Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Emerytura – Oszczędny Milioner

Oko.press o emeryturze. Pięć sadzonek nieprawdy, które należy wykorzenić.

12 maja tego roku w portalu oko.press pojawił się artykuł: https://oko.press/demografia-bez-demokalipsy-nie-panikujcie-system-emerytalny-sie-nie-zawali . Zawarto w nim tezę, że z demografią wcale nie jest tak źle, a system ZUS nie zmierza do katastrofy. Nieprawdziwą tezę naukowcy (opisywana już „ekspertka od składek przedsiębiorców”, w rzeczywistości ma doktorat z dziennikarstwa, a nie ekonomii, prawa czy zarządzania, została wzmocniona prof. Szarfenbergiem… politologiem) próbują udowodnić za pomocą pięciu narracji, nazwałem je „sadzonkami nieprawdy”. Należy je szybko wykorzenić. Jeśli bowiem wydadzą nasiona, zarosną nam cały ogród. Wróćmy do zdrowych korzeni matematyki. Do dzieła, bo w długim artykule o emeryturach nie przywołano żadnych obliczeń, sama właściwa dziennikarzom i politologom „mowa-trawa”. Zresztą wystarczy się przyjrzeć cytatom.

Sadzonka nr 1.  Bo kiedy wszystko podporządkowuje się demografii, z pola widzenia znikają rzeczy najważniejsze: ubóstwo, nierówności, niepewna praca, samotność, przeciążenie opieką, kryzys zdrowia psychicznego, trudności w budowaniu trwałych relacji.

Czy ktoś o umyśle chociaż trochę ścisłym może się z tym zgodzić? 100 lat temu: ubóstwo, nierówności, bezrobocie, przeciążenie opieką były większe. I to zdecydowanie. Samotność, zdrowie psychiczne na podobnym poziomie, chociaż mniej o nich mówiono. Tylko trudności w budowaniu trwałych relacji zwiększyły się drastycznie. I to brak trwałych relacji odpowiada za niską dzietność, bardziej niż cokolwiek innego. Realnie chodzi o relacje dzieci-rodzice, mężczyzna-kobieta, dziadkowie-wnuki, ale i w dalszej rodzinie i gronie przyjaciół czy w pracy. Relacje odpowiadały za istnienie „grupy wsparcia”, która potrafiła przejść gorsze momenty. Ktoś zagłuszał lęki młodych, dawał im kasę na start, namawiał do pogodzenia się. Dzisiaj cały ten system wywrócono. Wielu dwudziestolatków musi radzić sobie samodzielnie, w coraz bardziej zmiennym świecie. Opisywałem to zjawisko wielokrotnie. Moje pokolenie dostało mieszkania lub istotne wkłady od rodziców. Teraz sami obdarowani często nie dają dzieciom prawie nic, więc te zaczynają od zera. Podobnie kształtuje się opieka nad wnukami. Wielu dzisiejszych 50-latków, w znacznym stopniu wychowywały babcie. Teraz wygląda to inaczej. Znowu – przyczyna leży w relacjach, ale i sposobie życia. Jeżeli 67-letnia kobieta nadal pracuje (przykład z mojej pracy), w jaki sposób jej 40-letnia córka może liczyć na pomoc, kiedy ma urodzić dzieci? Jeżeli korpo zwalnia młode matki, w pierwszym możliwym momencie (albo i od razu po powrocie), ile osób zdecyduje się na dziecko?

Sadzonka nr 2. A przecież dzieci nie rodzą się w statystykach. Rodzą się albo nie rodzą w konkretnych warunkach życia: w mieszkaniach, na które kogoś stać albo nie stać; w pracy, którą da się albo nie da się połączyć z opieką; w relacjach, które dają poczucie bezpieczeństwa albo go nie dają.

Kolejne humanistyczne brednie, zupełnie oderwane od liczb i historii. Jeszcze raz powiem – dzieci rodziły się w II RP, PRL, w rodzinach z PGR-ów w 1995 r. Aż przestały się rodzić. Pracy, wcale nie trzeba łączyć z rodzicielstwem, przecież jeszcze 45 lat temu nie istniały roczne urlopy macierzyńskie, a pensje wystarczały na mniej. Podobnie jest z relacjami. Obserwuję wiele osób, w złych, a nawet tragicznych relacjach. Nawet w nich pojawiają się dzieci, czasem całkiem sporo. Co się stało? Pisałem o tym już kilka razy. Matematyka. Niska baza matek. Znacznie niższa niż 30 lat temu. Nic nie da się szybko zrobić. 3 mln x 2 dzieci= 6 mln dzieci, a 1.5 mln x 2 dzieci = 3 mln dzieci. Drugi temat – wspominałem w jednym z komentarzy, dzisiaj żeby doszło do zastępowalności pokoleń matka w związku musiałaby rodzić 4-5 dzieci. Ponieważ samotne kobiety wyjechały do miast i … nie mają żadnych związków, nie tylko satysfakcjonujących. Samotni mężczyźni zostali na prowincji i czeka ich to samo. Jeśli weźmiemy pod uwagę te dwie zmienne – te które mają stałe związki powinny rodzić po 8 dzieci. Nierealne.

Sadzonka nr 3. Podstawowym powodem, dla którego nasze emerytury będą niskie, jest konstrukcja systemu tzw. zdefiniowanej składki, w określonym otoczeniu społeczno-prawnym. Od 1999 r. mamy bowiem system, w ramach którego każdy z nas, który ubezpieczony jest w ZUS, ma swoje indywidualne konto. 

Powtórzę się po raz nie wiadomo który – mamy niskie emerytury, bo dopłacamy świętym krowom: rolnikom, księżom, mundurowym, sędziom i prokuratorom, a teraz padł pomysł na artystów. Emerytury mamy niskie, ponieważ ogromna liczba osób bierze je przed 50-tką, nie płacąc grosza składek. Dzisiaj widziałem artykuł (https://businessinsider.com.pl/praca/emerytury/emerytury-mundurowe-o-70-proc-wyzsza-niz-w-zus-mamy-nowe-dane/0k2jymv )- średnia emerytura mundurowa wynosi ok. 7000 zł i jest o 70% wyższa niż ZUS-owska (tam jest 4000 zł). Do tego mamy 170 tys. emerytów mundurowych, ze średnią wieku zakończenia pracy 48 lat. Na tych emerytów budżet wydał 18 mld. Dodajmy do tego 30 mld dopłacane do KRUS (składki pokrywają 10% wydatków). Gdyby system był sprawiedliwy i równy dla wszystkich problem niskich emerytur dotyczyłby marginesu.

Konstrukcja zdefiniowanej składki, stosowana konsekwentnie, wymuszałaby normalność. Jeszcze raz ujawnię dane: W ZUS mam 660 tys. zł, w OFE 220 tys. zł. Przy czym do ZUS od kilkunastu lat trafia 85% składki emerytalnej, a do OFE 15%. Wcześniej podział też był korzystniejszy dla ZUS. Ten system zwyczajnie okrada nas z odsetek pod przymusem oszczędzania w państwowym molochu.

Sadzonka nr 3. Skąd się biorą więc tak niskie stopy zastąpienia?  Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to licznik równania emerytalnego. Wiele osób gromadzi niskie kapitały, bo pracują za niskie wynagrodzenia, niektórzy mają dłuższe lub krótsze przerwy związane z opieką nad kimś, bezrobociem, nieaktywnością, a także dlatego, że system umożliwia, czasem wbrew woli samych ubezpieczonych, a czasem sami tego chcą – unikanie lub obniżenie oskładkowania, o czym pisaliśmy wyżej. Drugim powodem niskiej stopy zastąpienia jest mianownik, a więc dalsze trwanie życia wg GUS w momencie przejścia na emeryturę.

Wyrywałem ją już z 10 razy, zrobię to jeszcze jedenasty. Dla dzisiejszego młodzieńca lat 30, stopa zastąpienia (stosunek emerytury z ZUS do poborów) wyniesie 25%. Jak to możliwe matematycznie, skoro mężczyźni żyją na emeryturze średnio 12-13 lat, pracują ok. 41 lat (po studiach, bo niektórzy i 47 lat), a składka wynosi 20% ich pensji? 20% x 41 lat= 820. 820/13=63,0769. Stopa zastąpienia powinna wynosić 63% pensji, czyli całkiem przyzwoicie.

Nawet prowadzący DG posiadają swoje wyliczenia. 20% x 60% średniej = 12% średniej. 12% x 41 = 492. 492/13=37,846. Przedsiębiorca powinien dostać zatem emeryturę w wysokości 38% średniej pensji – ok. 2 emerytury minimalne. A dostanie jedną.

Bajki o opiece nad kimś (ilu znacie facetów na wychowawczym?) wyśmiewam, bezrobocie wynosi od lat sporo poniżej 10% i nic nie zapowiada drastycznych wzrostów. System wyrównuje te lata kobietom, doliczając okresy macierzyńskiego i wychowawczego, jakby były opłacane składki. To jest system składki zdefiniowanej? Do tego preferencje wieku (czyli mianownika) dla kobiet.

Co więc się dzieje? Państwo (ZUS) okrada nas w biały dzień. Wymyśla sztuczne okresy dożycia (18 lat dla 65-latka), znacznie powyżej faktycznej średniej i co roku je podnosi. Okrada nas podnosząc mianownik. Swoim szalbierstwem zachęca do ucieczki z systemu: unikania bądź obniżania składek, albo nie płacenia ich przez całe lata. Ponieważ, właśnie z powodu demografii dzisiejszej stopy zastąpienia nie da się utrzymać. Mówią o tym ekonomiści, a nie politolog z dziennikarką.

Sadzonka nr 4. Warto też pamiętać, że niskie prognozy emerytalne w Polsce nie wynikają przede wszystkim z demografii, lecz z konstrukcji systemu zdefiniowanej składki funkcjonującego w silnie segmentowanym rynku pracy. Jedni pracują stabilnie, na dobrze wynagradzanych umowach i gromadzą znaczące kapitały emerytalne. Inni, z własnego wyboru albo z powodu warunków rynku pracy, funkcjonują w świecie umów cywilnoprawnych, samozatrudnienia, okresów bezrobocia czy nieoskładkowanych dochodów.

Kolejna część anty-matematyki. Dla pani doktor i pana profesora, żeby zrozumieli, piszę po raz 12-ty. Przez 27 lat miałem stabilną i dobrą pracę. Żadne smieciówki, UOP. Nigdy nie doświadczyłem bezrobocia, samozatrudnienia (w sensie składkowym), umów cywilnoprawnych.

Nie zgromadziłem „znaczących kapitałów emerytalnych” bo ZUS wypłacił je aktualnym emerytom. Zostało, tylko w zapisach, 650k w ZUS plus 220k w OFE. Odprowadzałem górę składek (przez 11 lat od 250% średniej krajowej) czyli w roku 2024 ok. 54 tys. zł. Tylko te 11 lat dało mi prawie nominalną kwotę ZUS. Gdzie waloryzacje i obiecywane frukta?

Uśredniając, płaciłem składki od ok. 170% średniej. Gdybym ostatnie 15 lat przed emeryturą pracował na 145%, wyszłoby ok. 160% średniej. Przepracowałbym 42 lata. Policzmy. 160% x 20% składki x 42 lata= 1344. Podzielmy przez oficjalną średnią dożycia (13 lat) ok. 103% średniej pensji. Ile proponuje mi system? 65 %. Na dzisiaj. Zanim dojdę do emerytury, będzie to 50%, bo ZUS co roku majstruje przy stopie zastąpienia.

Matematyk nie widzi żadnej tajemnicy, opowieści o bezrobociu (którego od 20 lat prawie nie ma), tylko nagie liczby. Powinienem dostać 103% średniej krajowej (czyli ok. 9500 dzisiejszych złotych), dostanę 50% (czyli ok. 4800 dzisiejszych złotych). Co się stało z resztą, przy tzw. gigantycznych waloryzacjach, braku bezrobocia itd.? Ano poszła na kogoś, kto pracował 14 lat, ale skończył studia i rok był na bezpłatnym (okresy bezskładkowe) i trzeba mu dopłacić do emerytury minimalnej. Resztę zjadł ciągle podnoszony mianownik. Z tego powodu, powiedzenie „pas” i wypadnięcie z systemu, wydaje się najrozsądniejszą alternatywą. O ile odkładamy na boku.

Sadzonka nr 5. Panika demograficzna nie pomaga projektować instytucji. Przeciwnie, zastępuje analizę moralną opowieścią o kryzysie.

Zdanie takie napisała para naukowców, nie podając żadnej liczby. Zatem podam je ja. W 2005 r. mieliśmy 5 mln emerytów i 12.6 mln pracujących. Stosunek 1:2.5.

W 2050 r. będzie to 13.7 mln emerytów oraz 11.5 mln pracujących. Stosunek 1.19:1 na niekorzyść pracujących.

Powiedzcie mi szczerze, czy sieję panikę, czy da się te liczby zastąpić „analizą moralną”? Przecież dwójka pracowników szacownych uczelni, odprawia jakieś, kompletnie oderwane od rzeczywistości czary. W 2005 r. przy składce emerytalne 20%, dało się zapewnić emerytom 50% stopę zastąpienia (2.5 x 20%), bez dokładania z budżetu. W 2050 r. wyjdzie nam 17% (20%/1,19), czyli 3 razy mniej. Tak działa demografia i matematyka. W efekcie miliony emerytów, które nie zadbały same o siebie (IKZE, IKE, PPK, OKI), dostaną głodowe świadczenia, albo pracujących zarżnie się podatkami. Żadne „analizy moralne” nic nie zmienią, zwłaszcza że są niemoralne, albowiem nawołują do przyzwolenia na kradzież.

Nie warto dłużej pracować na emeryturę. Informacje dla 40-latka z paszczy ZUS plus analiza danych.

W oficjalnych wystąpieniach przedstawiciele ZUS (i ich opłaceni agenci lub „pożyteczni idioci” rozsiewają propagandę o opłacalności dłuższej pracy. Czasem jednak, tak się zdarzy, że na oficjalnej stronie molocha pojawią się prawdziwe dane. Pomimo opowieści o uproszczeniu bloga, nie mogłem nie skorzystać. Bierzcie i Wy.

Skrót całego wpisu „bo ma być prosto”. ZUS twierdzi, że dodatkowe 5 lat pracy (i opóźnienie przejścia na emeryturę) zwiększy nasze świadczenie o 20%. W rzeczywistości jest to 3.5%. Przyczyny? Stałe wydłużanie teoretycznej długości życia (1,5 roku w ciągu 5 lat), inflacja kasująca wyniki waloryzacji, oraz niewielki wpływ dodatkowych składek.

Kto lubi dawnego Oszczędnego Milionera – niech czyta dalej.

Jak zwykle tytuł odbiega od treści: https://www.zus.pl/-/późniejsze-przejście-na-emeryturę-się-opłaca#:~:text=Opóźnienie%20przejścia%20na%20emeryturę%20przekłada,latach%20–%20ponad%201/5, ale nie o to tym razem chodzi. Skoncentrujemy się na danych. Pochodzą z 2025 r., więc możemy uznać je za aktualne.

Informacja nr 1. Dla osoby w wieku 60 lat każde 100 tys. zł zapisane na koncie w ZUS to 375,38 zł miesięcznej emerytury. W wieku 65 lat to już 452,90 zł.

Niby prosta sprawa. Krótko mówiąc, mając 1 mln na koncie emerytalnym (dla uproszczenia główne konto ZUS+subkonto), dostaniesz 4529 zł brutto emerytury, jeżeli przejdziesz w wieku tzw. ustawowym. Ponieważ to więcej niż 3773,80 zł podobno warto pracować 5 lat dłużej, bo to dokładnie 20%. Tak twierdzi ZUS. Ja mówię sprawdzam.

Zgodnie z tabelami dalszego trwania życia, 60-latek (statystycznie, kobiety i mężczyźni razem) miał przed przed sobą w 2025 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,13.html) jeszcze 266 miesięcy życia, 65-latek 220 miesięcy. Oznaczałoby to, że pierwszy dożyje 82 lat, a drugi 83 lat. Pomijam fikcyjność takich prognoz (w rzeczywistości mężczyźni nie żyją tak długo, lecz raczej 75 lat, a kobiety 83 lata), ale skoncentrujmy się na danych.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,996 mln zł (4529 zł x 220 miesięcy).

Nie jest to żadna fizyka czarnej dziury, ani czary, tylko wynik zwykłego mnożenia (działanie na poziomie bodajże 5 klasy szkoły podstawowej), danych które podał nam ZUS. Pracując dłużej, odbierasz mniej.

To działanie da się sprawdzić. Nasza emerytura wzrośnie o 20%, a pobierać ją będziemy o 21% krócej. Niby niewiele, ale trudno nazwać wynik „opłacalnym przedłużeniem pracy”.

Idźmy dalej. Gdybyśmy przyjęli, że pracując dłużej wcale nie zwiększymy średniej długości własnego życia (a jedynie tabele statystyczne ulegną cudownej korekcie), mamy jeszcze jeden ciekawy efekt. 60-tkę i 65-lat dzieli 60 miesięcy (5 lat), a nie 46 miesięcy. Skąd bierze się 14-miesięczna (30%) różnica. Z GUS-owsko, ZUS-owskiej szacherki liczbami, ale z czegoś jeszcze, o czym warto pamiętać. Część ludzi dożyje 60-tki, ale emerytury w wieku 65 lat już nie. Gdybyśmy jednak założyli, że mamy szczęście kwota, którą faktycznie odbierzemy z systemu, idąc na emeryturę wcześniej nie zmienia się, a opóźniając spada.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,933 mln zł (4529 zł x (266-60) miesięcy).

Kwotę ZUS-owskiej emerytury pięć lat później powinniśmy bowiem dzielić przez 60 miesięcy mniej (czyli 206 miesięcy). I tak zamiast 20% więcej robi się 7% mniej.

Informacja 2. Średnia długość życia 60-latka zwiększyła się wg GUS i ZUS o 2,4 miesiąca w ciągu 1 roku. 65-latek „wydłużył” życie o 1,9 miesięcy.

Dane biorę stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html i stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html.

2026 – 268,9 oraz 222,7

2025 – 266,4 oraz 220,8

Jeszcze ciekawszy wynik uzyskamy, patrząc na dane z 2021 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,9.html)

60-latek – 247,7

65-latek – 204,3.

Tylko na przestrzeni 5 lat (2021 kontra 2026) ZUS i GUS cudownie przedłużyły nam życie o 21,2 miesięca (60-latkowie) i 18,4 miesiąca (65-latkowie).

Jak to przekłada się na wysokość emerytur? Dość prosto. Skoro znamy wzór:

Emerytura=kapitał/średnia długość życia,

to podstawienie danych da nam następujący rezultat:

60-latek w 2021 roku – 1.000.000 zł/247,7 = 4037 zł

jako 65 latek w 2026 roku – 1.000.000 zł/222,7 = 4490 zł

Jak widzicie gołym okiem, różnica nie wynosi wcale 20%, jak nam obiecywał ZUS, ale 11.2%. Połowę mniej. Każąc nam pracować 5 lat dłużej ZUS, zmieniając tabele długości życia, państwo okradło nas z prawie połowy zysku.

Informacja nr 3. Dodatkowe składki z pracy powiększają sumę zgromadzonych środków.

Licząc od minimalnego wynagrodzenia, dodatkowe miesięczne składki wyniosą 281,44 zł (https://www.zus.pl/-/nowe-wysokości-składek-na-ubezpieczenia-społeczne-w-2026-r.). Rocznie to już 3.377,28 zł. Mnożąc przez 5 lat – 16.886, 40 zł.

Wygląda poważnie, ale de facto kapitał 1 mln zwiększył się o ca. 1,69%. W tym czasie ZUS oszukał nas na średniej długości życia o 9% (o tyle statystycznie zwiększyła się średnia długość życia w latach 2021-2026). Przy znanym wzorze emerytalnym (emerytura = kapitał/średnia długość życia) da to następujący efekt:

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.016.886,40/220,8 = 4605 zł

Dokładanie składek wcale się nie opłacało.

Informacja nr 3. Kolejne waloryzacje składek pomnażają kapitał emerytalny (działa też siła procenta składanego).

W tym miejscu ZUS podaje kwotę waloryzacji z 2025 r. – 9,49%. I zaczyna mnie rozśmieszać. Takie dane mogę sobie włożyć między bajki. Ponieważ wiem (w przeciwieństwie do ekonomicznych analfabetów), iż wysoka waloryzacja=wysoka inflacja, a wskaźniki waloryzacji wcale nie wyglądają tak fajnie, na tle wzrostu cen i płac (zwłaszcza minimalnej). Albowiem im więcej dostanę, tym więcej muszę wydać. Zastosuję tutaj trzy mierniki, o których ZUS nic nie mówi i jeden powszechnie podawany (waloryzację).

Teoria. Od 2022 r. przez 5 lat waloryzacja ZUS wyniosła (skumulowane dane w nawiasach):

2022 – 107%,

2023- 14,8% (22,84%),

2024 – 12,2% (37,82%),

2025- 5,5% (45,4%),

2026 – 5,3% (53,1%).

Krótko mówiąc – w teorii nasz kapitał obliczeniowy zyskał 53%. No i teraz odpowiedzmy sobie uczciwie, ile od 2021 r. wzrosły ceny?

Podpowiem na szybko:

  • prąd – (z 0,6 zł/KWh do 1.25 zł/KWh) ponad 100%,
  • chleb (z 2.8 zł do 5 zł za 0,5 kg) -78%,
  • kawa (z 13 zł do 28 zł za 0,25kg w mojej palarni) ponad 100%,
  • najtańszy nowy samochód (Dacia Sandero z 37k obecnie 66k) – 78%,
  • drewno opałowe, gaz – ok. 100%,
  • złoto – (z 225 zł/g do 530 zł/g) – 135%.

Drugi miernik wartości poza cenami (pensja minimalna) rósł też ciekawie +71%.

A trzeci? Inflacja. W tym samym okresie 43%. Kiedy to już wiemy, najbardziej konserwatywnie, realna waloryzacja to 10% (53% waloryzacji nominalnej i 43% inflacji). Gdyby liczyć do pensji, waloryzacja byłaby ujemna nawet – 18%, a do nośników energii -47%.

Ale trzymajmy się danych oficjalnych +10% i policzmy realne emerytury, nakładając na siebie trzy dane: średnią długość życia, realną waloryzację i dodatkowe środki z pracy (które dodatkowo nieco zawyżyłem, bo nie chciało mi się liczyć składek od pensji minimalnej w każdym z 5 lat).

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.118.575,04/220,8 = 5066 zł

Podsumowanie. Biorąc pod uwagę wszystkie dane ZUS i GUS, 5 lat dłuższej pracy, przekłada się na o 3,5% wyższą emeryturę. Dane te podaję w latach wysokiej inflacji, bardzo korzystnej dla współczynników waloryzacji.

Wynik przekonuje nas, że dłuższa praca, w oczekiwaniu na wyższą emeryturę, kompletnie nie ma sensu. Te 5.1% waloryzacji w 2026 r., gdy dostaję 8.5% na obligacjach (korporacyjnych) mocno mnie śmieszyłoby, gdyby nie było smutne. Państwo więcej płaci bankom (oprocentowanie obligacji inflacyjnych 5.6%) niż emerytom. Do tego bankierów nie kantuje na średniej długości życia.

Nie muszę nikogo przekonywać, że w naszym zmiennym świecie, liczenie, że przeżyję dodatkowe 5 lat, dla 3,5% zakrawa na kpinę z matematyki.

Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.

FIRE w dobrze płatnym zawodzie. Mental.

Ten wpis zawdzięczacie Bartkowi i jednemu z moich klientów, wziętemu coachowi. Pierwszy poruszył temat nieprzechodzenia dobrze płatnych zawodów (w szczególności lekarzy) do bycia FIRE, z powodu „marnowania talentów”, a drugi przeprowadził ze mną rozmowę o skutkach tzw. głębokiego coachingu tj. ćwiczeń z podświadomością i zakorzenionymi przekonaniami. Doznałem szoku, gdy dowiedziałem się, że jakiekolwiek problemy psychiczne, a więc nie tylko choroby (co i dla mnie wydawało się oczywiste), ale wszelkie zaburzenia, kryzysy (depresja, wypalenie) dyskwalifikują kandydata na coachowanego, ponieważ mogą zaprowadzić go do szpitala psychiatrycznego. Taki człowiek (niezależnie od zawodu) dochodzi czasem do wniosku, podobnego do Adasia Miauczyńskiego ” I jak ja stanę przed Bogiem? Czy bogami może? Co będę reprezentował, gdy zacznę przestawać być? Jaki będę miał bilans? Jakie winien i ma? Humanista, bez łaciny i greki, inteligent bez choćby angielskiego, rosyjski słabo i w razie czego danke schön, z ledwie liźniętą rodzimą klasyką, która mnie zresztą żenuje i nudzi, z nieprzeczytaną Biblią, ledwie zaczętym Proustem, Joyce’em, bez obejrzanych teatrów i filmów, bez prawie wszystkiego zresztą, czego nie było w telewizji, z niezbudowanym domem, niezasadzonym drzewem”.

Dlatego postanowiłem napisać o mentalu, rozumianym jako zespół przekonań, ale i narzędzi do pracy z własnym umysłem.

Zacznijmy od przekonań. Rozmawiałem z wieloma przedstawicielami wolnych zawodów, w tym dobrze zarabiającymi lekarzami. Wielu z nich, o czym już pisałem, nie ma czasu na żadne rozkminy, bo zap….la od rana do nocy. 250-300 godzin miesięcznie daje standard „wysoko wykształconego” specjalisty. W kieracie, opcja jednorazowego przeznaczenia 2-3 godzin na lekturę inną niż podnoszenie poziomu zawodowego nie istnieje. Zwycięża fizjologia i podstawowe potrzeby. Ratowanie małżeństwa przed rozpadem, albo właśnie romans i praca nad rozpadem. Próba utrzymania się na powierzchni czysto fizycznie, ze świadomością potrzeb ciała, a więc siłownia, narty, bieganie, rower. Taka diagnoza dotyczy 70% grupy. 20-30% albo już zwolniła z racji na wiek (np. moja „rodzinna”, parę lat po 70-tce pracuje już tylko na jednym pełnym etacie) albo jak przywoływany kolega z podstawówki, dokonał przemyśleń i od 45 r.ż woli dojechać 2 razy w tygodniu do warszawskiego prywatnego szpitala, ale mieć czas dla dwójki późnych dzieci. I teraz przyczyny.

Część, oceniam ją jako istotną, tkwi w przekonaniach o „ważności zawodu lekarza”, „ważności zawodu adwokata” itd. Nie chodzi nawet o etos, lecz po prostu pozycję społeczną. Lubią tę pozycję, co każe się trzymać zawodu, który dodaje +50 do towarzyskiej atrakcyjności. I tutaj widzę miejsce na mental. Patrząc z trzech perspektyw. Z jednej, emerytowany (nawet FIRE) lekarz nie przestaje być jednak lekarzem. Z drugiej, mój zawód i ja, stanowią dwie różne kategorie, a nie jeden byt. Z trzeciej, w społeczeństwach egalitarnych (np. w Szwecji), zawód śmieciarza jest tak samo ważny jak lekarza, adwokata czy księgowego (a także bankiera inwestycyjnego, o czym później). Wyłączenie takich przekonań, pozwala nie tylko oderwać się od kieratu, ale w wielu przypadkach uniknąć przedwczesnej śmierci z przepracowania. Oczywiście, większość tego nie zrobi, ponieważ zwyczajnie nie ma czasu na refleksję. Z tego źródła wypływa rzeka myśli o „marnowaniu talentów”, albowiem talent chirurga ceni się wyżej niż muzyka, nawet jeśli zbiegają się w jednej osobie.

Druga szkodliwa grupa przekonań, bazuje na „kulturze zapierdolu” tj. przekonanie, iż wartościowym jest człowiek, który pracuje po 12-16 godzin na dobę, a reszta to roszczeniowi lenie. Takie przekonania kierują ludźmi (o jednym przypadku pisałem), twierdzącymi „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin na dobę” albo ostatnio zasłyszanymi zawodowo „skończyłam wczoraj pracę o 23.29 i oczekuję szacunku i zrozumienia”. Młyńskie koło opisywanej kultury, napędza bańka społeczna, bo są powszechne w grupie. O tym pisał Arur Nowak w „Adwokatach”, widać ją w „Bogach”, wszelkich wspomnieniach o słynnych lekarzach z ostatnich 30 lat, obserwuję ją też w rozmowach. Oczywiście te przekonania i cała „kultura zapierdolu” nie są nic warte i powoli się od nich odchodzi. Specjalista umęczony to specjalista niewydajny, niekreatywny, a nawet popełniający błędy. Poza pracą istnieje życie i ono przelatuje nam obok mijających lat. Mam w dalszej rodzinie dwie siostry, z których jedna wykonuje tzw. boski zawód, a druga nie. Pierwsza, przed 70-tką nadal haruje, druga, parę lat młodsza, siedzi już sobie na emeryturze, od wiosny od jesieni w wiejskim siedlisku. Wszyscy, którzy zrezygnowali z szarpania się z rzeczywistością doznali olśnienia, które obserwuję w boleśnie szczerych felietonach wspomnianego Artura Nowaka. Pisze on, że po 50-tce ciało odmówiło mu posłuszeństwa, coraz częściej potrzebuje „nie pobudki lecz rozruchu”, wzrusza się prostymi zjawiskami i własnymi małymi szczęściami. Porównajmy takie przemyślenia z bufonadą prof. Matczaka, z tymi jego „leniami”, „ludźmi bez wartości” (zarówno w sensie niepożyteczni jak i nihilistyczni) czy roszczeniowymi socjalistami prof. Balcerowicza (przypomnijmy, na ironię byłego członka PZPR). Warto odrzucić ten mental. Paradoksalnie, przykładów mamy sporo. Mój wielki zawodowy mentor, zamykał biuro na 3 tygodnie i jechał sobie na turniej tenisowy, miał czas na intensywne lektury, rodzinę? Jak to możliwe. Nauczył się sztuki rzadko dostępnej specjalistom (z adwokatów-celebrytów opanowali ja chyba tylko Kalisz i Giertych, a lekarza nie znam żadnego) a w świecie biznesu oczywistej tj. delegowania. Lekarze, księgowi, etc. to mistrzowie mikrozarządzania. Ordynator przy obchodzie pyta jaką temperaturę ma każdy pacjent, pomimo iż salą zajmuje się nie kowal, nie mechanik samochodowy, tylko wykwalifikowany lekarz – ordynatora zaufany współpracownik i podwładny. Taki lajf, takie przekonania, takie ustalone zwyczaje. Stąd poważni doktorzy, czterdziestolatkowie pocą się przed obchodem i wkuwają na pamięć „Kowalski 37,5, Malinowski 38”, oraz doznają upokorzenia publicznej dezaprobaty, gdy coś pokręcą. Niektórym te sytuacje wprost śnią się w koszmarach. Cierpią, ale zmienić tego nie potrafią.

Trzecia grupa przekonań, wywodzi się z obserwacji. Otóż, kto pracuje ten ma. Wzięci przedstawiciele wolnych zawodów biedy nie cierpią. Dla nich, tu cytat z pewnego chirurga, bohatera książek Thomasa Stanleya „pieniądze to najłatwiej odnawiający się zasób”. Stawki 1200 zł za godzinę w Polsce nie należą do rzadkości. Stąd pracując godzin 300, zarabiają 360 tys. zł/m-c, pławiąc się w wygodzie. Porzucenie stylu życia odetnie minimum 50-70% dochodów. Jednocześnie następuje znany i opisywany już przeze mnie paradoks wzrostu konsumpcji w miarę skoku przychodów. Widzę sędziów (publiczne oświadczenia majątkowe), lekarzy, adwokatów, księgowych, wszystkich w średnim wieku i z grubo ponadprzeciętnymi dochodami, którzy nie zgromadzili prawie żadnego istotnego majątku. Coś tam odziedziczyli, mają dom, mieszkanie na wynajem, 100k na koncie, i to wszystko. Bywają i inni, ale w mniejszości. A mówimy o ludziach w średnim wieku. Jak to możliwe? Już Thomas Stanley w „Przestań zgrywać milionera…” na podstawie badań ankietowych wyciągnął wniosek. Specjaliści są najczęściej przykładem kategorii „bogatych pod względem dochodu” tzn. osiągają status dolarowego milionera, ponieważ zarabiają znacznie ponad przeciętną (w Polsce minimalne wynagrodzenie lekarza wynosi 12k, a średnie ponad 27k, co nie dotyczy kontraktowców z dochodami czasem 30x średnia krajowa), a nie z powodu umiejętności pomnażania pieniędzy. Znowu – znamy wyjątki (sam Stanley opisuje „lekarza w Hondzie”, którego nowy portier nie chciał wpuścić na lekarski parking z uwagi na zbyt słabe auto). Działa w tym miejscu pewien paradoks, oparty o matematykę i ekonomię. Żeby zarobić 10% rocznie z inwestycji, trzeba mieć zupełnie inne kompetencje niż na zyski 5%. Jednocześnie te 10% od 300 tys. zł, to „ledwie” 30k. Łatwiej je zarobić, dokładając sobie godzin pracy, niż poświęcając lata na praktykę inwestowania i zaliczając po drodze straty. Ta część wywodu ma najistotniejsze znaczenie. Wielu lekarzy, adwokatów, po prostu na FIRE nie stać.

I powoli zbliżamy się do końca, który sygnalizowałem w komentarzu. FIRE nie ma szans na bycie zjawiskiem powszechnym, i tu pełna zgoda z Bartkiem. Powód tkwi w mentalu czyli usunięciu tych szkodliwych przekonań z własnej głowy (co wymaga czasu i zastąpienia ich prawdziwymi twierdzeniami), ale i rozwijaniu umiejętności kompletnie zbędnych zawodowo. Lekarz nie czerpie społecznej akceptacji z umiejętności pomnażania kapitału lecz z ratowania zdrowia. Te dodatkowe 5% rocznie, które po latach kumulują się w miliony, nie bierze się z kapelusza, tylko lektury i ćwiczeń. Inżynier, który porzucił zawód, żeby prowadzić argoturystykę (Panie Waldku, brawa dla Pana za odwagę) uchodzi za dziwaka, albowiem z szacownego „pana inżyniera” stał się po prostu „panem Waldkiem” pokazującym ludziom, jak robić masło i karmiącym kozy. Właścicielka firmy (Joanna Posoch), która rzuciła Warszawę, żeby prowadzić na Warmii „Lawendowe Muzeum Żywe”, usłyszała od matki stary tekst „a z czego ty córciu będziesz teraz żyć”, wypowiedziany z autentyczną troską i przerażeniem. Stąd pomysł na moją „aktywność FIRE”. Ponieważ, jeśli rozmawiam z zawodowymi kolegami, którym kompletnie obce są inwestycje, często pojawiają się słowa „trzeba nie mieć rozumu, żeby rzucić niezłą pensję” (na marginesie – na poziomie hydraulika pracującego dwa tygodnie w miesiącu) albo „nie jest tak źle, pracujemy tylko na 4 etatach, ale przecież mamy czas wyjechać na narty” itd. Większość specjalistów, nie rozwijając umiejętności pomnażania pieniędzy („zapędzenia własnych oszczędności do pracy na nas i zamiast nas”) o FIRE nawet nie pomyśli. A pisząc „większość” nie mam na myśli „50%+1” lecz raczej 95%. I nadal mogę zaniżyć ten odsetek. Główny nurt „prestiżowa praca od studiów aż po grób plus 15 lat ciężkiej nauki” trzyma się doskonale, a FIRE-owcy płyną w nim tylko jako boczne ożywcze źródło, dopływ n-tej kategorii. Nie miejmy złudzeń. Pewien wyjątek zauważam w IT, ale tylko z tego powodu, że znajomość matematyki praktycznej, informatycy stoi na wysokim poziomie. W końcu kto, jak nie oni, potrafi obliczyć mój ulubiony wzór na czas osiągnięcia FIRE, bazujący na logarytmach.

Podsumowując. Mental jest ważnym elementem FIRE, także w dobrze płatnych zawodach. A może przede wszystkim w nich.

PPK + IKZE na przykładzie osoby poniżej przeciętnego dochodu.

Obiecałem i realizuję. Dzisiaj podam wyniki inwestycyjne mojej żony. Zarabia ona poniżej 70%przeciętnej pensji. Niemniej jednak pozwoliła jej coś odłożyć.

PPK

Dokładnie to samo, prowadzone przez PKO BP. Ze swoich odłożyła 5.6 k. Pracodawca dołożył ok. 4.2k. Suma wpłat (z dopłatami państwowymi) – 10,8k . Wynik finansowy+20% i mamy ok. 13k . Powiedzmy sobie szczerze, przy własnej wpłacie 5.6k w czasie 3.5 roku (przeciętne potrącenie to ok. 133 zł). Tu spory wpływ miały dopłaty państwowe (240 zł/rok = praktycznie 2 miesięczne wpłaty własne co roku).

Wielkiej emerytury z tego nie będzie, ale mówimy o osobie, która zaczyna oszczędzać 13 lat przed uzyskaniem praw do świadczenia. Zakładając utrzymanie trendu (dopłaty bez zmian, utrzymanie wyników inwestycyjnych na poziomie inflacji) wyjdziemy po 35 latach (kobieta od 25 do 60 r. ż) na realne 110k (nominalnie sporo więcej, ale o tym zapomnijmy).

Czy to coś zmieni w życiu młodszego odpowiednika mojej żony? Pewnie niewiele, ale każda dzisiejsza emerytka wolałaby mieć 110k niż ich nie mieć. Emeryturka z tego skromna (400-500 zł/m-c = 1/4 państwowego minimum), ale da się żyć, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wpłaty 133 zł kontra 1400 zł na ZUS (znowu realnie).

IKZE

W tym punkcie dwa zastrzeżenia. Moja żona korzystała z przywileju (i problemu) męża zarabiającego sporo więcej. Dokonywała maksymalnych wpłat na IKZE, czego pewnie nie zrobiłaby większość osób zarabiających w okolicach 5 k netto. Jak to się stało?

Po pierwsze – korzystała z ulgi podatkowej (pomimo rozliczeń ze mną). Z wpłaconych 10.407 zł w 2025 r. od razu odzyskiwaliśmy 32% (3330 zł), więc realna wpłata wyniosła niecałe 600 zł/m-c.

Po drugie – w rzeczywistości, płaciłem ja (ona nie robiła żadnego przelewu).

Wynik? Zebrane 54k z wpłat za 2022-2025 czyli 4 lat (ok. 35k) i zysków za 3,5 roku. Świetnie, a żonie wybrałem tylko zwykły fundusz inwestycyjny. Co to oznacza w praktyce? Zysk sporo powyżej inflacji (zysk skumulowany 50%, inflacja skumulowana ok. 20%), ale i inne skutki.

W ciągu 35 lat odłożyłaby (realnie w dzisiejszych cenach) na IKZE ok. 350k. Do tego wynik inwestycyjny, bijący w długim terminie inflację, da jej ekstra ok. 100 tys. zł realnego zysku. Razem 450k/35 lat. Tu już możemy myśleć o emeryturze na poziomie ok. minimalnego świadczenia 1800 zł/m-c. Przypominam – odkładając realnie (po zyskach podatkowych) ok. 600 zł/m-c.

ZUS kontra IKZE +PPK.

Odkładanie już 1/2 sumy składek ZUS (te wynosiły przy jej dochodzie ca. 1400 zł/m-c) w PPK +IKZE, dałaby mojej żonie (dzięki tarczy podatkowej, dopłatom i zyskom prywatną emeryturę o 25% wyższą niż państwowa. Ponownie kamień do ogródka ZUS.

Przypomnę, stosując powszechnie dostępne narzędzia inwestycyjne, bez „szaleństwa” na poziomie wybierania własnych akcji.

Po co FIRE lekarzowi, architektowi i innemu dobrze zarabiającemu przedsiębiorcy?

Takie pytanie postawił Bartek i … sam sobie odpowiedział, ale tylko w aspekcie finansowym – dobrze mieć 25k emerytury, żonę pracującą hobbystycznie. I to tylko połowa prawdy. Ponieważ w rzeczywistości ruch FIRE stanowi część pewnej filozofii, której fundament brzmi tak „Koniec pracy z konieczności i dla pieniędzy”. Możemy sobie dorabiać dla przyjemności (Barista FIRE), ale bezstresowo i niekoniecznie. Zwracam uwagę, że prekursor – Joe Dominguez, wcale nie zaprzestał jakiejkolwiek aktywności, nie siadł na kanapie, po prostu przestał pracować jako bankier inwestycyjny. Dlatego odpowiedziałem – przedsiębiorcy potrzebne jest FIRE, dokładnie z tych samych powodów, co hydraulikowi i każdemu z nas.

Po pierwsze – żeby odzyskać czas na rzeczy ważne. Zacznijmy od demaskowania istoty wolnego zawodu. Prawnik, lekarz, przedsiębiorca w obiegowej opinii, siedzi sobie w fotelu, przyjmuje klientów od niechcenia, pali cygaro, pije szkocką i ma mnóstwo wolnego czasu, który przeznacza na „podróże małe i duże”. Coś jak kreacja „Prezesa z lasu”. W rzeczywistości, a miałem w rodzinie paru lekarzy, zarabiają grube pieniądze (dzisiaj może faktycznie nawet miliony), ale nie pracują, lecz z….ją. Standard 250-300 godzin w miesiącu, co oznacza 10-12 godzin dziennie, nawet w weekend. Owszem, prowadzą dobre, albo bardzo dobre życie, z pensjami 60k netto/rodzinę, ale każda minuta ma dla nich cenę. Opisywałem chyba na blogu rozmowę ze spotkania różnych wolno-zawodowców „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie”. I zachrzaniają tak od 6 klasy podstawówki. O ile mają szczęście, bo znam takich specjalistów, co pracują po 10 godzin w biurze rachunkowym, biorą do domu i zarabiają 5k (podobnie w kancelariach prawnych na prowincji).

Pomysł, że kasa może płynąć bez pracy (a przy 60k/rodzinę da się zgromadzić sporą kasę z oszczędności) wydaje się im rewolucyjny. Odzyskają zasób, którego w przeciwieństwie do pieniędzy, brakuje im od 30 lat. Wielu nie potrafi już zwolnić i znam 40-50 letnich znakomitych lekarzy, których odwiedzam na cmentarzu, a tylko jednego żywego ginekologa, mojego rówieśnika z nastoletnią dwójką dzieci, który pracuje 2-3 dni w tygodniu. Co nie znaczy, że w pozostałe nic nie robi. Jest ojcem, trenerem i kibicem własnego syna-pływaka, dokształca się.

Wróćmy jednak do czasu. Długi urlop przekonał mnie, że na pewnym etapie, wcale nie trzeba przysłowiowego „Klubu piątej rano”, żeby spokojnie wszystko ogarnąć. To znaczy trzeba – jeżeli pracujemy etatowo lub prowadzimy firmę do 18-19 codziennie (a mam biuro razem z takimi zawodami i po spotkaniu z klientem o 18, wcale nie zamykam wspólnych drzwi, bo na parkingu stoją jeszcze auta: właściciela szkoły językowej, radcy prawnego, oddłużacza i gościa serwisującego odkurzacze). A namiastkę FIRE mam jak dzisiaj (sobota po tygodniu chorobowego). Podniosło mnie o 3, po 6 godzinach snu. Odpisałem na komentarze, cyzeluję wpis. O 6 będę leżał ponownie w łóżku, wstanę może o 7.30, może po 8. Wypiję kawę z żoną, wezmę prysznic, pójdę spokojnie z psem na spacer i albo pojadę na działkę, albo zatopię się w lekturze. W międzyczasie zadzwonię do siostry, brata, syna, dwóch kumpli, kupię sobie bilety na środę do Warszawy, przez godzinę popracuję. Do tego w rzemieślniczej piekarni (10 minut spaceru) kupię dobry chleb, zjem obiad przygotowany przez żonę, pogadam z najmłodszym, może siądę z nim nad historią.

FIRE jest spełnioną obietnicą, że sobota zdarza się codziennie. A to znaczy, że nigdy się nie spieszymy, bo i nie ma po co. Jutro też jest dzień. Dla wolnych zawodów – niewyobrażalne. Oni nie mają czasu dla dzieci („Patointeligencja”), dla żony (stąd tyle rozwodów wśród prawników i lekarzy), dla starzejących się rodziców. Jednocześnie wychowani w innych czasach, chcieliby go mieć.

Po drugie – ponieważ odzyskają wolność. Wolność rozumianą jako – robię to co chcę, a nie to co muszę. Uwalniam się z kieratu. Bo praca po 10 godzin na dobę 6 dni w tygodniu jest kieratem. A znam takich, którzy pracują: szpital, przychodnia, prywatna praktyka, Luxmed – niektórzy przyjmują pacjentów do oporu, co oznacza 1 w nocy, więc ciągle muszą, a jedyne czego nie mogą, to uwolnić się z okowu obowiązku. Muszą być rano na oddziale, bo obchód. Muszą zrobić operację, bo szef naciska. Muszą chociaż na chwilę zejść do przychodni. Muszą pojawić się w gabinecie, przecież pacjenci czekają. Muszą odebrać dzieci z treningu. Muszą zrobić zakupy, bo żona (też zagoniona lekarka) będzie zła. A jeszcze muszą przygotować się na konferencję, bo doktorat. Zamień „pacjentów” na klientów i masz dowolny tzw. wolny zawód. Wolny, bo wolno pracować bez ograniczeń. Nikt o 17 z biura nie wygoni.

I właśnie brakuje im tego „mogę”. Mogę wstać o 10. Mogę nie odebrać telefonu. Mogę pojechać na mecz dziecka. Mogę siąść z nim ZA CHWILĘ i spokojnie porozmawiać. Mogę bez planowania, położyć się z żoną w środku dnia.

FIRE gwarantuje jeszcze inne aspekty wolności. Mogę pojechać na 2 miesięczne wakacje w styczniu. Mogę wyskoczyć do Kazimierza Dolnego akurat w środę, bo ładna pogoda.

Po trzecie – ponieważ prawdziwe życie toczy się poza pracą. Trzeba pewnego doświadczenia, a 45-letni lekarz, architekt, prawnik zwykle je ma, żeby wiedzieć, gdzie jest prawdziwe życie. Dorastanie dzieci, potem wnuków. Odchodzenie poprzednich pokoleń, a dla mnie, już również rówieśników. W tym wszystkim warto uczestniczyć, ale jak to zrobić, skoro 250 godzin jestem przedsiębiorcą? I nagle, jeżeli dobry los pozwoli nam uniknąć zawału, wielu stanie w świadomości – gdzieś mi te lata uciekły. Często ci pracoholicy dochodzą do konkluzji – zmarnowałem je na rzeczy nieważne. Wiek średni to doskonały moment na obrachunek.

A grupa tych, którzy faktycznie „kochają to co robią, więc nie przepracują ani jednego dnia”? Obserwacja pozwala mi na wnioski, że jest ich może 20% w populacji. Większość wolałaby siedzieć w słońcu południa z dziećmi niż spędzać czas w biurze czy na sali operacyjnej. Dlaczego? Ponieważ wolny zawód coraz częściej przypomina korpo, a nawet jest wprost wykonywany w korpo. To już nie Doktor Judym z torbą chodzący po biednych domach, ale pracownik sieci medycznej z pomiarem efektywności, KPI, koniecznością „zrobienia wyniku”. Publiczny szpital ma kontrakt i ciśnie na wydajność. We własnej kancelarii, biurze architektonicznym podobnie – albo pracujesz dużo i szybko, albo niewiele zarobisz. Tzw. stan przepływu odczuwa się może raz w tygodniu. Mówiąc brutalnie, więcej satysfakcji w życie wielu przedstawicieli wolnych zawodów wniosło kupienie sobie psa niż cała ta poważna praca. A dodatkowo pies nie kumuluje stresu. W końcu Jan Lityński nie zginął przy pracy, tylko właśnie ratując ukochane zwierzę.

Po czwarte – by zrobić coś naprawdę ważnego. Jak napisałem w komentarzu, w FIRE nie chodzi o siedzenie w fotelu. Odzyskując czas, można zrobić coś istotnego. Jak to na emeryturze, tylko wcześniej i z większą energią. Przywoływany n-ty raz Joe Dominguez, Mr Money Mustache stworzyli społeczności ludzi oszczędnych i wielu otworzyli oczy. Ktoś inny napisał książkę, zaczął malować, komponować itd. Nie dla zabicia czasu, ale z głębokiej potrzeby. Ja też mam kilka pomysłów i pewnie uda mi się je zrealizować. Jednym zainspirowałem się do człowieka, który zaprzestał pracy po 30-tce i napisał książkę o życiu bez pieniędzy.

Dla innych ważnym będzie osobiste wsparcie dzieci i wnuków, stworzenie warunków sierotom, praca dla własnego kościoła, każdy ma jakiś pomysł.

Po piąte – ponieważ wcale nie trzeba rezygnować z zawodu, jeśli się go lubi. Tutaj wracamy do podstaw filozofii FIRE. Nikt nie broni ci leczenia, ale wreszcie możesz robić to bez tabelki w Excelu. Nikt nie wymaga być zamknął kancelarię, ale może wolisz pomagać samotnym matkom a nie zajmować się fuzjami spółek. A architekt? Pewnie ciekawiej projektować eartshipy, zajmować się nowymi technologiami niż klepać po raz setny betonowe domki łanowe. Dlaczego? Ponieważ wreszcie nie trzeba pracować dla pieniędzy, a jedynym kryterium aktywności pozostaje satysfakcja.

Po szóste – dla dobrze planującego lekarza, prawnika, architekta ten scenariusz bogactwa wcale nie pozostaje nierealny. Ktoś ze średnią krajową nie ma statystycznie szans na tak bogate finansowo życie. 30k/m-c z aktywów wymaga:

a) 9 mln przy klasycznym FIRE (4%),

b) 4.5 mln przy wysokiej stopie zysku z inwestycji (8%).

Powiedzmy sobie szczerze, tutaj faktycznie trzeba lekarskiej pensji, albo np. świadomej rezygnacji z rodziny, jeśli chcemy wypasionej emerytury w okolicach 50-tki. Oszczędzając 15k/m-c zrobimy to w 25 lat aktywności zawodowej. Unikniemy tego, o czym pisał Bartek, czyli „życia za 6k”. Ale o tym jeszcze napiszę.

Jeszcze raz o bezsensie ZUS-u. Ile emerytury dostanie mały przedsiębiorca z ZUS i IKZE?

Moje zdanie na temat ZUS-u znacie – jedna z najmniej efektywnych metod gromadzenia oszczędności na starość. Reklamuję (chociaż nikt mi za to nie płaci) IKZE i PPK. Dlaczego? Ponieważ dają szansę na znacznie lepsze wyniki.

Oto rozliczenie IKZE w funduszu inwestycyjnym. Właśnie minęła pierwsza „pięciolatka”. Wyniki – od pandemii, przez wojnę i wzrosty. Robię przy tym porównanie z ZUS.

Wpłaty. ZUS – 20% emerytalnej czyli ok. 13.500 zł/rok. IKZE obecnie ok. 15 tys. zł/rok – 32% zwrotu podatku = 10.000 zł/rok. Połowa składek ZUS-owskich małego przedsiębiorcy. I nadal mniej niż sama emerytalna.

Okres oszczędzania. Powinien ważyć najwięcej. Weźmy statystyczne 36 lat (do osiągnięcia dla mężczyzny).

Wpłaty. Tu robi się wesoło. Suma wpłat w ZUS – 13.500 zł x 36 lat = ca. 500.000 zł. IKZE – 10.000 zł x 36 lat =360.000 zł. O 28% mniej wpłaty.

Dziedziczenie. W ZUS-ie nie istnieje. Jeśli nie dożyjemy, składki przepadają. Jeśli umrzemy po 3 latach także. Zupełnie inaczej wygląda IKZE, zgromadzone środki dostaną nasi spadkobiercy.

Świadczenie. Bywają waloryzacje, które służą urealnieniu świadczenia. Stąd przyjmuję (wcale nie będąc pewien), bo wiem, że mały przedsiębiorca dostanie okolicę dzisiejszej emerytury minimalnej – ok. 1700 zł (realnie). Już ten punkt pokazuje absurd systemu państwowego. Większość dostanie najniższe świadczenie.

A co obiecuje ZUS? No cóż, popatrzmy. Patrząc na wartości realne 500.000 zł /260 miesięcy = 1923 zł. Jak widzicie oficjalne sposoby ZUS-u (podział zgromadzonej kwoty przez dalsze trwanie życia) nie ma żadnej wartości. Dają przedsiębiorcy minimalną. O przyczynach napiszę innym razem. A i od tych 1923 zł musimy odliczyć zdrowotną 9% i robi się 1750 zł.

Teraz świadczenie z IKZE. Tutaj zakładam optymistycznie – średnia inflacja 3%, średni zysk 5%, realnie zyskujemy 2%. Co to oznacza? Do podziału mamy 441.000 zł, bo wprawdzie zyskujemy dzięki wzrostowi wartości, ale tracimy na podatku (10% przy wypłacie). 441.000/260 miesięcy = 1696 zł. W teorii mniej niż ZUS. Ale gdy popatrzymy na szczegóły widzimy różnicę:

  1. W ZUS dostaniemy 54 zł więcej emerytury (+3,2%), ale składka miesięczna była wyższa o 300 zł (+30%).
  2. Do tego podniesienie wpłat do IKZE (kwota maksymalna wzrosła w ciągu kilku lat o 50%) podniesie nam emeryturę. W ZUS – wzrost składki emerytury nie podnosi (są niepowiązane, bo składkę liczymy od przeciętnego wynagrodzenia, a emeryturę minimalną ustala się arbitralnie).
  3. Mówimy o dzisiejszej wartości pieniądza. Wpłacaliśmy realnie 830 zł/m-c na IKZE a 1130 zł na ZUS (emerytalna). Licząc IKZE doliczamy spore szanse na zyski (w latach 2023-2026 – fundusz dłużny wzrósł o 30%, przy skumulowanej inflacji 22%, a akcyjny tej samej firmy zarządzającej 100%). W ZUS-ie mamy ich śmieszną waloryzację (ograniczaną do poziomu inflacji przez manipulacje długością życia. Ale waloryzujemy też składki i to sporo powyżej poziomu inflacji.
  4. W ZUSie mnie możemy płacić samej składki emerytalnej, a w IKZE – tak. W rzeczywistości nie uiszczamy 1130 zł, tylko 1930 zł, na rentę nie pójdziemy, chorobowego nie wyrwiemy. W sumie 10.000 zł kontra 23.160 zł/rok.
  5. Porównanie z ZUS-em wypada teraz druzgocąco (uwzględniam wszystkie składki w wartości nominalnej). Tam w wpłaconych 834 tys. zł (1930 zł x 12 miesięcy x 36 lat) odzyskamy (o ile dożyjemy średniej długości życia mężczyzn) – 455 tys. zł czyli 54%. Możemy też stracić 90%, gdy umrzemy wcześniej. W IKZE odzyskamy 118%. Dokładnie 2 razy tyle, co mały przedsiębiorca w ZUS. Wyliczenie dotyczyło przywileju kobiet.
  6. Teraz drugie obliczenie – dla mężczyzn. Z 260 miesięcy dożycia wg ZUS robi się realne 144 miesiące. ZUS nadal wypłaca 1750 zł czyli 252 tys. zł. Współczynnik wypłat wyniósł (uwzględniając wszystkie składki): 30% (przedsiębiorca). A IKZE? Nadal niezmienne 118%. IKZE bije ZUS o prawie 4 długości.

W zasadzie w tym miejscu moglibyśmy skończyć. Ale wyobraźmy sobie, że IKZE prowadzi ktoś, kto potrafi osiągać wyniki inwestycyjne na poziomie 10% rocznie. 7% ponad inflację. Wtedy ze 360.000 zł wpłat robi się (realne) 1.470.000 zł. Mężczyzna dostaje 400% wkładów, 43% przedsiębiorcy. Do tego żyjąc 73 lata (średnia moich kolegów z pracy, którzy jej dożyli) przez 5 lat wypłaci sobie (zakładam przeniesienie się „na obligacje” i wypłacanie roczne 2,5% nawisu nad inflację) 2756 zł/m-c (czyli 1000 zł więcej niż w ZUS) zostawi dzieciom realne prawie 1.5 mln spadku. Z ZUS-u – kompletnie nic.

Bezpiecznie i prosto. O ETF i inwestycjach dla absolutnie początkujących.

Dzisiaj rano spotkałem Dobrego Marketingowego Ducha, który wytłumaczył mi fenomen ETF tzn. pozwolił spojrzeć na produkt oczami nie zaprawionego w bojach inwestora, ale właśnie marketingowca. Otóż w rzeczywistości firmy inwestycyjne oraz blogerzy finansowi nie rekomendują inwestycji (dziwne, wiem, dla kogoś kto całe życie zajmował się liczbami), ale obietnicę. I ETF jest właśnie taką obietnicą. Co obiecuje? Dwa punkty:

  • zyski dla giełdowych totalnych żółtodziobów (zaspokaja chciwość i bezpieczeństwo),
  • prostotę (zaspokaja lenistwo).

Tu Cię mam bratku-sprzedawco. Właśnie dowiedziałem się czegoś, co zawsze podejrzewałem. Obiecują ciepłe gniazdko, a wciskają wybuchającą na spadkach minę. Sprytne.

Ale Dobry Marketingowy Duch, po 1.5 – godzinnej dyskusji dał mi jeszcze jedno zadanie. Mam znaleźć (stworzyć) produkt, niszę, system inwestycyjny w 3 krokach, który faktycznie da nam bezpieczeństwo i prostotę, a i kapkę chciwości. Słyszeliście o czymś takim? Siadam do pracy. Zero komplikacji, zero liczb, zero… dotychczasowego Oszczędnego Milionera, lubującego się w piętrowych dygresjach. Już mi się podoba.

Na koniec smutna wiadomość. Blogerka Godnezycie złamała pióro i złożyła deklarację, że już nic więcej nie napisze. Ja postaram się nadal opowiadać o tym samym, tylko inaczej. Ocenicie, czy wyszło lepiej czy gorzej.

Trzy dobre rady na czas emerytury, których czterdziestolatkowie nie usłyszeli od swoich rodziców.

Marek swoim komentarzem do listopadowego wpisu, poruszył strunę, na której chciałbym zagrać. Otóż, zastanawiając się nad ciągiem do budowania coraz większych domów (problem nie tylko w Polsce) dla coraz mniejszych rodzin, przez chwilę popatrzyłem szerzej. Istnieje kilka spraw, które warto poprowadzić w swoim życiu inaczej, niż poprzednie pokolenia. Choćby ze względów finansowych.

Około 60-tki granicz przestrzeń mieszkalną i żyj na parterze.

Miłość do powierzchni – reakcja na ograniczenia PRL-u i niedostatek II RP. Budowano 2-3 piętrowe, 300-metrowe domy „bo dzieci zamieszkają z nami”. Nie zamieszkały. Nawet 4-pokoje, dla pary emerytów, to już za dużo. Do zapełnienia codziennym gwarem, i do utrzymania. Dla samotnego staruszka, wystarczą dwa pokoje. W sam raz. Niestety mój aktualny 5-pokojowy dom, na dwóch poziomach (plus trzeci piwniczny) już teraz okazuje się za duży dla rodziny 2+1. Nasza sypialnia stała się gabinetem (zbędnym). Sypialnia syna – pokojem gościnnym (spokojnie damy sobie radę bez takich ekstrawagancji). Dla trójki wystarcza salon (awaryjne miejsce noclegu) i 2 sypialnie. A znam ludzi, którzy w wieku 75 lat zostali z salonem, 8 sypialniami, 3 łazienkami, 2 kuchniami, jadalnią, a wszystko na 4 poziomach. Wreszcie ze świadomością, że jedynak mieszka za granicą i nigdy tu nie wróci. Stąd ograniczenie przestrzeni ma dwa wymiary. Ilościowy oraz kosztowy. W przypadku średniozamożnych emerytów, ten drugi okaże się nawet ważniejszy. Utrzymanie 250m2 domu, nie tylko okazuje się bez sensu (gdy korzystamy z 50m2), ale i pożera większość dochodu, zwłaszcza gdy kobieta w końcu zostanie sama (a żyjemy statystycznie 5 lat krócej od żon). Skoro moje rachunki za gaz to dzisiaj 8 tys. zł/rok/100m2, spróbuj pomnożyć je x 2-3, dodając: kogoś do sprzątania (już widzę 80-latkę myjącą 20 okien i 300m2 podłóg), Nie do wykonania. Stale w uszach mam słowa pani, od której kupiliśmy dom „Ja tutaj następnej zimy nie przeżyje”. Dlaczego? Samotna wdowa, po wyprowadzce dzieci miała tylko jedną emeryturę i 17 st. C w łazience, a pomimo tego rachunek w zimie na 2000 zł (dwa miesiące za gaz, 12 lat temu!!!). Dom nie był ocieplony.

Kolejny aspekt – kondygnacje. Dzisiaj do tzw. mainstreamu przedarło się pojęcie „więźniowe IV-go piętra” inaczej – ludzie starsi, przez różne dysfunkcje własnego ciała (niesprawności lub. wręcz niepełnosprawności), zamknięci w mieszkaniach. Jeszcze 10 lat temu nikt o tym nie mówił. A teraz problem nabrzmiał. Moje rodzinne mieszkanie znajdowało się na IV-tym pietrze bez windy i miałem okazję obserwować sąsiadów. Jeden – z V-go piętra nie wychodził latami, sąsiadka poszła wprost do DPS-u (deformacje stawów), reszta też cierpiała (wyprowadzka do dzieci).

Porządek z za dużym domem, mieszkaniem trudnym do opuszczenia (i powrotu), należy zrobić ok. 60-tki, gdy mamy jeszcze siły, energię i pomysł na zmiany. Nie przeciągać do 70-tki, bo wtedy stajemy się mniej elastyczni.

I tego poprzednie pokolenie nigdy nie powie, ponieważ samo trzymało się swoich miejsc. A rozsądek mówi – mała powierzchnia i parter.

Stali czytelnicy bloga mogą zarzucić mi pewną niekonsekwencję. W końcu zamierzam wyprowadzić się do dużego domu na wieś. No cóż, tutaj właśnie staram się dopasować go do starości. A zrobię to w sposób następujący – dzieląc dom na strefy odizolowane termicznie – letnią i zimową. Letnia zakłada miejsce dla wnuków i leżeć będzie na piętrze. Zimowa to salon, sypialnia, kuchnia, łazienka – 70m2 na paterze. Na stare lata górę odwiedzał będę sporadycznie. Można i tak.

Zaplanuj zakończenie pracy odpowiednio wcześnie i ustal, co będziesz robił. Wiecie z czym dzisiejsi 60-latkowie mają największy problem? Z całkowitym przejściem na emeryturę. Moje pokolenie, tzw. generacja zapierdolu, będzie wyglądało jeszcze gorzej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie: błędne priorytety w głowie i pieniądze. Wzajemnie się wzmacniają. Widzę pracujące 40-godzin w tygodniu, bez urlopu, zwolnienia 67-latki.

Mój szef został dosłownie wyrzucony na emeryturę po 70-tce. Nie mówię tu nawet o zawodach społecznie użytecznych (lekarz, pielęgniarka), bez których zawali się system lecz zwykłym biurze. Co tu się dzieje? Otóż nastąpiło przewartościowanie wielopokoleniowych doświadczeń. Kiedyś, zwłaszcza kobiety, odchodziły z pracy, aby zająć się wnukami, mężczyźni – by pełnić rolę seniora rodu. A teraz? No cóż, emerytom (i mówię to na podstawie rozmów z szefem), wydaje się że nadal trwa ich wiek średni. Wyrywają czas na wyjazd z wnukiem, a nie zajmują się nim na 100%. Ponieważ w mojej rodzinie (babcia, rodzice, teściowie), wyglądało to inaczej, patrzę na świat oczami sprzed dwóch pokoleń. I powiem Wam, to działało. Po 60-tce (najpóźniej!!!) zamknę biurko i stanę się dziadkiem. Takim prawdziwym dziadkiem z wierszyków recytowanych w przedszkolu. Nie dziadkiem-wariatem, lecz dziadkiem-przewodnikiem. Bo tak wygląda koło życia. Lepiej zrobić to wtedy, gdy jeszcze mamy siły pokazywać wnukom świat, i gdy są one wystarczająco małe, by chcieć nas słuchać. Nie każdy ma wnuki, nie każdy na miejscu, stąd pomysłów na starość może być wiele, ale to się nie zdarzy samo.

Taki styl życia wymaga odpowiedniego planowania. Zarówno w aspekcie czasowym (rzucenie pracy), jak i finansowym (by radzić sobie bez niej).

Zmień styl inwestowania. W końcu piszę bloga o zamożności, więc nie mogło zabraknąć opowieści o kasie. I tutaj także trzeba całkiem przebudować swoje portfolio. Zwiększamy udział obligacji SP i lokat – czyli papierów bezpiecznych. Dodajemy może złota. Redukujemy nieruchomości – rozdając, sprzedając, zamieniając na coś innego. Nie otwieramy nowych projektów. Takie podstawy. Starość nie lubi nagłych spadków, nerwów, stresów. Czyni nas mniej elastycznymi. Nawet wariaci wolą więcej spokoju. Stąd potrzeba całkowitej zmiany stylu.

Trzy powody dla lenia, żeby wybrać wieś.

Temat wraca jak bumerang, ale dłuższe przemyślenia prowadzą mnie do wciąż nowych wniosków. Tym razem argumenty dla zatwardziałych leni. Ponieważ z natury zaliczam się do tej grupy (aczkolwiek jej szczególnej odmiany – ciężko pracujących z konieczności), także dla mnie.

Możesz pracować na pół gwizdka

Nazwij to jak chcesz, spokojnym etatem, niewielką dg, pracą zdalną, czy robotą na pół gwizdka. Ja powiem krótko – prace czasowo niewymagające. Raj dla lenia. W moim przypadku – biuro od wtorku do czwartku. Laba od piątku do poniedziałku. Włącznie. Alternatywa? Pięcie się po szczeblach kariery, pensja 20k netto za… 60 godzin w tygodniu. Dziękuję. Wolę 8k za 16 godzin.

A docelowo zostanę z własną firmą 5k za 8 godzin/tydzień.

W mieście, z kredytem na karku – nierealne. Sama rata pochłonie jedną pensję.

Możesz zrezygnować z pracy po 50-te

Jeśli jesteś leniem podobnym do mnie (tzn. takim, którego życie zmusiło do ciężkiej pracy), ok. 50-tki zebrałeś już sporo owoców pracy wcześniejszego trudu. Mówiąc po ludzku – masz inwestycje i oszczędności. One doskonale zastąpią pensję. Czyli pracować zawodowo już nie musisz (jeśli chcesz – proszę bardzo).

I znowu, obserwując moich miejskich przyjaciół niewielu ma takie opcje. Dochody 15-20k były konsumowane na bieżąco. Wielu zostały kredyty. Innych zżera inflacja stylu życia. Dosłownie muszą pracować do śmierci. Emerytura w wysokości dzisiejszych 4k kompletnie ich nie interesuje. Mnie wystarczy połowa tej sumy.

Życie na wsi jest tańsze i zdrowsze

Nie, nie mówię o pełnoetatowej pracy rolnika, lecz o zwykłym zamieszkaniu w wiejskim otoczeniu. Przykłady cen nieruchomości podawałem wiele razy, czas na inne.

Jedzenie – niby oczywiste. Własne kury i masz jaja. Nie za darmo, ale za 1/3 ceny. Zdrowe, ekologiczne. Jedni z wiejskich emigrantów kupili sobie owce rasy dorper (mięsne). Korzyści? No mają tanie mięso, i nie muszą codziennie doić. Lubisz mleko i sery, wybierz rasy lacaune lub fryzyjską. Nie chcesz zwierząt? Tanie mięso kupisz w okolicy.

Opłaty – sporo niższe. Woda – 1/2 ceny, śmieci 70-80%. Internet za tyle samo, podobnie komórki. Ale już prąd wytworzysz sam. Podobnie opał. Idę w tym kierunku od kiedy za ogrzanie 100 m2 w mieście wyszła mi prognoza 10 tys. zł. Za chwilę takie kwoty zapłaci mieszkaniec 3-pokojowego mieszkania w spółdzielni. A własny kominek z płaszczem załatwił mi sprawę definitywnie.

Bonus. Czwarty powód – widoki.

W mroźny weekend 17 stycznia 2026 r. pojechałem do domu na wieś po zapasowe płytki (glazurę). Kompletna cisza, i … te widoki. Postanowiłem zdjęciami (w których robieniu nigdy nie byłem dobry), zainaugurować część fotograficzną bloga, ale niestety muszę się jeszcze podszkolić w obsłudze multimediów. Ośnieżone drzewa, czysta biała przestrzeń, a nawet droga (dojechałem do samej bramy). Niby nic wielkiego, ale jak kojące dla ducha. Tego nie dostaniemy w bloku, a tam? Wystarczy wyjść za próg domu. Leń we mnie lubi ciszę, spokój i napawanie się przyrodą.

A co Ty dodałbyś do tej listy?