Zwolnienia w korpo. Scena opisana w Wyborczej.

W czerwcu 2026 r. w moim agregatorze treści pojawił się artykuł https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,32869489,najwiekszy-pracodawca-dla-it-w-krakowie-rozpoczal-grupowe-zwolnienia.html dotyczący zwolnień w korporacji, a konkretnie w HSBC. Całość pokazuje „korzyści” z globalizacji, ale zawiera też, znacznie bardziej interesujące wnioski. Mnie uderzyło kilka fragmentów.

„Mój dział został zlikwidowany w całości z dnia na dzień. Poleciały osoby zarówno z dwuletnim, jak i dziesięcioletnim stażem, bez różnicy. Było dużo łez i stresu, bo są wśród nas samotne matki i osoby z wysokimi kredytami – opowiada zwolniona pracownica.” Co to znaczy w praktyce? Ano dokładnie tyle, ile wbijam na tym blogu do różnych głów, zadurzonych w „matce-korpo”, „przedsiębiorcy-dobrym ojcu” , „firmie-rodzinie” oraz „urzędzie dawcy lekkiej pracy do emerytury”. Żadna praca nie jest dana na zawsze, pracodawca ma swoje interesy, a pracownik swoje. Ten pierwszy płaci okres wypowiedzenia i odprawę, ten ostatni ma kilka miesięcy na znalezienie „kolejnej rodziny” . Ktoś kto pracuje 2 lata, dostanie w sumie 2 miesiące (1 miesiąc wypowiedzenia, 1 miesiąc odprawy), w przypadku stażu w danej firmie 10 lat będzie to 6 miesięcy (3 miesiące wypowiedzenia i 3 miesiące odprawy). Kto nie zorganizuje w tym czasie alternatywy (a przy 2 miesiącach, raczej trudno), dostanie przez parę miesięcy 1500 zł zasiłku, o ile nie zaryzykuje L4. Trzeba mieć fundusz awaryjny. Trzeba dysponować oszczędnościami. Kredyty warto brać z rozwagą, a spłacać przed terminem. W wieku poważnym (45+) stajemy się obciążeniem dla firmy (wysokie zarobki, jakieś oczekiwania lojalności), którego ktoś po analizie arkusza, postanawia się pozbyć. Dlatego 50-tka powinna być granicą życia bez kredytu, chyba że pracujemy na swoim, albo mamy spore zapasy.

„Na drugi dzień pod biuro podstawiono karetkę. Robią tak zawsze, jak zwalniają, bo reakcje ludzi są różne.”  Dwa zdania i istota uchwycona idealnie. Karetka oznacza, że firmie zależy nie na naszym zdrowiu (wtedy nie robiono by zwolnień nagle, tylko jakoś przygotowano ludzi), ale na braku skandalu. Chodzi o uniknięcie nagłówka „Zwolniony pracownik HSBC zmarł na zawał, gdy go zwalniano. Zostawił dwójkę dzieci i 600 tys. kredytu”. Niech zdycha, ale w szpitalu lub karetce, a nie w gabinecie szefa, albo w hallu – tak myśli HR korpo. Druga strona, nagłe zwolnienie to tragedia. Ludziom świat wali się na głowę. Dlatego życie ze świadomością „praca, jak wszystko na świecie, nie jest dana raz na zawsze” leczy nas ze złudzeń, błędnych oczekiwań. Walczymy o własne interesy.

Na koniec osobista refleksja, dokładnie z tego samego gatunku. Zaraz następnego dnia po przeczytaniu artykułu miałem, utrzymaną w podobnym tonie, typową w korpo rozmowę w pracy. Dwóch moich szefów, wręcz z pianą na ustach, zaatakowało w mojej obecności byłą już koleżankę. Za co? Otóż „Nie złożyła wniosku o urlop, poszła na zwolnienie i emeryturę, a teraz my, k…, musieliśmy przez miesiąc tłumaczyć się audytowi z wypłaconego ekwiwalentu”. Mówię im – panowie, ona miała 62 lata i świeżo wykryty nowotwór. Dla nich to nie argument. Bo oni musieli się tłumaczyć. Nieważne, że jeszcze w listopadzie (kiedy złożyła wypowiedzenie, wniosek o odprawę, po 30 latach pracy w firmie), nikt jej nie dał zaległego urlopu z zeszłego roku. Nikt nie przypomniał, nie egzekwował, nie wysłał (ostateczny termin ustawowy mijał we wrześniu). Ona z rakiem, chora, w trakcie leczenia, zwolnienia, powinna przyjść i złożyć wniosek urlopowy. No i jeszcze uporządkować papiery. Kompletna odklejka. Z drugiej strony, co w głowie miał ten audytor. Cała trójka faktycznie uznałaby za szczyt humanitaryzmu wezwanie karetki. Wracam zatem do apelu – twórzcie fundusze awaryjne, oszczędzajcie, inwestujcie, bo współczesny świat pracy wcale nie działa wiele lepiej niż 100 lat temu. HSBC, Szpital Południowy w Warszawie, a także moja korpo pokazują ten fakt codziennie.

Ile można zaoszczędzić na kuponach w Lidlu czy Biedronce?

Kiedy w okolicach 2005 r. czytałem pierwsze amerykańskie książki o oszczędzaniu, w USA królowała jeszcze ekonomia starej szkoły oparta o The Tightwad Gazette, newsletter Amy Dacyczyn, z początku lat 90-tych. Nie pisano wtedy jak David Bach o „czynniku latte”, ani o wyborze emerytury zamiast wycieczek zagranicznych. Picie kawy w domu, a spędzanie wakacji nad krajowym jeziorem (jak główna bohaterka „Dirty Dancing” i jej ojciec – lekarz) uchodziło za oczywisty styl życia klasy średniej. Głównym sposobem na obniżenie wydatków było obniżenie kosztu zakupów spożywczo-chemicznych, które z jednej strony pochłaniały sporą część budżetu, a z drugiej dawały się racjonalizować. Królował pomysł, aby wycinać kupony drukowane w gazetach i łączyć je w sekwencje (np. -20% na mące i jeszcze -10% na całości rachunku) oraz używać dużych sklepów (odpowiedników naszych hipermarketów) zamiast małych sklepików.

Dzisiaj po serii wpisów emerytalnych (od bajek ZUS przez FIRE i Freedom 55) postanowiłem i ja wrócić do źródeł – analizując sposób oszczędzania na wydatkach zakupowych. Pokażę przy tym, jak zmniejszyć wydatki na podstawowych, lecz dobrze przechowujących się produktach: maśle, mleku, herbacie, mące, proszku do prania, czy płynie do czyszczenia łazienki ( coś opartego o chlor).

Przeciętna rodzina kupuje: 6 l mleka, 6 kostek masła, 2 kg mąki, 1 proszek do prania, 1 herbata (100 torebek) i Domestos. Wiadomo, że chodzi o zasadę, bo nie każde zakupy obejmą dokładnie taką chemię.

Cena nr 1. Osiedlowy sklep. Nie żadna Żabka, lecz z sieci spółdzielczej niedaleko mojego domu.

Masło – 7 zł/kostka x 6= 42 zł.

Mleko 3.2- 4 zł/litr x 6 = 32 zł.

Mąka 4 zł/kg x 2 = 8 zł.

Herbata lipton – 25 zł.

Proszek do prania – 60 zł/szt.

Płyn do toalet – 12 zł.

Suma: 179 zł.

Cena nr 2. Biedronka.

Mleko – 3.29 zł/litr x 6 = 19,74 zł.

Masło 4.99 zł/kostkę x 6= 29,94 zł.

Mąka 2.2 zł/szt x 2 szt = 4,4 zł.

Herbata litpon 20 zł.

Proszek do prania – 50 zł/szt.

Płyn do toalet – 9 zł.

Suma: 133.8 zł.

Cena nr 3. Biedronka z kuponem.

Mleko – 6 zł/6 litrów.

Masło – 12 zł/6 szt.

Mąka – 2+1 gratis = 4.4 zł/3 szt. czyli 2.92 zł/2 szt.

Herbata Lipton 100t 21 zł/2szt = 10,50 zł/szt.

Proszek do prania – 55 zł/2 szt. czyli 27.50 zł/szt.

Płyn do toalet 2+1 gratis = 18 zł/3 szt. czyli 6 zł/szt.

Suma: 64,42 zł za ten koszyk, a uwzględniwszy zakupy pełne (czyli 1 dodatkową mąkę, 1 herbatę więcej podobnie jak proszek oraz 2 płyny do toalet) – 116.4 zł.

Cena nr 4. Lidl.

Mleko 3,3 zł x 6 szt. czyli 19, 80 zł.

Masło 4,99 x 6 szt. – 29,94 zł.

Mąka 7,69 zł/2,5 kg

Herbata Lipton 20 zł/szt.

Proszek do prania – 60 zł.

Domestos 12.49 zł/1,25 l czyli 10 zł/litr.

Suma:129,62 zł (ale będzie nieco więcej mąki i Domestosa).

Cena nr 5. Lidl z kuponami.

Mleko 6 zł/6l.

Masło 8,94 zł/6 szt.

Mąka 7,69 zł/2,5 kg

Hebata Lipton 1+1 gratis = 20 zł/2szt. = 10 zł/szt.

Domestos 12.49 zł/1,25 l i drugi 70% taniej czyli 16,24 zł/2.5 litra i 6,5 zł/litr.

Proszek do prania 50 zł/szt.

Kupon minusujący na całe zakupy 15 zł pow. 150 zł.

Suma: 89,13 zł za koszyk, a uwzględniwszy zakupy pełne (dodatkowo 1 herbata i 1 Domestos) – 108.87 zł. Dokładając jeszcze coś z promocji (np. owoce, kawę itd.) do 150 zł mielibyśmy więcej produktów za 135 zł, bo dopiero wtedy uruchamia się kupon -15 zł.

Podsumowanie. Jak widzicie, dyskonty biją na głowę osiedlowe sklepiki, nawet bez promocji (o 25-30% taniej). Jeżeli dobrze pożonglujemy kuponami kupimy sporo więcej za niższą cenę (-30%). Wtedy cena jednostkowa (chociaż musimy mieć miejsce na zapasy) wyniesie zejdzie w dół o 60%.

Mogę zatem spokojnie powiedzieć, że odrzucając mięso, owoce, wędliny i pieczywo (tych nie warto kupować z uwagi na jakość), w dyskoncie z kuponami zaoszczędzicie od 30 do 60%. Sporo.

Życie na abonament. Czy takie podejście ma jakikolwiek sens?

Wielkie amerykańskie korporacje próbują przekonać generacje Z i A, że nie trzeba niczego posiadać. Znacznie lepiej wybrać wynajem, tytułowe „życie na abonament”. Teraz dołączyli do nich … Chińczycy. Oto kilka przykładów.

Abonament książkowy. Zaczynam od rzeczy najbardziej oczywistej – książki. Kiedyś szło się do księgarni, kupowało fizyczny egzemplarz. Teraz modne są: książki Google, gdzie kupujemy prawo do konkretnego tomu na zawsze (podobnie działa projekt Apple), ale także abonament – bierzesz dowolną książkę za miesięczną opłatą 50 zł. Wygląda świetnie, tylko…

  • jeżeli przestajesz płacić, tracisz dostęp do wszystkich książek,
  • w abonamencie nie ma nowości i wielu tytułów z ulubionych przeze mnie dziedzin (np. finanse osobiste),
  • abonament stopniowo idzie w górę i obejmuje coraz mniej (typowa korporacyjna technika salami, czyli stopniowego obcinania produktu).

W efekcie, zupełnie bez sensu. Za 50 zł kupuję 2-3 używane książki na Allegro. Za 2 dni mam je w paczkomacie pod nosem, są moje na zawsze. Jeśli mnie nie zachwycą, mogę odsprzedać z niewielką stratą. Spodobają się, zostają i wracam do nich wielokrotnie. Gdy potrzebuję czegoś ekstra (np. kanadyjskiego tytułu zwolenników FIRE, albo niemieckiego reportażu o cenach mieszkań w Berlinie), wchodzę na książki Google i kupuję na zawsze. Obecnie wracam do „Fat, forty and fired” australijskiego tytułu, kupionego w 2012 r. W danym miesiącu nie mam kasy? Idę do biblioteki. W efekcie na książki wydaję (pomijam zawodowe), wydaję mniej niż 600 zł/rok abonamentu Legimi.

Muzyka. Gdy byłem młody, kupowałem płyty. Dzisiaj prawie nie ma takiej opcji (poza muzyką klasyczną). Można wybrać dwa wyjścia – płatny abonament na Spotify (lub podobnych) albo … darmowe YouTube. Skoro coś jest za darmo (najwyżej trzeba odczekać reklamę), po co mam płacić abonament?

Samochód na telefon. Uber, Bolt. W teorii mają spowodować, że auto nie będzie potrzebne. A faktycznie? Wpadka. Wyobraź sobie taki rachunek modny wśród pracowników korpo w Warszawie. Zamiast biletu za 5 zł (metro, tramwaj), biorę Bolta za 15. Dziennie (w dwie strony), wychodzi 30 zł. Miesięcznie – 600 zł. Tramwajem 200 zł. Własnym samochodem (np. Fiatem 500) – 400 km/m-c (20 km/dzień): 150 zł opłat stałych oraz 140 zł na „paliwo”. W sumie 290 zł. Połowa, a pojedziemy jeszcze do rodziny, zrobimy zakupy. No i konia z rzędem temu, kto płaci w godzinach szczytu w Warszawie 15 zł/10 km. W sumie istnieje tylko jeden lepszy samochód – służbowy.

Wynajem samochodu. Proszę bardzo, Chińczycy uczą się szybko. BAIC proponuje – nowe auto za 199 zł netto/m-c. Świetna cena. Tylko brać. Aż przeczytamy małym druczkiem. Wpłacasz na start 25% wartości, używasz za 245 zł brutto/m-c przez 25 miesięcy i albo wykupujesz, albo oddajesz. Wybierając drugą opcję, tracisz … 25% ze 120.000 zł czyli 30 tys. zł. Realny koszt (umowa na 24 miesiące) – ok. 1500 zł/m-c. Sporo jak na chiński wynalazek. Uznane marki mają tylko nieco lepsze propozycje – 1.23% m-c plus 20% na start. Przez 36 miesięcy – prawie 65 % ceny nowego auta (np. 150k) czyli 100.000 zł/3 lata, czyli ca. 3000 zł/m-c. Do tego ubezpieczenie, przeglądy.

Znacznie lepiej kupić coś używanego. Wyjdzie taniej.

Wynajem mieszkania. Załóżmy, że nowe mieszkanie kosztuje 600k. Wynajem go 3000 zł/m-c. Rata kredytu (po 20% wpłacie własnej) ok. 3000 zł/m-c. Pozornie wynajem wychodzi lepiej, właściciel wyposaża, robi remonty. W praktyce, na długi termin lepiej kupić na kredyt (bo 10% ma rodziców, którzy sfinansują taki zakup). Poza wyjątkowymi wypadkami, rata 3000 zł dzisiaj, to 3000 zł za 15 lat. A najem: dzisiaj 3000 zł, za 15 lat już 4500 zł. No i płacimy do śmierci.

Jak widzicie „życie na abonament” w długim okresie drenuje portfele. Paradoksalnie najbiedniejszym, młodym ludziom bez kapitału. Nie znam żadnego 60-latka, który wziął auto w leasing, a w wieku 30-50 takie zjawisko jest powszechne. Pieniądze wyrzucone w błoto, nie zostaną wydane na inwestycje.

Trzy metody na bezbolesne oszczędzanie.

Generalnie, jako znany leń, staram się oszczędzać bez większego wysiłku. Dokładnie tak samo radzę postępować wszystkim. Jeżeli bowiem, przy okazji oszczędzania, trzeba przełamywać wewnętrzny opór, rośnie szansa na niepowodzenia. A ich nie chcemy. Stąd 3 bezbolesne metody oszczędnościowe:

  1. Automatyczny przelew na inny rachunek (np. oszczędnościowy) – np. 10 % poborów.
  2. Niewycofanie zgody na PPK.
  3. Słoik.

Każda z tych metod ma jedną cechę – jest banalnie prosta. Czasem (patrz 2.) nie trzeba nawet nic robić. Idealnie.

Automatyczny przelew na inny rachunek. David Bach napisał o tym słynną książkę „Automatyczny milioner”. Jedno zlecenie stałe, trudny dostęp do gotówki i jedziemy. Drugi rachunek może być: oszczędnościowym, inwestycyjnym – ważne, abyś nie miał dostępu. Zlecenie na 10% dochodów. Po roku masz 1,2 pensji plus zyski z odsetek. I wtedy warto wykonać ruch – zainwestować. Ale to temat na inny wpis.

Niewycofanie zgody na PPK. Pracujesz? Masz 18-54 lata? Twój pracodawca automatycznie powinien zapisać Cię do PPK. I zazwyczaj tak zrobił. Od Twojej pensji potrąca 2%, dokłada 1,5% od siebie i wysyła do podmiotu, z którym zawarł umowę. 3.5% pensji brutto to mało? No cóż, lepiej tyle niż nic. A gdy dodasz premie państwowe, wyjdzie całkiem sporo. Ile? Ja zarabiając ok. 1,5 średniej krajowej z 11 tys. zł potrąconych mi przez pracodawcę, po 4,5 roku zgromadziłem 28 tys. zł. W ciągu 40 lat pracy (ja mam szansę tylko na 20 lat) zebrałyby się niezłe pieniądze – może nawet na dodatkowy 1000 zł emerytury (co przy potrącanych 200-300 zł robi wrażenie). A nie musiałem nic robić.

Słoik. Oszczędzanie metodą słoikową wymaga wyjaśnienia. Każdego dnia wieczorem zaglądam do portfela i wygarniam z niego wszystkie monety plus banknoty 10,20 złotowe. Zrobiłem eksperyment – płacąc głównie gotówką. Po miesiącu zebrałem 200 zł. Po roku byłoby 2400 zł. Po 10 latach 24 k zł. Znowu – szału nie ma (emerytury za taką sumę nie spędzę), ale niezauważalnie.

Jak widzicie, nie wszystkie metody oszczędzania są skomplikowane, nie wszystkie wymagają działań (przy PPK wystarczy nic nie robić). Dlatego warto skorzystać.

Koszty życia, a koszty stylu życia.

Różnicę pomiędzy obydwoma rodzajami wydatków, prawie każdy z nas rozumie intuicyjnie.

Koszty życia ponosimy, aby zaspokoić podstawowe potrzeby, w stopniu minimalnym.

Koszty stylu życia – odnoszą się nie do potrzeb, ale naszych zachcianek. Do tego, co „chcę”, a nie „muszę” lub „powinienem”. Co więcej, wiele wydatków zachciankowych, realnie nam szkodzi, a dokonujemy ich pod wpływem chwili, kompulsywnie, dokonując uruchomienia ośrodka nagrody w mózgu.

Koszty życia, czyli ile człowiekowi potrzeba. Każdy z nas potrzebuje:

  • braku poczucia głodu,
  • dachu nad głową,
  • ubrania,
  • kontaktu z innymi ludźmi,
  • szeroko pojętej kultury,
  • wypoczynku.

To dziwne, jak wielu o tym zapomina. Tylko tyle, i aż tyle. W dawnych czasach ludzie walczyli o te trzy pierwsze podstawowe potrzeby. Pełny żołądek, jakieś schronienie i łach na grzbiet i wystarczy.

Dzisiaj prawie każdy z obywateli naszego państwa we wschodniej Europie ma takie podstawy na wyciągniecie ręki.

Jedzenie dla jednej osoby – spokojnie da się ogarnąć za 500 zł. W ogóle produkty spożywcze są dzisiaj rekordowo tanie. Mleko za 2 zł/litr, masło za 3 zł/kostka (15 zł/kg), mąka – niecałe 2 zł/kg, jajka po 1 zł/szt., tanie mięso po 12-14 zł/kg na tej bazie, plus własne owoce i warzywa da się nigdy nie czuć głodu. Ba, kupimy nawet nieco towarów, które jeszcze 30 lat temu uchodziły za dobro „prezentowe” czyli kawę, herbatę, alkohol.

Podobnie ubranie. Wchodząc w okresie promocji do „sieciówki”, albo dyskontu i kupisz normalne buty za 80 zł/para, majtki za 5 zł, koszulę za 30 zł, a nawet kurtkę za niecałe 200 zł. Nie ma problemu, by ubrać się za 100 zł/m-c.

Najwięcej kontrowersji wywoła „dach nad głową”, bo właśnie on zatrze różnicę pomiędzy „zachcianką”, a „potrzebą”. Dom na wsi, w którym nie leje się nam na głowę, da się kupić za 200k i dostaniemy jeszcze (niewielki) kawałek ziemi. Mieszkanie w mieście, właściwe dla pary (kawalerka) trafimy za podobną cenę. Niby oczywiste, tylko wchodzi nasza „inflacja stylu życia”. Utrzymamy je paląc drewnem za ok. 600-700 zł/m-c. Dom ma być nowy i stylowy. Do tego położony w „dobrej dzielnicy” i „dużym mieście”. W rzeczywistości zbliżamy się do oczekiwania „dobra rzadkiego dla każdego” i „dom w Warszawie prawem nie towarem”. Nierealne. Jeszcze 30 lat temu, dom, który posiadam na wsi, uchodziłby za ponadprzeciętny, a dziś jest tylko wystarczający, a nawet dla wielu „przestarzały”. 5 pokoi, łazienka, dwa odrębne WC, szybki internet. Nowy człowiek, budowany z zachcianek powie:

  • brak nowoczesnego źródła ogrzewania,
  • stare płytki,
  • gdzie gładzie?,
  • łazienkę i kuchnię trzeba urządzić od nowa,
  • nie przy samej drodze,
  • stare okna,
  • szambo,
  • kto dzisiaj robi kamienne podłogi?
  • daleko od miasta (30 km).

Pewnie sporo jeszcze znalazłoby się wad. Natomiast patrząc realnie – jeszcze w latach 90-tych, niezły standard. Dzisiaj wielu potrzebuje nowego (wybudowanego maksymalnie 10 lat temu), wykończonego zgodnie z aktualną modą, zlokalizowanego w mieście – ogólnie – czegoś na poziomie „segmentu” lub „apartamentu”. Nie trzeba nikomu powtarzać – to zachcianka, próba dołączenia do elity, kilkunastu procent mieszkających najlepiej. Za 200k da się na terytorium Polski kupić nieruchomość komfortową dla 3- osobowej rodziny. Utrzymamy takie miejsce za 800 zł/m-c. W sumie za 3 podstawowe potrzeby (jedzenie, ubranie, dach nad głową) – 2600 zł plus 200k na start.

Teraz idziemy dalej. Wiadomo, trzy osoby, w tym dziecko, oznaczają potrzebę kultury, nauki, wypoczynku i kontaktu z innymi. Wszystkie pokryjemy z 800+ i zasiłku na dziecko. Dokładnie za 800 zł, damy radę opłacić szkołę, pojechać na jakiś koncert (jeżeli nie będzie darmowy), jak to kiedyś mówiono „zmienić klimat”. To już 3500 zł.

Na koniec jeszcze małe auto – 250 zł/m-c i ubezpieczenie (KRUS 2 x 250 zł). W sumie 4250 zł. Za taką sumę tj. minimalne wynagrodzenie i świadczenie od państwa, trzy osoby dadzą radę normalnie funkcjonować.

I wtedy wchodzą „koszty stylu życia”, które podbijają nam te wydatki x 2, albo x 3. Zaczynamy.

Najpierw jedzenie. Spokojnie do 2500 zł, a jak ktoś lubi wychodzić, to i 5000 zł może okazać się niewiele. Ubrania mnożymy x 3. Dach nad głową: rata, bezobsługowe ogrzewanie, sieci miejskie i spokojnie damy radę dojść do 4000 zł. W sumie te trzy „podstawowe potrzeby” kosztują już 11.500 zł. Doliczmy festiwal w stylu Open’era, urlopy (narty w zimie, ciepło all inclusive w lecie), 2 auta w leasingu. No i nagle 20k/m-c na te same trzy osoby okażą się „zbyt mało”.

Warto temat przemyśleć. Jak to się stało, że jeszcze niedawno, nasze życie w bloku/na wsi wydawało się nam wystarczające, a teraz już nie. Dlaczego stale podnosimy sobie (i swoim bliskim) poprzeczkę. Czym różni się obiad za 150 zł/osoba (normalna cena za zupę i drugie danie+napój) w centrum Warszawy od domowego dania za kilkanaście zł, albo i kilka zł, jeżeli gotujemy z ołówkiem w ręku?

Koszty stylu życia można stale pompować. Od lepszego domu (studnia bez dna), do auta, wakacji (już nie starcza pojechać „do babci na wieś”, ani nawet nad pobliskie jezioro). Telefon przestaje dzwonić, a nawet dostarczać rozrywki, a staje się narzędziem statusu. Moja Motorola Edge 50 Fusion za 800 zł nie robi na nikim wrażenia, w świecie szklanych cudeniek za 6000 zł. Warto o tym pomyśleć.

Efekt pompowania? Wydatki rosną drastycznie, ponad racjonalny poziom. Ktoś, kto dostał podwyżkę o 100%, nagle wydaje 100% więcej. Masz do dyspozycji +200%, wydasz wszystko. Co gorsza, dyplom ekonomii, co pokazuje przypadek dra Thomasa Stanleya (słynna opowieść o płatkach śniadaniowych), ani świadomość zjawiska, nie chroni przed problemami.

Ja osobiście, wyleczyłem się w znacznej części z choroby statusu. Używany, 9-letni Hyundai Ioniq wiezie mnie równie pewnie, jak parę lat młodszy Mercedes, a kosztuje ułamek jego ceny. Mokasyny z Lidla niosą podobnie jak markowe obuwie za 500 zł/para.

I teraz najważniejsze. Co zyskałem? Spokój. Nigdzie nie muszę gonić. W razie problemów dam radę utrzymać rodzinę z jednej pensji (a ponieważ oszczędzałem wiele lat, nawet bez pensji).

Freedom 55. Czy 1.5 mln oszczędności wystarczy rodzinie 2+1 na wcześniejszą emeryturę?

Odpowiedzi można udzielić na dwa sposoby.

Prosty – zgodnie z trendem, nad którym pracuję. Tak, jeśli potrafisz żyć za 6 tys. zł/m-c. Rachunek dość nieskomplikowany 4% x 1.5 mln = 60 tys. zł rocznie = 5 tys. zł miesięcznie. Jeśli dodamy 1 tys. zł od państwa (na dzieci), dochodzimy do wyniku. Jak żyć za 6 tys. zł, o tym już pisałem.

Istnieje też druga wersja, którą nazywam „odwróconym kredytem hipotecznym”. Opiera się na założeniu, że w ciągu 10 lat do emerytury zjadamy cały ten kapitał, aby żyć ze świadczenia państwowego. To nie działa jak FIRE, który zakłada, że kasa nam zostanie, a wydajemy odsetki, lecz jak kredyt hipoteczny tylko na odwrót – w pierwszym miesiącu dostajemy dużo odsetek, a mniej kapitału, a w ostatnim tylko kapitał. Wtedy w 10 lat zejdziemy od 1.5 mln do 0 zł, zostawiając sobie na życie ok. 15 tys. zł. Brzmi lepiej niż 5 tys. zł. Ba, gdybyśmy nie zarabiali nic (trzymali 1.5 mln zł w skarpecie) możemy wyciągać przez 10 lat po 12.5 tys. zł/m-c.

A teraz stary Oszczędny milioner, co oznacza dziesiątki punktów, wyliczenia itd.

Wariant 1. Dodatkowa, skromna praca na boku. Załóżmy, że mamy rodzinę składającą się z matki, ojca i nastolatka. W praktyce, każde z nich może podjąć jakąś pracę (albo precyzyjniej – zajęcie zarobkowe) np. dorywczą w lecie, produkcję rękodzieła, wyprowadzanie psów i inne, na której, poświęcając średnio 7 godzin/tydzień, zarobi 700 zł miesięcznie. Przy trzech osobach – 2 tys. zł/m-c. Budżet miesięczny rośnie do 8 tys. zł (bo 6 tys. mamy z odsetek i od państwa), albo do 17 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”.

Wariant 2. Wyższa stopa zwrotu. Zamiast 4%, niech będzie 6%. Z 1.5 mln powstanie 90 tys. zł/rok i 7.5 tys. zł/m-c (ew. 16.5 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”). Wymaga to ruszenia głową, pewnego wysiłku. Ale 6% ROI da się uzyskać: z obligacji korporacyjnych, akcji, wynajmu mieszkań.

Wariant 3. A jeśli chcemy „wczasów na jachcie” albo „wiecznych wakacji w kamperze”? Ponownie liczę kilka mini-wariantów.

Na jachcie ostatni raz byłem na studiach i uważam to doświadczenie za przereklamowane. Niemniej jednak, wielu moich znajomych regularnie pływa sobie po Mazurach, a nawet Karaibach. I powoli docieramy do sedna – istnieją wakacje na jachcie w wersji premium oraz budżetowej. W obu ta sama przyroda, lecz zupełnie inne warunki. Sybaryci po prostu wykupują miejsce, co kosztuje ok. 6 tys./os./2 tygodnie. Doświadczenie przypomina dobry hotel, tyle że na morzu/oceanie. Jeżeli mamy trzy osoby i zakładamy miesięczne wakacje – 36 tys. zł, czyli dokładnie tyle, co praca dorywcza z wariantu 1. Jeśli mamy „odwrócony kredyt hipoteczny” na 4% – to już pełny luz.

Większość wybiera jednak wariant budżetowy albo super-budżetowy. W tym pierwszym, mówimy o zakupie własnego jachtu (30-40k za kabinówkę) i wypuszczenie się na Mazury. Ujmując 40k z 1.5 mln niewiele tracimy. Zyskujemy możliwość pływania dłużej (od wiosny do jesieni), płacąc za mariny, albo i nie (nocowanie na wodzie), kupując jedzenie w dyskontach lub zabierając z domu, ew. łowiąc. Koszt – porównywalny z moim urlopem nad jeziorem w domku teściów czyli ok. 6 tys. zł/m-c. Nieźle, bo akurat tyle mamy budżetu miesięcznego.

Super-budżetowo wyjdzie nas jeszcze taniej. Wynajmujemy klasę w małej wiejskiej szkole (robił tak mój kumpel-nauczyciel), jacht zamieniamy na kajaki i wio. Nie mamy możliwości w szkole? Dogadujemy się z gospodarzem, bierzemy pokój w schronisku młodzieżowym itd. Pomijam namiot, spanie na sianie, na wodzie. itd. Koszt noclegu- 100 zł/dzień, aczkolwiek wygód mało. Dodajmy 2 tys. zł na jedzenie i wyjdzie nam 5 tys. zł. Da się jeszcze taniej, gdybyśmy żywili się złowionymi rybami, jedzeniem kupionym „od chłopa” na wiejskim targu, albo słoikami, a jacht zamienili na kajaki itd. Znowu – spokojnie mieścimy się w budżecie.

Ostatni punkt – kamper. Ponownie – wariant rozsądny i super-budżetowy. Rozsądny sprowadza się do własnego egzemplarza za 80 tys. zł. Do tego doliczmy koszty utrzymania i kempingi. W warunkach Polski – ok. 150 zł/dzień czyli 4500 zł/m-c. Dodajmy do tego jedzenie, jakieś atrakcje, paliwo i opłaty drogowe. Wyjdzie nam nie mniej niż 8-10 tys. zł/m-c. Sporo przekraczamy budżet, chyba że ten powiększony (o dodatkowe procenty kasy, pracę dorywczą) albo wynikający z możliwości przejedzenia kapitału.

Super-budżetowy oznacza zupełnie inny tryb życia. Kupujemy sobie busa i wyposażamy go samodzielnie w kempingowe utensylia (40k). Parkujemy na publicznych parkingach, w parkach, lasach, nad brzegami rzek, zatrzymując się na płatny popas raz na 3 dni. Jedzenie kupujemy w marketach, „od chłopa” albo po prostu zbieramy na nieużytkach (ekstremalni pójdą we freeganizm). Nie potrzebujemy mieszkania, ani domu, w zimie przemieszczamy się na południe Europy, szukając cieplejszego klimatu, żeby nie grzać pojazdu. W takich warunkach głównymi kosztami życia okażą się paliwo (10 tys. km czyli do Hiszpanii i z powrotem = 700 zł/m-c x 12 m-cy), utrzymanie samochodu (kilkaset złotych), noclegi (10 noclegów = 1000 zł) i jedzenie (od bliskich zeru do kilku tysięcy złotych).

Jak widzicie, bez nudy, bez wariactwa. Z prywatnej emerytury w wysokości 6-13.5 tys. zł spokojnie da się żyć.

Jak styl życia buduje oszczędności. Wpis z serii „oszczędny milioner w praktyce”.

Mój styl życia, potwierdzony lekturą „Sekretów amerykańskich milionerów” T.Stanleya i T.Danko, opiera się na dwóch założeniach:

  • dochodach nieco większych niż przeciętna,
  • trzymaniu wydatków w ryzach,
  • mnóstwie drobnych oszczędności,
  • inwestowaniu.

Nic wielkiego. Zwracanie uwagi na drobne wydatki weszło mi w krew do tego stopnia, że nauczyłem się automatycznie porównywać współczynniki: cena/jakość, cena/wpływ na moje życie i wybierać optymalnie. Oto kilka przykładów.

Przykład 1. Zakup paliwa.

Na początku czerwca przyszło mi pojechać w interesach do Zamościa, to piękne, renesansowe miasto, położone ok. 95 km od Lublina. Podróż w obie strony 190 km. Wsiadając do auta zobaczyłem, że mam ok. 300 km zasięgu, czyli trzeba zaraz tankować. 500m od domu mam stację benzynową Orlenu – cena na słupku – 5.95 zł/litr. Przy wylotówce minąłem stację hipermarketu – 5.7 mignęło mi z daleka. Pamiętałem (bo w Zamościu byłem nie pierwszy raz), że tanio tankowałem się zawsze w okolicach połowy drogi – w Krasnymstawie. Cena 5.95. Nic mniej, bo obowiązują maksymalne ceny paliwa. W mieście docelowym 5.85 na stacji przy Leclercu. I zmierzam do brzegu. W ostateczności zatankowałem za 5.70 zł po powrocie do Lublina. Niby różnica w cenie niewielka 20 gr/litr (mam zniżkę na Orlenie), czyli 1 zł/5 litrach, ale przy dużych przebiegach robi różnicę (1 zł/100 km =100 zł/10.000 km). No i nie tracę nic z wygody.

Przykład 2. Lody.

Jedną z moich słabości są lody jagodowe. Zbliża się sezon, zrobiło się ciepło, a ja jechałem na działkę. Mogłem zatrzymać się w Nałęczowie i zapłacić 16 zł/50g, albo kupić w Biedronce (mam dwie, bezpośrednio przy trasie) 3 zł/100g. Różnica niby niewielka – 13 zł/raz w tygodniu przez 4 miesiące 234 zł (18 x 13 zł).

Przykład 3. Jajka od zaprzyjaźnionej gospodyni.

Moja żona mając do wyboru płacenie 1 zł/szt jajka L w dyskoncie i 1 zł od gospodyni, wybrała drugą opcję. Poza oczywistymi walorami zdrowotnymi („z wolnego wybiegu” oznacza inną paszę) patrzy też na inne aspekty. 20% więcej „jajka w jajku”, daje przy naszym spożyciu (100 jajek/m-c) ok. 20 jajek gratis. Niby tylko 20 zł/m-c i 240 zł/rok, ale zawsze.

Przykład 4. System wymiany przysług.

Ta historia ponownie dotyczy samochodu. Mam klienta, który prowadzi warsztat samochodowy. Ja mu dwa razy w roku robię gratis drobne analizy, on liczy mi po kosztach przy naprawach. W efekcie za wymianę oleju, filtrów, czyszczenie hamulców w hybrydzie zapłaciłem 350 zł. W ASO lub typowej stacji nieautoryzowanej byłoby +400-600 zł (2 godziny pracy x 200-300 zł). Podobnie wygląda sytuacja z innymi podmiotami.

Przykład 5. Własne warzywa i owoce.

W typowym roku zbieram ok. 150 kg, zwykle droższych owoców i warzyw (czereśnie, maliny, truskawki, fasola, cukinia, orzechy włoskie itd. a nie ziemniaki). Licząc średnią cenę 10 zł/kg nie wydaję 1500 zł. Licząc koszty (150 zł), w kieszeni zostaje mi 1350 zł/rok.

Przykład 6. Przetwory.

To domena mojej żony, mnie pozostaje rola: wyprodukowania/zebrania/kupienia/przywiezienia owoców lub warzyw. I tu ponownie wyliczenia. Dwie torby kwiatów czarnego bzu zmieniły się w 10 l soku. 300 ml soku na OLX-ie kosztuje 10 zł. Łatwo policzyć – za cenę 10 zł mam 10 litrów soku, wartego na rynku 300 zł.

Nieco inne przeliczniki obowiązują w przypadku passaty, na którą pomidory zwykle kupuję (3 zł/kg warzywa i 11 zł/kg słoik w Biedronce), dżemy (2 zł/kg przy produkcji i 50 zł/kg w sklepie) czy suszoną morwę (0 zł/kg kontra 30 zł/kg).

Wnioski. Jak widzicie sumy oszczędności nie porażają – w najlepszym wypadku to kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Złożone jednak „do kupy” dają już setki złotych/m-c. A przypominam 500 zł x 40 lat x 6% netto stopy zwrotu = 1 mln zł.

Pudełko po butach. Metoda oszczędzania, która sprawdzi się u (prawie) każdego. Plus studium przypadku.

Kiedy kilka lat temu mój syn wymarzył sobie konsolę, postanowiłem pokazać mu siłę drobnych oszczędności. Wziąłem stare pudełko po butach i napisałem na pokrywie „Na `X-boxa”, po czym powiedziałem mu tak:

  • Ty wrzucasz, ile uważasz z kieszonkowego i prezentów pieniężnych od dziadków,
  • Ja 1/4 z każdego drobnego zlecenia od klienta, zapłaconego gotówką (50 zł),
  • kasa ląduje w pudle i co miesiąc ją liczymy,
  • kiedy uzbiera się 1600 zł idziemy do sklepu i kupujemy konsolę.

Czy wiecie ile czasu zajęło nam zebranie potrzebnych pieniędzy? 4 miesiące. Tym sposobem nauczyłem najmłodszego najprostszej metody oszczędzania drobnymi kwotami. Polecam i Wam. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby zbierać w ten sposób na „grube przyjemności” albo na emeryturę. Nawet dziecko zrozumie ten fakt.

Pomimo, iż posiadam spore oszczędności na koncie postanowiłem wykorzystać „pudełka pełne pieniędzy” jako sposób na sfinansowanie swoich drobnych wariactw, na które zwyczajnie szkoda byłoby mi „podbierać z rachunku”.

Studium przypadku. Zbieram na wariackie wydatki wakacyjne.

Etap 1. Ustalam na co zbieram. Wiadomo, większe kwoty na urlop (nocleg, dojazd/dolot, jedzenie, wstępy) mam zaplanowane w budżecie. Natomiast wariactwa, szaleństwa już nie. I tak np. przelot balonem może mieścić się w tej kategorii. Kosztuje sporo (zwykle na poziomie kilkuset-tysiąca złotych), zapewnia fajne wspomnienia, ale pół godziny lotu za 1000 zł absolutnie nie brzmi rozsądnie.

Etap. 2. Ustalam jakie środki wrzucam do pudełka. W tym przypadku, wszystkie monety i banknoty 10 i 20 zł, które znajduje w portfelu na koniec dnia.

Etap 3. Ustalam horyzont czasowy. Tym razem – od 1 stycznia do wyjazdu wakacyjnego (15 sierpnia).

Etap 4. Kontroluję przyrost środków. Co miesiąc, ostatniego dnia opróżniam pudło i liczę. Stan na 31 maja? 1300 zł. Planowany stan na 15 sierpnia? Ok. 2000 zł.

Jak widzicie sumy odłożone w ten sposób nie porażają, aczkolwiek są już widoczne. Co zrobić, jeżeli chcemy je zwiększyć? O tym innym razem.

Media – główni pożeracze energii w moim domu.

Kiedy zamieniałem piecyk gazowy (nazywany czasem Junkersem) na bojler elektryczny, a także stawiając w łazience bębnową suszarkę do prania miałem na względzie wyłącznie bezpieczeństwo i wygodę. Oba warunki zostały spełnione, ale okazało się, że zużycie prądu wzrosło o ponad 100%. Jak to możliwe?

Otóż możliwe i empirycznie stwierdzone. Podłączyłem bowiem do gniazdka łazienkowego miernik przepływu energii – wskazanie po 1,5 miesiąca – 360 KWh. Sporo. A oto szczegóły.

Bojler ma moc 2 KW i nagrzewa każdorazowo 80 litrów wody. Wystarczy na 2-3 prysznice lub jedną kąpiel w wannie. Uzyskanie takiej temperatury trwa 2 godziny. Bilans – 6 KWh dziennie. Miesięcznie 180 KWh. 1.5 miesiąca 270 KWh.

Suszarka bębnowa. W teorii 1.2 KWh na cykl trwający 45 minut. W praktyce nie sposób wysuszyć całego załadunku prania w jednym cyklu i trzeba je powtarzać. U nas w domu mogę liczyć 15 KWh/tydzień (90 KWh na 1.5 miesiąca).

Tym sposobem wyszedłem na 240 KWh/m-c, z czego 180 KWh (ok. 205 zł) pochłania bojler, a dodatkowe 60 KWh (65 zł) suszarka.

I teraz pytanie: Czy to się opłaca i czy warto?

Zacznijmy od suszarki. Opłaca się i warto. Tradycyjne suszenie prania podnosi wilgotność powietrza, oraz wprowadza atmosferę południowowłoskiego miasteczka (bez XIII w. katedry, za to z wiszącymi na balkonie majtkami). Niefajnie. Trudno też wysuszyć pranie od ręki (zwłaszcza w zimie, bo w lecie na zewnątrz schnie w kilka godzin). Suszarka bębnowa ma też super skutki uboczne – nagrzewa i osusza łazienkę. W praktyce – zero wilgoci. Polecam szczerze właścicielom starych domów.

W przypadku bojlera sprawa nie wygląda już tak prosto. Rachunek rzędu 200 zł za samo tylko podgrzanie wody wygląda słabo. W dodatku da się to zrobić o połowę taniej np. gazem. Ale gaz w łazience oznacza zagrożenie: wybuchem i zaczadzeniem. Zatem kiedy stary piecyk wyzionął ducha, wszedł w jego miejsce bojler. Miałem jeszcze trzecią opcję – przerabiać całą instalację i dostawić bojler do pieca gazowego grzejącego dom. I ponownie – co mi po oszczędności 100 zł/m-c, skoro musiałbym dokonać wydatku może nawet 20k, a jeszcze rozbijać łazienkę (wymiana rur). Natomiast warto mieć świadomość, ile kosztuje podgrzewanie wody prądem. Przy obecnych cenach i 3-osobach w domu – właśnie ok. 200 zł/m-c. Sporo. Stąd bojler nazwałem pożeraczem energii.

Prosta matematyka oszczędzania.

Kiedy piszę, że coś będzie proste, musi mieć konstrukcję cepa. Jak działa, da się wytłumaczyć nawet kompletnie nieogarniającemu liczb. Dzisiaj dane dla zaczynających pracę.

Na początek garść informacji.

W 2050 – państwowa emerytura z ZUS – minimalna dla 70% pracowników. Odpowiednik dzisiejszych 1750 zł/os. Dla 70% pracowników, 100% rolników, 95% przedsiębiorców. Czy potrafisz za to żyć i czy chcesz, w świecie wizyt lekarskich za 400 zł/15 minut, opłaty za (państwowy) dom opieki 8500 zł/m-c na ścianie wschodniej, opłatach za dwupokojowe mieszkanie – 1000 zł/m-c (plus raty)?

Ponarzekałem (krótko), czas na rozwiązania.

Młodzi oszczędzajcie na 3 sposoby:

  1. na emeryturę,
  2. na większe wydatki,
  3. na kumulację majątku.

Jak i ile?

Na emeryturę w PPK i IKZE.

Najpierw PPK. 2% (180 zł/m-c od przeciętnej pensji) zmieni się w podwojenie państwowego świadczenia. 1750 zł.

Potem 550 zł/m-c w IKZE (plus reinwestowanie związanej z tym ulgi podatkowej) – da nam oszczędności (realne czyli nad inflację) równe 0,9 mln zł. Z takiej sumy przez 20 lat wypłacimy sobie po ok . 3500 miesięcznie.

Razem emerytura wyniesie: ZUS 1750, PPK 1750, IKZE – 3500 zł = 7000 zł. Nieźle.

Na większe wydatki.

Takie jak, popsuta pralka, lodówka, komputer. Tutaj korzystamy z funduszu awaryjnego – trzymanego na oddzielnym rachunku oszczędnościowym. Suma 3-12 krotność miesięcznych wydatków rodziny. Wystarczy odkładać 250 zł/m-c, żeby po roku mieć 3000 zł, a po 5-ciu 15.000 zł.

Mieszkanie? Tu polecam inną opcję. Wkład własny z wesela/od rodziców/ze studenckich prac. Na resztę kredyt, brany gdy jesteśmy względnie młodzi, spłacany z bieżącej pensji. Początkowo ciąży (wiem, bo miałem), po paru podwyżkach pensji (inflacja!), da się z nim żyć.

Na kumulację majątku.

Esencja tego bloga. Jeżeli wydamy na fundusz awaryjny 250 zł, 550 zł na IKZE i 180 zł na PPK, łącznie mamy ok. 1000 zł. To dopiero 6% dochodu przeciętnej rodziny.

A my dążymy do stopy oszczędności 30%. Nic od razu, na siłę itp. Po prostu zwiększamy procent z każdą podwyżką, odkładamy kasę ekstra i żyjemy poniżej możliwości.

Co nam to da? Dodatkowe 3k/m-c. One posłużą na kumulację majątku. Przez 10 lat zbierze się 0,5 mln zł, oczywiście z oprocentowaniem. Ładna sumka. Potem koło rozpędza się. 20 lat – 1.8 mln. 30 lat – 4.5 mln. 30 lat to dla studenta 55 r.ż.

A jest jeszcze kasa z 800+. Tę przeznaczamy na dzieci. Jeśli starczy nam zdolności kredytowej, kupujemy im mieszkanie, gdy są w kołysce. W drugiej wersji – zbieramy na rachunku inwestycyjnym.