Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Praca.

Nawet samowystarczalne gospodarstwo wymaga zarobienia chociaż tego minimum. W moim przypadku, jestem w stanie za 2 dni realnej pracy tygodniowo przynieść do domu ok. 6000 zł. Wtedy żona nie musi pracować, a ja sam faktycznie się nie zmęczę. To opcja nr 1.

Drugie wyjście – życie z kapitału, wygląda jeszcze lepiej. Zakładając prostą regułę 4% (na utrzymanie wystarczy 4% zgromadzonych i zainwestowanych środków), żeby uzyskać te 6 tys. zł powinienem dysponować ok. 1 mln 800 tys. zł. Da się łatwiej. Kupując akcje, przynoszące 6% dywidendy i dodające wzrost wartości wystarczy mi 1 mln 152 tys. zł.

Jeszcze ostrzejsza wersja to projektowane życie z wynajmu lokali. Dom w mieście wynajmę na pokoje za 5000 zł. Mieszkanie w górach za 1500 zł. I już mam kasę na życie.

Pozostańmy jednak przy pracy. Jeżdżąc do niej średnio 2 dni w tygodniu, wygeneruję tylko niewiele kosztów dodatkowych, bo jednocześnie zawiozę dziecko do szkoły i odbiorę z niej, a więc i tak musiałbym pokonywać drogę wieś-miasto-wieś. Ubrania zawodowe kosztują mnie ok. 120 zł/miesięcznie (garnitur, 3-4 koszule, krawaty, buty, spodnie, marynarka, płaszcz, teczka). Czasem muszę się złożyć na jakieś składki (kilkanaście zł/miesiąc). Praca wymusza też płacenie za ubezpieczenie zawodowe -130 zł/miesiąc. Razem koszty pracy to max. 270 zł (plus dojazd, który liczę w transporcie).

Żyjąc z kapitału/oszczędności/nieruchomości wydatków tych nie ponoszę. Nie tracę też 16 godzin tygodniowo na zajęcia niezwiązane z moimi priorytetami.

A co ma zrobić ktoś, kto nie dysponuje ani kapitałem, ani nieruchomościami, a zatrudnią go za minimalną na 40 godzin/tygodniowo? Cóż, widzę 2 wyjścia. W pierwszym, korzystamy z dobrodziejstw systemu państwa opiekuńczego. Staramy się o wszystkie możliwe zasiłki, dofinansowania itp. Mamy 800+, zasiłek dla bezrobotnych (nawet 1700 zł). W drugim – zakładanie dg.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Nauka.

Główne założenie – nie utrudniać dziecku życia ponad miarę, powoduje utrzymanie status quo – dobra szkoła w dużym mieście. Oznacza to nie tylko dowożenie (codziennie, nawet poza dniami mojej pracy), ale także znacznie większe koszty (lekcje dodatkowe zajęcia sportowe). Tego sam nie zrobię.

Dzięki temu wpis będzie maksymalnie krótki, bo koszty obecne znam i muszę je tylko wyliczyć.

Zajęcia sportowe (plus obozy) – 300 zł średnio miesięcznie.

Lekcje dodatkowe 400 zł miesięcznie.

Szkoła (wycieczki, wyjścia, składki) ok. 100 zł miesięcznie.

Razem 800 zł/miesiąc.

Rozważanie o samochodzie elektrycznym po przejechanych 10 tys. km.

Mam swoją Konę Electric od września zeszłego roku, przejechałem już prawie 12.000 km, mogę więc wyciągać pewne wnioski, także porównując z innymi autami tego typu. Niektóre będą zaskakujące.

Lato wcale nie jest porą najbardziej ekonomicznej eksploatacji. Zaskoczeni? Optymalna temperatura dla elektryka to +15 – +20 st. C. W niższych temperaturach musimy włączać odbiorniki energii, a system wymusza podgrzanie baterii. W wysokich działa klima, która skraca zasięg ( o 10%). Stąd, ani lato, ani zima, lecz późna wiosna i wczesna jesień (czerwiec i wrzesień).

Zużycie energii w zimie drastycznie rośnie, podobnie jak przy wzroście prędkości jazdy. Jazda w zimie, nawet na dłuższych odcinkach, oznacza zużycie większe o 20%. W mieście, na krótkich jest jeszcze gorzej (+40%). Dlaczego? Podgrzewanie: baterii, wnętrza auta i mojego tyłka (grzane fotele – super gadżet). Znaczne pompowanie stałej prędkości wysusza akumulator. Jadąc na wieś schodzę do 9-10 KWh/100 km, przy stałej 90 Km/h potrzebuję 10-12 KWh/100 km, a gdybym jechał 130 km/h już 25 KWh/100 km.

Rekordy pokazują potencjał auta. Mój rekord spalania na dłuższej trasie (miasto-wieś 30 km) zbliża mnie do niewyobrażalnego – 8,1 KWh/100 km. Trasa w góry (375 km), w znacznej części (240 km) po dwupasmówce, a częściowo (25 km) w miastach, dała rezultat 10.4 KWh/100 km. W wykręceniu tego rekordu pomogła mi zarówno niska prędkość (90 km na tempomacie), jak i doświadczenie rowerowe (jazda w tzw. wachlarzu minimalizuje zużycie siły napędowej).

Technika jazdy ma znaczenie. Oj, ma. Generalnie preferuję dwa style jazdy – emerycki i dynamiczny. Skrajności. Robiłem takie porównanie jadąc na wieś, te same pory, warunki, kolejne dni. Najpierw po emerycku – zużycie w okolicach 8-9 KWh/100 km. Czas jazdy – 45 minut/30 km. Potem +10 km/h.. Wyszło 10,5 KWh/100km i 40 minut/30 km. I wreszcie dynamiczna jazda +20 km/h. Zmieściłem się w 11,5 KWh/100 km i 32 minuty/100 km. Kluczem okazało się korzystanie z rekuperacji,zamiast hamulca, bo sporo na trasie zakrętów, skrzyżowań, zmian prędkości, górek i dołków. Czy warto oszczędzić 2,5 KWh/100 km (w cenie rynkowej prądu 3 zł, jak darmowo, to nic), a stracić 13 minut i frajdę z jazdy. Na dłuższą metę, nie sądzę. Rekordzista na zamkniętym torze osiągnął 5.5 KWh/100 km (ponad tysiąc km, autem z baterią 64 KWh). Co za przypadek, był to …. Hyundai Kona.

Technikę jazdy pokazuje różnica między kierowcami. Moja żona, jeżdżąca jak benzyną (z niewielkim udziałem rekuperacji) zużywała we wtorek-piątek 12,5 KWh w trasie na wieś (3 przyjazdy, więc nie ma mowy o przypadku), podczas gdy ja w poniedziałek i sobotę łatwością mieściłem się poniżej 9.5 KWh (a schodziłem i do 8.1 KWh/100 km).

Kluczem jest auto i dostosowanie do potrzeb. Czytam sporo testów i rozmawiam na ładowarkach. Moja Kona, eksploatowana przez różnych ludzi (mój pracodawca ma drugą i jeszcze E-Soula z tym samym napędem – obie prowadzą zawodowi kierowcy), wydaje się najoszczędniejszym autem, a na pewno złotym środkiem, gdyby miała większą baterię. Bo tak, średnia z 10000 km (wtedy zresetował się komputer), wynosi …. 12,4 KWh/100 km, a spory dystans pokonałem w zimie i na drogach szybkiego ruchu (choć rzadko przekraczając licznikową setkę, poza jednym wypadkiem szaleńczej jazdy na dworzec przez 50 km). Katalogowo winno być ok. 14 KWh/100 km. Reset licznika w marcu (czyli wiosna) dał średnią 10.4 KWh. Teraz przy baterii 39 KWh komputer pokazuje mi zasięg przewidywany od 350 do 370 km (w praktyce 62% baterii znika po 200 km na dwupasmówce). Nieźle. Bo są auta teoretycznie oszczędne, ale w praktyce nieużyteczne. Albo przeciwnie – duża bateria, lecz ogromne zużycie. Ot, weźmy takiego Hyundaia Ioniqa I w wersji 28 KWh, jeszcze oszczędniejszego niż Kona. Przejeżdżą katalogowo i realnie 260 km. Tak samo jak BMW iX z baterią 80 KWh, lecz za to spalaniem na poziomie 28-30 KWh (w mieście!). Po co mi duży SUV z zasięgiem 260 km? Bez sensu.

Podobnie fatalne wyniki notuje Volkswagen ID.3. Bateria ok. 58 KWh (są i większe), ale spalanie miejskie 17-18 KWh. Z Koną 64 KWh ma podobną pojemność, lecz znacznie niższy zasięg (330 km kontra 550 km). Z moim 39 KWh także ciężko mu się równać, bo wprawdzie zasięg pozostaje taki sam, ale koszty eksploatacji są 1,5 razy większe. Litościwie pomijam Leafa I z baterią 24 KWh a spalaniem 18 KWh, bo to dramat. Patrzmy więc na realny zasięg na baterii i koszt, a nie samą pojemność.

I jeszcze sposób eksploatacji. Kona oszczędniejsza dla oszczędnych, okazuje się przy 130 km/h (autostradowo), porównywalna z Porsche Taycanem (prawie 600 KM).

Szybkość ładowania ma znaczenie. Teraz widuję w trasie sporo ładowarek 100 KWh, co oznacza, że nowsze auta załadują się na 300 km w krótszym czasie ( nawet jeśli palą 24 KWh/h) niż moja Kona, która realnie przyjmuje średnio 30-45 KWh/h a spala prawie 12 KWh/h (średniorocznie). Coś za coś. Bateria ładowana wolniej, wolniej też się degraduje. Do tego dochodzi fakt, ze np. darmowe ładowarki Lidl/Kaufland mają moc ograniczoną do 20 KWh (sztucznie), co oznacza że 20 KWh będziemy ładowali w godzinę. I wtedy Kona z małym zużyciem paliwa wygra, jeżeli priorytetem jest oszczędność. Z drugiej strony czekanie na stacji 1 godzinę, żeby dobić prądu za 16 zł (wg cen domowych) lub 52 zł (wg cennika Orlenu) uważam za benzsens, zwłaszcza, że po obniżeniu mocy ładowania na darmowych stacjach powstały ogromne kolejki. Takie ładowarki powstały po to, aby korzystać z nich przy okazji zakupów (tak też robię) a nie w trasie.

O dziwo, ostatnio wyniki ładowania na Orlenie i Greenwayu sporo się poprawiły. Wcześniej krzywa wyglądała tak, że 50 KW auto przyjmowało w krótkim (pomiędzy 45 a 52 %) interwale baterii, potem spadało to wszystko do 7 KWh (DC pow. 80%), a przed 45% wahało się ok. 33 KWh. Ładowanie 10 KWh trwało więc ok. 20 minut (średnia 30 KW/h).

Ostatnia, rekordowa jazda w góry pokazała istotną zmianę. Podjechałem, po 200 km, mając jeszcze 17% (a startowałem z 75%) i w ciągu 12 minut przyjąłem 10 KWh (średnia 50 KWh) oraz teoretyczne 80 km zasięgu. Następny postój na kolejne 11 KWh trwał 15 minut (średnia 44 KWh). Na miejsce dojechałem mając jeszcze 27% baterii. Ładowanie przyspieszyło o 50%. Z takimi wynikami można już jeździć spokojnie. 12 minut postoju, to akurat tyle, żeby wejść do budynku stacji, zamówić hotdoga, dostać go, zrobić sobie kawę i na spokojnie zjeść go w aucie. Oczywiście jeśli nie ma kolejki do kasy. Koszt dojazdu 375 km wynosi 71 zł na płatnych ładowarkach oraz z gniazdka (19 zł/100 km). Czas podróży (z ładowaniem) wydłużył się z 4:42 (4 i pół godzin jazdy plus 12 minut hottdog w przypadku spalinowca), do 5:42 (w tym 5:18 samej jazdy). Może gdybym gonił po dwupasmówce po 140-150 km/h (średnia prędkość 120 km/h zamiast 85 km/h elektrykiem), na 240 km zyskałbym w spalinowcu jeszcze pół godziny. A tak różnica wyniosła godzinę (w tym 48 minut na samym czasie przejazdu).

Koszty. I tu dochodzimy do sedna. Na chwilę zapomnijmy o przepisach, wymogach, restrykcjach, zerowej emisji do 2035 i strefach czystego transportu. Niech zostanie czysta ekonomia. Jeśli wziąć pod uwagę, że Koną zrobiłem w ciągu 7 miesięcy aż 10 tys. km (część pomijalną jeździł mój syn), płacąc za abonament niecałe 250 zł i za prąd 700 zł, to za wychodzi mi średnia 10,5 zł/100 km. Zauważcie, że z tych 10 tys. km sporo pokonałem w długiej trasie (6200 km), a tylko ok. 1/3 miejsko i podmiejsko. Nie było to typowe zużycie auta elektrycznego (drastyczna przewaga trasy). Żaden inny samochód nie ma szansy zbliżyć się do tego wyniku, bo to 3,5 litra gazu i niecałe 1,7 litra „zwykłego” diesla czy etyliny.

Ba, podróż w góry uświadomiła mi potencjał kosztów w trasie. Te 19 zł/100km wyrywają z butów. Jadąc Passatem TDI mój syn miał 4.6 l/100 km czyli 28 zł/100 km przy średniej prędkości (znaczna przewaga autostrad) 84 km/h (ja miałem, przy zupełnie innej strukturze – dwa miasta + 100 km drogi lokalnej – równe 75 km/h). Taki wynik diesla to przyjazd szybszy o ok. 12%, przy wzroście kosztów o 50%. A autostrada to matecznik diesla. W mieście czasy będą na korzyść elektryka (buspasy), a koszty drastycznie niższe.

Jeśli koszty rozbudujemy o utrzymanie, to poza pakietem startowym nie wydałem nic. A i ten był tani – przegląd 650 zł tzw. średni (z filtrem kabinowym i rozszerzoną diagnostyką baterii), oraz 1000 zł naprawa uszkodzonego zaworu. Tyle. Startowy pakiet Fiata 500c (oszczędny silnik) kosztował mnie 2200 zł, a Passata w TDi – 2400 zł, plus różne rzeczy jeszcze wychodziły, przy czym miały one większy przebieg.

Tylko w jednej pozycji elektryk przegrywa – utrata wartości. Akurat mnie to nie dotyczy, bo po roku sprzedam wóz za cenę zakupu (99 tys. zł), ale co będzie potem? Policzmy zresztą, zakładając, że auta używane będą kosztowały tyle samo co dziś. Kona w wersji podstawowej kosztuje obecnie ok. 167 tys. zł. Jeżeli dodam 27 tys. zł obniżki z racji Karty Dużej Rodziny mam 140 tys. zł. Egzemplarz 4-letni wart jest 107 tys. zł (mój cenię niżej z racji lekkiej stłuczki), więc stracono 33 tys. zł/4 lata, co daje 8,25 tys. zł rocznie. A gdyby wybrać Konę w benzynie? Jej cena obecna to 89 tys. (mój model) i 109 tys. zł (nowy). Ja wybieram stary, 20 tys. na ulicy nie leży. Cena 4 latka, wynosi około 65 tys. zł. Utrata wartości – 24 tys. zł. Mniej o 9 tys. zł w tym samym czasie. Daje to roczną różnicę 2,25 tys. zł. Czy da się to odrobić na paliwie?

Benzynowa Kona pali średnio 6,5 l/100 km czyli 42,5 zł/100 km. Przy spalaniu elektryka 10,5 zł/100 km mamy różnicę 32 zł na każdych 100 km. Już po 7000 km rocznie zarabiamy na elektryku. Ja tyle robię w pół roku, sporo jeżdżąc w trasie (przez 7 miesięcy 8 wyjazdów po ok. 800 km). Nie biegnijcie od razu do salonu Hyundaia. Dlaczego? Ponieważ moje warunki eksploatacji są wyjątkowe. Najpierw – mam FV na wsi, na trasie „górskiej” darmową ładowarkę, na „synowskiej” tak sam (na mecie), teraz też otworzyli darmowy punkt ładowania w moim mieście (LIDL). Gdyby przyjąć cenę z komercyjnej ładowarki – 2,3 zł/100 km, to prawie 30 zł/100 km. Nawet przy miejskiej eksploatacji (więcej benzyny), różnicę 23 zł/100 km elektryk odrabiać będzie 10 tys. km. mając znaczne ograniczenia (czas przejazdu). Jeszcze inaczej, gdy musicie kupować bilet parkingowy (w moim mieście 2400 zł rocznie), co samo w sobie spowoduje, że elektryk zarobi na swoją wyższą utratę wartości, ponieważ parkowanie kosztuje nas równe 0 zł.

Liczcie dostosowując do swoich warunków i sposobu eksploatacji. W długich trasach opłaci się diesel, mieście i pod nim oraz przy darmowym ładowaniu – elektryk, zwłaszcza jeśli pracujecie w strefie płatnego parkowania i dojeżdżacie autem.

Na koniec historia pod tytułem „góral i dutki”. W moim miejscu w górach jest sobie właściciel sporego pensjonatu. Kupił KIĘ EV6 z baterią ok. 80 KWh. Założył darmowe ładowanie, bo auto za 250 tys. zł ma się zwrócić. Do tej pory problem miał mniejszy – działała szybka ładowarka DC (50 KWh) przy elektrowni wodnej. Wystarczyło raz w tygodniu podjechać te 20 km, pójść na kawę (tam jest bistro), przeczytać gazetę i załatwione. Ale z uwagi na natężenie ruchu przy „prądopoju” (zjeżdżało się całe Podhale) PGE postanowiło ograniczyć moc (formalnie remont) . Teraz działa tam wolna ładowarka AC o mocy 11 KW. Uzupełnienie prądu w Kii (nawet przy założeniu, że przyjeżdżamy mając te 15%) trwa godzinami (6-7 godzin). Co więc robi góral? Wysyła żonę. Ta podłącza auto. Idzie 10 minut na przystanek. Wsiada w busa. Jedzie do koleżanki 10 km. Pije kawę u niej (kolejna oszczędność), siedząc tam 5 godzin. Wraca po busem. Odpina auto. I hajda do domu. Pomijając fakt, że blokuje ładowarkę innym na pół dnia, wyda 15 zł na busa, a zaoszczędzi (wg cen domowych) = 60 zł. Jemu rocznie zostaje w kieszeni 2300 zł, ale jaka uciążliwość dla żony (z tym się raczej nikt nie liczy). Zwłaszcza, że mówimy o człowieku, który zarabia tę kwotę z wynajmu pokoi w jeden letni dzień.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Transport.

W tym punkcie mam spory dylemat. Z jednej strony samowystarczalność wyklucza korzystanie z transportu publicznego, kupowanie benzyny. Z drugiej, dziecko musi trafić do szkoły, a rodzic do pracy. Samochód elektryczny byłby jakimś wyjściem, ale jego cena pozostaje poza granicami rozsądku, zwiększyłby także konieczną do wyprodukowania ilość prądu (lub wymusiłby tankowanie na bezpłatnej ładowarce). Przedstawię obie opcje.

Planowany przebieg to ok. 1200 km miesięcznie. Trzeba dojechać do dużego miasta. Samowystarczalność nie oznacza według mnie rezygnacji z szans edukacyjnych.

Samochód spalinowy. Na dystansie 1200 km potrzebuje minimum 60 litrów paliwa. Przy cenie ok. 6,3 zł/litr – ok. 380 zł/miesięcznie. Stałe koszty utrzymania wyniosłyby 150 zł (absolutne minimum). Powinienem jeszcze uwzględnić amortyzację – utratę wartości – ok. 200 zł/miesiąc. Razem – 730 zł.

Samochód elektryczny. Potrzebna energia to ok. 150 KWh/miesięcznie, co podwajałoby zużycie prądu w gospodarstwie domowym. W moim mieście jest niepłatna ładowarka, z której czasami korzystam – to byłoby rozwiązanie. Stałe koszty utrzymania auta 150 zł nie różniłyby się od pojazdu spalinowego. Jednak utrata wartości drenowałaby kieszeń. Taka Kona jak moja traci na wartości rocznie ok. 8 tys. zł (auta generalnie prawie nowe, i jednak tanieją szybciej niż używane spalinowce). A to oznacza 650 zł miesięcznie. Łączne koszty 800 zł okazują się wyższe niż tani diesel.

Sam facet, mógłby postawić na własne nogi, rower, hulajnogę, skuter plus pociąg. Ale z dzieckiem takich cudów nie zrobi – trzeba dowozić. Stąd wybieram jednak auto z silnikiem spalinowym za 730 zł miesięcznie.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Media.

Jak już napisałem, nie planuję życia w stylu jaskiniowca, ani w stylu sprzed stu lat. Oznacza to jednak konieczność zapewnienia sobie mediów przynajmniej w minimalnym zakresie: prąd, woda, kanalizacja, internet, komórki. Odpuszczam gaz (jest mi zbędny). Ile to wszystko będzie kosztowało? Wbrew pozorom – niewiele. Założenia robię dla 3-osobowej rodziny.

Wywóz śmieci. Moja gmina ma stawkę opłaty śmieciowej 23 zł/osobę/miesiąc. Wychodzi na 69 zł/3-os. Gdzie indziej płaci się 30-40 zł/os. Jak już się rzekło podatki płacić trzeba.

Woda. Mógłbym teoretycznie obudzić starą studnię, ale sensu ekonomicznego w tym nie widzę. Kupić pompę, konserwować ją, skoro gmina zapewnia wodę za 4 zł/m3, czyli 30 zł/miesięcznie/3-osoby? Stanowcze nie.

Kanalizacja. Przy trzech osobach wywóz osadów raz na rok – wydam 20 zł/miesiąc.

Internet. 60 zł – tyle płacić muszę za światłowód (minimalnie). Rachunek za szybki internet 90 zł.

Komórki – 60 zł/3 osoby.

Opał. Tu pozostanę tradycyjny – planuję opalać drewnem. Pozyskam go z lasu moich kuzynek. Koszt -20 zł/miesiąc. Gdybym jednak chciał pozostać przy tradycyjnym, pozyskanym opale – płacę 200 zł/m3 drewna z lasu, dodając własną pracę. Koszt 150 zł/miesiąc.

Prąd. Ten ma zapewnić instalacja fotowoltaiczna. Jej produkcja ca. 3000 KWh wystarczy na moje potrzeby. W mieście potrzebuję ok. 2500 KWh. Płacę tylko abonamenty- 31 zł/miesiąc.

Dodaję jeszcze podatek gruntowy – 90 zł/miesięcznie.

W sumie potrzebuję na media ok. 500-600 zł. Gdybym policzył drewno z własnego lasu jeszcze mniej. W mieście dom kosztował mnie ok. 1200 zł.

Jak mądrze oszczędzać na jedzeniu?

W moim rodzinnym domu panowała zasada „na jedzenie nie żałujemy”, co w praktyce oznaczało kupowanie produktów najwyższej jakości bez patrzenia na cenę. Obecne ceny żywności (podwyżki o kilkadziesiąt procent) skłaniają jednak wiele osób do szukania oszczędności także i w tym fragmencie budżetu. Sęk w tym, żeby robić to mądrze. Mądrze czyli jak?

Zasada 1. Najtaniej wyprodukować.

Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Koszt towaru w sklepie/na targu zawsze zawiera marżę sprzedawcy, jego wynagrodzenie za ryzyko, koszty zbioru itp. czyli takie elementy, których we własnej produkcji nie ponosimy. Ile zaoszczędzimy? Poświęcę temu cykl wpisów, opisujących poszczególne produkty. Tu jednak wyjaśnię zasadę na prostym przykładzie – ogórka, wybierając wersję gruntową, praktykowaną przeze mnie.

Torebka nasion ogórkowych, zawierająca 100 sztuk kosztuje ok. 6 zł, co daje 6 gr/sztukę. Jeśli nawet połowa sadzonek okaże się udana uzyskamy 12 gr za sadzonkę. Kupując ją na targu, płaciłem 2-5 zł (w zależności od źródła/wielkości).

Teraz wycena samego warzywa. Teraz widziałem małe ogórki gruntowe po 10 zł/kg. Oczywiście przy domu w czerwcu raczej nie uda się ich wyprodukować. Ale już ceny z lipca 2022 r. okazują się bardziej adekwatne – 8 zł w sklepie i 4 zł na giełdzie ogrodniczej. Czyli przyjmujemy minimum 4 zł.

Z krzaka, pozyskanego za 12 gr, zbierzemy 1 kg ogórków. Być może musimy doliczyć jakieś nawozy (ja ich nie stosuję, jest kompost), wodę do podlewania (możemy użyć deszczówki). Przyjmujmy 20 l wody i 50g nawozu na krzak. Nakład wynosi 6 gr (woda) i 15 gr za nawóz. Łączny koszt produkcji – 0,33 zł, przy cenie możliwej do uzyskania w handlu – 4 zł. Nie liczę amortyzacji narzędzi (grosze), oprysków (bo ich nie polecam), pracy własnej (sporo, zwłaszcza przy stawkach godzinowych, ale traktuję ja jak relaks), dojazdów (i tak jeździłbym na działkę te 30 km, a „tankuję” elektryka za darmo).

Tak to wygląda, produkując – oszczędzamy najwięcej. Uwaga techniczna – trzeba mieć własny kawałek ziemi.

Zasada 2. Czego nie możesz wyprodukować, kup od producenta.

Nie wszystko da się wyprodukować. Ok, z ogórkiem sobie poradzę. Z innymi warzywami pewnie też. Ale, nie zawsze w odpowiednim momencie (ogórki jem i w zimie, na wiosnę). Jedzenie to jednak także: nabiał, mięso, wędlina, mąki, kasze. Tutaj trzeba już mieć zwierzęta (czyli uwiązać się na cały rok), albo specjalistyczny sprzęt (np. młynek do zboża, wialnie itp.). I pojawia się problem, bo albo w tej skali – nieopłacalne, albo brak nam czasu. Wtedy wchodzi inna myśl – kupujemy u producenta.

Ma to dwie zalety. Najpierw, sami pozyskujemy taniej (pisałem o tym wielokrotnie i widać to też w tym wpisie – patrz: ceny ogórka w sklepie i na giełdzie), często dosłownie za pół ceny. Dodatkowo, głodzimy hydrę systemu: markety, pośrednicy, organy podatkowe – te składowe Matrixa już się nie pożywią (stąd i niska cena). Wszystko idzie do kieszeni drobnego rolnika – niech korzysta. Taki bezpośredni dostawca dba o jakość (bo jak od azotanów i oprysków dostaniemy sraczki, więcej u niego nie kupimy), nie patrzy tylko na standard marketowy (np. kolor i wielkość jabłek).

W tym kroku, nasz czas poświęcony na zakupy nie jest tak długi, a koszty prawie żadne (4 zł wstępu na giełdę, przy zakupach za kilka stów to 1%). A oszczędzamy, jak się rzekło, połowę ceny sklepowej.

Zasada 3. Przechowuj.

Przechowanie jedzenia może mieć dwie postaci: przetwory i mrożonki/kopce itp. Ja osobiście nie kopcuję warzyw, bo moja produkcja starcza na bieżące letnie spożycie, mrożonki, przetwory.

Ponownie, odnieśmy się do ceny warzyw/owoców w sezonie i na tzw. przednówku. Takie truskawki kosztują 10-12 zł w czerwcu i 50 zł w lutym. Te drugie to sama woda i nawozy, mają kolor, ale już nie zapach i smak. Nawet zakup mrożonek nic nam nie da. Przemysłowo, mrozi się owoce najgorsze, nie nadające się na deserowe czyli sprzedaż w detalu. Pomijając jednak różnice w jakości, patrzmy też na cenę. 1 kg mrożonych sklepowych truskawek kosztuje 27 zł, a jeśli odejmiemy jeszcze 30% na wodę (w postaci lodu), wyjdzie nam 27 zł za 700 gramów czyli 38 zł/kg owoców.

Mrożąc w domu ponosimy w zasadzie jeden koszt – prąd do zamrażarki. Jeśli mieści ona 150 kg owoców (raczej tyle nie zjemy, ale podaję przykład), a zużywa rocznie 300 KWh dochodzimy do rachunku 1,5 zł/kg (bo przecież wyjadamy te truskawki stopniowo, zastępując czym innym). Nawet kupując za 12 zł/kg – zyskujemy w stosunku do kupionej mrożonki (14 zł wobec 38 zł za kg) i świeżych owoców zimowy (14 zł wobec 50 zł), dostając lepszą jakość.

Nie wszyscy jednak lubią i chcą mrozić. Im zostają przetwory. W moim domu, mamy ich całą spiżarkę, co przypomina mi piwnice w bloku z czasów mojego dzieciństwa. W porównaniu z mrożeniem jedna zaleta – nie ponosimy kosztów i mamy gotowy produkt (sok, dżem, kompot, kiszonki, sałatkę, sos). Jest i wada – czas. No i musimy coś dołożyć na utrwalacz (cukier, ocet, przyprawy) oraz słoiki (u mnie już kręci się w obiegu zamkniętym). A jak wyjdzie cenowo? Za słoik konserwowych ogórków płacimy w sklepie 6 zł, a dostajemy masę warzywa na poziomie 450 g plus pół litra octu rozrobionego wodą czyli w efekcie 13 zł/kg. Robiąc w domu, płacimy ok. 1/7 ceny sklepowej – 1,93 zł/kg (33 gr/kg + 1,6 zł za ocet), a jeśli ogórki kupiliśmy na giełdzie – 4,8 zł/kg czyli ok. 1/3 ceny z marketu. O jakości ponownie nie wspominam.

Są jeszcze tańsze przetwory – np. sok z kwiatów czarnego bzu (darmowy kwiat + cukier). Mamy jednak znacznie więcej roboty.

Zasada 4. Kupuj w sezonie.

Informacje na ten temat przedstawiłem już wyżej. Cena truskawki waha się pomiędzy 10 a 50 zł. Zresztą ta zimowa będzie importowana z południa i gorsza. Wybór wydaje się prosty. Mamy lepszą jakość (świeża, bez konserwantów) za niższą cenę.

Zasada 5. Kupuj nieprzetworzone.

Ponownie, wystarczy spojrzeć na koszt ogórków konserwowych (13 zł/kg) i świeżych w lecie (4 zł). Im mniejsze przetworzenie, tym taniej (oraz ponownie – zdrowiej – bez konserwantów).

Ta zasada nie dotyczy jednak tylko warzyw/owoców. Podobnie będzie z mięsem (wędlina droższa niż surowe), mąką, którą kupimy taniej niż gotowy chleb, kluski itp. Pizza w restauracji zawsze wyjdzie drożej niż domowa (poświęciłem temu odrębny wpis). Zresztą restauracje to odrębny temat – w cenie posiłku produkty stanowią 1/3. Reszta to pensje pracowników, energia, czynsze, podatki oraz zysk właściciela.

Oczywiście, ostatecznie danie trafia na stół jako przetworzone, ale w domu mamy nad nim kontrolę. Wkładamy własną pracę (nic nie kosztuje, poza wysiłkiem) i uzyskujemy efekt.

Podsumowanie.

Stosując te cztery zasady spokojnie możemy obniżyć koszty jedzenia o połowę. Przywoływana przeze mnie wielokrotnie blogerka (http://godnezycie.blogspot.com) opisuje jak żywi rodzinę za 350 zł/osobę/miesiąc, stosując przy tym znaczne ograniczenia (bez glutenu itp.). Czy Ty potrafisz do tego dojść? Oczywiście, jeśli życie Cię zmusi, albo tak zdecydujesz.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Część I założenia.

Dzisiaj wracam do tematu – samowystarczalnego gospodarstwa domowego czyli takiej organizacji własnego życia, aby z jednej strony uniezależnić się od systemu (państwa, wielkopowierzchniowego handlu, pracy), z drugiej, żyć w jak najlepszym standardzie. Nie polecam zatem powrotu do XIX w., rezygnacji ze zdobyczy techniki, lecz korzystanie z nich rozsądnie, krótko mówiąc, bez jakiejś ideologicznej wariacji. Stąd założenia.

Z czego rezygnujemy? Z:

  • miasta, a więc przeprowadzamy się na wieś,
  • zakupów w galeriach handlowych,
  • pracy w pełnym wymiarze tj. 40 godzin tygodniowo,
  • wariackiej konsumpcji tj. wyrzucania rzeczy po krótkim użyciu, zakupów bez opamiętania.

Z czego nie rezygnujemy? Z:

  • prąd,
  • bieżącej i ciepłej wody,
  • kanalizacji (przynajmniej szambo lub przydomowa oczyszczalnia),
  • państwowej edukacji i służby zdrowia,
  • auta i innych zdobyczy techniki (komputer, narzędzia mechaniczne napędzane paliwem, prądem),
  • płacenia podatków,
  • dobrodziejstwa państwa opiekuńczego tj. świadczeń.

Jak widać, program nie wydaje się być zbyt radykalny. Aby go wypełnić:

  • staramy się jak najwięcej wytworzyć (jedzenie, prąd, woda – o ile ma to sens ekonomiczny),
  • żyjemy oszczędnie.

Plan na najbliższy miesiąc, to wpisy głównie na ten temat wg rozkładu:

  • media,
  • jedzenie,
  • transport,
  • nauka,
  • praca,
  • podsumowanie czasowe i finansowe.