Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
lipiec 2025 – Oszczędny Milioner

10 kroków do ucieczki z kieratu. Działaj.

Od gadania świat się nie zmieni. Od samego czytania także. Działaj.

Wykonaj po kolei 9 kroków. Zaplanuj zmianę. Zakończ to, co Cię niszczy, co dokucza i uwiera. Ale znowu – zniszczenie starych przyzwyczajeń, powiązań, akcji nie wystarczy.

Trzeba stworzyć nowe. I tu pojawia się największy problem, który sygnalizuję. Dlatego poleciłem Wam „Gęsiego”.

Rozpoczęcie „nowego życia” w nowym miejscu, może z nową osobą u boku, podobnie jak nowego zawodu rodzi gigantyczne ryzyka. Wielu praktyków radzi – zanim dokonasz radykalnej zmiany, ustal przyczyny poprzedniej porażki, bo poniesiesz ją ponownie.

Zostawienie toksycznego partnera i znalezienie identycznego – nic nie zmieni, poza samą osobą. Dalej będzie Ci ciężko. Po miodowym miesiącu, albo kwartale z endorfinami, pojawią się kłótnie, awantury itp.

Z nową pracą możesz mieć podobne doświadczenia. Własny biznes, kogoś kto olewał pracę, okazuje się najczęściej prostą drogą do katastrofy.

Przeprowadzka na wieś, pary skłóconych małżonków wywoła kolejne konflikty. O to, kto ma jechać po południu z dziećmi do miasta, kto nie posprzątał podłogi (a na wsi brudzi się 10 razy bardziej niż w mieszkaniu), kto wstanie rano napalić w piecu, czy kupować zwierzęta czy z nich zrezygnować. Widziałem niedobrane związki i ludzi skaczących sobie do gardeł o kolor sofy w salonie, albo w temacie „zasłony czy rolety”. Serio. Taka para na wsi rozwiedzie się błyskawicznie, bo spraw do załatwienia, decyzji do podjęcia, mamy ogrom. A potem tematów do wzajemnego obwiniania się.

Ktoś, komu problem sprawiało wyniesienie śmieci, nie zacznie dbać o ogród. Leniwiec czy Netflixowy zasiedlacz kanapy nie ulegnie nagłej przemianie w sielskiej atmosferze. Zacznie wkurzać x 10. Miłośniczka galerii będzie uciekać z domu. Itp., itd.

Stąd, odróbcie wszystkie punkty, przemyślcie 2 razy. I… działajcie. Zgodnie z własnym dobrze pojętym interesem.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Przeczytaj ten wpis – „”Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście””.

W ogóle poczytaj historie ludzi, którzy opuścili kierat i zmienili swoje życie. Jedni na gorsze, inni na lepsze, ale na każdy taki temat powstała książka, blog, a na nim dziesiątki wpisów.

Wiadomo, każde rozwiązanie ma swoje wady. Obecnie mainstream ciągnie do dużych miast. Tylko w nich ma być praca (co obaliłem). Warto dobrze poprowadzić rachunki. Mój syn przez ostatnich 7 lat mieszkał w dwóch średnich miastach, takich ok. 100 tys. mieszkańców, zlokalizowanych w odległości 100 km od znacznie większych ośrodków. Jedno okazało się upadkiem i niewypałem, z knajpą na rynku zamykającą się o 22. Drugie tętni życiem i rozwija się. A ceny mieszkań w obydwu bywają podobne.

Są dobre i złe korpo. Jedne płacą i rozwijają, drugie nie płacą i wymagają (np. niepłatnych nadgodzin). Po co Ci opera, jeśli do niej nie chadzasz? Po co Ci natura, jak lubisz miejski gwar?

A wszystko trzeba jeszcze dopasować do rodziny. Przecież nie zawsze nastolatek chce na wieś (a w zasadzie rzadko chce). Mamy zobowiązania, etaty, firmy itp. Trudno jest rzucić wszystko i wyjechać w podróż dookoła świata. A na pewno w okolicach pięćdziesiątki. Niejednemu się udało (patrz p.Doba).

Dlatego namawiam, żeby czytać, historie prawdziwe, a nie lukrowane. Amatorom wsi polecam „Gęsiego”. Autor pisze boleśnie szczerze, że gdyby nie miał pracy zdalnej, dawno zbankrutowałby na rolnictwie.

Dlatego polecam tamten wpis i stosowanie wskaźnika, który nazwałem D/d (napiszę o nim w książce oraz poświęcę odrębny post).

Mini-emerytura czy mikro-emerytura? Co razi Tim Ferriss, a co oszczednymilioner.

Tim Ferriss w swoim „4-godzinnym tygodniu pracy” wprowadza pojęcie mini-emerytury. Zakłada, że nawet jeśli dożyjemy prawdziwego odpoczynku (obecnie 65 lat dla facetów), będziemy zmęczeni, chorzy, zbyt biedni, by naprawdę cieszyć się czasem. Dlatego trzeba wybrać coś innego – mini-emerytury. Co to oznacza?

Mini-emerytura to dłuższa niż standardowy urlop przerwa w pracy. Pamiętajmy – Tim żyje w USA, gdzie typowy pracownik ma 10 dni urlopu rocznie. Dlatego tak zachęca do „zniknięcia”, które dzisiaj nazwałbym pracą zdalną. W Polsce, na szczęście, możemy sobie pozwolić na więcej. Standardowo 26 dni, a w niektórych zawodach (nauczyciele, nauczyciele akademiccy, niektórzy urzędnicy, sędziowie itp.) oraz sytuacjach (stopień niepełnosprawności) dostaniemy jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt dni ekstra. Bywają też „urlopy dla poratowania zdrowia” i tym podobne „wynalazki”. Dla wielu jednak ideał Ferrissa – jeden miesiąc wolnego na kwartał, 3 miesiące na rok nawet roczne wyjazdy, pozostają w sferze marzeń. Nikt nie da im ani prawie 90 dni urlopu w roku, a rzucenie etatu, żeby sobie pojeździć, raczej nie wchodzi w grę (rodzina). Czyli mini-emerytury realne pozostają dla wąskiej grupy przedsiębiorców internetowych, freelancerów, naukowców, pisarzy itp. Reszta musi obejść się smakiem.

Długo myślałem co z tym zrobić. Przecież z pewnością jest jakieś wyjście z labiryntu. I znalazłem. W moim przypadku (2-3 dni pracy w biurze na etat, plus urlop, plus zdalna) dysponuję (bez zwolnień) w sumie dwutygodniowym urlopem plus 75 dniami niebiurowymi plus weekendy. Jednocześnie specyfika mojej pracy i firmy (umawiane spotkania minimum raz w tygodniu, konieczność fizycznego odbioru listów) wyklucza wyjazd np. na rok, kwartał, a nawet miesiąc. No, ale na krótsze wyjazdy mam czas. I w ten sposób dochodzimy do sedna. Mini-emerytura ma pewien cel – dać wypocząć (do czego podobno potrzeba 3 tygodni wolnego). A gdyby postawić sprawę inaczej. W ogóle się nie męczyć? Da się? Pewnie. Gdy pracuję systemem 3/4 (trzy dni w pracy, cztery dni w domu), zupełnie inaczej funkcjonuję. Poziom mojego stresu rzadko wystrzeliwuje poza dopuszczalną skalę. W zasadzie nie potrzebuję długiego urlopu, ponieważ jestem stale odpowiednio zrelaksowany. Jak lew, który przez większość czasu leży na trawie, zrywając się niekiedy na polowanie. Pracuję i karmię lenia we mnie. Ważne, by okresy pracy i wypoczynku przeplatały się. Czyli np. pracuję wtorek-czwartek a od piątku do poniedziałku mam wolne, albo pracuję poniedziałek, wtorek, czwartek, a byczę się w środy i od piątku do niedzieli. I ten system pracy nazwałem mikro-emeryturą. Czy potrafisz go powtórzyć? Jak to zrobić?

Sposób 1. Praca na część etatu lub na godziny. 1/2 etatu to 20 godzin tygodniowo. Da się je ogarnąć w 2-3 dni. Potem mamy 4 dni wolnego. Podobnie na zleceniu. Możemy intensywnie działać całą dobę (24 godzinny dyżur), a w pozostałym czasie – odpoczywać.

Sposób 2. Praca w nietypowych godzinach. Znam miejsca, gdzie pracuje się „na nocki”, w systemie 24/48 (24 godziny ciągłej pracy, potem 48 godzin wolnego) lub 12/24 (dwanaście godzin w pracy, żeby zasłużyć na 24 godziny luzu). Tam da się wyrobić pełny etat w dwa dni ciągłej pracy (24+24=48), albo trzy dni (24 + dwie „dwunastki”). Rozmawiałem z gościem, który pracuje w Norwegii 2 tygodnie, a 2 siedzi w domu.

Sposób 3. Własna firma lub freelance. W takich warunkach nikt nie stoi nad nami z batem. Sami jesteśmy pracownikiem, kierownikiem a często i księgową, kadrowcem, zaopatrzeniowcem, kierowcą i panią od BHP. Ale są też plusy. Nikt nie może zmusić nas do pracy. Robi to wizja głodu i niezapłaconych rachunków (częściej) lub wyjątkowy napęd wewnętrzny (rzadziej). Umiejmy docenić zalety. Damy radę wziąć większe zlecenie na kwartał zapierdolu i bimbać sobie przez następny. Obijać się dwa tygodnie, a potem kolejne dwa pracować jak szaleni po 16 godzin na dobę. Nadrabiać zaległości całego miesiąca luzu, przez kolejne 2. Tak właśnie działa mój brat, któremu zazdrości większość znanych mi korposzczurów, ponieważ albo zapieprza jak głupi albo odpoczywa w miłym miejscu. Tylko w pierwszym półroczu tego roku był na Malcie, w Grecji, w Belgii, w Maroku (po tygodniu) oraz 3 tygodnie we Włoszech. Nieźle – 50 dni wolnego na półrocze. Druga strona – działalność wysokomarżowa i wykonywana osobiście, oraz często-gęsto 16-20 godzinne sesje pracy pod presja lub krótkie kilkugodzinne okno na poprawne wprowadzenie 20 obszernych dokumentów do systemu. Na pewno – nie dla wszystkich. Nie trzeba koniecznie działać głową – można rękami (rzemieślnik).

Sposób 4. Odpowiedni zawód. Odpowiedni, czyli taki, w którym da się brać 2-3 dni wolnego w tygodniu, albo na zdalnej nikt nas szczegółowo nie kontroluje. Ja taki mam. Podobnie nauczyciele, nauczyciele akademiccy, lekarze itp.

Generalnie chodzi o to, żeby pracować 2-3 a max. 4 dni w tygodniu.

Na koniec – co robić z wolnym czasem? Załóżmy, nie pragniemy emerytury w wersji mikro spędzonej przed telewizorem albo z konsolą do gier. Idziemy raczej w kierunku wypoczynku. A to oznacza: citybreaki (krótkie wyjazdy do interesujących miast), naturebreaki (podobnie, tylko w głuszę), długie weekendy turystyczne lub aktywności na miejscu (rower, kajaki, konie, ogród itp.). Może kupimy sobie działkę, może mieszkanie w fajnej lokalizacji. Generalnie, podobnie jak w czasie wakacji, mini-emerytur – potrzebujemy pieniędzy. Podróże kosztują, drugi dom też, stąd rozwiązanie da się dopasować do osób z nieco grubszym portfelem (nawet w wersji budżetowej: pociąg/tanie linie, namiot/hostel i lokalne żarcie).

Chcecie spróbować mikro-emerytur?

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zaplanuj drogę powrotu.

Bartek zwrócił uwagę, że czasami kierat nie taki straszny. Istnieją gorsze rzeczy, takie jak:

  1. Bieda.
  2. Samotność.
  3. Depresja.

Ponieważ ucieczka z kieratu nie każdemu się udaje. Zawodzi nawet plan B. Jeden z bohaterów książki Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” opisał własne doświadczenie. Ciężki rozwód i samotna ucieczka z Warszawy na Podlasie, daleko do dzieci, daleko do klientów, daleko do … wszystkiego. Trzeba więc dojechać. Godziny spędzane w samochodzie, powroty żeby się przespać. I ogromna samotność, która doprowadziła do załamania psychicznego (halucynacji). Wtedy szybki powrót bliżej miasta. Nieplanowany.

Podobnie mają rozwodnicy. Potrafią wrócić do swojego porzuconego (lub porzucającego) małżonka. Bo lepsze znane zło niż nieznane.

Da się ponownie urządzić w mieście (i w innym miejscu, o którym wspomniał Stefan Kisielewski), wrócić do korpo, z podróży kamperem dookoła świata. Tylko trzeba wszystko dobrze zaplanować.

Stąd pomysł na plan powrotu. Jeżeli nie wypali. Złożymy CV tu i tam, coś przecież potrafimy. Wynajmiemy (a nawet kupimy mieszkanie). Policz. Zanim rzucisz kierat, dobrze skalkuluj – czy stać Cię na come back i na jakich warunkach. Jeśli na niezłych, niewiele ryzykujesz.

Moja nauka jazdy hybrydą. Jak oszczędzać paliwo.

Kiedy kupowałem Hyundaia Ioniqa w hybrydzie, miałem na myśli jazdę pozamiejską. Tymczasem zaczynam osiągać trójkę z przodu (czyli zużycie poniżej 4l/100 km) także w mieście.

Tak, ten wóz potrafi oszczędzać paliwo także poza trasami szybkiego ruchu. Wszystkiego jednak trzeba się nauczyć.

Zasada 1. Lubi ciepło.

Czy mówimy o 20 st. C na zewnątrz czy nagrzanym silniku, hybrydy lubią ciepło. Wtedy silnik elektryczny włącza się znacznie wcześniej.

Zasada 2. Rozpędzanie a potem odpuszczanie gazu.

Technika, nazwana żeglowaniem, robi robotę. Dzięki temu wprawdzie rozpędzając się zużywamy sporo paliwa, ale potem już jedzie na silniku elektrycznym.

Zasada 3. Chcąc wymusił wyłączenie motoru spalinowego – zdejmij nogę z gazu.

Zdjęcie nogi z gazu na 2-3 sekundy powoduje odpięcie spalinówki i jej wyłącznie. A wtedy – oszczędzanie wchodzi w inną fazę.

Zasada 4. Stała prędkość.

Mój rekord w przejechaniu najdłuższego odcinka bez wypuszczania spalin? Tunel na s2 pod Ursynowem + wjazd do niego. 2.5 km. Wszyscy, z uwagi na odcinkowy pomiar prędkości, jadą tam 80 km/h. Podobne wyniki da się osiągnąć na zwykłej ulicy bez przejść dla pieszych i gdy światła ułożą się w zieloną falę.

Zasada 5. Im więcej rozpędzania, tym więcej pali.

Czerwone światła znacznie pogarszają wynik. Trzeba się zatrzymać i ruszyć. Na silniku benzynowym, co jasne. No i zaraz z 3.6 l/100 km robi się 5 l/100 km. Staraj się rozpędzać jak najrzadziej.

Zasada 6. Akumulator ładuje zdjęcie nogi z gazu.

Hamowanie pedałem i silnikiem (zdjęcie nogi z gazu) wywołuje efekt w postaci ładowania akumulatora. Stąd – trudno go wyczerpać do poziomu, w którym zabranie kresek na wskaźniku akumulatora trakcyjnego.

Zasada 7. Optymalna prędkość? Przepisowa.

Prosta sprawa 50-80 km na godzinę daje najlepsze efekty,

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zorganizuj „fundusz awaryjny”.

Wiesz czego przede wszystkim będziesz potrzebował uciekając z kieratu (niezależnie czym on dla Ciebie jest)? Pieniędzy. Temu ma służyć fundusz awaryjny. Na dobre urządzenie sobie życia, na poukładanie pewnych spraw lub na powrót.

Klasyczny fundusz awaryjny wynosi równowartość 6-miesięcznych wydatków. I warto go mieć. Natomiast uciekając z kieratu warto stworzyć sobie „fundusz awaryjny ekstra”. Dlaczego? Np. żeby nie musieć korzystać z pomocy społecznej.

I pojawia się pierwsze pytanie. Dlaczego?

Otóż, gdy sprawy zaczną iść źle, potrzebujemy czasu na wdrożenie planu B. Często pozbawiając się dochodów, albo kasując oszczędności (pamiętasz remont z poprzedniego wpisu?). I wtedy te 6 miesięcy wydatków (zwykle 20-30 tys. zł), okazuje się śmiesznie małą kwotą.

Pytanie nr 2. Czyli ile?

I tutaj nie udzielę precyzyjnej odpowiedzi. Ponieważ każdy plan B, a potem C i D wymagają innej ilości kasy. Nasze „Bieszczady” mogą okazać się droższe niż myśleliśmy. No i czasem do nowej działalności trzeba dokładać przez rok.

Ale postaram się pomóc.

Założenie knajpy. Modne i częste. Bankrutowali na tym znani aktorzy. Znam boiskowego zabijakę, który umoczył na … lodziarni. Kilkaset tysięcy (połowę mniej, jeżeli kupiliśmy foodtrucka).

Kraftowy browar ok. 60-tki. Miliony. Albo i wolność, o ile przyjaciele nie poręczą.

Ucieczka na wieś (musiałem!). Dodatkowy rok życia. Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Więcej jeśli planujemy zwierzęta.

Inna działalność gospodarcza. Koszty jej funkcjonowania (i naszej rodziny) przez rok.

Popatrzcie jak z 6 miesięcy wydatków robią się astronomiczne kwoty. Może kierat nie był taki zły?

Oszczędność, ryzyko czy bieda? Dlaczego warto inwestować.

Popatrzmy na „przeciętnego Polaka” czyli osobę zarabiającą średnią krajową (ok. 6000 zł na rękę). Jeżeli chce skończyć jako zamożny człowiek ma kilka wyjść:

  1. Znacznie ograniczyć wydatki (i potrzeby) – żyjąc za 70% pensji. Odłoży wtedy 1800 zł, co przez 30 lat da mu 1, 264 mln zł (bez podatku – 1,504 mln zł), jeżeli zainwestuje na 5% (nieryzykownie). To jest w właśnie tytułowa oszczędność.
  2. Podjąć ryzyko i odkładając 15% pensji (900 zł), próbować osiągnąć stopę zwrotu 10%. Zyska wtedy 1,531 mln zł (unikając podatków nawet 2,279 mln zł).
  3. Działać jak prawie wszyscy w klasie niższej, mówiąc, że nie stać go na oszczędzanie. I mieć równe 0.
  4. Być typowym przedstawicielem klasy średniej (oszczędności 10% pensji, zwrot 5%) i dojść do 421 tys. zł (bez podatku 500 tys. zł).

Co różni każdy z tych scenariuszy? Podejście do ryzyka. Wszyscy poza znajdującym się na poz. 2, wymagają gwarancji. Jeżeli dodatkowo nie umieją oszczędzać (jak poz. 2) – czeka ich bieda. Chyba, że? … zaryzykują i:

  1. zmienią pracę na lepszą, wraz z nią swoje zarobki,
  2. wyjdą ze strefy komfortu – dorabiając,
  3. wygrają w Lotto (a jeszcze lepiej w EuroMillions), bogato się ożenią, ukradną, kupią mieszkanie za 1/10 wartości, pójdą skutecznie w politykę.

Gdyby zaś nie podjęli żadnego ryzyka, ani nie nauczyli się oszczędzać, czeka ich bieda. I warto sobie tę prawdę uświadomić.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Napisz plan B.

Plan B, zwany inaczej awaryjnym, pokazuje nam jak mamy zadziałać, gdy plan podstawowy (A) nie wypali. Wielu z nas, analizujących na maksa, lubi go mieć. Ja także. Czasem nawet plan C i plan D. Teraz czas pokazać, jak to działa w praktyce i omijam temat przeprowadzki na wieś (dzięki, Bartku) – teraz są kamper i Bieszczady.

Planujesz odejść z pracy, żeby zwiedzać świat kamperem.

Ostatnio czytałem taki wpis – ludzie ok. 40-tki, sprzedali dom, firmę, kupili kampera i wyruszyli w świat. Spełniali marzenia. Planowali żyć z odsetek. Co złego może się stać? Wszystko.

Rząd może w czasie pandemii zabronić kamperowania. Plan B – mieć jednak stałą miejscówkę w której się zaszyjemy na jakiś czas.

Niska inflacja (lub przeciwnie wysoka przy kiepskiej lokacie) zje nam realną wartość otrzymywanych środków. Plan B – pójść do pracy dorywczej w sezonie. Plan C (tym razem robię wyjątek) – nauczyć się inwestowania i zerwać z lokatami.

Choroba. Nie wybiera. Trzeba mieć ubezpieczenie zdrowotne i dostęp do szpitala. Plan B – wracamy do kraju i podejmujemy jakieś zajęcie (albo kupujemy hektar przeliczeniowy pola i płacimy KRUS).

Chcesz rzucić żonę, związać się z 20-latką, i zamieszkać w Bieszczadach, prowadząc mikro-stadninę.

Zdziwię Was, wielu facetów głupi plan wprowadza w życie i … pewnemu procentowi udaje się tak żyć. Ale reszcie nie. I oni muszą mieć plan B.

Znudzą nam się Bieszczady. Plan B – sprzedać stadninę, kupić coś bliżej miasta (akurat w Bieszczadach działki drogie, powinno być wykonalne).

20-latka zapragnie gromadki dzieci, a my pięćdziesięciolatkowie – niekoniecznie. Plan B – znaleźć sobie kolejną dwudziestolatkę (nie namawiam, ale niektórym się powiodło, tylko za chwilę druga dwudziestolatka znowu chce mieć dzieci i… tak do emerytury).

Złamiemy nogę (autentyczna historia pewnego właściciela stadniny, w poprzednim życiu męża pięćdziesięciolatki, a dwa życia wstecz – kierownika w korpo). Plan B – zagonić 20-latkę do rąbania drewna (autentyczne i możliwe, bo nikt nie chce marznąć w zimie).

Dom wymaga poważnego remontu. Plan B? Modlić się o śmierć bogatej ciotki (znowu autentyczna historia), albo zacisnąć zęby i zrobić remont samemu albo wrócić na rok na etat.

Całkowita zmiana zawodu – ze stomatologa, właściciel sklepu internetowego.

Znam takich, którzy zawód wybrali według oczekiwań rodziców. Czyli triada: lekarz, prawnik, dentysta. No i nagle okazuje się, że po 40-tce zaglądanie ludziom w zęby, brzuchy czy umowy frankowe, potwornie nudzi. Dlaczego nie spróbować sklepu internetowego z rękodziełem?

Rząd wprowadza nowe podatki. Plan B – założyć spółkę na CIT.

Społeczeństwo ubożeje i nie kupuje już ręcznie robionych zakładek do książek ze skóry krokodyla. Plan B – handlować używaną odzieżą lub sprzedawać chleb.

Weszła mocna zachodnia konkurencja. Plan B – sprzedać jej sklep i … stworzyć coś nowego.

A teraz moje własne plany B, C, D, po odejściu z drugiego etatu.

Cel – zarobić dodatkowo 5 tys. zł netto, pracując jak najmniej.

Plan B – wziąć więcej zleceń w firmie na boku (udało się, dalszych nie wdrażałem).

Plan C – założyć fundację, która stoi po drugiej stronie.

Plan D – pozwać byłego pracodawcę o odszkodowanie i mieć czas na zastanowienie. A co, Ameryka.

Plan E – kupić szambiarkę i ….resztę już znacie.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Załóż własną firmę na boku.

Gdybym miał napisać tylko jeden sposób na wyjście z kieratu, piekielnego kołowrotka:

-5 dni pracy 7-20- weekend,

– 11 miesięcy pracy -2 tygodnie urlopu,

-42 lata pracy -5 lat emerytury,

napisałbym właśnie: załóż własną firmę. Najpierw na boku, potem może zrób z niej podstawowe źródło utrzymania. Dlaczego?

Po pierwsze – sam wybierasz: godziny pracy, klientów, określasz stawki. Ważne, diablo ważne. Nie prosisz nikogo o pracę zdalną, work life-balance.

Po drugie – masz większe dochody. Badania GUS pokazują – przeciętny właściciel firmy zarabia lepiej niż pracownik.

Po trzecie – w konsekwencji – znacznie szybciej budujesz majątek. Wyobraź sobie scenariusz, którego sam doświadczyłem 15 lat temu. 2700 zł netto na etacie i po roku 8100 zł we własnej firmie (przy czym obie 170 godzin). A teraz? Takie same zarobki w 30 godzin, jak wcześniej w 90-100. Przejdźmy do średniaka. Zarabia 6000 zł netto. Oszczędza 10% czyli 600 zł. Gdyby w firmie zarobił dodatkowe 2000 zł (20 godzin pracy miesięcznie – 2 weekendy) i odłożył je, nagle ma ok. 2600 zł/m-c. Oszczędności wzrosły ponad 300%.

Po czwarte – uczysz się. Umiejętności cennych na rynku i samodzielności. Oraz myślenia. Zwiększasz własną wartość.

Po piąte – zyskujesz zabezpieczenie. Wiem, bo ćwiczyłem jakie to ważne. Te dodatkowe 2000 zł oszczędności na miesiąc i szansa na rozwinięcie bazy dochodów, gdy etat nie wypali. Ważna sprawa.

Dlatego, niezależnie czym jest Twój kierat, własna firma, założona z głową, da ci zdolność do zmiany.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Opisz wydatki i dochody

Kiedy uciekamy z kieratu po ustaleniu naszych aktywów i pasywów trzeba jeszcze określić dochody i wydatki. Oszczędności oszczędnościami, ale przeciętne mogą szybko się skończyć, a ogromne niewiele osób posiada. Ponownie wracamy do naszych scenariuszy.

Ucieczka z korpo na wieś pod Siedlce.

Pamiętacie założenia: pieniądze ze mieszkania pójdą na zakup i remont gospodarstwa, auto zmieniamy na bardziej praktyczne, plus dysponujemy 100 tys. zł oszczędności. W pierwszej fazie, której nie przedstawiam, nadal pracujemy w korpo i kończymy studia rolnicze, a szwagier szuka nam ziemi.

Faza druga wymaga właśnie opisania wydatków i dochodów. Zacznijmy od tych pierwszych. Rodzina mieszkająca w mieście, wciśnięta w korpohabitus ma tendencje do:

  • egzotycznych wakacji,
  • markowych ciuchów,
  • jedzenia na mieście,
  • płatnej edukacji i służby zdrowia,
  • długiej listy rozrywek.

Powiedzmy sobie szczerze – wiejski budżet ich nie udźwignie. Zostanie minimum dla 2+1, o którym wiele pisałem:

Jedzenie+chemia+kosmetyki- 1500 zł, dom 800 zł, auto 700 zł, nauka 500 zł, wydatki własne (ubrania, fryzjer, drobne przyjemności, prezenty i tzw. kieszonkowe) 1500 zł. Razem:5000 zł.

W budżecie nie ma kosztów prowadzenia gospodarstwa rolnego – wybaczcie, ale na tym się nie znam. Tylko wydatki rodzinne.

I teraz te 5000 zł trzeba jakoś zarobić, bo wydatki muszą być niższe niż dochody.

Najpierw – świadczenia państwowe: 1000 zł (800+, wyprawka, świadczenia rodzinne). Zostaje 4000 zł/m-c. I tu wchodzi temat, który męczyłem kilka razy: Z czego żyć na wsi? Albo praca na miejscu, albo zdalna, albo dorywcza, albo jakiś biznes. Teoretycznie gospodarstwo przynosi ok. 5500 zł (GUS)/ha przeliczeniowy/rok. Żeby uzyskać 48.000 zł trzeba mieć ok. 9 ha przeliczeniowych. Na dobrej ziemi – 6 ha fizyczne wystarczą. Nie każdy jednak chce żyć z ziemi.

Pewną siatkę bezpieczeństwa stanowi 100 tys. zł oszczędności, ale nie starczą na wiele. Stąd stronę dochodową trzeba dobrze przemyśleć. W moim przypadku te 4000 zł zarobiłbym z wynajmu lub sprzedaży domu w mieście, wiem że nie każdy ma taką szansę.

A inna wersja? Kupujemy tylko siedlisko i zakładamy firmę na miejscu. Wtedy wydatki zostaną te same, a dochody z firmy pokryją koszty życia. Przy czym całe oszczędności pójdą pewnie na rozruch firmy.

Partner doskonały.

Rozwód stanowi nie tylko traumę, ale katastrofę ekonomiczną. Dla obojga – bo zostaje jeden dochód i połowa majątku. Dla kobiety – gdyż zostaje jej 30% dochodu i 70% dotychczasowych wydatków. No chyba, że dostanie alimenty. Dla mężczyzny – cóż on zwykle traci najwięcej: zostaje mu 70% łącznego dochodu, ale wydatki nawet rosną. Przyczyna? Alimenty. W Polsce 1000 zł/dziecko to minimum (w Warszawie 1500 zł), a znam facetów, którzy płacą 2000 zł/dziecko, 3000 zł/dziecko a nawet 7000 zł/dziecko. Przeciętny korpolud z pensją 10k netto, tracąc mieszkanie (dostanie je żona), przy dwójce dzieci dostanie 4k alimentów, plus zapłaci 3,5k za kawalerkę. Na resztę zostanie mu 2,5 tys. zł. Słabo.

Stąd tak wielu rozwodników dorabia. Szczęśliwcy trafią na drugą połówkę i … chyba na ten scenariusz każdy liczy. Niemniej jednak obliczenia trzeba zrobić. Zawsze indywidualnie i raczej zawyżając wydatki i zaniżając dochody. Żeby nie spotkać się z murem.