Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Oszczędny Milioner

Oko.press o emeryturze. Pięć sadzonek nieprawdy, które należy wykorzenić.

12 maja tego roku w portalu oko.press pojawił się artykuł: https://oko.press/demografia-bez-demokalipsy-nie-panikujcie-system-emerytalny-sie-nie-zawali . Zawarto w nim tezę, że z demografią wcale nie jest tak źle, a system ZUS nie zmierza do katastrofy. Nieprawdziwą tezę naukowcy (opisywana już „ekspertka od składek przedsiębiorców”, w rzeczywistości ma doktorat z dziennikarstwa, a nie ekonomii, prawa czy zarządzania, została wzmocniona prof. Szarfenbergiem… politologiem) próbują udowodnić za pomocą pięciu narracji, nazwałem je „sadzonkami nieprawdy”. Należy je szybko wykorzenić. Jeśli bowiem wydadzą nasiona, zarosną nam cały ogród. Wróćmy do zdrowych korzeni matematyki. Do dzieła, bo w długim artykule o emeryturach nie przywołano żadnych obliczeń, sama właściwa dziennikarzom i politologom „mowa-trawa”. Zresztą wystarczy się przyjrzeć cytatom.

Sadzonka nr 1.  Bo kiedy wszystko podporządkowuje się demografii, z pola widzenia znikają rzeczy najważniejsze: ubóstwo, nierówności, niepewna praca, samotność, przeciążenie opieką, kryzys zdrowia psychicznego, trudności w budowaniu trwałych relacji.

Czy ktoś o umyśle chociaż trochę ścisłym może się z tym zgodzić? 100 lat temu: ubóstwo, nierówności, bezrobocie, przeciążenie opieką były większe. I to zdecydowanie. Samotność, zdrowie psychiczne na podobnym poziomie, chociaż mniej o nich mówiono. Tylko trudności w budowaniu trwałych relacji zwiększyły się drastycznie. I to brak trwałych relacji odpowiada za niską dzietność, bardziej niż cokolwiek innego. Realnie chodzi o relacje dzieci-rodzice, mężczyzna-kobieta, dziadkowie-wnuki, ale i w dalszej rodzinie i gronie przyjaciół czy w pracy. Relacje odpowiadały za istnienie „grupy wsparcia”, która potrafiła przejść gorsze momenty. Ktoś zagłuszał lęki młodych, dawał im kasę na start, namawiał do pogodzenia się. Dzisiaj cały ten system wywrócono. Wielu dwudziestolatków musi radzić sobie samodzielnie, w coraz bardziej zmiennym świecie. Opisywałem to zjawisko wielokrotnie. Moje pokolenie dostało mieszkania lub istotne wkłady od rodziców. Teraz sami obdarowani często nie dają dzieciom prawie nic, więc te zaczynają od zera. Podobnie kształtuje się opieka nad wnukami. Wielu dzisiejszych 50-latków, w znacznym stopniu wychowywały babcie. Teraz wygląda to inaczej. Znowu – przyczyna leży w relacjach, ale i sposobie życia. Jeżeli 67-letnia kobieta nadal pracuje (przykład z mojej pracy), w jaki sposób jej 40-letnia córka może liczyć na pomoc, kiedy ma urodzić dzieci? Jeżeli korpo zwalnia młode matki, w pierwszym możliwym momencie (albo i od razu po powrocie), ile osób zdecyduje się na dziecko?

Sadzonka nr 2. A przecież dzieci nie rodzą się w statystykach. Rodzą się albo nie rodzą w konkretnych warunkach życia: w mieszkaniach, na które kogoś stać albo nie stać; w pracy, którą da się albo nie da się połączyć z opieką; w relacjach, które dają poczucie bezpieczeństwa albo go nie dają.

Kolejne humanistyczne brednie, zupełnie oderwane od liczb i historii. Jeszcze raz powiem – dzieci rodziły się w II RP, PRL, w rodzinach z PGR-ów w 1995 r. Aż przestały się rodzić. Pracy, wcale nie trzeba łączyć z rodzicielstwem, przecież jeszcze 45 lat temu nie istniały roczne urlopy macierzyńskie, a pensje wystarczały na mniej. Podobnie jest z relacjami. Obserwuję wiele osób, w złych, a nawet tragicznych relacjach. Nawet w nich pojawiają się dzieci, czasem całkiem sporo. Co się stało? Pisałem o tym już kilka razy. Matematyka. Niska baza matek. Znacznie niższa niż 30 lat temu. Nic nie da się szybko zrobić. 3 mln x 2 dzieci= 6 mln dzieci, a 1.5 mln x 2 dzieci = 3 mln dzieci. Drugi temat – wspominałem w jednym z komentarzy, dzisiaj żeby doszło do zastępowalności pokoleń matka w związku musiałaby rodzić 4-5 dzieci. Ponieważ samotne kobiety wyjechały do miast i … nie mają żadnych związków, nie tylko satysfakcjonujących. Samotni mężczyźni zostali na prowincji i czeka ich to samo. Jeśli weźmiemy pod uwagę te dwie zmienne – te które mają stałe związki powinny rodzić po 8 dzieci. Nierealne.

Sadzonka nr 3. Podstawowym powodem, dla którego nasze emerytury będą niskie, jest konstrukcja systemu tzw. zdefiniowanej składki, w określonym otoczeniu społeczno-prawnym. Od 1999 r. mamy bowiem system, w ramach którego każdy z nas, który ubezpieczony jest w ZUS, ma swoje indywidualne konto. 

Powtórzę się po raz nie wiadomo który – mamy niskie emerytury, bo dopłacamy świętym krowom: rolnikom, księżom, mundurowym, sędziom i prokuratorom, a teraz padł pomysł na artystów. Emerytury mamy niskie, ponieważ ogromna liczba osób bierze je przed 50-tką, nie płacąc grosza składek. Dzisiaj widziałem artykuł (https://businessinsider.com.pl/praca/emerytury/emerytury-mundurowe-o-70-proc-wyzsza-niz-w-zus-mamy-nowe-dane/0k2jymv )- średnia emerytura mundurowa wynosi ok. 7000 zł i jest o 70% wyższa niż ZUS-owska (tam jest 4000 zł). Do tego mamy 170 tys. emerytów mundurowych, ze średnią wieku zakończenia pracy 48 lat. Na tych emerytów budżet wydał 18 mld. Dodajmy do tego 30 mld dopłacane do KRUS (składki pokrywają 10% wydatków). Gdyby system był sprawiedliwy i równy dla wszystkich problem niskich emerytur dotyczyłby marginesu.

Konstrukcja zdefiniowanej składki, stosowana konsekwentnie, wymuszałaby normalność. Jeszcze raz ujawnię dane: W ZUS mam 660 tys. zł, w OFE 220 tys. zł. Przy czym do ZUS od kilkunastu lat trafia 85% składki emerytalnej, a do OFE 15%. Wcześniej podział też był korzystniejszy dla ZUS. Ten system zwyczajnie okrada nas z odsetek pod przymusem oszczędzania w państwowym molochu.

Sadzonka nr 3. Skąd się biorą więc tak niskie stopy zastąpienia?  Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to licznik równania emerytalnego. Wiele osób gromadzi niskie kapitały, bo pracują za niskie wynagrodzenia, niektórzy mają dłuższe lub krótsze przerwy związane z opieką nad kimś, bezrobociem, nieaktywnością, a także dlatego, że system umożliwia, czasem wbrew woli samych ubezpieczonych, a czasem sami tego chcą – unikanie lub obniżenie oskładkowania, o czym pisaliśmy wyżej. Drugim powodem niskiej stopy zastąpienia jest mianownik, a więc dalsze trwanie życia wg GUS w momencie przejścia na emeryturę.

Wyrywałem ją już z 10 razy, zrobię to jeszcze jedenasty. Dla dzisiejszego młodzieńca lat 30, stopa zastąpienia (stosunek emerytury z ZUS do poborów) wyniesie 25%. Jak to możliwe matematycznie, skoro mężczyźni żyją na emeryturze średnio 12-13 lat, pracują ok. 41 lat (po studiach, bo niektórzy i 47 lat), a składka wynosi 20% ich pensji? 20% x 41 lat= 820. 820/13=63,0769. Stopa zastąpienia powinna wynosić 63% pensji, czyli całkiem przyzwoicie.

Nawet prowadzący DG posiadają swoje wyliczenia. 20% x 60% średniej = 12% średniej. 12% x 41 = 492. 492/13=37,846. Przedsiębiorca powinien dostać zatem emeryturę w wysokości 38% średniej pensji – ok. 2 emerytury minimalne. A dostanie jedną.

Bajki o opiece nad kimś (ilu znacie facetów na wychowawczym?) wyśmiewam, bezrobocie wynosi od lat sporo poniżej 10% i nic nie zapowiada drastycznych wzrostów. System wyrównuje te lata kobietom, doliczając okresy macierzyńskiego i wychowawczego, jakby były opłacane składki. To jest system składki zdefiniowanej? Do tego preferencje wieku (czyli mianownika) dla kobiet.

Co więc się dzieje? Państwo (ZUS) okrada nas w biały dzień. Wymyśla sztuczne okresy dożycia (18 lat dla 65-latka), znacznie powyżej faktycznej średniej i co roku je podnosi. Okrada nas podnosząc mianownik. Swoim szalbierstwem zachęca do ucieczki z systemu: unikania bądź obniżania składek, albo nie płacenia ich przez całe lata. Ponieważ, właśnie z powodu demografii dzisiejszej stopy zastąpienia nie da się utrzymać. Mówią o tym ekonomiści, a nie politolog z dziennikarką.

Sadzonka nr 4. Warto też pamiętać, że niskie prognozy emerytalne w Polsce nie wynikają przede wszystkim z demografii, lecz z konstrukcji systemu zdefiniowanej składki funkcjonującego w silnie segmentowanym rynku pracy. Jedni pracują stabilnie, na dobrze wynagradzanych umowach i gromadzą znaczące kapitały emerytalne. Inni, z własnego wyboru albo z powodu warunków rynku pracy, funkcjonują w świecie umów cywilnoprawnych, samozatrudnienia, okresów bezrobocia czy nieoskładkowanych dochodów.

Kolejna część anty-matematyki. Dla pani doktor i pana profesora, żeby zrozumieli, piszę po raz 12-ty. Przez 27 lat miałem stabilną i dobrą pracę. Żadne smieciówki, UOP. Nigdy nie doświadczyłem bezrobocia, samozatrudnienia (w sensie składkowym), umów cywilnoprawnych.

Nie zgromadziłem „znaczących kapitałów emerytalnych” bo ZUS wypłacił je aktualnym emerytom. Zostało, tylko w zapisach, 650k w ZUS plus 220k w OFE. Odprowadzałem górę składek (przez 11 lat od 250% średniej krajowej) czyli w roku 2024 ok. 54 tys. zł. Tylko te 11 lat dało mi prawie nominalną kwotę ZUS. Gdzie waloryzacje i obiecywane frukta?

Uśredniając, płaciłem składki od ok. 170% średniej. Gdybym ostatnie 15 lat przed emeryturą pracował na 145%, wyszłoby ok. 160% średniej. Przepracowałbym 42 lata. Policzmy. 160% x 20% składki x 42 lata= 1344. Podzielmy przez oficjalną średnią dożycia (13 lat) ok. 103% średniej pensji. Ile proponuje mi system? 65 %. Na dzisiaj. Zanim dojdę do emerytury, będzie to 50%, bo ZUS co roku majstruje przy stopie zastąpienia.

Matematyk nie widzi żadnej tajemnicy, opowieści o bezrobociu (którego od 20 lat prawie nie ma), tylko nagie liczby. Powinienem dostać 103% średniej krajowej (czyli ok. 9500 dzisiejszych złotych), dostanę 50% (czyli ok. 4800 dzisiejszych złotych). Co się stało z resztą, przy tzw. gigantycznych waloryzacjach, braku bezrobocia itd.? Ano poszła na kogoś, kto pracował 14 lat, ale skończył studia i rok był na bezpłatnym (okresy bezskładkowe) i trzeba mu dopłacić do emerytury minimalnej. Resztę zjadł ciągle podnoszony mianownik. Z tego powodu, powiedzenie „pas” i wypadnięcie z systemu, wydaje się najrozsądniejszą alternatywą. O ile odkładamy na boku.

Sadzonka nr 5. Panika demograficzna nie pomaga projektować instytucji. Przeciwnie, zastępuje analizę moralną opowieścią o kryzysie.

Zdanie takie napisała para naukowców, nie podając żadnej liczby. Zatem podam je ja. W 2005 r. mieliśmy 5 mln emerytów i 12.6 mln pracujących. Stosunek 1:2.5.

W 2050 r. będzie to 13.7 mln emerytów oraz 11.5 mln pracujących. Stosunek 1.19:1 na niekorzyść pracujących.

Powiedzcie mi szczerze, czy sieję panikę, czy da się te liczby zastąpić „analizą moralną”? Przecież dwójka pracowników szacownych uczelni, odprawia jakieś, kompletnie oderwane od rzeczywistości czary. W 2005 r. przy składce emerytalne 20%, dało się zapewnić emerytom 50% stopę zastąpienia (2.5 x 20%), bez dokładania z budżetu. W 2050 r. wyjdzie nam 17% (20%/1,19), czyli 3 razy mniej. Tak działa demografia i matematyka. W efekcie miliony emerytów, które nie zadbały same o siebie (IKZE, IKE, PPK, OKI), dostaną głodowe świadczenia, albo pracujących zarżnie się podatkami. Żadne „analizy moralne” nic nie zmienią, zwłaszcza że są niemoralne, albowiem nawołują do przyzwolenia na kradzież.

Czy stała rata hipoteki gwarantuje wysoką dzietność?

Jeden z polityków powiedział niedawno tak: „Zakładajcie rodziny teraz. Bez rodzin nie przeżyjecie, choćbyście mieli po sześć mieszkań.” Jako antidotum na trudną sytuację wskazał kredyty hipoteczne o stałej racie. Czas rozłożyć na czynniki pierwsze tę wypowiedź.

Zacznijmy od początku czyli niemożliwości przeżycia bez rodziny. Nie bardzo wiem, co poseł miał na myśli. Nie żyjemy na XIXw. wsi, żeby dużo dzieci gwarantowało emeryturę i przeżycie. Mit o „szklance wody na starość” także upadł wraz z rozwojem usług opiekuńczych i świadczeniach, a tu jeszcze te 6 mieszkań. Otóż, znam wiele osób, które nie posiadają dzieci. Żyją sobie w parze, albo jako single i doskonale prosperują. Celowo pomijam tych 45-, bo los jeszcze może im się odmienić. Pięćdziesięciolatkowie chodzą do lekarza, jeżdżą po świecie, rodzinę zastępują im przyjaciele. Starsi wymyślili nawet pomysł na niedołężność – komuna singli, pomagających sobie wzajemnie. Duży parterowy dom, w pięknym miejscu, w którym każdy ma kawalerkę (pokój z aneksem kuchennym i łazienką), z przestrzenią wspólną.

6 mieszkań, jak już zdekodowaliśmy z Bartkiem, gwarantuje dochód 12-15 tys. zł/m-c. Dla pary wystarczy. Zwłaszcza, jeśli zlokalizowane w dobrym miejscu. Jedno pójdzie na udział w komunie singli.

Teraz druga część – stała rata hipoteki. Pan poseł – weteran kredytów (zanim wszedł do polityki miał kilka takich zobowiązań), zapomina o kilku zmiennych. Są nimi: brak zdolności kredytowej (na którą nie pomoże stała rata), oraz wysokość raty. I tu docieramy do sedna problemu. Stała rata ma sens, o ile pozostaje niska, w zasięgu możliwości. Dzisiaj da się zaciągnąć kredyt ze stałą ratą (precyzyjnie – ze stałym oprocentowaniem i ratą annuitetową), ale jest on sporo droższy. Czy ktoś go wybiera? Nadal niewiele osób. Model zachodnioeuropejski, dzięki Euro (któremu nasz polityk akurat się sprzeciwia) ma inny układ – oprocentowanie stałe na minimum 10 lat i 3-4%. Pozostaje nam powiedzieć „sprawdzam”. Czy w UE młodzi biali mają wiele dzieci? Nie. Pomimo stałego oprocentowania hipotek. Czy mieszkania w dużych miastach stały się w takim Paryżu czy Lyonie dostępne? Też nie. Proponowany system nie działa. Czas wyjaśnić przyczynę.

Model ekonomii napędzanej przeprowadzkami do wielkich miast powoli się wyczerpuje. Niesie bowiem w sobie pewną stałą sprzeczność, (podobnie jak teoria o niskiej dzietności spowodowanej niedostępnością mieszkań, jeśli znamy przeludnienie lokali i dzietność w II RP). W teorii, metropolie gwarantują świetne zarobki. W praktyce:

  • trzeba różnicę przeznaczać na mieszkanie,
  • rozrastające się miasta powodują długie dojazdy i brak czasu,
  • wyprowadzając się np. do Warszawy, młodzi ludzie odrywają się od systemu wsparcia w postaci rodziców,
  • brak czasu+brak rodziców na miejscu = brak możliwości założenia rodziny i sił na takie akcje.

I nie pomagają nawet duże pieniądze. Jednocześnie, dzieje się tak, że dzieci nie ma także na prowincji. Nie rodzą się. Dlaczego? Skoro wsparcie jest, bezrobocie niskie?Otóż działa jeszcze jeden mechanizm. Do miast wyjeżdżają głównie kobiety, na miejscu zostają mężczyźni. I nie mają z kim tych dzieci płodzić. W wielkich miastach, nierównowaga działa w drugą stronę – stała nadwyżka młodych kobiet nad młodymi mężczyznami, wywołuje podobny skutek – nadmiar singielek.

Pewnym lekarstwem okazuje się praca zdalna, odrywająca miejsce zamieszkania od miejsca zatrudnienia. Niby podpisaliśmy umowę z firmą warszawską, a pracujemy z domu. Dokładnie minutę po wybiciu 17 (albo i 15, gdy pracodawca stosuje elastyczny czas pracy), cała biurowa masa jest wolna i od razu we własnym mieszkaniu. Nie musi marnować 1 godziny (Białołęka) na powrót do domu. Ale i praca zdalna nie zahamowała spadku dzietności. Dlaczego?

Otóż główną przyczyną nieposiadania dzieci pozostaje obserwacja, że lepiej mieć 6 mieszkań (albo 12 jak inny poseł), niż dwójkę dzieci. Komfort życia większy, problemów mniej. Do tego dołóżmy różne niezbyt szczęśliwe teorie etyczno-estetyczne (przeludnienie Ziemii, dzieci hałasują, brudzą, śmierdzą itd.), świadomość działania systemu (dla kobiety dziecko powoduje mniejszą wartość na rynku pracy, dla mężczyzny ryzyko płacenia alimentów i nieoglądania potomka). Swoje robi „pedagogika wstydu” czyli etykiety od obu stron politycznego sporu – od „kobiet dających w szyję” do „madek”. Na skutek tych zjawisk (plus całego zestawu zmian: późniejszych emerytur, chęci „prawdziwego życia na starość, zamiast bawienia wnuków”), posiadanie dzieci nie jest ani modne, ani łatwe. I stałe oprocentowanie hipotek nic tu nie zmieni. Ponieważ przyczyn obecnego stanu rzeczy jest znacznie więcej niż dostępność mieszkań.

Miasto kontra wieś. Zaskakujący wniosek z dwóch dni.

Wszyscy, którzy piszą o negatywach zamieszkania na wsi, wymieniają jeden główny powód: czas dojazdu. Po wyprowadzce miałby się drastycznie wydłużyć. Czy prawda musi wyglądać właśnie tak?

Niekoniecznie, o czym świadczy moje ostatnie doświadczenie. W piątek jechałem na wieś. Godzina wyjazdu z centrum miasta 15.32. Do przejechania 33 km, z czego 10 km dwupasmówkami (w tym 5 km taką „miejską” z ograniczeniem prędkości 60-90 km/h). Czas – 35 minut.

We wtorek, o podobnej porze (wyjazd 15.35) miałem przemieścić się z domu do firmowego biura. Czyli z osiedla blisko centrum, prawie do obwodnicy miasta. Odcinek do przejechania 3 km. Czas? 32 minuty. Nie żartuję, pierwsze 1.5 km jechałem 20 minut. Nie było wypadku, po prostu korek, w sobotę nawigacja pokazała 7 minut. Nie musiałem przebijać się przez centrum, praktycznie 80% jechałem dwupasmówką. No, ale zator na jednej z arterii, wywołał problem ze skrętem w prawo na drugiej i odcinek 800m pokonywałem w 15 minut. Dla precyzji, zwykle w tygodniu (eliminuje weekendy) kwadrans wystarczy na przejechanie tych 3 km.

Zatem, nie – wyprowadzka na wieś nie musi drastycznie wydłużyć czasu przejazdu. Liczy się płynność ruchu na danym odcinku. Odległość też ma znaczenie, ale typowe 15 minut kontra 35 minut (gdybym mieszkał przy węźle obwodnicy byłoby 15 minut kontra 25 minut na odcinkach 3 i 23 km) nie robi tragedii.

Dlaczego więc większość byłych mieszkańców przedmieść (10 km od centrum) zgrzyta zębami? Powodów widzę kilka:

Porównują inny czas. Wielu ludzi wywiezionych jako nastolatkowie, porównuje dzisiejsze korki na wylotówce z płynnością ruchu sprzed 10 lat. Te czasy przejazdu nadal się wydłużają i tam, gdzie niedawno przejeżdżałem płynnie, teraz stoję.

Zestawiają dojazd komunikacją publiczną, a nie autem. Działa optyka nastolatka. Tutaj 3 przystanki tramwajem (10 minut) i był w galerii, a na wsi 3 km z buta do autobusu, potem 45 minut jazdy. Dorośli ludzie zwykle mają auta, albo… do miasta jeżdżą rzadko (emerytura, własna firma, praca zdalna).

Zakładają codzienne dojazdy. Znowu – optyka ucznia/studenta, który jedzie na poranne zajęcia, a nie np. pracownika zdalnego lub freelancera.

Zakładają BIG FIVE. Widzę ich czasem, jadąc z Poznania czy Wrocławia południową obwodnicą Warszawy. 1 godzina stania między dwoma węzłami, bo wypadek. Ktoś nie dostosował prędkości do warunków jazdy i wszyscy stoją (albo nie mogą wjechać na węzeł). W takich warunkach dojazd np. z Piaseczna na Pragę może zająć i 2 h. W mniejszych miastach (chociaż nadal sporych), wygląda to inaczej, bo nawet na obwodnicy natężenie ruchu mniejsze. Korkują się: centrum, wąskie wylotówki i newralgiczne drogi dojazdowe do osiedli. Mieszkam niedaleko jednej z nich, stąd z pracy wracam często autem w tempie piechura (20-30 minut). Wtedy wolę wybrać własne nogi (i idę skrótem 1.7 km, a jadę 3 km). Ale w te same 30 minut, jeżeli docisnę, przejadę 40 km (droga na wieś, gdy jadę s-ką, a nie zjeżdżam na węźle obwodnicy miasta), bo korka nie ma.

Wreszcie najważniejsze, ignorują topografię miasta. Dlaczego w 35 minut dojechałem z centrum na wieś? Bo po 200 m wąskiej drogi wyskoczyłem na płynną wylotówkę (obwodnica śródmieścia), a potem ominąłem wąskie gardło przedmieść obwodnicą miasta. Na koniec została mi typowa wiejska droga wojewódzka, jednopasmowa, lecz płynna. Gdybym miał jechać np. w kierunku domu mojego brata (dalej miasto, ale jedyny odcinek, gdzie nie domknięto koła obwodnicy), przez 6 km prowadziłyby mnie wąskie, zakorkowane drogi (z 1 km dwupasmówki). Stąd 35 minut nie byłoby rzadkością. 6 km czasem równa się 33 km. Ważne skąd i dokąd jedziesz. Opisywałem wielokrotnie Białołękę – w godzinach szczytu 1 godzina do Mordoru, a komunikacją publiczną, bywa dalej. Tymczasem z Otwocka da się dojechać  szybciej.

Dlatego wieś nierówna wsi, a miasto, miastu. Trzeba samemu sprawdzić, popatrzeć, jaką się ma rodzinę i dopiero wybierać.

Pięć samochodów dla pięcioosobowej rodziny (2+3).

Tym razem na życzenie Łukasza zajmuję się problemem wyboru samochodu dla rodziny 2+3. Ponieważ sam przez kilka lat ćwiczyłem ten model jazdy mam pewne doświadczenia. Nie zawsze pozytywne, rzecz jasna.

Zaczynam od podstaw. Jakie cechy musi mieć auto dla Dużej Rodziny? Wskazałbym cztery:

  1. Duży bagażnik – żeby pomieścić wszystkie te klamoty, zakupy, zabawki, pieluchy, wreszcie wakacyjne bagaże. Minimum: 400 litrów. Maksimum – nie istnieje. Znam ludzi, którzy po prostu kupili busa (tak jak radził Artur) i… nadal brakowało im miejsca. Bagażnik powinien być wysoki, co na pierwszym miejscu stawia minivany i vany. Jeździłem Volvo V70 II. Niby sporo miejsca (ponad 500 l), ale płasko, no i pewne przedmioty: rowerki, walizki stawiane na sztorc, torby układane jedna na drugą itd. nijak nie chciały się zmieścić. Stąd wniosek – bagażnik powinien mieć zdejmowaną półkę lub roletę – odpadają sedany.
  2. Szeroka tylna kanapa – znowu wygrywają minivany, vany i kombi. Trzy foteliki obok siebie, dwa foteliki plus osoba dorosła w środku. Duża rodzina jeździ w takiej konfiguracji. Zapomnijcie o klasie B, C. Co najmniej D (czyli klasa Passata). Ideał (znowu vany) – trzy oddzielne fotele zamiast kanapy.
  3. Dużo miejsca na nogi z tyłu – ponownie – górnej granicy nie widzę. Skoda Superb Kombi – proszę bardzo, V-klasa, E-klasa – idealnie. Sam jestem wysoki, moi synowie też więc dobrze czuliśmy się od Passata w górę (o dziwo, Skoda Kamiq wystarczała). Jedna uwaga – nawet małe dziecko siedzące w foteliku potrzebuje sporo miejsca, inaczej będzie kopać nas po plecach. Dlaczego? Ponieważ prostuje nogi.
  4. Niskie i przewidywalne koszty utrzymania – dzieci to skarbonka, po co sobie dokładać nagłych rachunków. Stąd zabraknie aut dla osób z grubym portfelem – pojawią się ich tańsze zamienniki.

Skoro znamy warunki brzegowe czas na prezentację. Celowo podzieliłem rynek na segmenty cenowe: tanio – do 20k zł, środek 21-50k, górna półka 51-80k. Wymieniam na niej tylko samochody używane, kilkuletnie.

Tanie auta dla dużej rodziny. Tanio znaczny silnik z LPG lub diesla. W tej kategorii zawieramy sporo kompromisów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wyeksploatowanie i/lub osiągi.

VW Passat B5. 1.9 TDI lub 1.6/2.0 LPG. Nieśmiertelny, dla niektórych jedyny słuszny wybór. Wielki, prosty, niezniszczalny, superkombinacja. Przewiezie ekipę budowlańców z maszynami, przewiezie i rodzinę 2+3. Z jednym zastrzeżeniem – zero dziwnych silników (np. 1.8T +gaz), szukamy dobrego stanu technicznego. Nie zamieniamy na Audi A4, które choć kusi prestiżem czterech pierścieni nie dorasta młodszemu bratu do pięt wymiarami wnętrza i bagażnika. Do tego wielowahaczowe zawieszenie może nas zniszczyć, zwłaszcza na gorszych drogach.

Citroen C5. Wielkie wymiary, niezłe silniki 2.0 z gazem i wieczne HDi (też najlepiej 2.0). Niższa cena, wygodniejszy. Ew. zamienić na vana – Xsara Picasso (nie mylić ze zwykłą Xsarą), zachowując silniki. Kiedyś symbol ekstrawagancji – dzisiaj całkiem niezłe auto użytkowe.

Alternatywy? Zafira II, Touran I. Oba minivany ze sporymi bagażnikami.

Auta środka. Tutaj już możemy poszaleć. Albo wiekiem, albo oryginalnością.

Dacia Lodgy. Pierwszy i ostatni minivan Dacii. Nie przyjął się na rynku, a szkoda. Już niezłe diesle (1.5 Dci). Mnóstwo miejsca w środku. Wada? Trudno wyjąć fotele. I to byłoby na tyle. Tanie naprawy, mało pali, czego chcieć więcej? Może prestiżu. Jeśli tak, to zmiana frontu. Dustera nie polecam – okaże się za ciasny.

VW Touran II. Nowocześniej, lepiej, więcej miejsca. Wzorzec vana jeśli odrzucimy dziwne 1.4TSI. Znacznie lepiej wyjdzie 2.0 TDi na common railu. Zafira III da nam podobne odczucia i mniej prestiżu. Wybierzmy 1.4T, ale uważajmy na skrzynie nmanualne – lubiły się psuć. Ew. zamienić na Caddy – jeśli ktoś chce przestrzeni, a akceptuje spartańskie wnętrze i marne osiągi (zdławione silniki).

VW Passat B8, Skoda Octavia III, IV, Skoda Superb II, III – kto chce elegancji porzuci vany i wybierze klasyczne kombi. Ogromne bagażniki (ok. 600 l), dobre prowadzenie, wygoda. Mijamy niefartowne serie jak Passat b6 (dramat), b7 (fatalne diesle), skoro za 40k możemy mieć elegancką b6 z dieslem 1.6. Jeździłem takim – poza autostradą super. Koncern WAG miał niezłe motory 1.5 TSI, 2.0 TDI. I tego się trzymajcie.

Ciekawą alternatywą mogą okazać się Mercedesy B-classe, ale te z drugiej serii. Co jeszcze? Dla odważnych (i posiadających rezerwy) E-klasse W 212 w kombi z dieslem. Marzenie, aczkolwiek uważajcie, łatwo o minę. Z uwagi na drogie wpadki odradzam Volvo XC60, wszelkie BMW, Audi. Zresztą – premium (może poza A6) nie stawia na wielkość. Zapomnijmy o Renault Lagunie (dziwny kształt bagażnika), Scenicu (za delikatne zawieszenie) i wielu innych. Trzymajmy się sprawdzonych wzorców.

Górna półka. Daje poszaleć, ale tu tkwi pułapka. Bo skoro wybór ogromny, łatwo o minę. Taką okażą się np. wszelkie auta amerykańskie. Blogowy miłośnik USA – Jan, polecał np. Jeepa. Świetnie, pięknie, tylko albo dostajemy wielki wóz z ciasnym wnętrzem (uwaga – Amerykanie mierzą bagażnik do dachu – ich 800 l to czasem ledwie 400 l), albo mega nietypową skarbonkę. Odrzucamy (z bólem serca, przyznam) stare Porsche Cayenne, najtańsze Panamery rocznik 2010 z USA, BMW 5er itd., a nawet 750 (urywające się wałki rozrządu). Zapominamy o syrenim śpiewie X3, wszelkich SUV-ów premium. Tam płacimy za modę, a nie cechy użytkowe. Ponarzekałem – czas na wybór.

Skoda Karoq lub Kodiaq. Technika jak w Passacie czy Octavii, więc silniki niezawodne. Kształt SUV-a, ale spore wnętrze i bagażnik. Łatwość odsprzedaży, aczkolwiek za 80k kupimy auto starsze i ze sporym przebiegiem (Kodiaq). Stąd – powtarzam to wiele razy – lepiej wziąć niemodne kombi. Uzyskamy lepszy współczynnik cena/wiek/zużycie.

Audi Q5. Wisienka na torcie. Szczerze mówiąc, gdybym miał wybrać starszą Q5 z nietypowym silnikiem albo wielkim przebiegiem, biorę w ciemno Superba Kombi. Ale nie każdy myśli w ten sposób. Niejeden wybierze markę przed jakością i… potem żałuje.

Czy dodalibyście coś jeszcze?

Magia procentu składanego po raz 3.

Dzisiaj skupię się na wyliczeniach magii procentu składanego. Pokażę go na dwóch przykładach.

Przykład 1. Zakup nieruchomości na kredyt. Wyobraźmy sobie taki scenariusz – ktoś oferuje nam małe trzypokojowe mieszkanie we Wrocławiu za 400k. Niby nic wielkiego, ale dla studenta idealne. I teraz tzw. montaż finansowy:

  • wkład własny i na remont 110 tys.
  • koszty transakcyjne 12 tys. zł.
  • potrzebna gotówka 122 tys. zł.
  • kredyt 320k, rata 1900 zł.
  • możliwy do uzyskania czynsz 2600 zł netto (uśredniony, zakłada 10% pustostanu).

Kiedy popatrzymy na te wartości, możemy sobie uświadomić, że:

  1. aby zebrać 122 tys. zł gotówki potrzebujemy przez 3 lata odkładać po ok. 40 tys. zł/rok. Może już mamy te środki.
  2. co miesiąc przez 30 lat (o ile nie zmienią się stopy procentowe) nie dołożymy nic poza sumą początkową.

Gdzie jest błąd? Otóż rata najprawdopodobniej (o ile nie dojdzie do wojny, katastrofy ekonomicznej) utrzyma się na podobnym poziomie. Czynsz najmu zaś wzrośnie (podobnie jak wartość nieruchomości w długim czasie). Co to oznacza? Że czynsz i rata kształtują się korzystnie.

Co się zdarzy za 10 lat? Mieszkanie generować będzie nadwyżki na poziomie kilkuset złotych, pozwalające składać na remont. Za 15 lat nasze mieszkanie będzie warte więcej niż dziś (dajmy na to 600k), a spłacimy (o ile nie będziemy nadpłacać) ok. 140 tys. kredytu (zostanie 140k). Wartość netto: 460k, zainwestowana kwota 122k. Zysk 338k plus nadwyżka z rosnącego czynszu. Po 30 latach mamy czystą wartość – wolne od obciążeń mieszkanie.

Przykład 2. Zakup nieruchomości za gotówkę. Ponownie posługujemy się kwotą 442k (400k cena plus 42k koszty). Dochód z najmu 2600 zł netto/m-c czyli 31.200 zł netto/rok. Wzrost wartości – 200k. Zysk 668k z 442 k. Stopa zwrotu „marne” 151% netto. Licząc „po góralsku” za 15 lat kupimy drugie mieszkanie „za darmo”.

Problemy? No cóż, kilka ich znajdę. Najpierw gotówka. Nikt, kto żyje z dnia na dzień nie posiada oszczędności 122-442k. I tu widać przewagę oszczędzających i inwestujących. Kwestia druga – koszty i ryzyka (remonty, pustostany), nie wzięliśmy ich pod uwagę, ale zakładam, że pokryjemy je ze wzrostu czynszów (te zabezpieczy inflacja).

A potem, gdy śniegowa kula już się rozpędzi, kupujemy kolejną nieruchomość.

OZE-sroze, czy dobry interes?

Niedawno internet rozgrzał spór dwóch posłów z mojego terenu dotyczący instalacji fotowoltaicznej. Postanowiłem sprawdzić, który z nich ma rację.

Pierwszy, dociskany, przyznał że ma instalację FV na dachu, ale nie opłaci się ona, bo płaci 1k mniej niż przed montażem, a musiał zapłacić 8k. I wtedy do gry weszli dziennikarze. Dom posła stoi na terenie jednej z podmiejskich gmin. W 2021 r. montowano tam instalację FV o mocy ok. 5KWp tj. produkującą teoretycznie 5000 KWh prądu rocznie. Część kosztu pokrywała gmina. Wyborcza przeprowadziła rozmowę z sąsiadem, który za dobrą instalację zapłacił (bo nie załapał się do programu) 23 tys. zł i okazuje zadowolenie. Kto ma rację?

Po części obaj panowie posłowie. Przekazują jednak tylko część prawdy. Ponieważ sam mam FV montowaną w podobnym roku, mogę się wypowiedzieć.

Niedopowiedzenia Wyborczej:

  1. Zatajenie przed czytelnikami, że dzisiaj nie da się takiego wyniku powtórzyć. Spór posłów miał pewien kontekst – czy DZISIAJ montaż instalacji FV będzie opłacalny. W 2022 r. zmieniły się zasady i sytuacja wygląda inaczej. Gmina nie dopłaca 50% (co widać po sąsiedzie posła), a i system rozliczeń uległ zmianie. Kto zamontował wcześniej ma tzw. stare zasady. Można za darmo wykorzystać 80% produkcji. Teraz sprzedajemy prąd po cenie ustalonej na rynku, a kupujemy też po rynkowej+koszty dystrybucji. Liczby wyglądają inaczej, o czym na końcu.
  2. Porównanie dwóch instalacji wyłącznie na podstawie mocy. Tak, jak w autach – mamy Fiata i Lexusa, które kosztują inaczej. Sąsiad posła zamontował Mercedesa i zapłacił 23k. Gmina darowała obywatelom Fiata za 16k. Skąd to wiemy? Chwali się dofinansowaniem na poziomie 50%. A skoro poseł zapłacił 8k, instalacja kosztowała 16k. Proste.
  3. Ukrycie oczywistego faktu, że instalacja 5 KWp nie wyprodukuje 5000 KWh. Wiem o tym doskonale, sam sprawdziłem. Powody są dwa: możliwości sieci i wady montażu. Sieć z uwagi na dużą produkcję, wyłącza się. Kiedy? Akurat wtedy, gdy mocno świeci słońce, więc potencjalne zyski (na starych zasadach) byłyby najwyższe. Urządzenie wyświetla błąd „Overvoltage” czyli zbyt wysokie napięcie i przestaje działać. Jakie straty ponosimy z tego powodu? Coraz większe. W 2022 r. widziałem taki komunikat może raz. W 2025 r. – regularnie.

Druga rzecz – błędy ekip wykonawczych. Chłopaki z łapanki. U mnie zamontowali wprawdzie od południa, ale w zacienieniu (mam dużo drzew), u posła (widać na zdjęciu) na dachach z 3 stron świata i na lukarnach. Takie instalacje nie działają optymalnie, zwłaszcza jeśli montujemy najtańsze.

Z powodu tych dwóch błędów straty mogą wynieść i 20%. A to w przypadku posła oznacza nie nominalne 5 KWp lecz rzeczywiste 3,2 KWp zysku (zgodnie z systemem 80%) .

Niedopowiedzenia poselskie.

  1. Porównanie wysokości rachunków, bez uwzględnienia cen prądu. Od 2021 r. ceny prądu wzrosły o 100%. Porównanie rachunku z 2021 r. i 2026 r. kompletnie nie ma sensu. Wg dzisiejszych cen (ca. 1.2 zł/KWh) przy oszczędności na zakupie 3200 KWh mamy rocznie 3840 zł. W 2021 była to połowa (1920 zł). Dlaczego poseł mówił o 1000 zł?
  2. Nieuwzględnienie zużycia. Żyjemy coraz wygodniej. A to kupimy klimatyzator, a to nowy gadżet, zamontujemy suszarkę do prania i zużycie rośnie. Tak prawdopodobnie było w przypadku posła (bo nie posądzam go o ordynarne kłamstwo). W moim domu, po zmianie gazowego „Junkersa” na bojler i zakupieniu suszarki, miesięczne zużycie wzrosło o 200 KWh (2400 KWh/rok) plus jeszcze 30-40 KWh za ładowanie elektryka. I tak z 1000 zł zysku robi się 1920 zł, bo za dodatkowy prąd trzeba zapłacić i rachunek puchnie.

Wracamy do pytania: OZE-sroze, czy dobry interes? Dzisiaj.

Dzisiaj, przy cenie prądu 1.2 zł/KWh z perspektywą dalszych podwyżek, instalacja 5 KWp, działająca z 80% wydajnością, ma szansę się zwrócić. Ale w zupełnie innej perspektywie niż 4 lata (8k/1.92 k), a nawet 8 lat (8k/1k). Winę podnoszą zarówno zmiana zasad rozliczeń, jak i brak dotacji (poza Czystym powietrzem, ale to droga przez mękę).

Czyli zakładamy instalację 5 KWp (produkcja realna 4 KWp), za 24 k zł. Realne zużycie tzw. autokonsumpcji to 40%. Nie kupimy więc prądu za 1920 zł (1600 KWh x 1.2 zł). Pozostałe 60% (2400 KWh) musimy sprzedać. Często po niskiej cenie. Załóżmy 30 groszy. I już mamy dodatkowe …720 zł. Zysk łączny: 2640 zł. Czas zwrotu (uwzględniając jakieś płatne serwisy) – 10 lat. Słabo. Czy jest szansa na zwiększenie? Tak.

Po pierwsze – jeśli wzrosną ceny energii. Mówi się o tym głośno. Za chwilę będzie 1.5 zł, a może i 2 zł/KWh. Niekoniecznie z powodu kosztów samego prądu, lecz podatków i dystrybucji. Wtedy oszczędzimy 2 zł x 1600 KWh = 3200 zł/rok, plus te 720 zł (sprzedaż). I z 10 lat zrobi się niecałe 7.

Po drugie – jeśli mamy wysoką autokonsumpcję. Da się to zrobić. Urządzenia sterowane czasowo, mogą nam zapewnić, że pranie robi się w słoneczny dzień, a zmywarka włączy w południe. Wtedy z 40% wyjdzie nam 60%. No i z 1600 KWh zrobi się 2400 KWh (przy cenie 1.2 zł/KWh zyskamy jeszcze 720 zł/rok).

Po trzecie – jeżeli zamontujemy magazyn energii. Da nam poziom autokonsumcji – 100%, I już wtedy zyskujemy, w stosunku do wersji bez FV 4000 KWh x 1,2 zł =4800 zł. Bilans pogorszy amortyzacja magazynu.

Po czwarte – jeżeli jednak skorzystamy z dotacji. 30% dotacji da nam początkową cenę nie 24k ale 16.8k. Przy 60% autokonsupmcji (bez magazynu) – 3360 zł (2640 zł plus 720 zł). Czas zwrotu – 5 lat. Ale musi się spełnić szereg warunków.

Rady dla 43-letniego emeryta.

 Kiedy Tomsi zapytał o radę „Co proponujesz 43 latkowi, z bólem lędźwiowym, który przeszedł na emeryturę. Ma dwoje dzieci w wieku szkolnym, nie musi dorabiać by godnie żyć, czuje się znacznie lepiej niż kiedy pracował, wysypia się, bo nie budzi się w nocy z wiecznym pytaniem czy napewno wszystko ogarnął (20 lat intensywnej roboty przy biurku i w terenie od 6.00 do 18.00 a często dłużej, praktycznie bez urlopu dłuższego niż 3 dni)?” wielu z Was pewnie pomyślało – chciałbym mieć tylko takie problemy. Ale pytanie jest ważne. Znam kilku 40-letnich emerytów, który nie dźwignęli wyzwania i albo wrócili do pracy, albo utonęli w butelce. Wczesna emerytura nie stanowi bowiem leku na całe zło świata, lecz potrafi obudzić zagłuszane w pośpiechu demony.

W komentarzu dałem trzy rady:

1. Cieszyć się życiem.
2. Zadbać o zdrowie.
3. Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć.

Teraz czas je rozwinąć.

Cieszyć się życiem. Akurat ta prawda jest uniwersalna. Należy zacząć od doceniania własnych osiągnięć i tego, co się ma. Już wymienione przez Tomsiego punkty (wczesna emerytura, rodzina, spokojny sen, brak konieczności dorabiania) stanowią niedościgłe marzenie Jego rówieśników. Warto spojrzeć na życie z tej perspektywy. Jest dobrze.

A potem zaplanować sobie (i bliskim) tzw. małe przyjemności, czyli rzeczy i działania, które nie wymagają jakiś wielkich wyrzeczeń, nakładów, ale uprzyjemniają życie. Przysłowiowa kawa na tarasie o poranku, popołudniowa drzemka w hamaku, wieczór z książka, obserwowanie aktywności sportowej dzieci, kolacja z żoną. Każdy ma swoje rytuały i warto się ich trzymać. Żyć dniem dzisiejszym.

Na koniec spełnienie marzeń. Wszyscy je mamy, ale wymagają zwykle dwóch rzeczy: czasu i pieniędzy. Patrząc z perspektywy 43-letniego emeryta, czasu nie powinno zabraknąć, a kapitał też istnieje. Zaczynamy od stworzenia listy, a potem odhaczamy kolejne punkty. Kiedy, jak nie w okolicach 40-tki, kiedy zdrowie jeszcze niezłe.


Zadbać o zdrowie. Niby nic wielkiego, ale ogólna prawda brzmi tak: po czterdziestce zdrowie zaczyna się psuć, zwłaszcza jeśli dopuściliśmy się zaniedbań. Ostatnio rozmawiałem z moim rówieśnikiem-klientem (mechanikiem samochodowym) oraz nieco starszym weteranem korpo na wysokim stołku. Obaj opisali dokładnie takie same objawy: budzenie się w nocy z myślą „czego jeszcze nie zrobiłem, czego nie dopilnowałem”, w zasadzie z planem na cały dzień. Tak działa przewlekły stres i doświadcza go zarówno mikroprzedsiębiorca jak i biały kołnierzyk. A takie stałe napięcie wywołuje: nadciśnienie, cukrzycę, wyrzuty koryzolu (zespół Cushinga), bóle kręgosłupa i cały zestaw chorób, które nas dotykają. Emerytowi będzie to oszczędzone.

Natomiast istnieje różnica pomiędzy „brakiem choroby”, a „zdrowiem”. Tutaj warto popatrzeć nieco inaczej. Pójść na badania, postawić na profilaktykę i dużo ruchu. Absolutnie nie zamykać się w czterech ścianach.

Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć. Wreszcie ostatni punkt. Pracuję z wieloma ludźmi, którzy skorzystali z wcześniejszej emerytury (była mundurówka, górnicy). Praktycznie wszyscy poszli do drugiej pracy. Poza finansami (brak stabilnej sytuacji) przyczynę widzę w braku zajawki. Oni po prostu nie wyobrażali sobie bezczynności. W mojej ocenie emerytura wcale nie musi do niej prowadzić, nie trzeba siedzieć w fotelu, albo patrzeć w gwiazdy. Postawmy na zajawkę. Czym ona jest?

Otóż zajawka to działalność nie nastawiona na zysk (a często wręcz kosztowna), dająca nam satysfakcję i poczucie spełnienia. Najprostsza rzecz – hobby. Od wędkowania, przez sport, aż do ogrodnictwa. Każdy z nas lubi inne przyjemności. Znam człowieka, który dostał rentę z powodu ciężkiej niewydolności serca i otyłości. Kiedy lekarz zagroził mu powolną i bolesną drogą do śmierci, wsiadł na rower. Teraz waży w normie i jeździ na rowerze po 50 km dziennie. Poza tym – wolontariat. Jeden gotuje w kuchni dla bezdomnych, inny opiekuje się psami, albo pomaga w domu opieki. Dla każdego coś się znajdzie, byle z rozsądkiem.

Zastanowienie się nad tymi trzema pomysłami pozwoli nam zreorganizować życie, nadać mu sens bez pracy. Na koniec gorąco polecam „Pieniądze albo życie” jeśli jeszcze tego nie czytaliście.

Król na zasiłkach. Model oszczędnego milionera.

Pewnego razu napisałem wprost – zasiłki są lepsze od pracy. Czy ja również mógłbym (z żoną) tak żyć? Spróbujmy policzyć. Nie chodzi rzecz jasna o zrównoważenie moich dochodów z pracy – to niemożliwe, ale o pewien łatwy model życia przez pewien czas. Popatrzcie. Zaczynamy kombinację.

Starszy syn poszedł z domu – jest studentem. Na potrzeby tego wyliczenia – dostanie 1500 zł stypendium socjalnego. Ponieważ będzie miał swoje mieszkanie – da się radę utrzymać za taką kwotę. My jeszcze dostaniemy świadczenie rodzinne (sto kilkadziesiąt złotych) i damy mu je do ręki.

Młodszy – całkiem na swoim.

Najmłodszy – uczeń. Na niego dostaniemy 800+, również rodzinne 124 zł. Suma 924 zł.

Moje dochody. Renta, którą pewnie bym dostał, jako przynajmniej częściowo niezdolny do pracy – 4300 zł netto.

Dochody żona. Jej renta się nie kalkuluje. Bierze najpierw zasiłek chorobowy (ok. 4000 zł), potem rehabilitacyjny (średnio 3000 zł), potem wraca do pracy na pewien czas (12 miesięcy), żeby powtórzyć cały cykl trwający 2,5 roku. Potem ma zasiłek dla bezrobotnych (1300 zł), opiekę nad chorym ojcem itp. Tak da się dotrwać do emerytury.

Nawet bez innych zasiłków i dodatków, mielibyśmy jakieś 8000 zł (średnio) ze świadczeń państwowych. Na życie spokojnie wystarczy. Oczywiście to w dużej części zasługa naszej wcześniejszej pracy (w rencie mogę wybrać sobie 10 najkorzystniejszych lat do podstawy, więc miałbym ją wysoką), ale także lawirowanie, kombinowanie, rzeźbienie. Wielu zdecyduje się dopiero w ostateczności.

3 powody dla których nie chcę pracować do 65 r.ż.

Jeśli myślimy o wczesnej emeryturze, warto popatrzeć na powody, które nas do tego skłaniają. Ja mogę opisać swoje:

  1. Rodzina.
  2. Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu.
  3. Obserwacje tych, którzy pracowali długo.

Rodzina. Dzisiaj moje dzieci mają max. 24 lata. Wchodzą (poza najmłodszym) w czas, który oznacza zakładanie własnych rodzin. Za 5-10 lat pewnie zostanę dziadkiem. I czy chcę nim być na pół gwizdka, czy na 100%? Czy wnukom będę mógł poświęcić 2 dni w miesiącu, czy całe tygodnie? Jako wnuk rozpieszczany przez babcię, oraz ojciec dzieci, w których wychowaniu spory udział mają dziadkowie, planuję oddać ten czas młodemu pokoleniu.

A starsze? „Żonie po wielu latach pracy należy się rewanż. Może na stare lata zacznę gotować, regularnie sprzątać? Z udziałem maszyn, co oczywiste. Praca to utrudni, jeśli nie uniemożliwi.

No cóż, moi rodzice już nie żyją, do kresu drogi zbliżają się teściowie. Wiem, że i pod koniec życia potrzeba im obecności najbliższych. Z teściem mam doskonałe relacje, więc nie wyobrażam sobie, że podobnie jak swojemu tacie, nie będę towarzyszył w procesie przejścia na drugą stronę. Kilka lat temu było to możliwe z powodu pandemii, teraz, pracując takiej szansy nie dostanę.

Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu. Biorąc pod uwagę statystyki, powinienem dociągnąć do 77 r.ż. Ale rozejrzenie się dookoła, nie pozwala być takim optymistą. Prawdopodobnie, w zdrowiu dotrwam do 72-75 r.ż. Jaki ma zatem sens pracowanie do 65-tki (finansowo zbędne), żeby pożyć jak człowiek (tzn. może z bólem, ale bez głębokich deficytów) 7 lat? Nie ma go wcale. Na emeryturę (jeszcze w latach 70-tych XXw. , zwaną powszechnie „starczą rentą”) pójść, gdy zostanie kilka lat, aby pożyć? Nie piszę się. Dlatego kroję dla siebie przyszłość z najbliższej mi miary. Tato i jego rodzeństwo żyli: 13, 80 i 82 lata z czego ostatnie dwa u najstarszych nie można uznać za zdrowe. Mama i jej siostra miały szanse na 55 i 80 lat. Moi dziadkowie dożyli (wyłączam śmierci tragiczne w czasie wojny): 80, 87, 89 lat i byli długowieczni (aczkolwiek z tych 87 trzeba odjąć 5 lat choroby). Ale już ich rodzeństwo, żyło krótko: 40-60 lat, z jednym wyjątkiem 95-letniej siostry mojej babci. Dlatego statystyka 72-75 lat zdrowia może okazać się nawet przesadzona.

Obserwacja tych, którzy pracowali długo. Wiem, że dla niektórych ta prawda o 7 latach (od 65 do 72) boli. Ale tak jest. Jeszcze raz przypomnę wiek odejścia moich kolegów z pracy, którzy wybrali inaczej (czyli przeciągnęli wiek przejścia na świadczenia):

  • koleżanka – 64 lata – na emeryturze ani dnia (a mogła przejść jako 55-latka),
  • koleżanka 2 – 70 lat – na emeryturze 3 lata,
  • koleżanka 3 – 74 lata – na emeryturze 7 lat (a miała możliwość odejścia 12 lat wcześniej),
  • kolega – 75 lat – na emeryturze 4 lata (mógł jako 65-latek),
  • kolega 2 – 72 lata – na emeryturze 4 lata (w tym dwa leżał),
  • kolega 3 – 61 lat (zmarł na COVID, nie doczekawszy emerytury),
  • kolega 4 – 61 lat (pęknięcie tętniaka).

Czy widząc te liczby (a nie ma tu kilku osób, które zmarły wcześniej, w tym mojej koleżanki z roku, żyjącej 30 lat), mogę zakładać, że pożyję jak gen. Stanisław Maczek 102 lata, w tym setkę w przytomności ciała i umysłu? Przecież nie.

Każda z tych osób wymienionych na liście albo nie liznęła życia emeryta, albo znacznie krócej niżby mogła. Nie warto iść tą drogą.

Te trzy powody skłoniły mnie do zaplanowania życia w inny sposób. Zwolnienie przed 50-tką (co już udało się), całkowite rozstanie się z biurem (pomijam jakieś dorywcze fuchy), gdy pierwsze wnuczę zacznie potrzebować opieki, a najpóźniej do 60-tki.

Bilans roku po rezygnacji z jednej pracy. Osiągnąłem ideał lenia – pracuje mniej – zarabiam więcej.

Do 2 lutego 2025 r. zrezygnowałem z pracy na drugim etacie. Celem było wyrwanie się z okowów szaleństwa, które powoli zaczynało tam gościć i próby bezprawnej zmiany zasad gry. Ale z punktu widzenia bloga warte wzmianki jest jedno: wpływ na ilość pracy i dochody.

Wynik podam w dwóch wariantach – liczba godzin faktycznie przepracowana (taka jaką naliczono mi w programie kadrowym) albo wykonywania roboty (liczyłem sam) + firma. Z drugiej strony realne dochody.

Praca+DG. Formalnie miałem zakontraktowane 68 godzin na miesiąc. Jeżeli odjąłem urlopy, zwolnienia itd. oraz – zostawało 50 godzin. Wynik z działalności + realna praca na tamtym etacie = x godzin (nie chcę podawać konkretnych liczb, bo zmieniały się w czasie).

Sama DG. Liczba godzin kiedy przeszedłem na swoje drastycznie się zmniejszyła. Odpadły godziny wysiedziane, zmarnowane nieproduktywnie. I co się okazało:

  • w stosunku do zakontraktowanych =0,38x. Dobrze czytacie – liczba godzin poświęconych na DG w stosunku do DG+Praca spadła o 62%.
  • w stosunku do faktycznie odsiedzianych = 0,48x. Tym razem, gdy liczyłem godziny faktycznie odsiedziane spadek wyniósł 52%.
  • w stosunku do przepracowanych = 0,8x. Tu mianownikiem były realnie przepracowane godziny. I nagle okazało się, że mam ich też o 20% mniej.

Gdybym przyjął opisaną na wstępie niekorzystną propozycje (100% więcej pracy bez zmiany wynagrodzenia) szacuję moją efektywność na ok. 120% (120% godzin odsiedzianych to faktycznie ciężka praca, bez przerw, bo musiałbym ją zabierać do domu). Czyli brałbym pod uwagę pierwszą liczbę. Pracowałbym przeszło 2 razy więcej niż obecnie (x/0,48x=2.08).

Obliczyliśmy czas – teraz skupiam się na dochodach.

Praca + DG. Praca plus DG wynosiła ponownie X.

Sama DG. Wynik po 12 miesiącach – 1,2X. Oczywiście były wyniki, gdy rezultat szybował w górę (lipiec = 2x), ale i gorsze (bo pracowałem w firmie sporo mniej).

Wynik. Po 12 miesiącach wydaje się dość jasny – pracując 38% czasu, zarabiałem 120% poprzednich wartości. Efektywność ekonomiczna wzrosła o 215% (do 315% pierwotnej wartości). Nawet gdybym porównywał z okresem względnego luzu pod poprzednim szefem 48% czasu pracy i 120% zysku. Efektywność +150%. Krótko mówiąc osiągnąłem ideał lenia: pracuje sporo mniej, a zarabiam więcej.