O wydatkach sztywnych. Czy jesteś w stanie szybko zmniejszyć swój budżet?

Obecnie promowany styl życia zakłada m.in. wysoki poziom wydatków sztywnych (trudnych do zmniejszenia) takich jak: raty kredytu/leasingu, opłaty, subskrybcje, prywatna edukacja, abonamenty itd. Do tego dochodzą koszty związane ze stopniowym rozdymaniem potrzeb. W efekcie powstają wpisy o „niezbędnych budżetach 14k netto na 3 osoby”.

Warto w tej sytuacji zrobić rachunek sumienia. Czy uległem temu trendowi? Jak szybko, przy powstaniu trudności mogę zmniejszyć własne wydatki?

Jak zwykle zaczynam od siebie.

Kredyty/raty/leasingi. Nie posiadam. Równe 0.

Opłaty. Gros stanowi koszt utrzymania domu. Mam ogrzewanie gazowe, bojler na prąd. Poza tym trzeba płacić za wodę, wywóz śmieci, odbiór ścieków. Do tego podatki za 5 nieruchomości. Zbierze się ładna sumka. Jednocześnie, dzięki inwestycji w kozę i planom założenia kominka z płaszczem wodnym oraz instalacji FV zredukuje wydatki znacznie. Ale obecnie wynoszą one:

  • gaz – ok. 600 zł/m-c (średnia),
  • prąd – ok. 500 zł (średnia),
  • woda – 140 zł
  • internet – 2×100 zł,
  • śmieci – 150 zł,
  • komórki – 130 zł
  • podatek od nieruchomości – 200 zł,

Suma 1920 zł.

Wykonując dwa proste ruchy (kominek+FV), płacę 800 zł mniej. Wyprowadzając się na wieś, oszczędzam kolejne 300 zł. I nagle, zamiast 1920 zł, robi się 820 zł.

Prywatna edukacja. Także w tym punkcje – nie zapędziłem się. wydaję ok. 300 zł na korki dla młodego i 400 zł na sport/szkołę.

Subskrypcje. Mam swoje grzeszki, ale drobne – Onet, Wyborcza.pl, koszt utrzymania bloga, dysk google na zdjęcia z telefonów, Word 365 do pracy – 110 zł/m-c. Z tego szczęśliwie nie muszę rezygnować.

W sumie moje wydatki stałe wynoszą niecałe 3000 zł. Jestem w stanie je obniżyć do 1630 zł, prawie o połowę.

W zupełnie innej sytuacji znajduje się typowy przedstawiciel wielkomiejskiej middle class. 3500 raty hipoteki, 1500 zł na auto, 300 zł na meble, 2000 zł na utrzymanie domu, 2500 zł prywatna szkoła, subskrybcji na parę stów. I już robi się 10.000k. Do tego, bez radykalnych zmian życia – nie do przejścia.

Niekonwencjonalne sposoby na dach nad głową.

Przytaczane wielokrotnie analizy pokazują, współcześnie klasa średnia tzw. Zachodu, zaczyna dzielić się na dwie grupy: posiadaczy i nieposiadaczy. Pierwsi – dysponują własnym (choćby kredytowanym) mieszkaniem/domem. Drudzy – wynajmują lub mieszkają z rodzicami. Ponieważ w przebiegu linii życia, znalezienie się w jednej lub drugiej bańce powoduje ogromne różnice w majątku (wynajmujący dysponują 1/10 aktywów netto posiadaczy), trzeba starać się o własną nieruchomość. Odrzućmy narrację o „kulturze (czasem wręcz cywilizacji) współdzielenia” jako nieefektywną i zwyczajnie nieprawdziwą.

Klasyczne metody mówią, duże miasto, mieszkanie/segment od dewelopera, spory kredyt. Teraz jednak czas na weryfikację. Sporo młodych nie posiada zdolności kredytowej, albo ma ją w niewystarczającej wysokości (np. na 200-300 tys. zł). Jak z tego wybrnąć? Niekonwencjonalnie, łamiąc standardy.

Metoda 1. Dom na wsi lub miasteczku. Wiem, wiem, jestem w tym już nudny. Ale jednocześnie powtarzam bez przerwy – dane ekonomiczne nas nie okłamią. Oddalając się od miasta o 30 km (często niezłej drogi) możemy kupić nieruchomość za 1/3 ceny „miejskiej”. 100-metrowy dom blisko centrum(taki jak mój) – 1 mln, na przedmieściach 600-700k, na wsi 300-400k (a czasem nawet 200k). Taki sam standard, wielkość, a większa działka. Tu wystarcza przeciętna zdolność kredytowa. 300k w mieście oznacza kawalerkę. Jak tu zakładać rodzinę?

Metoda 2. Wspólny zakup domu w gorszej dzielnicy. Czasem nawet nie trzeba opuszczać granic miasta. Geografia cenowa okazuje się sprzymierzeńcem. Skoro w dobrej dzielnicy (jak moja) stumetrowy dom kosztuje 1 mln zł, w innej 200-metrowy 750k. A to oznacza, że łącząc siły z przyjaciółmi (oraz dzieląc dom na dwa lokale) możemy uzyskać 100-metrowe mieszkanie za 375k (plus koszty podziału). I znowu, te 375k daje nam szansę na życie „jak człowiek” z rodziną, w pięciu pokojach, z kawałkiem ogrodu, za cenę dużej kawalerki. W granicach zdolności kredytowej pary zarabiającej na poziomie mediany dochodu miasta.

Metoda 3. Samodzielna budowa, przebudowa, przeróbka. W tym punkcie proponuję 3w1. Bo tak, samodzielna budowa na podmiejskiej działce (koszt z zakupem 400k, za nowoczesne 60m2 zbudowane siłami własnymi). Albo przebudowa istniejącego, albo przeróbka z lokalu użytkowego (za pół ceny – czyli 60m2 =250-300k). Jeden z moich klientów mógł kupić 120 m2 w dobrej dzielnicy za 350k. I dochodzimy do sedna. Trzeba kombinacji, inwencji, pracy własnej. Natomiast skutek – podobny jak w metodach 1 i 2 – zyskujemy sporą przestrzeń za niewielkie pieniądze, albo po prostu niską cenę (kawalerka za 130k, przy cenach rynkowych zaczynających się od 250k). Warto pomyśleć, pokombinować i popracować.

Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.

PPK + IKZE na przykładzie osoby poniżej przeciętnego dochodu.

Obiecałem i realizuję. Dzisiaj podam wyniki inwestycyjne mojej żony. Zarabia ona poniżej 70%przeciętnej pensji. Niemniej jednak pozwoliła jej coś odłożyć.

PPK

Dokładnie to samo, prowadzone przez PKO BP. Ze swoich odłożyła 5.6 k. Pracodawca dołożył ok. 4.2k. Suma wpłat (z dopłatami państwowymi) – 10,8k . Wynik finansowy+20% i mamy ok. 13k . Powiedzmy sobie szczerze, przy własnej wpłacie 5.6k w czasie 3.5 roku (przeciętne potrącenie to ok. 133 zł). Tu spory wpływ miały dopłaty państwowe (240 zł/rok = praktycznie 2 miesięczne wpłaty własne co roku).

Wielkiej emerytury z tego nie będzie, ale mówimy o osobie, która zaczyna oszczędzać 13 lat przed uzyskaniem praw do świadczenia. Zakładając utrzymanie trendu (dopłaty bez zmian, utrzymanie wyników inwestycyjnych na poziomie inflacji) wyjdziemy po 35 latach (kobieta od 25 do 60 r. ż) na realne 110k (nominalnie sporo więcej, ale o tym zapomnijmy).

Czy to coś zmieni w życiu młodszego odpowiednika mojej żony? Pewnie niewiele, ale każda dzisiejsza emerytka wolałaby mieć 110k niż ich nie mieć. Emeryturka z tego skromna (400-500 zł/m-c = 1/4 państwowego minimum), ale da się żyć, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wpłaty 133 zł kontra 1400 zł na ZUS (znowu realnie).

IKZE

W tym punkcie dwa zastrzeżenia. Moja żona korzystała z przywileju (i problemu) męża zarabiającego sporo więcej. Dokonywała maksymalnych wpłat na IKZE, czego pewnie nie zrobiłaby większość osób zarabiających w okolicach 5 k netto. Jak to się stało?

Po pierwsze – korzystała z ulgi podatkowej (pomimo rozliczeń ze mną). Z wpłaconych 10.407 zł w 2025 r. od razu odzyskiwaliśmy 32% (3330 zł), więc realna wpłata wyniosła niecałe 600 zł/m-c.

Po drugie – w rzeczywistości, płaciłem ja (ona nie robiła żadnego przelewu).

Wynik? Zebrane 54k z wpłat za 2022-2025 czyli 4 lat (ok. 35k) i zysków za 3,5 roku. Świetnie, a żonie wybrałem tylko zwykły fundusz inwestycyjny. Co to oznacza w praktyce? Zysk sporo powyżej inflacji (zysk skumulowany 50%, inflacja skumulowana ok. 20%), ale i inne skutki.

W ciągu 35 lat odłożyłaby (realnie w dzisiejszych cenach) na IKZE ok. 350k. Do tego wynik inwestycyjny, bijący w długim terminie inflację, da jej ekstra ok. 100 tys. zł realnego zysku. Razem 450k/35 lat. Tu już możemy myśleć o emeryturze na poziomie ok. minimalnego świadczenia 1800 zł/m-c. Przypominam – odkładając realnie (po zyskach podatkowych) ok. 600 zł/m-c.

ZUS kontra IKZE +PPK.

Odkładanie już 1/2 sumy składek ZUS (te wynosiły przy jej dochodzie ca. 1400 zł/m-c) w PPK +IKZE, dałaby mojej żonie (dzięki tarczy podatkowej, dopłatom i zyskom prywatną emeryturę o 25% wyższą niż państwowa. Ponownie kamień do ogródka ZUS.

Przypomnę, stosując powszechnie dostępne narzędzia inwestycyjne, bez „szaleństwa” na poziomie wybierania własnych akcji.

FIRE od 40-tki. Dlaczego większość nie jest w stanie odkładać 70% dochodów, oraz co z tego wynika.

Po raz kolejny wracam do idei FIRE czyli wcześniejszej emerytury. Spotkałem się z tezą, że FIRE od 40-tki dostępne jest w wielkim mieście, bo wystarczy odkładać 70% dochodów (16 lat odkładania 40 lat życia na takiej emeryturze). Dzisiaj skupię się na trzech powodach, dla których jest to niemożliwe w przeciętnych warunkach ( nie FIRE, tylko 70% oszczędności). Przy czym myśląc FIRE, skupiam się na klasycznym rozumieniu tego pojęcia – całkowity zanik zajęć zarobkowych (wyłączone barista FIRE itp.).

Powód 1. Polacy za mało zarabiają. Oczywiste. Dzisiaj przeciętne pobory to 9.5k i blisko 13k brutto w stolicy. Gdy odejmiemy podatki i składki – 6.5k i 9k netto.

Singiel, wydając 30% musiałby żyć za 2200/3000 zł. Bez szans.

W przypadku pary (zwykle z dzieckiem) 30% od podwójnej średniej wynosi 4400/6000 zł. No i powiedzmy sobie szczerze, w przypadku DINKS – możliwe, chociaż bez sensu. W przypadku pary z dzieckiem – raczej nierealne (same opłaty za własne mieszkanie 1.5-2k). Gdyby doszedł kredyt z ratą nawet 1400 zł, sam dach nad głową pochłonie 2.9-3.4k z … 4.4 k poza największymi miastami. A gdzie reszta?

W efekcie takie zarobki dają szansę przeżycia za 30% wyłącznie przy prowadzeniu mocno autarkicznej gospodarki i znacznie wyższych zyskach.

Powód 2. Wydatki, których nie wzięto pod uwagę. Założenie życia za 5k (i 800+) mówi o sytuacji idealnej tzn. wszyscy zdrowi, dziecko mądre, ale nie zbytnio uzdolnione, brak pomocy członkom rodziny. Niestety, nie zawsze tak jest. Leczenie w Polsce kosztuje, wspomaganie wybitnego lub niezdolnego dziecko także.

Linia życia co raz funduje nam niespodzianki, często dość powszechne. Nauka studenta w innym mieście 3k. Aparat ortodontyczny 12-17k. Głupia naprawa auta 3k. A nie wspomnę o rozwodach, podziałach majątku, albo kryzysach wieku średniego. Ktoś traci pracę i nie może jej znaleźć. Przy normalnym oszczędzaniu, mamy jeszcze bufor bezpieczeństwa, przy życiu za 30% dochodu – już nie.

Jeżeli zaś dodamy te wydatki nadzwyczajne, koszt życia w mieście z pewnością przekroczy 5k na trzy osoby.

Powód 3. Natura ludzka. Prosta sprawa. Do odroczenia gratyfikacji zdolny jest pewien procent populacji. Do życia jak mnich przez 16 lat, żeby potem żyć jak …. bezrobotny mnich, jeszcze mniejszy procent. Przecież jesteśmy tylko ludźmi, lubimy czasem zaszaleć, a a nie wydawać 3k, gdy zarabiamy 10k . Umiar wskazany we wszystkim.

Na koniec – mam dobrą wiadomość. Jeżeli odłożysz i dobrze zainwestujesz 30% (3k), może nie rzucisz pracy, ale przy przeciętnych poborach, nadal żyjesz przyzwoicie (za 7k) lecz bez skąpienia na wszystkim. Dysponujesz sporymi oszczędnościami już w okolicach 50-tki. Gdy masz w mniejszym mieście średnią+20%, dasz radę zostać milionerem (4k na 8% netto przez 20 lat da 2.3 mln, a przez 25 lat nawet 3.8 mln). I tak wygląda właściwa droga, którą promuję na tym blogu.

Dostęp zamiast własności. Czy faktycznie jest tak źle?

Jedną z tez współczesnej klasy wyższej stało się promowanie posiadania (wynajmu, leasingu) zamiast własności. Wielkie firmy udzielają tylko czasowego dostępu do dóbr i usług i każą płacić coraz więcej.

Ba, nawet autorzy piszący o finansach (np. Tony Robbins) promują „wynajmij zamiast kupić”. Tak działają platformy takie jak Booking, Netflix, firmy leasingowe, wreszcie fundusze nieruchomościowe.

Z kolei lewicujące gazety, krytykują obecnie ten standard, ponieważ doprowadził do zubożenia wielkomiejskiej klasy średniej. Jak to? Przecież oni mają mieszkania po 1 mln zł. No cóż, na kredyt i nie wszyscy. Twarde dane wyglądają nieubłaganie. Liczy się wartość netto. I znacznie bogatszy jest przeciętny rolnik z Mazur niż właściciel skredytowanego mieszkania w stolicy (z 70% wartości do spłaty). Liczby nie kłamią.

Teraz wszyscy miłośnicy dyniowej latte szeroko otwierają oczy. Przy czym wiele rzeczy jeszcze da się odwrócić. Jak pisał Dave Ramsey „Start late, finish rich”. Znam kilka przypadków ludzi, którzy obudzili się po 40-tce i z najemców stali się właścicielami. Więc tragicznie nie jest, chociaż trend widzę nieubłagany. Napędzają go dwie siły: metropoliocentryzm oraz fałszująca rzeczywistość reklama.

Pierwsze ze zjawisk polega na przenoszeniu się do wielkich miast. Tylko w nich życie ma być ciekawe, satysfakcjonujące, piękne, prawdziwe i wartościowe. Dopóki nie przeniesiesz się do Big Five, jesteś z boku ważnych spraw. Największy pęd do translokacji mają zupełnie przeciwstawne grupy: mega ambitni wykształceni, oraz ambitni niewykształceni. W założeniu bowiem znacznie łatwiej zarobić (pracą fizyczną czy umysłową) w Warszawie niż w Siedlcach czy Strzegomiu. Prawda, tylko w połowie. Ambitni zapominają bowiem o kosztach. A te potrafią być ogromne. Skoro przedstawiciel specjalistów i managerów z wielkich miast, bloger finansowy mówi o „rozsądnym kredycie 0,5 mln zł”, mający ciśnienie na sukces wpadają w pułapkę. A nazywa się ona „kosztem życia w wielkim mieście”. Popatrzmy na modelową rodzinę z Warszawy. Ich dochody (mediana) są wyższe o 7k brutto od analogicznych w Łukowie. Co to oznacza? Że mają do dyspozycji 5k/m-c więcej. I co z tego? W Łukowie trzypokojowe małe (ok. 50m2) mieszkanie w bloku kosztuje 300k. W Warszawie podobne w Ursusie, Wawrze czy na Pradze – 800k. I już z 5k ubywa 3 k na ratę. Zostaje 2k nadwyżki. Super? Niekoniecznie. A gdzie koszty prywatnej opieki nad dzieckiem (opiekunka weźmie więcej), nauki, dojazdu do pracy? W Łukowie wystarczyło 10 minut dojazdu (a czasem i spaceru), z Ursusa do Mordoru jedziemy 45 minut (komunikacją publiczną). Z Wawra już prawie godzinę. Gdzie koszty stylu życia? W efekcie „średniak” ma się znacznie gorzej.

Ale to nie wszystko. Dlaczego ludzie łapią się na tę fałszywą narrację? Ponieważ stoi za nią ogromna machina reklamowa. Od bezpośredniej do ukrytej (np. seriale). Przemysł reklamowy deweloperów (głównie wielkie miasta) fałszuje rzeczywistość. Subtelnie („Osiedle Eko Park” – cztery bloki obok ogólnodostępnego skweru na nowym blokowisku), albo na rympał (z tej samej oferty) „Centum miasta na uboczu” przy lokalizacji 8 km od centralnego punktu miasta, niedaleko jego granicy, bez infrastruktury takiej jak publiczne szkoły, komunikacja miejska (najbliższy przystanek 15 minut spaceru) itp. Jest też reklama negatywna. Małe miasta przedstawia się jako siedliska ciemnoty, zacofania, bezrobocia. Ludzi tam żyjących jako nieudaczników. W mediach zamawia artykuły o ciężkich dojazdach z Mińska Mazowieckiego czy innego Grójca, zapominając, że wcale nie trzeba dojeżdżać do Warszawy. I wielu złapie się na ten lep.

A poza wielkimi miastami wcale nie jest tak źle. Króluje bezkredytowa własność, a nie kredyt lub wynajem. Babcie nadal zajmą się wnukami. W zasięgu krótkiego spaceru mamy prawdziwy park. Oczywiście, brakuje galerii, knajpek i sal zabaw, ale za dwie medianowe pensje da się utrzymać rodzinę. Tu „kultura dostępu” jeszcze nie przeorała głowy.

I biorąc pod uwagę, że w średnich i małych miastach żyje ponad połowa ludności Polski istnieje nadzieja, że trend może się odwrócić. Młodzi w końcu złapią za Excela i zobaczą – nie da się żyć w miejscu, w którym wynajem zabiera połowę pensji. Udostępniony (służbowy) samochód pozbawia mnie szans na wyjazd następnego dnia po zwolnieniu. Wreszcie, budowanie majątku prowadzi do niezależności. A nikt go nie zbuduje płacąc 4k za wynajem dwóch pokoi oraz 2k raty leasingowej. Zwłaszcza jeśli zarabia nieco ponadprzeciętnie.

Ile można oszczędzić w rok, dodatkowo pracując?

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Pracujecie na etacie w biurze przez 40 godzin w tygodniu. Weekendy pozostają wolne. Zarabiacie średnią krajową (ok. 6200 zł netto). Ktoś składa Wam ofertę – w weekendy zarobicie dodatkowo 3200 zł netto (ok. 700 zł dniówki), pracując po 10 godzin. Bierzecie?

Dorobienie sobie, wydaje się najprostszym sposobem na poniesienie poziomu oszczędności. Do tej pory odkładaliście 10% pensji tj. 620 zł. Teraz, przyjmując propozycję wychodzicie na: 620+3200 zł =3820,00 zł. Nieźle. Wasze oszczędności rosną o 500%. Rocznie z ok. 7500 zł robi się nieco ponad 45.000 zł. Ogromna różnica.

Dokładanie tyle można oszczędzić, poświęcając np. sobotę na dorobienie. A na przestrzeni 10 lat z 75 tys. zł zrobi się 450 tys. zł. Świetnie. Najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Obiekcje? Kto poświęci sobotę? No cóż, ja żyłem tak przez lata. Od 24 r.ż. do 49 urodzin pracowałem regularnie po 50-60 godzin w tygodniu (akurat niekoniecznie w sobotę). Kupiona za jednoroczną nadwyżkę roku 2003 nieruchomości została sprzedana, by kupić dzisiejsze mieszkanie mojego syna. Dobrze słyszycie – nie 10 lat a jeden rok. Spora zmiana.

Oczywiście. nie mogę Wam obiecać, że osiągnięcie takie stopy zwrotu, ale lepiej spróbować i zarobić nawet połowę mniej, niż nie spróbować i zostać z drobnym ułamkiem tego, co można było uzyskać.

Idzie wiosna, przygotuj … drewno na zimę. O sztuce zapobiegliwości.

Wielu ludzi działa tak – we wrześniu przypominają sobie, że idzie zima, więc trzeba kupić drewno. Idą do składu, zaopatrują się w wysuszone. Obecna cena – nawet 700 zł/m2. To nie ma sensu.

Starzy wyjadacze i oszczędni robią inaczej. Stosują jedną z 4 metod.

Metoda 1. Najtańsza. Nie zawsze możliwa. Ścięcie własnych drzew zimą, porąbanie na ćwiartki i ich suszenie w stosach i wykorzystanie po dwóch sezonach (drzewo ścięte w styczniu 2026 r. wykorzystujemy w sezonie grzewczym 2027-2028). Koszt? Tyle co eksploatacja piły i przyczepy. Ok. 50 zł/m3.

Metoda 2. Tania. Kupujemy drewno w Lasach Państwowych, ścinamy i przewozimy na działkę. Tam tniemy, rąbiemy na ćwiartki i ponownie suszymy przez dwa sezony. Koszt? Do poz. 1 dodajemy 150 zł. Ok. 200 zł/m3.

Metoda 3. Klasyczna. Dalej LP, ale kupujemy drewno w wałkach. Tylko przewieźć, pociąć i porąbać. Suszyć jw. Tym razem cena będzie wyższa – ok. 300 zł/m3.

Metoda 4. Na lenia. Kupujemy w składzie mokre i porąbane drewno. Zostaje nam tylko suszenie. Cena 500 zł/m3.

Jak widzicie, zapominalstwo i wygoda kosztuje całkiem sporo. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy potrzebujemy 10 m3. Różnica pomiędzy suchym drewnem we wrześniu a najtańszym kupionym(samowyrób) wyniesie 6000 zł. No i w składzie nadal nie mamy pewności, czy nie wcisnęli nam niedosuszonego szajsu. Kilku moich znajomych nacięło się w takiej sytuacji – teraz wolą brykiet po 1300 zł/tonę. No, ale samowyrób drewna z LP, jego suszenie na działce nadal wyjdzie sporo taniej. Spóźnialscy i lenie zapłacą frycowe.

Ogrzewanie starego domu na wsi. Zamieniam kominek na… kominek.

W poprzednim wpisie opisałem różnice w użytkowaniu klimatyzacji i kominka w starym domu. Ponieważ planuję bywać na miejscu znacznie dłużej niż kwiecień-październik, czas na udoskonalenia systemu, który w warunkach -5-20 st. C kompletnie się nie sprawdzi. Stary kominek miał małą moc – oddawał 4 KWh, no może 5 KWh jeżeli wezmę pod uwagi zyski z komina. Ale przy sprawności 60% wymagał dostarczenia 6-7 KWh energii z drewna (1.5 kg na godzinę).

Zmiana miała polegać zastąpienia kominka, kominkiem. Tylko tym razem z płaszczem wodnym (de facto glikolem, żeby nie zamarzał) i podłączeniem do grzejników. Trzeba będzie stworzyć instalacje c.o. Przy obecnych stratach ciepła plus planowanych niższych temperaturach, nominalna moc urządzenia – 20 KW. Gdybym kiedyś ocieplił dom, lub planował wykorzystywać go w 100%, po prostu zapalę rzadziej. Oto cała filozofia.

Zacznijmy od kosztów. Te okazały się niemałe – mam już wstępny kosztorys – 30 tys. zł plus obudowa kominka i materiał na instalację (bufor już mam) po mojej stronie. Cóż było robić, przyjąłem. Ponieważ zyskam tym sposobem niewyobrażalny komfort. Na wiosnę (kwiecień-maj) będę tylko przepalał zamiast palić ciągle, mogę też praktycznie (utrzymując 17 st.C) wyłączyć 3 sypialnie na piętrze, i spać na dole, w niewielkim pokoju. Wtedy ogrzeję tylko 80 m2. Podobnie do 1 listopada. Późną jesienią i zimą (od 1 listopada do 20 marca) palenie musi być już regularne.

Zyskiem z całej inwestycji będzie obniżenie kosztów. Ogrzanie tak wielkiego domu gazem (jest przyłącze, można było podpinać), wydawało się bezsensowne, ponieważ ogromne straty ciepła wydrenowałyby kieszeń (12.000 zł – dzisiaj). Tymczasem drewno (30.000 KWh=108 000 Kj=10m3=2400 zł przy samo-wyrobie) okazałoby się znacznie tańsze. Machnąłem zatem ręką na konieczność palenia. Trudno. Stąd kominek.

Czy miałem jakieś alternatywy? Raczej nie. Gaz już omówiłem. Węgiel oznaczałby kary (ETS2) i nie miałem miejsca na kotłownię. Pompa ciepła – niepewna w przypadku braku energii i nieekonomiczna (porównaj doświadczenia kuzynki i moje). Stąd drewno. Akurat w postaci kominka. W pewnym wieku alternatywą okazałby się piec na pellet albo zgazowujący. Ale i on wymagał wydzielenia miejsca na kotłownię. No i te koszty.

Ogrzewanie wakacyjnego domku klimatyzacją czy kominkiem?

Dzisiaj poruszam temat, o którym wielu moich rówieśników zaczyna myśleć. Kupują domek wakacyjny (albo adaptują chatę po dziadkach) z zamiarem spędzenia tam więcej czasu w lecie. A w zasadzie od kwietnia/maja do września/października. I wtedy pojawia się problem – ogrzewania.

Wiadomo, dom po zimie jest wychłodzony (znacznie bardziej w przypadku murowanego, jak mój). W starym, nieocieplonym, także jesień wymaga podnoszenia temperatury. Tutaj lepiej wypada cegła, która, w przeciwieństwie do drewna akumuluje ciepło. Dlatego, o ile nie dopuścimy do wychłodzenia, możemy mieszkać dłużej.

Zmieniające się warunki (ceny prądu), wyrzuciły w zasadzie poza nawias tzw. farelki, kominki elektryczne i grzejniki olejowe. Na placu boju pozostały kominki (kozy) na drewno oraz klimatyzatory/rewersyjne pompy ciepła. I nad nimi pochylimy się dzisiaj. Opiszę pewne doświadczenia.

Mój wiejski dom, stary dworek, został po wojnie podzielony na dwa niezależne lokale. Jeden, należący do moich kuzynek liczy: 2 pokoje, łazienkę, kuchnię, werandę i nieogrzewaną wieżę (tak, kiedyś był to dworek myśliwski i 10m wysoka wieża na wzgórzu zastępowała ambonę, dzisiaj przerosły ją drzewa) o powierzchni ogrzewanej ok. 80m2. Moja część wygląda nieco inaczej: 5 pokoi, kuchnia, 2 przedpokoje, 2 łazienki, mała weranda i sień, do tego na dwóch poziomach. Po prostu 30 lat temu nadbudowano poddasze i teraz mam po podłodze (bez werandy) ok. 150 m2. Grzeję jednak tylko salon, łazienkę, przedpokój i 2 sypialnie (jedna przylega do salonu, druga leży nad nim), w sumie też ok. 80 m2.

Moja kuzynka spędza tam z mężem i psem czas od lipca do połowy października, a wcześniej i później przyjeżdża bez nocowania. No i ma klimatyzację. Zużycie prądu ok. 2500 KWh, głównie aby nagrzać dom wiosną i utrzymać temperaturę we wrześniu/październiku. Przy obecnych cenach (ok. 1,2 zł/KWh x 2500 = 3000 zł).

Ja z kolei zostawiłem kominek na drewno. 4 KWh – stara generacja. Nie ma porównania do wydajności dzisiejszych modeli. Krótko mówiąc spalają znacznie więcej paliwa, czyli ich sprawność wynosi może 60%. Dokonując obliczeń zużycia drewna mogę powiedzieć, że 3 dość chłodne dni (nad ranem +3-5 st. C) wymagały palenia po 14 h na dobę i spalenia ok. 60 kg drewna. Ile to jest? 0,045 m3. Przeliczając to na miesiąc mamy ca. 1800 kg i 1,35 m3. Na dwa miesiące grzania – 2,7 m3. Ponownie przeliczam.

2.7 m3 x 0 zł =0 zł. To opcja z własnym drewnem.

2.7 m3 x 500 zł=1350 PLN. To opcja z drewnem kupionym w składzie.

2.7 m3 x 200 zł =540 PLN. To opcja z drewnem kupionym od Lasów Państwowych do samodzielnego przygotowania.

Drewno miałem swoje. Teraz plan na wiosnę to dołożenie nagrzewnicy w typie weba sto.

Tu słowo komentarza. Teoretyczny COP klimatyzatora wynosił ok. 3,5, a sprawność kominka 60%. Dlaczego więc klimatyzator zużył 2500 KWh, a kominek potrzebował 8000 KWh? Jak to mówią „Powinno wyjść inaczej”. Przyczyn było kilka. Pierwsza – klimatyzator używano także do usunięcia wilgoci. Druga – COP teoretyczny ma się nijak do rzeczywistego. W temperaturach bliskich zera, spada.

Niezależnie jednak od przyczyn, klimatyzator okazał się sporo droższy w eksploatacji. Miał jednak pewne zalety. Zwłaszcza w tej sytuacji. Moja kuzynka-emerytka, średnio nadaje się do noszenia drewna, dorzucania. Jej mąż z kolei sporo pracuje. Są dni, że wyjeżdża przed 8, a wraca o 18. I tu klima daje doskonałe rezultaty. Nie wymaga żadnej obsługi poza naciśnięciem guziczka. Dzięki synowi kuzynki, oraz światłowodowi, da się całą maszynerię włączać zdalnie. Pracuje też w nocy.

Kominek nie daje takiej szansy. Trzeba rozpalać, dokładać, przynieść drewno, wynieść popiół. Stąd musi mieć większą moc, zwłaszcza w okresie zimy. Teraz mały problem, ale komu się chce wychodzić w listopadzie czy lutym? Albo gdy mamy 75 lat. Efekt zmian temperatury także niezbyt ciekawy. Kiedy szedłem spać na piętro o 21, dołożyłem po raz ostatni (tak na godzinę palenia). Zszedłem na dół o 6.30 (po 9.5 godziny) i temperatura spadła o 1 st. C. W mojej sypialni o 2 st. C (nieocieplone poddasze, ciepłe powietrze dociera tam grawitacyjnie, przez rurę wyprowadzoną obudową nad strop). Pomimo 5 st. C na zewnątrz, w sypialni nadal było ciepło 22 st. C. Ale przed zaśnięciem 24 st. C. Ta niedogodność, znana wszystkim użytkownikom pieca/kominka/kotła na paliwo, uaktywnia się zwłaszcza w przypadku dłuższych nieobecności (gdy wyjechałem w poniedziałek o 16, a wróciłem w czwartek o 18, spadek wyniósł 4,5 st. z 21 do 16,5). Kto pracuje 8h i musi dojechać powinien przygotować sobie ciepłą bluzę i futrzane kapcie. Dla niektórych tę wadę równoważy zaleta powrotu do dzieciństwa, ogień po prostu jest przyjemny.

Na koniec wróćmy do kosztów. Dla większości z nas, przy weekendowym używaniu te 3000 zł różnicy (albo tylko 1700 zł) nie zrobi żadnej różnicy, bo mówimy o okresie kwiecień-październik. Wygoda zwycięży. W obliczeniach pominęliśmy jeden aspekt – koszty inwestycji. Otóż, większość gotowych domów ma już albo kominek albo piec. W obu przypadkach nie trzeba nic inwestować. Kupując klimatyzator i dwa odbiorniki trzeba się liczyć z wydatkiem 8-12 tys. zł. A z tym już może być gorzej. Dochodzi jeszcze nieprzewidywalność cen prądu. Dlatego kupując stary, a jeszcze niezły dom, użytkując go weekendowo, kominek zostaje. O moich planach – w kolejnym wpisie.