Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
FIRE – Oszczędny Milioner

FIRE w dobrze płatnym zawodzie. Mental.

Ten wpis zawdzięczacie Bartkowi i jednemu z moich klientów, wziętemu coachowi. Pierwszy poruszył temat nieprzechodzenia dobrze płatnych zawodów (w szczególności lekarzy) do bycia FIRE, z powodu „marnowania talentów”, a drugi przeprowadził ze mną rozmowę o skutkach tzw. głębokiego coachingu tj. ćwiczeń z podświadomością i zakorzenionymi przekonaniami. Doznałem szoku, gdy dowiedziałem się, że jakiekolwiek problemy psychiczne, a więc nie tylko choroby (co i dla mnie wydawało się oczywiste), ale wszelkie zaburzenia, kryzysy (depresja, wypalenie) dyskwalifikują kandydata na coachowanego, ponieważ mogą zaprowadzić go do szpitala psychiatrycznego. Taki człowiek (niezależnie od zawodu) dochodzi czasem do wniosku, podobnego do Adasia Miauczyńskiego ” I jak ja stanę przed Bogiem? Czy bogami może? Co będę reprezentował, gdy zacznę przestawać być? Jaki będę miał bilans? Jakie winien i ma? Humanista, bez łaciny i greki, inteligent bez choćby angielskiego, rosyjski słabo i w razie czego danke schön, z ledwie liźniętą rodzimą klasyką, która mnie zresztą żenuje i nudzi, z nieprzeczytaną Biblią, ledwie zaczętym Proustem, Joyce’em, bez obejrzanych teatrów i filmów, bez prawie wszystkiego zresztą, czego nie było w telewizji, z niezbudowanym domem, niezasadzonym drzewem”.

Dlatego postanowiłem napisać o mentalu, rozumianym jako zespół przekonań, ale i narzędzi do pracy z własnym umysłem.

Zacznijmy od przekonań. Rozmawiałem z wieloma przedstawicielami wolnych zawodów, w tym dobrze zarabiającymi lekarzami. Wielu z nich, o czym już pisałem, nie ma czasu na żadne rozkminy, bo zap….la od rana do nocy. 250-300 godzin miesięcznie daje standard „wysoko wykształconego” specjalisty. W kieracie, opcja jednorazowego przeznaczenia 2-3 godzin na lekturę inną niż podnoszenie poziomu zawodowego nie istnieje. Zwycięża fizjologia i podstawowe potrzeby. Ratowanie małżeństwa przed rozpadem, albo właśnie romans i praca nad rozpadem. Próba utrzymania się na powierzchni czysto fizycznie, ze świadomością potrzeb ciała, a więc siłownia, narty, bieganie, rower. Taka diagnoza dotyczy 70% grupy. 20-30% albo już zwolniła z racji na wiek (np. moja „rodzinna”, parę lat po 70-tce pracuje już tylko na jednym pełnym etacie) albo jak przywoływany kolega z podstawówki, dokonał przemyśleń i od 45 r.ż woli dojechać 2 razy w tygodniu do warszawskiego prywatnego szpitala, ale mieć czas dla dwójki późnych dzieci. I teraz przyczyny.

Część, oceniam ją jako istotną, tkwi w przekonaniach o „ważności zawodu lekarza”, „ważności zawodu adwokata” itd. Nie chodzi nawet o etos, lecz po prostu pozycję społeczną. Lubią tę pozycję, co każe się trzymać zawodu, który dodaje +50 do towarzyskiej atrakcyjności. I tutaj widzę miejsce na mental. Patrząc z trzech perspektyw. Z jednej, emerytowany (nawet FIRE) lekarz nie przestaje być jednak lekarzem. Z drugiej, mój zawód i ja, stanowią dwie różne kategorie, a nie jeden byt. Z trzeciej, w społeczeństwach egalitarnych (np. w Szwecji), zawód śmieciarza jest tak samo ważny jak lekarza, adwokata czy księgowego (a także bankiera inwestycyjnego, o czym później). Wyłączenie takich przekonań, pozwala nie tylko oderwać się od kieratu, ale w wielu przypadkach uniknąć przedwczesnej śmierci z przepracowania. Oczywiście, większość tego nie zrobi, ponieważ zwyczajnie nie ma czasu na refleksję. Z tego źródła wypływa rzeka myśli o „marnowaniu talentów”, albowiem talent chirurga ceni się wyżej niż muzyka, nawet jeśli zbiegają się w jednej osobie.

Druga szkodliwa grupa przekonań, bazuje na „kulturze zapierdolu” tj. przekonanie, iż wartościowym jest człowiek, który pracuje po 12-16 godzin na dobę, a reszta to roszczeniowi lenie. Takie przekonania kierują ludźmi (o jednym przypadku pisałem), twierdzącymi „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin na dobę” albo ostatnio zasłyszanymi zawodowo „skończyłam wczoraj pracę o 23.29 i oczekuję szacunku i zrozumienia”. Młyńskie koło opisywanej kultury, napędza bańka społeczna, bo są powszechne w grupie. O tym pisał Arur Nowak w „Adwokatach”, widać ją w „Bogach”, wszelkich wspomnieniach o słynnych lekarzach z ostatnich 30 lat, obserwuję ją też w rozmowach. Oczywiście te przekonania i cała „kultura zapierdolu” nie są nic warte i powoli się od nich odchodzi. Specjalista umęczony to specjalista niewydajny, niekreatywny, a nawet popełniający błędy. Poza pracą istnieje życie i ono przelatuje nam obok mijających lat. Mam w dalszej rodzinie dwie siostry, z których jedna wykonuje tzw. boski zawód, a druga nie. Pierwsza, przed 70-tką nadal haruje, druga, parę lat młodsza, siedzi już sobie na emeryturze, od wiosny od jesieni w wiejskim siedlisku. Wszyscy, którzy zrezygnowali z szarpania się z rzeczywistością doznali olśnienia, które obserwuję w boleśnie szczerych felietonach wspomnianego Artura Nowaka. Pisze on, że po 50-tce ciało odmówiło mu posłuszeństwa, coraz częściej potrzebuje „nie pobudki lecz rozruchu”, wzrusza się prostymi zjawiskami i własnymi małymi szczęściami. Porównajmy takie przemyślenia z bufonadą prof. Matczaka, z tymi jego „leniami”, „ludźmi bez wartości” (zarówno w sensie niepożyteczni jak i nihilistyczni) czy roszczeniowymi socjalistami prof. Balcerowicza (przypomnijmy, na ironię byłego członka PZPR). Warto odrzucić ten mental. Paradoksalnie, przykładów mamy sporo. Mój wielki zawodowy mentor, zamykał biuro na 3 tygodnie i jechał sobie na turniej tenisowy, miał czas na intensywne lektury, rodzinę? Jak to możliwe. Nauczył się sztuki rzadko dostępnej specjalistom (z adwokatów-celebrytów opanowali ja chyba tylko Kalisz i Giertych, a lekarza nie znam żadnego) a w świecie biznesu oczywistej tj. delegowania. Lekarze, księgowi, etc. to mistrzowie mikrozarządzania. Ordynator przy obchodzie pyta jaką temperaturę ma każdy pacjent, pomimo iż salą zajmuje się nie kowal, nie mechanik samochodowy, tylko wykwalifikowany lekarz – ordynatora zaufany współpracownik i podwładny. Taki lajf, takie przekonania, takie ustalone zwyczaje. Stąd poważni doktorzy, czterdziestolatkowie pocą się przed obchodem i wkuwają na pamięć „Kowalski 37,5, Malinowski 38”, oraz doznają upokorzenia publicznej dezaprobaty, gdy coś pokręcą. Niektórym te sytuacje wprost śnią się w koszmarach. Cierpią, ale zmienić tego nie potrafią.

Trzecia grupa przekonań, wywodzi się z obserwacji. Otóż, kto pracuje ten ma. Wzięci przedstawiciele wolnych zawodów biedy nie cierpią. Dla nich, tu cytat z pewnego chirurga, bohatera książek Thomasa Stanleya „pieniądze to najłatwiej odnawiający się zasób”. Stawki 1200 zł za godzinę w Polsce nie należą do rzadkości. Stąd pracując godzin 300, zarabiają 360 tys. zł/m-c, pławiąc się w wygodzie. Porzucenie stylu życia odetnie minimum 50-70% dochodów. Jednocześnie następuje znany i opisywany już przeze mnie paradoks wzrostu konsumpcji w miarę skoku przychodów. Widzę sędziów (publiczne oświadczenia majątkowe), lekarzy, adwokatów, księgowych, wszystkich w średnim wieku i z grubo ponadprzeciętnymi dochodami, którzy nie zgromadzili prawie żadnego istotnego majątku. Coś tam odziedziczyli, mają dom, mieszkanie na wynajem, 100k na koncie, i to wszystko. Bywają i inni, ale w mniejszości. A mówimy o ludziach w średnim wieku. Jak to możliwe? Już Thomas Stanley w „Przestań zgrywać milionera…” na podstawie badań ankietowych wyciągnął wniosek. Specjaliści są najczęściej przykładem kategorii „bogatych pod względem dochodu” tzn. osiągają status dolarowego milionera, ponieważ zarabiają znacznie ponad przeciętną (w Polsce minimalne wynagrodzenie lekarza wynosi 12k, a średnie ponad 27k, co nie dotyczy kontraktowców z dochodami czasem 30x średnia krajowa), a nie z powodu umiejętności pomnażania pieniędzy. Znowu – znamy wyjątki (sam Stanley opisuje „lekarza w Hondzie”, którego nowy portier nie chciał wpuścić na lekarski parking z uwagi na zbyt słabe auto). Działa w tym miejscu pewien paradoks, oparty o matematykę i ekonomię. Żeby zarobić 10% rocznie z inwestycji, trzeba mieć zupełnie inne kompetencje niż na zyski 5%. Jednocześnie te 10% od 300 tys. zł, to „ledwie” 30k. Łatwiej je zarobić, dokładając sobie godzin pracy, niż poświęcając lata na praktykę inwestowania i zaliczając po drodze straty. Ta część wywodu ma najistotniejsze znaczenie. Wielu lekarzy, adwokatów, po prostu na FIRE nie stać.

I powoli zbliżamy się do końca, który sygnalizowałem w komentarzu. FIRE nie ma szans na bycie zjawiskiem powszechnym, i tu pełna zgoda z Bartkiem. Powód tkwi w mentalu czyli usunięciu tych szkodliwych przekonań z własnej głowy (co wymaga czasu i zastąpienia ich prawdziwymi twierdzeniami), ale i rozwijaniu umiejętności kompletnie zbędnych zawodowo. Lekarz nie czerpie społecznej akceptacji z umiejętności pomnażania kapitału lecz z ratowania zdrowia. Te dodatkowe 5% rocznie, które po latach kumulują się w miliony, nie bierze się z kapelusza, tylko lektury i ćwiczeń. Inżynier, który porzucił zawód, żeby prowadzić argoturystykę (Panie Waldku, brawa dla Pana za odwagę) uchodzi za dziwaka, albowiem z szacownego „pana inżyniera” stał się po prostu „panem Waldkiem” pokazującym ludziom, jak robić masło i karmiącym kozy. Właścicielka firmy (Joanna Posoch), która rzuciła Warszawę, żeby prowadzić na Warmii „Lawendowe Muzeum Żywe”, usłyszała od matki stary tekst „a z czego ty córciu będziesz teraz żyć”, wypowiedziany z autentyczną troską i przerażeniem. Stąd pomysł na moją „aktywność FIRE”. Ponieważ, jeśli rozmawiam z zawodowymi kolegami, którym kompletnie obce są inwestycje, często pojawiają się słowa „trzeba nie mieć rozumu, żeby rzucić niezłą pensję” (na marginesie – na poziomie hydraulika pracującego dwa tygodnie w miesiącu) albo „nie jest tak źle, pracujemy tylko na 4 etatach, ale przecież mamy czas wyjechać na narty” itd. Większość specjalistów, nie rozwijając umiejętności pomnażania pieniędzy („zapędzenia własnych oszczędności do pracy na nas i zamiast nas”) o FIRE nawet nie pomyśli. A pisząc „większość” nie mam na myśli „50%+1” lecz raczej 95%. I nadal mogę zaniżyć ten odsetek. Główny nurt „prestiżowa praca od studiów aż po grób plus 15 lat ciężkiej nauki” trzyma się doskonale, a FIRE-owcy płyną w nim tylko jako boczne ożywcze źródło, dopływ n-tej kategorii. Nie miejmy złudzeń. Pewien wyjątek zauważam w IT, ale tylko z tego powodu, że znajomość matematyki praktycznej, informatycy stoi na wysokim poziomie. W końcu kto, jak nie oni, potrafi obliczyć mój ulubiony wzór na czas osiągnięcia FIRE, bazujący na logarytmach.

Podsumowując. Mental jest ważnym elementem FIRE, także w dobrze płatnych zawodach. A może przede wszystkim w nich.

Po co FIRE lekarzowi, architektowi i innemu dobrze zarabiającemu przedsiębiorcy?

Takie pytanie postawił Bartek i … sam sobie odpowiedział, ale tylko w aspekcie finansowym – dobrze mieć 25k emerytury, żonę pracującą hobbystycznie. I to tylko połowa prawdy. Ponieważ w rzeczywistości ruch FIRE stanowi część pewnej filozofii, której fundament brzmi tak „Koniec pracy z konieczności i dla pieniędzy”. Możemy sobie dorabiać dla przyjemności (Barista FIRE), ale bezstresowo i niekoniecznie. Zwracam uwagę, że prekursor – Joe Dominguez, wcale nie zaprzestał jakiejkolwiek aktywności, nie siadł na kanapie, po prostu przestał pracować jako bankier inwestycyjny. Dlatego odpowiedziałem – przedsiębiorcy potrzebne jest FIRE, dokładnie z tych samych powodów, co hydraulikowi i każdemu z nas.

Po pierwsze – żeby odzyskać czas na rzeczy ważne. Zacznijmy od demaskowania istoty wolnego zawodu. Prawnik, lekarz, przedsiębiorca w obiegowej opinii, siedzi sobie w fotelu, przyjmuje klientów od niechcenia, pali cygaro, pije szkocką i ma mnóstwo wolnego czasu, który przeznacza na „podróże małe i duże”. Coś jak kreacja „Prezesa z lasu”. W rzeczywistości, a miałem w rodzinie paru lekarzy, zarabiają grube pieniądze (dzisiaj może faktycznie nawet miliony), ale nie pracują, lecz z….ją. Standard 250-300 godzin w miesiącu, co oznacza 10-12 godzin dziennie, nawet w weekend. Owszem, prowadzą dobre, albo bardzo dobre życie, z pensjami 60k netto/rodzinę, ale każda minuta ma dla nich cenę. Opisywałem chyba na blogu rozmowę ze spotkania różnych wolno-zawodowców „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie”. I zachrzaniają tak od 6 klasy podstawówki. O ile mają szczęście, bo znam takich specjalistów, co pracują po 10 godzin w biurze rachunkowym, biorą do domu i zarabiają 5k (podobnie w kancelariach prawnych na prowincji).

Pomysł, że kasa może płynąć bez pracy (a przy 60k/rodzinę da się zgromadzić sporą kasę z oszczędności) wydaje się im rewolucyjny. Odzyskają zasób, którego w przeciwieństwie do pieniędzy, brakuje im od 30 lat. Wielu nie potrafi już zwolnić i znam 40-50 letnich znakomitych lekarzy, których odwiedzam na cmentarzu, a tylko jednego żywego ginekologa, mojego rówieśnika z nastoletnią dwójką dzieci, który pracuje 2-3 dni w tygodniu. Co nie znaczy, że w pozostałe nic nie robi. Jest ojcem, trenerem i kibicem własnego syna-pływaka, dokształca się.

Wróćmy jednak do czasu. Długi urlop przekonał mnie, że na pewnym etapie, wcale nie trzeba przysłowiowego „Klubu piątej rano”, żeby spokojnie wszystko ogarnąć. To znaczy trzeba – jeżeli pracujemy etatowo lub prowadzimy firmę do 18-19 codziennie (a mam biuro razem z takimi zawodami i po spotkaniu z klientem o 18, wcale nie zamykam wspólnych drzwi, bo na parkingu stoją jeszcze auta: właściciela szkoły językowej, radcy prawnego, oddłużacza i gościa serwisującego odkurzacze). A namiastkę FIRE mam jak dzisiaj (sobota po tygodniu chorobowego). Podniosło mnie o 3, po 6 godzinach snu. Odpisałem na komentarze, cyzeluję wpis. O 6 będę leżał ponownie w łóżku, wstanę może o 7.30, może po 8. Wypiję kawę z żoną, wezmę prysznic, pójdę spokojnie z psem na spacer i albo pojadę na działkę, albo zatopię się w lekturze. W międzyczasie zadzwonię do siostry, brata, syna, dwóch kumpli, kupię sobie bilety na środę do Warszawy, przez godzinę popracuję. Do tego w rzemieślniczej piekarni (10 minut spaceru) kupię dobry chleb, zjem obiad przygotowany przez żonę, pogadam z najmłodszym, może siądę z nim nad historią.

FIRE jest spełnioną obietnicą, że sobota zdarza się codziennie. A to znaczy, że nigdy się nie spieszymy, bo i nie ma po co. Jutro też jest dzień. Dla wolnych zawodów – niewyobrażalne. Oni nie mają czasu dla dzieci („Patointeligencja”), dla żony (stąd tyle rozwodów wśród prawników i lekarzy), dla starzejących się rodziców. Jednocześnie wychowani w innych czasach, chcieliby go mieć.

Po drugie – ponieważ odzyskają wolność. Wolność rozumianą jako – robię to co chcę, a nie to co muszę. Uwalniam się z kieratu. Bo praca po 10 godzin na dobę 6 dni w tygodniu jest kieratem. A znam takich, którzy pracują: szpital, przychodnia, prywatna praktyka, Luxmed – niektórzy przyjmują pacjentów do oporu, co oznacza 1 w nocy, więc ciągle muszą, a jedyne czego nie mogą, to uwolnić się z okowu obowiązku. Muszą być rano na oddziale, bo obchód. Muszą zrobić operację, bo szef naciska. Muszą chociaż na chwilę zejść do przychodni. Muszą pojawić się w gabinecie, przecież pacjenci czekają. Muszą odebrać dzieci z treningu. Muszą zrobić zakupy, bo żona (też zagoniona lekarka) będzie zła. A jeszcze muszą przygotować się na konferencję, bo doktorat. Zamień „pacjentów” na klientów i masz dowolny tzw. wolny zawód. Wolny, bo wolno pracować bez ograniczeń. Nikt o 17 z biura nie wygoni.

I właśnie brakuje im tego „mogę”. Mogę wstać o 10. Mogę nie odebrać telefonu. Mogę pojechać na mecz dziecka. Mogę siąść z nim ZA CHWILĘ i spokojnie porozmawiać. Mogę bez planowania, położyć się z żoną w środku dnia.

FIRE gwarantuje jeszcze inne aspekty wolności. Mogę pojechać na 2 miesięczne wakacje w styczniu. Mogę wyskoczyć do Kazimierza Dolnego akurat w środę, bo ładna pogoda.

Po trzecie – ponieważ prawdziwe życie toczy się poza pracą. Trzeba pewnego doświadczenia, a 45-letni lekarz, architekt, prawnik zwykle je ma, żeby wiedzieć, gdzie jest prawdziwe życie. Dorastanie dzieci, potem wnuków. Odchodzenie poprzednich pokoleń, a dla mnie, już również rówieśników. W tym wszystkim warto uczestniczyć, ale jak to zrobić, skoro 250 godzin jestem przedsiębiorcą? I nagle, jeżeli dobry los pozwoli nam uniknąć zawału, wielu stanie w świadomości – gdzieś mi te lata uciekły. Często ci pracoholicy dochodzą do konkluzji – zmarnowałem je na rzeczy nieważne. Wiek średni to doskonały moment na obrachunek.

A grupa tych, którzy faktycznie „kochają to co robią, więc nie przepracują ani jednego dnia”? Obserwacja pozwala mi na wnioski, że jest ich może 20% w populacji. Większość wolałaby siedzieć w słońcu południa z dziećmi niż spędzać czas w biurze czy na sali operacyjnej. Dlaczego? Ponieważ wolny zawód coraz częściej przypomina korpo, a nawet jest wprost wykonywany w korpo. To już nie Doktor Judym z torbą chodzący po biednych domach, ale pracownik sieci medycznej z pomiarem efektywności, KPI, koniecznością „zrobienia wyniku”. Publiczny szpital ma kontrakt i ciśnie na wydajność. We własnej kancelarii, biurze architektonicznym podobnie – albo pracujesz dużo i szybko, albo niewiele zarobisz. Tzw. stan przepływu odczuwa się może raz w tygodniu. Mówiąc brutalnie, więcej satysfakcji w życie wielu przedstawicieli wolnych zawodów wniosło kupienie sobie psa niż cała ta poważna praca. A dodatkowo pies nie kumuluje stresu. W końcu Jan Lityński nie zginął przy pracy, tylko właśnie ratując ukochane zwierzę.

Po czwarte – by zrobić coś naprawdę ważnego. Jak napisałem w komentarzu, w FIRE nie chodzi o siedzenie w fotelu. Odzyskując czas, można zrobić coś istotnego. Jak to na emeryturze, tylko wcześniej i z większą energią. Przywoływany n-ty raz Joe Dominguez, Mr Money Mustache stworzyli społeczności ludzi oszczędnych i wielu otworzyli oczy. Ktoś inny napisał książkę, zaczął malować, komponować itd. Nie dla zabicia czasu, ale z głębokiej potrzeby. Ja też mam kilka pomysłów i pewnie uda mi się je zrealizować. Jednym zainspirowałem się do człowieka, który zaprzestał pracy po 30-tce i napisał książkę o życiu bez pieniędzy.

Dla innych ważnym będzie osobiste wsparcie dzieci i wnuków, stworzenie warunków sierotom, praca dla własnego kościoła, każdy ma jakiś pomysł.

Po piąte – ponieważ wcale nie trzeba rezygnować z zawodu, jeśli się go lubi. Tutaj wracamy do podstaw filozofii FIRE. Nikt nie broni ci leczenia, ale wreszcie możesz robić to bez tabelki w Excelu. Nikt nie wymaga być zamknął kancelarię, ale może wolisz pomagać samotnym matkom a nie zajmować się fuzjami spółek. A architekt? Pewnie ciekawiej projektować eartshipy, zajmować się nowymi technologiami niż klepać po raz setny betonowe domki łanowe. Dlaczego? Ponieważ wreszcie nie trzeba pracować dla pieniędzy, a jedynym kryterium aktywności pozostaje satysfakcja.

Po szóste – dla dobrze planującego lekarza, prawnika, architekta ten scenariusz bogactwa wcale nie pozostaje nierealny. Ktoś ze średnią krajową nie ma statystycznie szans na tak bogate finansowo życie. 30k/m-c z aktywów wymaga:

a) 9 mln przy klasycznym FIRE (4%),

b) 4.5 mln przy wysokiej stopie zysku z inwestycji (8%).

Powiedzmy sobie szczerze, tutaj faktycznie trzeba lekarskiej pensji, albo np. świadomej rezygnacji z rodziny, jeśli chcemy wypasionej emerytury w okolicach 50-tki. Oszczędzając 15k/m-c zrobimy to w 25 lat aktywności zawodowej. Unikniemy tego, o czym pisał Bartek, czyli „życia za 6k”. Ale o tym jeszcze napiszę.

FIRE od 40-tki. Dlaczego większość nie jest w stanie odkładać 70% dochodów, oraz co z tego wynika.

Po raz kolejny wracam do idei FIRE czyli wcześniejszej emerytury. Spotkałem się z tezą, że FIRE od 40-tki dostępne jest w wielkim mieście, bo wystarczy odkładać 70% dochodów (16 lat odkładania 40 lat życia na takiej emeryturze). Dzisiaj skupię się na trzech powodach, dla których jest to niemożliwe w przeciętnych warunkach ( nie FIRE, tylko 70% oszczędności). Przy czym myśląc FIRE, skupiam się na klasycznym rozumieniu tego pojęcia – całkowity zanik zajęć zarobkowych (wyłączone barista FIRE itp.).

Powód 1. Polacy za mało zarabiają. Oczywiste. Dzisiaj przeciętne pobory to 9.5k i blisko 13k brutto w stolicy. Gdy odejmiemy podatki i składki – 6.5k i 9k netto.

Singiel, wydając 30% musiałby żyć za 2200/3000 zł. Bez szans.

W przypadku pary (zwykle z dzieckiem) 30% od podwójnej średniej wynosi 4400/6000 zł. No i powiedzmy sobie szczerze, w przypadku DINKS – możliwe, chociaż bez sensu. W przypadku pary z dzieckiem – raczej nierealne (same opłaty za własne mieszkanie 1.5-2k). Gdyby doszedł kredyt z ratą nawet 1400 zł, sam dach nad głową pochłonie 2.9-3.4k z … 4.4 k poza największymi miastami. A gdzie reszta?

W efekcie takie zarobki dają szansę przeżycia za 30% wyłącznie przy prowadzeniu mocno autarkicznej gospodarki i znacznie wyższych zyskach.

Powód 2. Wydatki, których nie wzięto pod uwagę. Założenie życia za 5k (i 800+) mówi o sytuacji idealnej tzn. wszyscy zdrowi, dziecko mądre, ale nie zbytnio uzdolnione, brak pomocy członkom rodziny. Niestety, nie zawsze tak jest. Leczenie w Polsce kosztuje, wspomaganie wybitnego lub niezdolnego dziecko także.

Linia życia co raz funduje nam niespodzianki, często dość powszechne. Nauka studenta w innym mieście 3k. Aparat ortodontyczny 12-17k. Głupia naprawa auta 3k. A nie wspomnę o rozwodach, podziałach majątku, albo kryzysach wieku średniego. Ktoś traci pracę i nie może jej znaleźć. Przy normalnym oszczędzaniu, mamy jeszcze bufor bezpieczeństwa, przy życiu za 30% dochodu – już nie.

Jeżeli zaś dodamy te wydatki nadzwyczajne, koszt życia w mieście z pewnością przekroczy 5k na trzy osoby.

Powód 3. Natura ludzka. Prosta sprawa. Do odroczenia gratyfikacji zdolny jest pewien procent populacji. Do życia jak mnich przez 16 lat, żeby potem żyć jak …. bezrobotny mnich, jeszcze mniejszy procent. Przecież jesteśmy tylko ludźmi, lubimy czasem zaszaleć, a a nie wydawać 3k, gdy zarabiamy 10k . Umiar wskazany we wszystkim.

Na koniec – mam dobrą wiadomość. Jeżeli odłożysz i dobrze zainwestujesz 30% (3k), może nie rzucisz pracy, ale przy przeciętnych poborach, nadal żyjesz przyzwoicie (za 7k) lecz bez skąpienia na wszystkim. Dysponujesz sporymi oszczędnościami już w okolicach 50-tki. Gdy masz w mniejszym mieście średnią+20%, dasz radę zostać milionerem (4k na 8% netto przez 20 lat da 2.3 mln, a przez 25 lat nawet 3.8 mln). I tak wygląda właściwa droga, którą promuję na tym blogu.

Pięć kroków, które musisz wykonać nim rzucisz etat.

W sierpniu na blogu ukazały się dwa wpisy dotyczące życia bez pracy i powodów pozostawania pracownikiem. Teraz czas na wskazanie, co zrobić, by przemieścić się z jednej grupy do drugiej. Rzucenie etatu może mieć różną postać – wyjazdu w Bieszczady, przejścia na freelance, utrzymywania się z rentierstwa, pomocy społecznej lub założenia własnej firmy. W każdym przypadku trzeba mieć wszystko zaplanowane, żeby nie doznać przykrej niespodzianki i nie błagać szefa o powrót. A oto zasady.

Krok. 1. Ustal, ile pieniędzy potrzebujesz w wersjach: minimum, średniej i niezłej.

Podstawą wypłynięcia na szerokie wody luzu/samozatrudnienia jest uświadomienie sobie, jakiej kasy potrzebujesz na pokrycie wydatków. Bez tego, o ile nie jesteś bogaty, zaczniesz od skoku na główkę do pustego basenu. A zatem, popatrz, ile obecnie wydajesz. Służy temu dokładne przeliczenie kasy potrzebnej miesięcznie w poszczególnych kategoriach. Są nimi:

Życie – czyli jedzenie, chemia, leki, lekarze.

Dach nad głową – koszty utrzymania domu/mieszkania.

Transport – samochód, bilety na komunikację publiczną.

Edukacja – żłobki, przedszkola, zajęcia dodatkowe i związane z nimi obozy, kursy, szkolenia, studia Twoje, małżonka i dzieci.

Wakacje i rozrywki – wszelkie wyjazdy, wyjścia.

Kredyty i zobowiązania – spłaty długów.

Inne wydatki – w moim budżecie nazywam je UUPK od pierwszych liter słów: ubezpieczenia, ubrania, prezenty, kieszonkowe. Tak, każdy nawet dorosły powinien mieć pieniądze na swoje wydatki, z których nie musi rozliczać się przed innymi.

Te kategorie to podstawa. Wielu z nas doda jeszcze sporą liczbę np. sport, hobby, wyodrębnione z rozrywek, kosmetyki z kieszonkowego, albo specyficzne dla danej sytuacji (alimenty). W przypadku rozpoczęciem działalności w odrębnej kategorii wydzielmy wszystko, co wydamy na nią (np. składki ZUS, lokal, sprzęt – za co dotychczas płacił pracodawca).

Jeśli powyższe nazwy nic Ci nie mówią, sięgnij do wpisu o systemie kopertowym lub tworzeniu budżetu.

Teraz czas na ustalenie , jakie wydatki okazują się absolutnie konieczne (minimum). To są takie pozycje, bez których nie możesz przeżyć: proste jedzenie, podstawowa chemia, leki i lekarze, najtańsze auto lub wręcz bilety miesięczne, opłaty za szkołę/przedszkole i jedne zajęcia dodatkowe, ubrania z ciuchlandu oraz minimalne prezenty i kieszonkowe. Oczywiście pamiętamy o zobowiązaniach (alimenty lub raty). W przypadku mojej rodziny zmieściłbym się (dzięki przejściu przez następne kroki) w 4000 zł.

Wersja średnia, zakłada już pewien luz. Niewielki, ale jednak. Kupujemy lepsze jedzenie, ubrania. Jeździmy samochodem (może dwoma). Czasem wychodzimy gdzieś, opłacamy polisy, stać nas na wakacje raz w roku. W przypadku mojej rodziny 7000 zł.

Wersja niezła. Żyjemy jak dotychczas.

Popatrz, ile potrzeba w poszczególnych wariantach. Czy stać Cię, choćby na minimum? Czy chcesz tak funkcjonować, a może potrzebujesz mniejszej dyscypliny finansowej ? Ten etat nie był taki głupi, prawda?

Krok 2. Spłać wszystkie zobowiązania i zlikwiduj zbędne wydatki . Zobacz co możesz zrobić sam.

Im więcej masz stałych zobowiązań, tym gorzej. Wszelkie abonamenty, raty itp.

Na pewno znajdzie się tu życie, ale w wersji zredukowanej, więc nie 1000 zł na jedzenie/osobę, lecz np. połowę tej sumy, chemia (niekoniecznie najlepszych marek, odrzuć ulubiony pachnący papier toaletowy), przyjmowane leki. W wielu wypadkach, jeśli dotychczas nie żyłeś oszczędnie, może zejdziesz z nimi o połowę. Potem mamy dach nad głową i transport, gdzie przeprowadzamy podobny proces. Może wystarczy jedno auto?

Krok 3. Policz swoje aktywa.

Oczywiście jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś i nie robisz regularnie. Bez wiedzy, co posiadasz, nie ma skutecznego planowania finansowego. Bilans aktywów czyli spisanie, nieruchomości, większych przedmiotów, oszczędności, inwestycji, stanu rachunków bankowych oraz ważne – ich wartości, pozwala na analizowanie wariantów awaryjnych i daje spokojną głowę, że sobie poradzisz. W razie przejściowych kłopotów, sięgniesz na konto, sprzedasz kilka akcji, spieniężysz obligacje czy coś wartościowego. Ewentualnie coś wynajmiesz za kasę. Unikniesz konieczności proszenia o pożyczkę czy kredyt, której w trudnym momencie możesz po prostu nie dostać. Im więcej aktywów posiadasz tym łatwiej ci się żyje i podejmuje ryzyko. A te, w życiu bez pracy, zwłaszcza na freelance lub jdg drastycznie powiększa się.

Krok 4. Znajdź sobie nowe źródło dochodów i pesymistycznie je policz .

Wiesz jaka cecha charakteryzuje ludzi bogatych? Posiadanie wielu strumieni dochodów. Kiedy jeden wysycha, zawsze zostają inne. Kiedy jednak tracisz główny przypływ gotówki (bo zakładam, że praca tak właśnie wygląda), zostają jeszcze inne, może węższe strumyczki, ale razem połączone w niezłą rzeczkę. Jeśli tak nie jest, pilnie potrzebujesz nowego źródła dochodu. Stąd wielu porzucających etat planuje już z czego się utrzyma. Znasz może najczęstsze pytanie zadawane przez nowicjuszy na wiejskich forach? Nie, to Ci powiem. Brzmi ono: „Z czego na tej wsi utrzymujecie się?” I odpowiedzi padają różne, jak różne są ludzkie życia i zawody. Część idzie w agroturystykę (przy obecnym kryzysie – odradzam), inni w rzemiosło, w rękodzieło, w warsztaty, albo nadal pracują w dawnej firmie, tylko zdalnie. Sporo osób poprzechodziło na renty, emerytury. Ktoś zredukował godziny pracy, trafiają się rentierzy, którzy w ogóle nie muszą uprawiać zawodu. A jakie będzie Twoje nowe źródło?

Teraz kwestia wyliczenia. Piszę, żeby zrobić ten krok patrząc na czarny scenariusz, pesymistycznie. Pokażę na prostym przykładzie – wykorzystania własnego majątku, wcale nie na wsi. Załóżmy, że tak jak ja, mieszkacie we własnym domu w sporym mieście i stanowi on Wasze główne aktywa. Jak z niego zrobić strumień dochodów? Możecie podzielić piętro/parter i połowę sprzedać (na moim niewielkim osiedlu, blisko uczelni, parę osób tak właśnie zrobiło). Zostaniecie wtedy z mniejszą powierzchnią, ale z gotówką. Możecie tę połowę stale wynajmować i dostawać jakąś kasę. Możecie wrzucić na booking.pl czy airbnb.pl poszczególne pokoje. Ile z tego dostaniecie? I tu właśnie wchodzi pesymizm. Przy sprzedaży, zakładajcie niską cenę (piętro w domku jest zawsze sporo tańsze od mieszkania w bloku) – w moim przypadku byłoby to 350 tys. zł (7 tys. zł/m2). Zyski z tego trochę ponad 5% netto czyli 17.500 zł/rok, a więc ok. 1500 zł/m-c. Przy wynajmie może nawet trochę mniej -1300 zł (ale zachowujecie własność). Jeśli dacie radę wykręcić z inwestycji 8% zyskacie 28 tys. zł czyli ok. 2300 zł/m-c. Wygląda lepiej, ale nie zakładajcie tego w żadnym razie jako pewnika w budżecie. Podobnie policzcie dochody z warsztatów, rolnictwa czy rękodzieła.

Teraz dodaj wszystkie obecne i planowane. Podziel je na pewne, prawdopodobne i niepewne. Pewne to takie, które na 100% dostaniesz (np. odsetki od lokaty, obligacji SP), prawdopodobne – otrzymasz je na 60-90% (odsetki od obligacji korporacyjnych, czynsz za mieszkanie, dywidendy, kasa z warsztatów). Niepewne – tutaj na dwoje babka wróżyła (zyski ze wzrostu wartości akcji). Pewnych + 50% prawdopodobnych musisz mieć tyle, by wystarczyło na życie w wersji minimum. Proste i skomplikowane zarazem.

Krok 5.Miej plan B. Stwórz fundusz awaryjny, który pokryje niedobory.

A jeśli coś pójdzie nie tak? Ludzi nie zainteresują Twoje warsztaty? Państwo zacznie wypłacać niższe odsetki? Najemca mieszkania nie zapłaci czynszu? No cóż, najpierw popatrz w poprzedni krok. Wbudowany w niego jest pewien bezpiecznik. Dochody pewne + 50% prawdopodobnych muszą wystarczać na minimum wydatków. Jeśli plan A zawiedzie, zawsze masz szansę obciąć wydatki i przeżyć. To jest Twój plan B. Jasne, możesz wymyślać i inny – pójdziesz do pracy (stałej lub dorywczej), coś sprzedasz (jeśli masz aktywa).

Czemu służy zatem fundusz awaryjny? Utrzymaniu płynności. Zanim pozbędziesz się drugiego auta, powinieneś zapłacić np. ubezpieczenie lub zrobić przegląd. Potrzeba na to kasy. A Ty masz dostęp do 6-miesięcznych wydatków. Kolejny spadochron, przydatny, gdy skaczesz w przepaść.

Na koniec wrócimy do przykładu „typowej” rodziny, która postanowiła uciec z korporacji i wyjechać na wieś. Mają jedno dziecko (2+1), dotychczas mieszkali we własnym mieszkaniu (50% LTV) i mają jeszcze chatę „po dziadkach” na wsi.

Krok 1. Do tej pory pory zarabiali w sumie 10 tys. zł netto i dostawali 800+, a więc razem 10.800 zł. Płacili ratę 2500 zł i inne koszty mieszkaniowe 1000 zł. Do tego utrzymywali auto (700 zł), wydawali na życie (2500 zł), UUPK – 1000 zł, na edukację (przedszkole+zajęcia dodatkowe) – 700 zł, na rozrywki (wakacje + wyjścia) – 1000 zł. Zostawało im 1400 zł przeciętnie w miesiącu.

Przenosząc się na wieś i rzucając pracę, koszty minimalne zredukują do 2400 zł , w tym:

  • dach nad głową – 600 zł,
  • auto – 200 zł,
  • życie – 1000 zł,
  • UUPK – 500 zł,
  • edukacja – 0 zł,
  • rozrywki – 100 zł.

Koszty średnie powiększą się o 200 zł na rachunki, 300 zł na paliwo, 300 zł na życie, 300 zł na UUPK oraz 300 zł na edukację oraz 400 zł na rozrywki. Z 2400 zł zrobi się 4200 zł.

Jeśli chcieliby żyć, na takim poziomie jak dotychczas, nie wydadzą tylko na ratę czyli potrzebują aż 6900 zł.

Krok 2. Jedyne zobowiązanie – kredyt hipoteczny zostanie spłacony przy sprzedaży mieszkania. W ten sposób wydatki spadną o 2500 zł. Na wsi sporo rzeczy da się zrobić samodzielnie – od opieki nad dzieckiem przez jedzenie. Mniej kasy pójdzie na auto (stoi pod domem, płacimy tylko koszty stałe, wyjeżdżamy do sklepu, do miasteczka, znacznie rzadziej). Wielu ludzi samodzielnie przygotuje opał, którym jest drewno – dziadkowie mieli pewnie kawałek lasu. Nawet jednak kupując drewno, płacąc dzisiaj po 200 zł za kubik czyli metr przestrzenny, potrzebujemy go w domku może za 2000 zł/rok (1 mp = 2000 KWh). Do tego śmieci – 90 zł, woda i ścieki (oczyszczalnia) – 100 zł , prąd – FV czyli 40 zł/m-c, internet 90 zł, komórki 60 zł i 20 zł podatku. W ten sposób dochodzimy do 600 zł. Głównie dlatego, że prąd produkujemy sami, ścieki załatwia nam oczyszczalnia, a ciepło także uzyskujemy własną pracą (porąb, ułóż, wysusz, spal). Stąd koszty minimum wychodzą nierealnie niskie -2400 zł/3os.

Krok 3. Aktywa to kwota pozostała po spłacie kredytu – 200 tys. zł z wartości mieszkania oraz 200 tys. zł w domu na wsi. Do tego auto za 30 tys. zł.

Krok 4. W tym miejscu dochodzimy do sedna. Stałe i pewne źródło dochodów stanowi 800+. Zapewnia pokrycie wydatków w 1/3. Co jeszcze można zrobić? Wykorzystać te 200 tys. zł kupując obligacje – załóżmy, że zarobimy w ten sposób kolejne 800 zł. Potrzebujemy na minimum jeszcze 800 zł, na przeciętne życie 2600 zł, a dotychczasowe – 5300 zł. Przez pewien czas dostaniemy zasiłek dla bezrobotnych – średnio 1300 zł/osobę, a więc przez rok, na przeciętne życie wystarczy. Potem możemy pójść do opieki społecznej i pewnie, z uwagi na dziecko wyrwiemy jakoś te 800 zł (zasiłek rodzinny, może wychowawczy, jeśli dziecko małe, do tego dodatek mieszkaniowy, dopłata do energii). Pomocy społecznej nam nie dadzą, z uwagi na oszczędności. Teoretycznie więc, na minimum dostaniemy od państwa+uzyskamy z odsetek. Są to dochody pewne.

Nikt rozsądny nie chce jednak tak żyć. Praca „parobka” czyli robotnika rolnego wyceniana jest na wsi na 200 zł/dniówka z ręki do ręki, bez żadnego ubezpieczenia. Stąd, skoro mamy: 800 +, 800 zł odsetek, 800 zł od państwa, brakuje nam jeszcze do średniego poziomu życia tych 1800 zł, a do dotychczasowego 4500 zł. W pierwszym wariancie ojciec idzie „na parobka” przez 8 dni, w drugim na cały miesiąc, a w zimie coś kombinuje. Opcja druga – praca sezonowa za granicą. Jak już pisałem – dziennie do zarobienia 100E czyli 430 zł. Pracując kwartał (1 osoba) – mamy 30 tys. zł. Dzieląc to przez 12 miesięcy – 2500 zł. Można zająć się freelancem w dotychczasowym zawodzie (w moim przypadku na miejscu, w gminie 2400 zł przy pracy 10h/tydz.), lub zdalnie (wtedy stawki są wyższe). A urastająca do rangi symbolu agroturystyka? No cóż, tu nic nie wygląda pięknie. Obecnie mamy spory kryzys w turystyce. Tak duży, że nawet długo działające pensjonaty w atrakcyjnych miejscach notują obłożenie 50% (w sezonie). My, licząc realistycznie, możemy się spodziewać 30% i to wyłącznie biorąc pod uwagę okres wakacji, na wiosnę i na jesieni może 15% (4 dni w miesiącu). Same przychody z pokoju dwuosobowego (założenie 60 zł/os. nocleg i 60 zł wyżywienie) to 8400 zł. Z tego 1/3 pożrą nam koszty, więc zostanie ok. 5600 zł/pokój/rok. Mając 3 (to dużo, bo albo sami musimy mieć większy dom i ściskać się na sezon), albo zaadaptować budynek gospodarczy, zostanie nam 16.800 zł, czyli ok. 1400 zł/m-c. Żyć z tego nie sposób. Zostają jeszcze zwierzęta, ale i w tym przypadku trzeba mieć rynek zbytu. Dlatego większość mieszkańców miast jednak w nich zostaje. Na wsi , mieszczuchowi da się żyć wyłącznie wtedy, gdy przynajmniej jedna osoba pracuje zdalnie, freelansuje, pracuje dorywczo za wysokie stawki lub ma zyskowną dg, albo rodzina ma oszczędności/przychody. Znacznie bowiem lepiej (30 tys. zł/rok) wyjechać na kwartał za granicę, niż przez cały sezon (od wiosny do jesieni) czekać na turystów (16,8 tys. zł/rok przy 3 pokojach). Praca na miejscu jest często w granicach pensji minimalnej, a dojazdy do miasta wymagają czasu i jawnie kłócą się z ideą slow life (chyba że 2-3 dni w tygodniu).

Czy klasyczne FIRE jest realne dla przeciętnego zjadacza chleba?

Jestem właśnie po lekturze kilku książek amerykańskiego ruchu wczesnych emerytów (FIRE). Niektórzy, jak Joe Dominguez, rzucili pracę zaraz po 30-tce, utrzymując się z inwestycji kapitałowych. W USA, wiadomo, ale w Polsce?

No cóż zauważam kilka prawidłowości.

Większość FIRE to single lub DINKS (czyli para bez dzieci). Taka sytuacja sporo zmienia. Wyobrażam sobie życie za 1500 zł, w domu na wsi, z własnym ogrodem, bez auta. We dwoje – potrzebuję 2500 zł. We trójkę (1 dziecko) – już 5000 zł i auta.

Różnica pomiędzy 1500 zł, a 5000 zł, przy założeniu 4% wypłat (fundament FIRE) wynosi: 450.000 zł oszczędności lub 1.500.000 zł (słownie: półtora miliona). Potrzebujemy 3 razy więcej pieniędzy.

Młodzi FIRE zarabiają znacznie powyżej przeciętnej. W warunkach USA powyżej 200 tys. USD jako 30-latkowie. Przypomnę, w kraju, w którym pensja minimalna to niecałe 8 USD/h (przeliczając na nasz czas pracy – niespełna 15 tys. USD). Zazwyczaj takie możliwości mają: przedstawiciele sektora IT, bankowości (głównie inwestycyjnej) itp. Garstka.

A teraz przenieśmy to do Polski. Załóżmy młodą rodzinę, która właśnie skończyła studia (24 lata). Oboje pracują i żyją za 3000 zł, mieszkając z rodzicami, lub w darowanej nieruchomości. Żeby zostać emerytami w ciągu 6 lat (i żyć we trójkę za 5000 zł), musieliby odkładać 240.000 zł/rok. Wybaczcie, ale mało realne. Wymagałoby to zarobków na poziomie 23.000 zł netto za dwójkę. Ilu absolwentów potrafi zarobić taką kwotę? Niewielu.

Nawet, gdyby planowali „emeryturę po 40-tce” (czyli oszczędzali 16 lat), potrzebowaliby oszczędzić ok. 7000 zł/m-c, czyli żyć za 30% dochodu.

Ale wróćmy do przeciętnego zjadacza chleba. Zarabia 5k netto, druga osoba – podobnie (razem 10k), bo są jeszcze młodzi. Rezygnując z dzieci, starcza im 750.000 zł oszczędności. Żyjąc 50/50 (za połowę, połowę oszczędzając) składają 60k/rok, powinni czekać prawie 9 lat, aż zbiorą taką sumę. No i potrzebowaliby stopy zwrotu netto 8%/rok. Przy 5% rok – 10 lat. I ten plan okazuje się realny. Wymaga jednak sporych wyrzeczeń. I życia za 2,5k/m-c czyli co najmniej domu po dziadkach na wsi (kupując siedlisko i remontując go, musieliby dołożyć kilka lat, albo zwiększyć stopę oszczędności).

Odpowiedź na tytułowe pytanie – realne, chociaż bardzo trudne.