Biedni-pracujący, czy Polsce grozi ten amerykański trend?

W literaturze zaangażowanej współczesnej Ameryki pojawia się pojęcie „working poor” czyli „biedni-pracujący”, albo „biedni pomimo pracy”. Zjawisko dotyczy faktu, że pensja albo nawet kilka źródeł dochodu nie starcza na życie w miejscu, gdzie takie wynagrodzenie się wypłaca.

Popatrzmy praktycznie. W wielu branżach królują „umowy śmieciowe”, gwarantujące tylko minimalną stawkę godzinową (31.40 zł brutto), ale już nie pełne zatrudnienie (170 godzin w miesiącu). W efekcie spora, pomimo chęci, pracuje 20 godzin/tydzień czyli na pół etatu. Zarabia wtedy ok. 2000 zł netto/m-c. Za taką sumę, nawet powiększoną o świadczenia, nie da się utrzymać dwóch osób (samotna matka). Cóż robić, podejmuje się drugą, taką samą pracę. Niby wszystko się zgadza, zostaje pełny etat, ale w takiej konfiguracji:

  • Poniedziałek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B,
  • Wtorek – 9-13 sprzątanie w A,
  • Środa 10-14 sprzątanie w A,
  • `Czwartek 7-11 sprzątanie w A,
  • Piątek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B
  • Sobota 12-18 zmywak w B,
  • Niedziela 12-16 zmywak w B.

Konsekwencje? Codzienna praca, bez wypoczynku, urlopu (na śmieciówce go nie masz), brak pewności (w tym tygodniu sprzątanie 7-11, w innym 15-19, których nie da się pogodzić ze zmywakiem), wreszcie marnowanie czasu na dojazdach.

Takim sposobem nie da się żyć na wynajmie. Dlaczego? Już pokazuję.

Samotna matka musi zapewnić opiekę dziecku, zaprowadzić je na zajęcia, pójść na zebranie, odrobić lekcje. Jak ma to zrobić, skoro z dojazdami spędza w pracy 10-12 godzin dziennie i to w czasie, gdy inni już dawno wrócili do domu? Z pensją ok. 4000 zł netto w dużym mieście (dodając alimenty i 800+ dysponuje ok. 5400 zł/m-c).

Otóż, jeśli 3500 zł kosztuje mieszkanie+opłaty, 500 zł dojazdy, na pozostałe wydatki zostanie 1400 zł i to tylko dlatego, że pomaga państwo. Za tyle da się przeżyć, ale nic więcej.

W efekcie w Polsce, zjawisko biednych-pracujących, dzięki pomocy państwa (te 800 zł faktycznie robi różnicę) ma znacznie mniejszy zasięg, ponieważ ogranicza się do wielkich miast. W USA, gdzie państwo abdykowało z funkcji społecznych, problem stał się powszechny (z pensji minimalnej ok. 17.000 USD rocznie, trzeba jeszcze zapłacić 8000 USD ubezpieczenia zdrowotnego, stąd biedni-pracujący po prostu go nie wykupują).

Ale perspektywy amerykanizacji polskich realiów wyglądają nieciekawie. W debacie publicznej pojawiają się głośne opinie (np. Ludwika Koteckiego), że z uwagi na zagrożenie wojenne trzeba wycofać 800+. Skutek – powtórzenie opowieści z USA. Kto nie wierzy, proponuję lekturę 'Nomadlandu”, albo innych reportaży z nurtu „praca za grosze”.

Przeciętny Polak na państwowej emeryturze za 15 lat.

Przeciętny Polak zarabia w okolicach mediany dochodu ok. 7500 zł brutto/m-c (5.5k netto). Z takimi poborami, po przepracowaniu 40 lat, dostanie w 2041 roku świadczenie minimalne – w granicach dzisiejszych 1800 zł/netto. Nieco ponad 30% ostatniej pensji netto. Dokładnie takie same 1800 zł, co:

  1. dzisiejszy trzydziestolatek z pensją na poziomie średniej krajowej (szacunki ekonomistów na rok 2060),
  2. matka czwórki dzieci, która nigdy nie pracowała (rodzicielskie świadczenie uzupełniające Mama4+),
  3. wiecznie bezrobotna pięćdziesięciolatka, jeśli zdecydowała się wyjść za mąż za 70-latka, robiącego jej tę uprzejmość i umierającego po 5 latach (renta rodzinna),
  4. kobieta, gdyby przepracowała 15 lat plus 5 lat studiowała (emerytura minimalna),
  5. mężczyzna po 20 latach pracy i 5 lat studiów (emerytura minimalna).

Czy kogoś jeszcze nie wymieniłem? Oczywiście. Rolnika z Marszałkowskiej (płacił KRUS przez 25 lat), prowadzącego przez 25 lat własny biznes itd.

I tym sposobem, po konstatacji, że polski system emerytalno-rentowy daje świadczenie luźno związane z wkładem (namawiający do dłuższej pracy poseł powie „Ile wpłacisz, tyle dostaniesz”), przejdziemy do bardzo ważnego pytania:

Jak za taką sumę przeżyć?

Fakt 1. W mieście, bez własnego mieszkania – niemożliwe. Patrząc na ceny wynajmu, czynsze itp. – nieposiadanie własnego lokum wyklucza przeżycie. Kto uwierzył w te wszystkie opowieści o „fantastycznej elastyczności najmu”, nie ma szans na funkcjonowanie. Jeśli nie dostanie taniej „komunałki”, kąta przy rodzinie itp. wypada z gry. Płacenie nawet 1000 zł za pokój, plus koszt kilku rzeczy: jedzenia, leków, internetu, telefonu, ubrania, wyczyści rachunek do 0.

Fakt 2.Własne mieszkanie nie może być zbyt duże. Podam prosty przykład. Mój kumpel ma 38m2 kawalerkę w bloku zarządzanym przez wspólnotę, a więc dość tanią. Za 1 osobę, ze śmieciami, centralnym ogrzewaniem, płaci ok. 600 zł/m-c. Doliczmy do tego: prąd, gaz, internet, telefon, TV (streaming), podatek i zsumujmy. Wychodzi 900 zł. Na pozostałe wydatki zostanie połowa. Gdyby mieszkanie miało 60 m2 opłata wzrosłaby do 1150 zł. Na wszystko inne zostaje 650 zł. A piszę o taniej wspólnocie. W spółdzielni 60 m2=1500 zł (z opłatami).

Fakt 3.Co dwie emerytury, to nie jedna. Dwa pierwsze fakty uświadomiły bolesną prawdę – samotne życie okaże się znacznie trudniejsze. Samotnik zapłaci za mieszkanie 1/2 świadczenia. Dwójka już nieco ponad 1/4. Drastyczna różnica. My jednak sobie nie wybieramy momentu. Śmierć współmałżonka może prowadzić do nędzy.

Fakt 4. Na wsi będzie taniej. Wyprowadzka na tereny wiejskie ma szereg zalet, także finansowych na emeryturze. Jeżeli właściciel 38m2 kawalerki zapłaci 900 zł za dach nad głową, na wsi spokojnie może to być 500 zł. Na „życie”zostanie nie 900 zł, a 1300 zł. Do tego damy radę uprawiać tanie warzywa, owoce, czyli te produkty, na które w mieście po prostu nas nie stać, bo kosztują drogo. Wiejski dom nie wymaga czynszu, czasem nawet opłaty za wodę, pali się drewnem (znacznie tańsze niż miejskie c.o.), podatki są niższe.

Fakt 5. Życie przeciętnego Polaka na państwowej emeryturze będzie biedne. Ostateczna konstatacja, która wielu szokuje. 1800 zł ledwie wystarczy na skromną egzystencję. Trzeba pozbyć się wielu wydatków (np. sprzedać samochód) i oglądać dwa razy każdą złotowkę. Luksusów nie zobaczymy. 900 zł po uregulowaniu opłat nie wygląda jak świetny plan. Dlatego już teraz wielu emerytów pracuje. Lepiej dostawać nadal te 7200 zł/m-c (minimalna emerytura plus mediana pensji) niż 1800 zł. A że oznacza to pracę do śmierci, to inna historia.

Koszty życia, a koszty stylu życia.

Różnicę pomiędzy obydwoma rodzajami wydatków, prawie każdy z nas rozumie intuicyjnie.

Koszty życia ponosimy, aby zaspokoić podstawowe potrzeby, w stopniu minimalnym.

Koszty stylu życia – odnoszą się nie do potrzeb, ale naszych zachcianek. Do tego, co „chcę”, a nie „muszę” lub „powinienem”. Co więcej, wiele wydatków zachciankowych, realnie nam szkodzi, a dokonujemy ich pod wpływem chwili, kompulsywnie, dokonując uruchomienia ośrodka nagrody w mózgu.

Koszty życia, czyli ile człowiekowi potrzeba. Każdy z nas potrzebuje:

  • braku poczucia głodu,
  • dachu nad głową,
  • ubrania,
  • kontaktu z innymi ludźmi,
  • szeroko pojętej kultury,
  • wypoczynku.

To dziwne, jak wielu o tym zapomina. Tylko tyle, i aż tyle. W dawnych czasach ludzie walczyli o te trzy pierwsze podstawowe potrzeby. Pełny żołądek, jakieś schronienie i łach na grzbiet i wystarczy.

Dzisiaj prawie każdy z obywateli naszego państwa we wschodniej Europie ma takie podstawy na wyciągniecie ręki.

Jedzenie dla jednej osoby – spokojnie da się ogarnąć za 500 zł. W ogóle produkty spożywcze są dzisiaj rekordowo tanie. Mleko za 2 zł/litr, masło za 3 zł/kostka (15 zł/kg), mąka – niecałe 2 zł/kg, jajka po 1 zł/szt., tanie mięso po 12-14 zł/kg na tej bazie, plus własne owoce i warzywa da się nigdy nie czuć głodu. Ba, kupimy nawet nieco towarów, które jeszcze 30 lat temu uchodziły za dobro „prezentowe” czyli kawę, herbatę, alkohol.

Podobnie ubranie. Wchodząc w okresie promocji do „sieciówki”, albo dyskontu i kupisz normalne buty za 80 zł/para, majtki za 5 zł, koszulę za 30 zł, a nawet kurtkę za niecałe 200 zł. Nie ma problemu, by ubrać się za 100 zł/m-c.

Najwięcej kontrowersji wywoła „dach nad głową”, bo właśnie on zatrze różnicę pomiędzy „zachcianką”, a „potrzebą”. Dom na wsi, w którym nie leje się nam na głowę, da się kupić za 200k i dostaniemy jeszcze (niewielki) kawałek ziemi. Mieszkanie w mieście, właściwe dla pary (kawalerka) trafimy za podobną cenę. Niby oczywiste, tylko wchodzi nasza „inflacja stylu życia”. Utrzymamy je paląc drewnem za ok. 600-700 zł/m-c. Dom ma być nowy i stylowy. Do tego położony w „dobrej dzielnicy” i „dużym mieście”. W rzeczywistości zbliżamy się do oczekiwania „dobra rzadkiego dla każdego” i „dom w Warszawie prawem nie towarem”. Nierealne. Jeszcze 30 lat temu, dom, który posiadam na wsi, uchodziłby za ponadprzeciętny, a dziś jest tylko wystarczający, a nawet dla wielu „przestarzały”. 5 pokoi, łazienka, dwa odrębne WC, szybki internet. Nowy człowiek, budowany z zachcianek powie:

  • brak nowoczesnego źródła ogrzewania,
  • stare płytki,
  • gdzie gładzie?,
  • łazienkę i kuchnię trzeba urządzić od nowa,
  • nie przy samej drodze,
  • stare okna,
  • szambo,
  • kto dzisiaj robi kamienne podłogi?
  • daleko od miasta (30 km).

Pewnie sporo jeszcze znalazłoby się wad. Natomiast patrząc realnie – jeszcze w latach 90-tych, niezły standard. Dzisiaj wielu potrzebuje nowego (wybudowanego maksymalnie 10 lat temu), wykończonego zgodnie z aktualną modą, zlokalizowanego w mieście – ogólnie – czegoś na poziomie „segmentu” lub „apartamentu”. Nie trzeba nikomu powtarzać – to zachcianka, próba dołączenia do elity, kilkunastu procent mieszkających najlepiej. Za 200k da się na terytorium Polski kupić nieruchomość komfortową dla 3- osobowej rodziny. Utrzymamy takie miejsce za 800 zł/m-c. W sumie za 3 podstawowe potrzeby (jedzenie, ubranie, dach nad głową) – 2600 zł plus 200k na start.

Teraz idziemy dalej. Wiadomo, trzy osoby, w tym dziecko, oznaczają potrzebę kultury, nauki, wypoczynku i kontaktu z innymi. Wszystkie pokryjemy z 800+ i zasiłku na dziecko. Dokładnie za 800 zł, damy radę opłacić szkołę, pojechać na jakiś koncert (jeżeli nie będzie darmowy), jak to kiedyś mówiono „zmienić klimat”. To już 3500 zł.

Na koniec jeszcze małe auto – 250 zł/m-c i ubezpieczenie (KRUS 2 x 250 zł). W sumie 4250 zł. Za taką sumę tj. minimalne wynagrodzenie i świadczenie od państwa, trzy osoby dadzą radę normalnie funkcjonować.

I wtedy wchodzą „koszty stylu życia”, które podbijają nam te wydatki x 2, albo x 3. Zaczynamy.

Najpierw jedzenie. Spokojnie do 2500 zł, a jak ktoś lubi wychodzić, to i 5000 zł może okazać się niewiele. Ubrania mnożymy x 3. Dach nad głową: rata, bezobsługowe ogrzewanie, sieci miejskie i spokojnie damy radę dojść do 4000 zł. W sumie te trzy „podstawowe potrzeby” kosztują już 11.500 zł. Doliczmy festiwal w stylu Open’era, urlopy (narty w zimie, ciepło all inclusive w lecie), 2 auta w leasingu. No i nagle 20k/m-c na te same trzy osoby okażą się „zbyt mało”.

Warto temat przemyśleć. Jak to się stało, że jeszcze niedawno, nasze życie w bloku/na wsi wydawało się nam wystarczające, a teraz już nie. Dlaczego stale podnosimy sobie (i swoim bliskim) poprzeczkę. Czym różni się obiad za 150 zł/osoba (normalna cena za zupę i drugie danie+napój) w centrum Warszawy od domowego dania za kilkanaście zł, albo i kilka zł, jeżeli gotujemy z ołówkiem w ręku?

Koszty stylu życia można stale pompować. Od lepszego domu (studnia bez dna), do auta, wakacji (już nie starcza pojechać „do babci na wieś”, ani nawet nad pobliskie jezioro). Telefon przestaje dzwonić, a nawet dostarczać rozrywki, a staje się narzędziem statusu. Moja Motorola Edge 50 Fusion za 800 zł nie robi na nikim wrażenia, w świecie szklanych cudeniek za 6000 zł. Warto o tym pomyśleć.

Efekt pompowania? Wydatki rosną drastycznie, ponad racjonalny poziom. Ktoś, kto dostał podwyżkę o 100%, nagle wydaje 100% więcej. Masz do dyspozycji +200%, wydasz wszystko. Co gorsza, dyplom ekonomii, co pokazuje przypadek dra Thomasa Stanleya (słynna opowieść o płatkach śniadaniowych), ani świadomość zjawiska, nie chroni przed problemami.

Ja osobiście, wyleczyłem się w znacznej części z choroby statusu. Używany, 9-letni Hyundai Ioniq wiezie mnie równie pewnie, jak parę lat młodszy Mercedes, a kosztuje ułamek jego ceny. Mokasyny z Lidla niosą podobnie jak markowe obuwie za 500 zł/para.

I teraz najważniejsze. Co zyskałem? Spokój. Nigdzie nie muszę gonić. W razie problemów dam radę utrzymać rodzinę z jednej pensji (a ponieważ oszczędzałem wiele lat, nawet bez pensji).

Jak żyją na wsi moi koledzy z dzieciństwa? Inny świat.

W marcu-kwietniu miałem możliwość przekonać się, jak bardzo różni się miejski styl życia od wiejskiego. Nie piszę przy tym o „wsi zabitej deskami” ani o „ludziach z pensją menedżera z IT tylko o przeciętniakach.

Przypadek 1. Mój kumpel „zza płota.” Nieco młodszy ode mnie, w dzieciństwie bawiliśmy się razem. Przyjął styl 3-4 miesiące intensywnej pracy „na szparagach”, reszta w domu, dorabiając. Starą stodołę rodziców przerobił na dom i ma lokal nie 35-60 m2 (standard deweloperski), ale 120 m2. Mówimy o człowieku, który zarabia obecnie z żoną ok. 50k rocznie, do tego dorabia sobie 4-5k dzierżawiąc pole. W sumie niecałe 5k/2 os. Auto? Dwudziestoletnie. Działalność rolnicza? Żadna – tylko warzywnik przy domu. Bezdzietny.

Przypadek 2. Kolega „z mojej wsi.” Starszy o 5 lat. Akurat on żyje z pola. Próbuje małych (nieudanych) biznesów, w stylu umowa na kurierkę, skup owoców. Zdrowie nie pozwala mu już ciężko pracować. Realnie zarabia 25k. Na kawalerskie życie – wystarcza. Auto? Stary Opel Astra rocznik 2004 r.

Przypadek 3. Mieszkaniec sąsiedniej miejscowości. Niewielkie (4ha) pole, praca w miejscowym zakładzie przemysłu spożywczego, niepracująca żona i 4-ka dzieci. Firma płaci minimalną plus za nadgodziny. MOPS daje 800+ i zasiłki.Razem 4,2 k pensji (na 6 osób) i 4k od państwa. 8.2 k. Wystarcza. Auto? Także dwudziestoletnie.

Generalnie, ludzie którzy nie opuścili tej grupy wsi, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza – bardzo nieliczna, utrzymuje się z ziemi (np. rówieśnik mojego starszego brata 30ha własnej + drugie tyle w dzierżawie) i małych firm (budowlanka, tartak itd.). Oni radzą sobie bezproblemowo. Druga – zarabia w okolicach minimalnej. Obie żyją znacznie poniżej poziomu, do którego przywykliśmy. Widzę to na pogrzebach. Mój 9-letni Ioniq, wiekiem i klasą znajduje się zawsze w top 10 na kościelnym parkingu, a bywa że i w pierwszej trójce. Trzon stanowią 20-letnie Audi, VW, Ople. Roczne przebiegi? Tylko 500 km. Za to znacznie droższe bywają traktory.

Nikt nie szaleje z wydatkami, sporo się oszczędza (bogatsi – by dokupić ziemi, biedniejsi – na czarną godzinę do skarpety). Domy ogrzewa się drewnen/węglem. Żywność kupuje w Biedronce. W niedzielę nadal pachnie rosół i domowe ciasto. Praktycznie nikt nie jeździ na wakacje.

O dziwo, mało rodzi się dzieci. Znam rodziny, w których trójka moich rówieśników dała dziadkom tylko jednego wnuka. Sporo osób (kawalerowie, niektóre małżeństwa) nie ma dzieci w ogóle i nie będzie ich mieć. Modele rodziny: singiel, DINKS, 2+1 pojawia się znacznie częściej niż zechce przyznać prawica. Jednocześnie, przywołany wyżej jako „przypadek nr 2”, głosuje na Brauna, uważając PiS za „sługę Ukrainy”, lajkuje posty Ewy Zajączkowskiej-Hernik itd. Konserwatyzm w głowie, nie idzie w parze z konserwatyzmem w życiu (poza typową chłopską oszczędnością).

Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.

FIRE od 40-tki. Dlaczego większość nie jest w stanie odkładać 70% dochodów, oraz co z tego wynika.

Po raz kolejny wracam do idei FIRE czyli wcześniejszej emerytury. Spotkałem się z tezą, że FIRE od 40-tki dostępne jest w wielkim mieście, bo wystarczy odkładać 70% dochodów (16 lat odkładania 40 lat życia na takiej emeryturze). Dzisiaj skupię się na trzech powodach, dla których jest to niemożliwe w przeciętnych warunkach ( nie FIRE, tylko 70% oszczędności). Przy czym myśląc FIRE, skupiam się na klasycznym rozumieniu tego pojęcia – całkowity zanik zajęć zarobkowych (wyłączone barista FIRE itp.).

Powód 1. Polacy za mało zarabiają. Oczywiste. Dzisiaj przeciętne pobory to 9.5k i blisko 13k brutto w stolicy. Gdy odejmiemy podatki i składki – 6.5k i 9k netto.

Singiel, wydając 30% musiałby żyć za 2200/3000 zł. Bez szans.

W przypadku pary (zwykle z dzieckiem) 30% od podwójnej średniej wynosi 4400/6000 zł. No i powiedzmy sobie szczerze, w przypadku DINKS – możliwe, chociaż bez sensu. W przypadku pary z dzieckiem – raczej nierealne (same opłaty za własne mieszkanie 1.5-2k). Gdyby doszedł kredyt z ratą nawet 1400 zł, sam dach nad głową pochłonie 2.9-3.4k z … 4.4 k poza największymi miastami. A gdzie reszta?

W efekcie takie zarobki dają szansę przeżycia za 30% wyłącznie przy prowadzeniu mocno autarkicznej gospodarki i znacznie wyższych zyskach.

Powód 2. Wydatki, których nie wzięto pod uwagę. Założenie życia za 5k (i 800+) mówi o sytuacji idealnej tzn. wszyscy zdrowi, dziecko mądre, ale nie zbytnio uzdolnione, brak pomocy członkom rodziny. Niestety, nie zawsze tak jest. Leczenie w Polsce kosztuje, wspomaganie wybitnego lub niezdolnego dziecko także.

Linia życia co raz funduje nam niespodzianki, często dość powszechne. Nauka studenta w innym mieście 3k. Aparat ortodontyczny 12-17k. Głupia naprawa auta 3k. A nie wspomnę o rozwodach, podziałach majątku, albo kryzysach wieku średniego. Ktoś traci pracę i nie może jej znaleźć. Przy normalnym oszczędzaniu, mamy jeszcze bufor bezpieczeństwa, przy życiu za 30% dochodu – już nie.

Jeżeli zaś dodamy te wydatki nadzwyczajne, koszt życia w mieście z pewnością przekroczy 5k na trzy osoby.

Powód 3. Natura ludzka. Prosta sprawa. Do odroczenia gratyfikacji zdolny jest pewien procent populacji. Do życia jak mnich przez 16 lat, żeby potem żyć jak …. bezrobotny mnich, jeszcze mniejszy procent. Przecież jesteśmy tylko ludźmi, lubimy czasem zaszaleć, a a nie wydawać 3k, gdy zarabiamy 10k . Umiar wskazany we wszystkim.

Na koniec – mam dobrą wiadomość. Jeżeli odłożysz i dobrze zainwestujesz 30% (3k), może nie rzucisz pracy, ale przy przeciętnych poborach, nadal żyjesz przyzwoicie (za 7k) lecz bez skąpienia na wszystkim. Dysponujesz sporymi oszczędnościami już w okolicach 50-tki. Gdy masz w mniejszym mieście średnią+20%, dasz radę zostać milionerem (4k na 8% netto przez 20 lat da 2.3 mln, a przez 25 lat nawet 3.8 mln). I tak wygląda właściwa droga, którą promuję na tym blogu.

Czy stać Cię na niepracowanie?

Od kilku lat na blogu poruszam temat „wcześniejszej emerytury” – takiego pokierowania swoim życiem, aby po 50-tce rzucić robotę. Stosując proste reguły, możemy pokazać, ile trzeba zebrać, aby żyć sobie na luzie, bez konieczności pojawiania się w miejscu zatrudnienia/prowadzenia firmy. A oto spojrzenie z innej perspektywy niż dotychczas – historii emerytów, których miałem okazję poznać.

Założenie 1. Emerytura musi być dożywotnia. Żadnych złotych strzałów przez 10 lat, a potem zęby w ścianę i gryźć tynk. Żyjesz 100 lat, dostajesz wypłaty przez 50 (bo teraz masz 50). Żyjesz 65, aktywa przejmuje rodzina. Efekt – lepiej niż w ZUS-ie. Dlatego przyjmuje dość konserwatywne wskaźniki zwrotu.

Założenie 2. Emerytura, wraz z dochodami musi wystarczać na życie. Dochodzimy do kluczowego parametru – A ile potrzebujesz na życie?

Założenie 3. W wieku „urzędowym” zaczynasz dostawać świadczenie państwowe. Wiadomo, państwowa emerytura też będzie. W moim przypadku – 65 lat.

Teraz, na własnym przykładzie przeprowadzę Was przez doświadczenie wyliczenia własnych potrzeb emerytalnych. I możliwości – także.

W wieku 50 lat, człowiek ma jeszcze pewne koszty związane z rodziną. W moim przypadku będzie to uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej. Gdybym wtedy zdecydował się na zakończenie pracy i przeniesienie na wieś mogę potrzebować (wg cen dzisiejszych). Zakładam też rzucenie pracy przez żonę.

  • Życie (jedzenie, leki, lekarze, kosmetyki, chemia) – 2000 zł, zwłaszcza jeśli sporo żarcia wyprodukuję,
  • Ubranie – 400 zł,
  • Transport (15 tys. km jedno auto elektryczne) – 600 zł,
  • Nauka (jakieś korki i zajęcia dodatkowe, no i szkoła) – 700 zł,
  • Opłaty (woda, śmieci, ścieki, internet, komórki, prąd, opał) – 700 zł,
  • Suma wydatków podstawowych: 4400 zł.

Teraz czas dodać mniej konieczne, takie jak:

  • Ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe – 1200 zł,
  • utrzymanie pozostałych nieruchomości – 200 zł (koszty stałe),
  • fundusz remontowy – 300 zł,
  • wakacje – 500 zł,
  • wymiana auta, rezerwa na większe wydatki – 1000 zł,
  • Suma wydatków emeryta: 7600 zł.

Ustalono – potrzebuję 7600 zł/m-c. Skąd wziąć taką kasę?

Pierwszym źródłem okazuje się wynajęcie domu w mieście – 5000 zł. Drugim – pomoc państwa 800+, świadczenia rodzinne – 950 zł. I już mam 5950 zł. Jeśli dodam do tego odsetki od kapitału wg zasady 4% (dość konserwatywnie) potrzebuję jeszcze oszczędności 495.000 zł. Tak się składa, że nimi dysponuję. A zatem – stać mnie na przejście na emeryturę.

Rzecz jasna, te 495 tys. zł plus dom do wynajmu, wyglądają przerażająco. Da się jeszcze coś urwać.

Po pierwsze – zmniejszając wydatki. Mogę kupić auto, którym przejeżdżę do emerytury, a dopiero, gdy trafi mi się zastrzyk pieniędzy (4000 zł mojego świadczenia i 1600 zł minimalnego – żony) dokonywać wymian. Do jej emerytury mam tylko 11 lat, mogę zrezygnować z płatnych wakacji, kupować skromniejsze prezenty, mniej wydać na życie i zejść tym sposobem do 6800 zł. Ba, w ekstremalnej sytuacji do 5000 zł. Wtedy starcza mi sam dom oraz pomoc państwa. A może nawet nie dom, a lepsze mieszkanie na wynajem.

Po drugie – próbując coś dorobić. Bez szaleństwa, ot tyle, żeby całkiem się nie lenić – 1000 zł/głowę. Wtedy z pomocą państwa mamy już 2950 zł przy małżeństwie emerytów (i nie potrzebujemy oszczędności).

Po trzecie – wyciągnąć rękę do państwa i pracodawcy. Zasiłek dla bezrobotnych 1500 zł. Jakieś chorobowe, rehabilitacyjne, renta – kilka tysięcy. Już z tego da się wyżyć przez jakiś czas (6m L4, 3m odprawy, 1 rok rehabilitacyjnego 6m zasiłku dla bezrobotnych – razem 2 lata i 3 miesiące).

Po czwarte – maksymalizować inwestycje. Dlaczego 4%, skoro można mieć 8%? Wtedy sprzedając dom za 1 mln, uzyskuje 6500 zł odsetek miesięcznie. Znowu – z pomocą państwa starczy do „prawdziwej emerytury”.

Po piąte – po co w Polsce? Czytałem ostatnio artykuł o „tajskiej emeryturze”. Para żyje tam za 4000 zł, dziecko chodzi do lokalnej szkoły, fajny klimat, ciepło. Oczywiście, inna kultura i zasady, to trzeba lubić.

Po szóste – połączmy wszystko razem. Mamy dom w mieście za 1 mln, sprzedajemy go (w Warszawie 1mln = 2-3 pokojowe mieszkanie).. Za 300 tys. zł kupujemy dom na wsi z kawałkiem pola. Zostaje nam 700 tys. zł. Spokojnie starczy (my akurat taki dom mamy, nie musimy).

Albo wersja alternatywna. Nie mamy nic poza domkiem na wsi. Wybieramy wersję: świadczenia plus drobne prace, a przy okazji minimalizujemy koszty. Jedzenie produkujemy (1000 zł na życie), ubieramy się w ciuchlandach (300 zł/3 osoby), palimy zrębką, produkujemy prąd, wodę czerpiemy ze studni, a ścieki przepuszczamy przez przydomową oczyszczalnię, mamy 1 telefon komórkowy plus internet. Na dach nad głową wydajemy 600 zł, szkoła kosztuje nas 100 zł/m-c, a transport 300 zł. Tym sposobem damy radę żyć za 2300 zł. Jeśli dodamy jakieś prezenty, poduszki bezpieczeństwa – 1200 zł. Wystarczy nam 3500 zł. Dostajemy 1300 zł świadczeń (wtedy łapiemy się na wszystkie dodatki – mieszkaniowe, energetyczne, rodzinne, 800+), pracujemy po 20 godzin/m-c i wychodzimy na swoje. Dlatego generalnie wielu ludzi stać na niepracowanie (albo pracowanie po 5 godzin/tydzień), ale boją się zmian, lub nie chcą radykalnie obniżać standardu życia. I o tym pisali już Bartek i Marek – klasa średnia nie lubi ekstremów, nie chce obniżać swojego standardu życia (czytaj: żyć jak klasa niższa), broni habitusu, a z nim tzw. must have. Dlatego tak niewielu przechodzi na emeryturę po 50-tce.

Moje plany na 2025 r.

Jednym z podstawowych założeń samorozwoju jest tworzenie planów: tygodniowych, miesięcznych, rocznych, wieloletnich. Przez lata dzieliłem się z Wami swoimi celami na dany rok. Wprawdzie styczeń już w pełni, ale warto pomyśleć, jak zmienić swoje życie na lepsze. U mnie oznacza to m.in. radykalną zmianę trybu życia. Zaczynamy.

Założenia. Rok 2025 r. powinien mnie przybliżyć do stanu FIRE czyli możliwości utrzymania wyłącznie z dochodu pasywnego. W tym kierunku pójdzie większość działań. Grupuję je w trzech blokach:

  1. Ograniczanie pracy etatowej.
  2. Zmniejszenie wydatków.
  3. Zwiększenie dochodu pasywnego.

I dokładnie wg tych punktów planuję.

Ograniczanie pracy etatowej. Jak mówią zwolennicy magicznego myślenia, które nazywam teorią obfitości wszechświata, wystarczy o czymś pomyśleć, albo zaplanować, a wszechświat zacznie nam ułatwiać realizację, podsuwać szansę i wydarzenia. Jak wiecie, przyjmuję takie wróżbiarsko-coachingowe tezy, z uśmiechem na twarzy. Natomiast wiem, że dla niewtajemniczonych – metoda ta wydaje się działać. Jak to możliwe? Bardzo prosto – skupiając myśli, dostrzegamy przedmioty, wydarzenia, szanse, o których myślimy. Dokładnie w ten sam sposób, jak motocykliści wypatrują na drodze innego motocyklisty, aby go pozdrowić gestem. Jadąc autem elektrycznym widzę znacznie więcej zielonych tablic, a kabrioletem – kabrioletów. Proste, tak działa nasz mózg. Dokładnie z tego samego powodu, gdy skupiłem się na ograniczeniu (a docelowo – porzuceniu) etatu, spostrzegłem, w jaki sposób umowa o pracę 40h/tydz. ogranicza mi swobodę , i o ile lepiej byłoby mi bez niej. Stąd różne pomysły oraz dostrzeżenie szans.

  1. Całkowita ucieczka z jednego etatu. Doskonała okazja. Mój wieloletni szef idzie na emeryturę, i prawdopodobnie zastąpi go człowiek z zupełnie innej bajki, który będzie ściągał swoich ludzi. Świetny moment na wynegocjowanie złotego spadochronu. Jednocześnie uwolnię się od 2 dni pracy w tygodniu oraz zakazu konkurencji tzn. będę mógł zmienić zakres działalności gospodarczej o jeszcze jeden produkt.
  2. Ten drugi produkt mogę realizować w 90% zdalnie. W efekcie powinienem być w stanie utrzymać dochody netto na podobnym poziomie, a pracować z werandy wiejskiego domu.

Efekt tych dwóch działań? Obecność w biurze średnio 2 dni tydzień, przy pensji wystarczającej na chleb z masłem i szynką czyli podstawowe potrzeby mojej rodziny.

Zmniejszenie wydatków. Kiedy stała pensja spadnie kilkadziesiąt procent musisz sporo popracować głową, aby zbilansować budżet. Konieczne stanie się cięcie wydatków. U mnie tak ma to wyglądać. Zostanie mi nieco ponad 2/3 stałych dochodów. W zeszłym roku wydawałem średnio ok. 5000 zł/m-c na tzw. wydatki podstawowe, a jeśli uwzględniłem rzeczy ekstra plus koszty wakacji i firmy wyszło już 10000 zł/m-c. Sporo. Czas na cięcia, bo na takich warunkach, budżet się nie zepnie, skoro pensja wynosi niecałe 8000 zł.. Nie ma takiej opcji. Co zrobię? Wyprowadzka na wieś ograniczy koszty utrzymania domu, jedzenia, pewnie też wyjazdów, a rezygnacja z etatu, wydatki z nim związane.

Zwiększenie dochodu pasywnego. Obecnie uzyskuję go z obligacji i akcji. Czas pomyśleć o aktywizacji tzw. martwego kapitału. I tak – z akcji i obligacji planuję wyciągnąć ok. 8-10% netto. Dojdzie jeszcze sprzedaż domu w mieście i zainwestowanie martwego kapitału.

Poza kwestiami finansowymi, dochodzą jeszcze następujące punkty:

  1. Przygotować materiał na pierwszą książkę i kurs.
  2. Wykonać kompleksowy remont w wiejskim domu.

Na cokolwiek innego może zabraknąć czasu.

Czy stać Cię, żeby nie mieć własnych owoców?

Mnie nie, stąd ten wpis. Człowiek powinien zjadać dziennie 100g owoców oraz 300 g warzyw (wg WHO). Daje to ok. 3 kg owoców na miesiąc i 36 kg rocznie. Zalecenia dietetyków, każą tę ilość pomnożyć przez 3 (do 108 kg/osobę rok). Przy tegorocznych cenach w sklepach (jabłka 4-5 zł, maliny i borówki amerykańskie 30 zł, truskawki 10 zł, czereśnie 20 zł) koszt wyniesie średnio 10 zł/kg, czyli 90 zł/miesiąc/osoba (słucham dietetyków, nie WHO, bo 100g to pół niewielkiego jabłka). Przy czteroosobowej rodzinie wydamy 270 zł miesięcznie, tylko na owoce. Sporo.

Dlatego uznałem, że znacznie lepiej mieć swoje. Wybieram przy tym gatunki droższe (maliny, truskawki, borówki, czereśnie, orzechy), dokupujemy jabłka (znacznie taniej niż w sklepie) i banany (tych, na razie, wyprodukować nie mogę). Od czerwca do września, czyli przez 1/3 roku nie widzę powodu, żeby robić owocowe zakupy. W pozostałych miesiącach, radzimy sobie częściowo właśnie jabłkami/bananami a częściowo przetworami (dżemy, konfitury).

Docelowo pragnę pokryć zapotrzebowanie owocowe na 80-90% roku (lub więcej, przy zmniejszonej konsumpcji). Służyć temu będzie dosadzenie nowych drzew/krzewów i lepsze wykorzystanie istniejących. Wzdłuż drogi pojawi się szpaler winogron deserowych, pod orzechami – czarne porzeczki (orzech wydziela substancje, których inne krzewy nie lubią), wykarczuję wszystkie żywotniki (popularne tuje- czyli chwasty), zastępując każdą z nich drzewkiem owocowym (plenne śliwki, grusze, wiśnie).

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment – plan.

Kilka lat temu, przed sporymi podwyżkami cen wszystkiego, zrealizowałem na blogu takie doświadczenie. Starałem się przeżyć, za jak najmniejszą stawkę. Projekt zakładał – mniej niż 300 zł. Wtedy udało się. Teraz plan wygląda inaczej.

Założenia. Miesiąc na wsi. 1 -2 dojazdy w tygodniu do pracy (urlop, zdalna). Nie liczę tu nagłych potrzeb firmowych, związanych z wyjazdami – na te mam osobny budżet (firmowy). Sporo własnego jedzenia. Wszystkie media opłacone. Reszta zakupów – sporadyczna. Wydatki jak zwykle dzielę na kategorie.

Dom czyli media. Ten punkt zmusza mnie do opłacenia – wody (10 zł, stawka symboliczna), komórki (30 zł), abonamentu prądowego (36 zł, )opłata śmieciowa (28 zł) Razem 104 zł. Gdybym mieszkał na stałe, musiałbym jeszcze dołożyć: wywóz szamba (25 zł), drewno (22 zł), ) podatek od nieruchomości (100 zł), internet (90 zł – spróbuję bez). Razem 341 zł. W ten sposób zniknęłoby albo 2/3 budżetu. Dlatego przyjmuję wersję za 104 zł.

Chemia, leki, kosmetyki. Ten punkt wydaje się prosty, zwłaszcza w przypadku faceta. Dezodorant, mydło, pasta i szczotka do zębów, proszek do prania, płyn do naczyń, jakieś środki czyszczące, papier toaletowy (nawet niekonieczny, gdyby mieć bidet) plus stałe leki. Pewnie w okolicach 60 zł dam radę się zmieścić.

Transport. Zero auta. Raz – dwa razy w tygodniu dojadę pociągiem, płacąc miesięcznie 45 zł. Może wybiorę rower.

Ubranie. Symboliczne 50 zł. Zakładam średnią. Nie planuję nic kupować.

Drobne wydatki własne. Kolejne 50 zł na gazetę, może książkę.

Jedzenie. Tu już co zostanie. Letnio – 191 zł. Całorocznie? Brakuje, bo już poświęciłem 546 zł. Co robić? Musiałbym jeszcze przyciąć powyższe. Jak? Rezygnując z internetu kablowego (-90 zł), zadowalając się komórkowym, obniżając podatek od nieruchomości np. przerabiając garaż na lokal mieszkalny -70 zł. Wtedy i w zimie zostałby mi 114 zł (wydatki pozajedzeniowe 376 zł).

Czy potrafię zmieścić się w takich kwotach? Zobaczymy. Z drugiej strony, jeśli dam radę, pokażę Wam coś ważnego – ile faktycznie trzeba, by biologicznie przeżyć. O jakimkolwiek komforcie za 500 zł/os. przecież nie mówię.