Śmierć z zerem na koncie. Książka i sama idea.

Pewien czas temu przeczytałem książkę Billa Perkinsa „Die with Zero” propagującą ideę takiego zaplanowania swojego życia, aby w chwili śmierci dysponować zerowym rachunkiem. Moje opinie na jej temat przedstawiam poniżej. Zwykle nie recenzuję książek, z którymi się nie zgadzam, ale w tym przypadku robię wyjątek. Pomysł zaczął bowiem zataczać spore kręgi i mam wrażenie, że jego admiratorom sporo umknęło.

Sama książka generalnie zawiodła mnie. Znając historię autora (finansista, trader) spodziewałem się wyliczeń, a nie luźno rzuconych haseł. Nie ukrywam, dla mnie spora słabość. Ponieważ brakuje liczb, trudno traktować pomysł poważnie, albowiem brakuje konkretnej odpowiedzi „ile będziemy żyli”, oraz „ile pieniędzy należy sobie zostawić w wieku 40, 50, 60, 70 itd. lat. Drugi problem, który mam z tą pozycją nazwałbym „ignorowaniem natury ludzkiej” oraz „bazowaniem na własnych poglądach, zamiast na badaniach”. Zarzut jest poważny, ale za chwilę go rozwinę. Trzecia uwaga dotyczy wprost przyjęcia nierealnych dla średniego czytelnika w USA (a co dopiero w Polsce) własnych założeń, jako pewnego standardu. I od tego zaczniemy.

Bill Perkins podaje konkretne liczby zarobków i pierwszą pracę, oraz kolejne. Zapewniam Was, że posiadanie ojca adwokata, posła w stanowej legislaturze, pensja 18k USD rocznie „na początek” oraz gigantyczne zarobki w wieku trzydziestu paru lat, milionowe wygrane, a potem przegrane w pokera, nie stanowi typowej ścieżki Amerykanina. Nie owijając w bawełnę, po raz kolejny mamy do czynienia z przedstawicielem klasy wyższej, który mówi „średniakom” jak powinni żyć. Nie byłoby może w tym i nic złego (poza nierealnością porad), ale Bill Perkins i to już mnie mocno razi, oceniając przedstawicieli klasy średniej, którzy postąpili inaczej (czytaj: zostawili wysoki spadek) nazywa wprost hipokrytami. Czytałem książkę w oryginale, więc nie ma mowy o pomyłce w tłumaczeniu. Słabe to. Besztanie sekretarki prawnej, która przekazała uczelni 8 mln dolarów (dla Perkinsa suma z pewnością drobna) za to, że „zrobiła to za późno” osobiście robi na mnie bardzo kiepskie wrażenie. Zwłaszcza, w sytuacji, gdy przeanalizujemy kompletny brak rozsądnych argumentów i sprzeczność z liczbami, co szczegółowo przedstawię. Czas na nie.

Menedżer w funduszu hedgingowym z pewnością te liczby zna. Sylwia Bloom zmarła w wieku 96 lat zostawiła spadek prawie 9 mln dolarów. Cała kwota została przekazana jej macierzystej uczelni i jeszcze dwóm organizacjom na fundusze stypendialne. Zarzut „zbyt późnego przekazania środków” jest nie tylko cyniczny (zwłaszcza wobec spekulanta cenami energii), ale i zwyczajnie głupi. Otóż znając krzywą bogacenia się i procent składany wiemy, że Sylwia Bloom w wieku 50 lat nie była bogata, podobnie nawet około sześćdziesiątki jej majątek nie zrobiłby na nikim wrażenia. Zakładając, że zarabiała te 8% rocznie, co miesiąc odkładała skromne sumy, na jakie pozwalała jej pensja sekretarki, więc wszystko się spina. Jej roczne wpłaty wynosiły prawdopodobnie ok. 7k USD rocznie, a być może, na początku znacznie mniej (inflacja). Znając te dane – 10 lat wcześniej (a więc jako 86 latka) miała połowę tej sumy, 20 lat (76 lat) – 2 mln, a w ustawowym wieku emerytalnym – ledwie 1 mln. Jako 55 latka (freedom55) zebrała 0,5 mln, a jako 45-latka – 200k. Do tego żyła naprawdę długo (96 lat), co pozwoliło jej zgromadzić mocno nadprzeciętny (dla sekretarki, bo Bill Perkins podobne sumy przegrał pewnie w trakcie życia w pokera) majątek. Nie miała, jak wielokrotni milionerzy, 50 baniek na leczenie, 50 baniek na emeryturę itd. Oddając „marne 1 mln” w wieku 65 lat pozbawiała się jakiegokolwiek zabezpieczenia. W przeciwieństwie do „wilków z Wall Street” nie mogła sobie na to pozwolić. Dokładnie ten przykład (i związane z nim liczby) pokazuje jak oderwany jest Perkins od realiów życia Amerykanina z klasy średniej i że bazuje głównie na swojej intuicji, a nie badaniach (które zresztą częściowo cytuje, jednak bez zrozumienia). Otóż, majątek rośnie wraz z wiekiem. Proces ten jest naturalny i wynika z procentu składanego. Dlatego przeciętny milioner (majątek netto wyłączając główny dom) w USA zostaje nim około 50-tki (badania dra Stanleya na podstawie danych IRS i ankiet). Pani Sylwia Bloom znacznie później, bo jej inwestycje miesięczne nie wyglądały spektakularnie. W tej sytuacji rysowanie „krzywej posiadania majątku” z myślą sformułowaną bardziej elegancko, ale sprowadzającą się do konkluzji „niesprawiedliwe jest, że staruchy zgromadziły większość majątku Ameryki” kompletnie nie ma sensu. Dokładnie podobna krzywa (czyli wykładniczy wzrost średniego majątku w życiu), istnieje w Europie, Polsce oraz funkcjonowała 150 lat temu. Nie bez powodu wszyscy właściciele fabryk w „Ziemi Obiecanej” są starcami, podobnie znaczni rolnicy w „Chłopach” (z zastrzeżeniem, że wtedy „starzec” znaczyło sporo mniej lat niż dziś). Reymont znał życie znacznie lepiej niż Perkins.

Teraz przejdźmy do argumentacji „Die with Zero”. Opiera się na kilku filarach, które sprowadzam do haseł: „trumna nie ma kieszeni”, „lepiej dać ciepłą ręką niż zimną”, „kasy potrzebujemy w młodości”, „nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim”, „z wiekiem potrzebujemy coraz mniej” oraz „możemy przewidzieć czas naszego życia” . Wszystkie są błędne, o czym wiedział zarówno Balzak, pisząc serię „Komedia ludzka”, jak i Maciej Boryna z „Chłopów”. Obalę te „mądrości” po kolei.

Trumna nie ma kieszeni. Długo rozwijana i wielokrotnie powtarzana myśl, zgodnie z którą po śmierci nie możemy korzystać z pieniędzy, ani ich rozdać. Niby prawda, ale przedstawiona bałamutnie. My wprawdzie nie możemy odnieść żadnej korzyści, ale jak widać (m.in. podany przykład sekretarki), nasi spadkobiercy – zdecydowanie tak. I właśnie na tym polega natura ludzka. Gromadzimy dla swoich najbliższych, chyba że ich nie mamy (o czym rozmawialiśmy już na blogu). Wtedy i tylko wtedy, ta idea ma sens. Co więcej, biorąc pod uwagę historię Perkinsa, można mówić o „spisku bogatych”, którzy chcą, aby klasa średnia nie dokonywała „międzypokoleniowego transferu majątku”, tylko wydawała na bieżąco. To znamienne, ale jakoś mało bogaczy, stosuje się do tych rad. Dlaczego? Ponieważ są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem (jeszcze raz – dla człowieka posiadającego dzieci, wnuki, dobrego współmałżonka) i doświadczeniem życiowym.

Lepiej dać ciepłą ręką niż zimną. Czyli za życia, zamiast po śmierci. Niby prawda, ale znowu ignorująca podstawowe prawa życia. Jeżeli rozdam cały (niewielki w wieku 50 lat) majątek, cóż mi zostanie na stare lata? Jak zabezpieczę się przed trudnościami i zmiennymi falami losu? Dokładnie to miał na myśli Maciej Boryna mówiąc do syna i synowej „do waju na wycug nie pójdę”, uwspółcześniając „nie będę na waszej łasce i niełasce”. Widziałem to wielokrotnie. Stąd pomysł zupełnie inny, który wprowadzam w życie: część daję za życia, a resztę oddam po śmierci. Do tego warunki multimilionera są zupełnie inne niż przeciętnego średniaka, nie mówimy o 100 mln dolarów, ale raczej o „kawalerce w Zduńskiej Woli”, jak opisuje w Newsweeku mjr Michał Fiszer (o którym pojawi się jeszcze wpis, bo udzielił arcyciekawego wywiadu). I tę kawalerkę oraz trochę oszczędności zostawia w spadku przeciętny „średniak”. Do tego dochodzi właśnie krzywa majątku. Rozdając jako 65 -latek mam np. 1 mln, a jako 85-latek, już 4. Tak działa realna ekonomia.

Kasy potrzebujemy w młodości. Stąd więcej sensu ma zdaniem Perkinsa rozdanie jej 40-latkom, a nie po śmierci 60-latkom. I tutaj wpada w pewien matematyczny korkociąg. Skoro 40-latkom, czemu nie 20-latkom. Powód jest prosty – ponownie krzywa majątku. Jako 65-letni rodzice 40-latka „średniacy” mają tej kasy 4-krotnie mniej niż 85-latkowie.

Drugi problem – pewien klasizm (czyli opisywanie klas wyższych, jako pewnego przykładu). Otóż, w USA, podobnie jak w Polsce średnia długość życia, powiązana jest z wykształceniem i pozycją społeczną. Krótko mówiąc, niewykształceni żyją kilkadziesiąt lat krócej. Dla nich te rady nie mają sensu, bo ledwo dożywają (mężczyźni) wieku emerytalnego (przeciętna długość życia w PL mężczyzny z wykształceniem podstawowym wynosi 68 lat, a w USA mniej niż 60).

Do tego dochodzi jeszcze wynik badań dra Stanleya i dra Danko. Otóż ustalili oni, że ludzie subsydiowani przez rodziców w młodości, zarabiają mniej niż ci, którzy kroplówki nie otrzymali. Zgadzam się w 100%. „Die with Zero” ignoruje te badania i zmniejsza szanse naszych dzieci.

Nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim. Pada tutaj bardzo amerykański przykład – rachunki za leczenie. Skoro roczne leczenie raka kosztuje bardzo wiele, odkładając milion, nic nam to nie da. Kupimy sobie parę miesięcy życia. Ten przykład kompletnie nie przystaje do krajów Europy, gdzie szpitalna opieka zdrowotna jest darmowa. Średnio sprawdza się i w USA. Otóż można zgromadzoną kasę wydawać na dobre, średnioklasowe ubezpieczenie zdrowotne, a nie na rachunki za leczenie. Tak jest przezorniej i tak robią nauczyciele oraz sekretarki w kancelariach prawnych. Poza tym, nie każdy zapadnie na raka, czasem zwyczajnie złamie rękę i zakładając „typowe wydatki” zabraknie mu i na to (150k a nie miliony). Majątek zabezpieczy nas zatem nie tylko przed szeregiem drobnych wydatków i trudności, ale za to prawie pewnych (niedołężna starość), a nie przed mało prawdopodobnymi katastrofami. I tak trzeba patrzeć na ryzyko. Facet, który działał w hedgingu doskonale to wie.

Z wiekiem potrzebujemy coraz mniej. Niby, patrząc na naszych rodziców i dziadków – nie sposób się nie zgodzić. Jednak wszystko do czasu i w określonych warunkach. Z pewnością nie w USA i nie obecnej Polsce wielkomiejskiej. Przede wszystkim tam ludzie rozjechali się po wielkim kraju (u nas po Europie). Jeśli jeden mój syn będzie we Wrocławiu, drugi w Portugalii, a trzeci w Kielcach, nie będą mieli szansy zajmować się mną w skali, której doświadczały osiadłe pokolenia przed nami. Wszystkie książki o amerykańskim FIRE potwierdzają ten trend. A koszty opieki wynoszą niemało – dzisiaj ok. 8 tys. zł/m-c, jeżeli nie potrzeba prywatnego leczenia. Dlatego nawet Marszałek Sejmu trzymała męża w publicznym szpitalu. Widziałem koszty rehabilitacji, turnus prywatny w sanatorium – proszę bardzo, z zabiegami 500 zł/os./noc. 3 tygodnie – 12k. Koszmar. Stąd fakt, że mniej jemy, nie kupujemy ubrań, nie kształcimy już dzieci, wcale nie oznacza niższych wydatków, a w każdym razie – do czasu. Takie bajki może opowiadać bogacz, w wieku jeszcze sprawnym, a widzący koniec własnego nosa.

Możemy przewidzieć czas naszego życia. Przy tej myśli, Bill Perkins trochę się kryguje. Bo niby możemy („średnia długość dożycia”) a nie możemy. Oczywiście, że nie możemy. Moja ciotka, jak wskazywały wszystkie znaki na niebie i ziemi miała przeżyć swojego brata (zawód, płeć), a żyła 2 lata krócej. Ich matka (ponownie zmienna wykształcenia) przeżyła ich oboje o kilka lat, a całe swoje rodzeństwo o kilkadziesiąt (miała i siostry). Moja mama żyła 80 lat, a jej starsza siostra 55. Ogólna statystyka (liczony czas dożycia dla całej populacji) a indywidualny wynik, to dwie różne rzeczy. Jeżeli nie doszacujemy (czyli pożyjemy dłużej niż średnia), zabraknie nam kasy (osiągniemy „zero” przed śmiercią i skazujemy się na biedowanie). Jeżeli przeszacujemy – złamiemy tytułową zasadę „Die with Zero”. Stąd, cały pomysł staje się utopią. W mojej ocenie, kolejnym szkodliwym scamem, wymyślonym przez bogatych, aby klasa średnia pozbywała się majątku „na przeżycia”. Dokładnie pachnie mi to „kulturą współdzielenia” albo „nic nie będziesz miał i będziesz szczęśliwy”.

Jak wiecie żyję zupełnie inaczej. Rozdaję część za życia (dwóch synów już dostało mieszkania w dużym mieście oraz po tanim aucie, czyli pozbyłem się, lekko licząc 800k, a na trzeciego mieszkanie czeka), ale znaczną, lwią część oddam im dopiero po śmierci. Muszę jeszcze zabezpieczyć żonę (o czym „Die with Zero” nie wspomina, a kobiety żyją dłużej), zakładam pół-emeryturę już dziś, a potem Freedom55. Do tego jestem człowiekiem oszczędnym i pomysł wydania 200k na dwuosobowy rejs dookoła świata kompletnie mnie nie kręci. Poza dziećmi będę miał i wnuki, a więc część zostawię im. Mogę żyć doskonale bez skakania na linie z mostu, bez zajrzenia w każdy zakątek Afryki i picia każdego możliwego alkoholu. Dam sobie radę bez Maserati. Wybieram bezpieczeństwo i stabilność, a nie ryzyko, że nie doszacuję własnej długowieczności. Jak już napisałem, w wymiarze społecznym, pomysł „przehulania”, istotnie godny jest pokerzysty, a nie rozsądnego ojca rodziny w klasie średniej.

Myśląc, komu mógłby być przydatny, widzę w zasadzie jedną, aczkolwiek rosnącą grupę – DINKS czyli bezdzietne pary. Brak dzieci, połączony ze średnimi relacjami rodzinnymi, skłania faktycznie do zostawienia grupie bratanków dokładnie zera. Jeśli ktoś jednocześnie nie boi się biednej starości nieznaczącej czasem „najwyżej umrę na tego raka, jeśli nie mogę zapłacić za jego leczenie”, ale „zamiast się rehabilitować, będę jeszcze 2 lata patrzył w sufit, przykuty do łóżka”, rozumiem i szanuję. Natomiast w moim (i wielu innych) położeniu, takie myślenie (podobnie jak druga skrajność „nic młodym za życia, bo wszystko moje”) raczej zaszkodzi, niż pomoże.

Emerytura Prezesa ZUS i Oszczędnego Milionera. Porównanie.

Tak się składa, że z obecnym Prezesem ZUS urodziliśmy się dokładnie w tym samym roku. Nasze emerytury wskazują zatem na przyszłe świadczenia osób, które przez pewną część życia zawodowego zarabiały powyżej średniej (jak wskazał Liwiusz Laska, w jego przypadku „wielokrotnie więcej”). A wyniki:

Emerytura Prezesa ZUS. Nie trzymam Was dłużej w napięciu – planowana niecałe 4200 zł brutto. Cały wywiad, pod tym linkiem: https://biznes.interia.pl/gospodarka/news-liwiusz-laska-kazdy-powinien-marzyc-o-tym-zeby-moc-wplacic-p,nId,23540971#google_vignette. Jak to się stało, że człowiek, który dzisiaj zarabia w okolicach 36k/m-c, był członkiem Państwowej Komisji Wyborczej, a wcześniej prowadził sporą kancelarię adwokacką, dostanie 4200 zł/m-c, po 41 latach pracy? Wyjaśnię we wnioskach.

Do tego dochodzi pewna niedoskonałość systemu (albo celowe skalibrowanie go). Otóż, jeżeli Kowalski w warszawskim korpo zarabia 15k/m-c brutto, odprowadza ca.3k składek emerytalnych (20%). Prezes ZUS z pensją 36k/m-c brutto – niecałe 20% (na poziomie 282.600 zł czyli po ok. 8 miesiącach) następuje odcięcie. W efekcie Ty i ja płacimy 9.76% (drugie pół pracodawca), Liwiusz Laska 6,37% (drugie pół ZUS), a „bardzo drobny przedsiębiorca” – 19,76%.

Emerytura Oszczędnego Milionera. Całe życie na etacie. Rok więcej płacenia składek. 11 dobrych lat i 16 nieco chudszych pod względem składek. ZUS wyliczył mi w prognozie 5600 zł.

Dlaczego nasze emerytury tak się różnią?

Powód 1. Ponieważ Prezes ZUS prowadził dg i przez 18 lat odprowadzał składki minimalne (od 60% przeciętnego wynagrodzenia). Ja cały czas pracowałem na etacie, oskładkowując się na takim poziomie tylko przez 5 lat. Nie pomogły mu świetne lata na grubych posadach, bo było ich zwyczajnie mało (kilka). W moim przypadku – 11.

Powód 2. ZUS przyjmuje, że nasze przyszłe składki (a mamy przed sobą jeszcze potencjalnie 15 lat pracy), będą uśrednieniem z historii ubezpieczeniowej. Tym sposobem moją prognozowaną emeryturę ZUS zawyża (albowiem nie będę zarabiał sporo), a Liwiusza Laski – zaniża (przed nim wiele lat dobrej pensji).

W czym jesteśmy podobni? Obaj oszczędzamy na IKZE i w PPK. Robi tak większość przedsiębiorców i ludzi z wysokimi poborami, jeżeli mają świadomość przyszłej klęski systemu publicznego.

W czym się nie zgadzamy?

Punkt 1. Ja prognozuję katastrofę ZUS (wyrównanie większości do najniżej emerytury), a Prezes tej instytucji kreśli świetlane perspektywy, opowiadając o 10% waloryzacjach.

Punkt 2. Liwiusz Laska zataja wzrost prognozowanej długości życia na przestrzeni ostatnich lat i wpływ tej zmiennej na wysokość przyszłej emerytury. Ani słowem nie wspomina o bombie demograficznej. Ja piszę o tym wprost, podając konkretne liczby.

Punkt 3. Prezes ZUS żałuje, że płacił tak niskie składki, ja odwrotnie – że wysokie, wolałbym tę kasę dostać do ręki. Nie wspomina, że jego obecna składka to nieco ponad 6%, bo wchodzi „w próg odcięcia”.

Punkt 4. Liwiusz Laska opowiada o składkach jako „najlepszej inwestycji przynoszącej 10% rocznie”, Oszczędny Milioner podaje Wam konkretne liczby i benchmarki (wartości porównawcze). Sprawdźmy je zatem. Wg Prezesa ZUS (co już jest manipulacją, bo wcześniej wyniki były znacznie gorsze), waloryzacja za ostatnich 10 lat (2016-2025) wyniosła średnio 10% rocznie. Sprawdziłem – skumulowana na kapitale początkowym i zasadniczym – 161%. Ale już na subkoncie (gdzie przeniesiono składki z OFE) – 86%. Ponieważ część naszych środków leży na ZUS (63%) a 37% trafia na subkonto (jeżeli nie należymy do OFE) – średnia ważona wyjdzie 117%. Gdyby wzrost wynosił 10%, powinno być 160%. Zatem nieprawda. Sprawdźmy więc benchmarki:

  1. Samo OFE. 156%.
  2. indeks WIG. 158%.
  3. Cena m2 w Warszawie z zyskami z wynajmu – 167%.

Każda z ww. inwestycji biła na głowę ZUS, a mówimy o jego najlepszych latach. No i OFE, środki na giełdzie i mieszkania w stolicy dziedziczymy (w ZUS tylko subfundusz).

Freedom 55 kontra pracuj do śmierci. Przewaga kapitału nad pracą i ZUS.

We wpisie dotyczącym emerytury w wieku 55 lat, podkreśliłem możliwe warianty życia, przy kapitale 1.5 mln. Dzisiaj skupiam się na przewadze kapitału nad pracą.

Praca. Średnia pensja w Polsce to ok. 7000 zł/m-c netto. Mediana kształtuje się w okolicach 5500. Trzeba być do dyspozycji pracodawcy minimum 40h w tygodniu, a na zajęcia „dookoła pracy” poświęcić jeszcze dodatkowe 2-3h dziennie. Wtedy „tydzień roboczy” wygląda następująco:

  • Koproszczur. Pobudka, o 7. W pracy o 9. Powrót o 18. Dekompresja i mamy 19. Spać o 24. Na życie zostaje 5 godzin.
  • Urzędnik. Pobudka o 5.30. W pracy o 7.30. Powrót o 16.30. Dekompresja do 17.30. Spanie od 23. Na życie zostaje 5.5 godziny.
  • Pracownik fizyczny na pierwszą zmianę. Pobudka o 4. W pracy o 6. Powrót o 15. Dekompresja do 16. Spanie od 21. Na życie zostaje 5 godzin.

Rachunek wydaje się prosty, wprawdzie rodzina z mediany zarobi 11k/m-c, ale:

  • na życie zostaje weekend i 5 godzin każdego dnia,
  • dodając wydatki około zawodowe (dojazdy, ubrania, składki itd.) – minimum 500 zł/m-c, a faktycznie ok. 1000 zł/m-c mówimy o 10 tys. zł/m-c.

Zmęczymy się, nie wyśpimy, a zarobimy 10 tys. zł.

Kapitał. Załóżmy posiadanie 1.5 mln zł plus miejsce do mieszkania. W warunkach warszawskich – sprzedaż 70 m2 „po babci” w centrum zaspokoi obie te potrzeby. Kto nie ma babci, musiał sobie zapracować. Liczenie wydaje się proste – do 55 r.ż. czyli w 30 lat pracy musimy zgromadzić:

  1. spłacone mieszkanie w mieście, które nadal zajmiemy lub zamienimy na dom na wsi/kampera/jacht etc.
  2. 1.5 mln kapitału, co oznacza, że inwestowaliśmy 1000 zł/m-c przez 30 lat, na 8% netto. Odpowiada to: zyskom z akcji, zakupu nieruchomości (zwłaszcza w lewarze kredytu), własnej firmie, którą da się sprzedać.

I teraz policzmy, co da nam ten kapitał?

Odzyskamy mnóstwo czasu. Zamiast 5 godzin dziennie, będziemy mieli dla siebie znacznie więcej, bo 17 godzin.

Nie musimy prosić o urlop. Piękna sprawa. Zamiast 32 dni powszednich dni wolnych w roku (urlop plus dni ustawowe), zyskamy ich … 260. Do tego nie musimy niczego planować, pytać o zgodę itd. Nikt nam nie odmówi, nie powie – dostaniesz wolne we wrześniu, bo teraz mamy gorący sezon/pierwszeństwo dajemy matkom z dziećmi w wieku szkolnym, i co tam jeszcze pracodawca potrafi wymyśleć.

Zyskujemy tanie wakacje. A kto powiedział, że emerytowi nie należą się wakacje? W dodatku najczęściej wyjedziemy taniej. Znane „wczasy last minute”. Widziałem oferty za 600 zł tydzień w Egipcie, za 1700 zł tydzień na „Kanarach”. Jeszcze lepiej wyjedziemy kupując na niemieckich stronach (wylot z Berlina) lub angielskich. Mój brat za tydzień na Gran Canarii zapłacił 800 zł/os., a za 5 pełnych dni – 500 zł. Jednocześnie takie podróżowanie dostępne jest dla nielicznych, tych którzy mają czas. Pracownik dostaje tydzień, czasem 2 tygodnie i chce je maksymalnie wykorzystać. Nie ma czasu na loty do Londynu, poczekanie tam dwóch godzin i przemieszczenie się na terytorium Hiszpanii. Emeryt tym czasem dysponuje.

Nie przywiążemy się do miejsca. Praca etatowa integruje nas z miejscem (pomijam przywilej pracy zdalnej). Zrywając tę więź, możemy mieszkać na wsi zamiast w mieście (gdzie funkcjonuje większość dobrze płatnych etatów). Wybrać miesiąc na Kanarach, a 11 w domu. Cały rok podróżować kamperem i co tam nam jeszcze przyjdzie do głowy.

Możemy żyć dłużej. Dane statystyczne wyglądają nieubłaganie. Wiele przyczyn zgonów powiązano z tzw. chorobami cywilizacyjnymi: układu krwionośnego, układu ruchu, psychiki i nowotworami. Zamieniając samochód na rower/kajak/spacer, szybkie przekąski na zdrową żywność, biurowy stres na relaks z pewnością pożyjemy dłużej. Spadnie bowiem prawdopodobieństwo: zawałów, udarów, depresji, wypalenia zawodowego, a nawet hemoroidów, zwyrodnienia kręgosłupa oraz nowotworów (układu pokarmowego i wydalniczego w szczególności). Do tego czeka nas nie tylko dłuższe, ale i zdrowsze życie.

Mamy większy budżet. Dochody z pracy wynosiły 10 tys. zł. Prywatna emerytura przez 10 lat z kapitału 1.5 mln:

  • ze skarpety – 12.5 tys. zł/m-c.

Nieźle. Znacznie więcej niż gdyby dwie osoby poszły do pracy za medianę polskiej pensji.

Skoro jest tak świetnie, to dlaczego ludzie pracują do 70-tki? O tym w innym wpisie.

A ZUS? Na spotkaniu młodych PO, prof. J.Tyrowicz powiedziała takie zdanie (cytat za interia.pl) „Po co mamy system emerytalny, do czego on służy? […] Problem jest taki, że jak jesteśmy starzy, to nawet jeśli mamy ogromny kapitał, to ze względu na to, że nie wiemy, kiedy umrzemy, nie wiemy, jak tę kwotę pieniędzy podzielić na każdy dzień. Jak idziemy do sklepu, to nie wiem, czy możemy wydać dzisiaj milion z miliarda, który mamy czy złotówkę. Jedynym zabezpieczeniem tego problemu, którego nigdy nie będziemy w stanie rozwiązać, jest albo podzielenie się ze wszystkimi innymi […] ci co umrą późno będą żyli z pieniędzy tych, którzy odłożyli wcześniej.” Czyli ZUS jest zakładem o długie życie i z tym się zgadzam. Natomiast Pani Profesor pominęła ważny aspekt i zapomniała o pewnej prawdzie.

W pierwszej kolejności – prawdopodobieństwo. Podawałem i jeszcze podam dużo danych GUS, ale wiemy w sposób oczywisty – mężczyźni żyją krócej, a idą na emeryturę później. Im niższe mają wykształcenie, tym spadają im szansę „wygrania na ZUS”. Przypominam – prawie połowa mężczyzn nie dożyje 75 r.ż., co oznacza, że wezmą emeryturę przez 10 lat. Do 80-tki umrze nas (panów) 2/3. A to tylko 15 lat zakładu. Żeby mężczyzna dożył setki (2700 osób z ok. 18 mln) prawdopodobieństwo wynosi – 0,015% (czyli 1 na ok. 7000) spełnić się musi kilka warunków: wyjątkowo dobre geny (długowieczni rodzice i dziadkowie), brak poważnych chorób oraz zdrowy tryb życia. Nie spełniam żadnego z tych warunków. Ba, 90-tki dożywa (cały czas mówimy o obecnych danych) 75.000 mężczyzn (ok. 0,42% czyli 1 na 250), a 80-tki) i nie było w tej grupie nikogo z mojej rodziny (nawet kobiety). Maksymalny czas życia, na jaki mam statystyczną szansę wynosi 82 lata.

W drugiej wyliczenia. Oczywiście opowieść, jak to nie wiemy ile wziąć z kupki, jest kompletnie nieprawdziwa. Nie wiem, jak ekonomista w ogóle może w ten sposób spłycać temat. Metody na obliczenia są trzy:

  • absolutnie pewna – wypłacam tylko tyle, ile zarobiłem w zeszłym roku,
  • statycznie „prawie pewna” (95% prawdopodobieństwa) – złota zasada FIRE – wypłacam 4%
  • statystycznie „prawie pewna (99,985%) podzielić kwotę jakbyśmy żyli setkę i wpłacać sobie taką cześć (w przypadku mężczyzn 1/35 – 2,8%).

W obu przypadkach wynik wyjdzie bardzo ciekawie. Załóżmy, że mam ten 1 mln. Jeżeli w tym roku zarobiłem 8%, wypłacam 80.000 zł i tyle mogę wydać (nieco ponad 6000 zł miesięcznie), w następnym roku 3% – 30.000 zł (2500 zł/m-c).

Złota zasad FIRE działa dość prosto – 4% rocznie. 40.000 zł z 1 mln, tj. ok. 3300 zł/m-c.

Wypłata 1/35 oznacza ok. 2400 zł miesięcznej wypłaty.

A ZUS? 1.000.000 zł/222,7miesięcy=4490 zł.

I w tym miejscu, pozornie ZUS wychodzi lepiej. Czy wolisz mieć pewne 4490 zł, czy rozrzut 2400-6666 zł? Raczej pewną kwotę. Tylko, że to tak nie działa. Jeżeli wydajesz, tyle ile zarobisz, zawsze zostawisz kapitał. Do tego pozostaje kwestia zbierania na emeryturę, comiesięcznych wpłat.

Żeby mieć milion w ZUS trzeba wpłacać przez 40 lat ok. 2800 zł (składka emerytalno-rentowa od średniej pensji). W FIRE – 500 zł. I na tym polega różnica.

Na koniec słynny argument J.Korwin-Mikkego „Jeśli to jest tak doskonałe, dlaczego jest przymusowe”. Warto się zastanowić. Liczby powyżej.

Freedom 55. Czy 1.5 mln oszczędności wystarczy rodzinie 2+1 na wcześniejszą emeryturę?

Odpowiedzi można udzielić na dwa sposoby.

Prosty – zgodnie z trendem, nad którym pracuję. Tak, jeśli potrafisz żyć za 6 tys. zł/m-c. Rachunek dość nieskomplikowany 4% x 1.5 mln = 60 tys. zł rocznie = 5 tys. zł miesięcznie. Jeśli dodamy 1 tys. zł od państwa (na dzieci), dochodzimy do wyniku. Jak żyć za 6 tys. zł, o tym już pisałem.

Istnieje też druga wersja, którą nazywam „odwróconym kredytem hipotecznym”. Opiera się na założeniu, że w ciągu 10 lat do emerytury zjadamy cały ten kapitał, aby żyć ze świadczenia państwowego. To nie działa jak FIRE, który zakłada, że kasa nam zostanie, a wydajemy odsetki, lecz jak kredyt hipoteczny tylko na odwrót – w pierwszym miesiącu dostajemy dużo odsetek, a mniej kapitału, a w ostatnim tylko kapitał. Wtedy w 10 lat zejdziemy od 1.5 mln do 0 zł, zostawiając sobie na życie ok. 15 tys. zł. Brzmi lepiej niż 5 tys. zł. Ba, gdybyśmy nie zarabiali nic (trzymali 1.5 mln zł w skarpecie) możemy wyciągać przez 10 lat po 12.5 tys. zł/m-c.

A teraz stary Oszczędny milioner, co oznacza dziesiątki punktów, wyliczenia itd.

Wariant 1. Dodatkowa, skromna praca na boku. Załóżmy, że mamy rodzinę składającą się z matki, ojca i nastolatka. W praktyce, każde z nich może podjąć jakąś pracę (albo precyzyjniej – zajęcie zarobkowe) np. dorywczą w lecie, produkcję rękodzieła, wyprowadzanie psów i inne, na której, poświęcając średnio 7 godzin/tydzień, zarobi 700 zł miesięcznie. Przy trzech osobach – 2 tys. zł/m-c. Budżet miesięczny rośnie do 8 tys. zł (bo 6 tys. mamy z odsetek i od państwa), albo do 17 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”.

Wariant 2. Wyższa stopa zwrotu. Zamiast 4%, niech będzie 6%. Z 1.5 mln powstanie 90 tys. zł/rok i 7.5 tys. zł/m-c (ew. 16.5 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”). Wymaga to ruszenia głową, pewnego wysiłku. Ale 6% ROI da się uzyskać: z obligacji korporacyjnych, akcji, wynajmu mieszkań.

Wariant 3. A jeśli chcemy „wczasów na jachcie” albo „wiecznych wakacji w kamperze”? Ponownie liczę kilka mini-wariantów.

Na jachcie ostatni raz byłem na studiach i uważam to doświadczenie za przereklamowane. Niemniej jednak, wielu moich znajomych regularnie pływa sobie po Mazurach, a nawet Karaibach. I powoli docieramy do sedna – istnieją wakacje na jachcie w wersji premium oraz budżetowej. W obu ta sama przyroda, lecz zupełnie inne warunki. Sybaryci po prostu wykupują miejsce, co kosztuje ok. 6 tys./os./2 tygodnie. Doświadczenie przypomina dobry hotel, tyle że na morzu/oceanie. Jeżeli mamy trzy osoby i zakładamy miesięczne wakacje – 36 tys. zł, czyli dokładnie tyle, co praca dorywcza z wariantu 1. Jeśli mamy „odwrócony kredyt hipoteczny” na 4% – to już pełny luz.

Większość wybiera jednak wariant budżetowy albo super-budżetowy. W tym pierwszym, mówimy o zakupie własnego jachtu (30-40k za kabinówkę) i wypuszczenie się na Mazury. Ujmując 40k z 1.5 mln niewiele tracimy. Zyskujemy możliwość pływania dłużej (od wiosny do jesieni), płacąc za mariny, albo i nie (nocowanie na wodzie), kupując jedzenie w dyskontach lub zabierając z domu, ew. łowiąc. Koszt – porównywalny z moim urlopem nad jeziorem w domku teściów czyli ok. 6 tys. zł/m-c. Nieźle, bo akurat tyle mamy budżetu miesięcznego.

Super-budżetowo wyjdzie nas jeszcze taniej. Wynajmujemy klasę w małej wiejskiej szkole (robił tak mój kumpel-nauczyciel), jacht zamieniamy na kajaki i wio. Nie mamy możliwości w szkole? Dogadujemy się z gospodarzem, bierzemy pokój w schronisku młodzieżowym itd. Pomijam namiot, spanie na sianie, na wodzie. itd. Koszt noclegu- 100 zł/dzień, aczkolwiek wygód mało. Dodajmy 2 tys. zł na jedzenie i wyjdzie nam 5 tys. zł. Da się jeszcze taniej, gdybyśmy żywili się złowionymi rybami, jedzeniem kupionym „od chłopa” na wiejskim targu, albo słoikami, a jacht zamienili na kajaki itd. Znowu – spokojnie mieścimy się w budżecie.

Ostatni punkt – kamper. Ponownie – wariant rozsądny i super-budżetowy. Rozsądny sprowadza się do własnego egzemplarza za 80 tys. zł. Do tego doliczmy koszty utrzymania i kempingi. W warunkach Polski – ok. 150 zł/dzień czyli 4500 zł/m-c. Dodajmy do tego jedzenie, jakieś atrakcje, paliwo i opłaty drogowe. Wyjdzie nam nie mniej niż 8-10 tys. zł/m-c. Sporo przekraczamy budżet, chyba że ten powiększony (o dodatkowe procenty kasy, pracę dorywczą) albo wynikający z możliwości przejedzenia kapitału.

Super-budżetowy oznacza zupełnie inny tryb życia. Kupujemy sobie busa i wyposażamy go samodzielnie w kempingowe utensylia (40k). Parkujemy na publicznych parkingach, w parkach, lasach, nad brzegami rzek, zatrzymując się na płatny popas raz na 3 dni. Jedzenie kupujemy w marketach, „od chłopa” albo po prostu zbieramy na nieużytkach (ekstremalni pójdą we freeganizm). Nie potrzebujemy mieszkania, ani domu, w zimie przemieszczamy się na południe Europy, szukając cieplejszego klimatu, żeby nie grzać pojazdu. W takich warunkach głównymi kosztami życia okażą się paliwo (10 tys. km czyli do Hiszpanii i z powrotem = 700 zł/m-c x 12 m-cy), utrzymanie samochodu (kilkaset złotych), noclegi (10 noclegów = 1000 zł) i jedzenie (od bliskich zeru do kilku tysięcy złotych).

Jak widzicie, bez nudy, bez wariactwa. Z prywatnej emerytury w wysokości 6-13.5 tys. zł spokojnie da się żyć.

Memento dla zwolenników teorii „kup i trzymaj” oraz wierzących w guru.

W 2006 r. miałem okazję zainwestować w pewien fundusz zamknięty. Nazywa się Investor FIZ i istnieje do dzisiaj. Założyła go grupa gwiazd z równych funduszy wzajemnych (zwanych także inwestycyjnymi), która starała się inwestować aktywnie, iść na lewarze, grać na spadki, a przede wszystkim, wreszcie zacząć coś swojego. W chwili zakupu jednostka uczestnictwa kosztowała ok. 1500 zł i za tyle kupiłem. Świetnie, bo rok wcześnie zaczynali od 1000 zł. Potem było lepiej. Na szczycie hossy (2007) notowania doszły do 2800 zł. W dwa lata od założenia. Wszystkie media piały z zachwytu. Świat stał otworem. A potem nadeszła klęska.

Osobiście stosując ruchomy „stop loss” wyszedłem z gry w 2008 r. na poziomie 2200 zł. I dobrze zrobiłem. W listopadzie 2012 r. kurs wynosił 1050 zł potem spadł jeszcze do 950 zł. Wtedy giełda wystrzeliła, podobnie jak złoto, wiele towarów itd. Wspomniałem na wstępie, że Investor FIZ istnieje do dzisiaj. Wiecie za ile mogę kupić jedną jednostkę uczestnictwa? Za ok. 1150 zł. 15% przez 21 lat. – 64% przez 19 lat. Czy dalej wierzysz, że na przestrzeni długiego czasu, stosując strategię „kupuj i trzymaj” osiągniesz sukces inwestycyjny?

Oczywiście, „gwiazdy”, które najpierw zarobiły na lewarowanych transakcjach 200% w dwa lata, a potem zaliczyły spadek o ponad 60%, już nie firmują funduszu. Po zaliczeniu spadku aktywów o 25% w maju 2012 (w miesiąc!) wycofali się z biznesu. Nie śledziłem później ich losów. Teraz je sprawdziłem. Panowie nazywali się Grzegorz Mielcarek, Maciej Wiśniewski, Arnold Mardoń, Andrzej Kaczorowski i Michał Słysz. Na LinkedIn znalazłem część z nich.

Grzegorz Mielcarek nadal tam funkcjonuje jako absolwent ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Jeszcze w 2016 r. wieszczył w „Pulsie biznesu” pobrexitową bessę, do 2020 r. położył jeszcze Corum TFI.

Maciej Wiśniewski był członkiem rady nadzorczej Agory, co też chwały mu nie przynosi.

Arnold Mardoń wyświetla mi się jako „open to work” i „Independent Equity,Futures & Crypto Investor”.

Andrzej Kaczorowski to „trader by vocation & passion” a obecnie „equity&crypto trader”.

Wreszcie Michał Słysz opisuje sam siebie jako „investment advisor, fund manager, co-founder of Investors TFI, analyst, gold/silver market commentator.”

I teraz zauważcie. Dwaj (Maciej Wiśniewski i Grzegorz Mielcarek) znaleźli jeszcze ryzykantów, aby dać im pracę w finansach. Wszyscy panowie skończyli ekonomię. Co mogło pójść nie tak?

Wynajem czy zakup mieszkania? Jak spojrzenie inwestora oraz dezinformacja może wypaczyć wynik równania.

Niedawno zobaczyłem taki filmik, otagowany „Portfel Polaka”, w którym pewien inwestor omawiał odwieczny problem: Kupić czy wynająć? Wyszło mu „wynająć” i czas rozprawić się z wynikami oraz przedstawionymi danymi.

Przykład. 50m2 w apartamentowcu w Krakowie, cena zakupu 760k, cena wynajmu 3100 zł. Wkład własny 110k, rata 4000 zł i 750 zł „czynszu, funduszu remontowego i ubezpieczenia”. W efekcie: wynajem 3100 zł, zakup 4750 zł plus 110 tys. zł wkładu własnego. Wynajmujący może te 110 tys. zł plus różnice w racie zainwestować.

Ściema nr 1. Wybór Krakowa. Miasto pod Wawelem ma jedno z najniższych ROI lokali mieszkalnych na wynajem. 32.000 zł przy inwestycji 760.000 zł daje jakieś 4,2%.

We Wrocławiu za 3300 zł wynajmiesz 50m2 w starym bloku (chociaż po remoncie), które kupiłem (z remontem) za 450k. ROI prawie 2 razy większe.

Ściema nr 2. Tylko właściciel płaci ubezpieczenie, FR i czynsz. We wszystkich ogłoszeniach o wynajmie zaznaczono „plus opłaty do wspólnoty i licznikowe”. Do tego 600 zł w nowym bloku (12 zł/m2) obejmuje zwykle zaliczkę na wodę, śmieci i ścieki a nie sam czynsz i FR. Tak samo z ubezpieczeniem, najemcy też je wykupują. Co z tego wynika?

Obie strony płacą te 750 zł. 3100 zł czynszu równa się 4000 zł raty i tyle.

Ściema nr 3. Czynsz nie wzrośnie. Dokładnie tak liczą. Dzisiaj 31`00 zł i za 15 lat też 3100 zł. Nie rozśmieszajcie mnie. W ciągu 10 lat podwyżka wyniosła ok. 50% i prawie nadążyła za inflacją. Z kolei raty kredytów, o ile zaliczymy drastycznego wzrostu cen – stoją w miejscu w długim okresie.

W efekcie: dzisiaj 3100 kontra 4000 zł. Za 10-15 lat 4000 zł vs. 4000 zł. Za 30 lat (pod koniec życia kredytu: 5200 zł kontra 4000 zł, o ile utrzyma się 3-4% inflacja. W Krakowie.

Ściema nr 4. Nieuwzględnienie, że kredyt w końcu spłacimy, a wynajmować będziemy do końca życia. Po 30 latach 5200 zł czynszu kontra 0 zł raty. I to w okresie, gdy dzisiejszy 35-latek pójdzie na emeryturę, czyli zacznie dostawać 35% pensji. Szczerze, właśnie świadomość niskiej emerytury, skłania do kupna. W kredycie najgorsze są pierwsze lata, w najmie ostatnie.

Ściema nr 5. Kasa niewydana będzie zarabiać a „beton nie”. Oczywiście kolejna bajka, abstrahująca od realiów. Najemcy mają majątek rzędu 30-40 tys. zł, przy średniej na poziomie 300-400k. Właśnie dlatego, że są najemcami. Ostrożnie autor filmu nie powiedział, ile zarobi na „inwestycji”. A tutaj leży klucz. 110k zainwestowane dzisiaj na 4% nie zarabia, ono ledwie nadąża za inflacją. Z 1650 zł różnicy, szybko zrobiłem 900 zł (patrz pkt 2), a za chwilę będzie to 300 zł/m-c (punkt 3). A beton też zarabia – w długim okresie, na poziomie spadku wartości pieniądza. Co to oznacza? że 4% inflacji = 4% zysku z inwestycji.

Ściema nr 6. Zapomnienie o lewarze. Teraz pokażę Ci cuda. Dokładnie w ten sposób wielu się wzbogaciło. Wracamy do początkowych obliczeń.

3100 zł czynszu kontra 4000 zł raty. Najemca inwestuje 10.800 zł/rok i 110.000 zł na początek na 4%. Ile dostanie? W pierwszym roku – ok. 4800 zł odsetek.

W tym samym czasie ceny mieszkań idą do góry o 4% (czyli podobnie). I te 4% wzrostu dostajemy z całej wartości, nie tylko z wkładu własnego. 4% x 760k = 30k zł. Dobrze czytacie 30k zamiast niecałych 5k. Uważacie te 4% za przesadzone? Zgodnie z regułą 72, cena podwoiłaby się przez 18 lat. Kiedy zaczynałem pracę, mieszkania w Lublinie kupowano za 1/8 dzisiejszej ceny. Minęło 27 lat. W długim okresie mieszkanie załatwi nam budowę kapitału. Najemca zostanie z tyłu. To z powodu lewara, jaki daje kredyt, osoby które zaczynały od zera, dorabiają się tych 400k średnio.

Ściema nr 7. Patrzenie jak inwestor. Inwestor widzi trzy aspekty: ROI, alternatywny koszt kapitału, odsetki. Zwykły człowiek, nie dość, że ROI brzmi dla niego abstrakcyjnie, kapitału ma tyle ile wkładu własnego, to jeszcze patrzy życiowo. Gdzieś mieszkać musi teraz i za 35 lat. Chce mieć spokój i pewność, że nikt go nie wyrzuci. Pomalować ściany na dowolny kolor, wymienić płytki i nie drżeć o kaucję. Do tego decydować na zebraniu wspólnoty. I wybiera kredyt, o ile w ogóle ma taki wybór.

.

Jaki majątek powinien mieć pięćdziesięciolatek? Czy jesteś wystarczająco zamożny?

Sądzę, że odpowiedź „To zależy” kompletnie Was nie satysfakcjonuje. Dlatego postanowiłem pogłębić temat.

Wersja 1. Business Insider.

W zeszłym roku ukazał się artykuł, w którym przyjęto wzór na majątek pięćdziesięciolatka:

ostatnia roczna pensja x 20% x 28 lat =?

I ten znak zapytania to właśnie prognozowany średni majątek. Przy czym założono:

  • początek pracy – 22 lata (jakaś średnia z danych statystycznych),
  • czas pracy 28 lat (50-22),
  • oszczędności 20% dochodu.

Tym samym rodzina zarabiająca 2 średnie krajowe (12k netto) powinien posiadać majątek 144.000 x 20% x 28= 806 tys. zł. Stąd już blisko do miliona.

Wersja 2. Dr Stanley i Dr Danko

W „Sekretach amerykańskich milionerów” opracowano wzór spodziewanej zamożności, dość podobny:

wiek x 10% x roczny dochód.

W tej sytuacji, nasz „50-letni średniak” powinien mieć:

50 x 10% x 144.000= 720.000 zł.

Dr Stanley i Dr Danko wprowadzili jeszcze jedną matematyczną zależność – pojęcie „przodownika w budowie bogactwa” czyli osobę, która ma wartość majątku 2 razy większą niż spodziewana. Inaczej nazwano go „zamożnym pod względem majątku” w odróżnieniu od „zamożnego pod względem dochodu”. Taka osoba przy niezmienionych parametrach (wiek 50 lat, dochód rodziny 12k miesięcznie) powinna dysponować majątkiem 1,44 mln zł.

Wersja 3. Oszczędny milioner.

Koncepcja przedstawiona w Business Insiderze jak i „Sekretach amerykańskich milionerów” ma trzy słabości:

  1. Nie bierze pod uwagę faktycznego wieku rozpoczynania pracy, który może się różnić i ma ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku ludzi młodych (30-latków).
  2. Opiera się na dochodzie z ostatniego roku, czasem znacząco odbiegającym od średniej.
  3. Nie uwzględnia stopy zwrotu ani poziomu wydatków.

Wymyślając równanie na trójkąt zamożności (zarobki-oszczędności)x inwestycje) starałem się uwzględnić te fakty. Uproszczony wzór był jednak koncepcją teoretyczną, a nie ścisłym wyliczeniem matematycznym. Na potrzeby książki starałem się go udoskonalić i doszedłem do tego:

(średnia arytmetyczna dochodów z ostatnich 10 lat x średnia stopa oszczędności) x (stopa zwrotu z majątku x liczba lat osiągania znacznego dochodu).

gdzie:

-stopa oszczędności jest wartością procentową (np. oszczędzam 20% dochodu),

  • stopa zwrotu wyrażona jest liczbą np. 1,1 w przypadku 10%,
  • liczba faktycznych lat osiągania dochodu oznacza również osiąganie dochodu z inwestycji obejmuje więc rentierów.

Popatrzcie jak to wygląda na przykładzie naszego 50 latka.

Średnia arytmetyczna dochodów wynosi ok. 9000 zł x 12 miesięcy = 108.000 zł (jest niższa niż ostatnia pensja).

Stopa oszczędności – 20% (sporo przy takim dochodzie, ale idzie o różnicę).

Stopa zwrotu – 6% (czyli 1,06)

Liczba lat osiągania dochodu 26 lat (po studiach).

I podstawmy do wzoru:

(108.000 zł *0,2)*(1,06 x 26)=21.600 x27,56 = 595.296 zł.

Moja liczba jest najniższa i już ją tłumaczę. Stało się tak z kilku powodów. Pierwszy – uśredniłem dochody, drugi – wprowadziłem rzeczywisty czas pracy, a nie wiek ani średni czas pracy w populacji, trzeci – uwzględniłem indywidualną stopę zwrotu.

Teraz wyjaśnienie. Niektórym liczba (Polacy mają przeciętny majątek znacznie niższy) wydaje się i tak zawyżona. Niektórzy powiedzą – ale przecież wielu coś odziedziczyło. Spora grupa zauważy – oszczędności 20% przy przeciętnym dochodzie – nierealne. Ależ to tylko wzór. Osobiście uważam, że „oszczędzanie” 20% wcale nie jest takie trudne (o ile nie popełnimy rażących błędów), a te blisko 600k oznacza cały majątek, a nie tylko gotówkę w banku. Dlatego starałem się liczbami i ich uzasadnieniem pogodzić tych, dla których 600k było za wysokim progiem, jak i tych, którzy zauważyli jego zaniżenie w stosunku do wyliczeń Dr Stanleya, Dr Danko i portalu Business Insider.

Paradoksalnie mój przypadek pokazuje, że w wersji 1 (BI) i w wersji 2 (Danko i Stanley) spodziewany majątek byłby sporo niższy (nawet o połowę) – właśnie dlatego, że nie uwzględnia 10% stopy zwrotu. Doskonale wpisuję się bowiem w definicję „zamożnego pod względem majątku” – w skrócie „oszczędnego milionera”.

Ale wracając na koniec do Rodziny Przeciętnych. Jeśli trzymają pieniądze na lokatach, mają sporo pożyczek/kredytów nawet te 595k może okazać się progiem zbyt wysokim. Dlaczego? Ponieważ oszczędzają ledwie 10% (uwzględniając spłatę kapitału hipoteki), a stopa zwrotu może wynosić 3%. Wtedy faktycznie, nic dziwnego, że zostaje im 20k na rachunku bankowym i 200k nadwyżki wartości mieszkania nad kredytem. Tego ani wersja 1 ani 2 nie są w stanie pokazać.

Co zrobić z 800+? Zainwestować.

Dokładnie takie pytanie zadano mi wielokrotnie. I równie często udzielałem tytułowej odpowiedzi. Dodając jeszcze „jak najszybciej”.

Prawda 1. 800+ =darmowe pieniądze, których nasi rodzice nie mieli. Dlatego nie księgujmy mentalnie na poziomie „kasy na drobne wydatki” ani nie przepuszczajmy. Taka suma pozwala zbudować dzieciom zupełnie dostatnią przyszłość (o czym dalej), łatwo ją też przepuścić.

Prawda 2. 18 lat =szmat czasu. 800+ wypłaca się od urodzenia do 18-tki. Sporo lat. Prawie dwie dekady. Jeżeli odejmę tę liczbę od mojego obecnego wieku, staje się znowu 32-latkiem, cofam się do 2008 r. (wtedy 800+ nie dawano). Siedzę na podrzędnym biurowym stanowisku, mam dwójkę dzieci. Właśnie przeszedł kryzys finansowy. Nawet nie myślę, aby zdać egzamin, który podniósł moją pensje o kilkadziesiąt procent. Mieszkam wraz z rodziną w dwupokojowym mieszkaniu w kamienicy, remontujemy większe poddasze. Ostatnie wakacje spędziłem nad jeziorem, w domku teściów. Mamy z żoną jedno auto – 10-cio letniego Daewoo Lanosa. Tyle zmian na przestrzeni tych 18 lat. Szmat czasu. Niezależnie od naszych działań, on i tak minie.

Prawda 3. 800 zł x 18 lat x 12 miesięcy = kupa kasy. 800 zł nie brzmi imponująco, ale kiedy sobie uświadomimy skalę: 216 miesięcy x 800 zł = 172.800 zł. Nawet nominalnie ta suma robi wrażenie, a pomnożona?

Prawda 4. 800 zł zainwestowane przez 18 lat na 8% netto daje prawie 390 tys. zł. A to już ogromna kupa kasy. Kupimy za nią np. mieszkanie dla potomka. Opłacimy mu niezbyt wymagający finansowo sport itd. Nawet zmniejszając stopę zwrotu do 5% netto zostaje nadal 280 tys. zł.

Prawda 5. Da się 800+wykorzystać na zakup mieszkania, nawet w BigFive. Cytowałem chyba na blogu badania – 10% dzisiejszych młodych dorosłych otrzymała od rodziców mieszkanie na start. Czy było po dziadkach, czy zaoszczędzili na nie, nie wnikam. Czy w Warszawie, czy w Hrubieszowie? Bez znaczenia. Co dziesiąty. A gdyby tak zaprząc do pracy 800+? Wykorzystujemy 10% oszczędności na wkład własny (30-60k), resztę kredytujemy. Wychodzi nam rata 1600 – 3200 zł. Wynajmujemy za 1500-3000 zł (po podatkach). Nadwyżką (600-700 zł) nadpłacamy kapitał kredytu i w czasie studiów dziecko dostaje własne mieszkanie. Nieźle.

Prawda 6. 18 lat = na rynku akcji da nam zarobić na podobny lokal. Zakładam scenariusz pesymistyczny. Ceny mieszkań zwiększają się o 50%. Zamiast dzisiejszych 600k za mocno używane 2 pokoje w stolicy (40m2 x 15k/m2), płacimy 900k. Inwestując regularnie 800 zł, potrzebujemy średniej stopy zwrotu 15% netto. Dla „uśredniających cenę nabycia” mało realne, dla aktywnych inwestorów – da się zrobić.

Prawda 7. Rynek obligacji Skarbu Państwa da nam „tylko” 253k. Kto nie lubi ryzykować, kupi obligacje. Szansa na kapitał 253k (wart dzisiejsze 120k, jeżeli inflacja wyniesie ok. 3%). Lepsze 120k realnie, niż nic. Tym sposobem damy dziecku na start, przynajmniej na wkład własny (50% pytanych 30-latków dostało chociaż tyle).

Prawda 8. Inwestycja „w dziecko” może przynieść większy efekt, a może okazać się, że wtopiliśmy na całej linii. Wielu przedstawicieli klasy średniej powie – lepiej zainwestować, płacąc za zajęcia dodatkowe, języki, korepetycje. No cóż. Gramy na życiowej ruletce. Moje własne doświadczenie i obserwacja uczy, że albo sporo wygramy, albo stracimy całą kasę. Mój najstarszy syn dostał płatne korki przed maturą, uczył się nieźle, a potem 3 razy rzucał podjęte studia po pierwszym roku. Drugi, poszedł w sport, licencjat zrobił planowo i nadal gra. Wydatki na naukę pierwszego poniosłem znacznie większe. Podobnie w ich otoczeniu. Koledzy z klasy średniej mają studentów medycyny i kierowców Bolta, a ponosili identyczne nakłady. Kumpela poświęcała 3 godziny każdego dnia na ćwiczenia, skończyła konserwatorium, bo tak chciał ojciec-profesor, a dzisiaj pracuje w USA na budowie. Zupełnie utopione koszty. Jej siostra zaś gra w filharmonii. Dzielą je 3 lata.

Prawda 9. Pieniądze są ważne, ale nie kupimy za nie ani długiego życia, ani szczęścia. Im starszy jestem, tym ostrzej widzę tę prawdę. Doskonale powiedział podsumował tę prawdę Halpern w „Ziemi obiecanej” – „Bucholc nie żyje! pan wie?… Miał fabryki, miał miliony, był całym hrabią i nie żyje! A ja nie mam nic i jeszcze na jutro mam protestowane weksle, ale ja żyję! „. Elizabeth Taylor i Marylin Monroe, świetnie zarabiające, miały odpowiednio 7 i 3 mężów, mimo że ta druga żyła tylko 36 lat. Z drugiej strony, wiele osób żyje sobie znacznie biedniej, ale lepiej. +50k miesięcznej pensji na wysokim stanowisku w korpo niewiele w tym względzie zmienia. Obserwuję dyrektorów w mojej firmie, cześć znam od 20 lat, większość przeszła już przynajmniej rozwód, ciężką chorobę swoją lub małżonka, a niektórzy od lat są sami. Przy każdej zmianie zarządu drżą, zrzucając z sań dawnych kumpli. I jadą dalej. Większość prezentuje dziś taki poziom cynizmu, do jakiego dojścia nikomu nie życzę. Postawa ta wynika z poniesionych porażek na różnych polach (głównie osobistych) oraz świadomości, że lepiej już było. Z dawnego grona świeżych absolwentów, razem zaczynających pracę, jestem chyba ostatnim podgwizdującym sobie, gdy wchodzę do biura. Jak ostatnio powiedziała mi jedna z koleżanek „Jak ty to robisz, że nadal rano idziesz po ulicy z uśmiechem?”. Odpowiedziałem jej: Nie przejmuję się trudnościami, porażek nie biorę za dramaty i każdego dnia próbuję od nowa, akurat tyle, by mieć poczucie sensu i spełnienia. I właśnie poczucia spełnienia, Wam wszyscy czytelnicy bloga życzę, niezależnie od tego czy posłuchacie moich rad i zainwestujecie 800+.

O targowaniu się. Moja rozmowa z panią dyrektor od HR z korpo.

Jedną z umiejętności, którą nauczył mnie mój Tato jest targowanie się przy zakupie. Podobnie pisało wielu przedsiębiorców „Nigdy nie płać ceny z oferty”. Wszystko to dało efekt w postaci zamykania niezłych transakcji.

I właśnie o tej sztuce rozmawiałem z panią dyrektor od HR. Miejsce zatrudnienia – duże korpo. HR nie podejmuje decyzji zakupowych, więc i nie rozwija umiejętności. W życiu prywatnym menedżer też nie ma zbyt wielu okazji na targowanie. Ponieważ pracuje w sztywnej strukturze, uważa negocjacje cenowe za możliwe w niewielkim zakresie. A jest wręcz przeciwne. Podałem jej dwa przykłady, które wycięły ją z butów.

Zakup działki w górach. Rok 2017, wiele lat spadków, ale ja już czuje przyszłe ożywienie. Początkowa cena działki w ogłoszeniu- 240 k. Cena w chwili, gdy na nią trafiłem – 200k. Cena na umowie – 150k. Zapytasz, jak to możliwe? Ano możliwe i prawdopodobne.

Zakup mieszkania dla syna. Rok 2026. Kilkumiesięczny zastój na rynku. Ceny w okolicy i podobnym stanie- ok. 500k. Cena początkowa tego mieszkania 450k. Cena, gdy ja je znalazłem – 430k. Cena zakupu – 402k.

I teraz przechodzimy do sposobu – jak kupić nieruchomość za 75% ceny rynkowej, nie bawiąc się w egzekucje komornicze? A zakup za 75% daje kilka plusów: margines bezpieczeństwa, wyższy zysk przy odsprzedaży, wysokie ROI.

Timing. W każdej transakcji istotny jest timing. O ile nie musimy, nie kupujemy na górce. Czekamy na lokalny dołek, albo najlepiej koniec dołka (moment przed odbiciem). Trzeba umieć interpretować fazy rynku. W przypadku działki – dobrany idealnie. W przypadku mieszkania – to się jeszcze okaże. W takim momencie nawet dobre oferty wiszą chwilę w internecie.

Drobny problem, który łatwo rozwiązać. Wiecie jaki jest główny mechanizm działania flippingu? Ludzie kupują oczami, wielu z nas nie ma wyobraźni, ani chęci babrania się z problemami. Ale te są czasem drobne i możliwe do rozwiązania za grosze. W przypadku działki – niewyrównana powierzchnia, w przypadku mieszkania – konieczność remontu. Wracam do swoich historii. Pierwsza działka miała wjazd na papierze. Wejście zagradzał 0,5m mur oporowy (zjazd już wyznaczony na chodniku), rosły drzewa, a przez środek biegł niewielki rów. Wystarczyło, żeby ludzie odrzucali ofertę. Koszt rozwiązania (dobry majster z koparką)? 3000 zł.

Mieszkanie, przez wiele lat użytkowano jako małe biuro. Nigdy nie zmieniono przeznaczenia formalnie, co pozwalało kupić mieszkanie. Ale ludzie widzieli biuro. Brak brodzika w łazience. Open space. Dla mnie to była szansa – łatwiejsza aranżacja, nowe ściany, brak wyburzeń (i usuwania odpadów). Koszt przeróbki DIY? Znacznie mniejszy niż szacowano.

Zmotywowany sprzedawca. Słowo-klucz. Musi sprzedać i robi to natychmiast. Tak było w obu przypadkach. Działka – ludzie budują dom, potrzeba kasy na zapłacenie majstrom, którzy wydzwaniają, bo zakończyli robotę. Trzeba sprzedać albo narazić się na proces. No i wtedy pojawiam się ja. Dlatego zbiłem 25% z już obniżonej ceny. W drugim przypadku właściciele biura szli na emeryturę. Nie mieli czasu czekać, bo już liczyli sobie i tak po 70 wiosen. Do tego rozumieli spadek. Stąd spory opust.

Na koniec wróćmy do pani dyrektor od HR. Ona otworzyła oczy, bo nigdy tych zasad nie stosowała. Ba, nie słyszała o nich. Dlatego obcinka na poziomie 25% ceny rynkowej wyrwała ją z butów. Dla niej 5% to już było sporo.

Ze sposobów mojego Taty dodałbym jeszcze jeden – wygląd człowieka bez kasy. Takiemu łatwiej się targować.

Psychologiczne aspekty inwestowania. Skłonność do ryzyka.

Wielokrotnie opisywałem na blogu, jak działaniami inwestora żądzą dwa uczucia: chciwość i strach. Umiejętność panowania nad nimi, stanowi wyznacznik sukcesu. Dzisiaj omówię jeszcze jeden bardzo ważny czynnik – skłonność do ryzyka.

Zacznę od trywialnego stwierdzenia – inwestowanie nie jest hazardem. Działaniami inwestora nie rządzi ślepa siła, fatum, przypadek, czy jak tam chcemy nazwać okoliczności niezależne i niemożliwe do kontrolowania. Jednocześnie, pomimo iż poszczególne osoby, działają na tym samym rynku w tym samym czasie, osiągają diametralnie różne wyniki. Dlaczego?

Decydują o tym emocje i wrodzona bądź wyuczona skłonność do ryzyka oraz zastosowane narzędzia kontroli (pomijam tu celowo dane poufne, bo te dostępne są dla wąskiej grupy). Tyle.

Wrodzona skłonność do ryzyka. Każdy z nas rodzi się z określonym poziomem tolerancji na ryzyko. Nie jest on uwarunkowany genetycznie, lecz istnieje. Dwóch braci a nawet bliźniaków może mieć zbliżony pułap tolerancji, ale i zupełnie inny. Obserwuję takie zjawisko regularnie. Spośród rodzeństwa, jedno wykazuje się od dziecka (co składnia do tezy, że mamy do czynienia z cechą wrodzoną), znacznie wyższą tolerancję na ryzyko w każdym aspekcie życia, przede wszystkim interesującego nas postępowania z pieniędzmi i lokowania ich. Widzę to i w swojej rodzinie, widzę wśród znajomych. Jeden brat potrafi być poukładanym, konkretnym urzędnikiem, księgowym etc. a drugi kompletnym krejzolem, bez stałej pracy, znoszącym gigantyczne wahania kursów, inwestującym we wszelkie nowinki. Wpływu wrodzonej tolerancji na ryzyko nie da się całkowicie usunąć, aczkolwiek wracając do własnego dzieciństwa da się go ustalić. O dziwo, w mojej rodzinie, zawsze byłem ten najbardziej ostrożny.

Doświadczenia. Po konkluzji o wrodzonym poziomie tolerancji na ryzyko czas na najważniejszą część wpisu – wskazanie jak doświadczenia zmieniają nasze podejście i zachowania. Cała psychologia behawioralna prowadzi do wniosku, że swoje zachowania możemy modyfikować i mogą je modyfikować też inni (czynnik wpływu). Jestem właśnie po drugiej lekturze książki „Biedni w bogatym kraju”, opisującej losy dzieci z jednej klasy, gdzieś w interiorze USA. Wszystkie chodziły do tej samej szkoły, dojeżdżały tym samym autobusem, jednak ich tolerancja na ryzyko była diametralnie inna. Wychowani przez rodziców ze stabilnej klasy średniej (np. nauczycieli), wykazywały wysoką subordynację i niską skłonność do zachowań ryzykownych. Wzrastający w rodzinach dysfunkcyjnych, bez miłości, lecz z przemocą, podejmowali ryzyko skrajnie wysokie (np. handel i produkcja narkotyków). W końcu ponosili tego skutki, często bardzo brutalne, z przedwczesną śmiercią włącznie. Co więcej, autorzy wywodzą, w jaki sposób rodzina, jej dążenia, wyuczone mechanizmy kontroli nad ryzykiem różnego rodzaju, stanowią doskonały predykat późniejszego powodzenia.

Osobiście, jestem przykładem człowieka niezmiernie ostrożnego, którego doświadczenia życiowe skłoniły do przemodelowania podejścia. Dzisiaj, mam wrażenie, że spotkani ludzie oraz wszystkie sytuacje, które przeżyłem, pozwoliły dojść do modelu idealnego – pośrodku skali.

Wrodzony zachowawczy sposób podejścia do ryzyka, skutkował wybraniem bezpiecznego zawodu, trzymaniem się etatu, oszczędzaniem (uwaga: ludzie nie oszczędzający mają zwykle wysoki poziom tolerancji na ryzyko).

Część analityczna mojego umysłu, skłoniła do szukania luk w systemie i tworzenia zabezpieczeń. To zjawisko wzmacniały obserwacje. Opisywałem chyba pewną księgową – mamę mojej studenckiej narzeczonej. Efekty jej wykorzystania skromnych pensji, dały mi do myślenia i spowodowały, że stałem się super oszczędzaczem.

A za podniesienie poziomu tolerancji odpowiadają moi przyjaciele-kompletni krejzole i znowu analiza przypadków. Potem doszło pozytywne wzmocnienie w postaci efektów. I tak odkryłem pokłady cech, o które nigdy nikt mnie nie podejrzewał. Obracając się w gronie ludzi, dla których rzucenie wszystkiego (i to dosłownie, a nie zaryzykowanie 20 tys. zł) nie stanowi żadnego problemu, zacząłem tworzyć pewien system, którym dzielę się z Wami. Czas na jego części.

Nie da się żyć bez ryzyka. Oczywista konkluzja. Każda decyzja niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Wychodząc z domu, już ryzykujemy. Mniej lub więcej, ale zawsze. Ktoś, kto stworzył iluzję „bezpiecznego świata”, powinien zostać przywiązany goło do słupa na rynku (pozwolę sobie na niedosłowny cytat z pewnego polityka). Absolutnego bezpieczeństwa nie ma. Wiedząc to, wyzbywamy się maksymalnej ostrożności. Niesie ona bowiem szereg …. niebezpieczeństw. Bojąc się ryzyka, młodzi nigdy nie wyprowadzą się z domu. W Japonii raportują trzydziestolatków, którzy nie opuszczają własnego pokoju. Zjawisko, jeśli nie masowe, to zauważalne. Dlaczego? Ponieważ wykształcili w sobie nadmierną potrzebę bezpieczeństwa. Czy takie zachowanie nie niesie ryzyk? Ależ tak, tylko innego rodzaju. Podejście do dziewczyny, która mi się podoba, zaryzykowanie telefonu, zagadania, było często początkiem pięknej znajomości. Dokładnie ten sam mechanizm działa w inwestycjach. Skupiając się na lokatach bankowych, o ile nie zarabiamy wiele. Idąc na rynek akcyjny – podejmujmy ryzyko, w zamian otrzymując potencjalnie wyższy zysk. Dokonując flipa – dokładnie tak samo. Jeżeli wiemy, że bez ryzyka nie ma życia, zaczynamy ryzykować i… żyć.

Skrajne ryzyko jest skrajnie niebezpieczne. Nie powinno się iść po drugim końcu skali, wiecznie „jechać po bandzie”. Znam paru ludzi, którzy wyznawali maksymę „żyj szybko, umieraj młodo” i faktycznie już nie żyją. Uznali handel narkotykami, kradzieże za „zajęcie jak każde inne, tylko bardziej zyskowne” i dostali nożem, zaćpali się, a ich koledzy księgowi żyją. Podobnie w inwestycjach – skrajna tolerancja na ryzyko zmiata z planszy, czyści rachunek. Nie da się wiecznie wchodzić za pełną pulę. Przypominam tutaj rosyjską babuleńkę z „Gracza” Fiodora Dostojewskiego, która zawsze stawiała na „zero” w rulecie. Wygrała wiele razy (co samo w sobie było matematyczną aberracją), aż seria przegranych wyczyściła jej zasoby.

Zachowajmy złoty środek w ryzykowaniu. Francuzi mają piękne określenie „Juste milieu”. Cała gra słów opiera się na „juste”, które jest wieloznaczne. Może być zatem „środek: właściwy, sprawiedliwy, realny, uzasadniony, słuszny, celny czy należyty. Pomyślmy o tych przymiotnikach, ponieważ niosą one za sobą pewną akuratność, wartościując zachowania. Umiejmy zachować się właściwie, podejmować uzasadnione ryzyko, oceniać sprawiedliwie, patrzeć realnie itd. Wtedy i tylko wtedy zmieścimy się między skrajnościami. Nie stawiajmy wszystkiego na jedną kartę, nie atakujmy bez sensu i nie składajmy broni przed walką. Tak oceniam nasze podejście do ryzyka, do inwestowania, ale i do życia. Znowu przywołajmy przykład inwestora. Nie oczekuje 100% bezpieczeństwa, akceptuje stratę, ale nie całości lub 50% kapitału. Co robi? Analizuje, dywersyfikuje, kontroluje.

Ryzyko da się policzyć i kontrolować. Nie wszyscy zgodzą się ze mną, ale unikanie ryzyka nie jest jego kontrolowaniem (patrz pkt „Nie da się żyć bez ryzyka”). Oznacza życie-nieżycie. Tak samo w inwestycjach. Akceptując mentalnie 4% stopy zwrotu, skazujemy się (o ile nie zarabiamy na poziomie klasy wyższej i nie oszczędzamy 70% dochodu) na niedostatek. Wyłączamy, więc w głowie podejście „zero ryzyka”. Jak mawiają „kto nie ryzykuje, ten nie…” i tu możemy dodać różne pointy, z których najłagodniejsza brzmi „nie pije szampana”. Powoli dochodzimy do sedna. Żeby coś kontrolować, trzeba to najpierw policzyć. Służą temu albo skomplikowane modele matematyczne oparte na analizie prawdopodobieństwa i skutku, dostępne jednak dla niewielu (w tym nie dla mnie, ponieważ tzw. wyższa matematyka jest mi obca). Na szczęście możemy poradzić sobie nieźlej, jeśli znamy 5 działania (dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie, obliczenie procentów) plus ułamki czyli mamy wiedzę ze szkoły podstawowej ewentualnie zastosujemy, lepszy dla humanistów model analityczno-opisowy, który doskonale definiuje Tim Ferriss w „Narzędziach tytanów” i rozdziale „Sztuka opanowywania lęku”. Otóż, powróćmy do inwestycji.

Jeżeli wiemy, że statystycznie bessa na giełdzie zdarza się raz na 7 lat, możemy policzyć prawdopodobieństwo bessy na 1/7 x 100%= 14,28%. Co nam da ta wiedza? W sensie praktycznym – niewiele. Idźmy dalej. Największa historyczna bessa sprzed 100 lat wyniosła -90%, czyli indeksy spadły o 90%. I tutaj już mamy większą wiedzę. Szansa, że stracimy 90% kapitału na giełdzie nie jest wielkie – wynosi 1%. Załóżmy, że szukamy odpowiedzi na prawdopodobieństwo spadku co najmniej 30%. Raz na dekadę – 1/10 x 100% =10%. Zdefiniowaliśmy i prawdopodobieństwo w procentach i skutek (ile stracimy). Dla wielu powoduje to ruch „uciekam”. No i głupio. Policzenie prawdopodobieństwa stanowi tylko połowę. Teraz czas na drugą – kontrolowanie. Czy wszyscy, którzy weszli na rynek w 1929 r. stracili 90%? Nie. Albowiem zastosowali narzędzia kontroli, o których jeszcze napiszę w całym cyklu:

  • zlecenia stop loss (stop-straty),
  • dywersyfikację,
  • analizę wielkości pozycji,
  • uciekanie z zyskami,
  • optymalizacja podatkowa,
  • niskie opłaty.

Wszyscy współcześni guru inwestowania, którzy nie przeżyli spadku nawet 50%, zaproponują Wam jeszcze dwie: fundusze indeksowe i uśrednianie ceny nabycia. Ja się z nimi nie zgadzam, ale to czas na kolejną opowieść.

Tworząc klasyczny portfel, w którym mamy akcje i obligacje w proporcji 50:50, zmniejszamy ryzyko straty 90% praktycznie do zera.

Teraz przejdźmy do opisowego modelu Tima Ferrissa. Polega on na odpowiedzeniu sobie na dwa pytania: W skali 1-10 jak bardzo trwałe i niszczące będą negatywne skutki? Co zrobię, żeby ich uniknąć? Pierwsze jest prostym sposobem policzenia (analizy) ryzyka. Drugie narzędziem kontroli. Ferriss, cytując Marka Twaina, zauważa, że większość ryzyk w ogóle się nie wydarzy, przyniesie niewielkie negatywne skutki, da się kontrolować. Wróćmy na chwilę do życia.

Jeżeli posiadam:

  • 12-miesięczny fundusz awaryjny,
  • umiejętności praktyczne,
  • kontakty,
  • własną działalność gospodarczą,
  • ubezpieczenie chorobowe i od bezrobocia,
  • możliwość życia w „państwie socjalnym”,
  • niskie koszty stałe.

jak poważne jest dla mnie ryzyko postawienia się pracodawcy i utraty pracy wraz z żoną? Czy wyrzucą nas z domu? Czy nasze dzieci będą głodować? Czy umrzemy do chorób? Przecież nie.

W gruncie rzeczy doświadczymy niewielkich, czasowych perturbacji. Stosując terminologię Ferrisa, skutki utraty pracy będą wynosić 2 – przejściowe zakłócenia. Z łatwością pokonam przeszkody. Zupełnie w innej sytuacji jest zatrudniony na wysokim stanowisku 54-letni urzędnik samorządowy, z pensją 15 tys. zł netto, wydatkami sztywnymi 10 tys. zł, 3-ma kredytami na łączną sumę ok. 700 tys. zł (przykład z oświadczenia majątkowego). On uznał, że zabezpieczeniem przed ryzykiem jest tzw. pewna praca z dobrymi poborami i akonto zarobków zadłużał się przez lata, ani nie spłacał zobowiązań przed terminiem. I musi się bać.

Teraz przenieśmy te rozważania na inwestowanie. Jeżeli inwestuję pieniądze, których nie mogę stracić, narażam się na ryzyko. Nierozsądnie. Tracąc jednak 10% z kapitału zazgrzytam zębami i pójdę dalej. Znowu – skutek 2. O to chodzi w analizie ryzyka: o ocenę skutków straty określonej wysokości dla mojego życia (choćby w skali 1-10) i zmniejszeniu tego ryzyka (kontrola).

Ryzykiem możemy zarządzać, ale zawsze zdarzy się nieprzewidywalne. Pewien John kupował tylko akcje poważnych firm, z branży finansowej i energetycznej. Ludzie zawsze potrzebują pożyczek i prądu. Firmy audytorskie oceniają ryzyka. Czego się bać, jeśli ma się w portfelu takie pewniaki jak Enron czy Lehman Brothers? Nadchodzi rok 2001 potem 2008. Portfel spada do zera, obie spółki po kolei upadają. Przez giełdy przesuwa się faza bessy. John uważa wszystkie akcje za oszustwo i nigdy nie wraca na rynek.

Zawsze zdarzy się: kryzys dotcomów, Wielki Kryzys, wojny, Covid-19, prezes ucieknie z kasą i sekretarką, księgowy kupi opcje walutowe, urośnie chińska gospodarka, pojawi się Hitler lub Osama bin Laden. Nie jestem w stanie wymienić wszystkiego, ale jestem pewien – w następnej dekadzie usłyszymy o ryzyku, którego nie zidentyfikowaliśmy. I pojawia się dobre pytanie – Co wtedy? Jak zabezpieczyć się przed niewiadomym? Właśnie ten lęk skłania wielu do unikania giełdy, albo szukania „cudownych rozwiązań”, które przed niczym nie chronią, ale dają iluzję „przypilnowałem”. Ładnych parę lat temu, opisywałem Wam Piotra Wajdę, który namawiał na zakup i trzymanie złota, które miało wtedy cenę ok. 1300 USD za uncję. Ale nie zwykły zakup, tylko ulokowanie całej własnej forsy w złocie. Kto go posłuchał, przeżył wzrost do 5500 USD, a potem spadek do 4000 USD. Nie każdy dobrze to zniesie. W długim okresie, zapewniam Was i ceny złota spadną do jakiegoś poziomu równowagi. Ktoś kto wszedł za 1300 USD może stracić. Kto zaczął przy 5500 USD już traci, a ten kto kupi dzisiaj, ma spore prawdopodobieństwo zejścia na poziom 3000 USD, a może i 1000 USD. Nazywa się to kupowaniem na górce. Zdarzy się coś takiego, co zepchnie złoto poniżej poziomów ostatnich lat, które stanowią długoterminową aberrację.

Podobnie jest na giełdzie, w nieruchomościach itp. Każdy z tych rynków podlega cyklom. Warto o tym pamiętać, kiedy zaczną się spadki. W przypadku zaistnienia nieprzewidywalnego, ruchome zlecenie stop loss może uratować nam tyłki. Podobnie dywersyfikacja.

Wnioski. Wrodzona i wyuczona skłonność do ryzyka może nas kierować w stronę działań niebezpiecznych dla życia i portfela. Zignorujemy analizę i mechanizmy kontroli, uznamy, jak dwóch profesorów ekonomii, że ryzyko jest za niskie, aby w ogóle się przejmować. Nasi maklerzy mają wysoki poziom etyki i przestrzegają reguł, myśleli menedżerowie Baringsa, nie wiedząc o niecnych działaniach Nicka Leesona. I popełnimy błąd. Kosztowny błąd. Warto jeszcze raz przemyśleć swoje podejście do ryzyka. Nie można być ani przesadnym optymistą, ani nadmiernym pesymistą. Polecam środek, sprawiedliwy środek.