Wakacyjna rozmowa trzech przedsiębiorców o składkach i … emeryturze.

Ostatnio na jednym z mainstreamowych portali widziałem łzawy tekst jakieś aktora, który opowiadał jaką ma wysoką emeryturę, bo uczciwie płacił składki od pełnego przychodu (były dobrowolne). Teraz ma emeryturę „w okolicach średniej krajowej” i opowiada jaki złoty interes zrobił. Opowiedziałem tę historię w czasie górskiego spotkania moim kumplom-przedsiębiorcom i… najpierw zaczęli się śmiać, a potem wspólnie roztrząsaliśmy problem – na ile warto płacić wysokie składki.

Obecnie tylko przedsiębiorca ma taki wybór – może albo iść w składki ZUS minimalne (+dobrowolne chorobowe), albo płacić od dochodu, aż „do odcięcia” – 250% średniej krajowej. Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie.

Przykład 1. Mój nieżyjący Tato. Przez cały czas bycia przedsiębiorcą (własna spółka przez 13 lat) wypłacał sobie pensję (250% średniej krajowej) i kiedy przechodził na emeryturę w wieku 60 lat – dostał ją całkiem sporo – 150% przeciętnego wynagrodzenia. Kiedy umierał, po osiemdziesiątce, dzięki mechanizmowi „starego portfela” miał ok. 80% średniej pensji krajowej (czyli realnie o połowę mniej) . Z tym, że w w Jego przypadku, mówiono jeszcze o „starych zasadach” i można było wybrać do obliczeń podstawy świadczenia 10 kolejnych, najlepszych lat. No i Tato wybrał spółkę. Ile straciłby, płacąc mniej? Jakieś 30%. Ponieważ w poprzednich latach zarabiał dobrze, lecz nie tak. Całe życie uważał, że zyskał na tym. A jak było? Kiedyś to sprawdzę. Dzisiaj nie, bo wymaga to do sięgnięcia do starych przepisów – np. jaki procent w latach 1987-1999 r. potrącano na emeryturę i jaka była średnia pensja (co pozwoli mi ustalić, ile w rzeczywistości Tato płacił i ile dostałby inwestując samodzielnie).

Przykład 2. Tato jednego z kumpli. Żyje – ma ok. 70-tki. Całe życie prowadził firmę, płacąc składki minimalne. Teraz pomaga synowi, jako cichy wspólnik i otrzymuje emeryturę minimalną. Czy brakuje mu na życie? Nie. Od syna i tak dostałby kasę (firma całkiem spora), ale nie wyobraża sobie życia bez pracy.

Przykład 3. Ojciec drugiego kumpla.Składki płacił minimalne. Zmarł nagle po 3 latach na emeryturze. Nigdy nie odebrał tego, co wpłacił.

Przykład 4. Opisywany na blogu dyrektor. Żyje ma po 80-tce. Kiedy przechodził na emeryturę, w wieku 67 lat, zgromadził 4 mln kapitału emerytalnego. Zarabiał doskonale, dostał emeryturę dobrą (czyli 4 razy więcej niż ówczesna emerytura minimalna). Dzisiaj dostaje ok. 6000 zł „do ręki”. Gdyby 4 mln włożył w obligacje dostałby dzisiaj samych odsetek 17.280 zł netto. Oczywiście kapitału nikt mu nie wypłaci, mimo że napisał oficjalne pismo – zrzekam się emerytury, wypłaćcie mi moje 4 bańki..

Przykład 5. Jeden z kumpli – przedsiębiorca. Płaci składki minimalne, a oszczędności (w stosunku do maksymalnych) – inwestuje. O jakich kwotach mówimy? Przy składkach rzędu 30% podstawy mieliśmy w 2021 r.:

  • minimalne – ok. 11.100 zł/rok,
  • maksymalne 46.350 zł/rok.

Łatwo obliczyć, że różnica wychodziła ok. 35 tys. zł/rok. Teraz? Nawet o 50% więcej czyli ponad 50.000 zł (czyli ok. 6,25 średnich pensji). Co to oznacza w praktyce? Inwestując rocznie te 50 tys. zł na 3% ponad inflację, mamy po 40 latach oszczędzania – 3.3 mln zł według wartości realnej (dzisiejszej), jeśli inwestujemy i płacimy podatek od zysku (jeśli nie – nawet ok. 4 mln zł).

Przykład 6. Drugi z kumpli – przedsiębiorca na KRUSie. Płaci składki – 2400 zł/m-c. Gdyby był dzisiaj na pełnym (250%) ZUS-ie – 72 tys. zł. Różnica ca. 70.000 zł. Patrząc na jego poprzednika -oszczędności po 40 latach – 4,6 mln zł (bez podatku ok. 5,4 mln).

Teraz popatrzmy sobie jakie emerytury państwowe i „prywatne” dostaliby obaj panowie?

Wersja państwowa. Zakładając 30% ostatniej pensji – realnie jakieś 6000 zł netto (co jak widzicie pokrywa się z aktualnym emerytem płacącym wysokie składki). Dobijając do 40% – 8000 zł netto.

Wersja prywatna ZUS. Same odsetki to 5,19% netto. Dla ZUSowca-minimalisty – ok. 14.300 zł miesięcznie. Dodając państwowe świadczenie (które przecież się należy) – 16 tys. zł. 2 razy więcej niż państwowe w wariancie „wypas” – 250% średniej.

Wersja prywatna KRUS. Tu dodajemy jeszcze 40% (bo składki KRUS są drastycznie niższe) i mamy ponad 21.000 zł. Państwowa przypominam – 8000 zł max. na co będą mogli liczyć dzisiejsi przedsiębiorczy dwudziestolatkowie.

Dobrze, dobrze, ale dlaczego liczyłem same odsetki? Przecież został jeszcze kapitał. Założyłem spory margines błędu. Na dewaluację kapitału (obecnie inflacja ok. 3%/rok oznacza stratę połowy wartości po 24 latach, ale już 6% po 12 latach) oraz długie życie. Średnia wychodzi niska – facet żyje ok. 75 lat, czyli pobiera emeryturę przez 10. Jeśli umrze wcześniej (ale po 3 latach emerytury), całe wpłacone składki ZUS przepadają. Ja mogę sobie zakładać, że opłaca mi się nieskończenie długi okres emerytury państwowej (moi męscy przodkowie przekraczali 80-tkę), ale już kumpel z ojcem zmarłym w 68 r.ż. – nie powinien.

Jednak nawet mnie się to nie opłaca. Gdybym nadal płacił te 72 tys. zł składek emerytalno-rentowo-wypadkowych, czyli łącznie 75% przeciętnego rocznego wynagrodzenia Polaka, dostanę (to kalkulacja ZUS) ok. 80% realnie tej średniej pensji. Ile musiałbym żyć, żebym zyskał (ja akurat nie mam wyboru, pobory obciążają z automatu)? Prawie drugie tego, przez ile wpłacałem składki czyli…..ponad 100 lat. Niewielkie prawdopodobieństwo. Wypłacając tylko kwotę ponad inflację (3%, ale nie mając podatku) – wyszedłbym na zero żyjąc 85 lat i… jeszcze zostawiłbym po sobie kapitał. No i do śmierci (choćby jako 150-cio latek) dostawałbym ZUS-owską emeryturę minimalną.

Lepsza praca wypiera gorszą.

Ostatnio jeden z moich kolegów zmienił robotę. Pracowaliśmy razem przez kilkanaście lat, a wcześniej chodziliśmy do jednego liceum. Jako prawie pięćdziesięciolatek dostawał ok. 6.5 tys. zł netto za 40 godzin w tygodniu intensywnej pracy. Miał dom podmiejski, pasję (psy), którą trudno realizować z biura.

I po poszukiwaniach znalazł Świętego Graala. Dostał etat w Warszawie z 90% pracą zdalną (musi pojawić się 1-2 razy w miesiącu). Podwyżka o 20% i zero kosztów dojazdu. No i wreszcie siedzi sobie w ogrodzie ze swoimi pupilami.

Dotychczasowy pracodawca bronił się przed zdalną, zarzucał zadaniami i wymaganiami, płacił nieźle jak na moje miasto, ale bez szału. W efekcie – stracił dobrego pracownika. Moja refleksja na ten temat – jak w tytule. Ludzie nie są głupi, pójdą tam, gdzie im lepiej. Pracodawca, opowiadający „zaprowadzę dyscyplinę”, zabraniający wychodzić z budynku w przerwie śniadaniowej, szybko straci najlepszych, ponieważ warunki się zmieniły. Coraz więcej firm proponuje pracę z domu, daje odrobinę luzu. Nie mówię o „owocowych czwartkach” czy „piątkach bez garnituru”, tylko elastycznym czasie pracy (przychodzę od 6 do 12 i muszę zostać 8 godzin), możliwości pogrania w rzutki w pokoju socjalnym, czy rozliczaniu z zadań a nie dupogodzin.

O klasie średniej raz jeszcze. Wywiad z naukowcem (Forbes).

Całkiem niedawno ukazał się taki wywiad https://www.forbes.pl/life/tak-snobuja-sie-30-i-40-latkowie-musza-udowadniac-wyzszosc-pieniadze-nie-wystarcza/z6ktsfs z doktorem n. hum. Uniwersytetu Wrocławskiego. Spłycenie analiz i, nazwijmy rzecz po imieniu, kretyńskie wnioski skłaniają mnie do napisania kolejnego tekstu z tagiem „filozofia”.

Zawsze mnie uczono, że naukowiec to określone metody, język, oraz rozwaga w sądach (plus przestrzeganie swoich kompetencji, żeby jak prof. Strzembosz czy prof. Czarnek nie opowiadać głupot w dziedzinach, o których nie ma się pojęcia). Nie wszyscy trzymają się standardu, tutaj jednak przekroczono wszelką miarę.

Po pierwsze – klasę średnią przedstawiono jako grupę aspirantów, pijących wino, ganiających z festiwalu na festiwal i snobujących się na klasę wyższą. A wyższą – jako bandę nierobów. Czyli od razu kompletne błędnie. Klasa średnia, w zależności od sposobu definiowania obejmuje bowiem albo wszystkich o określonych dochodach (może to być i glazurnik, byle zarabiał wystarczająco dużo), albo ogranicza się do inteligencji (pracowników umysłowych z wyższym wykształceniem, wykonujących zawody eksperckie). Czyli wywiad jest o klasie średniej, której …. nie ma. Ponieważ ta grupa snobów to część inteligencji – fragment odłamu nazywanego przeze mnie „korposzczurami”. W rzeczywistości nie 55 % (przy kryterium dochodowym) obywateli RP, lecz może 5%.

Po drugie – klasa wyższa jako banda nierobów, polega na niehistorycznym i niesocjologicznym założeniu, że klasy wyższe składały (i składają się) z próżniaków, przekierowujących nadmiar czasu w kulturę i styl życia. A „klasa wyższa” ma też podklasy – wpływowi profesorowie, wybitni lekarze, wysocy urzędnicy (posłowie, ministrowie), prezesi i dyrektorzy korporacji, zarządzający własnymi firmami, a nie tylko rentierzy, landlordzi i  podobne „pasożyty”. Wielu z nich „zapierdala” nawet ciężej niż niejeden z klasy średniej. Dyrektor handlowy korporacji jeździ po całej Polsce, w domu pisze raporty – ten gość jest zawalony robotą od świtu do zmierzchu. Tim Ferriss, amerykański pisarz-przedsiębiorca wprowadził na salony NR-ów – ludzi dysponujących pieniędzmi i wolnym czasem. Nie ma wśród nich typowych przedstawicieli klasy wyższej – dyrektora banku, ministra czy profesora-chirurga, a są drobni przedsiębiorcy, freelancerzy. Dlaczego? Ponieważ właściciele firm, najemni zarządcy, lekarz pracują po 10-16 godzin dziennie. Najwięcej w mojej rodzinie na pracę poświęca moja kuzynka – profesor medycyny. O 8 jest w klinice, wychodzi koło 14, zjada obiad i idzie do gabinetu, przyjmuje pacjentów do 19, a potem wraca do domu, zjada kolacje i pracuje naukowo do 24. Jeździ też na festiwale literatury. Ja, przedstawiciel klasy średniej i wolnego zawodu, mam czas na wieś, a ona bywa tam może 4 dni w roku. Czas mają rentierzy, celebryci-artyści i landlordowie – grupa nieliczna, choć widoczna.

Po trzecie – pogląd dra Lewińskiego – przyjęcie, że te podziały klasowe są sztuczne, a przedstawiciele klasy średniej – inteligencji-salariatu muszą coś udowadniać, dokonując wyborów aspiracyjnych. Uważna lektura paru książek socjologicznych, oraz trzymanie się własnej specjalności, pozwoliłoby kłopotów uniknąć. Pozostanie przy dystynkcji amerykańskiej – dochodzie – również. Klasa średnia w USA pozostaje bowiem bardzo szeroka. Znajdą w niej miejsce i miłośnicy grilla/piwa – właściciele warsztatu samochodowego jak i nauczyciele akademiccy, urzędnicy, czy pracownicy korpo wybierający raczej styl życia opisany w wywiadzie jako  „udowadnianie”. Wracając do błędnej tezy, dorobek polskiej socjologii pokazuje, że klasy, w naszym rozumieniu,  różni właśnie styl życia. W USA pokazuje to Nomadland czy „Za grosze…” – klasyka reportażu wcieleniowego (przedstawiciel klasy średniej ukrywa swoją tożsamość i zaczyna pracować jako klasa niższa).U nas chyba jeszcze nikt tego nie zrobił. Poprzestaliśmy na literaturze fikcji (Radek Rak) lub historii (Ludowa Historia Polski) a nawet herstorii (Chłopki, Hanka).

I są to różnice rzeczywiste, a nie wydumane. Wiem to, ponieważ codziennie żyję w kulturowo-społecznej polifonii. Widzę, że zupełnie inaczej żyje, konsumuje, patrzy na świat,wybiera nauczyciel/pracownik naukowy, a inaczej  korposzczur czy lekarz. Koleżanka z roku – żona profesora dziwi się światu, w którym byli trójkowi uczniowie są dziś zamożnymi biznesmenami, a naukowcy klepią biedę. Odmienności wykazują też właściciele małych firm usługowo-produkcyjnych (nazwani  niesprawiedliwie „Januszami biznesu”), niejednokrotnie bez matury lub po technikum. Wiem to, ponieważ mam przyjaciół w każdej z tych grup. Ci ostatni istotnie w znacznej części skupiają się na zarabianiu (dzięki czemu mają często kilkanaście razy większe dochody niż nauczyciel) piją wódkę/piwo, słuchają disco-polo, robią w weekend grilla, a gdy pojadą na wakacje dzielą czas między plażę i knajpę. Tak zostali nauczeni i takie mają potrzeby. Nie ma w tym nic złego. Już ich dzieci uczą się języków, kończą studia, wybierają inne zawody i… jak w PRL-u inteligencja z awansu, zmieniają klasę.  Natomiast „klasa średnia-inteligencja” dzieli się na dwie grupy. Pierwsza – bazuje na wiedzy, ale niejednokrotnie cierpi na brak kasy. Należą do niej  młodsi nauczyciele, pracownicy naukowi-humaniści, niżsi urzędnicy. Czują rozgoryczenie i wracają do źródeł z wieku XIX, jako we własnym wyobrażeniu „arystokracja ducha”, patrzą w książki, kompensując nieumiejętność zarabiania. Oni nie piją whisky lecz właśnie wino, czytają poezję, jeżdżą na festiwale i są w tym autentyczni. To nie jest żadna poza, jak twierdzi dr Lewiński lecz pełne przekonanie. Wreszcie silna grupa (w ogóle cała ta  „klasa średnia-inteligencja” to ledwie 8-15% populacji) – posiadaczy wykształcenia i sensownego dochodu, składa się z pracowników korpo, tzw. inteligencji technicznej, średnich urzędników, wolnych zawodów (lekarzy, prawników, księgowych, weterynarzy itp. Konsumenci whisky, książek wycieczek do źródeł kultury europejskiej (wycieczki objazdowe – nie tylko leżenie na plaży i picie w barze), zdyscyplinowani w 90% wyborcy KO. I znowu, oni wcale nie jeżdżą aspiracyjnie – mają rzeczywiste potrzeby, czują łączność z Europą „Kultury”, Cyceronem (oraz, coraz rzadziej, z Watykanem).

„Bezinteresowne znawstwo”  cechuje tę grupę, tu nie ma miejsca na fikcję. Bliżej im do Pierre’a Bourdieu czy Didiera Eribona niż mechanika samochodowego z małym, ale własnym warsztatem, co jest cechą „klasy” w tradycyjnym pojęciu (marksowski robotnik z Łodzi też lepiej czuł się z metalurgiem z Lille niż własnym pryncypałem-fabrykantem). Niezrozumienie, że tak właśnie jest, dyskwalifikuje oceny dra Lewińskiego, którzy przypisuje je snobowaniu, a wręcz jak mówi „obowiązkowi snobowania”. 

Po czwarte – kompletna aberracja czyli krytyka „kompetencji eksperckich” czy „bezinteresownych zainteresowań” jak nazywa je naukowiec. Bez jaj. Prosty człowiek wie, że kiedy praca – to praca, kiedy zabawa – na całego. I potrafi się bawić. Jest w tym coś z „Wesela”. Przy czym rozrywką klasy średniej-inteligencji jest właśnie poszerzanie horyzontów w dowolnej dziedzinie. Niech będzie to kawa, piwo, historia sztuki – bez znaczenia.

A Wy co o tym myślicie? 

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment. Minął drugi tydzień.

W pierwszym tygodniu wydałem 164 zł. Dokonałem wszelkich opłat. Czy drugi tydzień będzie tańszy?

Transport. Musiałem przez 2 dni pojawić się w pracy. Ponieważ jednak auta potrzebowałem prywatnie ponownie doliczam 30 zł (szacunkowe koszty eksploatacji).

Jedzenie. Zakupów nie robiłem, poza mąką na chleb i jajkami na kluski (15zł) Na śniadanie zjadałem własny chleb (bochenek na 3 dni z pół kg mąki) z pomidorem, ogórkami. Na drugie śniadanie i podwieczorek – owoce. Na obiad – smażoną cukinię. Na kolację – pieczone ziemniaki. Owoce i warzywa miałem własne. Wydatki na jedzenie – 15 zł.

Ubranie, chemia, leki, kosmetyki, opłaty – nic.

Wydatki własne– – 0 zł.

Łączne wydatki tego tygodnia – 45 zł. Łączne wydatki z dwóch tygodni – 209 zł.

W poszukiwaniu auta idealnego.

Jestem w wieku, w którym samochody nadal budzą we mnie emocje, ale doświadczyłem wielu marek i modeli, więc aby się zachwycić, potrzebuję całkiem sporo. Nie przestałem też poszukiwać ideału. Najpierw zdefiniujmy czym on jest.

Auto idealne i pierwsze pytanie „do czego?”. Czy szukamy ideału dla: młodego ojca rodziny, pracownika, narciarza czy innego sportowca, biznesmena, kogoś, kto kręci się po mieście, czy jeździ w trasy czy po prostu samochodu maksymalnie uniwersalnego. Moim zdaniem – raczej to drugie. Wybieramy mistrza złotego środka.

Zacznijmy od cech. Powinien być: oszczędny, tani w eksploatacji, nieawaryjny, pojemny, zwrotny, zrywny, zbywalny, a więc…. godzić sprzeczności, zaspokajając różne potrzeby. Czy taki wybór w ogóle jest możliwy? Przynajmniej spróbujmy.

Segmenty. Zacznijmy od decyzji niepopularnych – z miejsca odrzucamy SUV-y. Ani to oszczędne, ani pojemne, ani tanie w eksploatacji. Odpadają też (co bardziej zrozumiałe) – klasyczne terenówki, auta sportowe, vany. Żaden z nch, nawet przy daleko idących kompromisach nie nadaje się do miasta.Na rynku zostają minivany, kompakty, klasa D (odpowiedniki Passata).

Silnik. Elektryk, hybryda, diesel czy benzyna? Mały czy duży? Tu wybór faktycznie trudny. Elektryk moim zdaniem odpada.Hybryda plug in – też. Zwykła hybryda, diesel, benzyna? Moim zdaniem – wybierzmy klasykę. Diesel lub benzyna, hybryda. Optymalnie: diesel, hybryda/benzyna+LPG.

I teraz pożeńmy te dwie kategorie, próbując znaleźć nazwę modelu. Najbardziej uniwersalne – kompaktowe pojemne kombi lub minivan. Coś jak Focus, Golf, Octavia, Megane, Astra, Corolla, 308, Scenic, Lodgy, Zafira … Multipla. Sensownego kombi w klasie średniej – nie odrzucamy, niech będzie to Passat, Talismann, 508, Superb.

Bezawaryjność. Z mety eliminujemy wszystkie silniki problematyczne i wątpliwe. I nagle lista staje się krótka. Odpadają te wszystkie 1.4 TSI, 1.2 TSI, 2.0 TSI, benzynowe Focusy (nie da się ich zagazować, a w wersji EcoBoost, sprawiały problemy), Megane/Scenic benzyna (poza 1.6), 1.6 Dci, 1.5 Dci, 1,2 TCe. Na placu boju zostaje volkswagenowskie: 1.6 i 2.0 TDI, oraz paradoskalnie 1.0 TSI, Renault 2.0 Dci, Opel 1.6 i 2.0 CDTI, oraz 1.4 T, W Peugocie 2.0 HDi. W Lodgy stary. 1.6 benzyna. Na koniec hybrydy Toyoty.

Zrywność. W Polsce, z uwagi na sporą liczbę kiepskich dróg, bardzo ważna cecha. Widziałem, jak zbiera się do wyprzedzania 1.4 w Hyundaiu i30 (100 KM) albo Alfa Romeo Giulietta QV (240 KM) z pasażerami ważącymi w sumie 320 kg. Różnica kolosalna. Nie musimy być mistrzem prostej, ale pewien standard bezpieczeństwa zachowajmy. Czyli minimum 115 KM w turbo, albo 150 KM przy silniku wolnossącym. Da radę też 122 KM w hybrydzie, ponieważ tam dołącza się silnik elektryczny z jego dostępnym od zaraz momentem obrotowym. Odpada Lodgy (muł), 1.0 TSI, 1.6 TDI i 1.6 DCI w wersjach poniżej tych wartości mocy.

Oszczędność. Rozumiem ją jako zdolność do przejechania jak najtaniej 100 km w każdych warunkach. Podam prosty przykład. Duży diesel (2.0 DCI) w mieście, na krótkich odcinkach zacznie palić sporo, a nie zagazujemy go. Dlatego ideał – diesel z oszczędnym, niewielkim motorem, albo mała benzyna, albo benzyna/hybryda z gazem. Większość opisywanych silników (poza oplowskim) przerobiłem. Wnioski? Wybrałbym jednak 1.6 TDI 120 KM (6 l przy prędkościach autostradowych) w Golfie, Passacie lub Octavii, 1.0 TSI 115 KM, którego nie uświadczymy w Passacie ( i dobrze), Opel 1.4T z gazem i najlepsza Toyota Corolla Hybrid + gaz.

Ile kosztuje nas przejechanie 100 km? 1.6 TDI pali w mieście 7 l/100 km, w luźnej trasie 4,5 l/100 km, a na autostradzie wspomniane 6 l/100 km. Koszt? Przy obecnej cenie paliwa od ok. 30 do 40 zł/100 km.

1.0 TSI spala o litr więcej. Zatem 37-47 zł/100 km.

Hybryda 1.8 Toyoty bije rekordy. 3,5 l/100 km (miasto+benzyna) do 9 l (autostrada +gaz). W sumie od 15 zł/100km (gaz w mieście) do 53 zł/100 km (benzyna na autostradzie). Gaz załatwia sprawę i robi z wozu superoszczędzacza bez ryzyka.

Oplowski 1.4 T ma sens wyłącznie z gazem. Pali bowiem od ok. 7 do 10 litrów benzyny na 100 km (8-12 l gazu). Najwięcej w mieście. Ale dzięki niskim cenom „błękitnego paliwa”, dochodzimy do 24-36 zł/100 km. Taniej niż diesel.

Podsumowanie. Gdybym miał postawić na jedno auto – wybrałbym 1.8 hybrid+LPG w Toyocie Corolli lub Aurisie II. Gdybyście pozwalali rozkładać akcenty, to:

  • głównie do miasta i podmiejsko – Toyota Auris/Corolla hybrid + LPG (oczywiście kombi),
  • na autostradowe trasy (Passat TDI kombi),
  • mały transporter (większa rodzina, dużo bagażu) – Opel Zafira 1.4 T+LPG,
  • jak najtaniej w kupnie – Opel Zafira 1.4 T+LPG.

Niektórzy mogą być zaskoczeni. A gdzie Passat B5 1.9 TDI, gdzie Golf III i IV 1.6 MPI+LPG? Już odpowiadam. Auta te wybierają głównie jeżdżący po mieście i wokół komina. Natomiast w trasy (zwłaszcza po autostradach) – kiepski wybór. Zbyt słabe (podstawowe wersje 90-105 KM) lub z dużym ryzykiem awarii (1.9 TDI 130 KM). Wtedy lepiej wybrać Opla Zafirę II lub III. Warto skorzystać z nagonki na silniki elektryczne, która skróciła listę chętnych i na hybrydy (takie auta sprzedają się dłużej niż benzyna i diesel, a do rekordzisty LPG, nawet nie podejdą), ponieważ jako się rzekło 1.8 Hybrid plus gaz zapewnia uniwersalność (chociaż bagażnik, ani wygoda nie doskakuje do Passata). Ma najmniejszą awaryjność (brak turbiny, prosty silnik).

OFE. Podsumowanie po ćwierćwieczu.

Właśnie przyszło do mnie kolejne zestawienie z OFE. Zapisałem się do niego w 1999 r., mamy 2024, więc pewne podsumowania można robić. Co z tego wychodzi?

Przez 24 lata uzbierałem 135.000 zł, a wartość jednostki uczestnictwa wzrosła z 10 zł do 70 zł. Gdybym został na pierwotnym stanowisku, zarabiałbym dzisiaj ok. 6000 zł brutto, a nie 685 zł (moje pierwsze pobory). Pensja rosła zatem szybciej niż oszczędności. Oczywiście, z uwagi na nowe kwalifikacje, dwa etaty itp. zarabiam dzisiaj jeszcze lepiej. Niemniej jednak, w stosunku do cen akcji np. KGHM to skoczyła ona z 25 zł do 144 zł. Jeśli uwzględnimy jeszcze dywidendy, no cóż kupując akcje tego Blue Chipa samodzielnie, zarobiłbym więcej.

Teraz porównajmy z ZUS. Na koncie ubezpieczenia emerytalnego mam 540.042 zł i zwaloryzowane na subkoncie 154.711 zł. I teraz popatrzmy. Na OFE przekazano przez lata 80 tys. zł, które zmieniły się w 135 tys. zł. Na subkonto wpłynęło 70 tys. zł, które zmieniły się w 154 tys. zł. Prowadzi to do wniosku (biorąc pod uwagę, że wpłaty na subkoncie należne były w ostatnim okresie), że ZUS „obracał” tymi pieniędzmi lepiej.

Istnieje jednak kilka „ale”.

  1. ZUS niczym nie obracał – dawno te pieniądze wydał na bieżące emerytury, a mówimy o zapisach księgowych,
  2. Waloryzacja na subkoncie została podwyższona ostatnio bardzo wysoką inflacją. Nie wiadomo, co będzie później.

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment. Pierwszy tydzień za mną.

Planować można, a wychodzi jak zwykle. 2 lipca mój starszy syn wylądował w szpitalu (na szczęście nic strasznego) i cały misterny plan diabli wzięli. Musiałem zostać w mieście zamiast dojeżdżać ze wsi. Postanowiłem jednak kontynuować eksperyment, wpisując faktyczne wydatki.

Media. Zacząłem jak prawdziwy boomer – od zapłacenia rachunków. Z mojego konta ubyły:

  • abonament na komórkę -30 zł,
  • rachunek za wodę -10 zł (przedpłata),
  • rachunek za prąd – 36 zł (przedpłata – to jest sam abonament – mam przecież instalację FV),
  • opłata śmieciowa 28 zł.

Z internetu nie korzystałem, więc go nie liczę dopóki nie włączę wifi. Przyjąłem wartości wiejskie, bo miasto wyszłoby niewiele drożej przy 3 osobach.

Transport. W tym punkcie – miał być rower+pociąg, zostało auto. Koszt za pierwszy tydzień – 30 zł. Tylko koszty stałe (100 przegląd państwowy, 550 ubezpieczenie, przegląd w ASO 650 zł)/52 tygodnie – elektryk tankowany jest z instalacji FV.

Zakupy. Chemii, kosmetyków ani leków nie kupowałem, lecz notuję, ile tego zużywam, żeby na koniec miesiąca zdać raport. Ubrania – na razie wszystko mam. Z jedzeniem, poszedłem trochę inaczej – bo byłem na wikcie żony. Zapisywałem, po prostu co jem.

A zatem jak to wyszło przez tydzień: 3 chleby (1,5 kg mąki – 4 zł, oliwa – 2 zł = 6 zł), smalczyk – 2 zł, cukier na dżem i sok ( 2 zł), mięso na obiad – 12 zł, warzywa własne, mleko 8 zł, kawa (darowana) . Razem = 30 zł.

Drobne wydatki własne. Także nic.

Niespodziewany wyjazd. Poza chorobą syna, zaliczyłem jeszcze wyjazd z działalności gospodarczej. Paliwo nie mieściło się w budżecie prywatnym, ale coś jeść musiałem, bo wyjechałem rano, a wracałem wieczorem. Podszedłem do tego, jak zwykle kombinując. Na drogę wziąłem kanapki i herbatę, a w drodze powrotnej kawę i hot-doga kupiłem za 0 zł, wykorzystując punkty zgromadzona na karcie lojalnościowej.

Suma wydatków w tym tygodniu – 164 zł.

Co zamiast kredytu 0%? Polityka mieszkaniowa.

Wygląda na to, że obecne władze na dobre zrezygnowały z kredytu 0%. I… dobrze, ponieważ mówimy o projekcie, który będzie kosztował miliardy złotych. Ile konkretnie? I co w zamian?

Jeżeli przyjmiemy wiedzę, że na program PiS „Bezpieczny kredyt 2%” wydajemy w 2024 r. ok. 941 mln, możemy założyć, że koszty te urosną lawinowo (w tym roku tylko dopłaty z poprzedniego roku i początku obecnego, a za 10 lat – 10 razy tyle). Dodając, że 0% to nie 2 %. Powinniśmy liczyć się z docelowymi kosztami na poziomie 10-15 mld zł/rok, o ile stopy procentowe nie zaczną spadać. Ogromne pieniądze. Co można za nie zrobić?

Koszt budowy domu w systemie wielorodzinnym wyniósł na początku 2024 r. nieco poniżej 7000 zł/m2 (z kosztem działki). To pewna średnia. Warszawa ma drożej, taki Białystok taniej. Przy domu jednorodzinnym – 5500 zł/m2 + działka. Przyjmijmy zatem średnią z działką te 7000 zł. Co można zrobić?

Po pierwsze – wprowadzić ulgi podatkowe na budowę i zakup do zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych. Żeby takie rozwiązanie miało sens dla ludzi mniej zarabiających, odliczenie musiałoby odjąć także składkę zdrowotną i społeczne (które refundowałoby państwo). Zysk – w pierwszym progu, powyżej kwoty wolnej ok. 30% (13+9+12) czyli 27 tys. zł/rok. Czas 5 lat. Potem stop. Jasne, rozwiązanie typowo dla klasy średniej. Zysk wymierny, nawet przy limicie np. 0,5 mln zł. Dlaczego? Ponieważ na początku roczny koszt rynkowego kredytu od takiej kwoty to…..40 tys. zł (przy oprocentowaniu 8% tyle dopłacałoby państwo do kredytu 0%). Ludzie normalnie spłacaliby ratę, a dostawali zwrot, który można by przeznaczyć na nadpłatę (i skrócenie okresu kredytowania o 5 lat za pierwszym razem). Dałoby się w ten sposób dofinansować o połowę większą grupę, nie pasąc przy okazji banków (kto wybudowałby za gotówkę – ten miałby taką samą ulgę). Jaki jeszcze sens ma ulga? Motywuje do legalnego zarabiania, bo tylko wtedy odliczymy maksimum. Praca na czarno = zero. Praca za minimalną +20% – ulga śmiesznie niska (30% z 62 tys. zł to ok. 10 tys. zł).

Po drugie – kredyt udzielony przez państwo wspólnotom mieszkaniowym na budowę tzw. współdomów na potrzeby własne (dom wielorodzinny, finansowany przez przyszłych właścicieli z pominięciem dewelopera). W moim mieście budowano tak w latach 30-tych i 50-tych XX w., więc pomysł nie jest nowy. Zbiera się grupa znajomych, kolegów z pracy, kupują działkę, dostają kredyt państwowy (niechby na 2% przez 10 lat), budują, powstają wyodrębnione lokale i kredyt dzieli się proporcjonalnie między nie i wpisuje na hipotekę. Firmy budowlane zarabiają. Producenci materiałów – też. Koszt? Przy koszcie budowy 5500 zł/m2 i średnim mieszkaniu 65 m2 – ok. 360 tys. zł kredytu i 16 tys. zł kosztów w pierwszym roku (oprocentowanie kredytu 2%, obligacji państwowych 6,4%, jeśli stopy spadną – mniej). Da się sfinansować ponad 2 razy więcej niż dziś, bez negatywnych skutków (zwinięcie budowlanki).

Po trzecie – państwowy kredyt na budowę domu systemem gospodarczym. Wracamy do podstaw. Działkę trzeba mieć. Na niej zbudujemy do 70 m2. Koszt budowy – 5500 zł/m2. Razem ok. 385 tys. zł. Na taką kwotę państwo udziela nam kredytu na 2%. Samo pożycza na 6,4%. W pierwszym roku ponosi wydatek 17 tys. zł, ale to i tak ponad 2 razy mniej niż przy dzisiejszym rozwiązaniu. Gdyby dom miał 35 m2 plus poddasze (da się, przy takich założeniach zbudować za 250 tys. zł, a przy własnej pracy, może nawet mniej), nakład państwa wynosiłby ok. 11 tys. zł/szt. Efektywność działań państwa rośnie 3,5-krotnie.

Po czwarte – tani kredyt 0% dla budownictwa społecznego (towarzystwa, spółdzielnie) z regulowanym czynszem. Taki TBS lub spółdzielnia buduje blok z 20 mieszkaniami po 50 m2 średnio czyli 1000 m2. Przy koszcie budowy 7000 zł/m2 potrzebuje 7 mln zł kredytu. Zapłaci niecałe 20.000 zł raty wyłącznie kapitałowej. Żeby ją uregulować potrzebuje zebrać 20 zł/m2 czynszu. A to oznacza 1000 zł/50 m2 dla mieszkańca (plus koszty eksploatacji). Koszt dla państwa 22 tys. zł/rok/mieszkanie, równy odsetkom od obligacji. I dopłata byłaby zarówno do majątku spółdzielni/towarzystwa jak i najemcy. Ten musiałby zostać starannie wyselekcjonowany (źródło dochodów). Państwo może wybudować 2 razy tyle mieszkań, co dotychczas przy kredycie 2%.

Po piąte – ulgi podatkowe w podatku od najmu z możliwością zwrotu VAT od budowy, przy przeznaczeniu na wynajem instytucjonalny. Pomysł przedwojenny, który zbudował mnóstwo kamienic po Wielkim Kryzysie w II RP (bez VAT-u, którego nie było). Wracamy do wyliczeń. Wybudowanie mieszkania – 350 tys. zł. W tym VAT 8% = 26 tys. zł – to się odlicza na początku (dla firmy bez rewelacji, dla osoby prywatnej – już zysk). Do tego podatek od najmu – mamy ryczałt 8,5% do 100 tys. zł i 12,5% powyżej tej kwoty. Firma na CIT płaci 9% od dochodu. I taki prywatny inwestor (a w zasadzie grupa) buduje taką kamienicę 20. mieszkaniową. Czynsz rynkowy wynosi dajmy na to 40 zł/m2, czyli przychód (ryczałt liczy się od przychodu) czyli mamy przychód na mieszkaniu średnio 2000 zł/m-c i 24.000 zł/rok. Podatek (nieuiszczony) to 2000 zł/rok. Jeśli odejmiemy jeszcze te 26 tys. z VATł, podzielone na 20 lat, dostajemy z podatkiem 3300 zł/rok. Pamiętając, że do kredytu 0% państwo dopłacało na początku 40.000 zł, damy radę zbudować ponad 10 razy tyle domów na wynajem.

Każda z przedstawionych propozycji ma swoje wady, ale wszystkie pozostają efektywniejsze niż kredyt 0%.

Granica pomiędzy racjonalnym zyskiem a chciwością. Obligacje.

Kilka miesięcy temu opublikowałem post zachęcający do zainteresowania się obligacjami korporacyjnymi. Pokazałem w nim szansę na całkiem niezły zarobek. Ale nie zawsze tak jest. Oto przykład.

Obligacje Skarbowe (czyli państwowe) oprocentowane na kilka lat po 6.4% (po podatku Belki 5,18%). Ryzyko? Niewielkie. Musiałaby pojawić się wojna, żeby państwo wstrzymało wypłatę odsetek i nie zwróciło kapitału. Ewentualnie kryzys na miarę greckiego. Na razie chyba jednak nam nie grozi.

Obligacje korporacyjne kupione przeze mnie. Duża firma deweloperska, z majątkiem, wieloletnią historią, operująca na rynku warszawskim. Spore marże, długa historia emisji, relatywnie niewielkie zadłużenie, zyski. Ryzyko oczywiście większe, niż w przypadku państwa, ale nadal wojna i wielki kryzys (tym razem w sektorze budownictwa) spowodować może problemy. Natomiast proponowane oprocentowanie 10,36% (8,39% po podatku Belki). Ponad 50% więcej. Na każdych 100 tys. zł zarabiamy rocznie ponad 3000 zł więcej. Te 3,21% netto w okresie kilku lat zrobi sporą różnicę. Oczywiście, o ile nie spadnie WIBOR, na co na razie nie zanosi się.

Obligacje korporacyjne nowej emisji. I nagle wchodzi firma leasingowa z drugiej ligi i proponuje 12,87%. (10,42% po opodatkowaniu). Niby znowu mam szansę zyskać jeszcze 2%/rok. Ale za cenę jakiego ryzyk?. Firma nie jest wiodącym graczem. Występuje na silnie konkurencyjnym rynku. Jakiekolwiek zachwianie, już i tak rozhuśtanego branży moto, może zmieść ją z planszy. Znacznie mniejsze problemy, spowodują, że nie wypłaci odsetek. Pójście na taki układ oznacza…. no właśnie co? Chciwość. Inwestowanie to umiejętność znalezienia różnicy pomiędzy wartością dodaną, zwiększającą nieznacznie ryzyko, a niewielką poprawą parametrów za ogromną cenę. Dlatego z nowej oferty nie skorzystałem.

Indukcja, płyta gazowa czy może Lidlomix? Koszty gotowania.

W domowym zużyciu mediów ważną pozycję zajmuje gotowanie oraz pieczenie. Aby je zrealizować potrzebujemy: płyty grzewczej oraz piekarnika. Piekarnik to oddzielny temat, bo żadne z opisanych urządzeń (ani płyta, ani Lidlomix) nie realizuje tej funkcji, lecz popatrzmy na samo gotowanie.

Indukcja. Zużywa ok. 500-700 KWh prądu rocznie. Wg dzisiejszych cen 50-70 zł miesięcznie. Jeśli, co prawdopodobne, ceny pójdą dwukrotnie w górę – 100-140 zł miesięcznie.

Płyta gazowa. Ta z kolei pochłania 10 m3 gazu miesięcznie (130 KWh). Przy cenie obecnej (0,4 zł/KWh) oznacza to 50 zł miesięcznie. Jeśli gaz podrożej dwukrotnie 100 zł miesięcznie.

Lidlomix. Jedna z blogerek przetestowała go. Wyszło zużycie (przeliczone) ok. 500 KWh na rok. To 50 zł miesięcznie, jeżeli liczymy ceny teraźniejsze i 100 zł, gdy weźmiemy pod uwagę przyszłe i prawdopodobne.

Wnioski. Jak widać użytkowanie każdego z tych urządzeń kosztuje podobnie. Trochę droższa okazać się może indukcja, ale wtedy wybierzemy starszy model.

BONUS. Pieczenie. Tutaj nie mamy wielkiego wyboru. Żadna płyta ani Lidlomix nie pieką. Mamy zatem następujące opcje: zrezygnować z ciasta i pieczonego mięsa, kupić sobie piekarnik elektryczny, używać klasycznego prodiża lub kombiwara. Wygoda przemawia za piekarnikiem elektrycznym, którym znacznie lepiej sterować i nie nagrzewa tak całego pokoju. Najmniej miejsca zajmuje kombiwar, ale ograniczy nam rozmiar ciasta. Zużywa też najmniej prądu i jest najtańszy. Ja zamiast nich na wsi korzystam z multicookera. Daje radę (głównie potrawy jednogarnkowe i gotowanie na parze czy smażenie), ale ma też wady – ograniczoną wielkość misy (codzienne gotowanie, niewielkie ciasta – średnica 20 cm). Dla dwójki się sprawdzi, dla czteroosobowej rodziny, raczej nie. Podobnie maszyna do chleba – upiecze ciasto (ale już nie pizzę), ale pozostanie problem dziur w spodzie i nietypowego kształtu). Piekarnik elektryczny przekonuje uniwersalnością. Jest jednak najdroższy (1500 zł+) oraz ciągnie sporo prądu – 4,5-6 KWh na godzinny cykl (na razie 5-7 zł, a za chwilę może i 2 razy więcej). Kombiwar, multicooker, prodiż, maszyna do chleba – tylko 1,5 KWh.