Jak sobie radzić z wysokimi cenami paliw? Krótki poradnik.

Ostatnio pisałem o wysokich cenach paliwa oraz moich osobistych doświadczeniach. Teraz czas na rady dla tych, którzy elektryka nie posiadają, poruszają się więcej (20 tys. km/rok), bo np. dojeżdżają z przedmieść. Co robić? Jak żyć? Opowiem na własnym przykładzie i pewnego zamożnego przedstawiciela dochodowej klasy wyższej. Tutaj wiele osób skoczyłoby mi do gardła. A jednak mogę podać przykłady, nawet dość ekstremalne, z mojego otoczenia.

Pomysł 1. Jeździć mniej. Mój kumpel jeszcze 2 lata temu, pakował się z rodziną w Audi Q7 hybrydę plug-in i przejeżdżał 1 raz w miesiącu w tę i z powrotem 1300 km, spalając w ten sposób rocznie 1560 litrów paliwa. Miesięczny koszt, przy dzisiejszych cenach – 1000 zł (roczne 12.000 zł). Teraz dzieci i żona wolą zostać w domu, a on wsiada w pociąg, potem w busa i tę samą trasę pokonuje za ….300 zł miesięcznie. Tylko ten jeden ruch pozwolił mu zyskać 8400 zł i 15.600 km/rok mniej.

Dokładnie tak samo da się jeździć razem do pracy. Z mojej wsi do Lublina jest 30 km. Przy standardowym czasie pracy 1200 km/m-c. Przy samym kierowcy i aucie 720 zł/m-c. Przy dogadaniu się z sąsiadem, że jeździmy na zmianę, 360 zł/m-c i 1200 km mniej.

W mieście wybieramy nogi, rower lub komunikację. Mój kolega z pracy dojeżdża tak 30 km/dzień dopóki jest w miarę ciepło. Jego żona i córka mieszkające razem z nim, pracują zdalnie, więc problem ich nie dotyczy. Ano właśnie, praca zdalna lub hybrydowa obniża koszty.

Pomysł 2. Latać zamiast jeździć. Nasza podróż do Macedonii w zeszłym roku – 3600 km. W tym roku (dojazd na samolot) – 850 km. Mogliśmy mieć nawet bliżej (360 km na Okęcie), ale wybraliśmy tańsze bilety i mniej zatłoczone lotnisko. Ta jedna zmiana na wakacje, przy obecnych cenach i tym samym aucie Hyundai Ioniq hybrid – 1300 zł i 2750 km/rok.

Pomysł 3. Kupić oszczędny samochód. Nie musi być od razu elektryk, który w moim przypadku oznacza 0 l/100 km i 12 zł/100 km przy ładowaniu w nocy. Ale już użycie hybrydy (4,5 l/100 km i 36 zł/100 km), zamiast dużej benzyny (9 l/100 km i 72 zł/100 km) poważnie zmienia rachunki. A są jeszcze inne opcje: diesel (porównywalnie z hybrydą), LPG (10 l/100km i 32 zł/100km).

Pomysł 4. Zamontować gaz. Wynik łatwo policzyć, patrząc wyżej. 40 zł/100 km w dużej benzynie, przy miesięcznym przebiegu 1200 km zostawi nam w kieszeni 480 zł/m-c. Sporo. W autach małych, oszczędnych, albo nowoczesnych (wtrysk bezpośredni) wyniki nie będą tak imponujące, lecz zauważalne. Np. mój Fiat 500c 1.2 spala obecnie ca. 6 l/100 km. Koszt paliwa 48 zł/100 km. Jeśli wybiorę LPG – 27 zł (bo pewna ilość benzyny też zostanie spalona). 21 zł/100km pozwoli zwrócić się instalacji na dystansie 15.200 km, czyli w ciągi roku.

Pomysł 5. Zrobić wszystko na raz. Niemożliwe? Proszę bardzo. Sięgam do swoich zapisków. W tym roku przejadę ok. 15.000 km/rok. W 2019 r. było to blisko 40.000 km. Wtedy pod moim domem stały: Porsche Boxster (spalanie 12-25 l/100 km i Hyundai i30 (6-8l/100 km). Teraz elektryk (0 l/100 km), Fiat 500c (5-7 l/100 km) i Hyundai Ioniq (4-5,5 l/100km). Ponieważ moja żona rozstaje się z pracą na dobre, a syn planuje szkołę sportową, nawet przeprowadzka na wieś nie zniszczy nam budżetu. Ja będę jeździł do miasta średnio 3 razy w tygodniu, co oznacza 765 km/m-c. Dzieląc przejazd z kimś z mojej wsi – 383 km/m-c. Jeżdżąc hulajnogą+pociągiem w ładną pogodę, też zaoszczędzę. Kiedy wspomniany mój syn-sportowiec, zaczął mieć treningi 4 razy tygodniowo, nawet w mieście odpuściliśmy codzienne dowożenie. Połowę idzie na piechotę lub komunikacją miejską. Ze 170 km zrobiło się 85 km.

Dojazd hybrydą w góry wymaga 36 litrów benzyny, a po zagazowaniu 43 litrów LPG i jeszcze 2 litrów benzyny. Koszt spada z 288 zł do 154 zł. Podróż elektrykiem wymagałaby 175 zł (ładowanie na publicznej stacji), albo 36 zł (nocne pociągnięcie prądu z gniazdka). Sam równie dobrze mogę pojechać systemem „pociąg+autobus” za 160 zł. Na wakacje już postanowiono – samolot, bo i szybciej (Macedonia z dojazdem do Katowic, czekaniem na terminalu, lokalnym dotarciem – 9 godzin, autem z Polski – nocą, na dwóch kierowców – 21 godzin, lub 2 x 11 godzin czyli 2 dni jazdy) i cena podobna (ok. 2100 zł), przy nieporównywalnym komforcie.

Czy benzyna jest droga? Porównanie.

Kiedy piszę te słowa 1 litr benzyny kosztuje 8 zł, a oleju napędowego 9 zł (do czasu publikacji, spadły o prawie 2 zł). Gazety, a zwłaszcza prawicowe portale oszalały. Czy faktycznie warto rwać włosy z głowy? Robię porównanie z rokiem 2022 i 1985.

Dzisiaj średnia krajowa wynosi 6642 zł netto. Za 1 pensję kupimy więc:

  • 830 litrów benzyny 95,
  • 738 litrów oleju napędowego.

W marcu 2022 r. zarabialiśmy 4788 zł netto. Litr benzyny kosztował ok. 7,50 zł (celowo nie biorę ceny ze szczytu), a diesel było o 50 groszy droższy. Oznacza to możliwość zakupu:

  • 638 litrów benzyny 95,
  • 598 litrów oleju napędowego.

Jak widać, pomimo potencjalnie niższych cen, paliwo okazywało się o ok. 20% droższe, jeśli weźmiemy pod uwagę siłę nabywczą zarobków.

A w 1985 r.? Pobory 20 tys. zł/m-c. Benzyna 17 zł/litr, olej napędowy 10 zł/litr. Można więc było kupić:

  • 1176 litrów benzyny 95,
  • 2000 litrów oleju napędowego.

Raj? Niekoniecznie. Jeżeli brać ceny oficjalne, tak. Ale już nieoficjalne były 15-razy wyższe. I nagle, przy systemie kartkowym, posiadacz Malucha (Fiat 126p) miał paliwa na 400 km miesięcznie (30 l / 7,5 litra na 100 km) w cenie oficjalnej. Resztę kupował po 250 zł (80 litrów za pensję). Na raz mógł zatankować 10l. Stąd słowa słynnej piosenki „Żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc” i popularność diesli (Daihatsu Charade, Mercedes 123, Isuzu Gemini, Toyota Corolla czy Nissan Sunny, a potem Citroen AX). Paliły mało (nawet 4.5 l/100 km), a z dieslem problem był mniejszy. 400 km oznacza roczny przebieg 4800 km. Połowę mniejszy od obecnego.

Wyjaśnijmy zatem skąd bierze się taka nagonka na ceny benzyny dziś?

Powód 1 – dezinformacja. Politycy i posłuszni im „pożyteczni idioci” notorycznie kłamią. Np. podając, że paliwa są droższe niż w 2022 r., przy niższej cenie baryłki. Zapominając, że w PRL-u były kartki, a cena „kupuj, ile chcesz” przekraczała oficjalną kilkanaście razy. W tej dezinformacji znajdują się też argumenty „ceny rosną przez Ukraińców” oraz zapominanie o wpływie pensji kasjera na stacji na ceny benzyny.

Powód 2 – zapominanie, że auta palą coraz mniej. Pomijając słynnego AX-a, czy Charade, auta w latach 80-tych paliły więcej. Ba, widzę różnicę na przestrzeni 4,5 roku. Fiat 126p (najpopularniejsze auto PRL-u) spalał w mieście i przy prędkości 100 km/h około 7,5 l/100 km. Mój Hyundai i30 z 2014 r. (auto sporo większe) – ok. 6 l/100 km w takiej trasie i 8l/100 km w mieście. Skoda Kamiq (1.0 TSI rocznik 2019) – odpowiednio 4.5 l/100 km i 7 l/100 km. Dzisiaj w modzie są hybrydy, ze spalaniem na poziomie 4 l/100 km zarówno w mieście jak i przy 100 km/h. Nawet nieosiągalne 1176 litrów Maluchem na kartki, zrówna się kilometrażem dzisiejszej Fabii.

Powód 3 – więcej ludzi ma samochody. Niezmiernie ważny powód, dla którego ceny benzyny elektryzują masy. W 1985 r. było ok. 100 samochodów na 1000 mieszkańców. Teraz 600-700 sztuk. Spora różnica. Na „mojej” wsi różnicę widać jeszcze wyraźniej, bo kiedyś na 100 domów jeździło może 5 aut, dzisiaj ze 200 sztuk. Na naszej małej kolonii, zamieszkanej (choćby czasowo) przez 11 osób (w tym 8 dorosłych) mamy 8 samochodów. Dlatego temat kiedyś marginalny, robi się problemem masowym.

Powód 4 – jeździmy sporo więcej. W 1985 r. mój Tato pokonujący rocznie ok. 12.000 km prywatnym autem uchodził za podróżnika. W sąsiednim garażu stał Fiat Uno – po 10 latach został sprzedany z przebiegiem 70 tys. km (co daje średnią 7 tys. km/rok). Dwa garaże dalej – Łada 1500, od 1978 r. do 1998 r. kolega Taty przejechał nią …. 20 tys. km (1 tys. km/rok). Po prostu jeździł tylko na miejską działkę. Średni przebieg wzrósł z 5 tys. km do 15 tys. km (szacunek portali zbierających dane z przeglądów rejestracyjnych), a jeżeli uwzględnimy, że rodzina ma często dwa samochody – o 500%. Każdy 1 zł/ litrze robi niebagatelną różnicę.

Moje osobiste doświadczenia. Daruję Wam żarty w stylu „Nie czuję różnicy, tankuję zawsze za 100 zł”, ale powiem jak u mnie jest. Od wielu lat tankuję wyłącznie „do pełna”. Nieważne, czy zbiornik ma 35 litrów (Fiat 500) czy 50 l (Skoda Kamiq) i czy zapaliła się już rezerwa, czy jeszcze nie. W zależności od auta i zapełnienia zbiornika płacę od 50 zł (dotankowanie przed dłuższą trasą) do 300 zł. Żadna z tych sum nie powala mnie na kolana. Nie chodzi o nieoszczędność, zwykle staram się tankować na stacji „najtańszej możliwej”, bo nie lubię głupio wydawać pieniędzy. Znam niedrogie sensowne adresy w mieście i będąc w pobliżu uzupełniam zbiornik. Podobnie na stałych trasach np. w góry, do Wrocławia, do Poznania mam swoje miejsca. Przy średnim uzupełnieniu ok. 30 litrów, różnica pomiędzy sensowną ceną z 2025 r. (ok. 5,30), a obecną (ok. 8 zł) przekracza 80 zł i zamiast płacić 160 zł potrzebuje wydać 240 zł. Ale nie tu tkwi pewien sekret mojego spokoju. Otóż, przez trzy kwartały 2026 r. (od I do IX) pokonałem w sumie 12 tys. km z czego 50% elektrykiem, a tylko 98% samochodami oszczędnymi. Przy średnim spalaniu moich aut (500c – 6l/100 km, Ioniq 5 l/100 km, Giulietta QV 8.5 l/100 km), nie ma dramatu. 6000 km x 5,5 l/100 km x 2.5 zł/litr daje niecałe 70 zł/m-c. Prawie niezauważalne.

Biedni-pracujący, czy Polsce grozi ten amerykański trend?

W literaturze zaangażowanej współczesnej Ameryki pojawia się pojęcie „working poor” czyli „biedni-pracujący”, albo „biedni pomimo pracy”. Zjawisko dotyczy faktu, że pensja albo nawet kilka źródeł dochodu nie starcza na życie w miejscu, gdzie takie wynagrodzenie się wypłaca.

Popatrzmy praktycznie. W wielu branżach królują „umowy śmieciowe”, gwarantujące tylko minimalną stawkę godzinową (31.40 zł brutto), ale już nie pełne zatrudnienie (170 godzin w miesiącu). W efekcie spora, pomimo chęci, pracuje 20 godzin/tydzień czyli na pół etatu. Zarabia wtedy ok. 2000 zł netto/m-c. Za taką sumę, nawet powiększoną o świadczenia, nie da się utrzymać dwóch osób (samotna matka). Cóż robić, podejmuje się drugą, taką samą pracę. Niby wszystko się zgadza, zostaje pełny etat, ale w takiej konfiguracji:

  • Poniedziałek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B,
  • Wtorek – 9-13 sprzątanie w A,
  • Środa 10-14 sprzątanie w A,
  • `Czwartek 7-11 sprzątanie w A,
  • Piątek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B
  • Sobota 12-18 zmywak w B,
  • Niedziela 12-16 zmywak w B.

Konsekwencje? Codzienna praca, bez wypoczynku, urlopu (na śmieciówce go nie masz), brak pewności (w tym tygodniu sprzątanie 7-11, w innym 15-19, których nie da się pogodzić ze zmywakiem), wreszcie marnowanie czasu na dojazdach.

Takim sposobem nie da się żyć na wynajmie. Dlaczego? Już pokazuję.

Samotna matka musi zapewnić opiekę dziecku, zaprowadzić je na zajęcia, pójść na zebranie, odrobić lekcje. Jak ma to zrobić, skoro z dojazdami spędza w pracy 10-12 godzin dziennie i to w czasie, gdy inni już dawno wrócili do domu? Z pensją ok. 4000 zł netto w dużym mieście (dodając alimenty i 800+ dysponuje ok. 5400 zł/m-c).

Otóż, jeśli 3500 zł kosztuje mieszkanie+opłaty, 500 zł dojazdy, na pozostałe wydatki zostanie 1400 zł i to tylko dlatego, że pomaga państwo. Za tyle da się przeżyć, ale nic więcej.

W efekcie w Polsce, zjawisko biednych-pracujących, dzięki pomocy państwa (te 800 zł faktycznie robi różnicę) ma znacznie mniejszy zasięg, ponieważ ogranicza się do wielkich miast. W USA, gdzie państwo abdykowało z funkcji społecznych, problem stał się powszechny (z pensji minimalnej ok. 17.000 USD rocznie, trzeba jeszcze zapłacić 8000 USD ubezpieczenia zdrowotnego, stąd biedni-pracujący po prostu go nie wykupują).

Ale perspektywy amerykanizacji polskich realiów wyglądają nieciekawie. W debacie publicznej pojawiają się głośne opinie (np. Ludwika Koteckiego), że z uwagi na zagrożenie wojenne trzeba wycofać 800+. Skutek – powtórzenie opowieści z USA. Kto nie wierzy, proponuję lekturę 'Nomadlandu”, albo innych reportaży z nurtu „praca za grosze”.

Freedom 55. Dlaczego ludzie nie przechodzą na emeryturę w wieku 55 lat, tylko czekają do 70-tki?

Najprościej:Przyczyny tego stanu rzeczy możemy podzielić na dwie kategorie: ekonomiczne i mentalne.

Teraz czas na rozwinięcie. Jak napisałem w sierpniu – Freedom 55, czyli własna, wcześniejsza emerytura wymaga posiadania kapitału w wysokości 1,5 mln zł. Można próbować z mniejszymi kwotami, ale narażamy się albo na ryzyko wyczerpania środków z worka, albo dorabianie (niepełną emeryturę). Ilu znacie ludzi, którzy mają 1.5 mln zł w inwestycjach, majątku, wolnych środkach i do tego mieszkanie/dom/kampera/jacht. W mojej bańce, ludzi zarabiających przez lata od 2 do 5 średnich krajowych na rodzinę, tworzących zbiór ok. 100 rodzin, otrzymujących czasami istotne darowizny (np.mieszkanie, mieszkanie+działka, wkład własny na dom) wszystkich policzyłbym na palcach jednej, maksymalnie dwóch rąk. W populacji – na pewno mniej niż 5 %. Większość, co podają wszystkie media dość regularnie nie posiada nawet 30 tys. zł oszczędności. 75% nie zebrała więcej niż 100 tys. zł. Co to oznacza? Że o wcześniejszej emeryturze mogą pomarzyć.

Znowu ciśnie się na usta pytanie – dlaczego – skoro na 1.5 mln złoży się:

  • 1000 zł miesięcznych oszczędności przez 30 lat przy stopie zwrotu 8%,
  • 4166 zł miesięcznie przez 30 lat, jeśli chowaliśmy kasę do skarpety.

Niewątpliwie, jeżeli założymy inflację równą stopie zwrotu (obligacje) odłożenie dzisiejszych 4167 zł dla rodziny z dochodem 30.000 zł nie stanowi problemu. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja ekonomiczna ludzi zarabiających mniej. W końcu, przy 30k dochodu mówimy o stopie oszczędności (relacja: oszczędności/dochód netto) na poziomie niespełna 14%, przy 10k już 42%. Nawet ktoś, kto jak my, zarabia ok. 2,5 średniej krajowej, powinien po prostu kupować obligacje za 30% swojej pensji. I tu z ekonomii/matematyki przechodzimy dalej.

Mental. Co takiego dzieje się w głowie ludzi zarabiających 2.5 średniej krajowej (ok. 16 tys zł netto), że unikają myśli o wcześniejszej emeryturze?

Powód 1. Brak wiedzy. Wiedza to ważny składnik mentalu. Jeżeli nie wiesz, że możesz przejść na emeryturę 10 lat przed czasem, nie zrobisz tego. Podobnie, gdy nie masz świadomości, jak to zrobić (poprawna odpowiedź: Odkładać i inwestować 2000-3000 zł czyli od 13,4 do 20% dochodów.)

Powód 2. Niewiara we własne siły. Myślenie – wprawdzie Oszczędny milioner może to zrobić z trójką dzieci, ale ja nie, ponieważ……. (tu pada szereg wymówek). Prawda jest inna – z pomysłem wcześniejszej prywatnej emerytury poradziło sobie mnóstwo osób. Jak wiemy, wielu przeszło na nią po 30-tce.

Powód 3. Lęk. Co się stanie, gdy inflacja pójdzie do góry? Co zrobię przy delflacji/spadku giełdy/potrzeby poniesienia dużego wydatku itd.? Doskonale rozumiem takie lęki, lecz podobnie jak przy duchach, ciemności itd. lęk trzeba zwalczać w sobie, gdyż nie przynosi nic dobrego.

Powód 4. Strach. W odróżnieniu od lęku, strach jest racjonalny. Boimy się czegoś istniejącego. Ludzkich wypowiedzianych opinii („jesteś leniem”, „co powiedziałby Twój ciężko pracujący ojciec”), własnych błędów, zatrzymania gospodarki. Obroną przed strachem staje się dobre przygotowanie, warianty awaryjne itp. Warto o nich pomyśleć.

Powód 5. Nieprzeznaczanie czasu na rzeczy ważne. Wielu współczesnych pracowników i jednoosobowych przedsiębiorców jest tak zajętych czynnościami zawodowymi, że zwyczajnie brakuje im godzin w ciągu dnia, żeby pomyśleć o sprawach strategicznych, jak własne bezpieczeństwo finansowe. Słynny Stephen Covey wprowadził do literatury sukcesu pojęcie „ostrzenie piły”, jako synonim „dbania o własne możliwości wykonawcze” albo typowo polskiego „tu trzeba usiąść i pomyśleć na spokojnie” i nie sposób się z nim zgodzić. Francuskie przysłowie mówi „Stracić beczkę dla garści wiórów”, a więc poświęcić rzeczy istotne dla mniej ważnych. Dokładnie tak zachowuje się wielu przedstawicieli klasy średniej – poświęcając miesiąc na planowanie wakacji (a nawet tygodnia na ustalanie wystroju stołu podczas kolacji i kilku godzin na retusz zdjęcia przed wrzuceniem do mediów społecznościowych), zamiast na założenie rachunku inwestycyjnego, przeczytanie książki o inwestowaniu. Mam znajomego, który świetnie nadaje się na przykład: dwa etaty, dobrze zarabiająca żona, jedno dziecko, ale inwestycje zerowe, kredyt na auto, wakacje 4 razy w roku i za każdym razem działają z żoną tak:

  • wydanie połowy pensji w galerii – 10 minut na podjęcie decyzji (powtarzane co miesiąc),
  • studiowanie tematu jak wybrać ujęcia do fotografii ze spotkania towarzyskiego – godziny oglądanych filmików i instrukcji,
  • zakup roweru, nart, butów do biegania, wczasów – miesiąc kilkugodzinnych analiz i konsultacji (w sumie 100 godzin), ale już o wiele droższy samochód kupuje wg renomy marki.

I nagle staje się oczywiste, dlaczego niewielkiej w sumie rodzinie (specjaliści lekko po 50-tce, dobre zawody, rodziny z tradycjami), która otrzymała pomoc na starcie, (dwa małe mieszkania, z których jedno posłużyło na wkład własny do większego) zarabiającej od wielu lat na poziomie 3.5 średnich krajowych (dzisiaj ok. 25 tys. zł netto) wiecznie brakuje pieniędzy na oszczędności. Poświęca cały wolny czas na rzeczy nieistotne, optymalizowanie marginalnych zakupów, a brakowało go na znalezienie odpowiedzi na pytania ważne: jak wcześniej spłacić kredyt, ile kosztuje serwis aut pewnej japońskiej, uznanej marki (podpowiadam „Motor” pisał o częściach 2-3 razy droższych niż np. w Toyocie), czy można zrezygnować z wczasów 4 razy do roku, ale za to założyć IKZE itd.

Na koniec pewna refleksja historyczna. Generałowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i dowódcy z Kampanii Wrześniowej, którzy przedostali się za żelazną kurtynę, mieli często po 50-60 lat. Przez lata żyli sobie nieźle wynagradzani i odcięci od trosk materialnych. Praktycznie żaden z nich nie dostał brytyjskiej emerytury, a w tym wieku posiadali jeszcze dzieci i niepracujące żony na utrzymaniu. Co zrobili? Poszli do pracy fizycznej. Jeden był barmanem, inny tapicerem, jeszcze inny pracował jako magazynier w fabryce praktycznie do śmierci w wieku 75 lat. Planując swoją starość trzeba wziąć pod uwagę i takie scenariusze.

SKI-ing, tym razem o jeździe bez nart. Nowa moda w konfliktowaniu pokoleń.

Było o KIDS (kids in parents pockets eroding retirement savings), teraz o innym akronimie – SKI (spending the kids’ inheritance, „wydawanie dziedzictwa swoich dzieci” – w luźnym tłumaczeniu ). Odnosi się on do emerytów, którzy żyją tzw. pełnią życia, wydając pieniądze na podróże, przyjemności i gadżety, zamiast zostawić kasę (spadek dzieciom).

Taka „szufladka” ma dwa oblicza. W pierwszym, starzy rodzice traktują sprawę żartobliwie, a dzieci podobnie, żartując, że każda podróż w tropiki umniejsza przyszły spadek. W drugim, obie strony podchodzą do sprawy niezmiernie poważnie, a różne grupy żyjące z nakręcania konfliktu, świetnie sobie żyją dostarczając argumentów.

Opcja „rodzice” podkreśla, że „nam nikt nic nie dał, a więc i my nie zostawimy w spadku nic.” Wykształciliśmy, posłaliśmy w świat, nasza rola się skończyła, młodzi mają sobie radzić. Statystycznie, taka narracja pozostaje niezmiernie daleka od prawdy. Niewielu znam dzisiejszych 50-60 latków, którzy od rodziców nie dostali nic. A to sprzedano pole, żeby kupić mieszkanie w mieście. A to sfinansowano samochód, hobby, opiekę nad wnukami. Działa mechanizm wyparcia. Ba znałem młodą emerytkę (babcię koleżanki, więc historia sprzed 40 lat) z kategorii „ja nic nie dostałam”, która wprawdzie spadek otrzymała niewielki, ale za to całe życie żerowała na pracy męża i wiecznie jej było mało. Nie planowała nic zostawić dzieciom, może trochę wnukom. Była SKI, zanim to stało się modne.

Druga skrajna grupa zakłada, że spadek trzeba zostawić „ja miałem kiepsko, niech teraz dzieci zakosztują lepszego życia.” W wersji antagonizacja „Twój ojciec to samolub, bo zamiast dać Ci odziedziczyć, znowu zmienił auto”.

Żadna nie ma racji, obie nie rozumieją mądrości poprzednich XIX-wiecznych pokoleń. Otóż uważano wtedy, że majątek dzieli się na dwie części:

  • odziedziczony, darowany, który trzeba przekazać dzieciom (w wersji skrajnej – nie można nim było dysponować w testamencie),
  • zarobiony samodzielnie – pełna swoboda: zostawić kolejnym pokoleniom, przepuścić, przepisać na kościół, nikomu nic do tego.

I zgodnie z tym postępowano. Jeśli ktoś dostał majątek ziemski, starał się go zachować dla dzieci. Jeśli warsztat, to warsztat, pole to pole itd. Wszystko inne mógł przegrać w ruletę, przepić. Kto przegrał odziedziczone, narażał się na grupową dezaprobatę i łatkę utracjusza. W świecie prostych reguł, ludzie żyli prosto.

„Czysta głowa”. Jak wieś redukuje stres.

Tygodnie płynęły mi w sierpniu określonym trybem. Trzy dni na etacie, dwa dni we własnej firmie, sobota na wsi i niedziela z rodziną. Ponieważ mój smartwatch posiada funkcję pomiaru stresu, widzę drastyczną różnicę. Marek nazwał ją „czystą głową” i ja takie określenie kupuję.

Otóż, jak wskazuje tytuł, wieś właśnie redukuje stres, „czyści głowę”. Czułem to intuicyjnie, a teraz wiem, bo sprawdziłem doświadczalnie.

I tak, na wsi 88% czasu przebywam w „stanie relaksu” i „stresie niskim” (z przewagą tego pierwszego), z kolei „stres umiarkowany” to 12 %. „Stres wysoki” nie występuje.

Kiedy działam w swojej działalności gospodarczej, wyniki zmieniają się. Stan relaksu występuje tylko rano i razem ze stresem niskim dają 45%, 50% to stres umiarkowany, a 5% wysoki.

Natomiast praca na etacie, w której nie jestem panem własnego czasu, wywołuje zupełnie skrajne reakcje organizmu. Są dni, że stres wysoki to 10%, umiarkowany 60%, a tylko 30% przypada na niski oraz stan relaksu. A pamiętajcie, że zegarek mierzy stres od rana do zaśnięcia, czyli „po robocie” poziom wcale nie spada, a i przed wychodzi słabo.

Różnice pomiędzy „wsią” a „pracą” wychodzą drastyczne, nie da się ich zbyć opowieścią o ciężkim dniu. Już rano, wchodzę w stan ciągłego napięcia, wyczuwalny przez aparaturę (tętno, rytm serca). Ponieważ instrukcja mówi, że duży wysiłek (ciężka fizycznie harówka jak i trening) mogą zaburzyć wyniki, w teorii na działce powinienem notować skoki, np. kiedy przez 40 minut szarpię się z kosą spalinową. Nic z tych rzeczy. Podany wynik pokazuje jasno – obcowanie z przyrodą relaksuje mnie lepiej niż jakiekolwiek ćwiczenia oddechowe w biurze. I wywołuje efekt trwający od rana do wieczora. Co więcej, jeśli tylko wsiadam do auta i wracam na noc do miasta, następuje nagłe odwrócenie trendu. Pojawia się „stres umiarkowany”, pomimo iż siedzę przed komputerem i piszę tego bloga. Ba, on rośnie nawet kiedy jadę samochodem wiejską drogą. Oczywiście nie do poziomu „wysoki”, ale wykres pokazuje wyraźnie – miasto=stres, wieś=relaks.

Zanim miałem smartwatcha z pomiarem stresu czułem ten stan luzu podświadomie. Po ciężkim tygodniu, wystarczył weekend na wsi i wracałem w kolejny tydzień z „czystą głową”, chociaż fizycznie zmęczony (koszenie 10 godzin, prawie bez przerwy). Czy Wy czujecie tak samo?

Oko.press o emeryturze. Pięć sadzonek nieprawdy, które należy wykorzenić.

12 maja tego roku w portalu oko.press pojawił się artykuł: https://oko.press/demografia-bez-demokalipsy-nie-panikujcie-system-emerytalny-sie-nie-zawali . Zawarto w nim tezę, że z demografią wcale nie jest tak źle, a system ZUS nie zmierza do katastrofy. Nieprawdziwą tezę naukowcy (opisywana już „ekspertka od składek przedsiębiorców”, w rzeczywistości ma doktorat z dziennikarstwa, a nie ekonomii, prawa czy zarządzania, została wzmocniona prof. Szarfenbergiem… politologiem) próbują udowodnić za pomocą pięciu narracji, nazwałem je „sadzonkami nieprawdy”. Należy je szybko wykorzenić. Jeśli bowiem wydadzą nasiona, zarosną nam cały ogród. Wróćmy do zdrowych korzeni matematyki. Do dzieła, bo w długim artykule o emeryturach nie przywołano żadnych obliczeń, sama właściwa dziennikarzom i politologom „mowa-trawa”. Zresztą wystarczy się przyjrzeć cytatom.

Sadzonka nr 1.  Bo kiedy wszystko podporządkowuje się demografii, z pola widzenia znikają rzeczy najważniejsze: ubóstwo, nierówności, niepewna praca, samotność, przeciążenie opieką, kryzys zdrowia psychicznego, trudności w budowaniu trwałych relacji.

Czy ktoś o umyśle chociaż trochę ścisłym może się z tym zgodzić? 100 lat temu: ubóstwo, nierówności, bezrobocie, przeciążenie opieką były większe. I to zdecydowanie. Samotność, zdrowie psychiczne na podobnym poziomie, chociaż mniej o nich mówiono. Tylko trudności w budowaniu trwałych relacji zwiększyły się drastycznie. I to brak trwałych relacji odpowiada za niską dzietność, bardziej niż cokolwiek innego. Realnie chodzi o relacje dzieci-rodzice, mężczyzna-kobieta, dziadkowie-wnuki, ale i w dalszej rodzinie i gronie przyjaciół czy w pracy. Relacje odpowiadały za istnienie „grupy wsparcia”, która potrafiła przejść gorsze momenty. Ktoś zagłuszał lęki młodych, dawał im kasę na start, namawiał do pogodzenia się. Dzisiaj cały ten system wywrócono. Wielu dwudziestolatków musi radzić sobie samodzielnie, w coraz bardziej zmiennym świecie. Opisywałem to zjawisko wielokrotnie. Moje pokolenie dostało mieszkania lub istotne wkłady od rodziców. Teraz sami obdarowani często nie dają dzieciom prawie nic, więc te zaczynają od zera. Podobnie kształtuje się opieka nad wnukami. Wielu dzisiejszych 50-latków, w znacznym stopniu wychowywały babcie. Teraz wygląda to inaczej. Znowu – przyczyna leży w relacjach, ale i sposobie życia. Jeżeli 67-letnia kobieta nadal pracuje (przykład z mojej pracy), w jaki sposób jej 40-letnia córka może liczyć na pomoc, kiedy ma urodzić dzieci? Jeżeli korpo zwalnia młode matki, w pierwszym możliwym momencie (albo i od razu po powrocie), ile osób zdecyduje się na dziecko?

Sadzonka nr 2. A przecież dzieci nie rodzą się w statystykach. Rodzą się albo nie rodzą w konkretnych warunkach życia: w mieszkaniach, na które kogoś stać albo nie stać; w pracy, którą da się albo nie da się połączyć z opieką; w relacjach, które dają poczucie bezpieczeństwa albo go nie dają.

Kolejne humanistyczne brednie, zupełnie oderwane od liczb i historii. Jeszcze raz powiem – dzieci rodziły się w II RP, PRL, w rodzinach z PGR-ów w 1995 r. Aż przestały się rodzić. Pracy, wcale nie trzeba łączyć z rodzicielstwem, przecież jeszcze 45 lat temu nie istniały roczne urlopy macierzyńskie, a pensje wystarczały na mniej. Podobnie jest z relacjami. Obserwuję wiele osób, w złych, a nawet tragicznych relacjach. Nawet w nich pojawiają się dzieci, czasem całkiem sporo. Co się stało? Pisałem o tym już kilka razy. Matematyka. Niska baza matek. Znacznie niższa niż 30 lat temu. Nic nie da się szybko zrobić. 3 mln x 2 dzieci= 6 mln dzieci, a 1.5 mln x 2 dzieci = 3 mln dzieci. Drugi temat – wspominałem w jednym z komentarzy, dzisiaj żeby doszło do zastępowalności pokoleń matka w związku musiałaby rodzić 4-5 dzieci. Ponieważ samotne kobiety wyjechały do miast i … nie mają żadnych związków, nie tylko satysfakcjonujących. Samotni mężczyźni zostali na prowincji i czeka ich to samo. Jeśli weźmiemy pod uwagę te dwie zmienne – te które mają stałe związki powinny rodzić po 8 dzieci. Nierealne.

Sadzonka nr 3. Podstawowym powodem, dla którego nasze emerytury będą niskie, jest konstrukcja systemu tzw. zdefiniowanej składki, w określonym otoczeniu społeczno-prawnym. Od 1999 r. mamy bowiem system, w ramach którego każdy z nas, który ubezpieczony jest w ZUS, ma swoje indywidualne konto. 

Powtórzę się po raz nie wiadomo który – mamy niskie emerytury, bo dopłacamy świętym krowom: rolnikom, księżom, mundurowym, sędziom i prokuratorom, a teraz padł pomysł na artystów. Emerytury mamy niskie, ponieważ ogromna liczba osób bierze je przed 50-tką, nie płacąc grosza składek. Dzisiaj widziałem artykuł (https://businessinsider.com.pl/praca/emerytury/emerytury-mundurowe-o-70-proc-wyzsza-niz-w-zus-mamy-nowe-dane/0k2jymv )- średnia emerytura mundurowa wynosi ok. 7000 zł i jest o 70% wyższa niż ZUS-owska (tam jest 4000 zł). Do tego mamy 170 tys. emerytów mundurowych, ze średnią wieku zakończenia pracy 48 lat. Na tych emerytów budżet wydał 18 mld. Dodajmy do tego 30 mld dopłacane do KRUS (składki pokrywają 10% wydatków). Gdyby system był sprawiedliwy i równy dla wszystkich problem niskich emerytur dotyczyłby marginesu.

Konstrukcja zdefiniowanej składki, stosowana konsekwentnie, wymuszałaby normalność. Jeszcze raz ujawnię dane: W ZUS mam 660 tys. zł, w OFE 220 tys. zł. Przy czym do ZUS od kilkunastu lat trafia 85% składki emerytalnej, a do OFE 15%. Wcześniej podział też był korzystniejszy dla ZUS. Ten system zwyczajnie okrada nas z odsetek pod przymusem oszczędzania w państwowym molochu.

Sadzonka nr 3. Skąd się biorą więc tak niskie stopy zastąpienia?  Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to licznik równania emerytalnego. Wiele osób gromadzi niskie kapitały, bo pracują za niskie wynagrodzenia, niektórzy mają dłuższe lub krótsze przerwy związane z opieką nad kimś, bezrobociem, nieaktywnością, a także dlatego, że system umożliwia, czasem wbrew woli samych ubezpieczonych, a czasem sami tego chcą – unikanie lub obniżenie oskładkowania, o czym pisaliśmy wyżej. Drugim powodem niskiej stopy zastąpienia jest mianownik, a więc dalsze trwanie życia wg GUS w momencie przejścia na emeryturę.

Wyrywałem ją już z 10 razy, zrobię to jeszcze jedenasty. Dla dzisiejszego młodzieńca lat 30, stopa zastąpienia (stosunek emerytury z ZUS do poborów) wyniesie 25%. Jak to możliwe matematycznie, skoro mężczyźni żyją na emeryturze średnio 12-13 lat, pracują ok. 41 lat (po studiach, bo niektórzy i 47 lat), a składka wynosi 20% ich pensji? 20% x 41 lat= 820. 820/13=63,0769. Stopa zastąpienia powinna wynosić 63% pensji, czyli całkiem przyzwoicie.

Nawet prowadzący DG posiadają swoje wyliczenia. 20% x 60% średniej = 12% średniej. 12% x 41 = 492. 492/13=37,846. Przedsiębiorca powinien dostać zatem emeryturę w wysokości 38% średniej pensji – ok. 2 emerytury minimalne. A dostanie jedną.

Bajki o opiece nad kimś (ilu znacie facetów na wychowawczym?) wyśmiewam, bezrobocie wynosi od lat sporo poniżej 10% i nic nie zapowiada drastycznych wzrostów. System wyrównuje te lata kobietom, doliczając okresy macierzyńskiego i wychowawczego, jakby były opłacane składki. To jest system składki zdefiniowanej? Do tego preferencje wieku (czyli mianownika) dla kobiet.

Co więc się dzieje? Państwo (ZUS) okrada nas w biały dzień. Wymyśla sztuczne okresy dożycia (18 lat dla 65-latka), znacznie powyżej faktycznej średniej i co roku je podnosi. Okrada nas podnosząc mianownik. Swoim szalbierstwem zachęca do ucieczki z systemu: unikania bądź obniżania składek, albo nie płacenia ich przez całe lata. Ponieważ, właśnie z powodu demografii dzisiejszej stopy zastąpienia nie da się utrzymać. Mówią o tym ekonomiści, a nie politolog z dziennikarką.

Sadzonka nr 4. Warto też pamiętać, że niskie prognozy emerytalne w Polsce nie wynikają przede wszystkim z demografii, lecz z konstrukcji systemu zdefiniowanej składki funkcjonującego w silnie segmentowanym rynku pracy. Jedni pracują stabilnie, na dobrze wynagradzanych umowach i gromadzą znaczące kapitały emerytalne. Inni, z własnego wyboru albo z powodu warunków rynku pracy, funkcjonują w świecie umów cywilnoprawnych, samozatrudnienia, okresów bezrobocia czy nieoskładkowanych dochodów.

Kolejna część anty-matematyki. Dla pani doktor i pana profesora, żeby zrozumieli, piszę po raz 12-ty. Przez 27 lat miałem stabilną i dobrą pracę. Żadne smieciówki, UOP. Nigdy nie doświadczyłem bezrobocia, samozatrudnienia (w sensie składkowym), umów cywilnoprawnych.

Nie zgromadziłem „znaczących kapitałów emerytalnych” bo ZUS wypłacił je aktualnym emerytom. Zostało, tylko w zapisach, 650k w ZUS plus 220k w OFE. Odprowadzałem górę składek (przez 11 lat od 250% średniej krajowej) czyli w roku 2024 ok. 54 tys. zł. Tylko te 11 lat dało mi prawie nominalną kwotę ZUS. Gdzie waloryzacje i obiecywane frukta?

Uśredniając, płaciłem składki od ok. 170% średniej. Gdybym ostatnie 15 lat przed emeryturą pracował na 145%, wyszłoby ok. 160% średniej. Przepracowałbym 42 lata. Policzmy. 160% x 20% składki x 42 lata= 1344. Podzielmy przez oficjalną średnią dożycia (13 lat) ok. 103% średniej pensji. Ile proponuje mi system? 65 %. Na dzisiaj. Zanim dojdę do emerytury, będzie to 50%, bo ZUS co roku majstruje przy stopie zastąpienia.

Matematyk nie widzi żadnej tajemnicy, opowieści o bezrobociu (którego od 20 lat prawie nie ma), tylko nagie liczby. Powinienem dostać 103% średniej krajowej (czyli ok. 9500 dzisiejszych złotych), dostanę 50% (czyli ok. 4800 dzisiejszych złotych). Co się stało z resztą, przy tzw. gigantycznych waloryzacjach, braku bezrobocia itd.? Ano poszła na kogoś, kto pracował 14 lat, ale skończył studia i rok był na bezpłatnym (okresy bezskładkowe) i trzeba mu dopłacić do emerytury minimalnej. Resztę zjadł ciągle podnoszony mianownik. Z tego powodu, powiedzenie „pas” i wypadnięcie z systemu, wydaje się najrozsądniejszą alternatywą. O ile odkładamy na boku.

Sadzonka nr 5. Panika demograficzna nie pomaga projektować instytucji. Przeciwnie, zastępuje analizę moralną opowieścią o kryzysie.

Zdanie takie napisała para naukowców, nie podając żadnej liczby. Zatem podam je ja. W 2005 r. mieliśmy 5 mln emerytów i 12.6 mln pracujących. Stosunek 1:2.5.

W 2050 r. będzie to 13.7 mln emerytów oraz 11.5 mln pracujących. Stosunek 1.19:1 na niekorzyść pracujących.

Powiedzcie mi szczerze, czy sieję panikę, czy da się te liczby zastąpić „analizą moralną”? Przecież dwójka pracowników szacownych uczelni, odprawia jakieś, kompletnie oderwane od rzeczywistości czary. W 2005 r. przy składce emerytalne 20%, dało się zapewnić emerytom 50% stopę zastąpienia (2.5 x 20%), bez dokładania z budżetu. W 2050 r. wyjdzie nam 17% (20%/1,19), czyli 3 razy mniej. Tak działa demografia i matematyka. W efekcie miliony emerytów, które nie zadbały same o siebie (IKZE, IKE, PPK, OKI), dostaną głodowe świadczenia, albo pracujących zarżnie się podatkami. Żadne „analizy moralne” nic nie zmienią, zwłaszcza że są niemoralne, albowiem nawołują do przyzwolenia na kradzież.

Czy stała rata hipoteki gwarantuje wysoką dzietność?

Jeden z polityków powiedział niedawno tak: „Zakładajcie rodziny teraz. Bez rodzin nie przeżyjecie, choćbyście mieli po sześć mieszkań.” Jako antidotum na trudną sytuację wskazał kredyty hipoteczne o stałej racie. Czas rozłożyć na czynniki pierwsze tę wypowiedź.

Zacznijmy od początku czyli niemożliwości przeżycia bez rodziny. Nie bardzo wiem, co poseł miał na myśli. Nie żyjemy na XIXw. wsi, żeby dużo dzieci gwarantowało emeryturę i przeżycie. Mit o „szklance wody na starość” także upadł wraz z rozwojem usług opiekuńczych i świadczeniach, a tu jeszcze te 6 mieszkań. Otóż, znam wiele osób, które nie posiadają dzieci. Żyją sobie w parze, albo jako single i doskonale prosperują. Celowo pomijam tych 45-, bo los jeszcze może im się odmienić. Pięćdziesięciolatkowie chodzą do lekarza, jeżdżą po świecie, rodzinę zastępują im przyjaciele. Starsi wymyślili nawet pomysł na niedołężność – komuna singli, pomagających sobie wzajemnie. Duży parterowy dom, w pięknym miejscu, w którym każdy ma kawalerkę (pokój z aneksem kuchennym i łazienką), z przestrzenią wspólną.

6 mieszkań, jak już zdekodowaliśmy z Bartkiem, gwarantuje dochód 12-15 tys. zł/m-c. Dla pary wystarczy. Zwłaszcza, jeśli zlokalizowane w dobrym miejscu. Jedno pójdzie na udział w komunie singli.

Teraz druga część – stała rata hipoteki. Pan poseł – weteran kredytów (zanim wszedł do polityki miał kilka takich zobowiązań), zapomina o kilku zmiennych. Są nimi: brak zdolności kredytowej (na którą nie pomoże stała rata), oraz wysokość raty. I tu docieramy do sedna problemu. Stała rata ma sens, o ile pozostaje niska, w zasięgu możliwości. Dzisiaj da się zaciągnąć kredyt ze stałą ratą (precyzyjnie – ze stałym oprocentowaniem i ratą annuitetową), ale jest on sporo droższy. Czy ktoś go wybiera? Nadal niewiele osób. Model zachodnioeuropejski, dzięki Euro (któremu nasz polityk akurat się sprzeciwia) ma inny układ – oprocentowanie stałe na minimum 10 lat i 3-4%. Pozostaje nam powiedzieć „sprawdzam”. Czy w UE młodzi biali mają wiele dzieci? Nie. Pomimo stałego oprocentowania hipotek. Czy mieszkania w dużych miastach stały się w takim Paryżu czy Lyonie dostępne? Też nie. Proponowany system nie działa. Czas wyjaśnić przyczynę.

Model ekonomii napędzanej przeprowadzkami do wielkich miast powoli się wyczerpuje. Niesie bowiem w sobie pewną stałą sprzeczność, (podobnie jak teoria o niskiej dzietności spowodowanej niedostępnością mieszkań, jeśli znamy przeludnienie lokali i dzietność w II RP). W teorii, metropolie gwarantują świetne zarobki. W praktyce:

  • trzeba różnicę przeznaczać na mieszkanie,
  • rozrastające się miasta powodują długie dojazdy i brak czasu,
  • wyprowadzając się np. do Warszawy, młodzi ludzie odrywają się od systemu wsparcia w postaci rodziców,
  • brak czasu+brak rodziców na miejscu = brak możliwości założenia rodziny i sił na takie akcje.

I nie pomagają nawet duże pieniądze. Jednocześnie, dzieje się tak, że dzieci nie ma także na prowincji. Nie rodzą się. Dlaczego? Skoro wsparcie jest, bezrobocie niskie?Otóż działa jeszcze jeden mechanizm. Do miast wyjeżdżają głównie kobiety, na miejscu zostają mężczyźni. I nie mają z kim tych dzieci płodzić. W wielkich miastach, nierównowaga działa w drugą stronę – stała nadwyżka młodych kobiet nad młodymi mężczyznami, wywołuje podobny skutek – nadmiar singielek.

Pewnym lekarstwem okazuje się praca zdalna, odrywająca miejsce zamieszkania od miejsca zatrudnienia. Niby podpisaliśmy umowę z firmą warszawską, a pracujemy z domu. Dokładnie minutę po wybiciu 17 (albo i 15, gdy pracodawca stosuje elastyczny czas pracy), cała biurowa masa jest wolna i od razu we własnym mieszkaniu. Nie musi marnować 1 godziny (Białołęka) na powrót do domu. Ale i praca zdalna nie zahamowała spadku dzietności. Dlaczego?

Otóż główną przyczyną nieposiadania dzieci pozostaje obserwacja, że lepiej mieć 6 mieszkań (albo 12 jak inny poseł), niż dwójkę dzieci. Komfort życia większy, problemów mniej. Do tego dołóżmy różne niezbyt szczęśliwe teorie etyczno-estetyczne (przeludnienie Ziemii, dzieci hałasują, brudzą, śmierdzą itd.), świadomość działania systemu (dla kobiety dziecko powoduje mniejszą wartość na rynku pracy, dla mężczyzny ryzyko płacenia alimentów i nieoglądania potomka). Swoje robi „pedagogika wstydu” czyli etykiety od obu stron politycznego sporu – od „kobiet dających w szyję” do „madek”. Na skutek tych zjawisk (plus całego zestawu zmian: późniejszych emerytur, chęci „prawdziwego życia na starość, zamiast bawienia wnuków”), posiadanie dzieci nie jest ani modne, ani łatwe. I stałe oprocentowanie hipotek nic tu nie zmieni. Ponieważ przyczyn obecnego stanu rzeczy jest znacznie więcej niż dostępność mieszkań.

Miasto kontra wieś. Zaskakujący wniosek z dwóch dni.

Wszyscy, którzy piszą o negatywach zamieszkania na wsi, wymieniają jeden główny powód: czas dojazdu. Po wyprowadzce miałby się drastycznie wydłużyć. Czy prawda musi wyglądać właśnie tak?

Niekoniecznie, o czym świadczy moje ostatnie doświadczenie. W piątek jechałem na wieś. Godzina wyjazdu z centrum miasta 15.32. Do przejechania 33 km, z czego 10 km dwupasmówkami (w tym 5 km taką „miejską” z ograniczeniem prędkości 60-90 km/h). Czas – 35 minut.

We wtorek, o podobnej porze (wyjazd 15.35) miałem przemieścić się z domu do firmowego biura. Czyli z osiedla blisko centrum, prawie do obwodnicy miasta. Odcinek do przejechania 3 km. Czas? 32 minuty. Nie żartuję, pierwsze 1.5 km jechałem 20 minut. Nie było wypadku, po prostu korek, w sobotę nawigacja pokazała 7 minut. Nie musiałem przebijać się przez centrum, praktycznie 80% jechałem dwupasmówką. No, ale zator na jednej z arterii, wywołał problem ze skrętem w prawo na drugiej i odcinek 800m pokonywałem w 15 minut. Dla precyzji, zwykle w tygodniu (eliminuje weekendy) kwadrans wystarczy na przejechanie tych 3 km.

Zatem, nie – wyprowadzka na wieś nie musi drastycznie wydłużyć czasu przejazdu. Liczy się płynność ruchu na danym odcinku. Odległość też ma znaczenie, ale typowe 15 minut kontra 35 minut (gdybym mieszkał przy węźle obwodnicy byłoby 15 minut kontra 25 minut na odcinkach 3 i 23 km) nie robi tragedii.

Dlaczego więc większość byłych mieszkańców przedmieść (10 km od centrum) zgrzyta zębami? Powodów widzę kilka:

Porównują inny czas. Wielu ludzi wywiezionych jako nastolatkowie, porównuje dzisiejsze korki na wylotówce z płynnością ruchu sprzed 10 lat. Te czasy przejazdu nadal się wydłużają i tam, gdzie niedawno przejeżdżałem płynnie, teraz stoję.

Zestawiają dojazd komunikacją publiczną, a nie autem. Działa optyka nastolatka. Tutaj 3 przystanki tramwajem (10 minut) i był w galerii, a na wsi 3 km z buta do autobusu, potem 45 minut jazdy. Dorośli ludzie zwykle mają auta, albo… do miasta jeżdżą rzadko (emerytura, własna firma, praca zdalna).

Zakładają codzienne dojazdy. Znowu – optyka ucznia/studenta, który jedzie na poranne zajęcia, a nie np. pracownika zdalnego lub freelancera.

Zakładają BIG FIVE. Widzę ich czasem, jadąc z Poznania czy Wrocławia południową obwodnicą Warszawy. 1 godzina stania między dwoma węzłami, bo wypadek. Ktoś nie dostosował prędkości do warunków jazdy i wszyscy stoją (albo nie mogą wjechać na węzeł). W takich warunkach dojazd np. z Piaseczna na Pragę może zająć i 2 h. W mniejszych miastach (chociaż nadal sporych), wygląda to inaczej, bo nawet na obwodnicy natężenie ruchu mniejsze. Korkują się: centrum, wąskie wylotówki i newralgiczne drogi dojazdowe do osiedli. Mieszkam niedaleko jednej z nich, stąd z pracy wracam często autem w tempie piechura (20-30 minut). Wtedy wolę wybrać własne nogi (i idę skrótem 1.7 km, a jadę 3 km). Ale w te same 30 minut, jeżeli docisnę, przejadę 40 km (droga na wieś, gdy jadę s-ką, a nie zjeżdżam na węźle obwodnicy miasta), bo korka nie ma.

Wreszcie najważniejsze, ignorują topografię miasta. Dlaczego w 35 minut dojechałem z centrum na wieś? Bo po 200 m wąskiej drogi wyskoczyłem na płynną wylotówkę (obwodnica śródmieścia), a potem ominąłem wąskie gardło przedmieść obwodnicą miasta. Na koniec została mi typowa wiejska droga wojewódzka, jednopasmowa, lecz płynna. Gdybym miał jechać np. w kierunku domu mojego brata (dalej miasto, ale jedyny odcinek, gdzie nie domknięto koła obwodnicy), przez 6 km prowadziłyby mnie wąskie, zakorkowane drogi (z 1 km dwupasmówki). Stąd 35 minut nie byłoby rzadkością. 6 km czasem równa się 33 km. Ważne skąd i dokąd jedziesz. Opisywałem wielokrotnie Białołękę – w godzinach szczytu 1 godzina do Mordoru, a komunikacją publiczną, bywa dalej. Tymczasem z Otwocka da się dojechać  szybciej.

Dlatego wieś nierówna wsi, a miasto, miastu. Trzeba samemu sprawdzić, popatrzeć, jaką się ma rodzinę i dopiero wybierać.

Pięć samochodów dla pięcioosobowej rodziny (2+3).

Tym razem na życzenie Łukasza zajmuję się problemem wyboru samochodu dla rodziny 2+3. Ponieważ sam przez kilka lat ćwiczyłem ten model jazdy mam pewne doświadczenia. Nie zawsze pozytywne, rzecz jasna.

Zaczynam od podstaw. Jakie cechy musi mieć auto dla Dużej Rodziny? Wskazałbym cztery:

  1. Duży bagażnik – żeby pomieścić wszystkie te klamoty, zakupy, zabawki, pieluchy, wreszcie wakacyjne bagaże. Minimum: 400 litrów. Maksimum – nie istnieje. Znam ludzi, którzy po prostu kupili busa (tak jak radził Artur) i… nadal brakowało im miejsca. Bagażnik powinien być wysoki, co na pierwszym miejscu stawia minivany i vany. Jeździłem Volvo V70 II. Niby sporo miejsca (ponad 500 l), ale płasko, no i pewne przedmioty: rowerki, walizki stawiane na sztorc, torby układane jedna na drugą itd. nijak nie chciały się zmieścić. Stąd wniosek – bagażnik powinien mieć zdejmowaną półkę lub roletę – odpadają sedany.
  2. Szeroka tylna kanapa – znowu wygrywają minivany, vany i kombi. Trzy foteliki obok siebie, dwa foteliki plus osoba dorosła w środku. Duża rodzina jeździ w takiej konfiguracji. Zapomnijcie o klasie B, C. Co najmniej D (czyli klasa Passata). Ideał (znowu vany) – trzy oddzielne fotele zamiast kanapy.
  3. Dużo miejsca na nogi z tyłu – ponownie – górnej granicy nie widzę. Skoda Superb Kombi – proszę bardzo, V-klasa, E-klasa – idealnie. Sam jestem wysoki, moi synowie też więc dobrze czuliśmy się od Passata w górę (o dziwo, Skoda Kamiq wystarczała). Jedna uwaga – nawet małe dziecko siedzące w foteliku potrzebuje sporo miejsca, inaczej będzie kopać nas po plecach. Dlaczego? Ponieważ prostuje nogi.
  4. Niskie i przewidywalne koszty utrzymania – dzieci to skarbonka, po co sobie dokładać nagłych rachunków. Stąd zabraknie aut dla osób z grubym portfelem – pojawią się ich tańsze zamienniki.

Skoro znamy warunki brzegowe czas na prezentację. Celowo podzieliłem rynek na segmenty cenowe: tanio – do 20k zł, środek 21-50k, górna półka 51-80k. Wymieniam na niej tylko samochody używane, kilkuletnie.

Tanie auta dla dużej rodziny. Tanio znaczny silnik z LPG lub diesla. W tej kategorii zawieramy sporo kompromisów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wyeksploatowanie i/lub osiągi.

VW Passat B5. 1.9 TDI lub 1.6/2.0 LPG. Nieśmiertelny, dla niektórych jedyny słuszny wybór. Wielki, prosty, niezniszczalny, superkombinacja. Przewiezie ekipę budowlańców z maszynami, przewiezie i rodzinę 2+3. Z jednym zastrzeżeniem – zero dziwnych silników (np. 1.8T +gaz), szukamy dobrego stanu technicznego. Nie zamieniamy na Audi A4, które choć kusi prestiżem czterech pierścieni nie dorasta młodszemu bratu do pięt wymiarami wnętrza i bagażnika. Do tego wielowahaczowe zawieszenie może nas zniszczyć, zwłaszcza na gorszych drogach.

Citroen C5. Wielkie wymiary, niezłe silniki 2.0 z gazem i wieczne HDi (też najlepiej 2.0). Niższa cena, wygodniejszy. Ew. zamienić na vana – Xsara Picasso (nie mylić ze zwykłą Xsarą), zachowując silniki. Kiedyś symbol ekstrawagancji – dzisiaj całkiem niezłe auto użytkowe.

Alternatywy? Zafira II, Touran I. Oba minivany ze sporymi bagażnikami.

Auta środka. Tutaj już możemy poszaleć. Albo wiekiem, albo oryginalnością.

Dacia Lodgy. Pierwszy i ostatni minivan Dacii. Nie przyjął się na rynku, a szkoda. Już niezłe diesle (1.5 Dci). Mnóstwo miejsca w środku. Wada? Trudno wyjąć fotele. I to byłoby na tyle. Tanie naprawy, mało pali, czego chcieć więcej? Może prestiżu. Jeśli tak, to zmiana frontu. Dustera nie polecam – okaże się za ciasny.

VW Touran II. Nowocześniej, lepiej, więcej miejsca. Wzorzec vana jeśli odrzucimy dziwne 1.4TSI. Znacznie lepiej wyjdzie 2.0 TDi na common railu. Zafira III da nam podobne odczucia i mniej prestiżu. Wybierzmy 1.4T, ale uważajmy na skrzynie nmanualne – lubiły się psuć. Ew. zamienić na Caddy – jeśli ktoś chce przestrzeni, a akceptuje spartańskie wnętrze i marne osiągi (zdławione silniki).

VW Passat B8, Skoda Octavia III, IV, Skoda Superb II, III – kto chce elegancji porzuci vany i wybierze klasyczne kombi. Ogromne bagażniki (ok. 600 l), dobre prowadzenie, wygoda. Mijamy niefartowne serie jak Passat b6 (dramat), b7 (fatalne diesle), skoro za 40k możemy mieć elegancką b6 z dieslem 1.6. Jeździłem takim – poza autostradą super. Koncern WAG miał niezłe motory 1.5 TSI, 2.0 TDI. I tego się trzymajcie.

Ciekawą alternatywą mogą okazać się Mercedesy B-classe, ale te z drugiej serii. Co jeszcze? Dla odważnych (i posiadających rezerwy) E-klasse W 212 w kombi z dieslem. Marzenie, aczkolwiek uważajcie, łatwo o minę. Z uwagi na drogie wpadki odradzam Volvo XC60, wszelkie BMW, Audi. Zresztą – premium (może poza A6) nie stawia na wielkość. Zapomnijmy o Renault Lagunie (dziwny kształt bagażnika), Scenicu (za delikatne zawieszenie) i wielu innych. Trzymajmy się sprawdzonych wzorców.

Górna półka. Daje poszaleć, ale tu tkwi pułapka. Bo skoro wybór ogromny, łatwo o minę. Taką okażą się np. wszelkie auta amerykańskie. Blogowy miłośnik USA – Jan, polecał np. Jeepa. Świetnie, pięknie, tylko albo dostajemy wielki wóz z ciasnym wnętrzem (uwaga – Amerykanie mierzą bagażnik do dachu – ich 800 l to czasem ledwie 400 l), albo mega nietypową skarbonkę. Odrzucamy (z bólem serca, przyznam) stare Porsche Cayenne, najtańsze Panamery rocznik 2010 z USA, BMW 5er itd., a nawet 750 (urywające się wałki rozrządu). Zapominamy o syrenim śpiewie X3, wszelkich SUV-ów premium. Tam płacimy za modę, a nie cechy użytkowe. Ponarzekałem – czas na wybór.

Skoda Karoq lub Kodiaq. Technika jak w Passacie czy Octavii, więc silniki niezawodne. Kształt SUV-a, ale spore wnętrze i bagażnik. Łatwość odsprzedaży, aczkolwiek za 80k kupimy auto starsze i ze sporym przebiegiem (Kodiaq). Stąd – powtarzam to wiele razy – lepiej wziąć niemodne kombi. Uzyskamy lepszy współczynnik cena/wiek/zużycie.

Audi Q5. Wisienka na torcie. Szczerze mówiąc, gdybym miał wybrać starszą Q5 z nietypowym silnikiem albo wielkim przebiegiem, biorę w ciemno Superba Kombi. Ale nie każdy myśli w ten sposób. Niejeden wybierze markę przed jakością i… potem żałuje.

Czy dodalibyście coś jeszcze?