Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
maj 2025 – Oszczędny Milioner

Różnica w wyborze. Co robić?

W kwietniu rozmawiałem z moją koleżanką z pracy. Znamy się 25 lat, a ona dodatkowo widzi moje dochody. Stąd rozmowa – bez tajemnic. O dorosłych dzieciach i naszych wyborach.

Wybór 1. Liczba dzieci i co im zapewnimy.

Ona ma 1, ja 3. Już w tym punkcie wydawałoby się – dramatyczna różnica. Ale skupmy się na podobieństwach. Swoim najstarszym studentom (ona – jedynej córce) planowaliśmy kupić mieszkanie we Wrocławiu. Czyli oboje kupujemy 1 lokal wrocławski – za gotówkę, dodam.

Wybór 2. Dzielnica, typ, cena.

Ona wybrała skraj Wrocławia. 5,5 km od Rynku – 30 minut autem i komunikacją miejską w szczycie do rynku. Ja bliżej – 3.1 km od Rynku – 17-20 minut autem tramwajem w identycznych warunkach.

Ona – nowy budynek – 521 tys. zł za 37 m2. Ja PRL-owski blok 460 tys. zł za 45 m2. Ona – salon z aneksem i sypialnię. Ja dwie małe sypialnie, salon (przejściowy) i oddzielną kuchnię.

U niej trzeba jeszcze włożyć 70k w wykończenie, co da w sumie 591 tys. zł. W naszym „od biedy” da się mieszkać, a odświeżenie (podłogi, drzwi, łazienka, kuchnia) będą kosztować może 50 tys. zł. U niej – miejsce parkingowe+piwnica za 80k, u mnie parking wewnątrz bloku. Razem od 671 tys. zł kontra 460/510 tys. zł.

Różnica 1.Dojazd.

O czasie już była mowa. Ale jeszcze o kasie. 2.4 km (tyle wychodzi piechotą) da się od biedy pokonać (zwłaszcza, gdy mamy 20 lat) w 25 minut szybkiego marszu. Ale 5.3 km to już godzina i mało kto podejmie decyzję „idę”.

Różnica pomiędzy tramwajem a „piechotą” wynosi 110 zł/os/m-c.

Jeżeli pojedziemy autem, jeszcze więcej. Sam abonament parkingowy to 400 zł/m-c. Do tego paliwo – 100 zł. Do tego 150 zł za garaż. Razem 650 zł różnicy.

Jeżeli mamy w domu 2 auta, w nowym bloku potrzebujemy ok. 1300 zł (plus 160k na miejsca parkingowe). Dostrzegacie różnicę?

Różnica 2. Cena zakupu.

Jak widać wyżej będzie to 671 tys. zł kontra 510 tys. zł. Ile to jest?

  • 1200 zł raty kredytu miesięcznie przez 30 lat,
  • 1066zł odsetek (8%), gdy wybieramy gotówkę.

Różnica 3. Koszty utrzymania.

Te powinny wyjść na korzyść „apartamentowca”. Raz – 37 m2 kontra 45 m2. Dwa – tańsze ogrzewanie i opłaty. W sumie oceniam na 1200 zł kontra 1600 zł. Różnica 400 zł.

Różnica 4. Jakość życia.

Niewymierna. Tu mamy nowy dom, tam używany (chociaż odświeżony). Tu 37 m2 i dwa pokoje z aneksem, tam trzy plus kuchnia.

Nowy to też inni sąsiedzi, ale i niewielkie odległości od okien sąsiada i mikre balkony. W nowym nie ma też zieleni, całej infrastruktury itp.

Bilans. Finansowy? Prawie 2000 zł na korzyść starego (1066 zł odsetki, 1300 zł zaoszczędzone na dwóch autach, minus 400 zł opłat). Kupa forsy. Za to da się kupić kolejne mieszkanie pod wynajem i dokładając taką sumę mieć dwa. 2k da się też odłożyć na emeryturę. Stąd wybrałem używane. Natomiast wielu skusi się na „deweloperski beton” zamiast „PRL-owskiej cegły z lat 60-tych XXw. Zwłaszcza jeśli płacą rodzice.

Czy da się dzisiaj kupić dach nad głową za gotówkę?

Odpowiadając jednym słowem: tak. Teraz czas na rozwinięcie myśli.

Wiele lat temu, życie było prostsze. Młodzi nie mieli tylu pokus i siłą rzeczy cieszyli się z drobiazgów. Żeby nie było, nie tęsknię do starych czasów, opisuję rzeczywistość. Dla niektórych smutną. Radość, gdy w pierwszym mieszkaniu przyklejaliśmy tapetę na lamperię, gdy wymienialiśmy nieszczelne okna na „plastiki”, kupiliśmy pierwszy nowy telewizor, wielu może się wydać wręcz żenująco słaba. Bo z czego tu się było cieszyć? Dzisiaj, kiedy na nabywców czekają nowe lokale, w sklepie dekoratorzy wnętrz, tamte lata opiszemy często jako przaśne.

A jednak pozostaje pewien fakt. Po 5 latach wynajmu (czynsz równał się 50% pensji żony) kupiliśmy tamto mieszkanie – dwa pokoje (duże) w kamienicy za 90 tys. zł (moje ówczesne 40 pensji), poświęcając inwestycję za kasę na wesele i dokładając oszczędności z kasy mieszkaniowej. Dało się to zrobić bez zaciągania kredytu.

Czy teraz można powtórzyć tę drogę? Powiedzmy sobie uczciwie: nie 1 do 1. Dzisiaj takie mieszkanie kosztuje ok. 650 tys. zł. Gdyby odkładać nawet połowę (tyle dostaliśmy za działkę) musimy przeprowadzić rachunek:

325 tys. zł/5 lat = 65 tys. zł/rok. Para „młodziaków” zostałaby zmuszona do odkładania 5,5 tys. zł/m-c. Praktycznie nierealne. Co więc da się zrobić?

Otóż, zmienić wybór. Albo zmniejszyć powierzchnię, albo wybrać gorszą dzielnicę, albo całkiem wynieść się z miasta. Widziałem sporo siedlisk po 200 tys. zł, w odległości ok. 30-50 km od przyzwoitej pracy. A 200 tys. zł podzielone przez 5 lat, przy rezygnacji z wesela (dzisiaj 100 tys. zł, wtedy 10 razy mniej) oznacza 20 tys. zł/rok. Plus, jak w naszym przypadku, dalszych kilka lat z doprowadzaniem do porządku. I to już jest realne. Wymaga jednak niestandardowego wyboru i … przekonania najbliższych. Bo wesele, weselem, ale chyba lepiej mieć dach nad głową.

Czy stać Cię na tradycyjny ślub?

W ludowej optyce, maj był jednym z najgorszych miesięcy na ślub (poza listopadem, kojarzonym ze śmiercią). Opowiadało o tym przysłowie „Marcowe stadło, diabłu pocieradło”. Niemniej jednak właśnie w maju, poruszam temat, dość kontrowersyjny, ale i chyba praktyczny.

Na kilku forach spotkałem się z opinią „nie stać mnie na ślub”. No i zacząłem analizy.

Generalnie widzę zmianę mentalności. O ile jeszcze 20 lat temu standard stanowiła biała sukienka, kościół oraz wesele na 100 osób, co nazywam tytułowym tradycyjnym ślubem, o tyle dzisiaj zaczyna mocno zaznaczać się inny trend – ślub w urzędzie plus obiad dla rodziny. Powody? Zmiany obyczajowe i ceny.

Najpierw przeżyłem odejście od wesel wielodniowych. Potem odwrót od ślubów kościelnych (w dużych miastach stanowią one mniej niż połowę związków). Teraz odpuszczono sobie także wesela, nie widząc w nich wielu plusów. To są właśnie zmiany obyczajów – kiedyś nie do pomyślenia. Trzeba się było zadłużyć, zacisnąć zęby, a impreza miała być.

Dzisiaj, gdy stuosobowe wesele kosztuje 150-160 tys. zł (sam talerzyk czyli miejsce przy stole i jedzenie ok. 500 zł/os.), wielu zastanawia się nad sensem wydania na jedną noc równowartości wkładu własnego na mieszkanie, a czasem miejscach nawet połowy ceny dwupokojowego mieszkania. Kiedyś było jednak relatywnie taniej. Dlaczego?

Najpierw weszły restauracje, które obecnie wywindowały ceny. Potem szereg nowych elementów – profesjonalny film zamiast wujka z kamerą, foto budki, atrakcje, prezenty dla gości, miejsca hotelowe, identyczne stroje dla druhen, wieczór panieński, wieczór kawalerski oraz cała oprawa, diablo dzisiaj droga. W zasadzie tylko wódka (w relacji do zarobków) potaniała. Jednak w wielu wypadkach zastąpiły ją słabsze trunki. I dochodzimy do tych 150 tys. zł. Czy się opłaca? Nie. Czy warto? Osobiście, nie sądzę, ale o odejściu od zwyczaju nie można myśleć w tradycyjnych społecznościach. Moi przyjaciele górale nie wyobrażają sobie ślubu bez kościoła i wesela. Ja ze spokojem przyjąłem deklarację moich dzieci, że najpierw wspólne zamieszkanie, potem skromny ślub i obiad dla najbliższej rodziny. Czasy się zmieniają. Jaki jest sens puszczania 150k w jedną noc, a następnie spłacanie rat za mieszkanie? Żaden. A wielu po prostu na to nie stać (ani na wesele, ani na własne M). Stąd odpowiedź na tytułowe pytanie coraz częściej bywa negatywna.

Z czego będę żył, gdy przeprowadzę się na wieś?

Odpowiedź wydaje się prosta – z drugiego etatu (24 godziny/tydzień, a licząc z urlopami 20 godzin/tydzień) i działalności gospodarczej (10 godzin/tydzień). Ale nie tylko.

Część przychodów zapewni mi kapitał. Sprzedam działkę w górach, dom w mieście, zgarnę oszczędności, i potrafię z tej kwoty wycisnąć pewnie jeszcze 8-10.000 zł/miesiąc. Ewentualnie – kupię pensjonat w górach i będę go prowadził w trakcie sezonu.

To nie wszystko, trochę pójdę w rolnictwo, a w zasadzie ogrodnictwo. Mam kilka pomysłów.

Razem zbierze się kwotę znacznie straconego etatu przy niewspółmiernie niskim nakładzie pracy.

A jak to się ma do przeciętnego człowieka? O tym będzie oddzielny wpis.

7 tygodni wolnego rocznie.

Dzisiaj wracam do tematu mojej rzuconej pracy i czasu, który dzięki temu odzyskałem.

Punkt wyjścia – poniedziałek i piątek w każdym tygodniu tj. 8,5 dnia w miesiącu. Pomniejszone o urlop i dni ustawowe (przerywany telefonami i mailami, ale mniejsza) 7 dni/m-c.

A w firmie? Średnio 5 dni/m-c rzeczywistej pracy. I to lżejszej. Bo wyszło tak:

  • marzec 31 godziny kontra 56 godziny,
  • kwiecień 26 godzin kontra 56 godzin.

Teraz dodaję czas dojazdu/dojścia. 8 godzin kontra 10.

Nawet biorąc pod uwagę te 5/7 dni wychodzi średnio 31 godzin różnicy. Przy standardowej pracy – ponad 3 pełne dniówki robocze (celowo zaniżam, zaokrąglając w dół i pomijając pracę w dni teoretycznie wolne).

I tak dochodzimy do sedna 3 dniówki miesięcznie = 36 dniówek rocznie, co podzielone przez roboczy tydzień (5 dni), daje 7 tygodni wolnego rocznie. Tyle zyskałem. Dodam przy tym, że zarobki wyszły znacznie lepiej – jestem +10-100% na plusie. A, i nie policzyłem tym razem zbierania się do pracy i dekompresji po niej.

Jak pracowano w XIX w. Zimny prysznic dla Matczaka i Mentzena.

Obaj tytułowi panowie mają proste antidotum na biedę – ciężką pracę po 16 godzin na dobę (w przypadku Mentzena za śmieszne pieniądze). Oczywiście, wszystko co proste, nie działa. A że nie działa, to wiemy, wystarczy cofnąć się do XIX w.

Tamto stulecie charakteryzowało się tzw. dzikim kapitalizmem. Nie istniały żadne normy oficjalne, ochrona pracownika itp. Hulaj dusza, piekła nie ma. Wąska grupa posiadaczy (ziemskich, fabrycznych) robiła co chciała, przy wtórze wszelkich religii (od judaizmu przez katolicyzm do protestantów). Efekty? Nie tylko ogromna śmiertelność i krótkie życia, do tego bieda, a wreszcie przygotowanie zarzewia pod… komunizm w wydaniu rosyjskim. Dobrowolne zmiany (USA, W. Brytania) pozwalały uniknąć najgorszego. Tereny obecnej Polski, traktowano jak kolonie (a pan, chłopów, jak właściciel plantacji czarnych na południu USA). W takim Żyrardowie, mniejszym odprysku łódzkiej Ziemi Obiecanej tydzień pracy trwał najpierw 77, a potem 66 godzin. I te 66 godzin (tj. 6 dni w tygodniu po 11 godzin) traktowano jak wielką ulgę. 10-12 latek pracował przy taśmie. Wyobrażacie to sobie? Jedenastogodzinny dzień pracy, a gdy ktoś się nie sprawdzi, zachoruje, zestarzeje, to fora ze dwora. Emerytur nie było.

Pamiętacie scenę z filmu, rozmowę Bucholca z von Hornem? Tak, do takiego świata chcą nas przywrócić Mentzen z Matczakiem. Tam nie ma miejsca dla mniej przedsiębiorczych czy zwyczajnie słabszych (głupszych). Liczy się siła, zdrowie i wynik. To dlatego próbuje się wybić zęby (mleczaki) inspekcji pracy, związkom zawodowym (koncesjonowana Solidarność komentująca czterodniowy tydzień pracy parsknięciem „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”, pełniąca rolę OPZZ za Jaruzelskiego), Radzie Dialogu Społecznego (istnieje na papierze). Co pozostanie? „Miska ryżu”, bezpłatne nadgodziny, pozorność dostępnej opieki lekarskiej. Teraz 5 godzin to czekasz na SOR-ze, płacąc 20 tys. składki zdrowotnej, większość chorób leczy się prywatnie, ponieważ nikt, w sytuacji zagrożenia np. zawałem nie będzie wpisywał się na listę do kardiologa z terminem za 3 miesiące .

Czas dojazdu 30 km ze wsi do miasta.

Z mojej wsi do miasta prowadzi kilka dróg. Dobra opcja na wypadek śniegów, gdy jedną zawieje, zawsze zostaje druga. Najgorszy odcinek mam przy domu (300 m szutrówki), potem zaczyna się szosa – powiatowa, wojewódzka, a nawet krajowa. Jednak nie o drogach miało być, a o czasie dojazdu.

Od pewnego czasu robię próby, ile potrzeba na dojazd z punktu A (mój dom na wsi) do punkt B (centrum miasta), które dzieli równo 30 km. Wyznaczam sobie też kamienie milowe na najlepszej trasie, o nich właśnie napisze dwa słowa.

Trasa nr 1. Prowadzi w znacznej części drogą wojewódzką- 31 km.

Odcinek 1. Spod garażu do szosy – 2 minuty. Wliczam w to otwieranie i zamykanie bramy (trzeba wysiąść z auta, za jakiś czas zamontuję siłowniki).

Odcinek 2. Spod garażu do stacji kolejowej – 5 minut. Dystans niecałe 3 km.

Odcinek 3. Pierwsze 10 km – 10 minut.

Odcinek 4. Dom – spotkanie z alternatywną trasą (15 km) – 16 minut (o ile akurat nie czekam na przejeździe kolejowym).

Odcinek 5. Pierwsze 20 km (węzeł obwodnicy) – 21 minut.

Odcinek 6. Dom- granice administracyjne miasta (ok. 23 km) – 24 minuty.

Całość najkrótszą trasą (31 km) – 34 minuty (bez korków).

Trasa 2. Bocznymi drogami 30 km.

Piękna widokowo, gorsza jakościowo. Jeździłem nią w weekendy, zanim nie zbudowali obwodnicy jednego z miasteczek, teraz nie ma sensu. Czas przejazdu 40 minut.

Trasa 3. Dawną 17-tką 35 km.

Też bez sensu. Daleko i wolno – 45 minut. Do miasta wjeżdżam ruchliwą i zakorkowaną częścią.

Trasa 4. Obecna S17 40 km.

Wprawdzie jest najdłuższa, ale w zimie najpewniejsza. 10 km do węzła ekspresówki, a potem wjeżdżam do samego centrum. Poza pierwszym kilometrem (w tym 300 m drogi szutrowej), odśnieżana regularnie (dojazd do dwóch sporych zakładów przemysłu spożywczego). Jeśli jadę normalnie 35 minut. Gdy goniłem raz na złamanie karku -30 minut, a więc potencjalnie najszybciej. Do tego szeroko. Jednak korzystam z niej rzadko, tylko w najgorszą pogodę zimą. Nie jest ani ładna, ani bezpieczna (na odcinku 10 km prowadzi w 90% przez obszar zabudowany).

Wnioski. Dojazd ze wsi do miasta zajmuje mi ok. 30-40 minut. Wiadomo, w zimie, po opadach śniegu, może zrobić się 45-50 minut, ale ile mamy dni ze śniegiem na drodze (w przyszłym roku obiecuję policzyć). Dla kogoś, kogo taka odległość przeraża, odpowiem – kiedy do miasta wrócili studenci – odcinek 2 km zaraz po pracy pokonuję w 20 minut. Jadąc na wieś, mijam te korki (pracuję 200m od dawnej, dwupasmowej obwodnicy centrum) stąd liczę ok. 40 minut.

Ile kosztują wakacje? Wyrwać się z korkociągu oczekiwań socjoekonomicznych.

W komentarzu o wiejskim życiu za niewielkie pieniądze, Bartek podniósł temat wakacji, wyjazdów, nart jako warunku dobrostanu dzieci. Obiecałem wtedy wpis o tanich, alternatywnych urlopach i … wypełniam zobowiązanie.

Ile kosztują wakacje 3-osobowej rodziny? Moje ubiegłoroczne w Chorwacji – 7 dni, ok. 12 tys. zł. Tydzień w szczycie sezonu na all inclusive, w Egipcie, Turcji itp. – 7000 zł. Plus doliczmy wydatki na miejscu, jakieś wycieczki i wyjdzie pewnie 9000-10.000 zł. Czy da się taniej? Oczywiście. Aczkolwiek trzeba zrezygnować ze standardu. Ceny dotyczą tygodnia.

Opcja I. Jak u babci na wsi. Nie każdy ma babcię na wsi, ale każdy może skorzystać z wynajmu wiejskiego domku. Cena (w mojej wsi):

  • 1500 zł/tydzień – wynajem wyremontowanej chaty z noclegami dla 8 osób,
  • 100 zł – dojazd własnym autem (tylko paliwo na dystansie 125 km w jedną stronę),
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł atrakcje – lody, basen, wstępy i zwiedzanie.
  • Razem: 3600 zł.

Opcja II. Kemping w górach, blisko jeziora. Bierzemy auto, namiot i jedziemy.

  • 900 zł – miejsce pod namiot z prądem plus auto i 3 osoby,
  • 300 zł – dojazd własnym autem (bo jednak zwyczajnie – dalej),
  • 1500 zł – jedzenie (dodajemy zakupy na plaży),
  • 1000 zł atrakcje – (rejs statkiem, wypożyczenie rowerka wodnego, zwiedzanie),
  • Razem: 3700 zł.

Opcja III. Kemping w lesie, blisko jeziora.

  • 900 zł -miejsce pod namiot z prądem plus auto i 3 osoby,
  • 100 zł – dojazd własnym autem,
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje (wypożyczenie kajaka, rowerka, barek na plaży).
  • Razem: 3000 zł.

Opcja IV. Agroturystyka. Podaję ceny ze sprawdzonej „Chaty nad Ponikiem” koło Bystrzycy Kłodzkiej:

  • 2900 zł – nocleg i wyżywienie (nawet kawa i herbata wliczone w cenę),
  • 500 zł – dojazd własnym autem i jazdy na miejscu (w moim przypadku nawet 700 zł),
  • 300 zł – dokupienie jedzenia na lunch (dla mnie obiadokolacja o 17 trochę za późno),
  • 1000 zł – atrakcje (wstępy),
  • rozmowy z właścicielem panem Waldkiem – gratis,
  • Razem: 4700 zł.

Opcja V. Własny domek na działce. Tutaj koszty przeliczyłem z całego roku (obliczenia moje) i podzieliłem przez 52 tygodnie.

  • 100 zł – nocleg,
  • 100 zł – dojazd własnym autem
  • 1000 zł jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje – (zwiedzanie, basen),
  • Razem: 2200 zł.

Opcja VI. Własnym kamperem na dziko. Ponownie przeliczono z całego roku i podzielono przez 52 tygodnie.

  • 100 zł – kamper,
  • 900 zł – paliwo,
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje – (zwiedzanie, basen),
  • Razem: 3000 zł.

Opcja VII. Pole biwakowe, przy schronisku w górach.

  • 600 zł – nocleg,
  • 300 zł – dojazd,
  • 1000 zł – jedzenie,
  • 1000 zł – atrakcje (basen, zrzutka na koncert, zamówienie szarlotki z lodami),
  • Razem: 2900 zł.

Opcja VIII. Górami ok. 100 km od schroniska do schroniska.

  • 1200 zł – nocleg,
  • 300 zł – dojazd,
  • 2000 zł atrakcje i jedzenie (tym razem w jednej kategorii),
  • Razem: 3500 zł.

Jak widać przedział 2200 zł – 4700 zł – znacznie niżej niż Chorwacja czy all inclusive w Turcji/Egipcie. Wcale nie trzeba siedzieć w domu. Koszt – przeliczeniu na miesiąc od ok. 183 zł (61 zł/os.) do blisko 400 zł/m-c. Czyli, w zwykłej statystycznej rodzinie – da się. Natomiast wrażenia (zwłaszcza w ostatnim punkcie – przejściu górami 100 km) – bezcenne.

Łańcuch lenia. Czyli jak zacząłem systematycznie pracować.

Pewnego dnia przeczytałem o metodzie twórczej Jerry’ego Seinfelda -komika, który chciał mieć pod dostatkiem żartów do swoich publicznych występów. Postanowił pisać jeden skecz każdego dnia, a postępy zaznaczać w ściennym kalendarzu znakiem „x”, gdy tylko wykonał zadanie. Powstawał w ten sposób „łańcuch żartów” nazwany też „łańcuchem Seinfelda”.

Taki pomysł od razu wzbudził moje zainteresowanie, tym większe, że akurat miałem wyjątkowego lenia. Postanowiłem więc rozpocząć działanie nazwane „łańcuchem lenia”, aby zwiększyć firmową wydajność.

Dlaczego? Ponieważ straszny ze mnie leń. Nie nazywam sytuacji odkładania mądrze, naukowo i nowocześnie „prokrastynacją” – szukając na siłę wytłumaczenia, lecz po prostu – lenistwem. W moim zawodzie, polegającym na twórczej pracy, taki styl działania „na ostatnią chwilę”, „pod toporem” itp. niesie same wady i… jedną zaletę. Każdy leń Wam to powie, że jego chęć do odkładania zmusza go do twórczej i wydajnej pracy przed deadlinem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, abym zawalił coś terminowego. Ale ten medal ma dwie strony. Umiejąc pracować szybko i sprawnie nakręcamy spirale, bo po co się spieszyć, skoro można poleżeć. Krótko mówiąc przekleństwo „sprawnego lenia”.

Wracając do wpływu na firmę. Moi koledzy mają sztywny czas wyznaczony na pracę. Nawet 10 godzin dziennie. Ja potrafię się spiąć na 5-6 godzin i to takich, które wypadają często w chwili, gdy akurat pracuję etatowo (i trzeba robić wiele rzeczy „od ręki”). Do tego w międzyczasie poziom energii spada, bo a to ktoś zadzwoni, a to wydarzy się coś nagłego. No i klops.

Dlatego wdrożyłem system „łańcuch lenia”. W lipcu, gdy sporo czasu spędzałem na wsi, postanowiłem jak Pliniusz Starszy – Ani dnia bez kreski. Oczywiście nie chodziło o jedną literę, ani zdanie, lecz godzinę systematycznego pisania. I każdy dzień z taką godziną miałem zaznaczać w kalendarzu, stosując przestrogę Seinfelda – „Don’t break the chain”. I wiecie co? Udało się. Moja firmowa produktywność wzrosła, a wydajność poszybowała w kosmos. Jednego dnia poświęcam na wykonanie zadań sześć godzin, innego dnia tylko jedną i od lipca trzymam ten poziom. W pierwszym miesiącu nadgoniłem wszystkie „tyły” czyli prace nie na termin. A teraz działam na czas.

Demitologizacja Balcerowicza. Echa ciekawej dyskusji, na którą trafiłem.

Całkiem niedawno przeczytałem internetową wymianę argumentów na temat: banki, inflacja, „kto mądry kupował na kredyt i spłacał za jedną pensję”. Motyw przewodni – Leszek Balcerowicz jako minister finansów.

Zaczęła tym wywiadem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,31806578,przyszli-po-lodowke-za-1-5-tys-zl-ale-okazalo-sie-ze-maja.html Anna Kalita. Jej rozmówca (psycholog i specjalista od zadłużenia) głosił takie „mądrości”:

  1. „Mój ojciec, urodzony przed II wojną księgowy, totalny wróg zadłużania się, budował dom przez ponad 30 lat. Z tego, co zdołał odłożyć. Małymi krokami. Budowy nie ukończył nigdy.”
  2. „Od ręki przyznano nam 1,5 mln zł pożyczki. Na 30 albo 40 lat, już dokładnie nie pamiętam. To był 1988 rok. W 1990 stery Ministerstwa Finansów przejął Leszek Balcerowicz, za którego co wieczór powinniśmy odmawiać zdrowaśki, ponieważ stał się cud – nasze zarobki nagle bardzo wzrosły, bo pojawiały się przy nich kolejne zera. Te miliony były warte diametralnie mniej niż przed zmianą ustrojową – siła nabywcza pieniądza się zmieniła – ale na naszej umowie kredytowej wciąż widniała ta sama kwota. Kilka ówczesnych wypłat, moich i żony, starczyło na spłacenie całości zadłużenia od ręki. Wygraliśmy los na loterii historii. Pożyczone miliony dały mi coś, czego nie miał mój ojciec – możliwości. Ojciec nie wybudował domu w 30 lat. Ja nasz wybudowałem w trzy. Mieszkamy z żoną w tym domu do dziś.”

Psycholog może tego nie wiedzieć, obie podstawy mają oparcie nie w obiektywnych prawach ekonomii, a pokoleniowym doświadczeniu gospodarczym. Otóż, „przedwojenni” wychowali się w opowieściach o „złym kredycie”, które wybrzmiały w cytowanych na moim blogu chłopskich pamiętnikach z Wielkiego Kryzysu. Z tego powodu nie zadłużali się. Dodatkowo, w swoich młodych latach (PRL przed Gierkiem), takich opcji nie mieli.

Co innego człowiek wchodzący w dorosłość w latach 80-tych XX w. Przy czym apoteoza Leszka Balcerowicza bardzo łatwo mogła zmienić się w przekleństwo. I ta historia wybrzmiewa w komentarzach do wywiadu.

Postaram się zatem pewne rzeczy usystematyzować. Otóż Leszek Balcerowicz, jako wicepremier od gospodarki, zrobił rzeczy wielkie a zarazem straszne, tragiczne i okrutne. Stał się symbolem afer (zamrożenie kursu dolara, alkoholowa itp.), likwidacji polskiego przemysłu, a nawet całych miast i wsi. Wyhodował mit założycielski PiS i Samoobrony. Doprowadził do wzrostu gospodarczego, połączonego z 20% ogólnokrajowym bezrobociem, a w niektórych miejscach nawet 80%. Gigantyczna zapaść to jego dzieło, budowanie z gruzów zaczęli inni.

Ale wróćmy do kredytów. Otóż na początku faktycznie szalała inflacja a raty bywały stałe, co powodowało zmniejszenie obciążeń. Jednocześnie zdewaluowano oszczędności. A potem… nagle przeliczono zobowiązania wobec banków. No i zaczęło się. Ludzie z miesiąca na miesiąc (tak!) mieli do spłaty 40% więcej niż pożyczyli. Ich pensje nie mogły rosnąć w tym tempie (sławetne dzieło Balcerowicza „popiwek” – podatek od wzrostu wynagrodzeń w firmie), więc albo natychmiast spłacali, albo bankrutowali. Kryzys inflacyjny (raty +100% na przestrzeni roku) to przy tamtych czasach (+600%) małe piwo. I o tym warto pamiętać, gdy chwali się Balcerowicza.

Czego jednak z tej lekcji możemy się nauczyć? Warto myśleć samodzielnie. Bank nie jest naszym przyjacielem. Kredyt mieszkaniowy opłaca się wtedy, gdy pozostanie tani. Dzisiejsze raty (ok. 800 zł przez 30 lat od każdych pożyczonych 100 tys. zł), wymagają minimalizowania zobowiązań. Niby proste, a młodych dalej próbuje się wychowywać paradygmatem sprzed dekady – czasów taniego pieniądza.

Dzisiaj, samodzielna budowa niewielkiego domu, albo próba remontu istniejącego, może okazać się tańsza niż zakup mieszkania od dewelopera. Minimalizujemy pożyczane kwoty, a tym samym i obciążenie. Czy ta prawda zostanie aktualna jutro? Pewnie nie.