Bezpiecznie i prosto. O ETF i inwestycjach dla absolutnie początkujących.

Dzisiaj rano spotkałem Dobrego Marketingowego Ducha, który wytłumaczył mi fenomen ETF tzn. pozwolił spojrzeć na produkt oczami nie zaprawionego w bojach inwestora, ale właśnie marketingowca. Otóż w rzeczywistości firmy inwestycyjne oraz blogerzy finansowi nie rekomendują inwestycji (dziwne, wiem, dla kogoś kto całe życie zajmował się liczbami), ale obietnicę. I ETF jest właśnie taką obietnicą. Co obiecuje? Dwa punkty:

  • zyski dla giełdowych totalnych żółtodziobów (zaspokaja chciwość i bezpieczeństwo),
  • prostotę (zaspokaja lenistwo).

Tu Cię mam bratku-sprzedawco. Właśnie dowiedziałem się czegoś, co zawsze podejrzewałem. Obiecują ciepłe gniazdko, a wciskają wybuchającą na spadkach minę. Sprytne.

Ale Dobry Marketingowy Duch, po 1.5 – godzinnej dyskusji dał mi jeszcze jedno zadanie. Mam znaleźć (stworzyć) produkt, niszę, system inwestycyjny w 3 krokach, który faktycznie da nam bezpieczeństwo i prostotę, a i kapkę chciwości. Słyszeliście o czymś takim? Siadam do pracy. Zero komplikacji, zero liczb, zero… dotychczasowego Oszczędnego Milionera, lubującego się w piętrowych dygresjach. Już mi się podoba.

Na koniec smutna wiadomość. Blogerka Godnezycie złamała pióro i złożyła deklarację, że już nic więcej nie napisze. Ja postaram się nadal opowiadać o tym samym, tylko inaczej. Ocenicie, czy wyszło lepiej czy gorzej.

Magia procentu składanego po raz 3.

Dzisiaj skupię się na wyliczeniach magii procentu składanego. Pokażę go na dwóch przykładach.

Przykład 1. Zakup nieruchomości na kredyt. Wyobraźmy sobie taki scenariusz – ktoś oferuje nam małe trzypokojowe mieszkanie we Wrocławiu za 400k. Niby nic wielkiego, ale dla studenta idealne. I teraz tzw. montaż finansowy:

  • wkład własny i na remont 110 tys.
  • koszty transakcyjne 12 tys. zł.
  • potrzebna gotówka 122 tys. zł.
  • kredyt 320k, rata 1900 zł.
  • możliwy do uzyskania czynsz 2600 zł netto (uśredniony, zakłada 10% pustostanu).

Kiedy popatrzymy na te wartości, możemy sobie uświadomić, że:

  1. aby zebrać 122 tys. zł gotówki potrzebujemy przez 3 lata odkładać po ok. 40 tys. zł/rok. Może już mamy te środki.
  2. co miesiąc przez 30 lat (o ile nie zmienią się stopy procentowe) nie dołożymy nic poza sumą początkową.

Gdzie jest błąd? Otóż rata najprawdopodobniej (o ile nie dojdzie do wojny, katastrofy ekonomicznej) utrzyma się na podobnym poziomie. Czynsz najmu zaś wzrośnie (podobnie jak wartość nieruchomości w długim czasie). Co to oznacza? Że czynsz i rata kształtują się korzystnie.

Co się zdarzy za 10 lat? Mieszkanie generować będzie nadwyżki na poziomie kilkuset złotych, pozwalające składać na remont. Za 15 lat nasze mieszkanie będzie warte więcej niż dziś (dajmy na to 600k), a spłacimy (o ile nie będziemy nadpłacać) ok. 140 tys. kredytu (zostanie 140k). Wartość netto: 460k, zainwestowana kwota 122k. Zysk 338k plus nadwyżka z rosnącego czynszu. Po 30 latach mamy czystą wartość – wolne od obciążeń mieszkanie.

Przykład 2. Zakup nieruchomości za gotówkę. Ponownie posługujemy się kwotą 442k (400k cena plus 42k koszty). Dochód z najmu 2600 zł netto/m-c czyli 31.200 zł netto/rok. Wzrost wartości – 200k. Zysk 668k z 442 k. Stopa zwrotu „marne” 151% netto. Licząc „po góralsku” za 15 lat kupimy drugie mieszkanie „za darmo”.

Problemy? No cóż, kilka ich znajdę. Najpierw gotówka. Nikt, kto żyje z dnia na dzień nie posiada oszczędności 122-442k. I tu widać przewagę oszczędzających i inwestujących. Kwestia druga – koszty i ryzyka (remonty, pustostany), nie wzięliśmy ich pod uwagę, ale zakładam, że pokryjemy je ze wzrostu czynszów (te zabezpieczy inflacja).

A potem, gdy śniegowa kula już się rozpędzi, kupujemy kolejną nieruchomość.

Elektryk, hybryda, benzyna, diesel czy LPG?

Nadmiar możliwości, kończy się często dokładnie tak jak w przypadku osiołka („Osiołkowi w żłobie dano….”) – najgłupszym możliwym wyborem, czyli niepodejmowaniem decyzji. Kiedy jednak wybieramy nowe auto, w końcu trzeba zdecydować.

Najpierw kryteria i opcje. Kupujemy używanego kilkuletniego miejskiego SUV-a, czyli popularny obecnie wariant. Na placu komisowym stoją:

  1. Hyundai Kona electric (czyli mój wybór).
  2. Skoda Kamiq 1.0 TSI (czyli auto, którym jeździłem ponad rok),
  3. Toyota C-HR czyli lider wśród tradycyjnych hybryd.
  4. Skoda Kamiq 1.6 TDi (czyli inna wersja zaprezentowanego pod poz. 2 – eksploatowałem ten silnik, chociaż w większym aucie).
  5. Dacia Duster 1.0 TCE LPG.

Wszystkie z lat 2018-2019. Czas na kryteria:

  1. Ekonomiczna eksploatacja.
  2. Niezawodność.
  3. Cena zakupu.
  4. Wartość rezydualna.
  5. Oferta rynkowa.

Zacznijmy od końca. Największy wybór sensownych aut (polski salon, bezwypadek) będziemy mieli w przypadku C-HR-ki, elektrycznej Kony i Kamiqa w benzynie. Ten ostatni model w dieslu to biały kruk, a Duster z LPG ma spore przebiegi. Tymczasem szukamy czegoś do 100.000 km, co oznacza średni przebieg ok. 14.000 km/rok. Toyota i Hyundai trafią się nawet z 50 tys. km na liczniku, co oznacza, że jeździły mało. Oczywiście, Duster z przebiegiem 100 tys. km istnieje, ale będzie droższy. Diesel – no cóż kupienie go z niewielkim przebiegiem graniczy z cudem.

Wartość rezydualna czyli przewidywana cena sprzedaży za kilka lat. Powiedzmy sobie szczerze – gdy mówimy o dieslu czy elektryku – niewiadoma, bo zależy od ruchów państwa. Toyota, Dacia i Kamiq w benzynie powinny nieźle trzymać cenę.

Cena zakupu. Tu zdziwienie nr 1. Kona w elektryku okaże się najtańsza. Kupimy ją poniżej 50-60 tys. zł, bo swoje już straciła. Kamiq będzie droższy (jeśli mam mieć mały przebieg kosztuje 70 tys. zł). Podobnie jak Duster. Ale wszystkich przebije Toyota. Za nią zapłacimy nawet 85 tys. zł. Tak, za 7-letnie auto. Warto temat przemyśleć. Powiem szczerze, nie widzę powodu, żeby dopłacać 15-25 tys. zł. Bo za co? C-HR nie jest ani piękna (kwestia gustu), ani świetnie wyposażona (tu zdecydowanie wygrywa Hyundai), ani obszerna w środku (gdzie jej do Kamiqa?). Do tego mały bagażnik, wąskie drzwi. Ale Toyota to Toyota i wielu postawi na ten model.

Niezawodność. Toyota to legenda bezawaryjności, ale żadne z tych aut (może poza wyjeżdżonym dieslem) nie powinny nas zaskoczyć. 1.0 TSI zapisał się złotymi zgłoskami. W elektryku z przebiegiem 50 tys. km nie ma się co popsuć. Na baterię dostaniemy jeszcze gwarancję.

Koszty eksploatacji. W wielu aspektach podobne. Np. jeśli chodzi o ubezpieczenie. Ale już serwis Toyoty wyjdzie najdrożej, podobnie jak wyjeżdżony diesel w Skodzie. Reszta idzie łeb w łeb (elektryk nadrabia prostotą skrzyni i silnika, Dacia – marką budżetową, a Kamiq popularnością). Zostaje nam wyłącznie koszt paliwa. I tu mamy zagwozdkę.

Realne spalanie Dustera wynosi ok. 9 l LPG. Przy cenach sprzed wojny irańskiej (3,5 zł za litr) mamy 31 zł/100 km i 3100 zł na dystansie 10 tys. km (średni roczny przebieg w Polsce z przewagą miasta). Kamiq diesel pali ok. 4.5 l/100 km, czyli 27 zł/100 km i 2700 zł/10 tys. km. Podobnie C-HR. 1.0 TSI w Skodzie potrzebuje 6 l/100km, a więc 36 zł/100 km i 3600 zł/rok.

W przypadku elektryka sporo zależy od techniki. Moja średnia z rocznego zużycia – ok. 14 KWh na 100 km (od 9 do 17 KWh/100 km w zależności od warunków). I teraz ceny. Gdybyśmy tankowali się na szybkich ładowarkach (nie polecam) bez promocji – 42 zł/100km (4200 zł/rok). W promocji 28 zł/100 km (2800 zł/rok). W domu z gniazdka 17 zł/100 km (1700 zł/rok). W moim przypadku (wiele darmowych tankowań na FV) 8 zł/100 km i (800 zł/rok).

Patrząc na te dane – kto ma nadmiar prądu z FV, albo ceny dynamiczne (i będzie tankował w słoneczne dni), nie jeździ w długie trasy, niegłupio zrobi wybierając elektryka. To typowy commuter – auto na dojazdy do pracy w mieście lub z (nawet dalekich) przedmieść. Ja mam do biura 30 km i Kona doskonale zdaje egzamin. Praktycznie nie sprawdza się w trasie. Polikwidowano darmowe ładowarki, a korzystanie z szybkich winduje cenę. Z niewielką baterią (istniała jeszcze wersja 64 KWh – lepsza, lecz droższa), wystarczy jej zasięgu na 250 km. A to oznacza, że do Warszawy (150 km) dojadę, ale już musze się tankować w drodze powrotnej. Średnia cena 100 km wyjdzie mi wtedy 10 zł/100 km (30 zł łącznie). Taniej niż w pociągu. Natomiast na dłuższych dystansach ceny (i czas poświęcony na tankowanie) rosną. Wyjazd nad morze (485 km) i powrót (w sumie 1000 km), wymagają 5-krotnego tankowania i przyjęcia prądu za 315 zł. Na takim samym dystansie Duster, a zwłaszcza Kamiq diesel wygrywa. No i podróż trwa zdecydowanie krócej (prędkość podróżna 110 km/h kontra 85 km/h plus tankowanie 10 minut przeciw 3 godziny postoju). Da się wybrać elektryka z przyzwoitym zasięgiem (np. Mercedes EQS ma 500-600 km) ale trudno o niego w klasie miejskich SUV-ów. A na pewno nie za 60-85 tys. zł. Ale Kona electric ma jeszcze jedną zaletę – darmowy parking w mieście. W efekcie tabela kosztów spalania+ abonamentów wygląda tak:

  • LPG – 6100 zł/rok,
  • Diesel – 5700 zł/rok,
  • Hybryda – 4500 zł/rok,
  • benzyna – 6600 zł/rok,
  • elektryk – 800-4200 zł/rok.

Dlatego mój wybór byłby następujący:

  1. miasto+podmiejsko i własne gniazdko – elektryk,
  2. jw. bez gniazdka – hybryda lub LPG,
  3. długie trasy – 1.0 TSI.

Co zdecydowało o porażce diesla? Klasa (niewielka oferta), duży przebieg startowy i wiele niewiadomych (polityka ekologiczna, ETS2). Plus dość wysokie koszty napraw. Tym przegra z 1.0 TSI.

Dodatkowo, warto pamiętać, że w innej klasie wyniki będą diametralnie różne. Gdybym miał wybierać klasę D/E, Toyota Camry patrząc rozumem, wygrałaby z Audi A4 (2.0 TDI 2.0 TSI), bo mniej pali i nie ryzykujemy kosztów napraw. Alternatyw w tej klasie LPG jednak nie widzę. Podobnie jak elektryków. Tesla S to jednak zupełnie inny poziom wykończenia i wartości rezydualnej. Gdybym nie patrzył na koszty i nie potrzebował bagażnika – przed domem stanąłby Genesis g80, albo Kia Stinger 3.3. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Ile można oszczędzić w rok, dodatkowo pracując?

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Pracujecie na etacie w biurze przez 40 godzin w tygodniu. Weekendy pozostają wolne. Zarabiacie średnią krajową (ok. 6200 zł netto). Ktoś składa Wam ofertę – w weekendy zarobicie dodatkowo 3200 zł netto (ok. 700 zł dniówki), pracując po 10 godzin. Bierzecie?

Dorobienie sobie, wydaje się najprostszym sposobem na poniesienie poziomu oszczędności. Do tej pory odkładaliście 10% pensji tj. 620 zł. Teraz, przyjmując propozycję wychodzicie na: 620+3200 zł =3820,00 zł. Nieźle. Wasze oszczędności rosną o 500%. Rocznie z ok. 7500 zł robi się nieco ponad 45.000 zł. Ogromna różnica.

Dokładanie tyle można oszczędzić, poświęcając np. sobotę na dorobienie. A na przestrzeni 10 lat z 75 tys. zł zrobi się 450 tys. zł. Świetnie. Najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Obiekcje? Kto poświęci sobotę? No cóż, ja żyłem tak przez lata. Od 24 r.ż. do 49 urodzin pracowałem regularnie po 50-60 godzin w tygodniu (akurat niekoniecznie w sobotę). Kupiona za jednoroczną nadwyżkę roku 2003 nieruchomości została sprzedana, by kupić dzisiejsze mieszkanie mojego syna. Dobrze słyszycie – nie 10 lat a jeden rok. Spora zmiana.

Oczywiście. nie mogę Wam obiecać, że osiągnięcie takie stopy zwrotu, ale lepiej spróbować i zarobić nawet połowę mniej, niż nie spróbować i zostać z drobnym ułamkiem tego, co można było uzyskać.

OZE-sroze, czy dobry interes?

Niedawno internet rozgrzał spór dwóch posłów z mojego terenu dotyczący instalacji fotowoltaicznej. Postanowiłem sprawdzić, który z nich ma rację.

Pierwszy, dociskany, przyznał że ma instalację FV na dachu, ale nie opłaci się ona, bo płaci 1k mniej niż przed montażem, a musiał zapłacić 8k. I wtedy do gry weszli dziennikarze. Dom posła stoi na terenie jednej z podmiejskich gmin. W 2021 r. montowano tam instalację FV o mocy ok. 5KWp tj. produkującą teoretycznie 5000 KWh prądu rocznie. Część kosztu pokrywała gmina. Wyborcza przeprowadziła rozmowę z sąsiadem, który za dobrą instalację zapłacił (bo nie załapał się do programu) 23 tys. zł i okazuje zadowolenie. Kto ma rację?

Po części obaj panowie posłowie. Przekazują jednak tylko część prawdy. Ponieważ sam mam FV montowaną w podobnym roku, mogę się wypowiedzieć.

Niedopowiedzenia Wyborczej:

  1. Zatajenie przed czytelnikami, że dzisiaj nie da się takiego wyniku powtórzyć. Spór posłów miał pewien kontekst – czy DZISIAJ montaż instalacji FV będzie opłacalny. W 2022 r. zmieniły się zasady i sytuacja wygląda inaczej. Gmina nie dopłaca 50% (co widać po sąsiedzie posła), a i system rozliczeń uległ zmianie. Kto zamontował wcześniej ma tzw. stare zasady. Można za darmo wykorzystać 80% produkcji. Teraz sprzedajemy prąd po cenie ustalonej na rynku, a kupujemy też po rynkowej+koszty dystrybucji. Liczby wyglądają inaczej, o czym na końcu.
  2. Porównanie dwóch instalacji wyłącznie na podstawie mocy. Tak, jak w autach – mamy Fiata i Lexusa, które kosztują inaczej. Sąsiad posła zamontował Mercedesa i zapłacił 23k. Gmina darowała obywatelom Fiata za 16k. Skąd to wiemy? Chwali się dofinansowaniem na poziomie 50%. A skoro poseł zapłacił 8k, instalacja kosztowała 16k. Proste.
  3. Ukrycie oczywistego faktu, że instalacja 5 KWp nie wyprodukuje 5000 KWh. Wiem o tym doskonale, sam sprawdziłem. Powody są dwa: możliwości sieci i wady montażu. Sieć z uwagi na dużą produkcję, wyłącza się. Kiedy? Akurat wtedy, gdy mocno świeci słońce, więc potencjalne zyski (na starych zasadach) byłyby najwyższe. Urządzenie wyświetla błąd „Overvoltage” czyli zbyt wysokie napięcie i przestaje działać. Jakie straty ponosimy z tego powodu? Coraz większe. W 2022 r. widziałem taki komunikat może raz. W 2025 r. – regularnie.

Druga rzecz – błędy ekip wykonawczych. Chłopaki z łapanki. U mnie zamontowali wprawdzie od południa, ale w zacienieniu (mam dużo drzew), u posła (widać na zdjęciu) na dachach z 3 stron świata i na lukarnach. Takie instalacje nie działają optymalnie, zwłaszcza jeśli montujemy najtańsze.

Z powodu tych dwóch błędów straty mogą wynieść i 20%. A to w przypadku posła oznacza nie nominalne 5 KWp lecz rzeczywiste 3,2 KWp zysku (zgodnie z systemem 80%) .

Niedopowiedzenia poselskie.

  1. Porównanie wysokości rachunków, bez uwzględnienia cen prądu. Od 2021 r. ceny prądu wzrosły o 100%. Porównanie rachunku z 2021 r. i 2026 r. kompletnie nie ma sensu. Wg dzisiejszych cen (ca. 1.2 zł/KWh) przy oszczędności na zakupie 3200 KWh mamy rocznie 3840 zł. W 2021 była to połowa (1920 zł). Dlaczego poseł mówił o 1000 zł?
  2. Nieuwzględnienie zużycia. Żyjemy coraz wygodniej. A to kupimy klimatyzator, a to nowy gadżet, zamontujemy suszarkę do prania i zużycie rośnie. Tak prawdopodobnie było w przypadku posła (bo nie posądzam go o ordynarne kłamstwo). W moim domu, po zmianie gazowego „Junkersa” na bojler i zakupieniu suszarki, miesięczne zużycie wzrosło o 200 KWh (2400 KWh/rok) plus jeszcze 30-40 KWh za ładowanie elektryka. I tak z 1000 zł zysku robi się 1920 zł, bo za dodatkowy prąd trzeba zapłacić i rachunek puchnie.

Wracamy do pytania: OZE-sroze, czy dobry interes? Dzisiaj.

Dzisiaj, przy cenie prądu 1.2 zł/KWh z perspektywą dalszych podwyżek, instalacja 5 KWp, działająca z 80% wydajnością, ma szansę się zwrócić. Ale w zupełnie innej perspektywie niż 4 lata (8k/1.92 k), a nawet 8 lat (8k/1k). Winę podnoszą zarówno zmiana zasad rozliczeń, jak i brak dotacji (poza Czystym powietrzem, ale to droga przez mękę).

Czyli zakładamy instalację 5 KWp (produkcja realna 4 KWp), za 24 k zł. Realne zużycie tzw. autokonsumpcji to 40%. Nie kupimy więc prądu za 1920 zł (1600 KWh x 1.2 zł). Pozostałe 60% (2400 KWh) musimy sprzedać. Często po niskiej cenie. Załóżmy 30 groszy. I już mamy dodatkowe …720 zł. Zysk łączny: 2640 zł. Czas zwrotu (uwzględniając jakieś płatne serwisy) – 10 lat. Słabo. Czy jest szansa na zwiększenie? Tak.

Po pierwsze – jeśli wzrosną ceny energii. Mówi się o tym głośno. Za chwilę będzie 1.5 zł, a może i 2 zł/KWh. Niekoniecznie z powodu kosztów samego prądu, lecz podatków i dystrybucji. Wtedy oszczędzimy 2 zł x 1600 KWh = 3200 zł/rok, plus te 720 zł (sprzedaż). I z 10 lat zrobi się niecałe 7.

Po drugie – jeśli mamy wysoką autokonsumpcję. Da się to zrobić. Urządzenia sterowane czasowo, mogą nam zapewnić, że pranie robi się w słoneczny dzień, a zmywarka włączy w południe. Wtedy z 40% wyjdzie nam 60%. No i z 1600 KWh zrobi się 2400 KWh (przy cenie 1.2 zł/KWh zyskamy jeszcze 720 zł/rok).

Po trzecie – jeżeli zamontujemy magazyn energii. Da nam poziom autokonsumcji – 100%, I już wtedy zyskujemy, w stosunku do wersji bez FV 4000 KWh x 1,2 zł =4800 zł. Bilans pogorszy amortyzacja magazynu.

Po czwarte – jeżeli jednak skorzystamy z dotacji. 30% dotacji da nam początkową cenę nie 24k ale 16.8k. Przy 60% autokonsupmcji (bez magazynu) – 3360 zł (2640 zł plus 720 zł). Czas zwrotu – 5 lat. Ale musi się spełnić szereg warunków.

Wybór nasion, przygotowanie ziemi pod siew i walka ze szkodnikami na mojej działce.

Ten wpis stanowi odpowiedź na pytanie zadane przez Tomsiego. Chcę zaznaczyć, że żaden ze mnie fachowiec i specjalista, ot ogrodnik-amator, pewnie znacznie mądrzejszych znajdziecie na każdym z ROD-os. Niemniej jednak, dzięki całej redakcji „Działkowca”, nauce pokoleń oraz dobrej ziemi, udaje mi się zebrać przyzwoite plony. Chociaż nie zawsze, o czym jeszcze powiem na koniec.

Wybór nasion. Nie ma w tym żadnej filozofii. Na przedwiośniu idę o sklepu PNOS w moim mieście i kupuję to, czego mi zbrakło. Kieruję się trzema zasadami:

  1. Aby było polskie (głównie właśnie odmiany PNOS), w tym sensie, że pasujące do lokalnych warunków klimatycznych.
  2. Sprawdzenie w poprzednich siewach.
  3. Polecane przez „Działkowca”.

Wybór polskiego ma następujące aspekty – zasada „swój po swoje, do swego”. Po co mam płacić za licencję Holendrowi, skoro Polak wymyślił coś dobrego? Nie prowadzę zbioru przemysłowego, nie walczę o każdy kilogram z hektara. Powiedzmy, że mogę sobie na to pozwolić. Do tego wiem, także historią porażek, jak wybór nasion holenderskich, francuskich, dla nas egzotycznych (zarówno odmiana, jak i gatunek) może okazać się niewypałem. Próbowałem już i melonów, i arbuzów, i karczochów, i jeszcze wielu innych. Wyniki – marne, a to mało powiedziane. Niech sobie rośną w Hiszpanii, Prowansji czy Maroku, gdzie udają się lepiej. U mnie – pomidor Malinowy, ogórek Ożarowski, bób Biały Jankiel, fasolka Saxa.

Lokalne warunki klimatyczne (a nawet glebowo-klimatyczne) – tutaj czerpię pełnymi garściami z parmakultury. Siej to, co udawało się dziadkowi, ojcu. Moje ziemie, nazwane pszenno-buraczanymi, ale o północnym nachyleniu, mają własne preferencje – warzywa o wysokim poziomie oczekiwań pokarmowych, ale nie wczesne. Fachowo mówi się „rośliny gleb zasobnych w azot i wilgotnych”. Tutaj warto patrzeć na rośliny wskaźnikowe, chwasty, pojawiające się naturalnie. U mnie – pokrzywa i podagrycznik. Mało mam skrzypu (czyli gleby nie są zakwaszone). Dziadkowie posiadali szparagarnię, rodzice skutecznie uprawiali pomidory. Sąsiedzi pszenicę i buraki zamienili na krzewy jagodowe (maliny, porzeczki). W okolicy pełno pozostałości Słowiańszczyzny (zespół grodów: Żmijowisko, Kłodnica, Chodlik, Dobre oraz dwa miejsca w Nałęczowie) i prehistorii (ślady osadnictwa z okresu kultur ceramiki wstęgowej i pucharów lejkowatych). Od lat najlepiej udają się: bób, fasola, cukinia, ogórek, chociaż wymagają podlewania w susze. Gorzej korzeniowe (cebula, marchew, ziemniak, burak), z uwagi na zbitą ziemię. Najgorzej – kapustne, szybko niszczą je szkodniki. Dlatego – dobieraj do siebie.

Na koniec legendarny „Działkowiec”. Polecam sam miesięcznik, jak i jego książki. Od p.Sikory, która wychowała pokolenia działkowiczów na swojej „Intensywnej uprawie warzyw”, aż do młodego pokolenia naukowców. Kiedyś kupowałem „Hasło ogrodnicze”, ale tam traktuje się o wielkiej produkcji owocowo-warzywnej, a nie przydomowym ogrodzie. W „Działkowcu” co roku znajdziemy zarówno wskazanie odmian, ich wad i zalet, jak i metody uprawy. Część powtórzy się, ale pewne rzeczy pozostają klasyką.

Przygotowanie ziemi pod siew. Tutaj ograniczają mnie siły i technika. Ponieważ mam spalinową glebogryzarkę dużej mocy, nie kopię już ogrodu. Wykonuje przejazd pługiem na 20-25 cm (kiedyś powiedzielibyśmy „na sztych” czyli głębokość łopaty), a potem właśnie talerzówka. Tyle. Nawet nie trzeba grabić. Zwykle z uwagi na praktykę lat, orka na jesieni, bronowanie wiosną. Przed siewem mieszam kompost i obornik w granulkach. Koniec.

Ten rok będzie nieco inny. Powstały wspomniane grządki podwyższone, efekt mojego wieku, lenistwa i spostrzeżeń. Same zalety – mało chwastów, lepsze przygotowanie ziemi – w punkt. Tutaj trzeba warstwowo, dokładnie tak, jak pisze „Działkowiec”. Zero kombinacji. I powinno wyjść. Wykładam maty. Z dwóch powodów: lenistwo (mniej plewienia) i lepsze ogrzewanie ziemi na wiosnę. Jak pisałem – północny stok.

Wiem, są ludzie, którzy zamówią gościa z traktorem, przekonają o wyższości głębokiej orki nad tym co robię. Jeszcze raz, widziałem wielu ogrodników, którzy na niewielkiej powierzchni zbudowali gigantyczne plony, właśnie „działkowców z ROD-os” nigdy nie orząc. Czyli da się.

Na przyszły rok – eksperyment. Dużo obornika końskiego (poprawia strukturę gleby), ściółkowanie.

Szkodniki i choroby. Kompletnie nie idę z duchem czasu. Nie stosuję żadnej chemii. Nowe odmiany wręcz jej wymagają, więc je odrzucam. Nie wybieram też tego co sąsiedzi. Kiedyś miałem brokuła, na sąsiednim polu też rósł. Tam rolnik pryskał, szkodniki poszły do mnie i plon trzeba było wyrzucić. Podejście mam filozoficzne – co przeżyje, zjem. A przeżyje sporo, jeżeli wybiorę gatunki i odmiany odporne, dostosowane do moich warunków, sprawdzone, optymalnie dobiorę metody uprawowe. Na pewne straty godzę się, bo z tego nie żyję. I tak – w lata wilgotne kompletnie zawodzi pomidor (zaraza ziemniaczana). Mszycę na bobie traktuje, jak moja babcia – popiołem, albo uszczykiwaniem wierzchołków. Fasoli nic nie bierze, chyba że ptaki wyjedzą nasiona. Cukinia okazuje się prosta, odporna. Ogórka wystarczy chronić przed mączniakiem tzn. nie lać wody po liściach. I jeszcze jedno – sprawdzona rozsada. Mocna, dobra, sadzona w punkt (nie przesuszona) i będzie dobrze. W ostateczności gnojówka z pokrzyw, preparaty z czosnku, dobre sąsiedztwo. Jeszcze raz odsyłam do „Działkowca”.

Generalnie, trącę trochę herezją, ale z racji powierzchni mogę sobie pozwolić na straty i brak spiny. Takiego komfortu nie ma ktoś, kto uprawia działkę ROD-os 300-500 m2, a na niej warzywa, drzewka i jeszcze strefę rekreacji. Nie ma też producent na rynek. Jak coś padnie – przeżyję. Jem to co lubię, zdrowe (w standardzie „Bio”) i tak jak napisałem – nie zawiodły mnie ani fasola, ani bób, ani cukinia. W średniowieczu francuski chłop opierał na strączkowych swoje wyżywienie (poza zbożem, serem i mięsem), ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Psychologia rynku giełdowego w stylu”Jaszczura”.

Ten blog, w zakresie inwestycji, tłumaczy pewne zjawiska cierpliwie. Zupełnie inaczej postępuje znany patostreamer – „Jaszczur”. Dzisiejszy wpis ma, imitując częściowo styl „Jaszczura”, pokazać pewną prawdę o giełdzie. Zaczynamy.

Wyobraź sobie, synku, grę giełdową.Przez dwa lata uśredniałeś ceny nabycia, masz pewność swoich racji i dostajesz propozycję zagrania, przy następujących zasadach:

  • siadasz przed torbą, w której znajdują się bryłki złota i g…no,
  • gdy przez następny rok, giełda zyska wyciągasz złotą monetę, a przy zysku +15% – sztabkę,
  • jednak gdy spada, wyciągasz g..no, gdy spadek przekroczy 10%, g..no wybucha Ci w twarz.

No i jest rok 2001. Masz swoją minimalną (na poziomie dawnej szkoły podstawowej) wiedzę o prawdopodobieństwie. I widzisz, że w ostatnim ćwierćwieczu (od 1976 r.) – 20 lat wyciągałbyś złoto (z tego połowę stanowiły sztabki), a g..no tylko pięć razy. Do tego g..no nie chodziło seriami, jak wypadło raz, kolejne pojawiało się po kilku latach. Ostatnie w 2000 r. Przystępujesz więc do gry, przekonany o swoich szansach.

  • 2001 r. – wyciągasz g..no. Niesmak, brudne ręce i potworny zapach. Jednak znowu siadasz do gry – pewny wygranej. Takiej serii jeszcze nie było.
  • 2002 r. – wybuchające g…no. Obryzguje Ci twarz, ubranie, ludzie siedzący wokół śmieją się i pokazują palcami, żona odwraca się z niesmakiem, przyjaciele stroją sobie niestosowne żarty. W tym momencie kilkadziesiąt procent ludzi uzna grę za niewartą zachodu. Nikt nie chce zostać obryzgany g…nem. Nikt nie chce stracić 1/4 rachunku. „Synku, tkwisz po szyję w g… nie. I wiesz co, do twarzy ci w tym.”
  • 2003 r. – wielu jednak zostało. I wypada sztabka złota. Świetnie. Ale tych 20-30% już nie ma w grze. Płaczą. Warto było umyć się z g…na.
  • 2004 r. – złota moneta.
  • 2005 r. – i jeszcze raz złoto.
  • 2006 r. – ponownie złota moneta.
  • 2007 r. – to niewiarygodne. Trend powrócił – mamy złoto. Do stołu gry wracają przegrani, którzy wylizali rany. Przepracowali upokorzenie. Winią siebie za wstanie od stołu, przy którym, gdyby wytrwali, uzyskaliby 4 złote monety i sztabkę. W następnym roku zagrają.
  • 2008 r. – przy stole z Tobą siedzi tłum. Wszyscy czekają na złoto. A tu… wybuchające g…no. Znowu wraca znany obraz, brud, smród, śmiechy, żarty. Nie chcesz przeżyć tego kolejny raz. Podobnie jak 38% rocznej straty. Wstajesz i nie wracasz. Jak 50% składu.

Co było potem? W ciągu 5 lat? 2 razy złota sztabka, 2 razy złota moneta i … brak losowania (0%). Ale w 2015, 2018 kolejne g…no. W 2022 r. nawet wybuchło. Dla Ciebie bez znaczenia, nie chcesz siedzieć przy stole.

Dodajmy nieco realizmu. Przy drugim stoliku też trwa gra. Tam obstawiają obligacje ….i każdy co roku wygrywa. Obserwujesz kątem oka. Stawką jest nie złoto, a srebro. I dochodzisz do wniosku, że wolisz srebrną monetę niż wybuchające g….no.

Dokładnie tak, działa mechanizm giełdowy, chciwości i strachu (a także rozsądku). Giełda nie jest przewidywalna, wymyka się statystykom i logice. Raz masz złoto (+23%), a w innym roku wybuchające g…no (-38%). Praktycznie bez powodu. Świat nie zmienił się na minus o prawie 40%. Zadziałał strach. Ktoś, kto doświadcza go pierwszy raz – głupieje. Ktoś, kto działa rozsądnie – obstawia, gdy wybuchło g..no. No i drugą ręką stawia przy „srebrnym stoliku”. W razie czego, obryzgany może powiedzieć triumfalnie – zobaczcie, może i jestem cały w g…nie, ale dostałem srebrny pieniążek, którego Wy nie macie.

Marzenie o własnym mieszkaniu. Jak spowodować, by się spełniło.

Krzyczące nagłówki portali, starają się nam wmówić, że posiadanie własnego mieszkania/domu stanowi niedościgniony cel. Trochę wbrew takim malkontentom, każdego roku, tysiące ludzi spełnia to marzenie. Jak?

Powód 1. Schodzą na ziemię. Krótko mówiąc – porzucają mrzonki na rzecz konkretów. Zamiast kawalerki w Alejach Ujazdowskich, małe dwa pokoje na Białołęce. Zamiast apartamentowca na Powiślu, stary blok w Grójcu. Bo takie są możliwości. I nagle z 1 mln robi się suma 4 razy mniejsza. Już realna. Kiedy spojrzymy na ten punkt, zaczynamy kręcić nosem. Po co? Dlaczego mam rezygnować z marzeń? Zawsze chciałem tego Powiśla, nie kupię nic starego. Otóż, powiedzmy sobie brutalnie – możesz mieć albo ten nieszczęsny Grójec, albo do śmierci wynajmować (i to nie apartamenty w wybranej lokalizacji). Co wybierasz w takiej sytuacji? Takie postawienie sprawy wcale nie jest łatwe. Znam takich, którzy nadal, dobrze po 40-tce gonią za mirażem, który coraz bardziej im ucieka. Już tylko majaczy na horyzoncie. Dlaczego? Ponieważ nożyce ceny/możliwości stale się rozwierają. 10 lat temu Powiśle kosztowało 10-12k/m2, a teraz 30k, a pensje nie wzrosły trzykrotnie. Nie wiemy, co wydarzy się jutro, ale zawsze warto myśleć realnie. Grójec, Białołęka za dają nam pewien kompromis. Tu wystarczy mieć „tylko” 100k gotówką, a resztę pożyczyć (1400-3000 zł raty). Nadal mniej niż wynajem.

Powód 2. Rezygnują z czegoś innego. Bolesna konstatacja. Ale realia są następujące – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza natychmiast. Dlatego żeby zebrać na wkład własny, rezygnujemy z zagranicznych lub nadmorskich wakacji, jedziemy do dziadków pod Łomżę. Odpuszczamy nowy samochód. I często warto. Zwłaszcza jeśli składamy ofiarę z rzeczy mniej istotnych: wizyt w restauracji, nałogów, wygód (jeżdżenie Boltem zamiast tramwajem).

Powód 3. Dorabiają. Znam urzędnika, który rozwoził jedzenie. Zacisnął zęby, schował ambicję do kieszeni. I wiecie co, szanuję taką postawę. Jak to leciało? „Wstyd to kraść i …”. Dodatkowe dwie i pół stówy za wieczór, to 4k/m-c. Rocznie 48k. 4 lata i spłacimy kredyt na mieszkanie w Grójcu.

Powód 4. Wybierają dom poza miastem. Ta droga, która często wydaje się najbardziej racjonalna. Wymaga jednak całkowitej zmiany paradygmatu. Otóż, w rozsądnej odległości od miasta (piszę o realiach mojego), tak 20-30 km da się za 300k (na poziomie ceny kawalerki) kupić 3-4 pokojowy dom z działką. Albo, alternatywnie, zapłacić 150k za działkę i za 150-200k wybudować dwupokojowy domek na zgłoszenie. Pomijam stare drewniane budynki pośrodku niczego za 100k. Mamy więc ponownie magiczną sumę 300k. Z tego miejsca, jeśli ktoś się uprze (wiem, bo sam mam taki dom), da się: dojechać do dużego miasta. Jak? Pisałem o tym wielokrotnie, ale ponownie powtórzę – przejazd autem na dystansie „dom na wsi- centrum miasta” zajmuje mi 40 minut. W mieście 3 km przejeżdżałem z reguły w 20 minut. Do centrum Warszawy jadę pociągiem w 1 godzinę 40 minut. Żeby być na 8.20 na Centralnym, musiałbym wyjść z domu 6.45. Powrót o 19.40. I teraz trzeba ocenić, co lepsze (dla przeciętnego człowieka): szukać pracy na miejscu za 5k netto, dojeżdżać do Lubina przez 1,5h dziennie i zarobić te 7k, czy poświecić prawie 3 godziny dziennie na dojazd, żeby. zarobić 10k. Alternatywa? Wyższy kredyt i rata. 3-pokoje w Lublinie – 500k (czyli +2100 zł), a w Warszawie (oba miasta rozsądna dzielnica) – 900k (czyli +5600 zł). Osobiście wybrałbym pracę na miejscu, o ile nie byłbym fizykiem kwantowym. A dom na wsi ma jeszcze jedną zaletę – jest tańszy w utrzymaniu.

Powód 5. Dostają od rodziny. Ten punkt musiałem zostawić na koniec. Nie mogłem go pominąć, ponieważ stanowi główną oś medialnego sporu. W Newsweeku wręcz twierdzą, że istnieją dwie klasy średnie „Ci co dostali mieszkanie” i „Ci co nie dostali mieszkania”. No cóż, takie są realia. Staram się nie być hipokrytą – sam kupiłem mieszkania dla moich synów (jeden już dostał, drugi też, trzeci dostanie po podjęciu stałej pracy). Jednak budowanie narracji wokół „dostałem/nie dostałem” wydaje mi się błędne. Istnieją bowiem 4 rozwiązania tego problemu, dostępne nawet dla „średniaka”.

Czy stać Cię na spełnianie marzeń? Jeśli tak, jesteś prawdziwie bogaty.

Dzisiaj jeden z serii wpisów filozoficznych, ale i matematyki nie zabraknie. Otóż, literatura finansów osobistych posługuje się następującymi pojęciami:

  • potrzeby (realne, często wręcz fizjologiczne oczekiwania, których odsuwanie na bok zwiastuje kłopoty),
  • zachcianki (nasze oczekiwania wobec życia, (chwilowe) przyjemności, ale możemy bez nich żyć),
  • marzenia (nierzadko duże wydatki, ale pozostające w zgodzie z naszymi długoterminowymi celami, albo powiązane z potrzebami wyższego rzędu).

I tak potrzebami są: pełny żołądek (czyli jedzenie), ciepły dach nad głową („mieszkanie prawem, nie towarem”), zdrowie, możliwość ubrania się, przemieszczania, nauki. Przekładając na kategorie wydatków: życie, opłaty, leki i lekarze, ubranie, transport i edukacja. W wielu budżetach, zajmują tak wiele miejsca, że nie ma go już na marzenia. Winę ponosi wtedy najczęściej niski dochód lub miejsce zamieszkania (np. czynsz w dużym mieście, rata kredytu).

Zachcianki z kolei, rujnują budżet nawet nieźle zarabiającym. Często trudno je odróżnić od potrzeb, bo gdybym miał je zdefiniować najkrócej, napisałbym – pozorne potrzeby. I tak o ile zaspokojenie głodu jest potrzebą, to wizyta w restauracji albo kawiarni – zachcianką. Trzeba się ubrać, ale niekoniecznie kupując buty za 2000 zł. Samochód, zwłaszcza na wsi okazuje się niezbędny rodzinie, ale SUV marki premium doskonale nadaje się na zachciankę. W zasadzie w każdej pozycji widzę ten problem.

Tak dochodzimy do marzeń. Nie dajmy sobie wmówić, że zachcianka jest marzeniem. Wiadomo – marketing właśnie takie schematy nam podsuwa. Dlatego mówimy „marzę o tej bluzce”, podczas gdy mamy do czynienia ze zwykłą zachcianką. Marzenia to nie konsumpcja, lecz zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu (uznania, rozwoju, bezpieczeństwa). Czasami graniczna linia pozostaje dość cienka i łatwo ją przekroczyć. Kryterium oceny: czy zakup przyniesie nam spełnienie czy dalszą eskalacje oczekiwań. Opisywałem kiedyś na blogu swoje marzenia: fortepian, Porsche. Dzisiaj, przynajmniej auto konkretnej marki nazwałbym, bardziej neutralnie – celem. Ponieważ z jednej strony, spełnienie nie spowodowało lawiny dalszych oczekiwań (kupując prawie pełnoletniego Porsche Boxstera, nie zapragnąłem nowej 911-tki) i przyniosło sporą satysfakcję na lata, z drugiej – konkretne auto, no cóż zwykle możemy bez niego żyć, i nie zaspokaja żadnych istotnych potrzeb. Zupełnie inaczej oceniam zakup fortepianu. Przyniósł tyle głębokiej (a nie chwilowej) satysfakcji, że bez wątpliwości nazywam go marzeniem.

I dochodzimy do sedna. Zadaj sobie pytanie – Czego pragnę doświadczyć? Co pragnę mieć? Kiedy już uzyskasz odpowiedź, wierzę mocno, inną niż „szpilek od Louboutina” czy „pięćdziesięciometrowego jachtu”, musisz przejść do kolejnego – Czy mnie na to stać? Jeśli tak (choćby po długim oszczędzaniu) – jesteś farciarzem, podobnie jak ja (wiele marzeń spełniłem). A zatem popatrzmy na potencjalne, typowe marzenia i przekonajmy się, ile kosztuje ich spełnienie.

Zobaczyć papieża, odwiedzić Rzym. Pożyczyłem je od mojej przyjaciółki. Powód – wyższe potrzeby (przeżycie duchowe) czyli typowe marzenie. Koszt – od kilku do dziesięciu tysięcy złotych. Da się uzbierać w ciągu 2-3 lat np. biorąc 2 nadgodziny/tygodniu. Jeśli marzysz podobnie, prawdopodobnie stać Cię.

Pobiec w maratonie nowojorskim. Tutaj już koszty muszą być wyższe. Lot przez Atlantyk, nocleg, jedzenie, kilka dni na zaklimatyzowanie się. Ale jeśli ktoś zaciśnie zęby 10k wystarczy. I liczymy: 10.000 zł/40 miesięcy = 250 zł. Prawdopodobnie znowu, parę nadgodzin, jakaś fucha, rezygnacja z zachcianki i damy radę.

Kupić dom wakacyjny na wsi. W takim przypadku, powiedzmy sobie szczerze, łatwo przekroczyć granicę zachcianki. Albowiem „dom na wsi” może oznaczać zarówno chatkę, w której spędzaliśmy wakacje za szczeniaka, wykupioną od pozostałych spadkobierców, jak i 500 m2 rezydencję z własną linią brzegową jeziora. Załóżmy, że to pierwsze. Nieruchomości siedliskowe (dom z działką pow. 1000 m2) stanowią istotny fragment rynku nieruchomości. Ceny zależą od lokalizacji i stanu technicznego (jak zwykle) i różnią się drastycznie. I tak. widziałem „drewniaki” w okolicach wschodniej granicy „pośrodku niczego” ze złym dojazdem, daleko od głównych dróg – za 100 tys. zł, ale i odnowione miejscówki np. na Podhalu za 10 razy więcej (pomimo, że nadal na wsi). Stąd zalecam rozsądek. Granica rozsądku leży na linii 300 tys. zł plus koszty stopniowego remontu. I teraz, zebrać 300 tys. zł, dla przeciętnej rodziny, prowadzi do konkluzji „niedasię”. Osobiście i trochę przewrotnie zapytam „Jak to zrobić?”. Otóż, podzielić tę sumę na kawałki. Może zebrać 50 tys. zł (800 zł/m-c przez 5 lat), a resztę pożyczyć? Może coś innego sprzedać i nie czekać tych 5-ciu lat? Przestrzegam przed dwoma krokami: pochopną decyzją (spełnienie marzenia musi wymagać wysiłku, żeby przyniosło satysfakcję) oraz likwidowaniem wszystkich oszczędności (zwłaszcza funduszu awaryjnego). Część poświęci własny nałóg (np. odkładając na wkład własny pieniądze zaoszczędzone na rzuceniu palenia), inni wezmą dodatkową pracę, wreszcie zrezygnują z innego marzenia („nie można mieć wszystkiego”). Zwłaszcza taka selekcja pozostaje ważna.

Przejść na emeryturę 10 lat wcześniej. Popatrz na to zdanie, i pomyśl, czy na pewno o tym marzysz. Chcesz być 50-letnią emerytką? 55-letnim emerytem? Co zrobisz w tym czasie? Za co będziesz żyć? Odróżnij złego szefa od porzucenia pracy jako takiej. Ale jeśli chcesz, pokażę Ci, jak to zrobić. Otóż, 10 lat wymaga dochodu na poziomie wydatków. Nie mniej. Jeżeli planujesz żyć za 5k/m-c, potrzebujesz 60k/rok. Zgodnie z równaniem wolności finansowej – 60k x 25 = 1.500.000 zł. Dobrze czytasz, półtora miliona. A da się mniej? No pewnie. Przecież nie potrzebujesz niewyczerpanego źródła lecz tylko kasy, która może skończyć się po 10 latach. 60 x 10 =600 k. Już lepiej, ale nadal sporo (dwa razy więcej niż siedlisko). Możesz tę kwotę jakoś zmniejszyć, powiedzmy do 300 k, ale nadal będziesz musiała/musiał przynajmniej trochę pracować (dorywczo, na pół etatu). Nie ma w tym nic złego, wielu emerytów dorabia. I tu dochodzimy do sedna. W wielu marzeniach o wcześniejszej emeryturze, nie chodzi nawet o rzucenie pracy, ale o znalezienie normalnego, ludzkiego balansu. Zawód powinien stać się nieobciążającym zbytnio doświadczeniem. Mieć ciasto i zjeść ciastko. Budzić się rano bez wysiłku (co dla wielu oznacza 8-10) pracować 3-4 godziny, żeby mieć wolne całe popołudnie. Czasem chcemy pracy cyklicznej (3 miesiące pracy, 3 miesiące przerwy). W takiej opcji może się okazać, że wcale nie marzyliśmy o emeryturze, albo wystarczy nam mini-emerytura oraz 150k oszczędności. Te są realne (patrz punkt o siedlisku).

Sztuka spełniania marzeń to ważna rzecz, warto się jej nauczyć, żeby pod koniec życia nie żałować, tego czego nie zrobiłem.

Wyśpicie się jak królowie. O śnie na wsi i w mieście.

Jeden z Tiktokowych komików, opisując wiejskie wygody mówi „Wyśpita się jak króle”. Ten nieco uładzony cytat stał się tytułem dzisiejszego wpisu. Pasuje doskonale.

Od pewnego czasu używam narzędzi do śledzenia jakości snu. Opaska, noszona na ręku, połączona z telefonem zbiera dane i dokonuje oceny:

  • fazy (lekki, głęboki, REM, przebudzenia),
  • chrapanie,
  • częstotliwość oddechów,
  • puls,
  • godzina zaśnięcia i pobudki.

Na tej podstawie program wystawia ocenę przespanej nocy, w skali od 1-100. Przez wiele miesięcy używania systemu w mieście, moja maksymalna ocena wynosiła 90, co już stanowi świetny wynik (od 85 pkt nazywany w programie „wspaniałym snem”), ale bywały i 60-tki. Czy wiecie jakie rezultaty zacząłem osiągać, od kiedy spędzałem na wsi minimum 2-3 noce? Ano nagle regularnie zaczęły mi wpadać: 96, 97, 99, a nawet 100. Po powrocie do miasta, znowu było gorzej. Jak to możliwe?

Po prostu, wszystkie składowe oceny na wsi kształtowały się bardzo wysoko. Zasypiałem wcześnie (21.30), budziłem się ze świtem (ok. 5-6). W efekcie sen trwał wystarczająco długo (7.5-8.5 godziny), ale nie za długo (pow. 9). Miałem optymalną ilość głębokiego snu (1,5 godziny), podczas gdy w mieście nierzadko widziałem 20-30 minut. Wydaje się to dziwne, ponieważ w wiejskim domu śpię na poddaszu, tam słychać wszystkie odgłosy natury, od biegających po blaszanym dachu wiewiórek, do śpiewu ptaków. Poza tym w odległości (w linii prostej) ok. 0,5 km biegnie linia kolejowa, a więc każdy przejazd pociągu da się zdiagnozować jako dodatkowy szum. No i samoloty z lotniska w Dęblinie. Pomimo tego, sen głęboki przychodził wtedy, kiedy powinien, w 3-5 fazach. Puls odpowiednio spadał, a oddychałem regularnie.

Także subiektywne odczucia wypadały doskonale – budziłem się wyspany, a zasypiałem bez problemu. Zupełnie inaczej niż w mieście. Tu regułą stały się przebudzenia ok. 2-3. Zasypiałem potem jeszcze raz ok. 4, ale nie na długo (pobudka do pracy, ruch w domu). Na wsi takich pobudek nie doświadczałem.

I teraz czas zastanowić się nad przyczyną. Nasze babcie powiedziałyby: świeże powietrze, chodzenie spać z kurami (czyli niedługo po zmroku), fizyczna praca. Im dłużej mierzę parametry snu, dostrzegam prawdę intuicyjnych ocen (przecież babcia nie miała narzędzi, którymi dysponuję). Wieś zapewnia tzw. „spokojny sen”, wycisza, regeneruje. I tam, nawet nie przeszkadza światło ekranu (nierzadko zasypiałem po pracy, albo 3-4 godzinnej transmisji z Konkursu Chopinowskiego), które podobno ma być gigantycznym problemem. Spory ciężar ma także praca fizyczna, męcząca lecz nie wykańczająca, w przeciwieństwie do stresu miasta. Tam wszystko pędzi, nawet jeśli z pozoru nie ma ku temu powodu. Oczywiście, nawet tutaj nie sypiam źle. Moje wyniki kształtują się zwykle pomiędzy 70 a 90 czyli na poziomie „dobry” lub „wspaniały”, znacznie powyżej średniej wiekowej czy populacyjnej (aplikacja dysponuje danymi z całego świata), ale zdarzają się też 60-tki (np. gdy zasypiając po 22, budzę się o 2 i mając obowiązki, dosypiam tylko godzinę).

Kończąc, twarde dane pokazują, faktycznie na wsi wyśpicie się jak królowie.