Gra Pollyanny, czyli zabawa, która nigdy się nie nudzi.

We wpisie o zakupie obligacji korporacyjnych obiecałem Wam opisać grę Pollyanny. Czas spełnić obietnicę. Temat może nie mający wiele wspólnego z pieniędzmi, ale na pewno warty zastanowienia. Pollyanna to tytułowa bohaterka powieści dla dorastających dziewcząt. Coś jak „Ania Zielonego Wzgórza”. Generalnie dziewczyna szybko traci rodziców, wychowuje ją ciotka. Wspomnieniem po ojcu, który był pastorem, jest dla Pollyanny gra. Każdemu spotkanemu człowiekowi opowiada o jej zasadach. No właśnie, na czym gra polega? Na tym, aby w każdej sytuacji odnaleźć coś dobrego. Czyli (przykład książkowy) – mała dziewczynka zamiast lalki dostaje kule (z darów, bo ojca nie stać na prezent). Zamiast martwić się brakiem spełnionego marzenia, mówi – jak to dobrze, że mam zdrowe nogi, więc kule są mi niepotrzebne. Starsza pani, której ginie cel jej życia – mały wychowaniec, słyszy – Jaka jest pani szczęśliwa, bo choć przez chwilę, spotkała Pani prawdziwą, bezinteresowną miłość dziecka (chłopiec zresztą w końcu się znajduje).

Niby naiwne i głupie. Ale… wszyscy ludzie znajdują się pod urokiem Pollyanny. Roztapia serca najbardziej zatwardziałych nudziarzy i pesymistów. Tyle książka. A życie? No cóż, gra, jeśli gramy w nią konsekwentnie, pozwala nam utrzymać dystans do problemów. Mnie, jako urodzonemu optymiście, wychodzi to łatwiej, ale polecam i Wam. Zarówno książkę, jak i grę. A że ludzie powiedzą „Nie przystoi pięćdziesięciolatkowi czytać powieści dla nastolatek”? Tym lepiej, skoro je czytam, znaczy, nadal jestem młody duchem. A ta młodość pozwala przetrwać wiele burz. Pozorna naiwność, potrafi być zaletą. Także w inwestycjach.

Prof. Modzelewski – opowiada o rzeczywistości.

Ciekawy wywiad z prof. Modzelewskim na temat funkcjonowania państwa: https://www.youtube.com/watch?v=_kmVPxZqnCo Od 13.09 o dyskryminacji małych przedsiębiorstw. Będzie też o podatkach i likwidacji gotówki.

I jeszcze jedno – o amerykańskim śnie https://isp-modzelewski.pl/serwis/szkice-polsko-rosyjskie-white-trash-po-polsku .

Jak działa wielki koncern. O wyprowadzce ABB z Aleksandrowa Łódzkiego.

W maju portale internetowe obiegła informacja – szwajcarskie ABB (centrala w Zurychu) likwiduje w Polsce zakład silników niskonapięciowych i przenosi produkcję do Chin. Oficjalne przyczyny – wysokie ceny energii oraz surowców. Nieoficjalne – wysokie płace i brak konkurencyjności produkcji.

Europejskie (choć poza UE) koncerny kalkulują, w jaki sposób obniżyć koszty produkcji. Ponieważ w Polsce robi się drogo pod każdym względem starają się optymalizować, aby móc konkurować na rynku. Nasza miedź z KGHM wypada na pewno drożej niż chińska (i nie ma tam pewnie podatku od kopalin i nadzwyczajnych zysków). Podwyżki pensji minimalnej dla osób „na produkcji’ spowodowała skokowy wzrost obciążeń płacowych. Harce producentów prądu (też spółek SP), wywindowały ceny energii do niebotycznych rozmiarów (dla dużych firm x3, x4). Całość dała nieciekawy efekt. Przestało się opłacać całkiem, albo przynajmniej w wystarczającym stopniu. Pokazało też, w jaki sposób traktowany jest Polak – jak tani robol.

Oczywiście, podobna polityka „zysku na kolejny kwartał”, bo od niego zależy premia, ma poważny skutek, który odczuli Amerykanie. A w zasadzie dwa skutki. Pierwszy – dalsze uzależnianie od Chin, które stają się centrum produkcyjnym dla całego świata i jeden problem tam, wywróci układankę. Drugi – ubożenie Starego Świata. Nie ma zakładu, nie ma podatków, nie ma pensji, nie ma niczego. Kto nie wierzy, niech odwiedzi Pas Rdzy lub poczyta coś o nim, niech obejrzy reportaż o Detroit.

Amerykanie już odchodzą od tej linii. Biden zapowiedział 100% cła na chińskie samochody elektryczne, żeby chronić potencjał własnego biznesu (głównie Tesla). Chińczycy korzystają z niskich poziomów wielu kosztów (surowce, energia, praca) oraz dopłat eksportowych, żeby przebojem wejść na rynek. Kto siedział w MG i Dacii Duster, ten przestał się śmiać. Poziom wykończenia „chińczyka” to raczej Peugeot, Citroen, czy Renault. Za znacznie niższą cenę. I wielu się skusi, likwidując miejsca pracy.

Co może zrobić Europa? Pójść drogą USA. Wprowadzić cła importowe. Zaprzestać chocholego tańca – dopłaty, podwyższenie podatków, socjal. Zniechęcania do pracy poprzez jej obciążanie daninami. Pompowania pensji minimalnej ponad możliwości rynków, zwyczajnie głupich narracji o wstawaniu z kolan, i tym, że zawsze da się znaleźć pieniądze. Je po prostu trzeba zarobić.

Podwyżka stawki podatku od najmu? Jeden z najgłupszych pomysłów, o których słyszałem.

Wczoraj wiele portali internetowych powtórzyło informację zawartą m.in. tutaj https://www.money.pl/podatki/jest-plan-podwyzki-popularnego-podatku-uderzy-we-wlascicieli-wynajmujacych-mieszkania-7037327669443360a.html . Mam nadzieję, że informacja z „otoczenia Ministra Finansów” okaże się fake newsem.

Streśćmy ją jednak. Rząd szykuje podwyżkę stawki ryczałtu od najmu. Minister podobno wskazuje na dwie zalety: zwiększą się wpływy do budżetu państwa oraz zachęci się ludzi do inwestycji kapitałowych. Większych bzdur ostatnio nie czytałem. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Po pierwsze – żeby inwestować w akcje, trzeba dysponować minimalną wiedzą. Ci, którzy kupują nieruchomości, często jej nie mają. Czyli zachęcamy ludzi, by tracili pieniądze. Bardzo mądrze. Może jeszcze zaproponujemy im Forex?

Po drugie – nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy, że ktoś kto „nie chce stracić, więc wybiera nieruchomości” ruszy masowo po akcje. Dla niego ryzyko okaże się zbyt wielkie. Raczej rząd szuka chętnych na obligacje i wciska ludziom głupoty.

Teraz drugi argument – wzrost wpływów podatkowych państwa. Nie żartujmy. Wspomniany artykuł zawiera dane. Na przestrzeni 25 lat liczba podatników rozliczających najem wzrosła z ok. 200 tys. do 1 mln czyli 5-krotnie. A podstawa opodatkowania z 4 mld do 25 mld. Dlaczego? Ponieważ zachęcono ich do tego niskimi podatkami. Po prostu wiele osób wyszło z szarej strefy i zgłosiło najem, albowiem podatek wynosił efektywnie 0% (amortyzacja do Polskiego Ładu), albo 8,5/12,5% ryczałtu od przychodów (czyli realnie pewnie jakieś 10-15%, przyjąłem niżej wyliczenia do średniej 12.5%). Podniesienie podatku przyniesie kilka wydarzeń:

  1. wzrośnie liczba wynajmów niezgłoszonych, co spowoduje… spadek wpływów do budżetu, a nie żaden wzrost. Im wyższe oszczędności, tym więcej osób zaryzykuje.
  2. osłabi się ochrona najemcy (brak umowy, wpłaty z ręki do ręki, żeby uniknąć podatku),
  3. załamie się sprzedaż nowych mieszkań, czyli wyłamiemy szprychy koła zamachowego gospodarki, ponieważ wiele z nich kupowanych jest na wynajem. . Dodatkowo spadną wpływy z VAT-u i PKB. Bardzo mądrze – za jednym pociągnięciem zmniejszyć przychody państwa, utopić najemców i narazić na ryzyko „inwestorów”.

Jak już pisałem, mam nadzieję, że info okaże się ostatecznie fake newsem. Zyski państwa pisane są patykiem na wodzie np. 4% od 25 mld to 1 mld, a na podatkach pośrednich, zasiłkach dla branży budowlanej, meblarskiej, materiałowej, państwo straci wiele więcej, zresztą zaraz pojawi się luka w dochodach (szara strefa), więc nawet ten 1 mld zaistnieje tylko w teorii. Na blogu wspominam o tym wielokrotnie – poziom opodatkowania i oskładkowania w Polsce jest horrendalny. Przekracza nierzadko (jdg i pracownicy trochę powyżej średniej) 50%. Połowę z faktury zabiera państwo. Połowa kosztów utrzymania etatu nie dociera do kieszeni podatnika. Teraz jeszcze najem. Nie zapominajmy – ryczałt od przychodów. Pokażę to na przykładzie.

Zarabiam dajmy na to 150 tys. zł/rok w jdg wg skali podatkowej (184.500 z VAT). Z tego płacę:

  • 34.500 zł VAT,
  • 19.200 zł ZUS,
  • 13.500 zł zdrowotna,
  • 20.400 podatku dochodowego.

Zostaje mi 96.900 zł o ile nie mam kosztów (wtedy wprawdzie płacę niższe podatki, ale do kieszeni spływa jeszcze mniej, bo 50% każdego wydatku się marnuje). Dobrze czytacie 96.900 zł ze 184.500 zł – 52,5% kwoty z faktury.

Idziemy dalej. Po latach (ilu? 10) oszczędzania kupuję za 300.000 zł używaną kawalerkę (za nową jeszcze więcej) w dużym mieście na wynajem. I znowu tracę , bo trzeba zapłacić:

  • PCC – 6000 zł (2%),
  • VAT od czynności notarialnych -1000 zł.

Następnie wydaję na meble 40000 zł, z których kolejne 30% to podatki – 12.000 zł.

Przez 10 lat zapłaciłem ich 876.000 zł z firmy i przy zakupie i urządzeniu mieszkania jeszcze 19.000 zł. Razem 895.000 zł, żeby zacząć wynajmować.

Zawieram umowę na wynajem za 2000 zł/m-c. 24.000 zł/rok. Z tego 4800 zł odprowadzam do spółdzielni, co 10 lat robię remont i odświeżenie (30.000 zł tj. 3000 zł/rok). Podatek od nieruchomości pominąłem. Zostaje mi 16.200 zł netto, ale podatek (8,5%) płacę od 24.000 zł. Tym sposobem efektywna stawka wynosi nie 8,5% ale 12,5% – więcej niż stawka podatku dochodowego na pierwszym progu skali (i bez kwoty wolnej). Nie mam możliwości odliczenia strat (niepłacący najemcy, dewastacje) obecnych ani z lat ubiegłych. Nie odliczę ulgi na dzieci ani żądnej innej. Razem, żeby otrzymywać przez następne 20 lat 14.823 zł/rok netto (po odjęciu podatku – czyli za cały okres dwóch dekad) ok. 300.000 zł zapłaciłem w podatkach 922.540 zł (895.000 zł + 27500 od najmu). Oczywiście, gdybym dochody przehulał, praca i tak byłaby opodatkowana, niemniej jednak stosunek podatków do dochodu netto (3 do 1 na przestrzeni 30 lat) przeraża. Pokazuje też skalę opresji państwowej.

Do czego to prowadzi? Do rozrostu szarej strefy (w tym luka VAT). Jak to mówili „Nigdy się małpy nie nauczą”, chociaż ekonomiści znają tę prawdę od kilkudziesięciu (co najmniej) lat. A drugie wyjście? Lepiej dostać mieszkanie socjalne i 2000 zł/m-c z zasiłków, bo od tego podatków nie płacisz. Absurd.

Pracować, czy nie pracować? Oto jest pytanie. O wizji emerytury, jakiej nie chcemy.

Z uwagi na korzystne uwarunkowania (wysoka waloryzacja, obniżona średnia życia) w obu moich pracach nastąpił wysyp pożegnań emerytów. Miałem okazję z kilkorgiem z nich rozmawiać. Najpierw zaprezentuje twarde dane.

Spośród próby kilkunastu osób „w wieku emerytalnym+5” czyli do 70-tki mężczyźni, do 65 lat kobiety sytuacja przedstawia się następująco:

  • kobieta 71 lat – w zeszłym roku przestała pracować,
  • kobieta 71 lat – zostawiła sobie 1/8 etatu, resztę zakończyła,
  • kobieta 71 lat – zostawiła sobie 1 dzień pracy,
  • kobieta 72 lata – odeszła po aferze z jej udziałem 2 lata temu, żeby uniknąć kary dyscyplinarnej,
  • mężczyzna 69 lat – na emeryturę się nie wybiera,
  • mężczyzna 80 lat – odszedł w wieku 75 lat,
  • kobieta 67 lat – ciągle na posterunku,
  • kobieta 64 lata – właśnie odeszła,
  • kobieta 65 lat – porzuciła pracę 2 lata temu,
  • kobieta 63 lata – odeszła w 2021 r., po czym natychmiast wróciła do pracy w pełnym wymiarze,
  • mężczyzna 67 lat – nadal pracuje fizycznie na cały etat,
  • kobieta 62 lata – pracuje,
  • kobieta 63 lata – właśnie pożegnana,
  • kobieta 63 lata – ciągle w pracy,
  • kobieta 63 lata – odeszła rok temu,
  • mężczyzna 65 lat – zmarł, pracował pomimo osiągnięcia wieku emerytalnego,
  • kobieta 68 lat – zmarła na posterunku.

Co charakterystyczne, praktycznie wszystkie wymienione osoby (jeden wyjątek zaznaczyłem) pracują w biurze. To nie są potrzebne zawody, jak nauczyciel, lekarz, pielęgniarka (takie przypadki pomijałem). Następcy dawno wychowani, zadania prawie lub całkowicie przejęte. Co powoduje, że ci ludzie, mimo posiadania praw emerytalnych nadal pracują, pozostając mało efektywnymi? Większość z nich po prostu „blokuje etat”, czyli wykonuje obowiązki na pół gwizdka (czasem i na ćwierć: wieczne zwolnienia, efektywność 20% w stosunku do innych, zero nauki nowych narzędzi), chociaż i tutaj bywają wyjątki (4 osoby). Pracodawca przymykał oko, widząc wcześniejsze zasługi. Wracamy do przyczyny. Główna – bieda i niezdolność utrzymania dotychczasowego poziomu życia. Druga grupa – błędne poczucie niezastąpienia. Ponieważ to ostatnie dotyczy znowu 3-4 osób, skupmy się na przyczynach ekonomicznych.

Zacznijmy od rzeczywistego ubóstwa. Rozumiem je, jako emerytura poniżej 2,5 tys. zł netto lub niezdolność do utrzymania mieszkania po rodzicach, śmierć drugiej osoby w parze. To dotyczy raptem 2-3 osób i jest zrozumiałe.

Reszta dostanie świadczenie od 4-7 tys. zł. Z jakiego powodu ludzie zajmujący przez lata wysokie stołki nie są w stanie utrzymać się za 7 tys. zł netto? Przecież to 2 pensje minimalne i prawie 150% średniej krajowej. Ano właśnie. Beztroski tryb życia przez lata, funkcjonowanie od wypłaty do wypłaty. Wydawanie 100% zarobków, powoduje, że ktoś, kto przez ostatnich 35 lat pracował na stanowisku kierowniczym, z pensją na poziomie przekraczającym 250% przeciętnej, nie może przestać pracować, a zbliża się do 70-tki. Nie przygotował się na emeryturę.

I jeszcze jedna uwaga. Pewną partię ludzie wybrali ponieważ m.in. obiecała obniżyć wiek emerytalny, z którego nie korzystają.Wymieniłem kilkanaście osób. Ile znam takich, które od pandemicznego szoku inflacyjnego, poszły na emeryturę „w czas”? Dwie.

Jaka nauka płynie dla Was młodych i dla nas, w średnim wieku? Planować, oszczędzać, inwestować. Planowaniu emerytury poświęcę cykl wpisów. Pamiętajcie, dzisiejsi „spóźnieni emeryci” dostają świadczenie na poziomie 70% ostatniej pensji i nie radzą sobie bez pracy, dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie zejdą do 40-50%, a trzydziestolatkowie do 20-30%. Niech nie oznacza ona pracy do śmierci. I nie musi, jeżeli się przygotujemy.

Co tracisz zapominając, że istnieją różne poziomy finansowej wolności?

Na moim blogu, od pewnego czasu przewija się pojęcia „wolności finansowej” lub FIRE. Oznaczają one brak konieczności dalszej pracy zawodowej, utrzymywanie się z inwestycji i oszczędności. I jak większość rzeczy na tym świecie, wolność finansową można stopniować. Co więcej trzeba to robić. Tylko jak? Czytaj dalej Co tracisz zapominając, że istnieją różne poziomy finansowej wolności?

Do czego prowadzi analfabetyzm gospodarczy.

Kiedy poprzedni rząd ściągał do Polski setki tysięcy ton zboża rolnicza Solidarność siedziała cicho. Kiedy minister Kowalczyk najpierw obiecywał ceny 1800 zł/tonę pszenicy, a potem doprowadził do spadku na poziomy z roku 2021, robiła podobnie. Dopiero, gdy zmieniła się władze, i na jaw wyszły skutki poprzednich bredni, oni tez pojawili się na ulicach. Dlaczego? Ponieważ, niestety, zwykłego chłopa łatwo podburzyć. Nie zna podstaw ekonomii, co zaraz pokażę na przykładzie.

W moim regionie zaczęli płakać producenci truskawek. Jako przykład swojej biedy podali skup owoców przemysłowych (na mrożonki, dżemy) za 2,5 zł/kg. Wiecie, co to truskawka przemysłowa? Odmiany rodzące owoce o niewielkiej 1,5-2,5 cm wielkości. Drobnica. Popyt jest na owoce duże, ładnie wybarwione, słodkie. Zresztą nawet plon z nich kilkukrotnie większy na ha. Po co więc upierać się przy przemysłówce, nabijając kabzy korporacjom?

No właśnie, przejdźmy do deserowych. Tu słyszę płacz – nie opłaca się zbierać i płacić ludziom za zbiór. To wymyślono „samozbiór”. Mieszczuch przyjeżdża na plantację i nazrywa sobie sam, a potem zapłaci. Zanim pomysł stał się modny, uśmierciła go chciwość. Właśnie ten analfabetyzm gospodarczy. Rolnik przy samozbiorze (trzeba dojechać 30-50 km od miasta) oczekuje 9 zł/kg. Jakie mamy ceny w mieście? 8-12 zł/kg. Oczywiście taka kalkulacja kompletnie nie ma sensu. Po co dojeżdżać, zbierać samemu, skoro można kupić na targu albo w sklepie za podobną cenę? I potem zaczyna się płacz, że ludzie kupują serbskie, marokańskie, ukraińskie, rumuńskie (dodatkowo sprzyja im klimat). Kupują, bo wychodzi taniej, niż pojechać na pole i zebrać samodzielnie. Komu za to podziękować? Pompującym pensję minimalną do rozmiarów nierynkowych, podnoszącym podatki, stymulującym inflację, Obajtkowi od gazu, wyrzucającemu ceny nawozów sztucznych w kosmos (i znowu zdziwienie, że Polska je importuje, gdy nasze czynią produkcję nieopłacalną).

I albo potrafimy tanio produkować, albo dobrze sprzedać albo zostaniemy skansenem rolniczym Europy. Najlepszy przykład – szparagi. Niemiec płaci 10E/h robotnikowi rolnemu za zbiór i pielęgnację i jeszcze swoje zarobi. A Polak woli produkować jak ojce, truskawki przemysłowe Senga Sengana, za które płacą mu 2,5 zł. Produkuje, sprzedaje po takich cenach i płacze. Po czym znowu bezmyślnie powtarza cykl. Niestety w tym okazuje się podobny do korposzczura, oczekujacego, że kolejna korpo będzie bardziej work-life balance friendly. Nie ma opcji. Warto zrozumieć podstawy ekonomii, żeby nie kręcić się w kołowrotku.

Argumentum ad Obajtkum, czyli o dyskusji z miłośnikiem orlenowskiego „cudotwórcy”.

Wiosną 2024 r. przeprowadziłem rozmowę z admiratorem Daniela Obajtka, przedstawiającym go jako genialnego menedżera, zarabiającego do tego śmiesznie małe pieniądze, bez mała zbawcę narodu. Argumenty, które przy okazji padły pokazują wyraźnie, jak reagują „wyznawcy”. Warto je przytoczyć.

Koronny argument pierwszy – Orlen pod rządami Obajtka osiągnął najwyższy zysk.

Pozornie wszystko pozostaje prawdą. 27 mld zysku za 2023 r. robi wrażenie, zwłaszcza jeśli porównamy go z rekordowym rokiem PO czyli 2015 (ok. 3 mld). Żeby jednak zrozumieć źródło tego zysku, trzeba przeczytać sprawozdanie finansowe, a tego za 2023 r. w trakcie rozmowy jeszcze nie opublikowano.

Z pewnością wpływ na rosnące zyski miał znacznie większy obrót. Zysk 27 mld wypracowano przy 373 mld obrotu grupy (a nie samej spółki). W 2014 r. obrót wynosił tylko 88 mld. Przyczyna tzw. rozwoju wynikała z konsolidacji. Grupa Orlenu wchłonęła kilka spółek, w tym tak wielkie jak LOTOS, czy PGNiG. Z koncernu paliwowego, stała się molochem paliwowo-gazowo-detalicznym. Nie wiem jaką część tego obrotu i zysku wypracowano na paliwach, a jaką na parówkach, papierosach i wódce.

Drugą kwestią pozostają różnice pomiędzy pojęciami księgowymi (zysk, przychód), które wcale nie równają się sprzedaży czy faktycznemu przypływowi gotówki. Mój adwersaż tego nie rozumiał, albowiem jego wiedza ekonomiczna nie sięgała nawet do poziomu przeciętnego księgowego, a nigdy nie prowadził dg (podobnie jak minister Soboń, który wymyślił składkę zdrowotną od sprzedanego auta, ponieważ mówimy o zysku).

Jakakolwiek próba zwrócenia uwagi na zbyt mało danych oraz mnóstwo sytuacji nadzwyczajnych, kompletnie rozmówcy nie interesowała.

Argument drugi – rosnące zyski wynikały z geniuszu Daniela Obajtka

Jasnym jest, że skoro nie wiemy skąd pochodziły zyski, nie możemy wskazać na autora rzekomo genialnej koncepcji rozwoju spółki. Znamy jednak wcześniejsze osiągnięcia menedżerskie Obajtka i powiedzieć „nie są imponujące” to nic nie powiedzieć (o czym piszę poniżej). Nawet zatem jeśli prawdziwa jest teza o wysokich zyskach w 2023 r., przyczyn tego stanu rzeczy może być kilka, od korzystnej koniunktury (niewątpliwe), szacherki księgowej, a’la Enron, poprzez przewagi teoretycznie ubocznego sektora drobnego handlu z wyższą niż paliwo marżą.

Niewątpliwie jednak w podstawowych ze względu na obraz grupy w branżach (gaz, paliwa, stacje ze sklepami) znacznie zmienił się od 2015. Teraz mamy do czynienia z monopolistą, który może dowolnie kształtować ceny. W takim wypadku i o zysk łatwiej. Nawet taki zysk jak obecnie.

Argument trzeci – „a za PO prezes Orlenu zarabiał więcej”.

Istotnie tak było. Jacek Krawiec dostawał z premiami ok. 3 mln zł, podczas gdy Daniel Obajtek w ostatnim okresie ok. 2 mln (przy znacznie większych zyskach). Tyle dane oficjalne. Nieoficjalne „premie” od kontrahentów, różne dziwne geszefty może wkrótce poznamy. O dziwo, więcej niż Obajtek (a podobnie jak Krawiec) otrzymywał także Wojciech Jasiński – prezes z początków władzy PiS i też przy niższych zyskach niż ostatni rok. Tutaj jednak diabeł tkwi w szczegółach.

Krawiec to menedżer. Polityczny, ale fachowiec. Jego CV wygląda imponująco, a i Jasiński sroce spod ogona nie wypadł (zarządzał paroma spółkami, w tym słynną Srebrną). Natomiast Obajtek-naturszczyk był wójtem małej gminy. Prezesem został w 2017 r. (Energa). Jego wykształcenie, w chwili błyskawicznego awansu (technikum rolnicze, prywatne studia z ochrony środowiska w Radomiu) też budzi śmiech. . Co więcej, Krawiec otaczał się głównie fachowcami, a za Obajtka skład zarządu, to jakiś ponury żart.

Wskaźnika pensja/kompetencje nie można w tej sytuacji porównywać. To, że ja poszedłbym do ORLENU-u za milion rocznie (żartuje, nie jestem samobójcą), nie oznacza doskonałego interesu dla spółki.

Argument trzeci – ten zysk trafia do budżetu.

W pewnej części – tak. Natomiast problemem nie jest gdzie trafia, ale skąd pochodzi. Rok 2022 r. pokazał, że z naszych kieszeni (ORLEN łupił nas na paliwach). Jak było w 2023? Łupili na gazie. Segmentacja wygląda następująco:

  • petrochemia – przychód 18 mld, ebitda -10 mld,
  • rafineria – przychód 156 mld, ebitda +8mld,
  • energetyka – przychód 48 mld, ebitda +4 mld,
  • detal – przychód 57 mld, ebitda +2 mld,
  • wydobycie – przychód 20 mld, ebitda -4 mld,
  • gaz – przychód 158 mld, ebitda 44 mld.

Co to oznacza? Ebitda, w największym uproszczeniu zysk pomniejszony o koszty bez pewnych kosztów finansowych, podatków, amortyzacji. Pokazuje rentowność. I jeżeli te wskaźniki przeczytamy, widzimy, które gałęzie firmy dają zysk. W naszym przypadku – gaz, dawny PGNiG. Marża zysku jest ogromna. Co czwarta złotówka stanowi zarobek (brutto, bo przed opodatkowaniem, ale zawsze). Dla porównaniu na sklepikach i jedzeniu – co trzydziesta. Już dostrzegacie dlaczego rosną Wasze rachunki?

Ile można zrobić, gdy nie chodzi się do pracy.

Moja praca, jak wiecie, polega na siedzeniu w biurze, rozmawianiu z ludźmi i pisaniu dokumentów. W działalności znowu – przy komputerze i na spotkaniach. Czas pracy – 8 godzin, z dojazdem ok. 9-9.5 godziny, czyli najlepsza część dnia (w zimie, wychodzę przed świtem, wracam po zmroku). Dłuższy dzień zaczynał się pod koniec lutego i właśnie wtedy powstał szkic do tego wpisu.

Pewnej zimowej niedzieli pojechałem na wieś. Z rana tzn. ok. 8.30 znalazłem się na miejscu. Otworzyłem cały dom (9 okien, czworo drzwi + garaż), podpiąłem elektryka do ładowania, wypiłem herbatę, zjadłem chleba z kiełbasą i wziąłem się do pracy. Założyłem sobie do wykonania następujące czynności:

  • rąbanie, ściętego 2 tygodnie wcześniej drewna, oraz układanie go w stos,
  • grabienie liści i wywożenie ich na kompost,
  • wycięcie octowców, które przeszły od sąsiada i zaczęły się mocno panoszyć,
  • zrobienie porządku w domu.

Kiedy zacząłem się pakować do domu, zegar wybijał 16.00. Mój urobek to:

  • 5 taczek porąbanego i ułożonego drewna,
  • 5 taczek liści wywiezionych na kompost,
  • wycięcie octowców z powierzchni ok. 50 m2,
  • zamiecenie parteru (80m2),
  • napisanie dwóch wpisów na bloga.

Dokładnie tak, gdy nie poświęcałem się etatowym zajęciom, zrobiłem całkiem sporo, mogę powiedzieć, że zagospodarowałem ok. 180 m2. Gdybym miał takich dni 3-4 w tygodniu spokojnie mógłbym uprawiać całkiem niezłą przestrzeń. Kalkulując proporcjonalnie – 600 m2 tygodniowo, a więc 2400 m2 miesięcznie czyli moje 3000 m2 miałyby szansę błyszczeć, a drewno do pieca przygotowywałbym w 2 zimowe tygodnie. Jednak musiałbym zrezygnować z etatu, za który teraz płacą mi kilka tysięcy złotych miesięcznie.

Ile można zaoszczędzić na wykonaniu naprawy samodzielnie.

Na blogu wielokrotnie pojawiał się temat „oszczędność poprzez samodzielne wykonywanie czynności”. Obecna sytuacja, podwyżka cen praktycznie wszystkich usług (łatwy do przewidzenia skutek pompowania pensji minimalnej), skłania do DIY. Zwłaszcza w przypadku prostych napraw.

Podam prosty przykład. Jeśli za sam odczyt błędów z komputera pokładowego auta i skasowanie ich płacimy 200 zł, a możemy to zrobić w ciągu 10 minut, sprzętem z internetu za 130 zł, a mamy w rodzinie 5 samochodów (jak ja), jaki sens ma jechanie z taką sprawą do mechanika? Kupiłem sobie urządzenie, ściągnąłem darmowy program na Androida i ustaliłem przyczynę zaświecenia się kontrolki w 3 samochodach, skasowałem błędy. Wydając 130 zł, poświęcając 2 godziny (na umawianie i same wizyty potrzebowałbym całego dnia, ponieważ specjalista od elektryka urzęduje w mieście 100 km oddalonym od mojego i musiałbym wracać pociągiem), zaoszczędziłem 900 zł. Nieźle. Natomiast wielu ludzi pojedzie, nawet i 5 razy, uznając swoje działanie za racjonalne. Jak się wytłumaczy?

  • boję się coś popsuć,
  • nie znam się,
  • to trudne,
  • nie lubię tego.

Każda z takich przyczyn, dla 70-80% dorosłych ludzi, oznacza wymówkę. W dobie instrukcji dla idiotów, filmików z netu, faktycznie wetknięcie urządzenia w gniazdo, połączenie go przez bluetooth czy wifi, użycie aplikacji, to taki problem? Uważam, że żaden. Samo pierwsze użycie (z konfiguracją i poznaniem aplikacji) zajęło mi pół godziny. Kolejne – po 10 minut. Wybór i zakup – godzinę. Takich czynności jest wiele – podłączenie pralki w miejsce zepsutej, podpięcie telewizora, wyrzucenie mebli i złożenie nowych, skucie i położenie płytek. Za każdą z nich ludzie gotowi są płacić wg stawki 100-500 zł za godzinę. Często zarabiając daleko mniej.