Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
wrzesień 2025 – Oszczędny Milioner

Praca „poważna” i „niepoważna”

Jak pewnie zauważyliście, komentarze Bartka „zmuszają” mnie do przemyśleń, a w efekcie rozwijania odpowiedzi we wpisy. Tak było i tym razem, gdy w nawiązaniu do opowieści o pewnej mieszkance Warszawy, zarabiającej marnie w niszowym zawodzie, ale utrzymującej się z odziedziczonych/darowanych mieszkań.

Przedstawił koncepcję pracy „na poważnie”/”poważnej” , biorąc wprawdzie przysłówek/przymiotnik w cudzysłów, znowu skłonił mnie do refleksji o roli/sensie/celu pracy w powszechnym rozumieniu.

Otóż pracę „na poważnie” rozumieć można na kilka sposobów:

  1. przynosząca rozsądny dochód (powyżej średniej – a średnie mogą istnieć różne),
  2. wykonywana ze 100% zaangażowaniem,
  3. prestiżowa,
  4. rozsądna tzn. poważana społecznie.

Biorąc pod uwagę każdą z tych koncepcji – praca scenografa alternatywnego teatru, może mieścić się w pkt 2. Płacą słabo, prestiż niewielki, podobnie jak poważanie społeczne. Nie to co lekarz, przedsiębiorca itp.

Znam trochę podejście Bartka i wiem, że cudzysłów nie pojawił się przypadkowo, miał właśnie wywoływać zastanowienie. Bo gdybyśmy patrzyli na wszystkie te kryteria, większość potrzebnych zawodów, nie znalazłoby się jako „poważne”. Na pewno nie o to chodziło. Z drugiej strony, godząc się na punkt pierwszy (wyłącznie dochód), złodziej, prostytutka, sutener albo polityk musiałyby być uznane za wykonywane „na poważnie”. A tak nie jest.

Tak więc raczej problem leżał chyba w 100% wejścia w etat. Mając kasę z dochodu pasywnego, siłą rzeczy oceniamy, co można i co warto. Wielu sytuacji nie tolerujemy i mówimy adieu. Z kredytem na karku, raczej przesuniemy granicę albo pozwolimy je przesuwać innym. Stąd piosenka o oszczędzaniu i inwestowaniu opowie także o innych dziedzinach życia niż tylko portfel, styl życia czy finansowe wybory.

A może, Bartek miał na myśli opozycję „praca dla kogoś”/”praca dla siebie” i tylko ta druga, przy pewnych zasobach, gwarantujących miękkie lądowanie, warta jest 100% zaangażowania? Niewykluczone. Sam zacząłem to tak odbierać. W pracy etatowej chodzi o sprzedawanie czasu za pieniądze. Jeśli oferowana cena przestaje być atrakcyjna, szukamy innego miejsca. Ale aby tak zrobić potrzebujemy liny (oszczędności i dochodu pasywnego). Na swoim – idziemy w trupa, czyli do końca, bo inny pracodawca/etat na nas nie czeka. Jeśli poniesiemy porażkę – tracimy znacznie więcej. I jeszcze jeden aspekt. Własna działalność (praca dla siebie) nie polega (na co zwrócił uwagę w „Bogatym ojcu, biednym ojcu” Robert Kiyosaki), na sprzedawaniu czasu za pieniądze. W swojej firmie, czasem długo nie zarabiamy nic, a potem dochód wystrzela w kosmos. Zresztą w wielu wypadkach go nie przewidzimy (np. nie zapłaci nam duży kontrahent) i z kasy nici. Taki scenariusz na etacie wystąpi rzadko (i jest ścigany przez PIP).

Na koniec ważna różnica, na którą zwrócił mi ostatnio uwagę mój przyjaciel – góral: ludzie wykształceni idą do pracy, niewykształceni – do roboty. W wielkich miastach uprzedmiotowienie pracowników dawno zatarło taki podział.

Jak się żyje na dojazdach?

Kiedy na blogu rozważałem sensowność dojeżdżania do miejskiej pracy ze wsi, na odcinku 30 km dobrą drogą, zacząłem zauważać, że w moim otoczeniu znajduje się kilka osób, dla których taka odległość to pestka. I dzisiaj zaprezentuję Wam ich historię. Postanowiłem podawać wiek, albowiem z wiekiem zmęczenie bywa znacznie istotniejszym czynnikiem. Podane odległości – jeśli nie zaznaczyłem inaczej – w jedną stronę.

Opowieść 1. Korposzczurka 45 lat. Dojeżdża 70 km. Bohaterką została pracownica banku, pechowo urodzona i mieszkająca w dużej wsi (200 lat temu miasteczku) na pograniczu województw. 2-3 razy w tygodniu przemierza 140 km (70 km godzinę jazdy w jedną stronę), w pozostałe dni pracuje z domu. Nie ponosi kosztów – samochód dostała od firmy. Tutaj powód jest prosty, wolała zostać na miejscu z rodziną, a pracy za takie pieniądze nie dostałaby. Stąd dojazdy do byłego miasta wojewódzkiego i siedziby oddziału banku. Przywykła i nie skarży się.

Opowieść 2. Lekarka 70 lat. Jeszcze 4 lata temu codziennie dojeżdżała z rodzinnej wsi, kiepskimi powiatowymi drogami 50 km w jedną stronę. I znowu – tu był rodzinny dom, a tam ciekawa praca w szpitalu wojewódzkim. Zero transportu, więc własnym autem. Jedyny plus – mogła się spóźnić, lecz dojechać musiała. Pracoholiczka i inne pokolenie, nigdy nie narzekała.

Opowieść 3. Pracownik korpo 45 lat. Podobnie jak matka (opowieść 2) dojeżdża codziennie te 50 km. Nie jest zachwycony, ale stanął przed alternatywą – albo coś zarobi i mimo dojazdów starczy mu na życie, albo zacznie wegetować na granicy minimalnej u Janusza, albo wynajmie mieszkanie w mieście i odda 40% pensji. Woli tak.

Opowieść 4. Policyjny emeryt na wysokim stanowisku w administracji – wiek 50 lat. Dojeżdżał codziennie 100 km, bo na miejscu „nie było pracy dla człowieka z jego wykształceniem”. Męczące i drogie. Dlatego zorganizowali „spółdzielnię” do auta wsiadało kilku takich dojeżdżaczy i każdy z nich miał dyżur (swoim samochodem) raz w miesiącu przez tydzień. W ten sposób reszta mogła odespać i wysiąść mniej zmęczona. Niemniej jednak 100 km rano (pracowano na 7 lub 7.30) stanowiło problem. Droga częściowo słaba, przez lasy, więc w lecie 1,5 godziny (wyjazd 5.30, pobudka 4.45), a w zimie 2 godziny (budzik na 4.15). Potem powrót o 17.30. Ale czego się nie zrobi, gdy w domu trójka nastolatków i studentów. Wtedy nawet emerytura mundurowa (wysoki stopień) nie wystarcza.

Opowieść 5. Urzędnik lat 55. Codzienne przejazdy – 80 km, niby krajówką, a przez wsie (miasteczkom zbudowano obwodnicę). Czas z przejazdem przez miasto – 1,5 h. I podobna historia jak poprzednio: wspólne dojazdy i rodzina na utrzymaniu. Na miejscu tylko praca wychowawcy w internacie (nocami), czyli po dodatkowy dochód (momentami nawet dyrektorski) trzeba dojechać. Nie skarżył się, może dlatego, że w obu pracach luz. Natomiast fakt pozostaje faktem, ciężkie życie, czasami nawet nie kładł się spać (gdy chłopaki w internacie narozrabiali i nie mógł zdrzemnąć się w robocie, a o 6, zaraz po zmianie wsiadał do auta, by wrócić o 17).

Te pięć opowieści spowodowało, że zacząłem inaczej patrzeć na moją sytuację. 30 km to mało (z dobrym wjazdem do miasta, komunikacją publiczną, której nie mieli tamci bohaterowie). Dam radę.

Czy stać Cię na posiadanie dzieci?

Tytuł nieco przewrotny, nawiązujący do publikacji prasowych , że Polacy mają coraz mniej dzieci z trzech powodów:

  • lewackiej propagandy i żydowskiego spisku (narracja prawicy),
  • opresji państwa (liberałowie),
  • braku pieniędzy, żłobków, mieszkań (lewica).

Dzisiaj zajmiemy się tym ostatnim zagadnieniem, albowiem pierwsze dwa są tak idiotyczne, że nie ma sensu komentować, a zresztą tylko trzecie dotyczy finansów.

Problem 1. Ile kosztuje posiadanie dzieci?

Dobra odpowiedź? To zależy. Jeśli chcemy je wychowywać w standardzie „dzieciństwo dzisiejszych X-ów i Y-ów” znacznie mniej niż mogłoby się wydawać. Jeżeli tak jak radzą publikacje parentingowe oraz Instagram – kupę pieniędzy.

Zacznijmy od podstawowej wartości. Wychowanie jednego dziecka do 18. roku życia kosztuje obecnie 346 tys. złotych – wyliczyli eksperci Centrum im. Adama Smitha (dane za 2024 r.). W sumie zwarte są wydatki na: jedzenie, opłaty, edukacja, transport, ubranie, oraz spędzanie czasu wolnego. Miesięcznie to (346.000 zł/18 lat/12 miesięcy) – ok. 1600 zł/m-c. Jeżeli odejmiemy świadczenie 800+ – uzyskujemy wynik 800 zł/m-c z własnej kieszeni. Resztę dopłaca państwo. Ten standard nazywam „dzieciństwo dzisiejszych X-ów i Y-ów”.

A teraz „instagramowe pierdololo” vel „standard alimentacyjny”. Otóż jak wynika z blogów prawników alimentacyjnych i shortów z TikToka, dzieciom niezbędne są:

  • egzotyczne wycieczki, do tego obozy językowe i sportowe,
  • najnowsze telefony, komputery,
  • korepetytorzy z minimum 3 przedmiotów, zajęcia sportowe, muzyczne itp.
  • prywatne szkoły i żłobki,
  • SUV-y przywożące do szkoły,
  • markowe ubrania, buty, kosmetyki,
  • kieszonkowe 1`000 zł/m-c,
  • catering dietetyczny aka dieta pudełkowa,
  • prywatna opieka medyczna i terapeutyczna,
  • samochodu i mieszkania na 18-tkę.

Generalnie 7000-15.000 zł/m-c. Takiego standardu nie da się dotrzymać bez zarobków przekraczających 30k/m-c.

Problem 2. Czego rzeczywiście potrzebują dzieci?

Pomijam specjalne potrzeby (geniusze lub dzieci wymagające kosztownych terapii), dzieci potrzebują:

  • uwagi i czasu przynajmniej jednego rodzica,
  • miłości,
  • wsparcia,
  • realnych nakładów na poziomie 2500 zł miesięcznie.

Problem 3. Jak podzielić te 2500 zł miesięcznie na kategorie?

Zrobiłbym tak:

  • jedzenie ok. 600 zł (wiadomo inne u nastolatka a inne u niemowlaka karmionego piersią),
  • nauka ok. 500 zł (zmieści się w tym szkoła/przedszkole publiczne z jakimiś zajęciami i wyżywieniem), zajęcia sportowe, w przypadku mojego syna + angielski,
  • opłaty ok. 200 zł (nadwyżka nad koszty rodziców: 42 zł śmieci, 45 woda i ścieki, 80 zł prąd, 35 telefon = 202 zł),
  • ubrania 200 zł (można mniej),
  • wakacje 260 zł (średnio: obóz, wyjazd z rodzicami ponad ich koszty),
  • abonament opieki medycznej 100 zł (ponownie nadwyżka nad rodziców),
  • kieszonkowe, rozrywki, prezenty – 440 zł,
  • inne (kosmetyki, chemia, telefon itp.) – 200 zł.

Rozstrzygnięcie problemu: Czy faktycznie Polaków nie stać na dzieci?

A zatem, jak widać posiadanie dziecka nie stanowi problemu finansowego (2500 zł – 800 zł od państwa = 1700 zł), tylko ułożenia sobie priorytetów w głowie. Zarabiając 2 x mediana dochodów w Polsce (10.000 zł) spokojnie wygospodarujemy te 1700 zł/dziecko, a nawet 3400 zł na dwójkę. A media społecznościowe i bzdurne filmiki – odpuśćcie.

Wakacje w Macedonii. Styl życia.

Robert Makłowicz spopularyzował pojęcie „chorwackie życie” na pewien zespół zwyczajów narodów bałkańskich, który obejmuje:

  1. spędzanie czasu z przyjaciółmi w knajpkach,
  2. beztroskę,
  3. wysokie spożycie alkoholu.

Nasz smakosz-podróżnik nie dodał jednak, że styl ten gwarantuje niewielką zamożność kraju i mieszkańców. Tak wygląda Chorwacja poza wybrzeżem i miastami do dzisiaj, taka jest i Macedonia (poza Skopje), pomimo iż nie zauważyłem wysokiego spożycia alkoholu.

A więc jak wygląda styl życia Macedończyków?

Widać, jak ważne miejsce zajmuje w nim rodzina i przyjaciele. Od rana do środka nocy kawiarenki (a jest ich niesamowita liczba, jak na tak biedny region) tętnią życiem. Przy czym w Chorwacji widziałem zastawione stoły, a w tutaj – nie. W zasadzie powtarza się zestaw: kawa+woda, plus czasami cola albo piwo (koncernowy sikacz). Może 10% zamawia coś do jedzenia i nie mam gwarancji, że nie są to turyści. Większość siedzi w 2-3 osoby przy stoliku przy kawie i wodzie (tak się ją tutaj podaje, ze szklanką kranówki).

Co charakterystyczne, na deptaku, salonie miasta, koncentruje się życie. Starsi siadają bliżej domu (niewykluczone, iż zachęceni niższymi cenami) i znowu kawa+woda to zestaw obowiązkowy i całość zamówienia.

Maceodończycy to społeczeństwo tradycyjne. Dlatego w kawiarniach siedzą głównie mężczyźni. Nie piszę tu o Albańczykach (widocznych w przestrzeni publicznej, poprzez zawinięte głowy kobiet), ale o Macedończykach-Słowianach. Kobiety albańskie chodzą wyłącznie w towarzystwie mężczyzn.

Czy patrząc na ludzi na ulicach mogę powiedzieć o nich „beztroscy”. Zdecydowanie nie. Są raczej zmęczeni, znękani, poważni. Nie słychać głośnych śmiechów, żartów a’la Italia, nikt nikogo nie podrywa. A jednak pomimo biedy (najniższa pensja 3 razy niższa od naszej, a ceny wielu rzeczy – podobne), którą mocno widać (po budynkach, ubraniach, sklepach) ludzie wychodzą, żeby spędzać czas z bliskimi. Na naszej ulicy rozstawiano wieczorem stolik i miejscowi siadali przy nim, a dzieci bawiły się dookoła. Moja gospodyni, codziennie przyjmowała w ogródku siostrę, matkę albo przyjaciółkę.

Warszawa kontra średnie miasto. Specjalista.

Zanim napisałem ten tekst, sprawdziłem dane. Otóż, pracownik na moim stanowisku, może, pracując w średnim mieście dostać ok. 6 tys. zł netto na umowie o pracę, przy wykonywaniu obowiązków 3 dni/tydzień. Ja zarabiam jeszcze 30% więcej, ale to efekt dodatkowych uprawnień. Bierzmy za punkt odniesienia te 6 tys. zł netto.

W podobnym układzie w Warszawie proponowano 12 tys. zł + VAT. Co to oznacza w praktyce? Może Warszawa lepsza?

12 tys. zł + VAT należy pomniejszyć o koszty prowadzenia działalności gospodarczej (350 zł księgowa, 400 zł program specjalistyczny). Zostaje 11.250 zł. I od tego liczymy ZUS, składkę zdrowotną i podatki.

  • ZUS = 1646 zł (minimalna),
  • zdrowotna 9% = 1013 zł,
  • podatek dochodowy (zasady ogólne) – 1050 zł.

Zostanie nam ok. 8140 zł (11.250 zł -3110 zł). Sporo więcej niż w moim mieście. Może zatem przyjąć taką ofertę pracy? Jeśli zdecydujemy się, pozostają nam dwa wyjścia:

  1. Przeprowadzka do Warszawy,
  2. Dojazd.

Przeprowadzka do Warszawy, sprowadza się do cen nieruchomości wyższych o 50% (średnio). Czyli 50% większego kredytu. Przy obecnym przeliczniku +2800 zł. Średnio. A zarobiliśmy 2140 zł więcej. Bez sensu.

Inna opcja – dojazd. Najtaniej koleją. 80 zł/dzień x 12 dni = 960 zł. Ok. 1180 zł na plusie. Nie do końca. Te 1180 zł obciążone zostały ok. 3 godzinami bezpłatnych dojazdów/dzień (36 godzinami/m-c) oraz zwiększonymi wydatkami. Wychodząc z domu o 5, a wracając o 18, nie da się nie wstąpić na gorący posiłek. W Warszawie – 40 zł/szt x 12 = 480 zł. I już zysk spada do 700 zł/m-c przy 36 godzinach darmowego dojazdu. Nie warto.

Czy da się taniej? Oczywiście, tylko koszt będzie spory. Po pierwsze – obniżyć trochę ZUS, albo pracując na etacie w pozostałe 2 dni, albo małym ZUS-em. Potencjalny zysk – jeszcze 1646 zł. Razem 2346 zł/m-c przy dojeździe i ledwie 1000 zł/m-c przy przeprowadzce. Kompletny bezsens.

Jak wyglądałaby Polska, gdybyśmy nie weszli do UE.

Jestem na tyle stary, że dobrze pamiętam lata 90-te ubiegłego wieku. I widzę różnicę pomiędzy dzisiaj, a wtedy. Główna przyczyna – UE, jej pieniądze, ludzie i zasady.

Dlaczego tak sądzę? Takie są moje spostrzeżenia po wizycie w Macedonii (nie zamierzam nazywać jej Macedonią Północną). Ten niewielki kraj (liczba ludności ok. 2 mln, terytorium nieco większe niż nasze województwo), jako jedyny z byłej Jugosławii nie doświadczył wojny. I co? I nic. Pomimo tego bieda. Dlaczego? Moim zdaniem, zaważył właśnie brak impulsu z UE.

Wrażenia? Dokładnie Polska sprzed akcesji. Rolnictwo oparte na małych gospodarstwach (bez takiej ilości nawozów sztucznych i przemysłu towarowego, co jest zaletą), niewielkie sklepiki w miastach, mikrobanki. Do tego niewielka siła nabywcza lokalnej waluty w stosunku pensje/ceny. Te ostatnie są niższe o połowę, ale płace o 2/3.

Stąd nawet w sporym mieście, całe dzielnice wyglądają jak fawele, albo nasze Bałuty. Śmieci z ulic nikt nie sprząta, po ulicach biegają wychudzone psy (bardzo łagodne, zupełnie nie przypominające naszych rozszczekanych burków wiejskich). Auta? No cóż, od Zastaw 650 (na licencji Fiata sprzed 50-ciu lat) do Mercedesów. Przeważają Fiaty, Dacie w wieku ok. 20-30 lat. Bieda. Paliwo, dla nas tanie (5 zł/litr i jest to cena w miarę stała), przy ich poborach wychodzi drogo.

Czy Polska miałaby podobnie? Gdyby nie UE, raczej tak. Brak strumienia dochodów od emigrantów (swobodny przepływ osób Macedonii nie dotyczy), inwestycji (wiele ekspresówek, którymi jechałem miała …. 1 pas w każdym kierunku i tylko 2+1 co 10 km) . Ale za to tanio. 100 km autostrady – 2 E (nie żartuję), porównajcie to z naszą Autostradą Wielkopolską.

Czy taki standard dany jest Polsce na zawsze? Rzecz jasna – nie. W Macedonii widać ślady dawnej świetności sprzed 100 lat, albo z czasów Jugosławii, ale już zniszczone. W zasadzie tylko główna ulica dużego miast została wyremontowana. Boiska? Gdzie im do naszych orlików. Plaże w Ochrydzie – obok chłopaki gumówką i spawarką remontują sporą łajbę. Poza miastem – tereny niezagospodarowane. Do naszych Mazur, czy nawet Pojezierza Wielkopolskiego właśnie 30 lat dobrobytu.

Ale zostaja różnice in plus. Jedzenie. Odwiedzaliśmy lokalny bazar. Poezja. Tanio i smacznie. Feeria barw i zapachów (samej papryki kilkanaście odmian, do tego figi,arbuzy po 16 kg, melony itp.). Z powodu biedy kwitną przydomowe ogródki, bo przy pensji minimalnej 1300 zł mało kogo stać na sklepowe.

Do tego pomimo komuny widziałem w sporym mieście niewiele bloków. 90% mieszka we własnych domkach (stąd te ogrody). Budują się już apartamentowce. No i mieszkania (dla nas) wychodzą b.tanio. W 3-cim co do wielkości mieście kraju – domek 80-cio metrowy kosztuje 60-80 tys. Euro. Nawet w Ochrydzie (czyli naszych Mikołajkach albo nawet Kołobrzegu), da się znaleźć za taką cenę 2-pokojowy apartament. W Polsce musielibyśmy zapłacić 2-3 razy tyle. A w Chorwacji? 4 razy tyle.

No i ostatni plus – styl życia. O nim zamierzam napisać oddzielnie.

Kogo stać na życie w wielkim mieście?

Jeden z ostatnich wpisów, Bartek skomentował trafnymi konkluzjami. Uznałem, że pociągnę temat i dodam 3 grosze od siebie. No i z komentarza zrobił się cały post.

Najpierw cytat ze słów Bartka: „Mieszka się fajnie w dużym mieście jak się odziedziczyło mieszkanie lub dobrze zarabia ( ja uważam, że min. 2x średniej ).
Albo zarabia się jeszcze relatywnie mało ale jest ogromny potencjał na duży wzrost dochodów w najbliższych miesiącach. W innym przypadku- tak jak napisałeś- zdecydowanie lepszym wyborem jest mniejsza miejscowość z dworcem kolejowym, szkołami, szpitalem, ofertą gastronomiczną i kulturalną.”

Istotnie w dużym mieście mieszka się fajnie, zwłaszcza w pobliżu ścisłego centrum. No tak, każdy chciałby być młody i bogaty. Natomiast zwracam uwagę, na dwa istotne fakty:

  1. nie wszyscy mieszkający w dużych miastach odziedziczyli (lub mają bez kredytu) sensowne lokale.
  2. nawet posiadając „czystą hipotekę” mamy wybór, a nawet – dopiero wtedy mamy. Przy czym nie jest to dylemat „kupić czy wynająć” lecz raczej obliczenie: Skoro trzypokojowe mieszkanie w Warszawie = 1.5 mln, to mieszkanie w Płocku+1 mln zł=mieszkanie w Warszawie, lub mieszkanie w Opolu+0,8 mln zł = mieszkanie w centrum Wrocławia.

Te założenia wydają się mieć ręce i nogi. I znowu, rozłóżmy je na czynniki pierwsze.

Fajnie się mieszka w dużym mieście (sensowność lokalu).

Wiemy doskonale (ja z autopsji), że mieszkanie w centrum, lub blisko centrum dużego miasta miewa też swoje wady, zwłaszcza dla 35-latków z dziećmi. Gentryfikacja, korki, najbliższe otoczenie, niefunkcjonalności potrafią uprzykrzyć życie codzienne. A filharmonię, teatry, knajpki – mamy od święta. Generalnie, nie bez przyczyny, centrum zdominowali bardzo młodzi, firmy, wynajem krótkoterminowy. Prowadzi to do zamykania szkół (czyli trzeba dowozić`), zaniku przestrzeni wspólnych (bo drogo i wszystko trzeba wykorzystać), miejsc parkingowych (coraz mniej ogólnodostępnych i płatne).

Doskonale pamiętam 14 lat w kamienicy, a teraz jest jeszcze gorzej. Kiedy synowie mieli po 10 lat, w zasadzie jedyną zaletą była bliskość pracy (do firmy schodziłem w kapciach, do biura szedłem 10 minut). Poza tym – głównie wady. Przenosząc się do domku na starym osiedlu – odetchnąłem. Bo takie rozwiązanie łączy zalety przedmieścia z centrum. Tyle, że jest drogie. Za wyremontowany dom w mojej okolicy krzyczą po 1,6 mln. Dokładnie tyle, że starczyłoby na ładny budynek w mieście powiatowym, oddalonym o 45 km (30 minut trasą szybkiego ruchu) i… zostałby 1000 tys. zł (milion). Niewątpliwie posiadanie takiego domu, daje możliwość wyboru.

Fajnie się mieszka w dużym mieście, gdy się dobrze zarabia.

Bo w ogóle lepiej mieć pieniądze, niż ich nie mieć. Dysponując kasą mamy szanse na sporo atrakcji. Przy czym, żeby w takiej Warszawie w pełni z nich korzystać, dobre zarobki nie wystarczą. Tłukę temat na blogu od dekady. W tej grze chodzi przede wszystkim o budowanie majątku i przychodu pasywnego (bez pracy etatowej), a nie zwiększanie pensji. Tymczasem stolica, jaka jest każdy widzi. Dominują w niej grupy pracowników, może i o ponadprzeciętnych pensjach (niech będzie i te 12k/m-c netto), ale o majątku znacznie niższym niż przeciętny gospodarz w mojej wsi. Jak to możliwe? Nie tylko możliwe, ale i prawdopodobne. Mówi o tym moje równanie zamożności. A w nim liczy się także poziom wydatków, a przede wszystkim – umiejętność uzyskiwania maksymalnie wysokiej stopy zwrotu.

I popatrzcie. Korposzczur ma 12k pensji, jego żona 10k. Razem dysponują 22k. Nieźle. Niby tak. Ale ich wydatki zwiększa 7k długu hipotecznego i 4k leasingów. I mają do dyspozycji 11k. Czyli tyle, ile para z Opola, zarabiająca 6+5 (czyli połowę), ale z mieszkaniem kupionym za gotówkę. No i „gotówkowy” mają majątek w postaci 2 aut, funduszu inwestycyjnego i mieszkania za 400k. A korposzczury 1 mln kredytu, 200k wkładu własnego. Na koniec znacznie większe wydatki, bo w stolicy wszystko jest droższe.

Rzecz jasna, Bartek zna prawdopodobnie w swojej bańce ludzi, dla których pensja 12k netto wywołuje pusty śmiech. W Warszawie sporo przypadków pracowników etatowych z 60k brutto miesięcznie (co przy obecnych podatkach oznacza 35k do ręki), a nawet 120k (czyli jakieś 70k netto). I chyba o nich mówi. Tylko, że nadal stanowią oni może 10-20% wszystkich.

Ba, mój brat, mający liczne przyjaciółki w świecie „warszawki” czyli „lewicy kawiorowej”, dostrzega też inną prawidłowość. Istnienie sporej grupy żyjących z tego co „sami odziedziczyli” (klasyczny przypadek na prawicy Janusz Korwin Mikke). Taka scenografka alternatywnego teatru, z pensją 5k do ręki na śmieciówce, jeździ po świecie, realizuje swoje pasje, ponieważ dodatkowe 10k wpada jej – singielce z wynajmu 3 mieszkań po dziadkach czy ciotkach, a 5k dokładają rodzice, wzięci lekarze. I z 5k robi się 20k. Na jedną osobę i z własnym mieszkaniem. Miło jest dobrze zarabiać, niekoniecznie własną pracą. I wtedy duże miasto faktycznie pozostaje fajne. Rano spać do 10, potem śniadanko w knajpce na rogu, 2 godziny twórczej pracy, obiadek z przyjaciółkami, wyjście na miasto: spektakl, opera, koncert. A w weekend melanż. Zero trosk, mnóstwo opcji.

Duże miasto z perspektywą na wysokie zarobki.

Przypomina mi się przedwojenny szmonces. Ojciec dziewczyny pyta starającego się o jej rękę o zajęcie. Młody nie pracuje, ale odpowiada „Mam widoki”. Na co doświadczony kupiec zaorał go słowami „To panu potrzebna jest lornetka, a nie moja córka”.

Perspektywy na wysoki dochód stanowią bowiem miraż, ściągający do wielkich miast całe pokolenia żądnych zmiany swojej sytuacji finansowej. Tak powstała Łódź, tak rosła Gdynia. Setki tysięcy młodszych i starszych z biednych regionów przyjeżdżało za pracą. Dobrze płatną pracą. Nagle okazywało się, że dobra pensja nie wystarczy, bo w rodzinnej chacie (dzisiaj domku) mieszkało się za darmo, a tu trzeba płacić. Do tego za niańkę, dojazdy, adekwatny do miejsca pracy strój, auto itp. I miasto wypluwa potem rozbitków. Ponownie klasyka „Ziemia obiecana”, ale i „Pokolenie IKEA” czyli melanże, długi i życie na pokaz. A zaczęło się od pracy z dobrą pensją. Dlatego ponownie przestrzegam. Policzcie to sobie dobrze. Nowym zawsze jest trudniej. Zwłaszcza, gdy zaczynają od zera (znam bowiem „nowych krakusów”, którym rodzice spod Radzynia, czy Limanowej kupili nowe mieszkanie w Łagiewnikach. Ale takich nie bierzemy pod uwagę, albowiem rozmawiamy o „widokach na dobrą pensję w najbliższym czasie”. Czasem pomysł z lornetką nie wydaje się taki głupi.

Wnioski.

Brutalnie szczere, albo nas stać, albo do końca życia zostaniemy dłużnikami banku. Albo rodzice kupią mieszkanie, albo nawet niezła (średnia x 2) pensja nie pomoże. Żeby zachować fason, pozostanie przywozić słoiki i prosić mamę, żeby wzięła wnuki na lato, bo opiekunka droga.

10 argumentów przeciw wprowadzeniu podatku katastralnego.

Skończyła się kampania wyborcza, tym razem zdominowana przez temat gospodarki mieszkaniowej. Wśród osi sporu znalazł się i podatek katastralny. Dlatego już po wyborach postanowiłem przedstawić swój pogląd na sprawę.

Argument 1. To podatek.

Wiadomo co jest istotą podatku. Wyciągnięcie kasy z kieszeni obywateli i włożenie jej do worka z napisem „dochody budżetu”. A to oznacza, że zapłacimy (a w zasadzie podatnicy tego podatku) zapłacą za nic. Zero świadczenia wzajemnego.

Argument 2. Nie wiadomo jak ma wyglądać.

Niektórzy mówią: od trzeciego mieszkania, inni od czwartego. Trudno opowiedzieć się za rozwiązaniem, bez podania szczegółów.

Argument 3. Podatki tylko rosną.

Stopniowo oddajemy państwu coraz więcej. Pamiętacie historię z podatkiem dochodowym w USA? Tylko 3% i tylko na czas wojny. Został z nimi do dzisiaj. A VAT? Coraz mniej zwolnień, coraz wyższe stawki.

Przypominam – w USA odpowiednik naszego katastru wynosi 2% wartości corocznie i jest powszechny. We Włoszech 1% od seconda casa (drugiej nieruchomości).

U nas mówiło się o 0.5% od kolejnego mieszkania, ale dopiero na początek. Doszlibyśmy do poziomu amerykańskiego, a to już spore obciążenie.

Argument 4. Nie działa.

I tu moglibyśmy skończyć dyskusję. Lewica, główny zwolennik tego podatku mówi, że wpłynie na zmniejszenie cen mieszkań i zwiększenie dostępności. Bzdura.

Czy nieruchomości w USA staniały od czasu wprowadzenia, a we Włoszech, w Niemczech, we Francji? Nie.

Podatek katastralny nie wpływa na spadek cen mieszkań.

Argument 5. Problem leży gdzie indziej.

Wiele razy pisałem o tym na blogu – mieszkania są drogie w mieście, a tanie na wsi (im dalej od miasta, tym taniej). Od opodatkowania mieszkań w miastach nie przybędzie. Nie przeniosą się też cudownie ze wsi do miast. Nie ma takiej opcji. Dlatego ten system nie działa. Rozwiązanie? Tworzenie miejsc pracy na wsiach, albo skutecznych sposobów dojazdu. Ostatnio czytałem opowiadania o klasie średniej w USA sprzed 50 lat. Główni bohaterowie dojeżdżają do centrów miast pociągiem w maksymalnie 1 godzinę. W przypadku mojego Lublina, zwiększałoby to „krąg zamieszkania” do 80 km (w godzinę dojadę prawie do Pilawy), krzyżując się z „kręgiem warszawskim” lub do Stalowej Woli (nakładając się na „krąg rzeszowski”). Do tego dobra komunikacja miejska i jesteśmy w domu.

A system zachęt? Jego stworzenie (ulgi podatkowe na remont lub dojazd), rozwój mniejszych miasteczek (centra kultury i usług) zmieniłoby optykę młodych.

Argument 6. Podatek zwiększy nierówności w opodatkowaniu.

Podatek ma być od „trzeciego mieszkania”. A dlaczego nie od domu, ziemi rolnej lub budowlanej? Nie wiem.

Argument 7. Nikt tego nie tłumaczy.

Zgodę chcą uzyskać „z góry”. Przy argumentach 6 i 2, niemożliwe.

Argument 8. Kasa wpadnie do wspólnego wora.

Pieniądze nie pójdą na nowe mieszkania lecz wpadną do wspólnego worka. Jak zwykle. W rzeczywistości wzrośnie zadłużenie i tyle. Nie bez powodu „kataster” znalazł się w umowach o KPO. Jego celem jest zwiększenie dochodów budżetowych.

Argument 9. W przypadku mieszkań wynajmowanych – podatek przerzucony zostanie na najemcę.

Dość prosto. Gdy ktoś ma 4 mieszkania, wynajmuje 2 albo i 3. Proste. A koszty poniesie najemca. Tak stało się w Berlinie i na całym świecie. Podrożały czynsze.

1% (model włoski łagodzony bałaganem) od wartości sprzed 5 lat, daje przeciętnemu warszawskiemu lokalowi dwupokojowemu (45 m2) potencjał na kwotę 4500 zł/rok (1% x 450.000 zł). To prawie 400 zł/m-c. Żaden właściciel nie weźmie tego na siebie, skoro dotychczas płacił 15 zł.

Argument 10. Podatek łatwy jest do ominięcia.

Jak? Jeśli faktycznie będzie od 4-tego mieszkania – budujemy budynek jednorodzinny z 5 lokalami, a łazienki i kuchnie tworzymy „na dziko”. I już mamy 1 dom. W rzeczywistości damy radę stworzyć 15 nieopodatkowanych mieszkań.

Drugi pomysł – rozdysponować po rodzinie. Trzeci – tworzenie spółek, z których każda ma po 3 nieruchomości. Czwarty – kupowanie całego piętra od dewelopera i łączenie lokali w jednej księdze wieczystej. Pewnie dam radę wymyśleć jeszcze kilka. Im wyższe opodatkowanie i problem – tym motywacja do kombinowania większa.

Wnioski. Sprawa wydaje się prosta. Skoro podatek nie działa w sposób założony przez projektodawców, da się go ominąć, a ma stać się dokuczliwy i niesprawiedliwy (majątek posła Kropiwnickiego stanowi 13 mieszkań – w praktyce równowartość ok. 70 ha ziemi z budynkami, podobny zasób rolnika lub „rolnika” nie zostanie opodatkowany) lepiej o nim zapomnieć.

A Wy co dodalibyście do tej listy?

Wakacje w Macedonii. Koszty.

W tym roku nie Chorwacja lecz Macedonia (nie będę dodawał sztucznego i wymuszonego uzupełnienia „Północna). Zdecydowały względy osobiste – moje dziecko przeniosło się tam na dwuletni kontrakt. Chcieliśmy zobaczyć, jak się urządził, a przy okazji odpocząć. No i przekonać się, jak to jest poza UE. Teraz krótkie sprawozdanie, podzielone na kilka wpisów.

Pisząc o kosztach, można powiedzieć jedno – zdecydowanie taniej niż w Chorwacji. Pamiętacie wpis sprzed dwóch lat – 5k nocleg, 2k dojazd, 4 k na miejscu. I to wszystko za pobyt tygodniowy 3 osób.

W tym roku byliśmy dwa razy dłużej (2 tygodnie), w większej grupie (5 osób, w tym 4 dorosłe i nastolatek), a wyszło taniej. O ile konkretnie?

Proszę bardzo.

Dojazd. Podróż na podobnym odcinku – 1600 km zamiast 1500 km, plus jeszcze jazdy lokalne wyszedł taniej. Jak to możliwe?

Po pierwsze, zamiast 240 konnej Alfy Romeo Giulietty QV, palącej 8l/100 km jechaliśmy Hyundaiem Ioniqiem Hybrid, który zaskakująco mało spalił 5.3 l/100 km (poświęcę mu odrębny wpis).

Po drugie, mam wrażenie, że paliwo nieco staniało.

Zamiast ok. 2000 zł, koszt dojazdu wyniósł 1433 zł, w tym:

  • benzyna 1030 zł (zamiast ok. 1500 zł),
  • autostrady – 403 zł (zamiast 550 zł).

Noclegi. Wszystkie media trąbią, jak podrożała Chorwacja w ostatnich latach. I widać to jak na dłoni w naszej podróży. Mieszkając w dużym (jak na miejscowe warunki) mieście, w 3-pokojowym apartamencie (zamiast w dwupokojowym), za 5 osób (a nie 3) zapłaciliśmy 3071 zł za dwa tygodnie. W Chorwacji było to 5000 zł za tydzień.

Jedzenie i atrakcje. Jak w każdym, niezbyt zamożnym kraju (pensja minimalna 1300 zł), w Macedonii życie i atrakcje wychodzą sporo taniej. W porównaniu do Chorwacji – szok.

Posłużę się kilkoma przykładami. Chorwacja – obiad dla 3 osób z napojami w zwykłej tawernie – 200-250 zł, czyli ok. 70-80 zł/os. A Macedonia? 4-gwiazdkowy hotel przy deptaku i jego restauracja – 272 zł za 7 osób, a więc…. niecałe 40 zł/os. Kiedy obniżyliśmy loty na poziom tawerny – 182 zł (26 zł/os.) czyli 1/3 ceny Chorwackiej.

Trochę drożej jest w Ochrydzie – za kawę, lody, napoje dla 7-miu osób zapłaciliśmy w kawiarence bezpośrednio przy atrakcji turystycznej – 71 zł czyli 10 zł/os.

Szok przeżywamy jednak, robiąc zwykłe zakupy. Bo jest sporo taniej niż w Polsce (a Chorwacja ma ceny jeszcze wyższe). Przykład – ogromna drożdżówka z mięsem (tzw. burek) – 4,2 zł. W Polsce kosztowałaby pewnie 10 zł, a w Chorwacji 3-4 Euro. Pieczony kurczak (niewielki, ale cały) – 18 zł, w Polsce tyle zażądaliby za 1 ćwiartkę, a w Chorwacji ok. 30E. Bardzo tanie są figi (30 zł/kg) , które w Biedronce moja żona wypatrzyła po 3 zł/szt (czyli pewnie 100-150 zł/kg). Ale największe zaskoczenie wywołały ryby. Miały być drogim rarytasem. Poszliśmy do lokalnego sklepu rybnego i za 5 sporych świeżo złowionych pstrągów (3,5kg) zapłaciliśmy ok. 100 zł, czyli …podobną cenę jak w PL. W Chorwacji potrzebowalibyśmy dodać 50% i to w markecie.

A podsumowanie. W Chorwacji 3 osoby, z 5-ma wizytami w tawernie zapłaciły ok. 3500 zł za samo jedzenie… tygodniowo. W Macedonii przy 7-miu gębach do wykarmienia (dwóch dorosłych synów, ich narzeczone, nastolatek i my) – dwa tygodnie jedzenia kosztowały nas 1700 zł (3 wizyty w restauracjach, 1 kawiarnia).

Co okazało się droższe? Jedna rzecz – karty e-sim. Ponieważ w Chorwacji nie opuszczamy UE, mamy roaming. Za dwa e-simy (Serbia i Macedonia) zapłaciłem 149 zł, bo była tylko opcja na 10 dni (za krótko) lub 30 dni.

I teraz przypomnę koszty Chorwackie – ok. 11-12 tys. zł za tydzień. 2 tygodnie w Macedonii (7 osób jedzących i korzystających z atrakcji, 5 nocujących) to 6871 zł. Jeśli szukacie miejsca na tanie wakacje – polecam.

Małe/ średnie miasto kontra metropolia. Co bardziej opłacalne? Czy warto wyjechać?

Młodzi ludzie na całym świecie głosują nogami. Opuszczają wioski, małe i średnie miasta, jadąc do metropolii. Zjawisko znane opisał je m.in. Filip Springer w „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” oraz Marek Szymaniak w „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Obaj starają się wskazać przyczyny:

  • niskie pensje i mało pracy,
  • niewiele nowych mieszkań,
  • układy, układziki,
  • marazm i brak oferty kulturalno-rozrywkowej.

Ale ponieważ obaj autorzy są humanistami, popatrzmy na sprawę z innej strony.

Mieszkanie na Gajowicach we Wrocławiu (w miarę blisko centrum) , w stanie do remontu, 3 pokoje – 67 m2 kosztuje minimum 670 tys. zł.

68 m2 w kamienicy w Ostrowie Wielkopolskim (miasto 70 tys. mieszkańców) – 190 tys. zł. Także do remontu (nawet poważniejszego). Koszty utrzymania mogą okazać się podobne jeśli pogodzimy się z ogrzewaniem gazowym.

Jeszcze raz zestawmy. 10 tys. zł/m2 przeciwko niecałym 3000 zł/m2. A w wartościach bezwzględnych? 670 k zł vs. 190 k zł. W racie kredytu (wkład własny 100 tys. zł) – 4200 zł vs 700 zł. Czy faktycznie pensje w Ostrowie Wielkopolskim są aż tak złe, żeby móc plunąć na 3500 zł różnicy w racie?

Nie. W grudniu różnica mediany wynosiła ok. 1650 zł brutto (8621 zł m.Wrocław i 6367 zł powiat ostrowski) . A gdyby brać pod uwagę same miasta pewnie ok. 1100 zł brutto (widać różnicę pomiędzy m.Kalisz a powiatem kaliskim – na poziomie ok. 600 zł brutto), a więc ok. 800 zł netto.

Jeżeli nałożymy te dane – mediana +1600 zł/rodzinę, kontra 3500 zł raty, wybór ekonomiczny wydaje się prosty. Za „zbywające” 1900 zł damy radę:

  • sporo zaoszczędzić (co po 20-30 latach zrobi ogromną różnicę),
  • wyjechać raz w miesiącu na wydarzenie kulturalne do Poznania, Warszawy, Wrocławia, czy Łodzi,
  • pójść raz w tygodniu do knajpki (w Ostrowie Wlkp. będzie też taniej).

I powiedzmy sobie szczerze, to miasto nie jest żadną „zabitą dechami dziurą”. Liczy prawie 70 tys. mieszkańców Nie porównujmy go nawet ze Strzegomiem (15 tys.), ani Grójcem (niecałe 17 tys. ). Dysponuje szpitalem, wieloma instytucjami kultury, oraz takimi wydarzeniami jak festiwal filmowy, siedmioma liceami ogólnokształcącymi a nawet (kiepską) uczelnią. Działa w nim dworzec kolejowy, 23 linie autobusowe.

Kiedy spojrzymy na porównanie z Warszawą – słabo, ale nie beznadziejnie. Natomiast ekonomicznie (dostępnością) mniejsze miasto wygrywa.

Teraz sięgnijmy do tytułowego pytania: Czy warto wyjechać? No cóż. Zależy. Finansowo – tylko jeśli masz świetny zawód i chcesz pracować nad miarę. Średniakom – zupełnie się nie kalkuluje. A osobom na minimalnej – tym bardziej. Zwłaszcza, że wyjechać/zostać nie zawiera w sobie więzi rodzinnych, pomocy starszego pokolenia jak i późniejszej opieki. Znam takich, którzy wrócili do miasta powiatowego i po kilkunastu latach nie żałują. Zarabiają może 30% mniej niż w stolicy, ale żyją spokojniej, a co najważniejsze bardziej komfortowo. Za mieszkanie 53 m2 kwadratowe mają 150 m2 domu i… jeszcze, po dzisiejszych cenach, zostałoby im 300.000 zł. Wynik? Stratę pensji jednej osoby równoważy stopa zwrotu obligacji skarbowych (1500 zł/m-c), drugą – koszty opieki nad dziećmi.

Częściową odpowiedź daje też, przywoływana na wstępie książka Marka Szymaniaka. Wśród bohaterów jego reportaży Warszawa przegrała z Piszem, Kętrzynem, Sanokiem itp.

Co mogę dodać od siebie? Zostając na miejscu, nie liczmy na nowe bloki. Znajdziemy je głównie w satelitach-sypialniach stolicy: Garwolinie, Grójcu czy Ożarowie. W Ostrowcu Wielkopolskim stanowią śladową część oferty i są znacznie droższe (chociaż 4 pokoje nowe, wykończone pod klucz za 6500 zł/m2 nadal kosztuje 1/3 ceny analogicznego mieszkania we Wrocławiu). W Sanoku takich mieszkań nie ma wcale. Podobnie w Piszu.

Istnieją jeszcze inne małe miasta – kurorty. Stamtąd ludzie też uciekają, ponieważ rynek zdominowały drugie lokale (wakacyjne) i pod wynajem. W Giżycku mamy ofertę apartamentów za 10-27 tys. zł/m2 oraz sąsiadujące bloki za 5 tys. zł/m2. Oferta tych drugich pozostaje uboższa. Nie ma pracy (poza turystyką), a nie każdy chce być kelnerką, recepcjonistką, kucharzem. I dochodzi do ucieczki. Czasem tylko w okolice Warszawy (nowe mieszkania w Ząbkach za 10 tys. zł/m2 konkurują z lokalizacjami miejskimi – 17 tys. zł/m2).

Ale statystycznie? Jak napisałem na wstępie, młodzi wyjeżdżają z małych i średnich miast. To trend ogólnoeuropejski. Część dla kariery, część dla oferty kulturalnej, część by nie czuć się gorszym. I ten ostatni element, zostawiam sobie na inną opowieść.