A gdyby podatkowo zrównać pracowników i przedsiębiorców z duchownymi? Ile płacilibyśmy podatku?

Jakiś czas temu Piotr zgodził się ze mną na temat „chorego systemu” w przypadku duchownych. Obiecałem wyjaśnić ich system podatkowy. Właśnie nadszedł na to czas.

Generalnie zasada jest prosta – duchowni, i to wyłącznie na określonych stanowiskach, płacą kwartalny podatek zryczałtowany, coś na kształt umierającej karty podatkowej. Stawki zależą od ludności parafii i wielkości miejscowości, w której parafia się znajduje. A ile wynoszą?

Proboszcz płaci od ludności parafii. Od ok. 600 do 2200 zł kwartalnie czyli 2400-8800 zł rocznie. Czy to dużo? Odpowiada opodatkowanego „zwykłym ludziom” :

  • 50.000 – 93.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • ok. 29.000-103.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • ok.13.000-46.000 zł dochodu na liniówce.

Dużo? To uwzględnijmy nieopodatkowane świadczenie z tytułu dostarczenia przez „pracodawcę” mieszkania i wyżywienia. Niech będzie to, lekko licząc, 36.000 zł/rok. Co nam wtedy wyjdzie?

  • 14.000-57.000 zł rok dochodu na zasadach ogólnych,
  • 3000-67.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • 0-13.000 zł dochodu na liniówce.

Wikary płaci od lokalizacji parafii i jej ludności. Od 724 zł/rok do 2.832 zł/rok. Ponownie odnieśmy to do pracownika lub przedsiębiorcy:

  • 36.000- 45.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 8500-33.000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 3800-15.000 zł dochodu na liniówce.

Jeśli uwzględnimy wikt i dach nad głową, jako nieopodatkowane świadczenia od pracodawcy (24.000 zł/rok), uzyskujemy:

  • 12.000-21.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 0-9000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 0 zł dochodu na liniówce.

Jak wiadomo są to kwoty nierealne.

Załóżmy na chwilę, że proboszcz uzyskuje 1,5 średniej pensji krajową , a wikary minimalną. Ile rocznie „normalnego” podatku zapłaciliby, nie uwzględniając opodatkowanego przychodu od świadczeń a jedzenie i mieszkanie?

  • proboszcz – 12.000 zł (plus nie zapłaciłby 80% składek ZUS czyli 28000 zł)
  • wikary – 1300 zł (i zaoszczędziłby 10.000 zł na składkach ZUS).

A uwzględniając nieopodatkowany przychód ze świadczeń:

  • proboszcz 16.000 zł,
  • wikary – 4000 zł.

Porównując z ryczałtem (proboszcz 2400-8880 zł), wikary (724-2832 zł) – sporo więcej. Razem z ZUS-em – gigantyczne kwoty.

Teraz wyobraźmy sobie przedsiębiorcę. Zatrudniający pracowników to proboszcz, a niezatrudniający (jak ja) – wikary. Szczerze, chciałbym płacić nawet 2832 zł podatku (bo mieszkam w sporym mieście na terenie dużej parafii) rocznie.

Na koniec pomysł na ordynarną optymalizację podatkową. Zakładasz sobie wyznanie, albo przyłączasz się do istniejącego. Działalność gospodarczą prowadzisz, jako działalność związku – od tego nie ma podatku, ani składki. Jednym obciążeniem zostaje ten śmieszny ryczałt kwotowy oraz żałosne niecałe 4% od minimalnej. Przy sporych dochodach z dg – to miałoby sens.

Wystarczy. Opowieść o Warszawie i prowincji.

W moim dotychczasowym miejscu pracy działo się źle, pisząc wprost – pachniało masowymi zwolnieniami. A wstępem do nich jest zwykle „dokręcanie śruby” – podnoszenie norm, zmiana zasad, te wszystkie metody a’la Wojewódka, aby zmusić ludzi do samodzielnego odejścia, przestraszyć karami i uniknąć płacenia odpraw, ekwiwalentów i kasy za okres wypowiedzenia. I właśnie byliśmy na tym etapie. Ilość zlecanej mi (i wykonywanej) pracy wzrosła o 40% w ciągu dwóch lat. Kilka osób dostało dyscyplinarki, dwóch panów w różnym wieku (jeden po trzydziestce, drugi po pięćdziesiątce), pragnąc nadążyć, nie tylko siedziało po godzinach, ale wręcz przychodziło do pracy w weekend. Skończyło się na ciężkich epizodach sercowych i wprost zza biurek pojechali karetką do szpitala. Krótko mówiąc, czas się zwijać.

Pierwszy pomysł – szukać na miejscu. Od razu zderzenie ze ścianą. Niby byłem świadomy, że naście lat od czasów, gdy zdobyłem uprawnienia, sporo zmieniło, ale nie aż tak. Ogłoszeń o pracę widziałem mało, a wszystkie za kwoty kompletnie mnie nie satysfakcjonujące. Moja stawka godzinowa musiałaby spaść …. o połowę, a w niektórych miejscach o 2/3. I wtedy pojawiła się Warszawa.

W Warszawie roiło się od propozycji o 15-20% wyższych niż miałem teraz. Pomiędzy nimi – podwyżki o 100% za sprzedanie duszy diabłu (tj. pracy po 12 godzin przez 6 dni w tygodniu). W końcu zdecydowałem się na rozmowę, w miejscu kuszącym pracą zdalną przez 3/5 czasu i konieczności przyjazdu na 2 dni w tygodniu. Dodatkowym atutem stawał się elastyczny czas pracy. Mogłem przychodzić na 7 albo na 10, wcześniej wracać lub dłużej pospać. Ponieważ grupa moich kumpli wykonała ten ruch już parę lat temu, wiedziałem jak się urządzić. Np. w poniedziałek wyjazd pociągiem o 6.45, w biurze o 8.30 i 16.30 do domu, znaczy do wynajętego w kilku mieszkania. Następnego dnia do biura na 7, żeby wyjść o 15 i zdążyć na pociąg, który wiezie mnie do domu na 17. Od środy do piątku – na wsi i praca z hamaka (w lecie), albo kanapy przy kominku (w zimie).

Nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił udoskonalić modelu. A gdyby tak, kupić mieszkanie w Warszawie, kredyt „sam by się spłacał”, a współpracownicy rezerwowali nocleg bezpośrednio u mnie. Przyjemne z pożytecznym. I wtedy nastąpiło zderzenie ze ścianą – cenami nieruchomości. Otóż, pisałem na blogu, że w takim Wrocławiu (co sam sprawdziłem) da się kupić, w dobrej lokalizacji (tj. 10 minut jazdy tramwajem od centrum), mieszkanie 3-pokojowe, 45m2 za 8900 zł za m2. Wiecie, ile podobny lokal kosztuje w Warszawie? Patrząc na proporcje w inwestycjach deweloperskich – 20-15, powinno być o 1/3 drożej, czyli niespełna 12 tys. zł/m2. W praktyce ceny zaczynają się od 16 tys. zł/m2, co doprowadza je w okolice 720-750 tys. zł. Cały czas mówimy o wieżowcu z wielkiej płyty, w stanie do remontu. Jeśli chcemy coś mniejszego – proszę bardzo 20 m2 kawalerki – 400 tys. zł = 45 m2 we Wrocławiu. Czyste szaleństwo. Dopiero znaczne oddalenie się od centrów biurowych (Śródmieście, Mordor), a zwłaszcza przeniesienie się na drugą, praską stronę Wisły, sprowadza ceny na ziemię. W okolicach dworca PKP Warszawa Wschodnia, da się za te 400-450 tys. zł kupić nową, zrobioną kawalerkę, albo niewyremontowane 3 małe wielkopłytowe pokoje za 550 tys. zł. Na drugim biegunie pozostają 70-80m2 lokale w kamienicach Śródmieścia z cenami zupełnie nieadekwatnymi do średnich poborów (kiedyś mieszkali w nich urzędnicy, odpowiadający dzisiejszemu managerowi środkowego szczebla w korpo) za 2.5 mln zł. Popatrzmy na wyliczenia.

  • 3 pokoje na Nowolipkach z remontem i początkowym nakładem (podatki, prowizje, notariusz) – 850 k, co oznacza 250k gotówką i 600k kredytu. Rata 3600 zł.
  • kawalerka 20m2 w dalszym Śródmieściu – (cena 400k, początkowy nakład 60k) w sumie 460k, czyli 140k gotówką i 320k kredytu. Rata 1920 zł.
  • 80 m2 w ścisłym Śródmieściu – 2.7 mln zł, co daje 700k gotówką i 2 mln kredytu. Rata 12.000 zł.

Te sumy już powoli przerażają, ale popatrzmy na ceny najmu.

  • Nowolipki 45 m2 – 5000 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 20 m2 – 2500 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 80 m2 – 8.000 zł plus wszystkie opłaty.

Jak widać, o ile jeszcze kawalerka i 3 małe pokoje mają szansę domknąć się ekonomicznie nawet z kredytu, o tyle duże lokale już nie. Za gotówkę, po opłaceniu podatków i drobnych napraw ROI wyniesie:

  • 3 pokoje na Nowolipkach – 6%,
  • kawalerka w Śródmieściu (dalszym) – 5,5%,
  • duże mieszkanie w Śródmieściu – 3%.

A jak wyglądałoby to w opcji Oszczędnego Milionera?

Wynajem kawalerki od kogoś na dojazdy – 150 zł x 4.25 tygodnia = 637 zł lub ok. 320 zł/m-c, gdybyśmy brali we dwóch.

Wynajem kawalerki kolegom z biura, weekend na AirBnb i korzystanie własne (tutaj liczę te niewydane 320 zł):

  • 150 zł/dzień x 22 dni robocze = 3300 zł
  • 150 zł/dzień x 8 dni weekendów= 1200 zł.

Suma przychodów = 4500 zł. Suma kosztów: 1500 zł ( 600 zł czynszu, 400 zł opłat, 500 zł podatków). Zostaje mi 3000 zł, co daje ROI 5.5%.

Teraz wróćmy na ziemię czyli do Lublina. Tutaj ceny mieszkań są niższe w teorii o połowę (10k/m2), a w praktyce rodziny (duże mieszkanie w Śródmieściu) o 2/3 (identyczne jak w stolicy 80 m2 z 3-pokojami w kamienicy, wyremontowane – 800 tys. zł). Stare kawalerki okażą się o 1/3 tańsze tzn. da się je kupić za 250 tys. zł. Jednocześnie, za cenę 1 mln zł trafimy na 100-metrowy dom z 5 pokojami, piwnicą, garażem i działką, w odległości dokładnie takiej samej, jak 45m2 w Warszawie, licząc od centrum biurowego.

Czyli nadal opłaca się dojeżdżać? Tutaj widzę dwa problemy. Pensja wyższa o 20-45% rekompensuje nam koszty dojazdu (i noclegów) oraz niedogodności związane z trasą, o ile nie musimy pojawiać się w Warszawie codziennie. 2-3 dni/tydzień jeszcze ma jakiś sens. Natomiast różnica w cenach mieszkań powoduje, że przeprowadzka na stałe sensu już nie ma. Nawet dostając 6000 zł brutto więcej na dwie osoby pracujące (4000 zł netto), nie uzyskamy sensownych relacji: czas dotarcia+nakłady/wzrost wynagrodzenia. Wystarczy, że mamy małe dziecko i już wzrost pensji jednej osoby pożera prywatny żłobek/różnica w koszcie opiekunki. 2000 zł czyli różnica w pensji drugiej osoby idzie na większą ratę. Dlaczego więc tak wiele osób wyjeżdża do Warszawy? Wyjaśnił nam to Bartek w komentarzu i w 100% podzielam tę diagnozę. Otóż różnica 2000-3000 zł netto występuje na średnim szczeblu, powyżej kwoty rosną 2-3 krotnie. Każdy junior, wbrew statystyce, wierzy, że dojdzie do menedżera. Ten w Lublinie zarobi 20 k netto, a w Warszawie aż 60k. Im wyższą masz pozycję zawodową, tym Warszawa oferuje więcej. Tylko takie analizy dotyczą 10-20% grupy „słoików”. W rzeczywistości, Warszawa przynosi zysk w modelu „praca w Warszawie, mieszkanie w Puławach”. Z tego względu juniorzy lądują nie w Śródmieściu, czy na Nowolipkach, tylko na Białołęce czy w Falenicy. I pogarszają swoją sytuację materialną.

Dlaczego jeszcze Lublin i Puławy przegrywają z Warszawą na płaszczyźnie ekonomicznej? Odpowiedź na pytanie znajduje się w pierwszym akapicie wpisu. Jeżeli w Lublinie, ktoś taki jak ja po 50-tce straci dobrą pracę, trudno mu znaleźć nową na podobnych warunkach (a nawet bywa to niemożliwe) i albo zaakceptuje obniżkę od 30-50% albo będzie pracował dłużej na tę samą kasę, albo założy JDG. Dlatego często kończy się na tym ostatnim punkcie. W Lublinie tylko w mojej JDG pracując tyle, co dotychczas w biurze na etacie, zarobiłbym lepiej w skali miesiąca.

„Wystarczy” w tytule ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, wystarczy przyjechać do Warszawy, by spróbować kupić tam mieszkanie i często uciekać z przerażeniem na prowincję. Z drugiej – wystarczy sprowadzić lepszą pracę (lepiej płatną i mniej toksyczną) do miast prowincjonalnych, aby Warszawa straciła większość swojego uroku.

Jeszcze o podatkach. Studium neoliberalizmu i przyczyn upadku I RP.

W świecie pewnej neoliberalnej partii wszystko wydaje się proste – podatków ma nie być. Do tego płatna opieka zdrowotna i studia. Wtedy zapanuje powszechna szczęśliwość, prawda? Nieprawda.

Otóż państwa z niskimi podatkami, płatną edukacją i leczeniem już są. I wcale nie króluje w nich raj. Po co sprawdzać na własnej skórze. Zapraszam do USA, Tajlandii i innych krajów w Azji. Jakoś tak się jednak składa, że to Tajowie, Filipińczycy przyjeżdżają do nas, a nie odwrotnie. Także emigracja do krajów UE jest większa niż do USA. Dlaczego?

Otóż te „raje neoliberalizmu” są rajami tylko dla bezdzietnych, zdrowych i bogatych. Biedny dostaje w tyłek dość regularnie. Żeby to udowodnić posłużę się własnym przykładem.

Nasze podatki a koszty na wolnym rynku

W 2025 roku zapłaciliśmy z żoną 110 tys. zł podatków.

I teraz popatrzmy:

  • mamy dwójkę dzieci na utrzymaniu (jeden na studiach, jeden uczeń),
  • leczymy się czasami na NFZ (różne badania, wizyty lekarskie),
  • jeździmy drogami publicznymi (25 tys. km rocznie),
  • korzystamy z infrastruktury takiej jak kanalizacja, sieć wodociągowa subwencjonowanej i budowanej przez gminną spółkę.

Policzmy koszt tych wszystkich usług (policzyłem stawki rynkowe):

  1. Studia = 1 x 16 tys. zł = 16 tys. zł.
  2. Szkoła = 1 x 24 tys. zl = 24 tys. zł.
  3. Leczenie ca. 40 tys. zł, w tym = 5 wizyt/m-c x 300 zł x 12m = 18 tys. zł, badania „mniej poważne” – 7,5 tys. zł (5 os. x 1500 zł), badania „poważne” 5 x 800 zł = 4000 zł.
  4. Leki (choroby przwlekłe) = 850 zł x 12 m = ca. 10 k.
  5. Drogi (stawki jak za 1/2 autostrady prywatnej = 10 zł/100 kmx250) =2500 zł,
  6. Wypłata chorobowego – 30 dni (na poziomie średniej krajowej) = 15 tys. zł.
  7. Sieci infrastrukturalne = 2500 zł.

110 tys. zł bez emerytury, bo nie wiem ile jej będzie. Wpłaty zwróciły się.

Przypominam, bazując na danych amerykańskich blogerów – ich ubezpieczenie zdrowotne kosztuje w systemie „Silver” czyli nie pokrywa wielu chorób = ok. 17k USD = 63.750 zł/rok.

A gdybym był bezdzietnym singlem?

Ok. 70 tys. zł wypłat i 35 tys. zł wypłat. Nagle, pomimo choroby, więcej dokładam do systemu niż wyjmuję. Sporo więcej.

Stąd neoliberalizm się nie sprawdza, albo jak napisano jest dla bezdzietnych, bogatych i zdrowych.

Przyczyny upadku I RP czyli nierównowaga podatkowa.

Ostatnio czytałem książkę – „Przemysł polski w dawnych wiekach” Aleksandra Bocheńskiego. Udowadnia on (między innymi, bo książka dotyczy generalnie przemysłu), że przyczyną upadku I RP były podatki – nierówne i niskie dla bogatych.

Jak to? Otóż, bogata szlachta nie płaciła prawie wcale, a chłopi i mieszczanie nawet 20-krotność wysokiej stawki podstawowej. Szlachcic nie uiszczał podatków od gruntu, tylko pogłówne. No i i popatrzcie. Taki singiel – magnat Bogusław Radziwiłł odprowadzał mniej niż chłop z żoną i 5-tką dzieci. Jasne, magnat nadrabiał podatkiem od luksusu, cłami (stroje importował z Zachodniej Europy), ale nadal w stosunku do dochodu były to kwoty śmieszne.

A sąsiedzi? No cóż, król pruski zbierał 3-4 razy więcej podatków niż polski, a były lata, że i 10 razy. Stąd dysponował armią nie 10 tys. ludzi lecz 150-200 tys. Przy takich dysproporcjach wynik starcia był przesądzony.

I tutaj ktoś powie „A USA?” No cóż. Celowo porównano I RP z Prusami, ponieważ były prawie równe potencjałem ludnościowym. USA ma dzisiaj 10 razy więcej ludzi niż Polska (+nielegalni imigranci). Wydaje na obronność (2023 r.) ok. 916 mld USD czyli 3,4% PKB. Polska – 32 mld czyli 3.8% PKB. Nominalnie wydatki USA są większe od naszych 28 razy więcej, ale i PKB per capita mają większe.

I nauka na dziś.

Sprawa dzisiaj wydaje się prosta. System składkowo-podatkowy nie jest sprawiedliwy. Pisałem o tym wielokrotnie. Przeciętny ksiądz/rolnik/sędzia/itd. płaci znacznie mniej niż Ty czy ja. Co więcej korpo opodatkowano niżej niż JDG. „Podatek od pracy” wynosi 5 razy więcej niż od nieruchomości i 2 razy więcej niż od dywidend. Setki miliardów dochodu kleru, rolników czy „czynszojadów” opodatkowane są śmiesznie nisko. A człowiek na pensji minimalnej już nie. Pomijam tych z szarej strefy.

Wróciliśmy do systemu I RP. Możemy się od niej uczyć. Bo chodzi też o to, jak dystrybuowano zyski z podatków. Mniej więcej 1/3 szła na dwór i wydatki króla/rządu. 2/3 na wojsko. U nas kwitnie rozdawnictwo, dopłaty, zamiast angażowanie się w zbrojenia. Od Fryderyka Wielkiego oraz Katarzyny wiemy, że taki wysiłek musi się opłacić. Zwłaszcza w obecnej sytuacji. Koniec z przywilejami, koniec z nierównościami. System musi być sprawiedliwy i prosty.

Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.

Jak żyją na wsi moi koledzy z dzieciństwa? Inny świat.

W marcu-kwietniu miałem możliwość przekonać się, jak bardzo różni się miejski styl życia od wiejskiego. Nie piszę przy tym o „wsi zabitej deskami” ani o „ludziach z pensją menedżera z IT tylko o przeciętniakach.

Przypadek 1. Mój kumpel „zza płota.” Nieco młodszy ode mnie, w dzieciństwie bawiliśmy się razem. Przyjął styl 3-4 miesiące intensywnej pracy „na szparagach”, reszta w domu, dorabiając. Starą stodołę rodziców przerobił na dom i ma lokal nie 35-60 m2 (standard deweloperski), ale 120 m2. Mówimy o człowieku, który zarabia obecnie z żoną ok. 50k rocznie, do tego dorabia sobie 4-5k dzierżawiąc pole. W sumie niecałe 5k/2 os. Auto? Dwudziestoletnie. Działalność rolnicza? Żadna – tylko warzywnik przy domu. Bezdzietny.

Przypadek 2. Kolega „z mojej wsi.” Starszy o 5 lat. Akurat on żyje z pola. Próbuje małych (nieudanych) biznesów, w stylu umowa na kurierkę, skup owoców. Zdrowie nie pozwala mu już ciężko pracować. Realnie zarabia 25k. Na kawalerskie życie – wystarcza. Auto? Stary Opel Astra rocznik 2004 r.

Przypadek 3. Mieszkaniec sąsiedniej miejscowości. Niewielkie (4ha) pole, praca w miejscowym zakładzie przemysłu spożywczego, niepracująca żona i 4-ka dzieci. Firma płaci minimalną plus za nadgodziny. MOPS daje 800+ i zasiłki.Razem 4,2 k pensji (na 6 osób) i 4k od państwa. 8.2 k. Wystarcza. Auto? Także dwudziestoletnie.

Generalnie, ludzie którzy nie opuścili tej grupy wsi, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza – bardzo nieliczna, utrzymuje się z ziemi (np. rówieśnik mojego starszego brata 30ha własnej + drugie tyle w dzierżawie) i małych firm (budowlanka, tartak itd.). Oni radzą sobie bezproblemowo. Druga – zarabia w okolicach minimalnej. Obie żyją znacznie poniżej poziomu, do którego przywykliśmy. Widzę to na pogrzebach. Mój 9-letni Ioniq, wiekiem i klasą znajduje się zawsze w top 10 na kościelnym parkingu, a bywa że i w pierwszej trójce. Trzon stanowią 20-letnie Audi, VW, Ople. Roczne przebiegi? Tylko 500 km. Za to znacznie droższe bywają traktory.

Nikt nie szaleje z wydatkami, sporo się oszczędza (bogatsi – by dokupić ziemi, biedniejsi – na czarną godzinę do skarpety). Domy ogrzewa się drewnen/węglem. Żywność kupuje w Biedronce. W niedzielę nadal pachnie rosół i domowe ciasto. Praktycznie nikt nie jeździ na wakacje.

O dziwo, mało rodzi się dzieci. Znam rodziny, w których trójka moich rówieśników dała dziadkom tylko jednego wnuka. Sporo osób (kawalerowie, niektóre małżeństwa) nie ma dzieci w ogóle i nie będzie ich mieć. Modele rodziny: singiel, DINKS, 2+1 pojawia się znacznie częściej niż zechce przyznać prawica. Jednocześnie, przywołany wyżej jako „przypadek nr 2”, głosuje na Brauna, uważając PiS za „sługę Ukrainy”, lajkuje posty Ewy Zajączkowskiej-Hernik itd. Konserwatyzm w głowie, nie idzie w parze z konserwatyzmem w życiu (poza typową chłopską oszczędnością).

Życie w mieście jest takie drogie. Opowieści słoika.

Mam kumpla, który pochodzi ze wsi, jest typowym słoikiem. Pomimo kawalerskiego stanu (a może właśnie z tego powodu), przeniósł się do miasta, a na wieś dojeżdża weekendowo. W tytule zacytowałem jego słowa: „Życie w mieście jest takie drogie.” Padły w kontekście kosztów utrzymania kawalerki .

Kumpel kawalerkę posiada na własność. Na jesieni 2025 r. przyszło mu powiadomienie o podwyżce opłat – obecnie będzie płacił 600 zł/m-c. Do tego: prąd, gaz, podatek, internet, telefon. Łącznie ok. 800-850 zł. I aż złapał się za głowę. Przecież to moje. Za co tyle?

Ano właśnie. Porównywał koszty z własnym drewnianym domem (większym od kawalerki). Tam sytuacja przedstawia się inaczej:

  • czynszu nie ma,
  • remont (dach, ocieplenie) robi znajomy, za sporo mniejsze pieniądze,
  • woda jest tańsza,
  • prąd zapewniają własne panele,
  • ogrzewanie + ciepła woda – drewno ze swojego lasu (+tzw. podkowa w piecu kaflowym).

Płaci się tylko podatek od budynków i gruntów (w sumie – na poziomie kawalerki), wywóz ścieków z oczyszczalni, opłatę śmieciową, abonament za prąd i butlę z gazem. Internet w telefonie musi wystarczyć (i tak słaby zasięg). W sumie koszt ok. 220 zł (z paliwem na ścięcie i dowóz drewna). Porównując z miastem – ok. 1/4.

Oczywiście komfort życia w „drewniaku” bez porównania gorszy niż miasto. Tutaj mamy do czynienia z innymi problemami. Drzewo trzeba ściąć, porąbać, wysuszyć i codziennie palić w piecu. Słaby internet wyklucza pracę zdalną. Remonty planujemy samodzielnie (nawet jeśli wykona je ktoś inny). Natomiast koszty – gigantyczna różnica. Za mniejszą powierzchnię w mieście, płacimy 4 razy tyle. W przypadku innym metraży, nożyce rozewrą się jeszcze bardziej (100m2 mieszkania da w samym czynszu i podstawowych opłatach spółdzielczych ok. 1700 zł, a nowy dom tej powierzchni utrzymamy za 450 zł). Jeśli dołożymy do tego różnice w cenie (100 m2 w tej lokalizacji: miasto – 1 mln zł, wieś – 0,3 mln), a zwłaszcza racie kredytu, widzimy różnicę wieś-miasto 5450 zł (1250 zł koszty utrzymania, 4200 zł na racie). Życie w mieście jest drogie. I nie zawsze równoważy go wzrost dochodu. Na omawianym przykładzie 100m2 mówimy o ponad 5000 zł/m-c.

Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. Nawet w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale nawet po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, nawet drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, że historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i nadal stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Kryptowaluty i spektakularna klęska. Jak zadziałał znany mechanizm „chciwość kontra strach”?

Na początku maja zadzwonił do mnie bardzo dobry kumpel. Zadał mi jedno pytanie: Czy sądzę, iż kasę z Zondacrypto uda się odzyskać? Szczerze powiedziałem, co myślę, że to gruby, od dawna zaplanowany wałek, mówiąc wprost – oszustwo. Wtedy padły trzy słowa: „Ale na YouTube różnie mówią.” Już wiedziałem. Wszedł w to, powierzył im swoją ciężko zarobioną kasę.

Sylwetka „inwestora”. Do tej pory miał najwyżej lokatę i to w tym „najbezpieczniejszym banku”. Do tego nieruchomość na wynajem. Trzymał się z dala od gięłdy „bo ryzykowna”. Dochód czerpał z ciężkiej, obciążającej psychikę pracy po 10 godzin dziennie z niepłatnymi nadgodzinami w biurze-Januszexie. Zainwestował w krypto około 20k, efekt 4 miesięcy spędzonych nad papierami, a w zasadzie, odejmując wydatki (z czegoś przecież musiał żyć) – 8 miesięcy. Jak spotkał się z krypto?

Przyczyny inwestycji. Namówił go młodszy kolega z biura. Nie widziałem tej sceny, ale znając mechanizm jestem w stanie dość precyzyjnie ją odtworzyć. Słyszałem o nim wielokrotnie: w 1993 r., 2001 r., 2008 r., słyszę i teraz. Otóż jest sobie konserwatywny starszy pracownik, obok niego siedzi „młody”, ubrany w dobry garnitur. Z rozmowy wynika, że „młody” inwestuje w super zyskowne akcje, które idą do góry, albo, jak w tym przypadku w krypto. Pojawiają się opowieści o zyskach: 3-4 razy większych niż możliwe do osiągnięcia z lokat. I włącza się schemat chciwości. Po długich namowach „stary” całkowicie ignoruje (bo nigdy o nich nie słyszał) typowe zabezpieczenia: dywersyfikacja, wybór sensownego brokera, koszty transakcji, wreszcie coś, co powtarzam jak mantrę „kupuj, gdy jest tanio”, zakłada rachunek, którego działania nie rozumie (a w zasadzie zakłada mu go „młody”) i składa pierwsze zlecenie.

Przebieg inwestycji. Stary trochę zarobi i łapie haczyk. Już jest kupiony. Przecież od tych 20k zyskał 4-5k, a więc kwotę, na którą lokatami pracowałby przez kilka lat. Wtedy pojawiają się problemy. Spadek. Pogłoski o trudnościach z wycofaniem pieniędzy (jak w historii kumpla z Zondacrypto). „Młody” tłumaczy: Nie słuchaj panikarzy i zawistników. Ale złych informacji przybywa. „Stary” wreszcie włącza schemat „strach” i sprzedaje. Co z tego, skoro nie może wycofać pieniędzy, dodatkowo traci na spadkach.

Szukanie dowodów, że coś da się uratować. Klasyka. Ile razy słyszałem: „Nie jest tak źle”, „Jeszcze się odbije”, „Na YouTube różnie mówią” etc. Tymczasem pieniądze istnieją na papierze, bo firma/giełda jest wydmuszką. Właściciel siedzi sobie daleko z pieniędzmi klientów. Do końca zapewniał o „przejściowych trudnościach”. Teraz razem z wyznawcami pompuje teorię o spisku. Prawda brzmi brutalnie – nic nie uda się uratować, wszystko przepadło. Oczywiście, mega szkoda mi kumpla, gdyby przyszedł do mnie wcześniej (a zadziałał kolejny mechanizm „Przyznam się dopiero wtedy, gdy dużo zarobię, żeby przekonać ludzi, że ja też potrafię,”), wyjaśniłbym mu o co chodzi i może zdążyłby wyjść w odpowiednim momencie. Albowiem przez lata uniknąłem wtopy z takimi „złotymi interesami” dzięki stosowaniu kilku zasad.

Zasada 1. Nie inwestuj w coś, czego nie rozumiesz. Nie kupuje kontraktów na zboże, akcji kopalni złota w Australii, spółek biotechnologicznych, ponieważ tych rynków nie rozumiem. Mój kumpel kryptowalut nie rozumiał, nie wiedział jak działa jakakolwiek giełda, nigdy nie inwestował.

Zasada 2. Omijaj podejrzane inwestycje. Inwestycje ulokowane w obcych krajach, tworzących sprawozdania w nieznanych językach. Estoński, dość podobny do węgierskiego, zna niewielka liczba osób, do tego raczej nie łączą oni tej umiejętności z czytaniem sprawozdań finansowych. Dlatego tak długo opinia publiczna nie wiedziała, że giełda Zondacrypto łamie podstawową zasadę bezpiecznej inwestycji – wykorzystuje rachunki swoich klientów (a w zasadzie ich aktywa) do spekulacji, nie oddziela środków spółki od powierzonych. W razie odwrócenia trendu, traci wszystko. Mój kumpel w teorii nie był mocno „do tyłu”, ale w praktyce pieniądze były tylko zapisami na wydruku. Jego kryptowaluty najprawdopodobniej pożyczono niewypłacalnym inwestorom z całego świata. Zniknęły. Podejrzane były też powiązania: właściciel nr 1 zginął bez wieści z kluczami do portfela, właściciel nr 2 siedział sobie w raju podatkowym, sponsoring polityków itp. I na koniec – zero nadzoru finansowego, pełna wolna amerykanka. Brzmi jak przepis na katastrofę. Tak upadał Enron, wywracał się Janusz Palikot, no i Zondacrypto.

Zasada nr 3. Nie kupuj na górce. Oczywista oczywistość. Krypto miało sens, gdy BTC kosztował 0,2 zł, no dobrze do 10k. Potem pojawiła się czysta spekulacja. Za tymi wirtualnymi walutami nie stoi żadna ekonomia, stąd trudności w wycenie i silne wahania kursu. Kupowanie jakiś ułamków jednostki, przy cenie po 300k zł/BTC zakrawa na szaleństwo. Wybieranie jakiś innych …coinów przypomina mi zabawę zapalniczką na stacji benzynowej. Albo zdobędziemy sławę nieustraszonego wśród kolegów, albo wylecimy w powietrze.

Zignorowanie tych trzech, dość prostych zasad, kosztowało mojego kumpla 20k. Kiedy usłyszał ode mnie „dobrze, że tylko 20k” prawie się obraził. Wtedy wytłumaczyłem mu te mechanizmy i opowiedziałem historię, o adwokacie, który w 1992 r., żeby inwestować na GPW stracił dom (sprzedał i stracił 2/3 kapitału), o nauczycielce, pragnącej udowodnić wszystkim swój inwestycyjny geniusz, gdy w 2007 r. kupiła fundusze inwestycyjne za pożyczone na hipotekę mieszkania 70k „bo młodemu, tak dobrze żarło”, o pewnym zamożnym, uczciwym biznesmenie, który próbował mnie przekonać „Palikot jeszcze się odbije, tam nie ma żadnego wałka”. Ponieważ szczegóły bywają różne, ale schemat podobny – złamanie powyższych trzech zasad, które kończy się finansową katastrofą.

Nie warto dłużej pracować na emeryturę. Informacje dla 40-latka z paszczy ZUS plus analiza danych.

W oficjalnych wystąpieniach przedstawiciele ZUS (i ich opłaceni agenci lub „pożyteczni idioci” rozsiewają propagandę o opłacalności dłuższej pracy. Czasem jednak, tak się zdarzy, że na oficjalnej stronie molocha pojawią się prawdziwe dane. Pomimo opowieści o uproszczeniu bloga, nie mogłem nie skorzystać. Bierzcie i Wy.

Skrót całego wpisu „bo ma być prosto”. ZUS twierdzi, że dodatkowe 5 lat pracy (i opóźnienie przejścia na emeryturę) zwiększy nasze świadczenie o 20%. W rzeczywistości jest to 3.5%. Przyczyny? Stałe wydłużanie teoretycznej długości życia (1,5 roku w ciągu 5 lat), inflacja kasująca wyniki waloryzacji, oraz niewielki wpływ dodatkowych składek.

Kto lubi dawnego Oszczędnego Milionera – niech czyta dalej.

Jak zwykle tytuł odbiega od treści: https://www.zus.pl/-/późniejsze-przejście-na-emeryturę-się-opłaca#:~:text=Opóźnienie%20przejścia%20na%20emeryturę%20przekłada,latach%20–%20ponad%201/5, ale nie o to tym razem chodzi. Skoncentrujemy się na danych. Pochodzą z 2025 r., więc możemy uznać je za aktualne.

Informacja nr 1. Dla osoby w wieku 60 lat każde 100 tys. zł zapisane na koncie w ZUS to 375,38 zł miesięcznej emerytury. W wieku 65 lat to już 452,90 zł.

Niby prosta sprawa. Krótko mówiąc, mając 1 mln na koncie emerytalnym (dla uproszczenia główne konto ZUS+subkonto), dostaniesz 4529 zł brutto emerytury, jeżeli przejdziesz w wieku tzw. ustawowym. Ponieważ to więcej niż 3773,80 zł podobno warto pracować 5 lat dłużej, bo to dokładnie 20%. Tak twierdzi ZUS. Ja mówię sprawdzam.

Zgodnie z tabelami dalszego trwania życia, 60-latek (statystycznie, kobiety i mężczyźni razem) miał przed przed sobą w 2025 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,13.html) jeszcze 266 miesięcy życia, 65-latek 220 miesięcy. Oznaczałoby to, że pierwszy dożyje 82 lat, a drugi 83 lat. Pomijam fikcyjność takich prognoz (w rzeczywistości mężczyźni nie żyją tak długo, lecz raczej 75 lat, a kobiety 83 lata), ale skoncentrujmy się na danych.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,996 mln zł (4529 zł x 220 miesięcy).

Nie jest to żadna fizyka czarnej dziury, ani czary, tylko wynik zwykłego mnożenia (działanie na poziomie bodajże 5 klasy szkoły podstawowej), danych które podał nam ZUS. Pracując dłużej, odbierasz mniej.

To działanie da się sprawdzić. Nasza emerytura wzrośnie o 20%, a pobierać ją będziemy o 21% krócej. Niby niewiele, ale trudno nazwać wynik „opłacalnym przedłużeniem pracy”.

Idźmy dalej. Gdybyśmy przyjęli, że pracując dłużej wcale nie zwiększymy średniej długości własnego życia (a jedynie tabele statystyczne ulegną cudownej korekcie), mamy jeszcze jeden ciekawy efekt. 60-tkę i 65-lat dzieli 60 miesięcy (5 lat), a nie 46 miesięcy. Skąd bierze się 14-miesięczna (30%) różnica. Z GUS-owsko, ZUS-owskiej szacherki liczbami, ale z czegoś jeszcze, o czym warto pamiętać. Część ludzi dożyje 60-tki, ale emerytury w wieku 65 lat już nie. Gdybyśmy jednak założyli, że mamy szczęście kwota, którą faktycznie odbierzemy z systemu, idąc na emeryturę wcześniej nie zmienia się, a opóźniając spada.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,933 mln zł (4529 zł x (266-60) miesięcy).

Kwotę ZUS-owskiej emerytury pięć lat później powinniśmy bowiem dzielić przez 60 miesięcy mniej (czyli 206 miesięcy). I tak zamiast 20% więcej robi się 7% mniej.

Informacja 2. Średnia długość życia 60-latka zwiększyła się wg GUS i ZUS o 2,4 miesiąca w ciągu 1 roku. 65-latek „wydłużył” życie o 1,9 miesięcy.

Dane biorę stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html i stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html.

2026 – 268,9 oraz 222,7

2025 – 266,4 oraz 220,8

Jeszcze ciekawszy wynik uzyskamy, patrząc na dane z 2021 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,9.html)

60-latek – 247,7

65-latek – 204,3.

Tylko na przestrzeni 5 lat (2021 kontra 2026) ZUS i GUS cudownie przedłużyły nam życie o 21,2 miesięca (60-latkowie) i 18,4 miesiąca (65-latkowie).

Jak to przekłada się na wysokość emerytur? Dość prosto. Skoro znamy wzór:

Emerytura=kapitał/średnia długość życia,

to podstawienie danych da nam następujący rezultat:

60-latek w 2021 roku – 1.000.000 zł/247,7 = 4037 zł

jako 65 latek w 2026 roku – 1.000.000 zł/222,7 = 4490 zł

Jak widzicie gołym okiem, różnica nie wynosi wcale 20%, jak nam obiecywał ZUS, ale 11.2%. Połowę mniej. Każąc nam pracować 5 lat dłużej ZUS, zmieniając tabele długości życia, państwo okradło nas z prawie połowy zysku.

Informacja nr 3. Dodatkowe składki z pracy powiększają sumę zgromadzonych środków.

Licząc od minimalnego wynagrodzenia, dodatkowe miesięczne składki wyniosą 281,44 zł (https://www.zus.pl/-/nowe-wysokości-składek-na-ubezpieczenia-społeczne-w-2026-r.). Rocznie to już 3.377,28 zł. Mnożąc przez 5 lat – 16.886, 40 zł.

Wygląda poważnie, ale de facto kapitał 1 mln zwiększył się o ca. 1,69%. W tym czasie ZUS oszukał nas na średniej długości życia o 9% (o tyle statystycznie zwiększyła się średnia długość życia w latach 2021-2026). Przy znanym wzorze emerytalnym (emerytura = kapitał/średnia długość życia) da to następujący efekt:

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.016.886,40/220,8 = 4605 zł

Dokładanie składek wcale się nie opłacało.

Informacja nr 3. Kolejne waloryzacje składek pomnażają kapitał emerytalny (działa też siła procenta składanego).

W tym miejscu ZUS podaje kwotę waloryzacji z 2025 r. – 9,49%. I zaczyna mnie rozśmieszać. Takie dane mogę sobie włożyć między bajki. Ponieważ wiem (w przeciwieństwie do ekonomicznych analfabetów), iż wysoka waloryzacja=wysoka inflacja, a wskaźniki waloryzacji wcale nie wyglądają tak fajnie, na tle wzrostu cen i płac (zwłaszcza minimalnej). Albowiem im więcej dostanę, tym więcej muszę wydać. Zastosuję tutaj trzy mierniki, o których ZUS nic nie mówi i jeden powszechnie podawany (waloryzację).

Teoria. Od 2022 r. przez 5 lat waloryzacja ZUS wyniosła (skumulowane dane w nawiasach):

2022 – 107%,

2023- 14,8% (22,84%),

2024 – 12,2% (37,82%),

2025- 5,5% (45,4%),

2026 – 5,3% (53,1%).

Krótko mówiąc – w teorii nasz kapitał obliczeniowy zyskał 53%. No i teraz odpowiedzmy sobie uczciwie, ile od 2021 r. wzrosły ceny?

Podpowiem na szybko:

  • prąd – (z 0,6 zł/KWh do 1.25 zł/KWh) ponad 100%,
  • chleb (z 2.8 zł do 5 zł za 0,5 kg) -78%,
  • kawa (z 13 zł do 28 zł za 0,25kg w mojej palarni) ponad 100%,
  • najtańszy nowy samochód (Dacia Sandero z 37k obecnie 66k) – 78%,
  • drewno opałowe, gaz – ok. 100%,
  • złoto – (z 225 zł/g do 530 zł/g) – 135%.

Drugi miernik wartości poza cenami (pensja minimalna) rósł też ciekawie +71%.

A trzeci? Inflacja. W tym samym okresie 43%. Kiedy to już wiemy, najbardziej konserwatywnie, realna waloryzacja to 10% (53% waloryzacji nominalnej i 43% inflacji). Gdyby liczyć do pensji, waloryzacja byłaby ujemna nawet – 18%, a do nośników energii -47%.

Ale trzymajmy się danych oficjalnych +10% i policzmy realne emerytury, nakładając na siebie trzy dane: średnią długość życia, realną waloryzację i dodatkowe środki z pracy (które dodatkowo nieco zawyżyłem, bo nie chciało mi się liczyć składek od pensji minimalnej w każdym z 5 lat).

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.118.575,04/220,8 = 5066 zł

Podsumowanie. Biorąc pod uwagę wszystkie dane ZUS i GUS, 5 lat dłuższej pracy, przekłada się na o 3,5% wyższą emeryturę. Dane te podaję w latach wysokiej inflacji, bardzo korzystnej dla współczynników waloryzacji.

Wynik przekonuje nas, że dłuższa praca, w oczekiwaniu na wyższą emeryturę, kompletnie nie ma sensu. Te 5.1% waloryzacji w 2026 r., gdy dostaję 8.5% na obligacjach (korporacyjnych) mocno mnie śmieszyłoby, gdyby nie było smutne. Państwo więcej płaci bankom (oprocentowanie obligacji inflacyjnych 5.6%) niż emerytom. Do tego bankierów nie kantuje na średniej długości życia.

Nie muszę nikogo przekonywać, że w naszym zmiennym świecie, liczenie, że przeżyję dodatkowe 5 lat, dla 3,5% zakrawa na kpinę z matematyki.

Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.