Gra Pollyanny, czyli zabawa, która nigdy się nie nudzi.

We wpisie o zakupie obligacji korporacyjnych obiecałem Wam opisać grę Pollyanny. Czas spełnić obietnicę. Temat może nie mający wiele wspólnego z pieniędzmi, ale na pewno warty zastanowienia. Pollyanna to tytułowa bohaterka powieści dla dorastających dziewcząt. Coś jak „Ania Zielonego Wzgórza”. Generalnie dziewczyna szybko traci rodziców, wychowuje ją ciotka. Wspomnieniem po ojcu, który był pastorem, jest dla Pollyanny gra. Każdemu spotkanemu człowiekowi opowiada o jej zasadach. No właśnie, na czym gra polega? Na tym, aby w każdej sytuacji odnaleźć coś dobrego. Czyli (przykład książkowy) – mała dziewczynka zamiast lalki dostaje kule (z darów, bo ojca nie stać na prezent). Zamiast martwić się brakiem spełnionego marzenia, mówi – jak to dobrze, że mam zdrowe nogi, więc kule są mi niepotrzebne. Starsza pani, której ginie cel jej życia – mały wychowaniec, słyszy – Jaka jest pani szczęśliwa, bo choć przez chwilę, spotkała Pani prawdziwą, bezinteresowną miłość dziecka (chłopiec zresztą w końcu się znajduje).

Niby naiwne i głupie. Ale… wszyscy ludzie znajdują się pod urokiem Pollyanny. Roztapia serca najbardziej zatwardziałych nudziarzy i pesymistów. Tyle książka. A życie? No cóż, gra, jeśli gramy w nią konsekwentnie, pozwala nam utrzymać dystans do problemów. Mnie, jako urodzonemu optymiście, wychodzi to łatwiej, ale polecam i Wam. Zarówno książkę, jak i grę. A że ludzie powiedzą „Nie przystoi pięćdziesięciolatkowi czytać powieści dla nastolatek”? Tym lepiej, skoro je czytam, znaczy, nadal jestem młody duchem. A ta młodość pozwala przetrwać wiele burz. Pozorna naiwność, potrafi być zaletą. Także w inwestycjach.

Jak działa wielki koncern. O wyprowadzce ABB z Aleksandrowa Łódzkiego.

W maju portale internetowe obiegła informacja – szwajcarskie ABB (centrala w Zurychu) likwiduje w Polsce zakład silników niskonapięciowych i przenosi produkcję do Chin. Oficjalne przyczyny – wysokie ceny energii oraz surowców. Nieoficjalne – wysokie płace i brak konkurencyjności produkcji.

Europejskie (choć poza UE) koncerny kalkulują, w jaki sposób obniżyć koszty produkcji. Ponieważ w Polsce robi się drogo pod każdym względem starają się optymalizować, aby móc konkurować na rynku. Nasza miedź z KGHM wypada na pewno drożej niż chińska (i nie ma tam pewnie podatku od kopalin i nadzwyczajnych zysków). Podwyżki pensji minimalnej dla osób „na produkcji’ spowodowała skokowy wzrost obciążeń płacowych. Harce producentów prądu (też spółek SP), wywindowały ceny energii do niebotycznych rozmiarów (dla dużych firm x3, x4). Całość dała nieciekawy efekt. Przestało się opłacać całkiem, albo przynajmniej w wystarczającym stopniu. Pokazało też, w jaki sposób traktowany jest Polak – jak tani robol.

Oczywiście, podobna polityka „zysku na kolejny kwartał”, bo od niego zależy premia, ma poważny skutek, który odczuli Amerykanie. A w zasadzie dwa skutki. Pierwszy – dalsze uzależnianie od Chin, które stają się centrum produkcyjnym dla całego świata i jeden problem tam, wywróci układankę. Drugi – ubożenie Starego Świata. Nie ma zakładu, nie ma podatków, nie ma pensji, nie ma niczego. Kto nie wierzy, niech odwiedzi Pas Rdzy lub poczyta coś o nim, niech obejrzy reportaż o Detroit.

Amerykanie już odchodzą od tej linii. Biden zapowiedział 100% cła na chińskie samochody elektryczne, żeby chronić potencjał własnego biznesu (głównie Tesla). Chińczycy korzystają z niskich poziomów wielu kosztów (surowce, energia, praca) oraz dopłat eksportowych, żeby przebojem wejść na rynek. Kto siedział w MG i Dacii Duster, ten przestał się śmiać. Poziom wykończenia „chińczyka” to raczej Peugeot, Citroen, czy Renault. Za znacznie niższą cenę. I wielu się skusi, likwidując miejsca pracy.

Co może zrobić Europa? Pójść drogą USA. Wprowadzić cła importowe. Zaprzestać chocholego tańca – dopłaty, podwyższenie podatków, socjal. Zniechęcania do pracy poprzez jej obciążanie daninami. Pompowania pensji minimalnej ponad możliwości rynków, zwyczajnie głupich narracji o wstawaniu z kolan, i tym, że zawsze da się znaleźć pieniądze. Je po prostu trzeba zarobić.

Argumentum ad Obajtkum, czyli o dyskusji z miłośnikiem orlenowskiego „cudotwórcy”.

Wiosną 2024 r. przeprowadziłem rozmowę z admiratorem Daniela Obajtka, przedstawiającym go jako genialnego menedżera, zarabiającego do tego śmiesznie małe pieniądze, bez mała zbawcę narodu. Argumenty, które przy okazji padły pokazują wyraźnie, jak reagują „wyznawcy”. Warto je przytoczyć.

Koronny argument pierwszy – Orlen pod rządami Obajtka osiągnął najwyższy zysk.

Pozornie wszystko pozostaje prawdą. 27 mld zysku za 2023 r. robi wrażenie, zwłaszcza jeśli porównamy go z rekordowym rokiem PO czyli 2015 (ok. 3 mld). Żeby jednak zrozumieć źródło tego zysku, trzeba przeczytać sprawozdanie finansowe, a tego za 2023 r. w trakcie rozmowy jeszcze nie opublikowano.

Z pewnością wpływ na rosnące zyski miał znacznie większy obrót. Zysk 27 mld wypracowano przy 373 mld obrotu grupy (a nie samej spółki). W 2014 r. obrót wynosił tylko 88 mld. Przyczyna tzw. rozwoju wynikała z konsolidacji. Grupa Orlenu wchłonęła kilka spółek, w tym tak wielkie jak LOTOS, czy PGNiG. Z koncernu paliwowego, stała się molochem paliwowo-gazowo-detalicznym. Nie wiem jaką część tego obrotu i zysku wypracowano na paliwach, a jaką na parówkach, papierosach i wódce.

Drugą kwestią pozostają różnice pomiędzy pojęciami księgowymi (zysk, przychód), które wcale nie równają się sprzedaży czy faktycznemu przypływowi gotówki. Mój adwersaż tego nie rozumiał, albowiem jego wiedza ekonomiczna nie sięgała nawet do poziomu przeciętnego księgowego, a nigdy nie prowadził dg (podobnie jak minister Soboń, który wymyślił składkę zdrowotną od sprzedanego auta, ponieważ mówimy o zysku).

Jakakolwiek próba zwrócenia uwagi na zbyt mało danych oraz mnóstwo sytuacji nadzwyczajnych, kompletnie rozmówcy nie interesowała.

Argument drugi – rosnące zyski wynikały z geniuszu Daniela Obajtka

Jasnym jest, że skoro nie wiemy skąd pochodziły zyski, nie możemy wskazać na autora rzekomo genialnej koncepcji rozwoju spółki. Znamy jednak wcześniejsze osiągnięcia menedżerskie Obajtka i powiedzieć „nie są imponujące” to nic nie powiedzieć (o czym piszę poniżej). Nawet zatem jeśli prawdziwa jest teza o wysokich zyskach w 2023 r., przyczyn tego stanu rzeczy może być kilka, od korzystnej koniunktury (niewątpliwe), szacherki księgowej, a’la Enron, poprzez przewagi teoretycznie ubocznego sektora drobnego handlu z wyższą niż paliwo marżą.

Niewątpliwie jednak w podstawowych ze względu na obraz grupy w branżach (gaz, paliwa, stacje ze sklepami) znacznie zmienił się od 2015. Teraz mamy do czynienia z monopolistą, który może dowolnie kształtować ceny. W takim wypadku i o zysk łatwiej. Nawet taki zysk jak obecnie.

Argument trzeci – „a za PO prezes Orlenu zarabiał więcej”.

Istotnie tak było. Jacek Krawiec dostawał z premiami ok. 3 mln zł, podczas gdy Daniel Obajtek w ostatnim okresie ok. 2 mln (przy znacznie większych zyskach). Tyle dane oficjalne. Nieoficjalne „premie” od kontrahentów, różne dziwne geszefty może wkrótce poznamy. O dziwo, więcej niż Obajtek (a podobnie jak Krawiec) otrzymywał także Wojciech Jasiński – prezes z początków władzy PiS i też przy niższych zyskach niż ostatni rok. Tutaj jednak diabeł tkwi w szczegółach.

Krawiec to menedżer. Polityczny, ale fachowiec. Jego CV wygląda imponująco, a i Jasiński sroce spod ogona nie wypadł (zarządzał paroma spółkami, w tym słynną Srebrną). Natomiast Obajtek-naturszczyk był wójtem małej gminy. Prezesem został w 2017 r. (Energa). Jego wykształcenie, w chwili błyskawicznego awansu (technikum rolnicze, prywatne studia z ochrony środowiska w Radomiu) też budzi śmiech. . Co więcej, Krawiec otaczał się głównie fachowcami, a za Obajtka skład zarządu, to jakiś ponury żart.

Wskaźnika pensja/kompetencje nie można w tej sytuacji porównywać. To, że ja poszedłbym do ORLENU-u za milion rocznie (żartuje, nie jestem samobójcą), nie oznacza doskonałego interesu dla spółki.

Argument trzeci – ten zysk trafia do budżetu.

W pewnej części – tak. Natomiast problemem nie jest gdzie trafia, ale skąd pochodzi. Rok 2022 r. pokazał, że z naszych kieszeni (ORLEN łupił nas na paliwach). Jak było w 2023? Łupili na gazie. Segmentacja wygląda następująco:

  • petrochemia – przychód 18 mld, ebitda -10 mld,
  • rafineria – przychód 156 mld, ebitda +8mld,
  • energetyka – przychód 48 mld, ebitda +4 mld,
  • detal – przychód 57 mld, ebitda +2 mld,
  • wydobycie – przychód 20 mld, ebitda -4 mld,
  • gaz – przychód 158 mld, ebitda 44 mld.

Co to oznacza? Ebitda, w największym uproszczeniu zysk pomniejszony o koszty bez pewnych kosztów finansowych, podatków, amortyzacji. Pokazuje rentowność. I jeżeli te wskaźniki przeczytamy, widzimy, które gałęzie firmy dają zysk. W naszym przypadku – gaz, dawny PGNiG. Marża zysku jest ogromna. Co czwarta złotówka stanowi zarobek (brutto, bo przed opodatkowaniem, ale zawsze). Dla porównaniu na sklepikach i jedzeniu – co trzydziesta. Już dostrzegacie dlaczego rosną Wasze rachunki?

Ile można zrobić, gdy nie chodzi się do pracy.

Moja praca, jak wiecie, polega na siedzeniu w biurze, rozmawianiu z ludźmi i pisaniu dokumentów. W działalności znowu – przy komputerze i na spotkaniach. Czas pracy – 8 godzin, z dojazdem ok. 9-9.5 godziny, czyli najlepsza część dnia (w zimie, wychodzę przed świtem, wracam po zmroku). Dłuższy dzień zaczynał się pod koniec lutego i właśnie wtedy powstał szkic do tego wpisu.

Pewnej zimowej niedzieli pojechałem na wieś. Z rana tzn. ok. 8.30 znalazłem się na miejscu. Otworzyłem cały dom (9 okien, czworo drzwi + garaż), podpiąłem elektryka do ładowania, wypiłem herbatę, zjadłem chleba z kiełbasą i wziąłem się do pracy. Założyłem sobie do wykonania następujące czynności:

  • rąbanie, ściętego 2 tygodnie wcześniej drewna, oraz układanie go w stos,
  • grabienie liści i wywożenie ich na kompost,
  • wycięcie octowców, które przeszły od sąsiada i zaczęły się mocno panoszyć,
  • zrobienie porządku w domu.

Kiedy zacząłem się pakować do domu, zegar wybijał 16.00. Mój urobek to:

  • 5 taczek porąbanego i ułożonego drewna,
  • 5 taczek liści wywiezionych na kompost,
  • wycięcie octowców z powierzchni ok. 50 m2,
  • zamiecenie parteru (80m2),
  • napisanie dwóch wpisów na bloga.

Dokładnie tak, gdy nie poświęcałem się etatowym zajęciom, zrobiłem całkiem sporo, mogę powiedzieć, że zagospodarowałem ok. 180 m2. Gdybym miał takich dni 3-4 w tygodniu spokojnie mógłbym uprawiać całkiem niezłą przestrzeń. Kalkulując proporcjonalnie – 600 m2 tygodniowo, a więc 2400 m2 miesięcznie czyli moje 3000 m2 miałyby szansę błyszczeć, a drewno do pieca przygotowywałbym w 2 zimowe tygodnie. Jednak musiałbym zrezygnować z etatu, za który teraz płacą mi kilka tysięcy złotych miesięcznie.

Dwugłos o rodzinie i wychowywaniu dzieci. „Ślady ojca” a „Co każda żona chciałaby, żeby jej mąż wiedział o kobiecie”

Niedawno, 2 marca 2024 r., przywołałem i skomentowałem na blogu fragment książki „Ślady ojca. Przewodnik o budowaniu więzi”. Dzisiaj cała recenzja wraz z porównaniem z inną, mającą już długą historię (ponad 30 lat) książką „Co każda żona chciałaby, żeby jej mąż wiedział o kobiecie”. Zaczynamy.

Najpierw autorzy. „Ślady ojca” napisali dwaj księża. Napisali to może zbyt wielkie słowo. Napisał ks. Mieczysław Maliński – nie „Delta” lecz „Malina” – duszpasterz akademicki z Wrocławia, prowadzący Centralny Ośrodek Duszpasterstwa Akademickiego „Maciejówka”, z wykształcenia….. geodeta, założyciel portalu 2ryby.pl. Drugi autor – ks. Krzysztof Grzywocz – dr teologii, ojciec duchowny w seminarium, najprawdopodobniej nie żyje od 7 lat (zaginął w Alpach), więc wykorzystano fragmenty jego wystąpień. „Co każda żona chciałaby, żeby jej mąż wiedział o kobiecie” stworzył James Dobson – człowiek-legenda amerykańskich konserwatystów, ojciec dwójki dzieci, lekarz pediatra. I już na wstępie widzimy różnice – teolog i geodeta kontra lekarz. Dwaj bezdzietni księża kontra ojciec dwójki dzieci. Oczywiście doświadczenie ks.Mieczysława Malińskiego z duszpasterstwa akademickiego ma pewną wagę, ale i obciążone jest poważnym zarzutem – ma do czynienia z wąskim wycinkiem społeczeństwa: konserwatywną młodzieżą akademicką.

Idziemy dalej. „Ślady ojca” napisano w stylu kazania tzn. masz czytelniku, przyjąć na wiarę. Ciągle towarzyszą nam nadmierny dydaktyzm i piękne słówka. James Dobson podaje szereg badań, bibliografii, pisze konkretnie, dzięki czemu książka, którą przeczytałem po raz pierwszy jako nastolatek, broni się i dzisiaj. Anegdoty rodzinne dotyczą bowiem nie sióstr zakonnych a faktycznej rodziny autora. Jako mąż i ojciec zgadzam się z poglądami Dobsona na spory damsko-męskie, i dzisiaj. Nie do końca podzielam jego poglądy wychowawcze („Dare to discipline – niewydana w Polsce, zachwala między innymi bicie dzieci), ale to zupełnie odrębny temat. W sumie „Co każda żona chciałaby, żeby jej mąż wiedział o kobiecie” czyta się lekko, a „Śladami ojca” – nie, zarówno z powodu stylu, konwencji jak i błędnych tez.

I tu przechodzimy do sedna. O ile James Dobson nie pozwala sobie na bujanie w obłokach (konkretnie opisywał różnice między kobietą a mężczyzną, zmiany hormonalne, oczekiwania, edukację obu płci), o tyle ks. Maliński i ks. Grzywocz dają do wiwatu. „Piekło samotności” dzieci zamożnych rodziców to tylko przedsmak. Kolejny fragment (tym razem ks. Maliński) opowiada jak ojciec szedł z dziećmi polować na mamuta, zabijał go, a dzieci podziwiały ojca, a potem w domu żona podziwiała męża. I konstatacja „Dziś problem polega na tym, że mamuty wyginęły”. Niby miało być zabawnie, a wyszło, no cóż, słabo. Dlaczego? No cóż, mamuty wyginęły dawno temu, w Europie prawdopodobnie 13 tys. lat temu. W prehistorii. Trochę czasu minęło. Ale skąd ma o tym wiedzieć geodeta? Niby ze szkoły, niby da się sprawdzić w 2 minuty w necie, ale po co, my wiemy najlepiej, nam nie potrzebna redakcja. I zostają takie babole, podobne jak z rzucaniem kamieniami w dinozaury, które jednak, gdyby Ewa Kopacz wydawała książkę, pewnie redaktor wykreśliłby. No właśnie i co z tego, że mamuty wyginęły 13 tys. lat temu? Ano tyle, że problem relacji dzieci-rodzice, podziwu syna/córki dla ojca i żony dla męża, nie zniknął wraz z mamutami. Przedstawianie ich jako współczesny wynalazek, to kolejna bzdura. Dzisiaj niby dzieci nie podziwiają rodziców? Żona męża? Dlaczego? Ba, Św. Józef na mamuty nie polował, nie robił tego Karol Wojtyła starszy, ale ich dzieci zachowały swoje dzieciństwo i trud ojców w pamięci. A dziś? Mimo, że mamuta nie przynoszę moi synowie przychodzą do mnie po radę w sprawach finansowych, życiowych, praktycznych, proszą o pomoc w zmianie żarówki w aucie. Żona cieszy się z zebranych na działce plonów (przez chwilę, potem złorzeczy na dodatkową robotę). A jesteśmy typową nowoczesną rodziną, choć z tradycyjnym podziałem ról. Twierdzenie, że współcześni ojcowie to mięczaki, no sam nie wiem, jak mam to skomentować. Nie znam takich. Skąd wie o tym ojciec duchowny z seminarium? Na pewno nie z doświadczenia. Skąd geodeta? Na pewno nie z wykształcenia. Jeszcze raz powiem – słuchajcie praktyków. Takim jest James Dobson. Nie zostawił żony (ani ona jego), wychował dzieci, skończył medycynę, zrobił z niej doktorat, pokonał niejedną trudność. Pisze „Szanuj żonę, doceniaj jej starania, rób to przy dzieciach, świeć przykładem”, przedstawia realne dylematy, uwarunkowania psychologiczne, a nie opowiada historyjki o mamutach.

Gospodarstwo rodzinne. Ile trzeba ziemi, żeby mieć co jeść?

W PRL-u funkcjonowały gospodarstwa tzw. chłoporobotników. Na 2-5 ha brakowało zajęcia dla rodziny wielopokoleniowej i ojciec szedł do normalnej pracy. Pozwalano w ten sposób stanąć na nogi ludziom, którzy musieliby cierpieć biedę, chociaż nie głód na spłachetku ziemi. Przy znacznie mniejszej wydajności i większej liczbie konsumentów (rodzina liczyła 8-10 osób), dawano radę i jeszcze sprzedawano na rynek.

Z kolei w ZSRR kołchoźnicy, poza pensją, dostawali jeszcze działkę przyzagrodową ok. 0,5 ha. Z niej i marnych poborów dawali radę wyżywić rodzinę. I tu rodzi się tytułowe pytanie. Utrzymanie rozumiem jako napełnienie brzucha, a nie zarabianie (produkcję na sprzedaż). Przejdźmy do rachunków, pamiętając, że dzisiaj „rodzina” oznacza średnio 3 osoby i zazwyczaj przynajmniej jedna z nich pracuje zawodowo. Będziemy więc mieli nie tylko chłoporobotników ale i , chłoponauczycieli, chłopoinżynierów, chłopolekarzy itd.

Generalnie, do dobrego funkcjonowania organizm ludzki potrzebuje zrównoważonego pożywienia i białek zarówno zwierzęcych, jak i roślinnych. Tak samo zróżnicowana musi być nasza produkcja, a zatem musimy mieć swoje:

  • zboża,
  • warzywa,
  • owoce,
  • rośliny oleiste,
  • nabiał,
  • mięso.

Każda z tych kategorii musi zostać zrównoważona, a następnie przeliczona na ary, być może hektary.

Zaczynamy.

Zboże, w naszym kręgi i kulturze stanowiło podstawę pożywienia. Wszelkie kluski, pierogi, chleby, podpłomyki. Nie bez znaczenia jest też kaloryczność. Liczmy 0,4 kg dziennie na osobę (1400 Kcal). 1,2 kg na 3 osoby. 440 kg rocznie. Taką ilość uzyskamy z 15 arów.

Warzywa – kolejne 0,3 kg/osobę/na dzień. Trzy osoby 0,9 kg. 350 kg/rok. Patrząc na plony (5t/ha) – jakieś 7a.

Owoce – dopełniamy do wymaganej porcji 0,2 kg. Rodzina potrzebuje 0,6 kg. 200 kg rocznie. Znowu, przy dobrych plonach – 5a.

Rośliny oleiste. Rzepak, słonecznik czy len. Razem 20 litrów rocznie. Kolejne 0,6 ara.

Nabiał i mięso. Tu patrzmy rocznie. 1000 jajek na rodzinę. 500 litrów mleka. 50 kg sera. 100 kg mięsa tzw. masy poubojowej. Żeby wyprodukować takie ilości musimy mieć ok. 8 kur (w tym 5 na mięso), 4 kozy mleczne oraz kilka królików. Część zjemy np. wszystkie capki. Żeby utrzymać taki majdan musimy mieć ok.70 arów.

Wynik. Rodzinę trzyosobową nakarmimy z ziemi o powierzchni niespełna 1 ha (dokładnie 9760 m2), z czego 70% zajmą zwierzęta. Gdybyśmy poszli w kierunku mniej radykalnym tzn. zrezygnowali z kóz na mięso (zostawili sobie 2 na mleko), damy radę i z 0,5 ha. To dobra wiadomość. Da się i na mniejszej powierzchni, w końcu przedwojenne książki o warzywniku i ogrodzie na kilkuset metrach, podawały gotowy przepis, a powstały w czasach niższych plonów. Niestety, na pozostałe wydatki trzeba już zarobić.

Ok, boomer czyli jak „lekko” miało pokolenie dzisiejszych emerytów.

Na fali wpisów „dla młodych”, zapomniałem trochę o starszych pokoleniach. Warto przypomnieć ich los, ponieważ mainstream podaje tylko jedną narrację – boomerzy mieli świetnie. Nie, nie mieli. Dowód – historia opowiedziana na pożegnaniu emeryta z mojego miejsca pracy i parę innych osób.

Jest sobie mężczyzna – rocznik 1955. Klasyczny boomer. Cofnijmy się w czasie. Gierek w pełni – rok 1980. Nasz bohater dwa lata wcześniej skończył studia inżyniersko-budowlane. Już jest półsierotą, jego ojciec zmarł. Boomer wraz z matką, żoną i dwójką dzieci mieszka w domku na przedmieściach. Dom „po ojcu”, czyli w połowie należy do matki. Dzielnica niezbyt ciekawa (kilka lat wczesniej „ludzie z miasta” zadźgali taksówkarza – męża sąsiadki), ale dom za gotówkę, bo ojciec zdążył spłacić pożyczkę. Tyle, że rodzinę i budynek trzeba utrzymać. Do pracy. Nie na jeden etat. Ten nie wystarcza. Pierwsza pensja asystenta, porównywalna z dzisiejszą, czyli marna. Pracując na uczelni plus biuro projektów plus na budowie, zostaje na sen i wizytę w domu 6 godzin i weekend. Tak, praca po 18 godzin dziennie, 90 godzin w tygodniu, 382 godziny w miesiącu. Nie trwa to długo (znajduje się etat w biurze, prawie za równowartość tamtych trzech), ale ok. Ok, boomer.? Ilu z Was, ilu z nas pracowało po 18 godzin dziennie? Zero work-life balance. Jaruzelski z Gierkiem nie słyszeli o takich wynalazkach. Czy taka praca to doświadczenie pokolenia, o którym zapomina dzisiejsza „lewica kawiorowa”. Raczej tak, mój ojciec (rocznik 1939) poszedł do pracy na pełen etat w wieku 19 lat, bo założył rodzinę, studiował już zaocznie. Mój teść (1952), pracował od 16 r.ż., ponieważ tak się ułożyło (wyjechał ze wsi, nie miał już ojca). Teściowa została półsierotą w wieku 16 lat. Szczerze. Lepiej miało moje pokolenie, śmiertelność znacznie spadła (co oznaczało, że grupowo nie doświadczyliśmy wczesnej śmierci rodziców, która zawsze oznacza biedę), wielu poszło na studia, mało kto pracował przed ich skończeniem. Boomerzy żyli znacznie gorzej.

A pokolenie Z? Podobnie jak my, nie doświadczyli głębokich traum. Wojen, sieroctwa. Niewielu ma też za sobą przeżycie biedy (pamiętam ilu X-ów, Y-ów, cierpiało z powodu bezrobocia rodziców w latach 1990-2003, a i tak daleko nam do boomerów). Dzieciństwo Zetek i ich młodość upływały pod znakiem dostatku, otarli się już o 500+. Czego więc brakuje? Tzw. względnego dobrobytu. Społeczeństwo dramatycznie się rozwarstwiło. Widzę to nawet w pracy, gdzie wiele osób zarabia podobnie, a z uwagi na różne sytuacje (zamożni rodzice, małżonek,a z drugiej strony samotne rodzicielstwo, kredyty) jeden przyjeżdża nowym Volvo XC60, a drugi autobusem, bo nie stać go nawet na leciwy samochód. Ktoś mieszka z rodziną w wielkim, pięknym domu, a inny wynajmuje pokój we wspólnym mieszkaniu .Drugą przyczyną żalu Zetek, opisywaną wielokrotnie, stała się mała dostępność mieszkań. Boomerskie doświadczenia opisywałem już na blogu (cena za m2 w Warszawie równa średniej krajowej i nisko oprocentowana pożyczka na 2/3 wartości). Czyli mieszkanie 50 m2 można było kupić za 4 letnie pobory, a sam wkład wynosił niespełna 1,5 roczną pensję, no i rata była niska. W moim pokoleniu m2 w Warszawie kosztował już 1,5 średniej krajowej netto, nie trzeba było mieć oszczędności, bo pożyczano 120% wartości mieszkania na 30 lat, z oprocentowaniem 7-8%. 50m2 wymagało oszczędzania przez 6 lat, a na wkład własny 0 miesięcy. Teraz warunki się zmieniły. Warszawskie mieszkania w cenie 15 tys. zł/m2 daje 3-krotność średniej krajowej netto. Minimalny wkład 20%. Oprocentowanie 8%. W tej sytuacji na mieszkanie 50 m2 odkładamy 12 lat, a na sam wkład (20% z 750 tys. zł = 150 tys. zł) 2,5 roku. Niby ma wejść kredyt 0%, ale tylko przez pewien czas i realnie musi kosztować od 2-3% (marża). Najem daje nieco lepszą opłacalność. I tu leży pies pogrzebany. Niestabilność i niemożliwość znalezienia własnego kąta, oraz wysokie oczekiwania (porównanie z rodzicami) stały się przyczyną pokoleniowej frustracji. Obiektywnie jednak boomerzy mieli generalnie znacznie gorzej, praktycznie pod każdym względem (siła nabywcza pensji, wyższe relatywnie ceny, więcej pracy, w tym niepłatnej – czyny społeczne, negatywne doświadczenia osobiste.

Jak działa kredyt – historia dziewczyny z HR.

Obiecałem tydzień temu rozwinięcie tematu „Kredyt jako źródło szkodliwych kompromisów”, no i proszę, jest wpis. Z życia wzięty.

W moim miejscu pracy zmienił się szefujący HR. Jak to bywa miał całkiem nową koncepcję działania. Zlikwidować jeden dział. Pracowników rozparcelował pomiędzy inne komórki, a kierowniczkę (żeby nie siała fermentu) przeniósł do innego budynku. Oczywiście zmiana pozorna, nic nie wnosząca, ot pański kaprys. Rozmowa podobno nie wyglądała ciekawie, dziewczyna (piszę „dziewczyna”, a to 45-latka) usłyszała „Proszę nie przychodzić do głównej siedziby, nie rzucać się w oczy”. No ewidentna groźba, jak się pojawisz, spróbujesz walczyć, wywalimy cię całkiem.

Co robi w takiej sytuacji racjonalny człowiek? Piszę odwołanie od wypowiedzenia zmieniającego warunki pracy. Udowadnia pozorność zmiany, nierówne traktowanie (młodsze pracownice zostawili), naruszenie przepisów (pracuje w HR prawie 20 lat, a nagle przydzielają jej zupełnie inne zadania + zamaskowana groźba). W polskim sądzie pracy – spore szanse na zwycięstwo. Nie ma nic do stracenia, bo nowe obowiązki oznaczają znaczną redukcję wynagrodzenia (ok. 30% mniej), a inną robotę też przecież gdzieś znajdzie.

Co robi zakredytowana dziewczyna z HR? Płacze po kątach a na fejsie udostępnia post o pokonanym wilku-przywódcy, dla którego opuszczenie stada nie oznacza porażki, lecz zwycięstwo, nad samym sobą i instynktami. Tak działa tresura. Tak działa kredyt. Pracownik biurowy, jeszcze-wczoraj-kierowniczka, nie pójdzie przecież pracować do sklepu, sprzedawać biletów w kinie, woli przełknąć upokorzenie. Raty kredytu trzeba płacić co miesiąc ,a tu brak oszczędności i nie można mieć przerwy w dochodzie. Dlatego warto szukać alternatyw dla „pewnej pracy”, „kredytu z małą ratką” i „segmentu na przedmieściach”.

Ile kosztuje utrzymanie małego auta miejskiego – Fiat 500C po roku i 6000 km.

W styczniu 2023 r. kupiłem żonie używanego Fiata 500c. Zawsze chciała mieć taki wóz – ok. Mój „prywatny importer” i kumpel dał radę ogarnąć. Wóz pochodził z 2010 r. miał na budziku 150 tys. km i uszkodzenia po gradzie. Razem z pakietem startowym, kosztował mnie 14 tys. zł.

Przez rok i 2 miesiące żona (i ja) przejechaliśmy 6 tys. km. Dlaczego tak mało? Powodów widzę kilka. Zasadniczy – zawsze w domu stały 2-3 samochody do wyboru (maksymalnie mieliśmy ich 4: elektryk, świniowóz, Porsche, 500c), więc czasami mały, miejski kabriolet przegrywał. Czym?

Na pewno osiągami. 1.2 69KM za demona prędkości robić nie może. Ot, toczy się spokojnie. Za to pali (średnia z całego dystansu) 6.1 l/100 km. Pewien procent stanowiły trasy (jedna 850 km w obie strony, 2 x po 750 km). Parę razy pojechałem na wieś. Reszta to jazda miejska. W mieście i zimie palił 8 l/100 km, w lecie już tylko 7 l/100 km. Trasa i podmiejsko – spokojnie 5 l/100km. Stąd średnia.

Wielkością wnętrza. Fiat 500c jest mały, ciasny, zwłaszcza na tylnym siedzeniu. Idealne auto dla dwojga, może z jednym dzieckiem 5-12 lat. Trójka, czwórka dorosłych – męka. Bagażnik śmieszny i z tragicznym dostępem (otwiera się tylko wąska klapa).

Dodatkowo Kona wygrywała tanią jazdą. Stąd tylko 6000 km. Przy czym 3500 km zrobiłem w dwa miesiące (kwiecień i maj 2023), kiedy wiosna zachęcała do zrzucenia dachu i wykonałem 3 długie trasy. Potem było już 50-300 km miesięcznie.

Ale przecież to auto ma zalety. Pali niewiele (ok. 40 zł/100 km przy cenie 6.5 zł/litr), dałoby się włożyć gaz (wtedy 24 zł/100km). Przeglądy OT da się je zrobić pod domem (odessanie oleju, wymiana filtrów) – 300 zł, państwowy przechodzi bez problemu, za OC płacę 330 zł, za opony 150 zł/rok. I da się zrobić (na gazie) 6000 km rocznie płacąc za wszystko 2200 zł tj. niecałe 37 zł/100 km. Nieźle. Czy znajdziecie tańsze i jezdne auto?

Nie sądzę. Bez strachu jechałem nim na drugi koniec Polski. Niestety, normy zużycia spalin zabiły ten silnik. Teraz jego rozwinięcie ma już instalację mikrohybbrydową 48V i potencjalnie drogie awarie. No i kosztuje jako nowe (wersja podstawowa) – 68 tys. zł, a nie 14k. Mój kumpel obiecał mi tanią naprawę uszkodzeń po gradzie, więc pewnie sympatyczna Włoszka zostanie z nami jakiś czas.

Czy prywatne zawsze jest lepsze? O akademikach.

Środowiska ultraliberalne promują pogląd, że „prywatne, zawsze lepsze niż państwowe.” Bardziej umiarkowane stanowisko prezentuje tzw. środek. Nie ma sensu tworzyć państwowej kopalni, no ale pewne branże, niech zostaną pod kontrolą państwa.

W przypadku akademików widać tę mądrość, jak na dłoni. Nie da się studiować, nie mając gdzie mieszkać. Wielu zdolnych studentów pochodzi ze wsi. Z odcinka 30 km, może nawet 50 km, da się dojeżdżać, miałem takich kolegów na roku. Ale 100 km, 200 km, odległa wioska – lokum w mieście akademickim musi być. W PRL-u wybudowano licznie tzw. domy studenckie czyli akademiki, ale epoka ta się skończyła, liczba studentów wzrosła i weszło prywatne. Zacznijmy porównanie.

Bierzemy na tapet Warszawę. Miasto niezmierni drogie do wynajmu. Kawalerka ok. 3000 zł miesięcznie plus opłaty. Co robić, gdy rodziców nie stać? Państwowe akademiki kosztują od 390 zł do 1100 zł za miejsce, w zależności od uczelni i standardu. Najtańsze są pokoje trzyosobowe bez łazienek na Politechnice (390 zł), najdroższe pojedyncze z łazienkami (SGH – 1100 zł). A prywatne? Właśnie powstał taki na Powiślu. Lokalizacja doskonała. A ceny? Od 1500 zł (miejsce w dwójce ze wspólną łazienką) do 2380 zł (jedynka z własną łazienką). Pokoje od 10 m2 (jedynka) do 15-18m2 (dwójka). Czyli typowy standard późnego PRL-u. Widać wyraźnie – prywatne wcale nie jest lepsze. Państwowe wychodzi taniej? Dlaczego? Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze – wybudowany 40-50 lat temu budynek uczelni już dawno się zamortyzował. Nikt nie płacił za niego cen rynkowych, grunt darowano.

Po drugie – do studenta się dopłaca. Na państwowym, prywatnym właścicielom mieszkań czy akademików – nie.

Po trzecie – w uniwersytecie decydują koszty, u prywatnego potencjalny zysk czyli wycisnąć, ile się da, w końcu akcjonariusze/udziałowcy chcą zarobić.

Po czwarte – akademik prywatny, jest nim tylko z nazwy. Wynajmą każdemu młodemu, nie trzeba legitymacji studenckiej – dzięki temu znacznie większy popyt.

Dlatego akademiki państwowe muszą istnieć. Regulują dostępność studiów, dla zdolnych i niezamożnych. Kryterium udostępnienia miejsca w domu studenckim stanowi dochód rodziców. I nie, nie jestem tym osobiście zainteresowany. Obydwaj moi synowie-studenci mieszkają już we własnych lokalach. W przypadku młodszego – nawet formalnie – zakup został dokonany na jego nazwisko, ponieważ pracuje. Takie szanse ma jednak znikoma część młodego pokolenia – im trzeba pomóc.