Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.

Kryptowaluty i spektakularna klęska. Jak zadziałał znany mechanizm „chciwość kontra strach”?

Na początku maja zadzwonił do mnie bardzo dobry kumpel. Zadał mi jedno pytanie: Czy sądzę, iż kasę z Zondacrypto uda się odzyskać? Szczerze powiedziałem, co myślę, że to gruby, od dawna zaplanowany wałek, mówiąc wprost – oszustwo. Wtedy padły trzy słowa: „Ale na YouTube różnie mówią.” Już wiedziałem. Wszedł w to, powierzył im swoją ciężko zarobioną kasę.

Sylwetka „inwestora”. Do tej pory miał najwyżej lokatę i to w tym „najbezpieczniejszym banku”. Do tego nieruchomość na wynajem. Trzymał się z dala od gięłdy „bo ryzykowna”. Dochód czerpał z ciężkiej, obciążającej psychikę pracy po 10 godzin dziennie z niepłatnymi nadgodzinami w biurze-Januszexie. Zainwestował w krypto około 20k, efekt 4 miesięcy spędzonych nad papierami, a w zasadzie, odejmując wydatki (z czegoś przecież musiał żyć) – 8 miesięcy. Jak spotkał się z krypto?

Przyczyny inwestycji. Namówił go młodszy kolega z biura. Nie widziałem tej sceny, ale znając mechanizm jestem w stanie dość precyzyjnie ją odtworzyć. Słyszałem o nim wielokrotnie: w 1993 r., 2001 r., 2008 r., słyszę i teraz. Otóż jest sobie konserwatywny starszy pracownik, obok niego siedzi „młody”, ubrany w dobry garnitur. Z rozmowy wynika, że „młody” inwestuje w super zyskowne akcje, które idą do góry, albo, jak w tym przypadku w krypto. Pojawiają się opowieści o zyskach: 3-4 razy większych niż możliwe do osiągnięcia z lokat. I włącza się schemat chciwości. Po długich namowach „stary” całkowicie ignoruje (bo nigdy o nich nie słyszał) typowe zabezpieczenia: dywersyfikacja, wybór sensownego brokera, koszty transakcji, wreszcie coś, co powtarzam jak mantrę „kupuj, gdy jest tanio”, zakłada rachunek, którego działania nie rozumie (a w zasadzie zakłada mu go „młody”) i składa pierwsze zlecenie.

Przebieg inwestycji. Stary trochę zarobi i łapie haczyk. Już jest kupiony. Przecież od tych 20k zyskał 4-5k, a więc kwotę, na którą lokatami pracowałby przez kilka lat. Wtedy pojawiają się problemy. Spadek. Pogłoski o trudnościach z wycofaniem pieniędzy (jak w historii kumpla z Zondacrypto). „Młody” tłumaczy: Nie słuchaj panikarzy i zawistników. Ale złych informacji przybywa. „Stary” wreszcie włącza schemat „strach” i sprzedaje. Co z tego, skoro nie może wycofać pieniędzy, dodatkowo traci na spadkach.

Szukanie dowodów, że coś da się uratować. Klasyka. Ile razy słyszałem: „Nie jest tak źle”, „Jeszcze się odbije”, „Na YouTube różnie mówią” etc. Tymczasem pieniądze istnieją na papierze, bo firma/giełda jest wydmuszką. Właściciel siedzi sobie daleko z pieniędzmi klientów. Do końca zapewniał o „przejściowych trudnościach”. Teraz razem z wyznawcami pompuje teorię o spisku. Prawda brzmi brutalnie – nic nie uda się uratować, wszystko przepadło. Oczywiście, mega szkoda mi kumpla, gdyby przyszedł do mnie wcześniej (a zadziałał kolejny mechanizm „Przyznam się dopiero wtedy, gdy dużo zarobię, żeby przekonać ludzi, że ja też potrafię,”), wyjaśniłbym mu o co chodzi i może zdążyłby wyjść w odpowiednim momencie. Albowiem przez lata uniknąłem wtopy z takimi „złotymi interesami” dzięki stosowaniu kilku zasad.

Zasada 1. Nie inwestuj w coś, czego nie rozumiesz. Nie kupuje kontraktów na zboże, akcji kopalni złota w Australii, spółek biotechnologicznych, ponieważ tych rynków nie rozumiem. Mój kumpel kryptowalut nie rozumiał, nie wiedział jak działa jakakolwiek giełda, nigdy nie inwestował.

Zasada 2. Omijaj podejrzane inwestycje. Inwestycje ulokowane w obcych krajach, tworzących sprawozdania w nieznanych językach. Estoński, dość podobny do węgierskiego, zna niewielka liczba osób, do tego raczej nie łączą oni tej umiejętności z czytaniem sprawozdań finansowych. Dlatego tak długo opinia publiczna nie wiedziała, że giełda Zondacrypto łamie podstawową zasadę bezpiecznej inwestycji – wykorzystuje rachunki swoich klientów (a w zasadzie ich aktywa) do spekulacji, nie oddziela środków spółki od powierzonych. W razie odwrócenia trendu, traci wszystko. Mój kumpel w teorii nie był mocno „do tyłu”, ale w praktyce pieniądze były tylko zapisami na wydruku. Jego kryptowaluty najprawdopodobniej pożyczono niewypłacalnym inwestorom z całego świata. Zniknęły. Podejrzane były też powiązania: właściciel nr 1 zginął bez wieści z kluczami do portfela, właściciel nr 2 siedział sobie w raju podatkowym, sponsoring polityków itp. I na koniec – zero nadzoru finansowego, pełna wolna amerykanka. Brzmi jak przepis na katastrofę. Tak upadał Enron, wywracał się Janusz Palikot, no i Zondacrypto.

Zasada nr 3. Nie kupuj na górce. Oczywista oczywistość. Krypto miało sens, gdy BTC kosztował 0,2 zł, no dobrze do 10k. Potem pojawiła się czysta spekulacja. Za tymi wirtualnymi walutami nie stoi żadna ekonomia, stąd trudności w wycenie i silne wahania kursu. Kupowanie jakiś ułamków jednostki, przy cenie po 300k zł/BTC zakrawa na szaleństwo. Wybieranie jakiś innych …coinów przypomina mi zabawę zapalniczką na stacji benzynowej. Albo zdobędziemy sławę nieustraszonego wśród kolegów, albo wylecimy w powietrze.

Zignorowanie tych trzech, dość prostych zasad, kosztowało mojego kumpla 20k. Kiedy usłyszał ode mnie „dobrze, że tylko 20k” prawie się obraził. Wtedy wytłumaczyłem mu te mechanizmy i opowiedziałem historię, o adwokacie, który w 1992 r., żeby inwestować na GPW stracił dom (sprzedał i stracił 2/3 kapitału), o nauczycielce, pragnącej udowodnić wszystkim swój inwestycyjny geniusz, gdy w 2007 r. kupiła fundusze inwestycyjne za pożyczone na hipotekę mieszkania 70k „bo młodemu, tak dobrze żarło”, o pewnym zamożnym, uczciwym biznesmenie, który próbował mnie przekonać „Palikot jeszcze się odbije, tam nie ma żadnego wałka”. Ponieważ szczegóły bywają różne, ale schemat podobny – złamanie powyższych trzech zasad, które kończy się finansową katastrofą.

Finansowe perpetuum mobile – PPK + IKZE.

Sponsorem tego wpisu jest jeden z moich byłych szefów. „Pan Zastępca wymyślił” sobie, że przeniesie środki z dość przyzwoitego i dużego PKO PPK do jakiegoś małego PPK. Do mojego pokoju wpadła główna księgowa – wołając „Ratuj”. I po raz kolejny musiałem siąść, porównać, policzyć. Wnioski jak zwykle wychodzą ciekawe.

Teza 1. Nie wszystkie PPK są takie same.

Niby oczywiste, a jednak. Różnice potrafią być ogromne. Ten PPK pobierał np. 2-krotnie większą opłatę za zarządzanie niż PKO PPK. Co to oznacza? W długim okresie – znacznie mniejsze zyski, lub w skrajnych przypadkach straty. Poszczególne PPK można sobie porównać na mojeppk.pl. Tam publikują solidne zestawienia.

Wyniki inwestycyjne też potrafią się różnić.

Teza 2. Zarządzający PPK potrafią znacząco się mylić.

No cóż. Ten nowy PPK posiadał w portfelu np. obligacje o stałym oprocentowaniu poniżej…2% jeszcze w 2025 r. I takich kwiatków bywa więcej.

Wniosek prosty – obligacje dobiorę sobie sam. Akcje też.

Teza 3. „Pan Zastępca”, albo postradał rozum, albo chce zrobić komuś przysługę kosztem pracowników.

Główny argument przenosin – bo informują o spadkach na rynku. Oczywiście – po fakcie, czyli gdy mleko już się rozlało. Szczerze mówiąc, zakładam wersję kolegi Pana Zastępcy w dystrybucji PPK. To malutkie PPK, (ma takie aktywa, jakie PKO PPK zbiera w ciągu miesiąca), z ogromnymi opłatami i częściowo wręcz toksycznym portfelem.

Teza 4. Nie zmieniamy PPK.

Nasza rozmowa była krótka – po przedstawieniu argumentów „Pan Zastępca” zamilkł i mocno zdziwił się, gdy usłyszał o stopach zwrotu z moich inwestycji kapitałowych.
Ale najważniejsze – 1/3 załogi (bo tyle zapisało się do PPK) chciało zostać w PKO. I zostali.

Na tej kanwie oraz na podstawie obowiązujących regulacji, wymyśliłem tezę 5.

Teza 5. PPK + IKZE to podatkowo-inwestycyjne perpetuum mobile.

Wyniki PPK nie porażają. W ciągu 3,5 roku z wpłat łącznych ok. 30 tys. zł, zyskałem 6 tys. zł, czyli 20%. Mniej niż inflacja w tym okresie, a w porównaniu z moim portfelem – słabo.

Natomiast jeśli odniosę do wpłat własnych (czyli potrąceń z mojej pensji) wychodzi już 17 tys. zł (wpłaty) i 36 tys. zł (stan rachunku) czyli ….+100%. Super.

A ile zyskałem od podobnej kwoty, na podobnym dystansie w IKZE?

Wpłacając na IKZE 17 tys. zł, dostaję premię podatkową 32% czyli dodatkowe 5.4 tys. zł (ulga podatkowa, do reinwestowania). Już mam 22.4 tys. zł. I teraz załóżmy, że 1/3 kwoty zainwestowałem w obligacje średnio 6%/rok = +1500 zł przez 4 lata. Tym samym nie zrównałem się z PPK (24 tys. zł), ale zostaje jeszcze zysk z części kapitałowej. Moje wyniki to za ten czas to +55% czyli +9 tys. zł. Razem miałbym 33 tys. zł. Przypominam, po 3,5 roku, wpłacając 17 tys. zł na starcie (w PPK wpłacałem stopniowo). I dlatego mogę mówić o perpetuum mobile.

Oczywiście, w przyszłych latach zyski mogą być inne. Widać jednak przewagę PPK (dopłaty pracodawcy i państwa). Słaby punkt? No cóż, i tak wykorzystuję limit IKZE oraz dopłaty w długim okresie zaczną mieć mniejszy wpływ na wynik. O wynikach osoby z niżej niż przeciętnym portfelem napisze za jakiś czas.

Bezpieczeństwo ponad wszystko. Czy taka inwestycja istnieje?

Czy wiecie, że jest na rynku produkt, który daje gwarancję zysku? Nie zachowania kapitału (braku straty), ale zysku. Niezależnie, czy jesteście młodzi czy starzy, doświadczeni czy początkujący. Znacie matmę, czy dostaliście z niej dwójkę na maturze. Do tego dostępny na wyciągnięcie ręki. Inwestowanie w niego zajmie Wam 5 minut miesięcznie. Dzisiaj płacą 6.5% (minus podatki, albo i bez nich, jeżeli masz IKZE lub IKE) przy inflacji na poziomie niespełna 3%. Zero prowizji. Zgadliście już?

Czy życie może być prostsze? Kupujemy w jednym opakowaniu: bezpieczeństwo, prostotę i kapkę chciwości.

A argument społeczny? Dostępny dla każdego. Nietrudno go zrozumieć. I wielu go zna.

Teraz odrobina matematyki. Czy wiesz, że zyskując realnie 2% nad inflację (powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze będzie tak dobrze, jak dziś) nie tylko zachowujemy kasę, ale i zarabiamy. Nigdy nie stracimy, czyli nie doświadczymy obsunięć kapitału. Idealnie.

Po 10 latach, dzięki procentowi składanemu, z inwestycji 1000 zł miesięcznie, przy ochronie (tarczy podatkowej) osiągniemy realnie (czyli z uwzględnieniem zachowania wartości pieniądza) – prawie 133 tys. zł. Nominalnie (zakładając nieco gorsze warunki czyli średnio 5%/rok) – prawie 156 tys. zł.

A po 40 latach? Tyle wynosi okres oszczędzania na emeryturę. 1.53 mln zł przy 5% i 735 tys. zł realnie (dzisiejsza wartość pieniądza). No właśnie, ile tej prywatnej emerytury dostaniemy?

Znowu, łatwo policzyć. 1.53 mln x 5% = 76,5tys. zł/rok i 6370 zł/m-c.

Realnie – 735.000 x 4% (nie przejmujemy się utratą wartości lecz stosujemy tzw. rachunek FIRE) – 29.400 zł/rok i prawie 2500 zł co miesiąc.

W tym miejscu, żebyście mieli czas chwilę odetchnąć, pokażę Wam wyliczenia ZUS. Trzydziestoletni przedsiębiorca, odprowadzający składkę 19,76% od 60% średniej pensji musi teraz zapłacić 2000 zł/m-c. Obiecują mu emeryturę minimalną, czyli 1800 zł. Wy, płacąc o połowę mniej, dostaniecie 40% więcej i to jeszcze z zachowaniem dziedziczenia.

Król prostoty i bezpieczeństwa został wybrany. Jak się nazywa?

Bezpiecznie i prosto. O ETF i inwestycjach dla absolutnie początkujących.

Dzisiaj rano spotkałem Dobrego Marketingowego Ducha, który wytłumaczył mi fenomen ETF tzn. pozwolił spojrzeć na produkt oczami nie zaprawionego w bojach inwestora, ale właśnie marketingowca. Otóż w rzeczywistości firmy inwestycyjne oraz blogerzy finansowi nie rekomendują inwestycji (dziwne, wiem, dla kogoś kto całe życie zajmował się liczbami), ale obietnicę. I ETF jest właśnie taką obietnicą. Co obiecuje? Dwa punkty:

  • zyski dla giełdowych totalnych żółtodziobów (zaspokaja chciwość i bezpieczeństwo),
  • prostotę (zaspokaja lenistwo).

Tu Cię mam bratku-sprzedawco. Właśnie dowiedziałem się czegoś, co zawsze podejrzewałem. Obiecują ciepłe gniazdko, a wciskają wybuchającą na spadkach minę. Sprytne.

Ale Dobry Marketingowy Duch, po 1.5 – godzinnej dyskusji dał mi jeszcze jedno zadanie. Mam znaleźć (stworzyć) produkt, niszę, system inwestycyjny w 3 krokach, który faktycznie da nam bezpieczeństwo i prostotę, a i kapkę chciwości. Słyszeliście o czymś takim? Siadam do pracy. Zero komplikacji, zero liczb, zero… dotychczasowego Oszczędnego Milionera, lubującego się w piętrowych dygresjach. Już mi się podoba.

Na koniec smutna wiadomość. Blogerka Godnezycie złamała pióro i złożyła deklarację, że już nic więcej nie napisze. Ja postaram się nadal opowiadać o tym samym, tylko inaczej. Ocenicie, czy wyszło lepiej czy gorzej.

Magia procentu składanego po raz 3.

Dzisiaj skupię się na wyliczeniach magii procentu składanego. Pokażę go na dwóch przykładach.

Przykład 1. Zakup nieruchomości na kredyt. Wyobraźmy sobie taki scenariusz – ktoś oferuje nam małe trzypokojowe mieszkanie we Wrocławiu za 400k. Niby nic wielkiego, ale dla studenta idealne. I teraz tzw. montaż finansowy:

  • wkład własny i na remont 110 tys.
  • koszty transakcyjne 12 tys. zł.
  • potrzebna gotówka 122 tys. zł.
  • kredyt 320k, rata 1900 zł.
  • możliwy do uzyskania czynsz 2600 zł netto (uśredniony, zakłada 10% pustostanu).

Kiedy popatrzymy na te wartości, możemy sobie uświadomić, że:

  1. aby zebrać 122 tys. zł gotówki potrzebujemy przez 3 lata odkładać po ok. 40 tys. zł/rok. Może już mamy te środki.
  2. co miesiąc przez 30 lat (o ile nie zmienią się stopy procentowe) nie dołożymy nic poza sumą początkową.

Gdzie jest błąd? Otóż rata najprawdopodobniej (o ile nie dojdzie do wojny, katastrofy ekonomicznej) utrzyma się na podobnym poziomie. Czynsz najmu zaś wzrośnie (podobnie jak wartość nieruchomości w długim czasie). Co to oznacza? Że czynsz i rata kształtują się korzystnie.

Co się zdarzy za 10 lat? Mieszkanie generować będzie nadwyżki na poziomie kilkuset złotych, pozwalające składać na remont. Za 15 lat nasze mieszkanie będzie warte więcej niż dziś (dajmy na to 600k), a spłacimy (o ile nie będziemy nadpłacać) ok. 140 tys. kredytu (zostanie 140k). Wartość netto: 460k, zainwestowana kwota 122k. Zysk 338k plus nadwyżka z rosnącego czynszu. Po 30 latach mamy czystą wartość – wolne od obciążeń mieszkanie.

Przykład 2. Zakup nieruchomości za gotówkę. Ponownie posługujemy się kwotą 442k (400k cena plus 42k koszty). Dochód z najmu 2600 zł netto/m-c czyli 31.200 zł netto/rok. Wzrost wartości – 200k. Zysk 668k z 442 k. Stopa zwrotu „marne” 151% netto. Licząc „po góralsku” za 15 lat kupimy drugie mieszkanie „za darmo”.

Problemy? No cóż, kilka ich znajdę. Najpierw gotówka. Nikt, kto żyje z dnia na dzień nie posiada oszczędności 122-442k. I tu widać przewagę oszczędzających i inwestujących. Kwestia druga – koszty i ryzyka (remonty, pustostany), nie wzięliśmy ich pod uwagę, ale zakładam, że pokryjemy je ze wzrostu czynszów (te zabezpieczy inflacja).

A potem, gdy śniegowa kula już się rozpędzi, kupujemy kolejną nieruchomość.

Ile można oszczędzić w rok, dodatkowo pracując?

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Pracujecie na etacie w biurze przez 40 godzin w tygodniu. Weekendy pozostają wolne. Zarabiacie średnią krajową (ok. 6200 zł netto). Ktoś składa Wam ofertę – w weekendy zarobicie dodatkowo 3200 zł netto (ok. 700 zł dniówki), pracując po 10 godzin. Bierzecie?

Dorobienie sobie, wydaje się najprostszym sposobem na poniesienie poziomu oszczędności. Do tej pory odkładaliście 10% pensji tj. 620 zł. Teraz, przyjmując propozycję wychodzicie na: 620+3200 zł =3820,00 zł. Nieźle. Wasze oszczędności rosną o 500%. Rocznie z ok. 7500 zł robi się nieco ponad 45.000 zł. Ogromna różnica.

Dokładanie tyle można oszczędzić, poświęcając np. sobotę na dorobienie. A na przestrzeni 10 lat z 75 tys. zł zrobi się 450 tys. zł. Świetnie. Najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Obiekcje? Kto poświęci sobotę? No cóż, ja żyłem tak przez lata. Od 24 r.ż. do 49 urodzin pracowałem regularnie po 50-60 godzin w tygodniu (akurat niekoniecznie w sobotę). Kupiona za jednoroczną nadwyżkę roku 2003 nieruchomości została sprzedana, by kupić dzisiejsze mieszkanie mojego syna. Dobrze słyszycie – nie 10 lat a jeden rok. Spora zmiana.

Oczywiście. nie mogę Wam obiecać, że osiągnięcie takie stopy zwrotu, ale lepiej spróbować i zarobić nawet połowę mniej, niż nie spróbować i zostać z drobnym ułamkiem tego, co można było uzyskać.

Psychologia rynku giełdowego w stylu”Jaszczura”.

Ten blog, w zakresie inwestycji, tłumaczy pewne zjawiska cierpliwie. Zupełnie inaczej postępuje znany patostreamer – „Jaszczur”. Dzisiejszy wpis ma, imitując częściowo styl „Jaszczura”, pokazać pewną prawdę o giełdzie. Zaczynamy.

Wyobraź sobie, synku, grę giełdową.Przez dwa lata uśredniałeś ceny nabycia, masz pewność swoich racji i dostajesz propozycję zagrania, przy następujących zasadach:

  • siadasz przed torbą, w której znajdują się bryłki złota i g…no,
  • gdy przez następny rok, giełda zyska wyciągasz złotą monetę, a przy zysku +15% – sztabkę,
  • jednak gdy spada, wyciągasz g..no, gdy spadek przekroczy 10%, g..no wybucha Ci w twarz.

No i jest rok 2001. Masz swoją minimalną (na poziomie dawnej szkoły podstawowej) wiedzę o prawdopodobieństwie. I widzisz, że w ostatnim ćwierćwieczu (od 1976 r.) – 20 lat wyciągałbyś złoto (z tego połowę stanowiły sztabki), a g..no tylko pięć razy. Do tego g..no nie chodziło seriami, jak wypadło raz, kolejne pojawiało się po kilku latach. Ostatnie w 2000 r. Przystępujesz więc do gry, przekonany o swoich szansach.

  • 2001 r. – wyciągasz g..no. Niesmak, brudne ręce i potworny zapach. Jednak znowu siadasz do gry – pewny wygranej. Takiej serii jeszcze nie było.
  • 2002 r. – wybuchające g…no. Obryzguje Ci twarz, ubranie, ludzie siedzący wokół śmieją się i pokazują palcami, żona odwraca się z niesmakiem, przyjaciele stroją sobie niestosowne żarty. W tym momencie kilkadziesiąt procent ludzi uzna grę za niewartą zachodu. Nikt nie chce zostać obryzgany g…nem. Nikt nie chce stracić 1/4 rachunku. „Synku, tkwisz po szyję w g… nie. I wiesz co, do twarzy ci w tym.”
  • 2003 r. – wielu jednak zostało. I wypada sztabka złota. Świetnie. Ale tych 20-30% już nie ma w grze. Płaczą. Warto było umyć się z g…na.
  • 2004 r. – złota moneta.
  • 2005 r. – i jeszcze raz złoto.
  • 2006 r. – ponownie złota moneta.
  • 2007 r. – to niewiarygodne. Trend powrócił – mamy złoto. Do stołu gry wracają przegrani, którzy wylizali rany. Przepracowali upokorzenie. Winią siebie za wstanie od stołu, przy którym, gdyby wytrwali, uzyskaliby 4 złote monety i sztabkę. W następnym roku zagrają.
  • 2008 r. – przy stole z Tobą siedzi tłum. Wszyscy czekają na złoto. A tu… wybuchające g…no. Znowu wraca znany obraz, brud, smród, śmiechy, żarty. Nie chcesz przeżyć tego kolejny raz. Podobnie jak 38% rocznej straty. Wstajesz i nie wracasz. Jak 50% składu.

Co było potem? W ciągu 5 lat? 2 razy złota sztabka, 2 razy złota moneta i … brak losowania (0%). Ale w 2015, 2018 kolejne g…no. W 2022 r. nawet wybuchło. Dla Ciebie bez znaczenia, nie chcesz siedzieć przy stole.

Dodajmy nieco realizmu. Przy drugim stoliku też trwa gra. Tam obstawiają obligacje ….i każdy co roku wygrywa. Obserwujesz kątem oka. Stawką jest nie złoto, a srebro. I dochodzisz do wniosku, że wolisz srebrną monetę niż wybuchające g….no.

Dokładnie tak, działa mechanizm giełdowy, chciwości i strachu (a także rozsądku). Giełda nie jest przewidywalna, wymyka się statystykom i logice. Raz masz złoto (+23%), a w innym roku wybuchające g…no (-38%). Praktycznie bez powodu. Świat nie zmienił się na minus o prawie 40%. Zadziałał strach. Ktoś, kto doświadcza go pierwszy raz – głupieje. Ktoś, kto działa rozsądnie – obstawia, gdy wybuchło g..no. No i drugą ręką stawia przy „srebrnym stoliku”. W razie czego, obryzgany może powiedzieć triumfalnie – zobaczcie, może i jestem cały w g…nie, ale dostałem srebrny pieniążek, którego Wy nie macie.

Milioner w roboczym ubraniu i milioner w garniturze. Podobieństwa i różnice.

Kiedy pierwszy raz czytałem opracowania naukowe dotyczące sposobu formułowania ogłoszeń skierowanych do różnych grup pracowników: robotników, korposzczurów i ich szefów, przecierałem oczy ze zdziwienia. Pewnie dlatego, że nigdy nie głębiej się nad tym nie zastanawiałem.

A wnioski okazały się następujące. Do robotników przemawia się językiem, w których powtarza się słowa: grupa, paczka, drużyna. W przypadku typowych zawodów klasy średniej pojawia się szansa rozwoju, dynamiczny zespół, benefity. A do menedżerów kieruje przekaz o satysfakcji, wynikach itp. Oczywiście, chodzi o odwołanie się do wartości wspólnych klasie ludowej, biurowej i wyższej. Robotnicy szukają wspólnoty (ponieważ praca przy taśmie wymaga współpracy, podobnie jak w „murarskiej trójce”), biuro wzmaga współzawodnictwo (zwycięzca otrzymuje awans, lepszy gabinet, wyższą pensję i… więcej roboty), a szefowie dążą zapewniania zysków akcjonariuszom (cisną dwie poprzednie klasy, aby pracowały wydajniej, kosztem własnego zdrowia). I kiedy tak myślałem o tym podziale, nagle doznałem olśnienia. Przecież te same prawa i wartości stoją za sukcesem milionerów z różnych grup. Tak, ponieważ obecnie, nawet robotnik ma szansę zostać człowiekiem zamożnym. W jaki sposób?

Milioner-robotnik. Z oczywistych względów brakuje mu wiedzy akademickiej, pozwalającej odróżnić dobrą inwestycję od złej. Musi zatem kierować się tzw. ludową mądrością. Dla milionera-robotnika podejrzane są wszystkie giełdowe szacher-macher, obligacje korporacyjne, akcje itp. Wierzy we własną ciężką pracę i kooperację (swój zespół). Lubi skupiać się na nieruchomościach. Z trójkąta zamożności wybiera oszczędność i dążenie do podnoszenia zarobków. Jak widzicie, pomimo garnituru na grzbiecie (oraz zdolności do podnoszenia stóp zwrotu), jestem do niego dość podobny.

A teraz popatrzcie na typowy przykład. Budowlaniec – zarabia 15 tys. zł miesięcznie, a żyje za 5 tys. zł. Za nadwyżkę kupuje (gotówką) zaniedbane nieruchomości, remontuje je i sprzedaje z zyskiem. Nigdy nie rezygnuje z pracy, bo nie potrafi siedzieć bezczynnie. Zadowoli się ROI 5% rocznie, albo jak sam powie „darmowym mieszkaniem po 20 latach”.

Milioner z klasy średniej. Rozumie złożone procesy i potrafi nimi zarządzać. Zarabia nieźle, często 2-krotność średniej krajowej, a więc …. tylko 20% mniej od wyżej opisanego robotnika. Wyciska jednak lepsze stopy zwrotu. W jaki sposób? Korzystając z kredytu, którego robotnik unika (lewarując), łącząc w strategii akcyjnej wzrost wartości z dywidendą, akceptując wyższe ryzyko. Jeśli może, zakłada własną firmę, optymalizując podatkowo. Mam coś z niego.

Ponownie, wracamy do przykładu. Specjalista w korporacji. Kupił 3 mieszkania na kredyt, bo miał zdolność. Po 10 latach ich cena wzrosła o 100%, spłacił kredyty i został milionerem. Alternatywnie – kupił akcje CD Projektu, gdy ten wchodził na giełdę.

Milioner z klasy wyższej. Skupia się na zdobywaniu po znajomości niedostępnych publicznie informacji. Gra wspólnie z innymi szefami. Wykorzystuje „czas innych ludzi, pieniądze innych ludzi”. Czyli robi to samo, co na etacie. Znam kilku przedstawicieli tego gatunku. Dopóki są na górze (bo upadek bolesny), nie muszą oszczędzać, konsumują agresywnie, a i tak nikt nie odmówi im kredytu. Ich stopy zwrotu szybują w kosmos.

Przykład? Mateusz Morawiecki i Janusz Palikot. Pierwszy – typ korposzczura, drugi – typowy przedsiębiorca-kombinator. Obaj grali na granicy polityki i biznesu. Jeden za nadwyżki ogromnej pensji skupował za ułamek wartości działki, bo znał kogo trzeba. Drugi wchodził w produkcję, za pieniądze teścia i nie płacąc pracownikom. A na koniec wyrolował kumpla i całą grupę obcych ludzi. Nawet jednak wtedy, jego krąg towarzyski wyciągał go za uszy z bagna. Jak to możliwe? Ponieważ spektakularny upadek groził całej klasie. Tam wielu ma swoje grzeszki i po co państwo ma się nimi interesować. Zadziałała, popularna w klasie wyższej solidarność grupowa.

Tyle różnic. Teraz podobieństwa.

Self made man. Najbardziej widoczna wśród robotników-milionerów. Oni zaczynają od zera, po szkole branżowej. W przypadku klasy średniej, ogromna praca, samozaparcie, pozwala zgromadzić większy majątek niż przeciętny w otoczeniu. Klasa wyższa zaczyna z najwyższego poziomu i staje się bajecznie bogata. Celowo w przykładach pominąłem „dziedziców”, nie jest sztuką ze 100 mln zrobić „aż” 150 mln.

Życie poniżej możliwości. Tu nie chodzi o niebotyczne zarobki (a takie potrafią być w klasie wyższej), ale o wydawanie mniej niż się zarabia. Milioner-szef ma łatwiej. Co to za sztuka żyć za 50% dochodu, przy zarobkach 150k miesięcznie? Żadna. Ale robotnik czy przedstawiciel middle class już powinien się skupić na oszczędzaniu.

Rozumienie wartości pieniądza. Masz szansę spojrzeć na to oczami milionera – pieniądze są jak siewne ziarno. W pewnym momencie zaczną pracować na Ciebie, a gdy mądrze to rozegrasz, również na Twoją rodzinę (następne pokolenia). Z drugiej strony, grosz zmarnowany straciłeś bezpowrotnie. Dlatego lepsze regularne 6% niż raz 9%, a kiedy indziej -9%. Wynik takiej inwestycji okaże się ujemny (109*0,91 =99,19). Proste.

Dywersyfikacja ponad wszystko.

Cofnijmy się na chwilę do 1 stycznia 2001 r., amerykański S&P 500 już chwilę się zsuwa. Typowy amerykański sześćdziesięcioletni inwestor włożył 100% milionowego rachunku emerytalnego w miejscowe akcje, w proporcjach odpowiadających dzisiejszemu ETF-owi na indeks.

Wiecie, ile ma w październiku 2022 r. (dno bessy)? A po 5 latach (31.12.2005 r.)?

Odpowiem. Po niecałych 2 latach dysponuje 59% (590.000 USD), a po 5 nadal jest na minusie ok. 54 tys. USD (5.45%).

Co stałoby się, gdyby posłuchał mądrych głów i użył typowych proporcji tzn. 40% akcji-60% obligacji?

Proszę bardzo. Na dnie bessy byłby 11% pod kreską, a ostatniego dnia cieszyłby się 11% zysku. Nawiasem mówiąc, przyniesionego głównie przez obligacje.

A co stałoby się z „rozsądnym inwestorem” tzn. takim, który indeks zastąpił spółkami dywidendowymi z 1-szej ligi (IBM,P&G,CAT, Abbott, J&J)? Otóż, bez żadnej kombinacji z czasem nabycia na spadkach, miałby:

  • +10% w dnie bessy,
  • +33% po 5-ciu latach.

A gdyby już wtedy miał fundusz ETF na S&P 500 (100% portfela) ? No cóż, strata po 5 latach (TER 0,5% rocznie), wyniosłaby -9,8%, a w dnie bessy byłyby to 42%.

A co gdyby zmieniło się jedno – S&P 500 wzrósłby o 5,4% zamiast spaść o taką wartość (a akcje wzrosły proporcjonalnie czyli o 44% zamiast 33%, a dywidendy nie uległyby zmianom)?

Na koniec okresu milionowy portfel byłby wart:

  • same akcje odpowiadające indeksowi – 1.054.000 zł,
  • ETF na indeks – 1.029.000 zł (w przybliżeniu TER 0,5%/rok),
  • 40% akcji odpowiadających indeksowi + 60% obligacji -1.205.700 zł,
  • 40% ETF na S&P 500 + 60% obligacji – 1.195.700 zł,
  • 40% akcje dywidendowe +60% obligacji – 1.374.311 zł.

Teraz popatrzmy na optymistyczny scenariusz. S&P 500 rośnie „książkowo” o 10% rocznie, czyli o 61% (ach ten procent składany), a akcje dywidendowe +100% (w identycznych proporcjach jak wcześniej, dywidendy bez zmian) . Podwojenie po 5 latach oznacza 14,4% zysku.

Na koniec okresu ten sam rachunek (1 mln) byłby wart:

  • same akcje odpowiadające indeksowi – 1.610.000 zł,
  • ETF na indeks – 1.560.000 zł (w przybliżeniu TER 0,5%/rok, ale mamy średnią wartość 1,2-1,3 mln),
  • 40% akcji odpowiadających indeksowi + 60% obligacji -1.395.200 zł,
  • 40% ETF na S&P 500 + 60% obligacji – 1.365.200 zł,
  • 40% akcje dywidendowe +60% obligacji – 1.611.200 zł.

Potęga dywersyfikacji jest wielka. W trudnych okresach, ludziom przed końcem horyzontu oszczędzania, wypłaszcza perspektywy. Nie zarobią tak wiele, ale i nie stracą (indeks kontra indeks+obligacje). Z punktu widzenia „przeciętnego inwestora” ważne jest coś jeszcze, o czym już wielokrotnie pisałem – dobierając akcje da się osiągnąć zysk równy indeksowi, przy zdecydowanie mniejszym ryzyku (co widać, porównując wyniku portfeli po 2 latach spadków).