję katastrofę ZUS (wyrównanie większości do najniżej emerytury), a Prezes tej instytucji kreśli świetlane perspektywy, opowiadając o 10% waloryzacjach.

Punkt 2. Liwiusz Laska zataja wzrost prognozowanej długości życia na przestrzeni ostatnich lat i wpływ tej zmiennej na wysokość przyszłej emerytury. Ani słowem nie wspomina o bombie demograficznej. Ja piszę o tym wprost, podając konkretne liczby.

Punkt 3. Prezes ZUS żałuje, że płacił tak niskie składki, ja odwrotnie – że wysokie, wolałbym tę kasę dostać do ręki. Nie wspomina, że jego obecna składka to nieco ponad 6%, bo wchodzi „w próg odcięcia”.

Punkt 4. Liwiusz Laska opowiada o składkach jako „najlepszej inwestycji przynoszącej 10% rocznie”, Oszczędny Milioner podaje Wam konkretne liczby i benchmarki (wartości porównawcze). Sprawdźmy je zatem. Wg Prezesa ZUS (co już jest manipulacją, bo wcześniej wyniki były znacznie gorsze), waloryzacja za ostatnich 10 lat (2016-2025) wyniosła średnio 10% rocznie. Sprawdziłem – skumulowana na kapitale początkowym i zasadniczym – 161%. Ale już na subkoncie (gdzie przeniesiono składki z OFE) – 86%. Ponieważ część naszych środków leży na ZUS (63%) a 37% trafia na subkonto (jeżeli nie należymy do OFE) – średnia ważona wyjdzie 117%. Gdyby wzrost wynosił 10%, powinno być 160%. Zatem nieprawda. Sprawdźmy więc benchmarki:

  1. Samo OFE. 156%.
  2. indeks WIG. 158%.
  3. Cena m2 w Warszawie z zyskami z wynajmu – 167%.

Każda z ww. inwestycji biła na głowę ZUS, a mówimy o jego najlepszych latach. No i OFE, środki na giełdzie i mieszkania w stolicy dziedziczymy (w ZUS tylko subfundusz).

Dom pod miastem. Letnisko. Dwa symbole statusu sprzed 25 lat.

Odnoszący sukcesy przedstawiciel klasy średniej z przełomu wieków musiał mieć:

  1. podmiejski dom.
  2. letnisko czyli dom weekendowy w atrakcyjnym miejscu.

Pierwszego nie trzeba nikomu tłumaczyć. Duża działka, a nie miejska chusteczka do nosa, spokój, cisza, pies (nie w budzie, lecz na salonach). Wystarczy przejrzeć magazyny kolorowe tamtych lat dla aspirantów (Pani, Sukces itp.), żeby nie mieć wątpliwości – dom na przedmieściach, ucieleśnienie amerykańskiego snu, stał się także polskim.

Letnisko, nad jeziorem, w lesie, w górach czy nad morzem, albo po prostu w uzdrowisku (znacznie lepiej domek niż mieszkanie) także wypadało mieć. Niezależnie czy byłeś lekarzem, prawnikiem, naukowcem, drobnym przedsiębiorcą – szedłeś w tym kierunku, gdy tylko było Cię stać.

A teraz? No cóż. Przeglądając oferty sprzedaży nieruchomości, zauważyłem pewną prawidłowość – dzieci tych ludzi sukcesu właśnie wyprzedają tak charakterystyczne domy: królowało ciemne drewno, białe ściany, spadziste czerwone dachy. Wersja Lux – basen lub kort tenisowy. Forma – obowiązkowo coś na kształt dworku (przedmieścia). Tylko bogacze (oferowany niedawno za 17 mln zł dom R.Lipki w Kazimierzu Dolnym) mogli sobie pozwolić na bardziej ekstrawagancką formę. A teraz kolejne pokolenie sprzedaje. Czy warto kupić? Czy robią dobrze?

Na pierwsze pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Niewątpliwie styl dworkowy wyszedł z mody, a to co było dobre 25 lat temu (np. 10 cm ocieplenia, plastikowe okna Rehau) dzisiaj już nikogo nie przyciągnie. Wręcz przeciwnie.Ogromne metraże (reakcja na normy PRL-u) wręcz odstraszają. Pamiętam jeden z takich domów, siłami całej rodziny, wybudowali go znajomi naukowcy. Teraz zostali sami w budynku 10-pokojowym, z podwójnym garażem, trzema kuchniami, trzema łazienkami, jadalnią itp. Oraz z emeryturą na miarę ówczesnych pensji akademickich (wszystkie ekstra „obrywy” szły na umowy o dzieło i nie były oskładkowane). Na razie właściciele trzymają fason (i służy im zdrowie), przekroczyli 75 r.ż., ale gdy odejdą z tego świata, niewątpliwie ich jedyna córka także wrzuci nieruchomość na rynek. Koszty utrzymania – ekstremalne. Wzornictwo – niewspółczesne. A zalety? Poza tymi nieszczęsnymi oknami – świetne materiały. Granit strzegomski, nie żaden plastik udający granit, ani chińskie cuda. Drewno – doskonały dąb, rzemieślnicza robota na podłogach, drzwiach, w kuchni. Często piękne antyki i najwyższej jakości dywany, trochę obrazów. Dla wyjątkowego konesera. Przedmieście stało się praktycznie miastem. Tam, gdzie dojeżdżał 1 autobus na 3 godziny, dzisiaj na przystanku spory ruch. Rano busy i miejskie Solarisy co 15 minut. Ostatni – po 22. Dobra droga.

A letniska? Do dzisiaj czuję zapach takiego drewnianego domku nad jeziorem. Drewno pomieszane ze środkiem do konserwacji (smród nie do zabicia, podobnie pachniały podkłady kolejowe). Te nieruchomości przeżywały swój złoty wiek ponownie w czasie COVID-u, ale potem, wraz z poluzowaniem restrykcji, przygasły po raz ostatni. 90% użytkowników to ludzie 70+, ew. z wnukami. Dzisiaj, w wersji całorocznej (ocieplenie, ogrzewanie) kupimy je za równowartość miejskiej kawalerki. Dlaczego? Ponieważ istnieje szereg ciekawszych sposobów spędzania wolnego weekendu niż wyjazd nad jezioro. Zmienił się styl życia klasy średniej. Królują: spa, city breaki itp. Po co dodatkowy obowiązek (kwiaty, koszenie) i koszt (naprawy), skoro można zapłacić i mieć luksus? Nie na zawsze, ale na kilkanaście dni w roku. Jeśli taka nieruchomość kosztuje 300k, same odsetki do uzyskania (dzisiaj minąłem bank, który proponował 6%) wyniosą 18.000 zł rocznie, dodajmy koszty utrzymania (4000-5000 zł), oraz kapitał (na ile lat potrzebuje go 70-latek?).

Czy to sensowne? Wątpię. Ale tylko głupiec dyskutuje z faktami. W pokoleniu moich rodziców/teściów praktycznie każdy przedstawiciel klasy średniej starał się mieć „daczę” na miarę własnych możliwości (od pięknego domu w Kazimierzu Dolnym czy na Mazurach do wiejskiej chaty po dziadkach). Bez znaczenia: lekarz, weterynarz, inżynier, prawnik, urzędnik, nauczyciel. Większość z tych ludzi spędzała tam każdy weekend lata, nierzadko miesiąc wakacji. Obowiązkowo z rodziną. A dzisiaj? No cóż. Rozglądam się dookoła. Jeśli wyłączę „apartamenty wakacyjne” to takim miejscem w mojej bańce towarzysko-wiekowej dysponuje znajomy naukowiec (dom na Roztoczu po dziadkach), urzędniczka skarbowa (zakup w pandemii) oraz … ja. Ani moje dorosłe dzieci, ani dorosłe dzieci moich kuzynek nie są zainteresowane. Wolą tydzień na Kanarach, w Grecji czy w weekend Paryżu. Jeszcze czasem przyjadą do dziadków nad jezioro (bo jest woda i nie chcą robić starszym przykrości).

Wracam do pytania o sens. Dla kogoś, kto takie miejsce traktuje inwestycyjnie – odradzam. Za chwilę „boomersi” zaczną masowo umierać i mnóstwo podobnych gniazdek trafi na rynek, ciągnąc w dół ceny. Więc dla kogo? Widzę dwie grupy docelowe, obie nieliczne. Jedna – mogący sobie pozwolić na mieszkanie 30-50 km od miasta i pracę zdalną/dojazdy. Wtedy mają szansę korzystać z atrakcji długiego dnia, przyrody, wody, atmosfery od maja do października. Druga – tacy, jak ja, odrobinę niedzisiejsi. Siądą z książką na bujaku, zapatrzą się w las, albo lustro pamiętające prababcię. Zetną różę i wstawią ją do wazonu. Posłuchają Liszta, Wieniawskiego lub Chopina, albo nawet, choć to trudne, spróbują go sami zagrać. Oglądając instagramowe profile dostrzegam jeszcze trzecią grupę i w niej upatruję szansę. Miłośnicy sielskości. W wersji „do zdjęcia”. Zmienią te miejsca w perełki Bookingu. Wrzućcie sobie na pulpit „Morelówkę” w Kazimierzu Dolnym, albo najlepiej tam pojedźcie, jeśli tylko znajdziecie termin. Tak wygląda siedlisko z Weranda Country. Dopracowane w każdym calu. Tylko właścicielka należy zdecydowanie do klasy wyższej.

Ponieważ jednak to blog o finansach, przejdźmy do liczb. Tak jak napisałem, podmiejskie domy klasy średniej sprzed 25 lat skreśliłbym. Mogą być tanie (równowartość 3 pokoi w apartamentowcu) w zakupie, ale w utrzymaniu drogie. Taka 250-300 metrowa, dziesięciopokojowa willa potrzebuje kosztownych remontów (3 duże łazienki – 150 tys. zł, 2 kuchnie z wyposażeniem – drugie tyle, ocieplenie, wymiana źródła ogrzewania) i energii zimą. Ile? Np. 40 tys. KWh. Jeśli mówimy o gazie ziemnym 18 tys. zł rocznie. Gdyby ktoś w międzyczasie zamontował pompę ciepła – pewnie 30 tys. zł/rok. Porównajmy z nowym, dobrze ocieplonym domem stumetrowym: 4000 KWh – 1/10 powyższej wartości. Padnie drugie pytanie – po co komu dzisiaj, w klasie średniej 10 pokoi na 2-3 osoby?

A letnisko? Cóż tutaj nie byłbym taki kategoryczny. Wszystko zależy od miejsca, układu, stanu technicznego. Gdyby ktoś dzisiaj zaoferował mi 100-metrowy dom wakacyjny nad jeziorem w dobrej cenie (200-250 tys. zł) na pewno wziąłbym pióro do ręki i zrobił rachunek sumienia: ile i jak zamierzam korzystać. Pamiętacie wyliczenia dotyczące „miejsca w górach”?

Własny domek w promieniu 30-70 km w ciekawym miejscu (woda, góry, las, ładne miasteczko) stanowi pewną wartość dla określonego typu ludzi. I dla nich ma wiele zalet. Popatrzcie. W swoim siedlisku jestem po 35 minutach od wyjazdu z domu. Przed 17 w piątek rozpalam już grilla. Okiennice mogę zamknąć w niedzielę o 21 (w lecie jeszcze wrócę za dnia). Gdy miałem mieszkanie w górach, dojeżdżałem o 22 w piątek, a pakowałem bambetle o 14 w niedzielę, tracąc 10 godzin. Nie muszę dodawać, że w pewnym wieku istnieje zasadnicza różnica pomiędzy 35-minutowym dojazdem a 5 godzinami – x 2 w jeden weekend. Ale – trzeba lubić stale bywać w jednym miejscu (i mieć tam towarzystwo), cenić sobie własny fotel, kubek itp. Jeśli chcemy wynajmować, znacznie łatwiej ogarnąć sprzątanie, wydanie kluczy, gdy jesteśmy 30 km od lokalizacji niż 375 km. Proste.

W przypadku domu na wsi dochodzi sentyment. Na moim siedlisku spędzałem wakacje jako dziecko, mam tam kumpla, rodzinę, budynek stawiał mój pradziadek. To wszystko nie da się porównać z anonimowym 45-metrowym mieszkaniem w bloku, ani piętrem w „domku góralskim”. W żadnym razie.

Natomiast dla kogoś, kto lubi być dziś tu, jutro tam – taka „miejscówka” staje się ciężarem, trudnym do udźwignięcia. Bo wszystko trzeba ludziom zlecić. Spuszczać wodę przed zimą, zabezpieczyć rośliny, kosić. A pobędziemy tam 5 weekendów i tydzień w roku (łącznie 15 dni). Całkowity bezsens. Do czasu, aż zmieni nam się optyka. 750 km w weekend stanie się ciężarem, emerytura wyniesie 30% pensji. Wtedy lepiej mieć coś bliżej.

Obserwuję moich teściów, wiele lat temu kupili sobie domek nad jeziorem. Na początku spędzali tam tylko weekendy. Po 70-tce siedzą od maja do końca września, pomimo, że brak stałego ogrzewania. Płacą podatek, wodę, ścieki, prąd (jak w mieście i tak płaciliby plus abonamenty). De facto dom kosztuje ich ok. 3000 zł/rok plus jakieś udoskonalenia. Jeśli przeliczymy wg stawek rynkowych – 150 zł/dzień ( po rabacie na długi termin), wyszłoby 5×4500 zł czyli 22.500 zł/rok. A tak żyją sobie za 1/7. 3000 zł/rok i jako emeryci nie wyjadą nigdzie na dłużej niż weekend, więc mają wybór weekend kontra 5 miesięcy. Co lepsze? A wnuki? A przyjaciele?

Ponownie, dla kogoś kto ma pieniądze, lubi zmiany, może argumenty z czapy, ale dla posiadaczy niewielkiego budżetu, warte rozważenia. Podobnie dla kogoś, kto patrzy dalej i wie jak wygląda starość. Obserwuję w rodzinie. Jeszcze 10 lat temu mój teść wsiadał i w weekend odwiedzał swoją chrześnicę (600 km w obie strony), a w następny siostrę (kolejne 600 km). Teraz, gdy boli kręgosłup, oczy nie te, wycieczka do Warszawy stanowi wyzwanie. O dojeżdżaniu 750 km raz w miesiącu, nawet nie myśli.

Jeszcze raz przykład na oszustwo ZUS. Moja własna teściowa i emerytura 55-latki wyższa niż 60-latki.

Moja teściowa, słynny medialnie rocznik 1953 (kilka wyroków TK, ostatni, który mógł pobrać wcześniejszą emeryturę), przeszła na „stypendium ZUS” w 2008 r. (jako 55-latka). Dzisiaj nieosiągalne, ale skupmy się na faktach z przeszłości, bo pokazują wartość „obliczeń” ZUS. .

ZUS wyliczył jej emeryturę w kwocie 2.400 zł i zaczął wypłacać. Zwolniła się z pracy na 1 dzień i zatrudniła od nowa, aby wykonać ruch, do którego nieodmiennie namawiam jako optymalnego: brać emeryturę i zarabiać.

W 2013 r. osiągnęło tzw. ustawowy wiek emerytalny, i wystąpiła o świadczenie tzw. pełne. Liczyła, że 5 lat pracy ekstra (dodatkowe składki) podniosą jej wysokość emerytury. Nic z tego, bo wyliczono 30% mniej (ok. 1700 zł). Odjęto wypłacane przez 5 lat sumy, a doliczono składki. Pozostała więc przy wysokości 2400 zł (tzw. korzystniejsza opcja).

W 2021 r. ZUS po wyroku TK przeliczył jej jeszcze raz, tym razem prawidłowo (kapitał początkowy+składki+potrącone wcześniej wypłaty) i podzielił przez 253 miesiące. Wyszło 1950 zł. Dalej sporo mniej niż „wcześniejsza emerytura”.

W 2024 r. zapadł kolejny wyrok TK i w 2026 r. ZUS znowu wszystko policzył od nowa. Wyszło 1840 zł. Jeszcze mniej i sporo niżej niż „wcześniejsza emerytura” (2400 zł). Jak to możliwe?

  1. Tabele średniej długości życia. W 2013 r. kobieta 60-letnia miała przed sobą 253 miesiące życia. W 2026 r. aż 268,9 miesięcy. Dokładnie ta manipulacja, którą karmi nas ZUS. Staram się ją obalać. O 6,2% zaniżone świadczenie.
  2. Dłuższa praca nic nie dała. Słyszycie co ZUS nam wciska – 5 lat dłuższej pracy, to emerytura wyższa o 80%. Bzdura. 5 lat dłuższej pracy i 23% niższa emerytura.
  3. Zmiana zasad. Powoli docieramy do sedna. W 2008 r. emeryturę liczono „po staremu” wybierano korzystnych 10 lat. Teraz liczy się kapitał początkowy + zgromadzone składki. I nagle z 2400 zł zrobiło się 1840 zł.
  4. Wnioski. Moja teściowa jest mądrą kobietą, wzięła świadczenie od razu, zanim Sejm zmienił zasady. Dzięki temu ma o 23 % wyższą emeryturę, niż jej koleżanki pracujące do 60-tki, bo uwierzyły Prezesowi ZUS.

Na koniec ciekawostka. Gdybym dzisiaj poszedł na rentę, dostanę ją w wysokości podobnej do emerytury za 15 lat. Ale to już temat na następny wpis.

Przeciętny Polak na państwowej emeryturze za 15 lat.

Przeciętny Polak zarabia w okolicach mediany dochodu ok. 7500 zł brutto/m-c (5.5k netto). Z takimi poborami, po przepracowaniu 40 lat, dostanie w 2041 roku świadczenie minimalne – w granicach dzisiejszych 1800 zł/netto. Nieco ponad 30% ostatniej pensji netto. Dokładnie takie same 1800 zł, co:

  1. dzisiejszy trzydziestolatek z pensją na poziomie średniej krajowej (szacunki ekonomistów na rok 2060),
  2. matka czwórki dzieci, która nigdy nie pracowała (rodzicielskie świadczenie uzupełniające Mama4+),
  3. wiecznie bezrobotna pięćdziesięciolatka, jeśli zdecydowała się wyjść za mąż za 70-latka, robiącego jej tę uprzejmość i umierającego po 5 latach (renta rodzinna),
  4. kobieta, gdyby przepracowała 15 lat plus 5 lat studiowała (emerytura minimalna),
  5. mężczyzna po 20 latach pracy i 5 lat studiów (emerytura minimalna).

Czy kogoś jeszcze nie wymieniłem? Oczywiście. Rolnika z Marszałkowskiej (płacił KRUS przez 25 lat), prowadzącego przez 25 lat własny biznes itd.

I tym sposobem, po konstatacji, że polski system emerytalno-rentowy daje świadczenie luźno związane z wkładem (namawiający do dłuższej pracy poseł powie „Ile wpłacisz, tyle dostaniesz”), przejdziemy do bardzo ważnego pytania:

Jak za taką sumę przeżyć?

Fakt 1. W mieście, bez własnego mieszkania – niemożliwe. Patrząc na ceny wynajmu, czynsze itp. – nieposiadanie własnego lokum wyklucza przeżycie. Kto uwierzył w te wszystkie opowieści o „fantastycznej elastyczności najmu”, nie ma szans na funkcjonowanie. Jeśli nie dostanie taniej „komunałki”, kąta przy rodzinie itp. wypada z gry. Płacenie nawet 1000 zł za pokój, plus koszt kilku rzeczy: jedzenia, leków, internetu, telefonu, ubrania, wyczyści rachunek do 0.

Fakt 2.Własne mieszkanie nie może być zbyt duże. Podam prosty przykład. Mój kumpel ma 38m2 kawalerkę w bloku zarządzanym przez wspólnotę, a więc dość tanią. Za 1 osobę, ze śmieciami, centralnym ogrzewaniem, płaci ok. 600 zł/m-c. Doliczmy do tego: prąd, gaz, internet, telefon, TV (streaming), podatek i zsumujmy. Wychodzi 900 zł. Na pozostałe wydatki zostanie połowa. Gdyby mieszkanie miało 60 m2 opłata wzrosłaby do 1150 zł. Na wszystko inne zostaje 650 zł. A piszę o taniej wspólnocie. W spółdzielni 60 m2=1500 zł (z opłatami).

Fakt 3.Co dwie emerytury, to nie jedna. Dwa pierwsze fakty uświadomiły bolesną prawdę – samotne życie okaże się znacznie trudniejsze. Samotnik zapłaci za mieszkanie 1/2 świadczenia. Dwójka już nieco ponad 1/4. Drastyczna różnica. My jednak sobie nie wybieramy momentu. Śmierć współmałżonka może prowadzić do nędzy.

Fakt 4. Na wsi będzie taniej. Wyprowadzka na tereny wiejskie ma szereg zalet, także finansowych na emeryturze. Jeżeli właściciel 38m2 kawalerki zapłaci 900 zł za dach nad głową, na wsi spokojnie może to być 500 zł. Na „życie”zostanie nie 900 zł, a 1300 zł. Do tego damy radę uprawiać tanie warzywa, owoce, czyli te produkty, na które w mieście po prostu nas nie stać, bo kosztują drogo. Wiejski dom nie wymaga czynszu, czasem nawet opłaty za wodę, pali się drewnem (znacznie tańsze niż miejskie c.o.), podatki są niższe.

Fakt 5. Życie przeciętnego Polaka na państwowej emeryturze będzie biedne. Ostateczna konstatacja, która wielu szokuje. 1800 zł ledwie wystarczy na skromną egzystencję. Trzeba pozbyć się wielu wydatków (np. sprzedać samochód) i oglądać dwa razy każdą złotowkę. Luksusów nie zobaczymy. 900 zł po uregulowaniu opłat nie wygląda jak świetny plan. Dlatego już teraz wielu emerytów pracuje. Lepiej dostawać nadal te 7200 zł/m-c (minimalna emerytura plus mediana pensji) niż 1800 zł. A że oznacza to pracę do śmierci, to inna historia.

Work-life balance czy praca na 100%

Młode pokolenie dokonało istotnego przewartościowania. Odrzuciło tzw. kulturę zapierdolu na rzecz lazy girl jobs oraz lazy boy jobs. Czy taki sposób na życie ma sens?

To zależy. Jeżeli nasi rodzice, zapewnią nam własne mieszkanie lub po prostu kupią inwestycje, szukanie niewymagającej pracy za 5k ma sens. Nie przemęczamy się. W razie problemów łatwo znajdziemy surogat. Przychodzimy do domu na luzie. Nie oszukujmy się jednak, dane ekonomiczne są jakie są – szanse na mieszkanie kupione przez rodziców ma znikomy procent dzisiejszych studentów. Na zasponsorowaną inwestycję – jeszcze mniejszy. Reszta musi dokonać wyboru – wygoda czy spięcie pośladków.

Zawsze jestem zwolennikiem poruszania się po tzw. linii życia. Krótko mówiąc – na wszystko przypada odpowiedni czas. Harujmy jako 30-latkowie, żeby odpoczywać po 50-tce, kiedy sił ubywa. Miejmy dzieci, gdy dajemy radę wstawać w nocy (czyli znowu – przed 30-tką). Uczmy się póki czas, bo studia pięćdziesięciolatka nie przyniosą takich efektów.

Tak samo działają inwestycje. Każde 10 tys. zł odłożone i zainwestowane przed 30-tką daje nam 100 tys. zł po 50-tce. A obijając się w młodości mamy problem na stare lata, ponieważ te 100 tys. zł jednak trudniej odłożyć. Stąd – planujmy intensywny okres pracy w szczycie możliwości psychofizycznych czyli 20-45 lat.

Nie dajmy się jednak zwariować. Nikomu nie polecam 16 godzin dziennie. Bez żartów. W ten sposób tylko zużyjemy się szybciej. Jak mówi amerykańskie przysłowie: zarobił pieniądze i musiał je wszystkie wydać na lekarzy. Polecam rozsądek. Nazywam go „praca +20%”. Normalny trzydziestolatek da radę iść na 8 godzin pięć dni w tygodniu, a potem dorabiać sobie 8 godzin w sobotę lub 2 x 4 godziny w tygodniu. Tym sposobem przepracuje nie 100 godzin/tydzień (6×16) lecz 48h tydzień. Zyska przy tym dodatkowe 20-30% dochodu. A to już sporo. Jest z czego oszczędzać. Podziała tak do 45r.ż. a potem….

Potem będzie miał już z górki. Sprawdziłem na własnej skórze. Jeśli pensja minimalna wynosi ok. 4000 zł/m-c, dodatkowe 800 zł sporo zmieni. Gdybyśmy pracowali w IT z pensją 20k miesięcznie, mamy 4k ekstra. Sporo. Czasem nie trzeba nawet dodatkowej pracy, wystarczą nadgodziny lub zlecenie.

Pomiędzy receptą moją, a tą od prof. Matczaka jest jeszcze jedna różnica. On polecał dodatkową pracę nawet za darmo, ja tylko pod warunkiem proporcjonalnych dochodów. Czym innym okaże się praca w kancelarii systemem „50 godzin wyrobionych, 40 godzin płatnych”, a czym innym praca 40 godzin w biurze plus 8 h przy evencie, wykończeniach czy zleceniu. Nie chodzi bowiem o mityczne „zdobywanie doświadczenia”, „zaangażowanie” tylko o gołą gotówkę na inwestycje. Tylko tak wyrwiemy się z błędnego koła prekariatu (i klasy średniej 9-5). A i na life starczy nam czasu.

Uważajcie na scam. Oszust obiecuje 80% zysku w 5 lat, a nic nie mówi o realnych stratach.

Znacie mój stosunek do ZUS, muszę się więc wytłumaczyć, dlaczego temat emerytur z państwowego ubezpieczyciela wraca raz po raz. Otóż, specjaliści od marketingu w ZUS-ie przechodzą samych siebie i ciągle mnie zadziwiają.

Najpierw opublikowali raport o głodowych emeryturach przedsiębiorców, opłacając grupę naukowców. W sumie nic dziwnego, mnóstwo firm tak robi, abyśmy korzystali z ich produktów i usług (słynne hasło z artykułów o Daewoo Leganza „Główna rywalka VW Passata”, teraz „Bestune B70 – pogromca Skody Superb i VW Passata”).

Potem posunęli się dalej i obiecali, że pójście na emeryturę rok później, podniesie nam świadczenie o 20%. Znowu, ZUS posłużył się dziennikarzami. Te kłamstwa też demaskowałem.

Ale ostatnio przeszli sami siebie. W wielu portalach np. Fakt.pl https://www.fakt.pl/pieniadze/czy-oplaca-sie-pracowac-po-osiagnieciu-wieku-emerytalnego-wyliczenia-zus/wy2h819 czy money.pl https://www.money.pl/finanse/emerytura-wyzsza-o-80-proc-zus-pokazal-nowe-wyliczenia-7316162949199936a.html , wp.pl, Radio Eska, Super Biznes, ukazały się w tym samym czasie (7-8 sierpnia 2026 r.) artykuły zawierające „prognozy, które ZUS przygotował dla „Faktu””. Zgodnie z nimi osoby, które w 2026 r. osiągnęły wiek emerytalny, przedłużając okres aktywności zawodowej mogą zyskać emeryturę wyższą o:

  • 14%, jeżeli przejdą na emeryturę w 2027 r.,
  • 27%, jeżeli przejdą na emeryturę w 2028 r.,
  • 43% jeżeli przejdą na emeryturę w 2029 r.,
  • 80% jeżeli przejdą na emeryturę w 2031 r.

Oczywiście, zero informacji o sposobie wyliczenia tak fantastycznych liczba. Zrobię to dla Was i od razu przesyłam do wszystkich mediów, które opublikowały te tzw. prognozy.

Punkt 1. Co to jest prognoza? Otóż to wyłącznie szacunki ZUS. Ani nie obietnica, ani nie zobowiązanie. Żaden przyszły emeryt, który prognozą się posłuży, nie może domagać się wypłacenia o 80% wyższej emerytury w 2031r. Nadal obowiązuje reguła: zgromadzona kwota/okres dożycia w chwili zakończenia pracy.

Ta prognoza = nieodpłatna promocja plus zwolnienie się dziennikarzy z odpowiedzialności z zastrzeżeniem autorstwa ZUS.

Punkt 2. Zero danych. I tu mamy najważniejszy problem. Dane da się zweryfikować, jeżeli je znamy. Tutaj nie wiemy nic.

Ale nawet nie znając zmiennych (kapitał początkowy, okres aktywności zawodowej, pensje w poszczególnych latach), jestem w stanie powiedzieć, że prognoza jest świadomie rozsiewanym kłamstwem dla osób, które:

  1. zarabiały dużo dopiero w końcu aktywności zawodowej,
  2. pracowały bardzo długo (np. 45 lat), ale z niskimi pensjami na początku,
  3. nie dożyją 70-tki (czyli wielu mężczyzn z wykształceniem niższym niż średnie),
  4. w ciągu tych 5 lat stracą pracę lub nie będą w stanie pracować, z powodów zdrowotnych,
  5. doświadczą niskiej inflacji i waloryzacji.

W pozostałym zakresie mamy do czynienia z zatajaniem trudnych prawd, takich jak:

  1. Pracując niewiele w systemie składkowym, 80% wyższa emerytura tzw. groszowa, zapewnia nadal głodowe świadczenie, bo co z tego jeśli 300 zł zmieni się w 540 zł?
  2. Nie znamy przyszłej inflacji ani współczynników waloryzacji. Te 80% wyssano z palca.
  3. Średnia długość życia mężczyzn w wykształceniem niższym niż średnie (podstawowe, gimnazjalne) wynosi 68 lat. Oni statystycznie 70-tki nie dożyją.
  4. Ostatni prezes ZUS – Zdzisław Derdziuk, ciężko (i prawdopodobnie śmiertelnie) zachorował w wieku 64 lat i już nie pracuje, bo leży w szpitalu a jak doniósł wicepremier „walczy o każdy oddech”. Generał Różański 63 lata. Czy coś podobnego nie przydarzy się Tobie albo mnie? Jaką mamy gwarancję? Każdy dodatkowy rok pracy, może oznaczać, że emerytury nie dożyjemy w ogóle.
  5. Średnia długość życia w zdrowiu wynosi ok. 65 lat dla kobiet i 62 lat dla mężczyzn. Panowie są poważnie chorzy już przed wejściem w ustawowy wiek emerytalny.
  6. GUS notorycznie modyfikuje tzw. tabele długości życia. Poza pandemią – na niekorzyść obywateli. ZUS posługuje się tymi tabelami. Skutki – obniżenie emerytur i patrz pkt 4.
  7. Załamanie gospodarcze Polski, wojna, trudna sytuacja lub wola polityczna, zmieni 80% w 10%.

Punkt 3. Sposób liczenia emerytury.

Niby prosty: dzielimy zgromadzoną w ZUS i na subkoncie kasę przez średnią długość życia. Coroczne waloryzacje mnożą nam już zgromadzone składki oraz dodajemy jeszcze wpłacane od naszych pensji. Tyle teorii.

W praktyce państwo może manipulować obydwoma zmiennymi równania. Zmieni zasady ustawą. Zaniży nam waloryzację (np. do 4% przy faktycznie 6% inflacji), albo podniesie średni czas dożycia. Wtedy nie ma mowy o 80% zysku, ale realnej stracie.

Punkt 4. Tabele dożycia GUS. Już o nich wspomniałem. Tabela z 2021 r. pokazuje, że:

  • 60-latkowie pożyją jeszcze 247,7 miesiąca (20 lat 7,7 miesiąca),
  • 65-latkowie 204,3 miesiąca (17 lat 0,3 miesiąca),
  • 70-latkowie 164,8 miesiąca (13 lat 8,8 miesiąca).

Tabela z 2026 r. wróży:

  • 60-latkom – 268,9 miesięcy dalszego życia (22 lata 4,9 miesiąca),
  • 65-latkom – 222,7 miesięcy (18 lat i 6,7 miesiąca),
  • 70-latkom – 180,6 miesięcy (15 lat i 0,6 miesiąca).

Co to znaczy w praktyce? Ano mniej więcej tyle, że wydłużając okres aktywności, wcale nie zyskujemy 5 lat. W przypadku 60-latków z 2021 r. (a dzisiejszych 65-latków) nasza korzyść wynosiła tylko 20 miesięcy (równo 1/3 z 5 lat). 65-latkowie z 2021 r. (dzisiaj 70-latkowie), wypadli nieco lepiej – 23,7 miesiąca na plusie. Ale nadal daleko do 60 miesięcy (5 lat).

GUS stale wydłuża nam średnią długość życia. Wyjątek na przestrzeni kilkunastu lat – pandemia.

Kolejna manipulacja dotyczy „oczywistej oczywistości” – starzejąc się, wcale nie wydłużamy trwania życia o 60 miesięcy, ale o 46 (pomiędzy 60 a 65 lat), albo 42 miesiące (65 a 70 lat). Tracimy więc podwójnie. ZUS to zataja.

Punkt 5. Konkretne obliczenia. Nigdzie ich nie ma i nie jest to przypadek. Podaję zatem dane ogólnodostępne.

Za „Gazetą prawną”:

” Sytuacja wygląda nieco lepiej, jeśli Twoje zarobki w trakcie tych 10 lat były znacznie wyższe. W przypadku odprowadzania składek od kwot równych średniej krajowej, Twoje świadczenie wzrośnie i zamknie się w przedziale od około 500 do 600 złotych brutto miesięcznie.„

600 zł x 268,9 miesięcy = 161.340 zł kapitału emerytalnego.

Powiedzmy wprost – ktoś, kto pracował legalnie 10 lat i zarabiał średnią krajową dostanie 600 zł brutto miesięcznie. Na rękę 550 zł. Gdyby zarabiał przez 10 lat emeryturę minimalną – połowę tej kwoty.

Jeżeli nadal będzie pracował, powiększa podstawę swojej emerytury o kwotę waloryzacji (nieznana) i składki rocznie ok. 12.000 zł (pensja minimalna) lub 20.000 zł (średnia krajowa). W ciągu 5 lat to odpowiednio: 60.000 zł i 100.000 zł. Przy 7% waloryzacji (taką średnią przyjmuję), mamy:
– 1320 zł brutto emerytury 65-latki jeżeli zarabiać będzie pensję minimalną,

-1526 zł brutto emerytury 65-latki jeżeli zarabiać będzie pensję średnią.

W takich warunkach kobieta wychodzi nawet lepiej niż wyliczenia ZUS. Tylko, że lepiej wcale nie znaczy dobrze. Dalej, pomimo wydłużenia pracy o 5 lat, nie dostanie emerytury minimalnej. Przyczyna – brak 20 lat stażu ubezpieczeniowego.

Gdyby jednak „okres dożycia” GUS znowu podniósł o 19,4 miesiąca (jak pomiędzy 2021 a 2026 r.) świadczenie będzie niższe: 1214 zł i 1404 zł. Nadal mieścimy się w wyliczeniach ZUS, ale mówimy o przypadku skrajnym.

Teraz drugi przykład – mój własny – 65-latek z kapitałem 1 mln zł.

Podobnym dysponuje „statystyczny emeryt (ca. 4490 zł średniej emerytury x 222,7m-ca długości życia).

Dzisiaj ma 65 lat i zastanawia się czy czekać. Pomóżmy mu. Oto dane (nadal waloryzacja 7%):

Jeżeli zarobi pracując jeszcze 5 lat „najniższą krajową”, zgromadzi 1.471.561 zł kapitału emerytalnego. Jeżeli „średnią krajową”, niewiele więcej 1.517.567 zł. Jak widać wysokość zarobków (i składek) na tym etapie ma niewielkie znaczenie, decyduje procent waloryzacji (którego nie znamy i który przyjąłem na poziomie 7%).

Jak to przełoży się na emeryturę?

+81-87%, jeżeli GUS nie zmieni czasu dożycia,

+66-71%, jeżeli GUS zmieni czas dożycia w takim samym stopniu, jak w ostatnich 5 latach.

W ten sposób odkryłem założenia propagandy ZUS:

  1. Około 7% waloryzacja kapitału.
  2. Brak zmiany czasu dożycia.
  3. Nieuwzględnienie wypłaconych emerytur.

Jeżeli skorygujemy tymi zmiennymi, 80% jest nierealne.

Po pierwsze dlatego, że ZUS notorycznie zmienia czas dożycia. Dzisiejszy 70-latek stracił 40 miesięcy z mianownika od 65 r.ż. Tylko na przestrzeni 5 lat czas życia 70-latka wydłużył się o 16 miesięcy.

Po drugie, z powodu nikłego prawdopodobieństwa 7% realnej waloryzacji. W czasie niskiej inflacji (a z taką mam nadzieję mamy do czynienia), waloryzacja wynosiła od 2 do 6%. Przy średniej inflacji 5-9%, a dopiero wysoka inflacja dawała 9-14%. ZUS w ogóle nie uwzględnia zmiany realnej siły nabywczej pieniądza. Po skorygowaniu nią realna waloryzacja wyniosła od 0 do 7%. Co z tego, że w 2026 r. waloryzowano kapitał o 9,8%, skoro w tym samym czasie inflacja wyniosła 3.2%, ale odczyty miesięczne sygnalizują gigantyczny skok cen usług (1,2% miesięcznie czyli ponad 15% rocznie)? Co nam po rekordowej waloryzacji w 2023 r. 114,87%, skoro inflacja wynosiła 14,4%? Wtedy te 7% to topowy rok, a nie wartość realnie osiągalna w dłuższej perspektywie.

Wreszcie – wypłacone emerytury. ZUS całkiem zapomina, że przez 5 lat ktoś dostawał tę średnią emeryturę i była ona waloryzowana (o połowę gorzej, więc przyjmuję 3,5%). Część z niej zjadł US i NFZ. Te kwoty też mogą pracować (na 5% w obligacjach). Ile zostanie? Ok. 267 tys. zł oszczędności. Dokładnie tyle może zgromadzić przeciętny emeryt jeżeli zdecyduje się nie odkładać emerytury, tylko połączy ją z pracą. Gdyby nagle zmarł, tę kwotę (w przeciwieństwie do prawa do emerytury) odziedziczy rodzina.

Odsetki od tej kwoty to ponad 1100 zł/m-c Dzieląc kapitał na miesiące dożycia (choćby te teoretyczne ZUS-owskie) mamy ekstra 1483 zł (267.000 zł/180). Porównajmy wartości netto korzyści z propozycji ZUS i „prywatnej emerytury”:

  • ZUS – (3850 * 1,66)=6391 zł/m-c,
  • Jednoczesne branie emerytury i praca – (3850+1100+1483)= 6433 zł.

Krótko mówiąc, nie tylko nie zyskamy 80% wyższej emerytury, ale jeszcze realnie ją obniżymy. I większość osób pracuje sobie, pobierają ekstra świadczenie, gromadząc kasę na koncie i wykorzystując efekt synergii.

Na koniec założenia realne. Inflacja 4%, waloryzacja emerytury na poziomie inflacji, a kapitału 4% powyżej inflacji, wydłużenie życia o 16 miesięcy na przestrzeni 5 lat, wreszcie wypłacone emerytury przy kapitale startowym 1 mln zł i średniej pensji.

  1. Słuchasz ZUS – wzrost emerytury realnej netto o 46% (z 3850 zł do 5630 zł).
  2. Słuchasz Oszczędnego milionera – wzrost emerytury realnej netto o 58% (z 3850 zł do 6095 zł)

Dokładnie. Uwzględniając środki z oszczędności i kapitału (realnie) – 962 zł (odsetki po 5 latach) i 1283 zł przez 15 lat (niewielu mężczyzn dożywa 80-tki) – dostajemy 6095 zł. To o 465 zł więcej niż prognozowany „80% zysk ZUS”.

Konkluzja jest dość prosta – nie warto przeciągać przejścia na emeryturę. Pomijając oczywistości (brak dziedziczenia kasy w ZUS, prawdopodobieństwo śmierci i niedożycia emerytury, pogarszające zdrowie, powszechne pozbywanie się emerytów z pracy) nawet liczbowo wyliczenia wychodzą na korzyść systemu: dłuższa praca +emerytura, zamiast dłuższa praca bez emerytury.

Kolejny naganiacz do dłuższej pracy – tym razem Kamil Fajfer. Demaskuję obliczenia ZUS i założone tezy.

Na portalu wyborcza.biz ukazał się ten artykuł https://wyborcza.biz/biznes/7,147880,32937997,pracujacych-emerytow-przestalo-przybywac-czas-by-rzadzacy.html . Kolejny ubolewający, że Polacy nie chcą pracować dłużej niż muszą. Autor – Kamil Fajfer (znany z prześmiewczego „Magazynu Porażka”), politolog, rzuca tezę „Jest co najmniej kilka mocnych powodów, by po osiągnięciu wieku emerytalnego dalej pracować”. Wiem, powtarzam się, ale napiszę po raz n-ty – do dłuższej pracy zachęcają: kulturoznawcy, politolodzy, absolwenci dziennikarstwa itp., kompletnie nie potrafiący analizować danych, nawet jeśli je powołują. Oto przykłady.

Teza 1. Zachętą do dłuższej pracy jest zerowy PIT. Wyjaśnijmy o co chodzi. PIT-0 – ulga podatkowa pozwalająca pracującym osobom w wieku emerytalnym nie płacić podatku do kwoty 85 528 zł rocznie, pod warunkiem niepobierania emerytury. Kompletnie żadna zachęta. Otóż teoretycznie 65-letni mężczyzna i 5 lat młodsza kobieta stoją przed wyborem:

  1. Pracować np. na pół etatu za medianę pensji 2700 zł/m-c i dostawać emeryturę 4500 zł (okolice średniej emerytury w 2026 r.). W sumie dostawać 7200 zł/m-c mając wolną połowę czasu.
  2. Nie pracować i pobierać emeryturę bez ulgi 4500 zł/m-c i mnóstwo wolnego czasu.
  3. Pracować na pełen etat i dostawać 5400 zł pensji, plus ulgę podatkową 348 zł (12% nadwyżki nad 2500 zł/m-c), oraz obietnicę wyższej emerytury w przyszłości. Razem – 5748 zł.
  4. Pracować na pełen etat, zarabiać 5400 zł pensji plus 4500 zł emerytury. W sumie 9900 zł. I także nie mieć czasu.

Pełnoetatowa praca warta jest mniej niż pół etatu i emerytura. Przecież to nie ma sensu. Emerytura pracującego równa się dodatkowe 4500 zł, ulga podatkowa ok. 350 zł. Co wybierzesz?

Teza 2. Waloryzacja składek bezkonkurencyjnie przebija wzrost wartości środków wrzuconych na giełdę. Powiem szczerze, Kamil Fajfer (którego stare opowieści niezmiernie mnie bawiły, a teraz niestety obniżył loty, zamiast bronić ludzi przed głupimi decyzjami, wpycha ich w ubóstwo) wybiera kompletnie dowolne dane . Wcześniej pisze: „Skumulowana waloryzacja od 2005 do 2025 roku wyniosła nieco ponad 400 proc. W przypadku giełdy mnożnik kapitału wyniósł „jedynie” około 220 proc.” Otóż, wybiera sobie tendencyjnie niezbyt korzystny okres, jako miernik „giełdę” czyli bliżej niesprecyzowany zakres i wyciąga wnioski. Otóż po raz kolejny podam moje OFE. Wchodziłem do systemu na jego starcie – kwiecień 1999. Wtedy jednostka uczestnictwa OFE NN (pierwszy dzień notowań) kosztowała 10 zł. Dzisiaj 117 zł. Wykres macie tutaj https://www.analizy.pl/fundusze-emerytalne/ENNE1/nationale-nederlanden-ofe, więc widzicie, dlaczego redaktor Fajfer pominął cały rok ( w tym czasie wzrost o prawie 70%, a waloryzacja ZUS 10%). Rzecz jasna OFE NN to tylko giełda, ale i papiery dłużne (bony, obligacje). Zatem okres 1999-2026 – OFE +1050%, ZUS – 550%.

Jeżeli uwzględnimy, IKZE – z jego systemem zachęt podatkowych, oraz fakt, że emerytura posiada stały „parapodatek” – składkę zdrowotną 9%, wynik wyszedłby jeszcze lepiej. Opóźniając przejście na emeryturę nadal płacimy składkę rentową, a renty nie dostaniemy, więc kolejne 1,5% odpada.

Podobnie PPK, które wielokrotnie z ZUS-em porównywałem. Oczywiście, sporo zależy od momentu, sytuacji na giełdzie, ale postawienie tezy „świetny ZUS, fatalna giełda” świadczy albo o grubej niewiedzy, albo celowej manipulacji.

Teza 3. Tak stworzony system oznacza, że dłuższa praca równa się wyższej emeryturze.  Półprawda, udowadniałem już kilka razy. Dłuższa praca równa się wyższej emeryturze, ale w niewielkim stopniu. Natomiast ryzyko zgonu rośnie dramatycznie. 65 r.ż dożywa 78% mężczyzn, 70 r.ż ok. 67%, a 75 r.ż. ok. 58%. Pomiędzy 65-tką, a 70-tką umiera 15% mężczyzn, którzy dożyli ustawowego wieku emerytalnego. Do 75-tki już 25%.

Widziałem (tendencyjne) tabele ZUS. Dla 65-latka prawdopodobieństwo zgonu wynosi 2.2%. Dla 70-latka już 3.2%, a dla 75-latka 4.6%. W wieku 76 lat, co roku umiera, 1 na 20 mężczyzn, którzy dożyli tego wieku.

Drastycznie spada jakość życia. Średni tzw. wiek życia w zdrowiu wynosi dla mężczyzn 62 lata.

Teza 4. Po pierwsze dłużej odkładamy składki, a więc mamy więcej kapitału do podziału. Niby prawda, ale weźmy „statystycznego męskiego emeryta”, który w wieku 65 lat dostaje 5300 zł brutto (ok. 4500 zł netto). Znając „równanie emerytalne” mnożymy 5300 zł x 222,7 miesięcy = 1.189.310 zł. Jego kapitał to milion. Pracując dłużej o dwa lata dostanie (weźmy pod uwagę historię) od ok. 8% (lata niskiej inflacji) do blisko 30% (wysoka inflacja i lata wyborcze). W sumie wygląda nieźle, zwłaszcza gdy ceny rosną. Większy przypis to wyższy kapitał o nawet (gdyby powtórzyły się lata 2024-2025) blisko 360.000 zł. Wygląda świetnie. Na papierze. Albowiem:

  1. nie mamy gwarancji takiego wzrostu (były lata z waloryzacją roczną 2%, jak i 14%).
  2. w czasie tych lat (2023-2024 bo za nie waloryzowano w latach 2024-2025) – moje OFE NN wzrosło o 40%. W 2026 r. (za 2025 r.) przyrost w ZUS wyniósł niecałe 10% a OFE NN ponad 30%. Czy nadal „giełda przegrywa”.
  3. najważniejsze info – sam kapitał nic nie zmieni. Dostaniemy wyższą emeryturę (o te kilka, kilkanaście procent rocznie), ale skrócimy czas jej pobierania. Mężczyzna dożywa statystycznie 75 r.ż. Co nam po reklamowanej przez pana Fajfera waloryzacji 10%, skoro również o 10% (średnio dla facetów), skraca nam się okres pobierania?
  4. emerytura też jest waloryzowana, a wypłacony kapitał pracuje. Ktoś, kto poszedł na 4500 zł w 2026 r., opóźniając o rok miałby 10% większe świadczenie (4950 zł), ale decydując się w 65-te urodziny 54k w kieszeni i jeszcze 4738 zł emerytury. Zysk 212 zł, da się spokojnie zrównoważyć 5% zwrotem z 54k ulokowanych w obligacjach.

Teza 5. Jeżeli zebraliśmy 300 tys. zł, to waloryzacja na poziomie 10 proc. oznacza dodatkowe 30 tys. zł do podziału na lata życia, które nam zostały. I tu dochodzimy do politologicznej nieumiejętności analiz matematycznych. Po pierwsze nie 300k. Skoro znamy średnią emeryturę, kapitał wynosi 1.189 mln, czyli ponad 3 razy więcej. Po drugie, nie 30k, a 119k (10% od 1,189 mln). Po trzecie, z tego nic nie wynika, ponieważ ZUS zwiększa długość życia, a ceny rosną. Po czwarte – „300k do podziału na ponad 200 miesięcy nie wyjdzie nawet emerytura minimalna, pracując dłużej nie podniesiemy świadczenia), więc wartość rzucona luźno, nijak nie odpowiada rzeczywistości. Tu przeprowadźmy realną symulację.

Facet dostaje te statystyczne 4500 zł brutto emerytury, jako opcja 1. Przez ten rok system wypłaci 54000 zł (4,5k x 12). Czekając rok dostaniemy waloryzacji 119k. Czyli opłaca się dłużej pracować, prawda? Nieprawda. Działa tu punkt 1 z tezy 4 (10% to dane z ostatniego roku, może być i 2%, albo 14%). Dodajmy jeszcze, że „kapitał”, „subkonto” to tylko zapis księgowy, a nie realne pieniądze. Lepiej mieć oszczędności 54k na koncie niż 119k jako obietnicę. Im dłużej przeciągamy brak wypłat, tym więcej ryzykujemy (przypominam: pomiędzy 65 a 70 r.ż umiera 15% mężczyzn emerytów, a ciężko chorujących nikt nie liczy; pomiędzy 65 a 75 r.ż zatrważające 25%). Poza tym nigdy nie wiemy, ile lat nam zostało. Stąd opowieść „do podziału na lata życia, które nam zostały” równa się kłamstwu. 75 r.ż dożywa 58% Polaków płci brzydszej, wielu z nich ciężko choruje. Czy znajdziemy się w grupie szczęściarzy, nie wiadomo.

Teza 6. Po trzecie jeśli dłużej pracujemy, to krócej będziemy pobierać świadczenie. A to oznacza, że zgromadzony kapitał dzieli się na krótszy okres.   Kolejna manipulacja. Jeżeli dłużej pracujemy, możemy świadczenia nie dożyć, o czym była mowa. Wtedy nie dostaniemy nic. Zgromadzony kapitał dzieli się na teoretyczny okres, który ustalany jest dość arbitralnie. Okres dożycia wzrósł o 2 miesiące pomiędzy marcem 2025 i 2026 r. Ale to przecież nie oznacza wyższych wypłat łącznych. Wyobraźmy sobie mężczyznę, który idzie na średnie świadczenie w wieku 65 lat. Jest ono co roku waloryzowane. W punkcie 4 tezy 4 podałem Wam liczby rok wstrzymania się z emeryturą da 212 zł, odsetki od obligacji wyniosą 225 zł (54.000 zł czyli wypłacona przez rok emerytura x 5% /12 miesięcy). No i nadal mamy 54k na koncie.

Potem następują bałamutne ZUSowskie przykłady, którym Kamil Fajfer wierzy bez sprawdzania. . „Przykładowo, mężczyzna urodzony w 1959 roku, z kapitałem początkowym 75 tys. zł i zarobkami na poziomie 60 proc. średniej krajowej, który mógł przejść na emeryturę we wrześniu 2024 roku, ale przepracował dodatkowy rok, zyskał świadczenie wyższe o 19,1 proc. Zamiast 3882 zł otrzyma 4623 zł”. Są to oczywiście kolejne manipulacje, co da się łatwo obalić, jeśli macie chwilę cierpliwości.

Po pierwsze, wybranie roku 2024. Waloryzacja kapitału 14.8%. Manipulacja nr 1 – wybrano okres o najwyższej waloryzacji w historii. Podobny zdarzył się 2 razy.

Po drugie, liczmy – wzrost kapitału i odsetki. 3882 zł x 218,9 (przeciętne trwanie życia w 2024 r.) = 849.770 zł. 975.535 zł, czyli zyskał prawie 125k. Super. W tym czasie wypłacono mu 46.584 zł emerytury, o czym p.Fajfer i ZUS milczą. Od tej kwoty, dostaniemy prawie 200 zł odsetek miesięcznie. Czyli już 4080 zł kontra 4623 zł. Z 19% robi się już 13%. Manipulacja nr 2 – zapomnieli o wypłaconej emeryturze, która jeśli nadal pracujemy (i nie występujemy o świadczenie, przepada) i odsetkach od niej.

Po trzecie, 60% średniej pensji to 4908 zł brutto, czyli 3820 zł netto. Czy lepiej chodzić do pracy za 3820 zł pensji (uwzględniłem ten PIT 0%), czy siedzieć w domu za 3367 zł emerytury netto? Stopa zastąpienia 88%. Manipulacja nr 3 – epatowanie wzrostem, a nieuwzględnienie stopy zastąpienia, oraz wolnego czasu.

Po czwarte, emerytura w 2025 r. została zwaloryzowana o 5,5%. To daje 4095 zł. Doliczmy te 200 zł z kapitału i mamy 4290, nadal zamiast 4623 zł (stale brutto). Z 19% zrobiło się 7,7%. Manipulacja nr 4 – zatajenie, że emerytura też jest waloryzowana.

Po piąte, nieuwzględnienie zapłaconych składek. Jeżeli „bohater ZUS” zarobił 60% średniej w 2024 r. to było to 4908 zł. Potrącone mu składki wyniosły 9,76% czyli 479 zł. Do tego 73 zł składki rentowej (1,5%), z której oczywiście nie skorzysta. Łącznie ok. 6636 zł wyrzuconych „psu w mordę”, żeby zyskać potem 333 zł/m-c. Ale to nie wszystko – przecież mamy jeszcze przedsiębiorców. Oni zapłacili ok. 1650 zł/m-c składek społecznych czyli blisko 20.000 zł. Ponownie, aby zyskać 4000 zł/rok. Manipulacja nr 5 – eksponowanie korzyści (czyli wyższej emerytury), bez podania kosztów (składki społeczne w okresie roku).

Po szóste – okres dożycia. W 2024 r. wynosił 218,9/m-c dla 65-latka. W 2025 r. dla 66 latka już 212,2 m-c. Jeśli potrafimy liczyć – 6,7 miesiąca na przestrzeni roku, a ile miesięcy ma rok? 12. Czyli nie zyskujemy pełnego roku w mianowniku, ale 6,7 miesiąca. 2 lata pracy od 2024 do 2026 byłoby to nie 218,9 m-c, ale 205,4m-c (13,5 m-c zamiast 24). Manipulacja nr 6 – zatajenie tablic GUS z długością dożycia.

Po siódme – błędy w obliczeniach. Znając te dane, podstawmy sobie do „wzoru emerytalnego.” 975.535 / 212,2= 4597 zł. Zatem wcale nie 4623 zł lecz jeszcze mniej 4597. Niby niewiele, ale różnica spada do 307 zł i 7,1%. Manipulacja nr 7 – niesprawdzenie błędów rachunkowych.

Po ósme – podatki. Efektywna stopa opodatkowania rośnie w Polsce wraz ze wzrostem dochodu. Jeżeli ktoś ma 4597 zł płaci podatek 12% od nadwyżki ponad 2500 zł (kwota wolna) oraz 9% (zdrowotna) od całej kwoty. Teraz porównajmy. Emeryt, który „został w domu” miał w 2025 r. 4095 zł brutto emerytury. Od tego odejmijmy 369 zł zdrowotnej i 191 zł podatku dochodowego. Netto 3535 zł, ale plus 200 zł odsetek od kapitału = 3735 zł. Ten, który poczekał 1 rok, dostaje 4597 zł brutto – 413 zł zdrowotnej i 252 zł podatku dochodowego (pit 0% działa dopóki pracujemy). W efekcie 3932 zł. Ostateczna różnica wyniosła 197 zł i 5,3%, Mityczne 19,1% zmieniło się w 5.3%. Chyba nieco inna perspektywa.

Po dziewiąte – koszty pracy i korzyści z niepracowania. Dzięki Ci Hermesie, boże handlu, zysku i przekonującej mowy (a także kupców i złodziei), że przeczytałem „Pieniądze albo życie”. Otóż, te 197 zł (a nawet 307 zł) zysku szybko zniknie, jeżeli weźmiemy pod uwagę oszczędności z powodu niepracowania. Najpierw dojazd. Podam przykład pośredni – ktoś dojeżdża 10 km (w obie strony) dziennie, czyli 200 km/m-c. Przy cenie biletu miesięcznego 142 zł (wszystkie linie, Lublin), niewiele zostaje. Paliwo 120 zł plus abonament parkingowy – 250 zł = 370 zł. i jesteśmy w plecy. A gdzie ubrania (50 zł/m-c), makijaże, jakieś składki. „Stary Joe” doliczyłby jeszcze darmowe 22 godziny miesięcznie na dojazdy, dekompresję, konsumpcję „na odreagowanie” itp. I te 197 zł znika z nawiązką.

Po dziesiąte – zjeść ciastko i mieć ciastko. Zarówno ZUS, jak i Kamil Fajfer nie rozważają dość oczywistego i popularnego wśród posłów scenariusza (co już daje do myślenia) – da się dalej pracować i brać emeryturę. Wtedy te wszystkie argumenty, nawet zmanipulowane liczby, tracą sens. Nasz „statystyczny emeryt” mógł sobie przecież pobierać te 3500 zł emerytury netto oraz jednocześnie 3600 zł pensji ( albo więcej jeżeli zarabia sporo). W sumie 7100 zł netto. Po roku dostajemy waloryzację, może podwyżkę, odsetki od kapitału. Wszyscy pracujący ze mną tak zrobili. Emerytura+pensja = złoty interes. Co mi po dodatkowych kilkuset zł za rok, jak mam 7100 zł dzisiaj. Politolog nie umie liczyć, a ZUS nas oszukuje.

Problemy społeczne przy przeprowadzce na wieś.

Temat analizowałem po raz pierwszy, gdy moja żona rzuciła pomysł przeprowadzki w góry. Inna miejscowość, ale kłopoty dokładnie te same. Chociaż nieco inne dla dzieci i dorosłych. Przy czym omawiam temat z gruntu prawdziwej wsi, a nie przedmieścia. Patrzę z punktu widzenia mieszczucha, a nie kogoś, kto po studiach wraca „na stare śmieci”.

Problemy dzieci. Pierwszy i zasadniczy – zmiana szkoły i całej grupy rówieśniczo-przyjacielskiej. Owszem, na rok, dwa da się go przetrwać, dowożąc dzieci do starej placówki oświatowej, ale na długi dystans nie ma to sensu. Zmiana szkoły = zerwane więzi. I problem. Wiele nieudanych przenosin rozbiło się o tę rafę. Ci, którym się udało, mieli zupełnie inny pomysł. Na wieś wyjeżdżali albo na etapie przedszkolnym dziecka, albo w chwili podjęcia przez nie kolejnego etapu edukacji. Ma to głęboki sens. Mój syn za rok kończy szkołę podstawową. Planuje liceum sportowe, w innym województwie. Co z tego wyjdzie? Nie wiemy. W rezerwie pozostaje dojazd do miasta, razem ze mną/koleją/własnym mikroautem.

Druga kwestia, nieco związana z pierwszą, zupełnie inne wartości obu środowisk, umiejętności, tematy rozmów. Poza wspólnymi w męskiej grupie (sport, samochody, gry), kobiecej (kosmetyki, ubrania), oraz dla wszystkich (płeć przeciwna, muzyka), wpadamy w czarną dziurę zmian. Najpierw zacznijmy od różnic kulturowych. One się zacierają, ale istnieją. Widzę na styku „mój syn a dzieci przyjaciół ze wsi.” I tak, o ile chłopaki wspólnie grają w CS-a, o tyle zwykle mają inne tematy. Rówieśnicy ze wsi rozmawiają o maszynach (rolniczych i nie tylko), samochodami interesują się nie patrząc na wygląd, ale zawartość (silniki, mechanika). Kompletnie nie interesują się ubraniami czy fryzurami. Mieszczuchy odwrotnie. Dziewczyny, ciuchy zaprzątają im głowy. Pojawia się temat praw ucznia i człowieka, wolontariaty, kultura alternatywna i klasyczna. Muzyka? Również obecna, ale inna. Młodzież wiejska jest doroślejsza w jednym aspekcie (praktyka, praca), a bardziej dziecinna w innym (związki, umiejętność nawiązywania relacji). Te światy mają okazję się spotkać na niewielu polach. Stąd „mieszczuch” w wiejskiej szkole, o ile nie spotka bratniej duszy (o co trudniej w małej grupie) będzie zwykle stał z boku. Jeśli uprawia niemasowy sport, może mieć kłopot ze znalezieniem miejsca do treningów. Typowy „mól książkowy” do wsi rzadko pasuje. Niektórzy rodzice wydają się o tym zapominać, i akcentując swoją odmienność, zaogniają sytuację.

Problemy dorosłych. Biorą się również z odmienności światów i niechęci przystosowania. Słynny jest casus Krzysztofa Zanussiego, który próbował zamieszkać w Bochotnicy, wsi pod Kazimierzem Dolnym. Jako przedstawiciel „kina moralnego niepokoju” postanowił włączyć się w budowę kościoła. Publicznie uzasadniał to marnością moralną swojej wsi. No cóż, reżyser wybitny, ale gigantyczny kabotyn. Wieś zawrzała gniewem i skończyło się wyjazdem. Wywyższanie się, opowiadanie o swojej „mega ważnej pracy”, stanowi najgorszy pomysł. Wyróżnianie się ubiorem w zwykłych okazjach (chodzenie w garniturze do sklepu) – również. Na „mojej wsi” nie rozmawiam o doktoracie, religii, ale urodzajach, cenach zboża, szkodnikach, zmianach prawa dotykającego ludzi (zmiana planów zagospodarowania wyłączająca zabudowę, Mercosur). I oczywiście o tym, co zawsze łączy: dzieciach, jedzeniu, alkoholu. Ale wróćmy do problemów dorosłych.

Brak umiejętności praktycznych, cenionych w społeczności. Wieś rządzi się innymi prawami. Umiejętności korporacyjne: kłamanie, podpierdalanie, tworzenie raportów są kompletnie niepożyteczne, a nawet sprowadzą na nas kłopoty. Nie znaczy to jednak, że mieszczuch się nie przyda. Lekarz, prawnik, nauczyciel, o ile nie zaczną się wywyższać wniosą wartość dodaną do społeczności. Podobnie mechanik, informatyk, muzyk. Ale zanim podejmiemy się przeprowadzki, dążymy do nauczenia się prac fizycznych. Lekarz sam odśnieżający podjazd, prawnik rąbiący drewno, muzyk grający na festynie, informatyk-strażak – zdobędzie łatkę „swojego chłopa” podobnie kobieta gotująca, sprzątająca, dbająca o męża i dzieci. Wieś jest tradycyjna i trzeba mieć tego świadomość.

Nieobecność, praca w mieście wyłączają nas ze środowiska lokalnego. Nie tylko z odmienności zawodowych, ale i czasu. Pracując 9-17, przez 5 dni w tygodniu, wyjeżdżamy o 8, wracamy o 18. W zimie, o tej porze wieś zamiera, bo jest ciemno. W lepszej sytuacji znajdzie się ktoś, kto zaczyna o 6 i wraca przed 15. A w najlepszej – wolne zawody, przedsiębiorcy, a zwłaszcza pracujący na 12-tki, bo w niektóre dni jesteśmy na miejscu. Mój system – 2-3 dni w mieście, niepracująca żona, opiera się na takim założeniu.

Wejście na starcie w silne konflikty. Na wsi każdy jest od kogoś. Walcząc z jednym, stajemy naprzeciw całej jego rodziny. Narzędziem zwalczania (jak w korpo), okazuje się plotka, narażanie na śmieszność (np. określenie przyjezdnych z Warszawy „Papuasy”, wspomniane przez Joannę Posoch). Nie mając sojuszników (a na początku ich nie mamy), skazujemy się na przegraną i wykluczenie ze wspólnoty.

Osłabieni relacji z miastem. To jest realny problem. Zaczynamy wisieć pomiędzy. Nowych znajomości jeszcze nie mamy, stare trudniej kultywować. Zostając w kawiarni, wracamy po pracy jeszcze później. Idąc w sobotę do teatru, tracimy czas na wiejski festyn. Sielska wieś przyciąga gości, ale niektórzy przywożą ze sobą miejskie nawyki: pośpiech, oczekiwanie na obsługę. A one do wsi nie pasują. Nie jesteśmy agroturystyką ani „rodziną na wsi” sprzed 50 lat.

Czy dodacie coś jeszcze?