Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
FIRE – Oszczędny Milioner

Freedom 55 kontra pracuj do śmierci. Przewaga kapitału nad pracą i ZUS.

We wpisie dotyczącym emerytury w wieku 55 lat, podkreśliłem możliwe warianty życia, przy kapitale 1.5 mln. Dzisiaj skupiam się na przewadze kapitału nad pracą.

Praca. Średnia pensja w Polsce to ok. 7000 zł/m-c netto. Mediana kształtuje się w okolicach 5500. Trzeba być do dyspozycji pracodawcy minimum 40h w tygodniu, a na zajęcia „dookoła pracy” poświęcić jeszcze dodatkowe 2-3h dziennie. Wtedy „tydzień roboczy” wygląda następująco:

  • Koproszczur. Pobudka, o 7. W pracy o 9. Powrót o 18. Dekompresja i mamy 19. Spać o 24. Na życie zostaje 5 godzin.
  • Urzędnik. Pobudka o 5.30. W pracy o 7.30. Powrót o 16.30. Dekompresja do 17.30. Spanie od 23. Na życie zostaje 5.5 godziny.
  • Pracownik fizyczny na pierwszą zmianę. Pobudka o 4. W pracy o 6. Powrót o 15. Dekompresja do 16. Spanie od 21. Na życie zostaje 5 godzin.

Rachunek wydaje się prosty, wprawdzie rodzina z mediany zarobi 11k/m-c, ale:

  • na życie zostaje weekend i 5 godzin każdego dnia,
  • dodając wydatki około zawodowe (dojazdy, ubrania, składki itd.) – minimum 500 zł/m-c, a faktycznie ok. 1000 zł/m-c mówimy o 10 tys. zł/m-c.

Zmęczymy się, nie wyśpimy, a zarobimy 10 tys. zł.

Kapitał. Załóżmy posiadanie 1.5 mln zł plus miejsce do mieszkania. W warunkach warszawskich – sprzedaż 70 m2 „po babci” w centrum zaspokoi obie te potrzeby. Kto nie ma babci, musiał sobie zapracować. Liczenie wydaje się proste – do 55 r.ż. czyli w 30 lat pracy musimy zgromadzić:

  1. spłacone mieszkanie w mieście, które nadal zajmiemy lub zamienimy na dom na wsi/kampera/jacht etc.
  2. 1.5 mln kapitału, co oznacza, że inwestowaliśmy 1000 zł/m-c przez 30 lat, na 8% netto. Odpowiada to: zyskom z akcji, zakupu nieruchomości (zwłaszcza w lewarze kredytu), własnej firmie, którą da się sprzedać.

I teraz policzmy, co da nam ten kapitał?

Odzyskamy mnóstwo czasu. Zamiast 5 godzin dziennie, będziemy mieli dla siebie znacznie więcej, bo 17 godzin.

Nie musimy prosić o urlop. Piękna sprawa. Zamiast 32 dni powszednich dni wolnych w roku (urlop plus dni ustawowe), zyskamy ich … 260. Do tego nie musimy niczego planować, pytać o zgodę itd. Nikt nam nie odmówi, nie powie – dostaniesz wolne we wrześniu, bo teraz mamy gorący sezon/pierwszeństwo dajemy matkom z dziećmi w wieku szkolnym, i co tam jeszcze pracodawca potrafi wymyśleć.

Zyskujemy tanie wakacje. A kto powiedział, że emerytowi nie należą się wakacje? W dodatku najczęściej wyjedziemy taniej. Znane „wczasy last minute”. Widziałem oferty za 600 zł tydzień w Egipcie, za 1700 zł tydzień na „Kanarach”. Jeszcze lepiej wyjedziemy kupując na niemieckich stronach (wylot z Berlina) lub angielskich. Mój brat za tydzień na Gran Canarii zapłacił 800 zł/os., a za 5 pełnych dni – 500 zł. Jednocześnie takie podróżowanie dostępne jest dla nielicznych, tych którzy mają czas. Pracownik dostaje tydzień, czasem 2 tygodnie i chce je maksymalnie wykorzystać. Nie ma czasu na loty do Londynu, poczekanie tam dwóch godzin i przemieszczenie się na terytorium Hiszpanii. Emeryt tym czasem dysponuje.

Nie przywiążemy się do miejsca. Praca etatowa integruje nas z miejscem (pomijam przywilej pracy zdalnej). Zrywając tę więź, możemy mieszkać na wsi zamiast w mieście (gdzie funkcjonuje większość dobrze płatnych etatów). Wybrać miesiąc na Kanarach, a 11 w domu. Cały rok podróżować kamperem i co tam nam jeszcze przyjdzie do głowy.

Możemy żyć dłużej. Dane statystyczne wyglądają nieubłaganie. Wiele przyczyn zgonów powiązano z tzw. chorobami cywilizacyjnymi: układu krwionośnego, układu ruchu, psychiki i nowotworami. Zamieniając samochód na rower/kajak/spacer, szybkie przekąski na zdrową żywność, biurowy stres na relaks z pewnością pożyjemy dłużej. Spadnie bowiem prawdopodobieństwo: zawałów, udarów, depresji, wypalenia zawodowego, a nawet hemoroidów, zwyrodnienia kręgosłupa oraz nowotworów (układu pokarmowego i wydalniczego w szczególności). Do tego czeka nas nie tylko dłuższe, ale i zdrowsze życie.

Mamy większy budżet. Dochody z pracy wynosiły 10 tys. zł. Prywatna emerytura przez 10 lat z kapitału 1.5 mln:

  • ze skarpety – 12.5 tys. zł/m-c.

Nieźle. Znacznie więcej niż gdyby dwie osoby poszły do pracy za medianę polskiej pensji.

Skoro jest tak świetnie, to dlaczego ludzie pracują do 70-tki? O tym w innym wpisie.

A ZUS? Na spotkaniu młodych PO, prof. J.Tyrowicz powiedziała takie zdanie (cytat za interia.pl) „Po co mamy system emerytalny, do czego on służy? […] Problem jest taki, że jak jesteśmy starzy, to nawet jeśli mamy ogromny kapitał, to ze względu na to, że nie wiemy, kiedy umrzemy, nie wiemy, jak tę kwotę pieniędzy podzielić na każdy dzień. Jak idziemy do sklepu, to nie wiem, czy możemy wydać dzisiaj milion z miliarda, który mamy czy złotówkę. Jedynym zabezpieczeniem tego problemu, którego nigdy nie będziemy w stanie rozwiązać, jest albo podzielenie się ze wszystkimi innymi […] ci co umrą późno będą żyli z pieniędzy tych, którzy odłożyli wcześniej.” Czyli ZUS jest zakładem o długie życie i z tym się zgadzam. Natomiast Pani Profesor pominęła ważny aspekt i zapomniała o pewnej prawdzie.

W pierwszej kolejności – prawdopodobieństwo. Podawałem i jeszcze podam dużo danych GUS, ale wiemy w sposób oczywisty – mężczyźni żyją krócej, a idą na emeryturę później. Im niższe mają wykształcenie, tym spadają im szansę „wygrania na ZUS”. Przypominam – prawie połowa mężczyzn nie dożyje 75 r.ż., co oznacza, że wezmą emeryturę przez 10 lat. Do 80-tki umrze nas (panów) 2/3. A to tylko 15 lat zakładu. Żeby mężczyzna dożył setki (2700 osób z ok. 18 mln) prawdopodobieństwo wynosi – 0,015% (czyli 1 na ok. 7000) spełnić się musi kilka warunków: wyjątkowo dobre geny (długowieczni rodzice i dziadkowie), brak poważnych chorób oraz zdrowy tryb życia. Nie spełniam żadnego z tych warunków. Ba, 90-tki dożywa (cały czas mówimy o obecnych danych) 75.000 mężczyzn (ok. 0,42% czyli 1 na 250), a 80-tki) i nie było w tej grupie nikogo z mojej rodziny (nawet kobiety). Maksymalny czas życia, na jaki mam statystyczną szansę wynosi 82 lata.

W drugiej wyliczenia. Oczywiście opowieść, jak to nie wiemy ile wziąć z kupki, jest kompletnie nieprawdziwa. Nie wiem, jak ekonomista w ogóle może w ten sposób spłycać temat. Metody na obliczenia są trzy:

  • absolutnie pewna – wypłacam tylko tyle, ile zarobiłem w zeszłym roku,
  • statycznie „prawie pewna” (95% prawdopodobieństwa) – złota zasada FIRE – wypłacam 4%
  • statystycznie „prawie pewna (99,985%) podzielić kwotę jakbyśmy żyli setkę i wpłacać sobie taką cześć (w przypadku mężczyzn 1/35 – 2,8%).

W obu przypadkach wynik wyjdzie bardzo ciekawie. Załóżmy, że mam ten 1 mln. Jeżeli w tym roku zarobiłem 8%, wypłacam 80.000 zł i tyle mogę wydać (nieco ponad 6000 zł miesięcznie), w następnym roku 3% – 30.000 zł (2500 zł/m-c).

Złota zasad FIRE działa dość prosto – 4% rocznie. 40.000 zł z 1 mln, tj. ok. 3300 zł/m-c.

Wypłata 1/35 oznacza ok. 2400 zł miesięcznej wypłaty.

A ZUS? 1.000.000 zł/222,7miesięcy=4490 zł.

I w tym miejscu, pozornie ZUS wychodzi lepiej. Czy wolisz mieć pewne 4490 zł, czy rozrzut 2400-6666 zł? Raczej pewną kwotę. Tylko, że to tak nie działa. Jeżeli wydajesz, tyle ile zarobisz, zawsze zostawisz kapitał. Do tego pozostaje kwestia zbierania na emeryturę, comiesięcznych wpłat.

Żeby mieć milion w ZUS trzeba wpłacać przez 40 lat ok. 2800 zł (składka emerytalno-rentowa od średniej pensji). W FIRE – 500 zł. I na tym polega różnica.

Na koniec słynny argument J.Korwin-Mikkego „Jeśli to jest tak doskonałe, dlaczego jest przymusowe”. Warto się zastanowić. Liczby powyżej.

Freedom 55. Czy 1.5 mln oszczędności wystarczy rodzinie 2+1 na wcześniejszą emeryturę?

Odpowiedzi można udzielić na dwa sposoby.

Prosty – zgodnie z trendem, nad którym pracuję. Tak, jeśli potrafisz żyć za 6 tys. zł/m-c. Rachunek dość nieskomplikowany 4% x 1.5 mln = 60 tys. zł rocznie = 5 tys. zł miesięcznie. Jeśli dodamy 1 tys. zł od państwa (na dzieci), dochodzimy do wyniku. Jak żyć za 6 tys. zł, o tym już pisałem.

Istnieje też druga wersja, którą nazywam „odwróconym kredytem hipotecznym”. Opiera się na założeniu, że w ciągu 10 lat do emerytury zjadamy cały ten kapitał, aby żyć ze świadczenia państwowego. To nie działa jak FIRE, który zakłada, że kasa nam zostanie, a wydajemy odsetki, lecz jak kredyt hipoteczny tylko na odwrót – w pierwszym miesiącu dostajemy dużo odsetek, a mniej kapitału, a w ostatnim tylko kapitał. Wtedy w 10 lat zejdziemy od 1.5 mln do 0 zł, zostawiając sobie na życie ok. 15 tys. zł. Brzmi lepiej niż 5 tys. zł. Ba, gdybyśmy nie zarabiali nic (trzymali 1.5 mln zł w skarpecie) możemy wyciągać przez 10 lat po 12.5 tys. zł/m-c.

A teraz stary Oszczędny milioner, co oznacza dziesiątki punktów, wyliczenia itd.

Wariant 1. Dodatkowa, skromna praca na boku. Załóżmy, że mamy rodzinę składającą się z matki, ojca i nastolatka. W praktyce, każde z nich może podjąć jakąś pracę (albo precyzyjniej – zajęcie zarobkowe) np. dorywczą w lecie, produkcję rękodzieła, wyprowadzanie psów i inne, na której, poświęcając średnio 7 godzin/tydzień, zarobi 700 zł miesięcznie. Przy trzech osobach – 2 tys. zł/m-c. Budżet miesięczny rośnie do 8 tys. zł (bo 6 tys. mamy z odsetek i od państwa), albo do 17 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”.

Wariant 2. Wyższa stopa zwrotu. Zamiast 4%, niech będzie 6%. Z 1.5 mln powstanie 90 tys. zł/rok i 7.5 tys. zł/m-c (ew. 16.5 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”). Wymaga to ruszenia głową, pewnego wysiłku. Ale 6% ROI da się uzyskać: z obligacji korporacyjnych, akcji, wynajmu mieszkań.

Wariant 3. A jeśli chcemy „wczasów na jachcie” albo „wiecznych wakacji w kamperze”? Ponownie liczę kilka mini-wariantów.

Na jachcie ostatni raz byłem na studiach i uważam to doświadczenie za przereklamowane. Niemniej jednak, wielu moich znajomych regularnie pływa sobie po Mazurach, a nawet Karaibach. I powoli docieramy do sedna – istnieją wakacje na jachcie w wersji premium oraz budżetowej. W obu ta sama przyroda, lecz zupełnie inne warunki. Sybaryci po prostu wykupują miejsce, co kosztuje ok. 6 tys./os./2 tygodnie. Doświadczenie przypomina dobry hotel, tyle że na morzu/oceanie. Jeżeli mamy trzy osoby i zakładamy miesięczne wakacje – 36 tys. zł, czyli dokładnie tyle, co praca dorywcza z wariantu 1. Jeśli mamy „odwrócony kredyt hipoteczny” na 4% – to już pełny luz.

Większość wybiera jednak wariant budżetowy albo super-budżetowy. W tym pierwszym, mówimy o zakupie własnego jachtu (30-40k za kabinówkę) i wypuszczenie się na Mazury. Ujmując 40k z 1.5 mln niewiele tracimy. Zyskujemy możliwość pływania dłużej (od wiosny do jesieni), płacąc za mariny, albo i nie (nocowanie na wodzie), kupując jedzenie w dyskontach lub zabierając z domu, ew. łowiąc. Koszt – porównywalny z moim urlopem nad jeziorem w domku teściów czyli ok. 6 tys. zł/m-c. Nieźle, bo akurat tyle mamy budżetu miesięcznego.

Super-budżetowo wyjdzie nas jeszcze taniej. Wynajmujemy klasę w małej wiejskiej szkole (robił tak mój kumpel-nauczyciel), jacht zamieniamy na kajaki i wio. Nie mamy możliwości w szkole? Dogadujemy się z gospodarzem, bierzemy pokój w schronisku młodzieżowym itd. Pomijam namiot, spanie na sianie, na wodzie. itd. Koszt noclegu- 100 zł/dzień, aczkolwiek wygód mało. Dodajmy 2 tys. zł na jedzenie i wyjdzie nam 5 tys. zł. Da się jeszcze taniej, gdybyśmy żywili się złowionymi rybami, jedzeniem kupionym „od chłopa” na wiejskim targu, albo słoikami, a jacht zamienili na kajaki itd. Znowu – spokojnie mieścimy się w budżecie.

Ostatni punkt – kamper. Ponownie – wariant rozsądny i super-budżetowy. Rozsądny sprowadza się do własnego egzemplarza za 80 tys. zł. Do tego doliczmy koszty utrzymania i kempingi. W warunkach Polski – ok. 150 zł/dzień czyli 4500 zł/m-c. Dodajmy do tego jedzenie, jakieś atrakcje, paliwo i opłaty drogowe. Wyjdzie nam nie mniej niż 8-10 tys. zł/m-c. Sporo przekraczamy budżet, chyba że ten powiększony (o dodatkowe procenty kasy, pracę dorywczą) albo wynikający z możliwości przejedzenia kapitału.

Super-budżetowy oznacza zupełnie inny tryb życia. Kupujemy sobie busa i wyposażamy go samodzielnie w kempingowe utensylia (40k). Parkujemy na publicznych parkingach, w parkach, lasach, nad brzegami rzek, zatrzymując się na płatny popas raz na 3 dni. Jedzenie kupujemy w marketach, „od chłopa” albo po prostu zbieramy na nieużytkach (ekstremalni pójdą we freeganizm). Nie potrzebujemy mieszkania, ani domu, w zimie przemieszczamy się na południe Europy, szukając cieplejszego klimatu, żeby nie grzać pojazdu. W takich warunkach głównymi kosztami życia okażą się paliwo (10 tys. km czyli do Hiszpanii i z powrotem = 700 zł/m-c x 12 m-cy), utrzymanie samochodu (kilkaset złotych), noclegi (10 noclegów = 1000 zł) i jedzenie (od bliskich zeru do kilku tysięcy złotych).

Jak widzicie, bez nudy, bez wariactwa. Z prywatnej emerytury w wysokości 6-13.5 tys. zł spokojnie da się żyć.

FIRE dzisiaj, a w 1969 r.

Jeden z ostatnich wpisów odnosił się do Joe Domingueza, który zaczął emeryturę w 1969r. z sumą 75k USD. Napisałem, że dzisiaj to byłoby 1-1,5 mln zł w płynnych aktywach. Pamiętajmy przy tym, że Joe, związany prywatnie ze sporo młodszą Vicky Robin nie miał dzieci.

Cofnijmy się o 57 lat i przenieśmy do USA. Cena domu – 20-30k USD, tanie akcje, stała cena złota, wysokie oprocentowanie obligacji. Teraz dom kosztuje tam 300k. Już tylko ten punkt pokazuje, że tamte 75k równa się 750k w obecnych warunkach USA.

Zupełnie inaczej niż dziś w Polsce:

-dom na wsi 300k zł, tanie mieszkanie w średnim mieście – podobna suma,

-drogie akcje i złoto,

-obligacje oprocentowane na 5-6%.

Między innymi dlatego nie piszę o 90-120 tys. zł lecz sumie ok. 10-krotnie większej.

Joe, spokojnie osiągał przez lata 8-16% zwroty z obligacji USA. U nas, musimy te kwoty obniżyć do 5-6%. 10%+ to już akcje i znacznie większe ryzyko, a współcześnie FIRE przyjmuje 4% wypłat kapitału rocznie. 4% z 1 mln = 40.000 zł/rok i ok. 3300 zł/m-c. Mało. Prognozowałem, że 3-osobowa rodzina potrzebuje minimum 5000 zł. Więc trzeba 1.5 mln zł + spłacony dom. Na wsi – ok. 1.7-2 mln zł.

Mamy jednak przewagę nad USA roku 1969. Jaką?

Świadczenia państwa. Joe ich nie znał. Dzisiaj za 250 zł/m-c w KRUS dostaniemy: emeryturę, ubezpieczenie wypadkowe, chorobowe, zdrowotne i rentowe. `Czyli wpłacając 250 zł/m-c wypłacą nam po 60-65 r.ż ok. 1500 zł/m-c. Złoty interes.

Do tego 800+, świadczenia rodzinne, opiekuńcze itp. Dużo, a nawet bardzo dużo. Przy jednym dziecku – 1000-2500 zł/m-c. Gdy pójdziemy dalej (100% dotacji z „Czystego powietrza”), zasiłki energetyczne, pomoc społeczna, zasiłki mieszkaniowe – sumy rosną lawinowo.

Gwarantowane świadczenie emerytalne po 20-25 latach pracy. Krótko mówiąc, w wieku 31 lat tego nie zrobimy, bo to nierealne. Ale już w okolicach czterdziestki-pięćdziesiątki – już jak najbardziej. Pisał o tym Piotr.

Praktycznie w Polsce potrzebujemy mniej kasy, bo musimy dotrwać do ustawowego wieku emerytalnego, gdy dostaniemy kasę może niezbyt wielką, ale realną. W moim przypadku – żona idzie na emeryturę za 9 lat, a ja za 15. I na tyle musi nam wystarczyć kasy. Stąd możemy spokojnie pobierać. 6% rocznie z 1 mln to 5 tys. /m-c). Skąd 6%? Właśnie 1/15 kapitału jak 15 lat do emerytury.

Dorywcza praca. Dzisiaj, znacznie łatwiej niż w 1969 r. dorobić. I pojawia się dodatkowa kasa. 1000-2000 zł/m-c bez problemu.

Łączna suma 6000-11.000 zł.

  • 1000 zł (minimum dla trzyosobowej rodziny) – 5000 zł – świadczenia społeczne.
  • dorywcza praca 1000-2000 zł,
  • 4000 zł prywatna emerytura (od 1 mln zł).

Kto ma rentę, świadczenia socjalne czy opiekuńcze oraz odrobinę pracuje może przejść na nieźle płatne FIRE. Znacznie różniące się od roku 1969.

Czy Polaka stać na wieczne wakacje w ciepłym kraju?

Ostatnio jeden z klientów podrzucił mi ofertę – dwupokojowy apartament na wyspie na Oceanie Indyjskim za 100.000 zł. Wady? Daleka podróż lotnicza (przez kraje Zatoki Perskiej), nieco inna kultura. Natomiast identyczny lokal na Wyspach Kanaryjskich (część UE, mnóstwo lotów) – za ok. 400.000 zł (z lokalnymi podatkami i kosztami transakcji). Wady? Ochrona dzikich lokatorów, aczkolwiek przy stałym pobycie ma ona mniejsze znaczenie. Dom na Sycylii (nie ruina) – 100.000 zł?

I teraz wracamy do tytułu. Czy nas stać? Bungalow „na Kanarach”10-20 minut spacerem do plaży – w cenie kawalerki w Warszawie, albo małego mieszkania w dużym mieście. Dom na Sycylii czy tropikalnej wyspie za 1/3 kawalerki w Lublinie.

Wieczne wakacje – oznaczają albo pracę zdalną, albo całkowity luz. Koszt życia przez miesiąc, podawany przez lokalnych blogerów – ok. 3000 zł/os. Para w tym mieszkaniu/bungalowie 6000 zł/m-c. W konsekwencji stać kogoś, kto ma 400k na start i 6000 zł/m-c pasywnego dochodu. Licząc regułą 4% – 1.800.000 zł. Sporo. Przeciętny Polak, na pewno taką kwotą nie dysponuje. Co robić?

Sposób 1 – pracować na miejscu. Na życie zarobimy nawet z jedną pensją minimalną. W wielu miejscach system pracy 4 godziny rano i 4 po południu. Stąd w środku dnia mamy wakacje. Naciągane. A praca sezonowa? Np. przez 3 miesiące. Już lepiej.

Sposób 2 – maksymalizować stopę zwrotu. Np. do 8%/rok. Wtedy wystarczy mieć 900 tys. zł oszczędności plus lokal.

Sposób 3 – kupić coś większego za 900 tys. zł i wynajmować turystom. Dość proste i na życie zarobimy i dach nad głową zapewniony.

Sposób 4 – znaleźć pracę na plaży. Jak bohater „Sztuki opanowywania lęku” – jednego z rozdziałów „Nawyków tytanów” Tima Ferrissa. Wtedy jesteśmy i w pracy i na wakacjach.

Sposób 5 – nie kupować mieszkania tylko starego kampera. Klimat idealny. Póki silnik pracuje, jeździmy po wyspach, co miesiąc zmieniając miejsce pobytu. Wtedy wystarczy nam kasy z przeciętnego mieszkania w Polsce, o ile umiemy ją ulokować na 6-7%.

Komu bije dzwon? Dlaczego warto iść na emeryturę wcześniej.

W powieści Ernesta Hemigway’a pod takim tytułem pojawia się cytat z „Medytacji XVII” Johna Donne’a „Nie pytaj: Komu bije dzwon? Bije on Tobie”. Nigdy nie wiemy, ile pożyjemy. Czytając ostatnie polskie wydanie „Pieniądze albo życie” uderzyło mnie wspomnienie biograficzne o Joe Dominguezie, prekursorzy ruchu FIRE. Rok urodzenia 1938, zakończenie pracy 1969, śmierć 1997. Na emeryturze FIRE – 28 lat. Gdyby czekał na sowite, obiecane przez Matrixa świadczenie, no cóż nie doczekałby się. Zmarł w wieku 59 lat.

Porównanie losów, w świetle medytacji Johna Donne’a, stawia przed oczy problem – nigdy nie wiem jaki los jest mi pisany (nota bene zmarł ok. miesiąc przed 62 urodzinami), czy dożyję emerytury i w jakim stanie zdrowia. Stąd racjonalnie będzie wcześnie zakończyć aktywność zawodową.

Wiąże się z tym zasadniczy kłopot – pieniądze. Jak wspomina partnerka Joe, Vicky Robin, w chwili przejścia na FIRE miał 75k USD oszczędności i spłaconą hipotekę. Taka suma przeniesiona na warunki współczesnej Polski byłaby dzisiaj równowartością ok. 1-1,5 mln zł. I z taką sumą możemy startować. Kiedy zaczniemy? Wielu z nas nie ma szans na dorównanie mistrzowi.

Dla kogo jest model „praca do 35 r.ż”, potem wczesna emerytura?

Zastanówmy się dobrze, popatrzmy na ikony polskiego i światowego ruchu FIRE. Większość z nich da się przypisać do grupy „wysokie pobory”. Przy czym „wysokie” to nie średnia krajowa +20%, ale 40-60k/m-c. Kto zarabia tyle kasy? Menedżer IT, bankier inwestycyjny, właściciel sporej firmy, dyrektor handlowy, lekarz. Dokładnie tak. Moja analiza pokazała wyraźnie – chcesz oszczędzać 70% dochodu, musisz zarabiać mocno ponadprzeciętnie. Ale wtedy zyskujesz szansę na „emeryturę po 10 latach pracy”. Beneficjenci tego systemu dadzą się umieścić w jednym mieście. Przypominam, w Polsce pracuje ok. 17 mln ludzi. Z tego 10% zarabia pow. 15k brutto. Większość z nich lokuje się w BIG FIVE plus kilkunastu gminach w Polsce (Śląsk, okolice Lubina, Bełchatowa). A 50k miesięcznie, to już są promile populacji.

A czy istnieje jakaś „wersja mini”? Z pewnością (Lean FIRE). Aczkolwiek wymaga daleko idących kompromisów. Trzeba zrezygnować z dużego miasta, jego wygód, mocno zaciskać zęby przez 15 lat (wcześnie zacząć pracę, ożenek koło 30-tki). Nic nie stanie się ot tak. Nic nie spadnie z nieba. Arkusz kalkulacyjny (ew. papier i ołówek) muszą stać się naszymi przyjaciółmi.

We wpisie o moich kumplach z dzieciństwa opisałem ten styl życia. Bliski „Frugalwoods”, a nie miejskiej klasie średniej. Popatrz:

  • dom – albo „na zgłoszenie” max.70m2 albo niewielka kostka z PRL-u. Niektórzy wybiorą poniemiecki lub drewniak. Koszt zakupu 100-300k. Taniej na „Dzikim Wschodzie” przy granicy z Ukrainą, drożej np. na Dolnym Śląsku. Nieźle cenowo wychodzi wymierające Opolskie.
  • auto – stary, ale jary przedstawiciel ginącego gatunku wozów nie do zajechania. Od pancernych Audi A4 TDI przez Fiata Pandę aż do Dacii. Proste, nie ma się co psuć, a jeżeli już, naprawy dadzą się zrobić przy domu lub z kumplem. Niewielkie przebiegi gwarantują długowieczność.
  • jedzenie – hodowane samodzielnie, kupowane od sąsiadów, albo w dyskoncie. Dokładnie w tej kolejności.
  • dzieci – od całkowitego braku aż do dużych rodzin. Zasady są proste – bez szaleństwa, bez wymyślania, wcześnie do pracy. Dzieci moich kumpli pierwszą kasę zarobiły jako 10-12 -latki.

Ten model, połączony z systemem zasiłków, pozwala „parze średniaków” czyli dwójce z dochodem z pracy 8-9k, żyć za 3-6k (rodzina 2-6 osób). Jeśli dodamy zasiłki na dzieci (1k/os.), dochodzimy do oszczędności na poziomie 5k/m-c. Kto potrafi sensownie zainwestować, po 15 latach takiej pracy zyska 1.5 mln oszczędności wg dzisiejszej wartości pieniądza. Doskonała baza do FIRE (1.5 mln x 4% = 60k/rok i 5k/m-c). Coś się dorobi, coś dorzuci państwo i emerytura 35-latka możliwa.

W tym miejscu warto dodać pewne zastrzeżenie. 5k/m-c to nie są żadne „milionerskie standardy”. Mówimy o ludziach mieszkających w starym domu, jeżdżących starym autem, żyjących bez wakacji (albo na ciągłych wakacjach, w zależności od optyki, bo możemy sobie pojechać w środku tygodnia na ryby). Kto nie wierzy, temu polecam przeczytać „Offline”, w którym para trzydziestolatków kupiła dom na irlandzkiej prowincji i bez dochodu żyła przez ponad rok. Bez auta, bez komórki, bez komputera. Da się, aczkolwiek ten styl wymaga wyrzeczeń. I ponownie – zdecyduje się na niego wąska grupa.

Racjonalne przyczyny do odrzucenia FIRE.

W jednym z lipcowych komentarzy, napisałem zdanie, że rozumiem tych, którzy z racjonalnych przyczyn odrzucają FIRE. Dzisiaj czas tę myśl rozwinąć. Oto właśnie dowód, że FIRE nie jest wcale dla każdego.

Nie stać mnie. Z czym ja mam dyskutować. Ktoś zarabia minimalną (obecnie 3600 zł netto) i ledwie oszczędza 200 zł. Nie miał „lepszych lat”, nic nie odziedziczył. Faktycznie nie stać go na wczesną emeryturę. Matematyki nie oszukasz. Z 200 zł miesięcznych oszczędności, nie odłożysz miliona do pięćdziesiątki, ponieważ oznaczałoby to stopę zwrotu ok. 20% rocznie. Nie każdy nazywa się Buffet.

Nie mówię przy tym o ludziach, którzy usprawiedliwiają swoją rozrzutność, a jedynie o takich, których istotnie nie stać.

Kocham swoją pracę. Ktoś całe życie chciał być skrzypkiem w orkiestrze, lekarzem albo maszynistą. Po co ma porzucać zajęcie, bez którego jego życie jest puste? Bez sensu.

I znowu, odróżniam pasję od racjonalizacji. Praca kierownika w biurze w 99% nie oznacza miłości do papierów/Excela, ale właśnie usprawiedliwianie. Tomsi opisał tę postawę doskonale „wolę być kimś”.

Nie mam co robić na emeryturze. Może komuś brak fantazji, a może faktycznie – nie ma kompletnie pomysłu. Rezygnacja z prący, po to, by siedzieć przy Netflixie przez 6 godzin dziennie, albo w inny sposób zabijać czas, istotnie już lepiej zostać za biurkiem.

Tylko ten powód szybko zmienia się w usprawiedliwienie oraz niechęć do wypowiedzenia głośno bolesnej konkluzji. Nie mam co robić równa się nie wiem co mam robić, moje życie pozbawione jest pasji, a nawet jakiegokolwiek pomysłu. Jak powiedział mój „room mate” – „Przecież lepiej jest patrzeć na ocean na Kanarach, niż na brudną ścianę w biurze”. 100% racji. Ktoś, kto nawet do takiego wniosku nie doszedł, warto aby poszedł na długi urlop.

W domu mnie zajeżdżą. Nawet nie wiecie, jak często słyszę takie słowa. Zła żona, zły mąż, niewdzięczne dzieci. Być w domu, aby słuchać wiecznych wymówek, narzekań itp. Komuś, kto woli spokój firmy, serdecznie współczuje, i jako szczęśliwy małżonek i ojciec, doskonale go rozumiem. Widzę takie historie codziennie. Od mojego kumpla, który w wieku 45 lat stał się cieniem dawnego wesołego gościa (a nawet nie cieniem, lecz złośliwym dla otoczenia koboldem), ponieważ zasady religijne powstrzymały go od rozwodu z wariatką, przez koleżankę, poświęcającą się przez 20 lat, aż wreszcie doszła do wniosku, że najlepszym lekarstwem jest alkohol. Do innej, żony emeryta wojskowego, wykonującego obowiązki dowódcy, teraz już nie kompanii, a trójki domowników.

I tylko w tym punkcie nie czynię żadnych zastrzeżeń. Rozumiem i współczuje bezwarunkowo.

Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.

FIRE w dobrze płatnym zawodzie. Mental.

Ten wpis zawdzięczacie Bartkowi i jednemu z moich klientów, wziętemu coachowi. Pierwszy poruszył temat nieprzechodzenia dobrze płatnych zawodów (w szczególności lekarzy) do bycia FIRE, z powodu „marnowania talentów”, a drugi przeprowadził ze mną rozmowę o skutkach tzw. głębokiego coachingu tj. ćwiczeń z podświadomością i zakorzenionymi przekonaniami. Doznałem szoku, gdy dowiedziałem się, że jakiekolwiek problemy psychiczne, a więc nie tylko choroby (co i dla mnie wydawało się oczywiste), ale wszelkie zaburzenia, kryzysy (depresja, wypalenie) dyskwalifikują kandydata na coachowanego, ponieważ mogą zaprowadzić go do szpitala psychiatrycznego. Taki człowiek (niezależnie od zawodu) dochodzi czasem do wniosku, podobnego do Adasia Miauczyńskiego ” I jak ja stanę przed Bogiem? Czy bogami może? Co będę reprezentował, gdy zacznę przestawać być? Jaki będę miał bilans? Jakie winien i ma? Humanista, bez łaciny i greki, inteligent bez choćby angielskiego, rosyjski słabo i w razie czego danke schön, z ledwie liźniętą rodzimą klasyką, która mnie zresztą żenuje i nudzi, z nieprzeczytaną Biblią, ledwie zaczętym Proustem, Joyce’em, bez obejrzanych teatrów i filmów, bez prawie wszystkiego zresztą, czego nie było w telewizji, z niezbudowanym domem, niezasadzonym drzewem”.

Dlatego postanowiłem napisać o mentalu, rozumianym jako zespół przekonań, ale i narzędzi do pracy z własnym umysłem.

Zacznijmy od przekonań. Rozmawiałem z wieloma przedstawicielami wolnych zawodów, w tym dobrze zarabiającymi lekarzami. Wielu z nich, o czym już pisałem, nie ma czasu na żadne rozkminy, bo zap….la od rana do nocy. 250-300 godzin miesięcznie daje standard „wysoko wykształconego” specjalisty. W kieracie, opcja jednorazowego przeznaczenia 2-3 godzin na lekturę inną niż podnoszenie poziomu zawodowego nie istnieje. Zwycięża fizjologia i podstawowe potrzeby. Ratowanie małżeństwa przed rozpadem, albo właśnie romans i praca nad rozpadem. Próba utrzymania się na powierzchni czysto fizycznie, ze świadomością potrzeb ciała, a więc siłownia, narty, bieganie, rower. Taka diagnoza dotyczy 70% grupy. 20-30% albo już zwolniła z racji na wiek (np. moja „rodzinna”, parę lat po 70-tce pracuje już tylko na jednym pełnym etacie) albo jak przywoływany kolega z podstawówki, dokonał przemyśleń i od 45 r.ż woli dojechać 2 razy w tygodniu do warszawskiego prywatnego szpitala, ale mieć czas dla dwójki późnych dzieci. I teraz przyczyny.

Część, oceniam ją jako istotną, tkwi w przekonaniach o „ważności zawodu lekarza”, „ważności zawodu adwokata” itd. Nie chodzi nawet o etos, lecz po prostu pozycję społeczną. Lubią tę pozycję, co każe się trzymać zawodu, który dodaje +50 do towarzyskiej atrakcyjności. I tutaj widzę miejsce na mental. Patrząc z trzech perspektyw. Z jednej, emerytowany (nawet FIRE) lekarz nie przestaje być jednak lekarzem. Z drugiej, mój zawód i ja, stanowią dwie różne kategorie, a nie jeden byt. Z trzeciej, w społeczeństwach egalitarnych (np. w Szwecji), zawód śmieciarza jest tak samo ważny jak lekarza, adwokata czy księgowego (a także bankiera inwestycyjnego, o czym później). Wyłączenie takich przekonań, pozwala nie tylko oderwać się od kieratu, ale w wielu przypadkach uniknąć przedwczesnej śmierci z przepracowania. Oczywiście, większość tego nie zrobi, ponieważ zwyczajnie nie ma czasu na refleksję. Z tego źródła wypływa rzeka myśli o „marnowaniu talentów”, albowiem talent chirurga ceni się wyżej niż muzyka, nawet jeśli zbiegają się w jednej osobie.

Druga szkodliwa grupa przekonań, bazuje na „kulturze zapierdolu” tj. przekonanie, iż wartościowym jest człowiek, który pracuje po 12-16 godzin na dobę, a reszta to roszczeniowi lenie. Takie przekonania kierują ludźmi (o jednym przypadku pisałem), twierdzącymi „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin na dobę” albo ostatnio zasłyszanymi zawodowo „skończyłam wczoraj pracę o 23.29 i oczekuję szacunku i zrozumienia”. Młyńskie koło opisywanej kultury, napędza bańka społeczna, bo są powszechne w grupie. O tym pisał Arur Nowak w „Adwokatach”, widać ją w „Bogach”, wszelkich wspomnieniach o słynnych lekarzach z ostatnich 30 lat, obserwuję ją też w rozmowach. Oczywiście te przekonania i cała „kultura zapierdolu” nie są nic warte i powoli się od nich odchodzi. Specjalista umęczony to specjalista niewydajny, niekreatywny, a nawet popełniający błędy. Poza pracą istnieje życie i ono przelatuje nam obok mijających lat. Mam w dalszej rodzinie dwie siostry, z których jedna wykonuje tzw. boski zawód, a druga nie. Pierwsza, przed 70-tką nadal haruje, druga, parę lat młodsza, siedzi już sobie na emeryturze, od wiosny od jesieni w wiejskim siedlisku. Wszyscy, którzy zrezygnowali z szarpania się z rzeczywistością doznali olśnienia, które obserwuję w boleśnie szczerych felietonach wspomnianego Artura Nowaka. Pisze on, że po 50-tce ciało odmówiło mu posłuszeństwa, coraz częściej potrzebuje „nie pobudki lecz rozruchu”, wzrusza się prostymi zjawiskami i własnymi małymi szczęściami. Porównajmy takie przemyślenia z bufonadą prof. Matczaka, z tymi jego „leniami”, „ludźmi bez wartości” (zarówno w sensie niepożyteczni jak i nihilistyczni) czy roszczeniowymi socjalistami prof. Balcerowicza (przypomnijmy, na ironię byłego członka PZPR). Warto odrzucić ten mental. Paradoksalnie, przykładów mamy sporo. Mój wielki zawodowy mentor, zamykał biuro na 3 tygodnie i jechał sobie na turniej tenisowy, miał czas na intensywne lektury, rodzinę? Jak to możliwe. Nauczył się sztuki rzadko dostępnej specjalistom (z adwokatów-celebrytów opanowali ja chyba tylko Kalisz i Giertych, a lekarza nie znam żadnego) a w świecie biznesu oczywistej tj. delegowania. Lekarze, księgowi, etc. to mistrzowie mikrozarządzania. Ordynator przy obchodzie pyta jaką temperaturę ma każdy pacjent, pomimo iż salą zajmuje się nie kowal, nie mechanik samochodowy, tylko wykwalifikowany lekarz – ordynatora zaufany współpracownik i podwładny. Taki lajf, takie przekonania, takie ustalone zwyczaje. Stąd poważni doktorzy, czterdziestolatkowie pocą się przed obchodem i wkuwają na pamięć „Kowalski 37,5, Malinowski 38”, oraz doznają upokorzenia publicznej dezaprobaty, gdy coś pokręcą. Niektórym te sytuacje wprost śnią się w koszmarach. Cierpią, ale zmienić tego nie potrafią.

Trzecia grupa przekonań, wywodzi się z obserwacji. Otóż, kto pracuje ten ma. Wzięci przedstawiciele wolnych zawodów biedy nie cierpią. Dla nich, tu cytat z pewnego chirurga, bohatera książek Thomasa Stanleya „pieniądze to najłatwiej odnawiający się zasób”. Stawki 1200 zł za godzinę w Polsce nie należą do rzadkości. Stąd pracując godzin 300, zarabiają 360 tys. zł/m-c, pławiąc się w wygodzie. Porzucenie stylu życia odetnie minimum 50-70% dochodów. Jednocześnie następuje znany i opisywany już przeze mnie paradoks wzrostu konsumpcji w miarę skoku przychodów. Widzę sędziów (publiczne oświadczenia majątkowe), lekarzy, adwokatów, księgowych, wszystkich w średnim wieku i z grubo ponadprzeciętnymi dochodami, którzy nie zgromadzili prawie żadnego istotnego majątku. Coś tam odziedziczyli, mają dom, mieszkanie na wynajem, 100k na koncie, i to wszystko. Bywają i inni, ale w mniejszości. A mówimy o ludziach w średnim wieku. Jak to możliwe? Już Thomas Stanley w „Przestań zgrywać milionera…” na podstawie badań ankietowych wyciągnął wniosek. Specjaliści są najczęściej przykładem kategorii „bogatych pod względem dochodu” tzn. osiągają status dolarowego milionera, ponieważ zarabiają znacznie ponad przeciętną (w Polsce minimalne wynagrodzenie lekarza wynosi 12k, a średnie ponad 27k, co nie dotyczy kontraktowców z dochodami czasem 30x średnia krajowa), a nie z powodu umiejętności pomnażania pieniędzy. Znowu – znamy wyjątki (sam Stanley opisuje „lekarza w Hondzie”, którego nowy portier nie chciał wpuścić na lekarski parking z uwagi na zbyt słabe auto). Działa w tym miejscu pewien paradoks, oparty o matematykę i ekonomię. Żeby zarobić 10% rocznie z inwestycji, trzeba mieć zupełnie inne kompetencje niż na zyski 5%. Jednocześnie te 10% od 300 tys. zł, to „ledwie” 30k. Łatwiej je zarobić, dokładając sobie godzin pracy, niż poświęcając lata na praktykę inwestowania i zaliczając po drodze straty. Ta część wywodu ma najistotniejsze znaczenie. Wielu lekarzy, adwokatów, po prostu na FIRE nie stać.

I powoli zbliżamy się do końca, który sygnalizowałem w komentarzu. FIRE nie ma szans na bycie zjawiskiem powszechnym, i tu pełna zgoda z Bartkiem. Powód tkwi w mentalu czyli usunięciu tych szkodliwych przekonań z własnej głowy (co wymaga czasu i zastąpienia ich prawdziwymi twierdzeniami), ale i rozwijaniu umiejętności kompletnie zbędnych zawodowo. Lekarz nie czerpie społecznej akceptacji z umiejętności pomnażania kapitału lecz z ratowania zdrowia. Te dodatkowe 5% rocznie, które po latach kumulują się w miliony, nie bierze się z kapelusza, tylko lektury i ćwiczeń. Inżynier, który porzucił zawód, żeby prowadzić argoturystykę (Panie Waldku, brawa dla Pana za odwagę) uchodzi za dziwaka, albowiem z szacownego „pana inżyniera” stał się po prostu „panem Waldkiem” pokazującym ludziom, jak robić masło i karmiącym kozy. Właścicielka firmy (Joanna Posoch), która rzuciła Warszawę, żeby prowadzić na Warmii „Lawendowe Muzeum Żywe”, usłyszała od matki stary tekst „a z czego ty córciu będziesz teraz żyć”, wypowiedziany z autentyczną troską i przerażeniem. Stąd pomysł na moją „aktywność FIRE”. Ponieważ, jeśli rozmawiam z zawodowymi kolegami, którym kompletnie obce są inwestycje, często pojawiają się słowa „trzeba nie mieć rozumu, żeby rzucić niezłą pensję” (na marginesie – na poziomie hydraulika pracującego dwa tygodnie w miesiącu) albo „nie jest tak źle, pracujemy tylko na 4 etatach, ale przecież mamy czas wyjechać na narty” itd. Większość specjalistów, nie rozwijając umiejętności pomnażania pieniędzy („zapędzenia własnych oszczędności do pracy na nas i zamiast nas”) o FIRE nawet nie pomyśli. A pisząc „większość” nie mam na myśli „50%+1” lecz raczej 95%. I nadal mogę zaniżyć ten odsetek. Główny nurt „prestiżowa praca od studiów aż po grób plus 15 lat ciężkiej nauki” trzyma się doskonale, a FIRE-owcy płyną w nim tylko jako boczne ożywcze źródło, dopływ n-tej kategorii. Nie miejmy złudzeń. Pewien wyjątek zauważam w IT, ale tylko z tego powodu, że znajomość matematyki praktycznej, informatycy stoi na wysokim poziomie. W końcu kto, jak nie oni, potrafi obliczyć mój ulubiony wzór na czas osiągnięcia FIRE, bazujący na logarytmach.

Podsumowując. Mental jest ważnym elementem FIRE, także w dobrze płatnych zawodach. A może przede wszystkim w nich.

Po co FIRE lekarzowi, architektowi i innemu dobrze zarabiającemu przedsiębiorcy?

Takie pytanie postawił Bartek i … sam sobie odpowiedział, ale tylko w aspekcie finansowym – dobrze mieć 25k emerytury, żonę pracującą hobbystycznie. I to tylko połowa prawdy. Ponieważ w rzeczywistości ruch FIRE stanowi część pewnej filozofii, której fundament brzmi tak „Koniec pracy z konieczności i dla pieniędzy”. Możemy sobie dorabiać dla przyjemności (Barista FIRE), ale bezstresowo i niekoniecznie. Zwracam uwagę, że prekursor – Joe Dominguez, wcale nie zaprzestał jakiejkolwiek aktywności, nie siadł na kanapie, po prostu przestał pracować jako bankier inwestycyjny. Dlatego odpowiedziałem – przedsiębiorcy potrzebne jest FIRE, dokładnie z tych samych powodów, co hydraulikowi i każdemu z nas.

Po pierwsze – żeby odzyskać czas na rzeczy ważne. Zacznijmy od demaskowania istoty wolnego zawodu. Prawnik, lekarz, przedsiębiorca w obiegowej opinii, siedzi sobie w fotelu, przyjmuje klientów od niechcenia, pali cygaro, pije szkocką i ma mnóstwo wolnego czasu, który przeznacza na „podróże małe i duże”. Coś jak kreacja „Prezesa z lasu”. W rzeczywistości, a miałem w rodzinie paru lekarzy, zarabiają grube pieniądze (dzisiaj może faktycznie nawet miliony), ale nie pracują, lecz z….ją. Standard 250-300 godzin w miesiącu, co oznacza 10-12 godzin dziennie, nawet w weekend. Owszem, prowadzą dobre, albo bardzo dobre życie, z pensjami 60k netto/rodzinę, ale każda minuta ma dla nich cenę. Opisywałem chyba na blogu rozmowę ze spotkania różnych wolno-zawodowców „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie”. I zachrzaniają tak od 6 klasy podstawówki. O ile mają szczęście, bo znam takich specjalistów, co pracują po 10 godzin w biurze rachunkowym, biorą do domu i zarabiają 5k (podobnie w kancelariach prawnych na prowincji).

Pomysł, że kasa może płynąć bez pracy (a przy 60k/rodzinę da się zgromadzić sporą kasę z oszczędności) wydaje się im rewolucyjny. Odzyskają zasób, którego w przeciwieństwie do pieniędzy, brakuje im od 30 lat. Wielu nie potrafi już zwolnić i znam 40-50 letnich znakomitych lekarzy, których odwiedzam na cmentarzu, a tylko jednego żywego ginekologa, mojego rówieśnika z nastoletnią dwójką dzieci, który pracuje 2-3 dni w tygodniu. Co nie znaczy, że w pozostałe nic nie robi. Jest ojcem, trenerem i kibicem własnego syna-pływaka, dokształca się.

Wróćmy jednak do czasu. Długi urlop przekonał mnie, że na pewnym etapie, wcale nie trzeba przysłowiowego „Klubu piątej rano”, żeby spokojnie wszystko ogarnąć. To znaczy trzeba – jeżeli pracujemy etatowo lub prowadzimy firmę do 18-19 codziennie (a mam biuro razem z takimi zawodami i po spotkaniu z klientem o 18, wcale nie zamykam wspólnych drzwi, bo na parkingu stoją jeszcze auta: właściciela szkoły językowej, radcy prawnego, oddłużacza i gościa serwisującego odkurzacze). A namiastkę FIRE mam jak dzisiaj (sobota po tygodniu chorobowego). Podniosło mnie o 3, po 6 godzinach snu. Odpisałem na komentarze, cyzeluję wpis. O 6 będę leżał ponownie w łóżku, wstanę może o 7.30, może po 8. Wypiję kawę z żoną, wezmę prysznic, pójdę spokojnie z psem na spacer i albo pojadę na działkę, albo zatopię się w lekturze. W międzyczasie zadzwonię do siostry, brata, syna, dwóch kumpli, kupię sobie bilety na środę do Warszawy, przez godzinę popracuję. Do tego w rzemieślniczej piekarni (10 minut spaceru) kupię dobry chleb, zjem obiad przygotowany przez żonę, pogadam z najmłodszym, może siądę z nim nad historią.

FIRE jest spełnioną obietnicą, że sobota zdarza się codziennie. A to znaczy, że nigdy się nie spieszymy, bo i nie ma po co. Jutro też jest dzień. Dla wolnych zawodów – niewyobrażalne. Oni nie mają czasu dla dzieci („Patointeligencja”), dla żony (stąd tyle rozwodów wśród prawników i lekarzy), dla starzejących się rodziców. Jednocześnie wychowani w innych czasach, chcieliby go mieć.

Po drugie – ponieważ odzyskają wolność. Wolność rozumianą jako – robię to co chcę, a nie to co muszę. Uwalniam się z kieratu. Bo praca po 10 godzin na dobę 6 dni w tygodniu jest kieratem. A znam takich, którzy pracują: szpital, przychodnia, prywatna praktyka, Luxmed – niektórzy przyjmują pacjentów do oporu, co oznacza 1 w nocy, więc ciągle muszą, a jedyne czego nie mogą, to uwolnić się z okowu obowiązku. Muszą być rano na oddziale, bo obchód. Muszą zrobić operację, bo szef naciska. Muszą chociaż na chwilę zejść do przychodni. Muszą pojawić się w gabinecie, przecież pacjenci czekają. Muszą odebrać dzieci z treningu. Muszą zrobić zakupy, bo żona (też zagoniona lekarka) będzie zła. A jeszcze muszą przygotować się na konferencję, bo doktorat. Zamień „pacjentów” na klientów i masz dowolny tzw. wolny zawód. Wolny, bo wolno pracować bez ograniczeń. Nikt o 17 z biura nie wygoni.

I właśnie brakuje im tego „mogę”. Mogę wstać o 10. Mogę nie odebrać telefonu. Mogę pojechać na mecz dziecka. Mogę siąść z nim ZA CHWILĘ i spokojnie porozmawiać. Mogę bez planowania, położyć się z żoną w środku dnia.

FIRE gwarantuje jeszcze inne aspekty wolności. Mogę pojechać na 2 miesięczne wakacje w styczniu. Mogę wyskoczyć do Kazimierza Dolnego akurat w środę, bo ładna pogoda.

Po trzecie – ponieważ prawdziwe życie toczy się poza pracą. Trzeba pewnego doświadczenia, a 45-letni lekarz, architekt, prawnik zwykle je ma, żeby wiedzieć, gdzie jest prawdziwe życie. Dorastanie dzieci, potem wnuków. Odchodzenie poprzednich pokoleń, a dla mnie, już również rówieśników. W tym wszystkim warto uczestniczyć, ale jak to zrobić, skoro 250 godzin jestem przedsiębiorcą? I nagle, jeżeli dobry los pozwoli nam uniknąć zawału, wielu stanie w świadomości – gdzieś mi te lata uciekły. Często ci pracoholicy dochodzą do konkluzji – zmarnowałem je na rzeczy nieważne. Wiek średni to doskonały moment na obrachunek.

A grupa tych, którzy faktycznie „kochają to co robią, więc nie przepracują ani jednego dnia”? Obserwacja pozwala mi na wnioski, że jest ich może 20% w populacji. Większość wolałaby siedzieć w słońcu południa z dziećmi niż spędzać czas w biurze czy na sali operacyjnej. Dlaczego? Ponieważ wolny zawód coraz częściej przypomina korpo, a nawet jest wprost wykonywany w korpo. To już nie Doktor Judym z torbą chodzący po biednych domach, ale pracownik sieci medycznej z pomiarem efektywności, KPI, koniecznością „zrobienia wyniku”. Publiczny szpital ma kontrakt i ciśnie na wydajność. We własnej kancelarii, biurze architektonicznym podobnie – albo pracujesz dużo i szybko, albo niewiele zarobisz. Tzw. stan przepływu odczuwa się może raz w tygodniu. Mówiąc brutalnie, więcej satysfakcji w życie wielu przedstawicieli wolnych zawodów wniosło kupienie sobie psa niż cała ta poważna praca. A dodatkowo pies nie kumuluje stresu. W końcu Jan Lityński nie zginął przy pracy, tylko właśnie ratując ukochane zwierzę.

Po czwarte – by zrobić coś naprawdę ważnego. Jak napisałem w komentarzu, w FIRE nie chodzi o siedzenie w fotelu. Odzyskując czas, można zrobić coś istotnego. Jak to na emeryturze, tylko wcześniej i z większą energią. Przywoływany n-ty raz Joe Dominguez, Mr Money Mustache stworzyli społeczności ludzi oszczędnych i wielu otworzyli oczy. Ktoś inny napisał książkę, zaczął malować, komponować itd. Nie dla zabicia czasu, ale z głębokiej potrzeby. Ja też mam kilka pomysłów i pewnie uda mi się je zrealizować. Jednym zainspirowałem się do człowieka, który zaprzestał pracy po 30-tce i napisał książkę o życiu bez pieniędzy.

Dla innych ważnym będzie osobiste wsparcie dzieci i wnuków, stworzenie warunków sierotom, praca dla własnego kościoła, każdy ma jakiś pomysł.

Po piąte – ponieważ wcale nie trzeba rezygnować z zawodu, jeśli się go lubi. Tutaj wracamy do podstaw filozofii FIRE. Nikt nie broni ci leczenia, ale wreszcie możesz robić to bez tabelki w Excelu. Nikt nie wymaga być zamknął kancelarię, ale może wolisz pomagać samotnym matkom a nie zajmować się fuzjami spółek. A architekt? Pewnie ciekawiej projektować eartshipy, zajmować się nowymi technologiami niż klepać po raz setny betonowe domki łanowe. Dlaczego? Ponieważ wreszcie nie trzeba pracować dla pieniędzy, a jedynym kryterium aktywności pozostaje satysfakcja.

Po szóste – dla dobrze planującego lekarza, prawnika, architekta ten scenariusz bogactwa wcale nie pozostaje nierealny. Ktoś ze średnią krajową nie ma statystycznie szans na tak bogate finansowo życie. 30k/m-c z aktywów wymaga:

a) 9 mln przy klasycznym FIRE (4%),

b) 4.5 mln przy wysokiej stopie zysku z inwestycji (8%).

Powiedzmy sobie szczerze, tutaj faktycznie trzeba lekarskiej pensji, albo np. świadomej rezygnacji z rodziny, jeśli chcemy wypasionej emerytury w okolicach 50-tki. Oszczędzając 15k/m-c zrobimy to w 25 lat aktywności zawodowej. Unikniemy tego, o czym pisał Bartek, czyli „życia za 6k”. Ale o tym jeszcze napiszę.