Czy stać Cię na spełnienie marzeń? Koszty posiadania „małego włoskiego domku”.

Żyjemy w czasach, kiedy za mieszkanie w centrum Warszawy (niech będzie 900 tys. zł za 45 m2) można sobie zapewnić całkiem ciekawe alternatywy. Na przykład włoskie wakacje nad Adriatykiem. Ale nie wszyscy mają takie opcje. Poszukajmy tam czegoś tańszego.

Internet swego czasu rozgrzewał łącza informacja o domach za 1 Euro. Było jak w kawale o rowerach rozdawanych na Placu Czerwonym – wszystko na opak. Nie sprzedawano 1 Euro – tylko od tej kwoty zaczynała się licytacja (realne ceny 5-10 tys. Euro). Nie domy, ale rudery do kapitalnego remontu, które trzeba wyremontować, wkładając kolejne kilkadziesiąt tysięcy „papieru”. Wreszcie, nie w tętniącej życiem krainie Dolce Vita, lecz na wymierającej sycylijskiej prowincji. Zamiast młodego biznesmena Massimo, mamy co najwyżej 80-letniego Giorgio-stolarza. Fanki Blanki Lipińskiej będą zawiedzione. Czas schować marzenia do szuflady?

Nic z tych rzeczy. W odległości niespełna 1800 km od Warszawy (1500 od Krakowa), za to 110 km od Rzymu, w malowniczej Umbrii (wzgórza z położonymi na nich średniowiecznymi miasteczkami), znajdziemy okolice Orvieto. Zalety:

  • ceny domków (60-80m2, kamienne) – 40 tys. Euro (180 tys. zł),
  • blisko jezioro,
  • region słynie z dziczyzny i trufli,
  • widoki i zabytki.

Za taką cenę możesz kupić drewniany domek pod Hrubieszowem. Szczerze – bez zastanowienia wybrałbym Umbrię. Załóżmy na chwilę, że masz taką kwotę. Oczami duszy (jak ja, do czasu zobaczenia Monopoli) widzisz siebie, spędzającego kolejne wakacje wśród wzgórz, równie ładnych jak nasz Beskid Niski (i podobnie wyludnionych), a oddalonych od Warszawy o: 1,5 godzinny lot do Rzymu, potem 2 godziny jazdy pociągiem i 15 km lokalnego przejazdu (zapłacisz miejscowemu, to po Ciebie przyjedzie). Będziesz szybciej niż w Wysowej. No i Orvieto, jeśli patrzysz na zabytki, porównasz nie z Gorlicami lecz raczej Krakowem. Wybierając auto potrzebujesz dnia jazdy. Gdybyś zapragnął morza – nad Tyrreńskie masz 100 km.

Na zapłacenie ceny stać Cię, co dalej? Koszty zakupu, to nie tylko cena. Musisz doliczyć zwyczajową prowizję agenta (4%), odpowiednik naszego PCC (9% jeśli nie zamierzasz tam mieszkać, 2% jeśli przeprowadzisz się – liczymy od wartości katastralnej – niższej niż rynkowa), oraz 2% dla notariusza. Razem ok. 7,5- 12,5% ceny. Dochodzimy powoli do 200 tys. zł. Jeszcze do zniesienia, dla w miarę ogarniętego przedstawiciela klasy średniej i dzięki inflacji.

A utrzymanie? Tak jak w Polsce, sporo zależy od tego, ile spędzisz czasu.

W domu nie ma czynszu, ale za to „przeklęty” podatek katastralny. Ile? Włosi liczą go specyficznie. Ponieważ to naród kupców, nie patrzą na wartość nabycia (cenę) tylko na potencjalny zysk z wynajmu i od niego naliczają 10%. Żeby nie było krzywdy, ten zysk jest raczej zaniżony. W przypadku naszego umbryjskiego domku, czynsz wyniesie może 3000 Euro rocznie, więc mamy 300 Euro „katastru”. Po przeliczeniu 1350 zł.

Do tego powinieneś doliczyć media. Woda kosztuje 300 Euro rocznie jeśli mała rodzina mieszka na stałe. Spędzając 2 miesiące, wydasz 1/6 tej sumy czyli 50 Euro (230 zł). Ta cena zawierać też może odbiór ścieków.

Prąd jest droższy niż w Polsce – 2 zł/KWh. Zakładając, że moja rodzina zużywała w górach 10 KWh dziennie (lato, bez klimy), dochodzimy do 600 zł/miesięcznie i 1200 zł/2 miesiące. Jeśli zapragniesz się schładzać (w lecie) lub podgrzewać (w zimie) zapłacisz znacznie więcej, ponieważ włoskie domy nie mają ocieplenia (klasa energetyczna G). Te dodatkowe 20 KWh dziennie (1200 kWh łącznie za sezon letni) wydrenują portfel z 2400 zł.

Dojazd. Zakładam auto z Warszawy i jeden przyjazd rocznie (dwumiesięczne wakacje). Przy spalaniu ok. 7 l ropy, z autostradami (winiety w Austrii i Czechach, bramki we Włoszech) szykuj 2220 zł.

Bilans utrzymania i dojazdu (de facto – długiego urlopu) – 5000 zł (7400 zł z klimą), co obejmie już dojazd, podatek, wodę i prąd. To daleko mniej niż dwutygodniowy urlop trzyosobowej rodziny w domku w Polsce (350 zł/dzień x 14, plus paliwo i autostrady kilkaset złotych).

Jedzenie niewliczone.

W tym miejscu padają sakramentalne pytania? Czy chcesz spędzać przez najbliższych co najmniej 10 lat wakacje w tym samym miejscu, dojeżdżając codziennie 6 km nad jezioro pełne pstrągów i karpi, z zabytkami na wyciągnięcie ręki? Czy masz auto, które zniesie 1800 km wycieczkę? Czy dysponujesz wolnymi 200 tys. zł na początek? Jeśli tak, pakuj walizy i jedź do Umbrii, a decyduj się szybko, bo ceny zaczynają iść w górę.

Nie stać Cię na zakup? Z bólem serca (coraz drożej) – wynajmij na miesiąc. Cena 8000 zł, będzie nadal niższa niż w Polsce.

Najlepsza rada o tym jak radzić sobie w finansach osobistych.

Gdybym miał wybrać jedno zdanie, które najlepiej podsumowuje sposób, w jaki należy się zachować, aby osiągnąć finansową stabilizację, byłaby to myśl: Jeśli chcesz być zamożny, nie możesz nadążać za konsumpcją sąsiadów/znajomych.Dlaczego?

Po pierwsze, ponieważ w ten sposób pozbawiasz się możliwości odkładania. Wydając całe dochody, jak duże nie byłyby, na konsumpcję, nie masz szans na oszczędności, a tym samym na inwestycje. Nie mając ani jednego ani drugiego, dalej tkwisz w tym samym miejscu. Może wyglądasz bogato, ze swoimi zabawkami rozłożonymi na dywanie i w garażu, ale w rzeczywistości, Twój majątek (wartość netto) może być ujemny. Dolar nie wydany, to dolar zarobiony – słyszałeś to już?

Po drugie, nadążanie z konsumpcją za ludźmi o wyższych dochodach, prowadzi do zadłużenia i katastrofy. Mój brat i wielu kumpli zarabiają znacznie lepiej niż ja. Czasami 5-7 razy więcej. Gdybym próbował wydawać podobnie, poszedłbym pod wodę. Na pewne rzeczy po prostu mnie nie stać – na zagraniczne wakacje 12 razy w roku, na budowę wielkiej hali, na auta za 500 tys. zł. Przyjąłem to do wiadomości i żyję według własnego rozkładu jazdy.

Po trzecie, sąsiad może być sympatycznym człowiekiem i profesjonalistą w swoim zawodzie, ale w finansach nadal tkwi w przedszkolu. A może on wcale nie zarabia tak dużo, lecz po prostu nie ma pojęcia jak gospodarować gotówką? Kompletnie nie zna się na inwestowaniu? Naśladowanie go w tym nie będzie wcale rozsądne, bo czy będziesz jak pięciolatek skakał i krzyczał, gdy ktoś odmówi Ci zabawki? Dorośli ludzie akceptują ograniczenia i… starają się tak kombinować, żeby mieć ich w życiu jak najmniej. Ten punkt zawiera cenną myśl – nie zawsze profesor oznacza mądrość finansową. Mam dwóch kumpli z tymi tytułami – obaj pod względem finansów sięgają ledwo do kolan znanym mi gościom bez studiów. Potrzebujecie dowodów? Zobaczcie oświadczenie profesora Czarnka, z czasów gdy dopiero zaczynał czerpać dwoma chochlami z państwowego kotła. Czy to znaczy, że lepiej skończyć zawodówkę niż rozpoczynać karierę akademicką? Oczywiście, nie. Po prostu porządek w portfelu i na koncie nie ma związku z wykształceniem.

Po czwarte, taka ciągła rywalizacja w konsumpcji zabija zadowolenie. Odwiedzając Apulię, obserwowałem Włochów, ich radość życia nie zależy od poziomu dochodów. Czy zarabiają dużo czy mało cieszą się kolacją z rodziną, rozkoszują pogodą i dniem dzisiejszym. Kiedy myślisz „Kowalski kupił nowego Lexusa, czas zmienić swoje BMW”, posiadanie całkiem fajnego wozu przestaje Ci sprawiać przyjemność.

Po piąte, po co? Jeden z apostołów „filozofii sukcesu” napisał tak: Karm tylko te myśli, które Cię wzmacniają. Co masz z rywalizacji z sąsiadem? Zszargane nerwy, kredyty i niezadowolenie. Dlaczego więc wzmacniać takie poczucie nieszczęścia. Ciesz się tym, co osiągnąłeś. Porównuj się z wczorajszym sobą, a nie dzisiejszym kumplem, który być może zaczynał z innego punktu, albo jest o 20 lat starszy od Ciebie.

Pamiętaj: Jeśli chcesz być zamożny, nie możesz automatycznie nadążać za konsumpcją sąsiadów/znajomych.

Jako drwal.

Wczoraj po rannej pobudce i przejrzeniu prognozy pogody, podjąłem decyzję – biorę „kacowe” i zamiast do biura jadę na działkę. Zapowiadali 11 stopni na plusie no i słonecznie. Tak też wyglądał dzień. Rano chłodne +2, ale potem coraz lepiej.

Zaplanowałem sobie ścinkę drzewa. Powalone dwa tygodnie temu, teraz pozostało pociąć, wyczyścić i zwieźć. Na miejscu pojawiłem się trochę po 8.00. Wiadomo, trzeba otworzyć, obejść stare kąty, rozpalić w kominku. W międzyczasie zadzwonił klient i pogadałem z nim pół godzinki.

Robota nie mogła jednak za długo czekać, a i kupiona niedawno ostrzałka do piły domagała się wypróbowania. Chciałem sprawdzić, jak mają się moje możliwości do zawodowego drwala. Wiadomo, sprzęt nie ten, tnę nie na metrowe kawałki lecz na okrąglaki 25-40 cm akurat do pieca (po porąbaniu na ćwiartki, rzecz jasna). Jak podali mi koledzy na forum norma drwalska wynosi 2-3 mp drewna dziennie, przy czym ich dzień pracy zaczyna się rano (7), a kończy ok. 16, z krótką przerwą na obiad (w okolicach 16.30 zapada zmrok).

Zatem co mi, przy pomocy piły mocno rekreacyjnej (Stihl 181 z prowadnica 35 cm) udało się zrobić? Od 8 do 15 wyrobiłem ok. 1,5 mp drewna. Na chleb nie zarobię w ten sposób, ale do materiał do kozy będzie. Taka ilość daje ok. 3000 KWh energii, dla mnie wystarczy na 4 tygodnie, gdybym tylko własnym miał palić. Żeby uzbierać te 20.000 KWh musiałbym robić przez tydzień , ścinając ok. 6-7 drzew. Pocięte kawałki od razu wiozę pod garaż i tam układam. Osobno cienkie, osobno grube do łupania. Z nimi rozprawię się w przyszłym tygodniu, albo w niedzielę, jeśli nie będzie padało. Zobaczymy. Muszę pamiętać o siekierze, która została w mieście.

Fastlane milionera. Czy warto przeczytać tę książkę?

Tytułową pozycję sygnowaną przez MJ DeMarco przeczytałem kilkanaście lat temu, gdy tylko ukazała się na rynku (2012). Zachowałem z niej mgliste poczucie (mam słabą pamięć długotrwałą, zostają mi w głowie głównie wrażenia), że nie była to jedna z książek, które zmieniły moje życie. Niedawno, na życzenie kumpla i czytelnika bloga, odnalazłem ją na dysku (wtedy kupiłem w księgarni internetowej „Złote myśli”) i ponownie przeczytałem. I wiem dlaczego nie zrobiła na mnie wrażenia. Oto powody.

Praktycznie nie zawiera konkretów. Gruby na 528 stron tom, o podtytule „Złam kod bogactwa” obiecuje całkiem sporo. W rzeczywistości jest czymś pomiędzy „Bogatym ojcem, biednym ojcem”, a pozycjami z kręgu „energii pieniądza”. Jeśli oczekujesz ścisłych rad, jak w „Czterogodzinnym tygodniu pracy”, albo „Bezpiecznych strategii inwestycyjnych” (a ja właśnie tego szukam), zawiedziesz się.

Oparta została na kompilacji. Nie ukrywam, czytam całkiem sporo. Od pozycji pisanych przez księgowych „Jak kontrolować swoje finanse”, przez doradców inwestycyjnych „Wealthy barber”, praktyków ruchu FIRE „Your money or your life”, aż do głośnych pozycji z gatunku „pomyśl a osiągniesz” – „Jednominutowy milioner” czy „naśladuj milionerów” dra Stanleya, Tima Ferrissa, czy Briana Tracy. Widziałem pozycje cieniutkie „Najbogatszy człowiek w Babilonie” i ekstremalnie grube „Nawyki tytanów”. Znam większość idei dotyczących bogacenia się. W „Fastlane milionera” nie znajdziesz nowego pomysłu. Nawet naczelna idea – istnieje sidewalk (chodnik) dla ludzi biednych, slowlane (wolny pas) dla pracującej klasy średniej i fastlane (szybki pas do bogactwa) dla właścicieli firm stanowi, w mojej ocenie, kompilację myśli Roberta Kiyosakiego („biedni, klasa średnia, bogaci”) oraz Tima Ferrissa („stwórz biznes niewymagający poświęcania uwagi”).

180 stron, czyli 1/3 treści, zajmuje krytykowanie 99% społeczeństwa w tym pracującej klasy średniej. Jak napisałem, idea że nie można się wzbogacić wydając wszystko, co się zarabia (tzw. sidewalk), nie ma w sobie nic odkrywczego. Pisał o tym już Benjamin Franklin, a i wspominają o tym święte księgi wielu religii (w tym Stary Testament). Codziennie przypomina się o tym protestantom. Nie ma więc głębszego sensu, rozwlekanie tej myśli na 100 stron. MJ DeMarco idzie jednak dalej. Krytykuje ideę klasy średniej: ciężko pracuj, oszczędzaj, inwestuj w akcje, nieruchomości itp. (kolejne 80 stron). I o tym chcę napisać szerzej.

Książka zawiera bałamutne argumenty dotyczące niemożliwości wzbogacenia się pracą, oszczędnością i inwestowaniem. Jak wiecie, mój pomysł na zamożność opiera się na zasadach:

  1. pracuj o 20% więcej niż inni,
  2. oszczędzaj 10-50% dochodu,
  3. inwestuj i maksymalizuj zyski.

Bliskie są mi także idee, propagowane przez ruch FIRE (nie kłócące się z pozostałymi, ale wymagające oszczędzania nawet 2/3 dochodu) i skromnego życia, a nawet Tima Ferrissa „pracuj mądrze, nie ciężko”, „optymalizuj pracę”, „deleguj, eliminuj” itp. Nie zawsze zgadzam się ze wszystkimi jego pomysłami, bo „żyj jak milioner już dziś, wynajmij apartament, zamiast go kupić”, budzą mój sprzeciw. Ale ten sam człowiek kupił mnie swoimi dążeniami do znalezienia sposobów „optymalizacji życia”.

Natomiast MJ DeMarco krytykuje i ośmiesza wszelką ideę oszczędności, ciężkiej pracy i inwestowania w akcje czy nieruchomości. Ponieważ zawodowo żyję z liczb i udowadniania swoich racji pozwolę sobie na chwilę refleksji. Autor „Fastlane milionera” na jednej ze stron pokazuje rzekome prawdopodobieństwo wzbogacenia się za pomocą własnej, bezobsługowej firmy, sprzedanej na giełdzie lub większym inwestorom, prezentując ten sposób jako jedyną drogę do bogactwa. Wskazuje nawet prawdopodobieństwo – 1:14. To więcej niż praca, oszczędzanie, inwestowanie – 1:16, no i oczywiście lepiej niż wygrana na loterii (1: milionów). Nie wiem skąd DeMarco wziął te dane, bo książka nie zawiera przypisów ani odnośników (co już budzi wątpliwości). Są to jednak dane zupełnie sprzeczne, nie tylko z moim doświadczeniem, ale i badaniami ilościowymi dra Stanleya. Ba, nawet rozmówcy Tima Ferrissa, okazują się w większości pracownikami, wolnymi strzelcami, małymi przedsiębiorcami, a tylko pewna grupa (w tym sam Tim) – startupowi milionerzy, odpowiada ideom „Fastlane milionera”.

Większość milionerów zalicza się do grupy 1-5 mln (w USA, w dolarach) i wzbogaciło się oszczędnością, pracą, inwestowaniem (we własną firmę, akcje, nieruchomości) ok. 40 r. ż. I tu dochodzimy do drugiej części „bałamuctwa”. Wymieniając z imienia i idei (stąd nie ma potrzeby podawania nazwisk) „guru slowlane”: Davida Bacha, Suze Orman, George’a Clasona i jeszcze paru innych, zarzuca im propagowanie nieprawdziwej myśli – „wolnego bogacenia się”, dającej „bogactwo na starość” przedstawianej jako pieluchy, wózek inwalidzki i dom opieki. Przytacza tabele z książek Bacha (bez źródła), pokazujące, że niewiele, osiągniemy zamożność w wieku 65-75 lat, przy średniej długości życia 74 lata. Nie trzeba Wam chyba mówić, że mamy do czynienia z manipulacją liczbami. Po pierwsze – żeby cieszyć się wolnością finansową i zamożnością (nawet rozumianą jako posiadanie Lamborghini), wcale nie potrzebujemy 3-5 mln dolarów. David Bach, i wszyscy zwolennicy ruchu FIRE na czele z The Frugalwoods, udowadniają nam to codziennie. Wystarczy (w polskich warunkach) ok. 2 mln zł (poza wartością „miejsca do mieszkania”). Już milion złotych w inwestycjach znacząco zwiększy nasz komfort życia, a za 300 tys. Euro możemy kupić kilkunastohektarowe gospodarstwo: gaj oliwny, winnica, sad orzechowy, dwa domy (spokojnie agroturystka) w centralnych Włoszech i prowadzić tam życie pełne słońca, slow foodu i radości, zamiast użerać się w korpo. Po drugie – jestem żywym przykładem, że ten pierwszy milion (poza mieszkaniem), da się zarobić do 35 r.ż., za przeciętną pensję. Po trzecie – ocena 15% stopy zwrotu jako „nierealnej”, także kłóci się z doświadczeniem. Wie o tym 50% ludzi, którzy zainwestował w swoje kwalifikacje (dobrze je wybierając), nieruchomości czy starannie dobrane akcje. Po czwarte – kto mówi o 10.000 dolarach (złotych) jednorazowo? Przy średniej pensji+20% 90 tys. USD (USA) 10% oszczędności to 750 USD miesięcznie. Do tego, da się spokojnie zaoszczędzić w takich warunkach 30% średniej pensji czyli 22.5 tys. USD (blisko 2000 USD/miesięcznie). Patrząc w tabele oszczędzania, mamy pierwszy milion USD (a w Polsce – złotych), po 13 latach (stopa zwrotu 15%). Czyli nie na emeryturze, nie przed śmiercią, ale po 30-tce (jeżeli zaczynamy pracę po maturze), albo przed 40-tką (gdy pracujemy dopiero po studiach). Znowu MJ DeMarco trochę podkolorował swoje obrazy.

Niskie prawdopodobieństwo scenariusza proponowanego przez autora. Życzę Wam (i sobie) dobrze, ale szansa na stworzenie i sprzedaż bloga, bezobsługowej firmy, za minimum 5 milionów dolarów (taki jest próg bogactwa), z pewnością nie wynosi 1:14. Gdyby tak było, mielibyśmy ulice pełne multimilionerów. W rzeczywistości, co MJ DeMarco zbywa, aż 99,9% firm nigdy nie osiąga rozmiarów pozwalających właścicielowi na sprzedanie swojego dziecka za takie kwoty. Stosując agresywną wycenę finansową, oznacza to roczny zysk ok. 1.7 mln zł (c/z = 12, czyli cena sprzedaży = 12-letni zysk). Przy ostrożnych rachunkach (c/z =8), firma musiałaby przynosić 2.5 mln zł zysku rocznie i jeszcze spełniać wymóg bezobsługowości. Znam kilka przedsięwzięć o takich wynikach finansowych, właściciel każdego z nich ma 45 lat i nadal zapieprza codziennie po 10-12 godzin. Natomiast, z drugiej strony, obserwuję całkiem sporą grupę ludzi z wartością netto (bez mieszkania/domu) pow. 1 mln zł w wieku 40+, zarządzających niewielką firmą z zyskami kilkaset tysięcy rocznie, lub pracujących na etacie.

Czy widzę w „Fastlane milionera” jakiś jasny punkt? Nawet dwa. Pierwszym jest nowatorska „matryca podejmowania decyzji” (przełożenie argumentów „za i przeciw” na liczby), drugim wskazanie, że na etacie trudniej się wzbogacić. Pisałem o tym wielokrotnie – przeciętny przedsiębiorca ma lepsze możliwości optymalizacji podatkowej, oraz w konsekwencji dochody, niż przeciętny pracownik. Dodatkowo, co podkreślał już Robert Kiyosaki, pracownik żyje ze sprzedaży swojego czasu, a na właściciela firmy pracują inni.

Przydomowy kurnik. Jaki ma sens?

Wracamy do tematów rolniczych. Jeszcze niedawno wszyscy uciekali ze wsi, teraz trend się odwrócił. Dlaczego? Uciekamy na wieś przed stresem. Ok, ale czy ma to sens ekonomiczny?

W moim miejscu pracy mam koleżankę, która raz w tygodniu przynosi na sprzedaż kilkadziesiąt wytłoczek z jajkami. Wszystkie rozchodzą się w mgnieniu oka, wśród stałych odbiorców. Jak magnes działa hasło – od wiejskich kur przy cenie porównywalnej ze sklepową 15 zł/10 szt. Czas więc na wyliczenia.

Jedna kura znosi dziennie jedno jajko. W warunkach przydomowych, da się mieć tych kur kilkadziesiąt, dajmy na to 50. Dochodzimy do 350 jaj tygodniowo tj. 35 wytłoczek. Skoro jedna wytłoczka kosztuje 15 zł to osiągamy 525 zł przychodu tygodniowego. Całkiem nieźle – 2275 zł za 7-14 godzin pracy w tygodniu. I to niezbyt ciężkiej pracy. Mamy jednak kilka „ale”. Po pierwsze, przychód to jeszcze nie zysk. Mamy jakieś koszty (karma, weterynarz, wymiana stada, kurnik) – niech będzie to 25% ceny jajek (optymistycznie). Trzeba je dowieźć i sprzedać, znowu: benzyna (30 zł tygodniowo), akurat w przypadku mojej koleżanki odpada, bo sprzedaje w miejscu pracy. Wreszcie, charakter wykonywanych czynności – człowiek zostaje uwiązany do miejsca. Ze zwierzętami nie ma urlopu. Trudno znaleźć kogoś odpowiedzialnego, kto przypilnuje 50 kur. Nie ma szans na urlop. Zdecydowanie wolę pomysł na maliny, o który już pisałem.

Planowanie życia w kryzysie. Wydatki sztywne czy elastyczne?

Tego kryzysu, podobnie jak wielu poprzednich, chyba nikt nie planował. Nie znaczy to jednak, że przyczyny obecnej (inflacyjnej) i przyszłej (recesyjnej) zapaści pozostają nieznane. Ekonomiści i dziennikarze już o nich piszą. Co jednak w tej sytuacji ma zrobić przeciętny obywatel? Czytaj dalej Planowanie życia w kryzysie. Wydatki sztywne czy elastyczne?

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Dzieci – część IV.

Posiadanie dzieci z pewnej oczywistej (w ramach możliwości) drogi stało się w ciągu ostatnich dwóch dekad zagadnieniem politycznym i filozoficznym. Wcześniej wszystko było proste – mogłeś mieć dzieci (byłeś fizycznie zdolny), to się rodziły, nie, to nie. Teraz poza epidemią bezpłodności (podobno 20-25% populacji dzieci mieć nie może), coraz częściej mamy do czynienia z decyzją, a nawet deklaracją. Z jednej strony grupa antynatalistów, twierdzących że światu nie potrzeba więcej ludzi, którzy w końcu zniszczą planetę, feministek – traktujących dzieci jako symbol patriarchatu, oraz ludzi wygodnych. Z drugiej koalicję duchową od mułłów przez rabinów i księży do Władimira Putina. Pierwsi mówią o „odwiecznym porządku świata”, Putin o patriotyzmie. Co mniej mnie dziwi, każdy z nich nazywa nieposiadanie dzieci „dekadentyzmem”, „zepsuciem”, które zgodnie płynie ze „zgniłego zachodu”. A potem przedstawiciele tego rosyjskiego, muzułmańskiego, katolickiego, raju ponieważ u nich zbyt biednie jadą do ateistycznej bądź protestanckiej Europy Zachodniej i tam rodzą lub … nie rodzą. Zostawmy jednak ideologię na boku. Kto z młodych może, chce mieć dzieci i wie z kim, będzie je miał. Moją rolą opowiedzieć jak sobie radzić z kosztami.

Grupa naukowców podaje co roku, ile kosztuje wychowanie dziecka w Polsce. Padają robiące wrażenie sumy, o równowartości mieszkania. Dodatkowo, co roku idą w górę. Media wywierają presję, że już dla bąbelka, to wszystko kupujemy nowe i prima sort. Stąd koszty rosną. Ja, jako ojciec trzech chłopaków, powinienem już dawno zbankrutować, a co powiedzieć o kierowcy z mojego miejsca pracy, z którym dobrnęliśmy do podobnego etapu. Ponieważ mam pewne doświadczenia pozwolę sobie dać Wam kilka rad.

Sprawdza się stara prawda – posiadanie dziecka w jednych warunkach jest drogie, w innych – tanie. Wszystko zależy od miejsca, otoczenia, stylu życia oraz stanu zdrowia dziecka. Jak to wygląda?

Przykład 1. Warszawa i inne wielkie miasta na bogato. Większość mieszkańców Warszawy to przyjezdni. Nie mogą liczyć na wsparcie rodziców, więc ponoszą koszty opieki nad maluchem od końca macierzyńskiego do czasu przedszkolnego. Koszt – równowartość pensji minimalnej (4000 x 24 miesiące czyli 96.000 zł). Jeśli mamy trójkę robi się prawie 300 tys. zł. Potem idzie prywatne przedszkole, szkoła i spokojnie dojdziemy do kilku milionów (3000 zł/miesięcznie x 192 miesiące x 3). W tym czasie mamy jeszcze zajęcia dodatkowe (60 zł/godzina to minimum), dowożenie, no i przecież – jedzenie, ubranie, rozrywki, Iphony. I faktycznie jak to wszystko policzymy – strach mieć dzieci, bo trzeba zarabiać (dochodzi jeszcze kredyt na większe mieszkanie) 2 x 20 tys. zł netto. Nic dziwnego, że dzietność niższa niż na wsi.

Przykład drugi – spore miasto i okolice. Tu widzę dwa zwalczające się trendy. Pierwszy – równanie do warszawskich standardów, drugi – zwyczajne życie bez ciśnienia. Kto chce (albo musi) pójść schematem: opiekunka/prywatny żłobek, potem szkoła, wypas w trakcie, albo sporo zarabia i stać go na to, albo kończy na maksymalnie jednym dziecku. Kto – chce mieć dużą rodzinę, kombinuje.

Pierwszy sposób „warszawski” już omówiłem, tu faktycznie 1 mln/dziecko może okazać się mało, bo co oznacza 60-80 tys. rocznie, czyli 1,5-2 mln przez 25 lat do uzyskania dorosłości, a potem jeszcze 0,5 mln na początek – razem 2-2,5 mln na nowego obywatela. Ile znacie osób, które tak żyją?

Można też całkiem inaczej. Z małym dzieckiem do wieku przedszkolnego zostaje babcia, ciocia itp. lub matka żyjąca z własnej mini-firmy, albo pracy zdalnej. Wprawdzie wiek emerytalny efektywny ciągle się podnosi, ale z drugiej strony, teraz ludzie później mają potomstwo. Potem państwowe przedszkole/szkoła (im mniejsze miasto, tym o miejsce łatwiej). Na koniec nie całe mieszkanie, ale wkład własny/kawałek ziemi po dziadkach itp. A jeśli dziadków nie ma lub pracują? No cóż, wtedy musimy sobie radzić przez dwa lata – od 1 r.ż. (koniec urlopów) do 3 r. ż. I tylko na ten czas potrzebujemy rezerwy, bo (zazwyczaj) kobieta nie pracuje. Czy to prawda?

No cóż. Dwóch moich starszych pomagali wychować dziadkowie i od tego czasu minęły wieki . Z najmłodszym żona siedziała w domu. I co? Jej pensja wynosiła blisko kosztu opiekunki (nigdy nie zarabiała dużo), więc płacenie i wychodzenie do pracy nie miało sensu. Z drugiej strony, dawała radę sprzedawać szkolenia, które prowadziłem, zarabiając w 16 godzin miesięcznie połowę swojej ówczesnej pensji (za 170 godzin), czyli pracują 1/10 oficjalnego czasu (plus nie marnując go na dojście do pracy, malowanie itp.) wychodziła na plus (przecież jeszcze opiekunka kosztuje). W sumie same zalety – matka w domu z dzieckiem, zdobyła nowe umiejętności, a i finansowo lepiej wszystko wyglądało.

Na co starcza 800+. Kiedy wchodził program 500+ (wiosna 2015) miałem na stanie dwóch nastolatków i jednego malucha. Dostałem 1000 zł (wtedy wypłata zależała od dochodu). Taka kwota starczała na:

  • angielski dla obu i zajęcia sportowe dla jednego (350 zł) plus jedzenie dla trójki, albo
  • ratę kredytu na 90% wartości dwupokojowego mieszkania w górach (porównywalne z dużym miastem).

Dzisiaj warunki uległy diametralnej zmianie. Zlikwidowano kryterium dochodowe i za chwilę zamiast 500+ wypłacą 800+. Jednocześnie zaatakowała inflacja. Dzisiejsze 2400 zł (trójka dzieci) nie starczyłoby na ratę za takie samo mieszkanie (wzrosły stopy i cena z ok. 4 tys./m2 zł do 10 tys. zł/m2), ani na ich jedzenie i zajęcia dodatkowe, ponieważ:

  1. godzina korepetycji językowych kosztuje nie 40 zł ale ok. 80- 100 zł,
  2. zajęcia sportowe podrożały z 30 zł/miesiąc na 150 zł/miesiąc (w tym samym klubie) a obóz (tzw. camp) z 600 zł do 2500 zł.
  3. chleb, który kosztował 1.8 zł dzisiaj sprzedają za 4 zł i generalnie mnóstwo podstawowych rzeczy (owoce, warzywa, wędlina, masło, olej, jajka) kupujemy 2 razy drożej.
  4. Znacznie więcej płacimy za opłaty (ogrzewanie, czynsze, śmieci, prąd, gaz +60-120%).
  5. Podrożały (+80-100%) samochody nowe i używane (najtańsza Dacia Duster nie 40 a 80 tys. zł). Nawet małego Volkswagena Polo z silnikiem 95 KM wyceniają na ….120 tys.zł.
  6. O mieszkaniach już wspominałem (+120% w 7 lat).
  7. Opiekunka, kosztuje nie 1800 zł a właśnie w okolicach 3500-4000 zł.

Jak zatem żyć?

Zasada 1. Wybieraj możliwie niekosztochłonne otoczenie. Nie ma opcji – korpo i praca 9-17 utrudnia życie i podnosi wydatki. Dodatkowo wielkie miasto = długie dojazdy, a za ten czas też płacisz opiekunce. Na wszystko nakłada się presja społeczna. Mam przyjaciół, którzy uciekli z Warszawy do małego miasta. Żyją taniej i spokojniej.

Zasada 2. Organizuj opiekę nad dziećmi i naukę możliwie bezkosztowo. Oznacza to, przy wieku „żłobkowym”, albo pracę na zmiany (żona pierwsza zmiana, a mąż druga lub trzecia) albo pomoc przysłowiowej „babci”, albo połączenie wychowawczego i chałupnictwa/rękodzieła.

Kobieta (a czasem mężczyzna) w domu oznacza niższe koszty życia. Nie wydaje się na dojazdy, mniej na ubrania/fryzjera/kosmetyczkę, znika nagradzanie się zakupami, gotowanie w domu (o czym już pisałem) wychodzi taniej niż żywienie na mieście. W efekcie, nie można podać dokładnego bilansu urlopu wychowawczego, ale przykład mojej żony pokazuje, że strata może wynosić 20-30% pensji. W niektórych przypadkach – nawet mniej.

Kiedy dziecko wchodzi w wiek przedszkolny, staraj się znaleźć w okolicy dobrą państwową placówkę, podobnie zrób ze szkołą i studiami. Prywatne szkolnictwo to dla klasy średniej wir sił wysysających przyszły majątek. Szkoła wymaga poziomu, a niekoniecznie go zapewnia (od 5-6 klasy 3/4 bierze korki z wielu przedmiotów), wycieczki to nie Muzeum Nauki Kopernik lecz Berlin, Londyn, a nawet Nowy Jork. W zimie obóz narciarski, w lecie konie. Do tego poziom życia (ubrania, telefony potem samochody) rówieśników, daleko wyższy od przeciętnego. Rozmawiałem z kumplem, ojcem 11-latka, prywatna podstawówka + jej styl życia, kosztują go miesięcznie ok. 6 tys. zł, w mieście, w którym przeciętna pensja to 6,5 tys. zł….brutto.

W testach szkoły prywatne wypadają lepiej, ale niekoniecznie dlatego, że są lepsze. Obcina się cały dół (wywalając ze szkoły), gorszych dzieci nie ma, stąd średnia idzie w górę. Mój syn chodzi do państwowej. W klasie jest córka posła, dwóch ojców profesorów, kilku adiunktów, nauczycieli itp. Poziom – wcale nie gorszy niż w prywatnej (choć to akurat najlepsza klasa, w najlepszej państwowej placówce), a odpada mi dowożenie, a młodemu presja korków. Starsi synowie chodzili do tej samej szkoły. Jeden – sportowiec, uczyć się nie chciał i studiuje na AWF, drugi – umysł ścisły, dostał się na ekonomię. Dostał dwa lata korków przed maturą na rozszerzenie – i to wszystko (plus języki). Z kolei syn znajomych po szkole prywatnej nie zdał matury (rodzice prawnicy, dziadkowie lekarze) i teraz świetnie sobie radzi, we własnej firmie. Nie ma reguły. Nie wierz w mantrę klasy średniej – świetna nauka w szkole= świetne studia=świetna praca. Już w poprzednim wpisie serii starałem się Wam to uświadomić. Lepiej (w sensie czasowym, wolności, wynagrodzenia) ma dobry rzemieślnik niż korposzczur.

W takich warunkach nauka jednego dziecka wymaga wydania miesięcznie 400-500 zł (książki, zbiórki, zajęcia dodatkowe). Oczywiście trafi się zdolniacha (instrument muzyczny, dowozy sportowe), albo potrzeba specjalnego kształcenia, ale piszę o pewnej średniej.

Zasada 3. Nie przesadzaj z rozrywkami i konsumpcją. Konsumpcja zje każdy dochód. Im większy, tym pochłania więcej. Aż do dna w mieszku. Jedno dziecko ma Iphone’a , cała klasa domaga się go od rodziców. Nastolatki wydające na fryzjera – 4000 zł albo 3000 zł miesięcznie na ciuchy i kosmetyki (akurat tu ojcowie dobrze zarabiają). 10 wycieczek zagranicznych w roku – proszę bardzo. Część kupuje to wszystko za gotówkę (i miewa niewielkie oszczędności), wielu na kredyt. Bo mówimy ciągle o klasie średniej – czyli zarobkach na rodzinę od ok. 10 tys. zł netto do 30 tys. zł.

Nauczenie dziecka nadmiernego konsumowania – to fundowanie mu problemów na przyszłość – najgorsza wyprawka. Niekoniecznie bowiem powtórzy status rodzica, a będzie domagać się „zabawek” zawsze i w każdych warunkach. Ty dajesz przykład – maluch i nastolatek patrzą i najczęściej (bo nie zawsze) – naśladują. Recepta na zamożność w klasie średniej to sporo oszczędzać, inwestować z jak najlepszą stopą zwrotu. Telefony za 6-10 tys. zł są młodzieży zbędne. Z drugiej strony – skąpienie na rozwój (naukę zawodu, formację intelektualną, firmę) – to błąd – druga strona medalu.

Ile więc potrzeba na rozrywki – konsumpcję? Wakacje 1 -2 razy w roku. Może być obóz sportowy w zimie i w lecie. Koszt średni – 400 zł miesięcznie . Nauka języków, jakieś jedne zajęcia dodatkowe (znowu, sport, teatr, hobby ) – mieliśmy powyżej. Do tego ubrania, kosmetyki, kieszonkowe (kolejne 400 zł). Dorzućmy jeszcze prezenty i szczególne potrzeby (rower, deskorolka, audio, komputer) – 400 zł

W sumie zasada 2 i 3 – 1600 zł miesięcznie

Zasada 4. Najlepsze jedzenie – domowe. Nie da się porównać niemowlaka karmionego piersią, z nastolatkiem ze szczególnymi potrzebami. Jednak moja ulubiona blogerka pokazuje – domowe jedzenie to wydatki 2000 zł/5 osób (w tym nastolatki i dorośli), czyli znowu 400-500 zł/osobę (bo dodaję obiady w szkole), jeżeli gotujemy sami, z własnych produktów.

Wszystkie drożdżówki, słodycze, diety pudełkowe, nie dadzą nic więcej, a kosztują 3-4 razy tyle.

Zasady 2,3,4 – 2000 zł.

Zasada 5. Trzymaj w ryzach auto i mieszkanie.Łatwo popaść w skrajności i myślenie albo „dzieci nic nie potrzebują” albo „potrzebuję vana i domu, bo urodziło mi się dziecko”. Nie warto się do nich zbliżać. Wiadomo, z dwójką nastolatków – Fiatem 500 nie pojeździmy, ale czy od razu potrzeba salonowego Audi Q7?

Wybierałbym rozsądnie – albo duży samochód klasy B, albo kompaktowy, przy jednym dziecku. Kompakt przy dwójce, i wyższa średnia kombi/minivan przy trójce. Ja zostałem de facto z jednym (najmłodszy ma 170 cm wzrostu) i wystarcza nam Hyundai Kona (a mamy jeszcze średniego psa). Od biedy zmieścimy się i w Fiacie 500. Koszt – przy samochodzie 10-letnim (rozsądny kompromis), a w zasadzie jako różnica między klasą miejską i kompaktem 400 zł miesięcznie (w tym paliwo, utrata wartości i dowożenie od czasu do czasu).

Z mieszkaniem – żyję w przekonaniu – każde dziecko musi mieć własny pokój. Czyli minimum z jednym – dwa (rodzice śpią w salonie), a optymalnie 3-pokoje. Szczęśliwie tak się składa, że dobrze wybierając, zapłacimy za ten dodatkowy drugi lub trzeci pokój całkiem niewiele – często 50-70 tys. zł, czyli +400 zł do raty.

Podsumowanie. Łączne, rozsądne, lecz nie skąpe, wydatki na przeciętne dziecko to 2800 zł miesięcznie. Zaznaczam – pisze o miejskiej lub podmiejskiej klasie średniej. Na wsi, gdzie i pokus mniej i oczekiwany standard gorszy, a ceny (nieruchomości, jedzenia) niższe, znam takich, którzy wdają połowę. Przy planowanym od stycznia 800+, kwestia finansowa schodzi na dalszy plan, jeśli nie damy się porwać szaleństwu. Wtedy, co pokazują alimenty celebrytów i 15 tys. zł może być mało.

Realizacja moich planów na rok 2023 r. i plany na 2024 r.

Jestem gorącym zwolennikiem myśli gen. Eisenhowera „Plany są niczym, planowanie wszystkim”. Od kiedy w okolicach 1995 r. przeczytałem książkę Joe Carbo „Jak zrobić pieniądze, będąc leniwym”, przykładam ogromną wagę do planowania i wyznaczania celów. Robię to w okresie rocznym i taki plan sporządziłem też w grudniu 2022 r. (na rok 2023) oraz w 2023 r. na 2024 r. Czy udało mi się zrealizować cele finansowe? Nie wszystkie, dlatego wciąż wierzę Eisenhowerowi.

Wykonanie planu na 2023 r.

Osiągnąłem wszystkie cele dochodowe tj. zarobić x zł w roku oraz kwotę x z działalności gospodarczej. Tak samo było z oszczędnościami, planowałem odkładać 30% dochodów, wyszło mi nawet lepiej. Powiększyłem majątek (kwotowo) o więcej niż planowałem.

Problemy miałem z celami poza finansowymi. Nie nauczyłem się 1000 francuskich słówek, nie ćwiczyłem regularnie 3 razy w tygodniu. Nie wykonałem wszystkich prac na działce i w domu. Niestety.

Plan na 2024 r .

Częściowa porażka nie zniechęca mnie do planowania. Wdrożyłem system, zaprezentowany w książce „12-tygodniowy rok”, łącząc go z ideami dra Roberta Maurera o filozofii kaizen. Rozbiłem wielkie cele na małe części i staram się codziennie przybliżyć do celu.

A zatem, co chcę osiągnąć?

  1. Zarobić w ciągu roku 20% więcej niż w roku ubiegłym.
  2. Odkładać miesięcznie 10 tys. zł (inwestycje to też oszczędności).
  3. Zarobić na akcjach minimum 10%.
  4. Wybudować domek w górach.
  5. Nie zmieniać samochodu (czyli opanować swoją słabość).
  6. Ćwiczyć 3 razy w tygodniu, biegać w sumie przez godzinę tygodniowo, przejechać na rowerze 1000 km (nie na raz, a łącznie).
  7. Nauczyć się 1000 włoskich słów.
  8. Wstawać codziennie najpóźniej o 5.30.
  9. Poświęcać na dg minimum 1 godzinę każdego dnia.
  10. Nie przekraczać 2500 KCal/dziennie i zapisywać posiłki w aplikacji.
  11. Spędzać z każdym członkiem najbliższej rodziny (dzieci, żona) minimum 1 godzinę tygodniowo sam na sam (synowie po wyprowadzce, dopuszczam telefon).
  12. Cele od 7 do 12 realizować cotygodniowo, przynajmniej w 85%.

Metoda małych kroków ma mi w tym pomóc. Czy się uda? Zobaczymy.

Zatrzymaj energię pieniądza – czyli kursy „czary-mary dla naiwnych”.

Co jakiś czas w internecie wyskakują mi reklamy kontekstowe kursów, które przekonują, że powodem braku pieniędzy jest zła energia skierowano od biednego do złotówki/ dolara/euro. Niektórzy „guru” posuwają się nawet do twierdzenia „nieoszczędzanie wynika z niewłaściwej energii” czyli idą odrobinę dalej.

Czas rozprawić się z tymi pomysłami. Generalnie w nauce istnieje pewna prawidłowość, każda teza da się udowodnić metodami empirycznymi tj. sprawdzalnymi i powtarzalnymi lub przez wnioskowanie logiczne. Oczywiście nie musimy tego widzieć – nie dostrzegamy przecież pojedynczego atomu, co nie przeszkadza nam uznać jego istnienia). Tak samo nie widzimy prądu i ciepła – aczkolwiek możemy energię elektryczną i cieplną dotkliwie poczuć, wkładając rękę do gniazdka lub kominka. Tzw. energia pieniądza bazuje wyłącznie na wierze w głoszone teorie, co oznacza niemożliwość weryfikacji metodami naukowi.

Druga rzecz i pytanie. Czy snujące te opowieści osoby (trenerzy) faktycznie są choćby zamożni lub oszczędni? Nie wiemy tego. Otwarte pióro marki Versace uwiecznione na filmie, nic nie pokazuje, bo można je sfinansować kredytem (kartą) a kupimy je nawet za kilkaset złotych.

Czy jeśli są bogaci, zarobili te pieniądze? Czy dostali spadek po bogatej ciotce, wygrali na loterii, zyskali po rozwodzie, a może zarobił je współmałżonek? Znowu brak odpowiedzi.

Cofnijmy się zatem do metody naukowej – socjologiczno-statystycznej. Czy ankietowani przez dra Stanleya amerykańscy milionerzy opowiadają coś o „energii pieniądza”? Nie. Czy badacz przyczyn zamożności Brian Tracy w „Milionerach z wyboru. 21 tajemnic sukcesu.” opowiada nam o energii pieniądza? Nie. Czy robią to rozmówcy Tony’ego Robbinsa lub Tima Ferrissa? Także nie. Podkreślają: ciężką pracę, determinację, stawianie sobie kolejnych celów, wiedzę, systematyczność. Stąd moje tytułowe podsumowanie „czary-mary dla naiwnych”. Nikt tego nie sprawdził, nikt nie może zweryfikować, opowiadają o tym ludzie, o których wiedzy i doświadczeniu nic nie wiemy. Absolutnie nic. Wierzą w to głupcy, a prezentują oszuści, wyciągając pieniądze.

Żeby jednak zakończyć pozytywnie. Należy odróżnić kursy „energia pieniądza” od dwóch poglądów, które Stephen Covey senior streścił takimi poglądami „etyka charakteru” i „etyka osobowości”. Ta pierwsza, to właśnie rozwijanie w sobie cech, takich o jakich pisał już Benjamin Franklin: roztropność, męstwo, sprawiedliwość, umiarkowanie, spójność wewnętrzna, pokora, wierność, pracowitość, odpowiedzialność, prostota, skromność. Druga opiera się na pozytywnym myśleniu, robieniu wrażenia (mowa ciała, ubiór itp.), psychomanipulacji (Cialdini), czy słownym manifestowaniu bogactwa (Joe Carbo, Harv Eker). I wiemy z własnego doświadczenia (oraz licznych badań naukowych), że obie te drogi, zwłaszcza jeśli umiemy je połączyć prowadzą do sukcesu (w tym finansowego). I tego się trzymajmy. Brednie o „energii pieniądza” zostawmy wróżkom z pod znaku New Age. Zresztą modny obecnie „coach” Joanna Godecka, dwadzieścia lat temu występowała regularnie na łamach miesięcznika „Wróżka” i podpisywała się tym mianem. `Podobnie jak Aida Kosojan-Przybysz autorka kursu „Potęga obfitości”.

Skutki rosnącej pensji minimalnej.

Gdy oglądaliśmy TVP widzieliśmy państwo odnoszące same sukcesy. Jako jeden z nich, przedstawiany jest stały wzrost pensji minimalnej. Czy faktycznie ten proces ma wyłącznie dobre strony?

Najpierw informacje. W latach 2008-2016 (decyzje PO) – pensja minimalna wzrosła z 1126 zł do 1850 zł. Następnie (8 lat władzy PiS) do 4242 zł. Ogromny skok – blisko x 4 przez 16 lat. Jeśli uwzględnimy inflację, obie partie przeskoczyły ją znacznie. Za PO wynosiła ok. 15 % a minimalne wynagrodzenie o 64%. Za PiS inflacja skumulowana kształtowała się na poziomie 55% (oficjalnie), a wzrost „najniższej krajowej” – 130%.

Teraz nie chodzi o rozmowę „co lepsze” lecz pokazanie pewnego procesu, a ten jest jasny – minimalne pensje rosną znacznie szybciej niż średnie (z 2800 do 7300). W efekcie od 1 stycznia 2024 r. na „najniższej” znajdzie się 1/4 zatrudnionych. To wynik znacznie gorszy niż w rozwiniętych państwach europejskich, które czasem jak np. Włochy czy podobno socjalistyczna Szwecja w ogóle nie ustalają dolnego pułapu wynagrodzeń. Podwyżki pozostają bez związku z wydajnością.

Teraz czas na skutki.

Spadek motywacji średnio zarabiających. W dzisiejszej szkole młoda sprzątaczka dostanie tyle co młody nauczyciel – dokładnie minimalną. Młody adwokat, tyle co sekretarka w kancelarii. Urzędnik bankowy, tyle co portier. Zacierają się luki pomiędzy specjalistą a świeżakiem przy produkcji, bo mówimy o 100-200 zł miesięcznie. Co więcej, np. w kulturze wszyscy poza szefem biblioteki dostają identyczne pobory – najniższe: księgowa, bibliotekarze, konserwator. Spadek motywacji oznacza obniżenie wydajności.

Kurczenie się legalnego rynku pracy. „Na czarno” czyli pod stołem – nie ma limitów. Na kontrakcie b2b – można kombinować. Przy umowie zlecenia zaniża się liczbę godzin, żeby wyszła minimalna stawka godzinowa. W efekcie, tam gdzie legalnej pracy jest mało, pojawia się jej jeszcze mniej.

Likwidacja małych firm.Budżetówka i korpo sobie poradzą. Tracą najmniejsi. Zamyka się sklepy, bary, zakłady usługowe, produkcyjne. W ich miejsce wchodzi albo szara strefa albo korpo. Biedronka zastępuje sklepik „U Zosi”.

Sztuczne pompowanie wskaźników. Rośnie pensja minimalna – rośnie i średnia. A od jednej z nich liczy się np. składki ZUS małych firm, różne odpisy i daniny. Skutek – poniżej.

Wzrost wpływów ZUS i państwa. Kto zyskuje na podwyżkach i inflacji? Państwo. Nagle ma więcej kasy do dyspozycji – rosną wpływu podatkowe i składki ZUS. Skoro pensja jest x 4 to i składek będzie 4 razy tyle – proste. A to że za 4 razy większą emeryturę kupimy sobie potem tylko 2 razy więcej towarów, to inna historia. Podobnie, pomimo skokowego zwiększenia składki zdrowotnej – czas oczekiwania na zabiegi lekarskie wcale się nie skrócił.

Wzrost cen. Rosną koszty – rosną i ceny. Proste. W gospodarce zdominowanej przez usługi i budżetówkę, poziom wynagrodzeń ma kapitalne znacznie. Zresztą nawet w produkcji nie pozostaje bez znaczenia. Silny i niepowiązany z wydajnością wzrost pensji minimalnej wywołuje spiralę cenowo-płacową. Widać to najlepiej w latach 2021-2023 r., kiedy skokowo rozwijała się inflacja, w zasadzie nie było segmentu, w którym ceny nie rosły od opłat bankowych do wizyty u specjalisty. Do pewnego poziomu można to próbować ograniczać kombinowaniem (łączenie dwóch firm rodzinnych to jedne składki ZUS, a właściciel-syn na KRUS-ie nawet 0, nowa firma często nie płaci VAT-u), ale takie sposoby dostępne są dla „mikro” a nie przedsiębiorców zatrudniających ludzi – trzeba płacić minimalną i już.

Spadek konkurencyjności polskiej gospodarki. Szukajac mieszkań we Włoszech byłem w szoku. Pensja dostępna na już (bo minimalnej tam nie ma) w biednym Bari (odpowiednik Białegostoku, Kielc, Lublina, Olsztyna) wynosi 1000 Euro. Niewiele więcej niż najniższa krajowa w Polsce. A przecież Włosi mają silne marki, zwłaszcza odzieżowe i PKB na głowę mieszkańca istotnie wyższe. Nasz schemat – tanie usługi i produkcja (montownia) wymaga niskich płac. Inaczej zastąpią nas (i już to się dzieje) – Rumuni, Chińczycy, Uzbecy itp.