Życie przegrane i życie wygrane.

Wbrew pozorom, ten pozornie zupełnie teoretyczny podział, istotnie wpływa nie tylko na nasze losy, ale także na to jak postrzegamy własne doświadczenia.

W jednym z wpisów zwróciłem uwagę na youtoube’owy profil „Na skraju gaju”. Jego twórca pokazał, że sukcesem są takie osiągnięcia, które sami uważamy za istotne. Krótko mówiąc, powinniśmy się kierować osobistym systemem wartości, a nie tym, co wskazuje nam świat (media, guru, religia). Tylko wtedy osiągniemy spełnienie. Pokażę to na kilku przykładach zupełnie absurdalnych tez, które przedarły się do mainstreamu.

„Kto nie kupił mieszkania przed 2007 r., ten przegrał życie”. Całkowicie błędne założenie, a jednocześnie cytat, który wepchnął miliony w niedolę kredytów frankowych. Na fali wzrostów cen mieszkań, propaganda deweloperska-bankowa (ze sławetnym Markiem Wielgo, który wrócił w Newsweeku, w awangardzie) szeregiem tekstów przekonywała, że oto właśnie ostatni moment, potem będzie jeszcze drożej, nie warto czekać, należy kupować beton, a kto zamieszka z rodzicami, ten nieudacznik. Atakowano: najemców, zwolenników tradycyjnej rodziny wielopokoleniowej ale i budowy na swoim – liczyła się tylko oferta deweloperów jako symbol nowoczesności. Wszystkie inne drogi – głupota, dramat i wstecznictwo. Wielu uległo, przepłacając osobistymi dramatami (długi, rozpad rodzin, niemożliwość wyjścia z matni itp.) W rzeczywistości, spokojnie można było poczekać do 2016 r. i kupić za podobną cenę, ale na spokojnie, starannie wybierając, budując bazę finansową. Ten, kto zwlekał 5 lat (jak ja – dom nabyłem w 2013 r. i to wcale nie od dewelopera), życia nie przegrał, a nawet sporo zaoszczędził.

„Życie bez dzieci, to życie przegrane”. Ogromny paradoks, że ojciec trójki musi zaprzeczać takiej tezie. Otóż są ludzie, którzy nie powinni dzieci posiadać. I tacy, którym nie da to satysfakcji. Dlaczego? Ponieważ osobiście, nie widzą w dzieciach żadnej wartości dodanej. Nie powinni ulegać zbiorowej presji, bo prowadzi to do tragedii. A presja, bazująca na wyśmiewaniu („psiecko zamiast dziecka”), umniejszaniu („kobieta nie będąca matką, nie jest prawdziwą kobietą”, „w życiu mężczyzna powinien posadzić drzewo, postawić dom i spłodzić syna”) służy tylko jednemu, poprawie samopoczucia tym, dla których jedynym osiągnięciem jest spłodzenie potomka, posadzenie drzewa i 0,8 mln kredytu. Umówmy się, nic wielkiego. Dzieci robi się najłatwiej i… najprzyjemniej.

„Kto pracuje w korporacji, wygrał życie”. Druga strona medalu. Są korpo lepsze i gorsze (a w nich jeszcze różni ludzie i szefowie). Budowanie swojej wartości na identyfikacji z firmą, uważam za grube nieporozumienie. To tylko miejsce prący, sposób zarabiania na życie. Znam rodziny, gdzie artystka zarabia więcej (czerpiąc przy okazji nieporównywalną satysfakcję) od korposzczura, albo stolarz od pani z HR w korpo, chociaż kobiece pensje zwykle bywają niższe. Nie dajmy się wtłoczyć w wyobrażenia innych.

Tutaj dochodzimy do sedna. Życie wygrane to życie na swoich warunkach, osiągnięcie osobiście ważnych kamieni milowych. Czyli dla każdego, coś nieco innego. Można mieć poczucie spełnienia, pracując w bibliotece i szpitalu (w korpo – też), cieszyć się posiadaniem dzieci i nieposiadaniem, czerpać satysfakcję z domu na kredyt, jak i mieszkania z rodzicami/dziadkami. Żeby tak było, trzeba najpierw przysiąść na chwilę i poznać własne wartości. Stąd tag „filozofia”.

Czy Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej?

W jednym z komentarzy Bartek postawił tezę „Dochody i zamożność Polaków bardzo odjechała w ostatnich latach”, co zrozumiałem jak w tytule wpisu. Ponieważ wcześniej pojawiał się także temat siły nabywczej naszych dochodów, postanowiłem sprawdzić dane, bazując na ustaleniach portalu Bankier.pl (https://www.bankier.pl/wiadomosc/Polska-to-juz-nie-ubogi-kuzyn-Europy-Sila-nabywcza-pensji-minimalnej-wyzsza-niz-w-Hiszpanii-8960709.html) i Eurostatu. Sęk w tym, że zajmowały się wyłącznie wysokością pensji minimalnej, która w Polsce ostatnio niebezpiecznie idzie w kierunku mediany (a w niektórych branżach staje się medianą, czyli co najmniej połowa zatrudnionych zarabia „najniższą krajową”). W tabeli zestawionej przez Bankiera, Polska pensja minimalna ma 7 siłę nabywczą w UE, wyprzedzając całą Europę Wschodnią, ale i Cypr, Hiszpanię, Portugalię i Grecję.

Ja postaram się wykorzystać raczej średnią pensję. Oto wyniki (dane Eurostat z 2024 r.):

Europa – ok. 40 tys. Euro.

Luksemburg – ok. 83 tys. Euro.

Polska – ok. 21 tys. Euro. Minimalnie wyprzedzamy Rumunów i Słowaków, nieco bardziej Bułgarów, Greków i Węgrów. Ogółem jesteśmy w UE na 22 miejscu (na 27 państw). Słabiutko.

Niewiele zmienia siła nabywcza. Zestawił ją portal dlahandlu.pl (https://www.dlahandlu.pl/raporty-i-analizy/sila-nabywcza-w-europie-rosnie-polacy-nadal-ponizej-sredniej,162934.html). Okazało się, że Polska znacznie odstaje od średniej (a liczono tzw. dochód rozporządzalny), znajdując się na 26 miejscu spośród 42 krajów europejskich (są już państwa poza UE). Polacy mają siłę nabywczą o 30% mniejszą niż średnia europejska – ok. 14 tys. Euro/os. wobec 20 tys. Euro/os.

Podobnie przewidywalnie wychodzą badania dotyczące majątku. Wyliczenia dotyczące państw EU z 2024r., przeliczane na dolary wyglądają tak:

  • 20 miejsce w Europie,
  • średnia Polaka 105 tys. USD, czyli: 1/2 majątku Portugalczyka, Hiszpana, 1/3 Francuza czy Szweda, 1/4 Belga czy Holendra, 1/7 tego co zgromadził mieszkaniec Luksemburga. Istotnie przegrywamy ze Słoweńcami (170 tys. USD).

Podsumowując te dane, Polak ze swoimi przeciętnymi dochodami oraz niewielkim majątkiem, nadal znajduje się w ogonie UE, wyprzedzając wyłącznie biedne państwa postsocjalistyczne i czasem Grecję. Jedynie w dziedzinie „siła nabywcza pensji minimalnej” znaczymy coś w Europie. Jednocześnie jest ona nierynkowo wysoka, co znaczy, że pobiera ją nieproporcjonalnie dużo osób. O czym to wszystko świadczy?

Po pierwsze o silnym rozwarstwieniu w Polsce. Terytorialnym i klasowym. Mamy oazy bogactwa (Sopot), mamy i biedę na krańcach Polski B (tam nadal nie obowiązuje żadna pensja minimalna, bo często płaci się do ręki). Klasa niższa zyskała na wzroście płacy minimalnej, ale środek relatywnie ubożeje, a najbogatsi się bogacą. Stąd wrażenie Bartka, że nasza siła nabywcza dogania Europę i próba porównania podatków przy 120 tys. Euro.

Po drugie, że wzrost obciążeń podatkowych „środka” narasta. Zyskali zarabiający mało (podwyższenie kwoty wolnej), spółki, rentierzy (fundacja rodzinna) itd. Ulżono także lekarzom (niski ryczałt, składka zdrowotna niezależna od odchodu, brak VAT), informatykom itd. Z drugiej strony, liczba płacących podatek dochodowy w II-gim progu podatkowym wzrosła z 2% do 9% na przestrzeni kilku lat, obejmując np. nauczycieli.

Po trzecie ludzie tego środka są wkurzeni ciągłymi opowieściami (obu wielkich partii) jak to żyje się świetnie. Czytam o tym w Newsweeku, dostrzegam w rozmowach z klasą średnią. Nawet Onet.pl pisze o „elektrycznej klasie średniej”. Zawody rzemieślnicze zdecydowanie wyprzedzają dochodem typowe dla starej klasy średniej (szeregowy w korpo, nauczyciel, urzędnik).

Stąd ogólny wniosek – o ile w niektórych punktach (likwidacja ubóstwa) poradzono sobie nieźle, a bogaci się bogacą, o tyle polskiej klasie średniej nadal daleko do choćby przeciętności UE.

Żywot 50-latka. Opowieść o sensie oszczędzania.

Piękną historię o przemijaniu z punktu widzenia 50-latka opowiedział nam Artur Nowak w pewnym felietonie pod koniec kwietnia tego roku. Nie dorównam mu brutalnej szczerości przy jednoczesnym poetyckim opisie, więc koncentruje się na nieco innej działce.

W jednym zdaniu – w finansach 50-tka oznacza czas zbierania owoców pracy poprzednich lat. Rozłóżmy ten temat na czynniki pierwsze.

Praca. Kto lenił się przez 25-30 lat, ten dzisiaj, w najlepszym przypadku (biurowe warunki lubelskie), pracuje sobie za 5000 zł netto – mediana pensji netto w Polsce. Wyżej mediany nie podskoczy. W zupełnie innym układzie znajdują się Ci, którzy jednak postawili na pewien rozwój. Albo poszli w specjalizację, albo kierowanie ludźmi. Efekt? Minimum 2000 zł/m-c netto więcej. 2000 – 5000 zł miesięcznej różnicy robi istotną robotę. Oddziela człowieka żyjącego przyzwoicie, od oszczędzającego na wszystkim.

Drugi aspekt pracy, nie wypada tak rewelacyjnie. Zwolnienia grupowe, likwidacja stanowisk pracy, zaczynają się od najmniej wnoszących (więc tych, którzy lenili się), oraz najlepiej zarabiających (stawiających na rozwój). Ci ostatni, dużo kosztują, a jednak, podobnie jak ja, mają jeszcze co najmniej kilka opcji np.:

  • prowadzić JDG,
  • dojeżdżać do Warszawy,
  • rzucić biuro i zająć się dobrze płatną pracą fizyczną.

Alternatywa lenia – zasiłek.

Majątek. Ten aspekt dobrze odrobionej lekcji życia dostrzegam każdego dnia. Ktoś, kto przez ok. 25-30 lat pracował, oszczędzał, inwestował, kombinował widzi efekty swoich starań. Dochód z pracy powoli zastępuje mu dochód z kapitału. Majątek rósł, aż osiągnął wartości zdecydowanie ponadprzeciętne. Kiedy na początku lat 90-tych XX w. doktorzy Stanley i Danko wprowadzali do popularnego obiegu swoje słynne „równanie zamożności”, wreszcie dało się obiektywnie zmierzyć, jak dobrzy byliśmy w budowaniu bogactwa. Podstawmy wartości i sprawdźmy. Równanie bierze pod uwagę wiele zmiennych (inflację, stopę zwrotu), ale niezmiernie je upraszcza, a wygląda tak:

oczekiwany poziom zamożności (majątek, który powinniśmy zgromadzić) = roczne zarobki netto x wiek w latach x 10%.

Dla rodziny pięćdziesięciolatków, zarabiających, podobnie do mojej żony i mnie wynik wynosi ok. 0,9 mln. Gdybyśmy mieli majątek mniejszy – powinniśmy się martwić, przy co najmniej 2-krotnie większych (czyli 1,8 mln) moglibyśmy się uznać za „przodowników w budowie bogactwa”. W rzeczywistości zdecydowanie wyprzedziliśmy i te „podwójne” oczekiwania, a sporo już rozdaliśmy.

Patrząc na warunki mojego miasta i mojego miejsca pracy, niewiele osób osiąga ten poziom minimalny, zwłaszcza jeżeli odejmiemy od ich dochodu netto wartość spadków i większych darowizn. Dlaczego?

Decydują dwa czynniki:

  • konsumpcja (czyli niezdolność do oszczędzania 10% rocznego dochodu). Możesz być zdziwiony, bo oznacza to, że ludzie zarabiający ok. 180 k netto na rodzinę (2,5 średniej krajowe u szczytu możliwości zarobkowych), nie są w stanie odłożyć 18 tys. zł/rok.
  • nieumiejętność inwestowania. Ta z kolei sprowadza się do braku uzyskiwania z kapitału przynajmniej równowartości inflacji.

Jeżeli nie spełnili tych dwóch założeń, moi rówieśnicy i koledzy doszli do stanu majątkowego, w którym dysponują np. jednym starym mieszkaniem, wartym 450k i odrobiną (czyli np. 50k) funduszu awaryjnego, samochodem o wartości 50k i… to w zasadzie wszystko. Pięćdziesięciolatkowie, których dochód nadal pozostaje ponadprzeciętny, wybudowali wprawdzie dom za 1,2 mln zł, ale nadal ciąży na nim 400k kredytu, a 400k pojawiło się w wyniku sprzedaży darowanego mieszkania, samodzielnie zgromadzili 400k, więc zgromadzona osobiście wartość netto = 400k, znacznie mniej niż moglibyśmy oczekiwać . Co więcej, znam ludzi, którzy mają tylko odziedziczoną działkę i 400k ze sprzedanego prezentu ślubnego (darowanego mieszkania) czyli pozornie wykazują spory majątek (ok. 1.2 mln zł), ale sami nie dorobili się nic. Po co o tym wszystkim piszę?

Ponieważ zdolność do oszczędzania (anty-konsumpcji) oraz inwestowania (osiągania wysokich stop zwrotów), prowadząc do budowania majątku, tworzy podbudowę komfortu i bezpieczeństwa. Zaniedbując te dziedziny, narażamy się na pracę do końca życia, żmudną pracę, stwarzającą wrażenie, jakbyśmy podobnie do chomika, kręcili się w kółko, bez widocznych efektów. Dbając o dobre zwroty i przyzwoity poziom inwestycji, zapewniamy sobie luz w wieku średnim, czyli właśnie około 50-tki. Dzięki tej kombinacji, nie drżę o pracę, bo po prawdzie, mógłbym już w ogóle nie pracować. Dotrwałbym do emerytury, żyjąc sporo lepiej niż skromnie (na trzy osoby 10k/m-c = 120k/rok) tylko przejadając zasoby, a dokładając symboliczne odsetki od obligacji (1-5% netto) bez żadnego ryzyka. Wielu zarabiało znacznie lepiej i dzisiaj znajdują się na poziomie fat FIRE czyli 30-40k/m-c.

Tym razem jednak w ogóle nie chodzi o FIRE (wcześniejszą emeryturę), tylko powrót do prostej oceny – podobnej do bilansu zdrowotnego – odpowiadającej na pytanie: Na jakim miejscu na linii zamożności (od 0 do wielokrotności oczekiwanego majątku), znajduję się wraz z rodziną? Odpowiedź świadczy bądź o poważnej chorobie, bądź zdrowiu. Finansowym, rzecz jasna. O tym, że lata dorosłości nie przeminęły bez echa, lecz przyniosły namacalny efekt.

50-tka i związany z nią obrachunek, przynosi czasem jeden efekt, opisany w książce Davida Bacha „Start late, finish rich” – próba wyrwania się z finansowej zapaści lub przeciętności, do lotu na ostatniej prostej. Wielu ta sztuka się uda. Wprawdzie procent składany podziała tylko przez kilkanaście lat, ale lepsze to niż przetrwanie z dnia na dzień lub martwienie się, co będzie jeśli jutro stracę zdolność zarabiania. Oszczędzając 30% dochodu (54 tys. zł/rok), w 15 lat, przy 10% stopie zwrotu zbierzemy 1.8 mln zł. Nawet, jeśli dzisiaj nie mamy literalnie nic (wartość netto = 0 zł), po półtorej dekady możemy wyprzedzić wartość oczekiwaną z całego życia, która wyniesie 1,17 mln zł. Oszczędzanie, nawet w późnym wieku ma sens.

Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. Nawet w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale nawet po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, nawet drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, że historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i nadal stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Dostęp zamiast własności. Czy faktycznie jest tak źle?

Jedną z tez współczesnej klasy wyższej stało się promowanie posiadania (wynajmu, leasingu) zamiast własności. Wielkie firmy udzielają tylko czasowego dostępu do dóbr i usług i każą płacić coraz więcej.

Ba, nawet autorzy piszący o finansach (np. Tony Robbins) promują „wynajmij zamiast kupić”. Tak działają platformy takie jak Booking, Netflix, firmy leasingowe, wreszcie fundusze nieruchomościowe.

Z kolei lewicujące gazety, krytykują obecnie ten standard, ponieważ doprowadził do zubożenia wielkomiejskiej klasy średniej. Jak to? Przecież oni mają mieszkania po 1 mln zł. No cóż, na kredyt i nie wszyscy. Twarde dane wyglądają nieubłaganie. Liczy się wartość netto. I znacznie bogatszy jest przeciętny rolnik z Mazur niż właściciel skredytowanego mieszkania w stolicy (z 70% wartości do spłaty). Liczby nie kłamią.

Teraz wszyscy miłośnicy dyniowej latte szeroko otwierają oczy. Przy czym wiele rzeczy jeszcze da się odwrócić. Jak pisał Dave Ramsey „Start late, finish rich”. Znam kilka przypadków ludzi, którzy obudzili się po 40-tce i z najemców stali się właścicielami. Więc tragicznie nie jest, chociaż trend widzę nieubłagany. Napędzają go dwie siły: metropoliocentryzm oraz fałszująca rzeczywistość reklama.

Pierwsze ze zjawisk polega na przenoszeniu się do wielkich miast. Tylko w nich życie ma być ciekawe, satysfakcjonujące, piękne, prawdziwe i wartościowe. Dopóki nie przeniesiesz się do Big Five, jesteś z boku ważnych spraw. Największy pęd do translokacji mają zupełnie przeciwstawne grupy: mega ambitni wykształceni, oraz ambitni niewykształceni. W założeniu bowiem znacznie łatwiej zarobić (pracą fizyczną czy umysłową) w Warszawie niż w Siedlcach czy Strzegomiu. Prawda, tylko w połowie. Ambitni zapominają bowiem o kosztach. A te potrafią być ogromne. Skoro przedstawiciel specjalistów i managerów z wielkich miast, bloger finansowy mówi o „rozsądnym kredycie 0,5 mln zł”, mający ciśnienie na sukces wpadają w pułapkę. A nazywa się ona „kosztem życia w wielkim mieście”. Popatrzmy na modelową rodzinę z Warszawy. Ich dochody (mediana) są wyższe o 7k brutto od analogicznych w Łukowie. Co to oznacza? Że mają do dyspozycji 5k/m-c więcej. I co z tego? W Łukowie trzypokojowe małe (ok. 50m2) mieszkanie w bloku kosztuje 300k. W Warszawie podobne w Ursusie, Wawrze czy na Pradze – 800k. I już z 5k ubywa 3 k na ratę. Zostaje 2k nadwyżki. Super? Niekoniecznie. A gdzie koszty prywatnej opieki nad dzieckiem (opiekunka weźmie więcej), nauki, dojazdu do pracy? W Łukowie wystarczyło 10 minut dojazdu (a czasem i spaceru), z Ursusa do Mordoru jedziemy 45 minut (komunikacją publiczną). Z Wawra już prawie godzinę. Gdzie koszty stylu życia? W efekcie „średniak” ma się znacznie gorzej.

Ale to nie wszystko. Dlaczego ludzie łapią się na tę fałszywą narrację? Ponieważ stoi za nią ogromna machina reklamowa. Od bezpośredniej do ukrytej (np. seriale). Przemysł reklamowy deweloperów (głównie wielkie miasta) fałszuje rzeczywistość. Subtelnie („Osiedle Eko Park” – cztery bloki obok ogólnodostępnego skweru na nowym blokowisku), albo na rympał (z tej samej oferty) „Centum miasta na uboczu” przy lokalizacji 8 km od centralnego punktu miasta, niedaleko jego granicy, bez infrastruktury takiej jak publiczne szkoły, komunikacja miejska (najbliższy przystanek 15 minut spaceru) itp. Jest też reklama negatywna. Małe miasta przedstawia się jako siedliska ciemnoty, zacofania, bezrobocia. Ludzi tam żyjących jako nieudaczników. W mediach zamawia artykuły o ciężkich dojazdach z Mińska Mazowieckiego czy innego Grójca, zapominając, że wcale nie trzeba dojeżdżać do Warszawy. I wielu złapie się na ten lep.

A poza wielkimi miastami wcale nie jest tak źle. Króluje bezkredytowa własność, a nie kredyt lub wynajem. Babcie nadal zajmą się wnukami. W zasięgu krótkiego spaceru mamy prawdziwy park. Oczywiście, brakuje galerii, knajpek i sal zabaw, ale za dwie medianowe pensje da się utrzymać rodzinę. Tu „kultura dostępu” jeszcze nie przeorała głowy.

I biorąc pod uwagę, że w średnich i małych miastach żyje ponad połowa ludności Polski istnieje nadzieja, że trend może się odwrócić. Młodzi w końcu złapią za Excela i zobaczą – nie da się żyć w miejscu, w którym wynajem zabiera połowę pensji. Udostępniony (służbowy) samochód pozbawia mnie szans na wyjazd następnego dnia po zwolnieniu. Wreszcie, budowanie majątku prowadzi do niezależności. A nikt go nie zbuduje płacąc 4k za wynajem dwóch pokoi oraz 2k raty leasingowej. Zwłaszcza jeśli zarabia nieco ponadprzeciętnie.

Czy stać Cię na spełnianie marzeń? Jeśli tak, jesteś prawdziwie bogaty.

Dzisiaj jeden z serii wpisów filozoficznych, ale i matematyki nie zabraknie. Otóż, literatura finansów osobistych posługuje się następującymi pojęciami:

  • potrzeby (realne, często wręcz fizjologiczne oczekiwania, których odsuwanie na bok zwiastuje kłopoty),
  • zachcianki (nasze oczekiwania wobec życia, (chwilowe) przyjemności, ale możemy bez nich żyć),
  • marzenia (nierzadko duże wydatki, ale pozostające w zgodzie z naszymi długoterminowymi celami, albo powiązane z potrzebami wyższego rzędu).

I tak potrzebami są: pełny żołądek (czyli jedzenie), ciepły dach nad głową („mieszkanie prawem, nie towarem”), zdrowie, możliwość ubrania się, przemieszczania, nauki. Przekładając na kategorie wydatków: życie, opłaty, leki i lekarze, ubranie, transport i edukacja. W wielu budżetach, zajmują tak wiele miejsca, że nie ma go już na marzenia. Winę ponosi wtedy najczęściej niski dochód lub miejsce zamieszkania (np. czynsz w dużym mieście, rata kredytu).

Zachcianki z kolei, rujnują budżet nawet nieźle zarabiającym. Często trudno je odróżnić od potrzeb, bo gdybym miał je zdefiniować najkrócej, napisałbym – pozorne potrzeby. I tak o ile zaspokojenie głodu jest potrzebą, to wizyta w restauracji albo kawiarni – zachcianką. Trzeba się ubrać, ale niekoniecznie kupując buty za 2000 zł. Samochód, zwłaszcza na wsi okazuje się niezbędny rodzinie, ale SUV marki premium doskonale nadaje się na zachciankę. W zasadzie w każdej pozycji widzę ten problem.

Tak dochodzimy do marzeń. Nie dajmy sobie wmówić, że zachcianka jest marzeniem. Wiadomo – marketing właśnie takie schematy nam podsuwa. Dlatego mówimy „marzę o tej bluzce”, podczas gdy mamy do czynienia ze zwykłą zachcianką. Marzenia to nie konsumpcja, lecz zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu (uznania, rozwoju, bezpieczeństwa). Czasami graniczna linia pozostaje dość cienka i łatwo ją przekroczyć. Kryterium oceny: czy zakup przyniesie nam spełnienie czy dalszą eskalacje oczekiwań. Opisywałem kiedyś na blogu swoje marzenia: fortepian, Porsche. Dzisiaj, przynajmniej auto konkretnej marki nazwałbym, bardziej neutralnie – celem. Ponieważ z jednej strony, spełnienie nie spowodowało lawiny dalszych oczekiwań (kupując prawie pełnoletniego Porsche Boxstera, nie zapragnąłem nowej 911-tki) i przyniosło sporą satysfakcję na lata, z drugiej – konkretne auto, no cóż zwykle możemy bez niego żyć, i nie zaspokaja żadnych istotnych potrzeb. Zupełnie inaczej oceniam zakup fortepianu. Przyniósł tyle głębokiej (a nie chwilowej) satysfakcji, że bez wątpliwości nazywam go marzeniem.

I dochodzimy do sedna. Zadaj sobie pytanie – Czego pragnę doświadczyć? Co pragnę mieć? Kiedy już uzyskasz odpowiedź, wierzę mocno, inną niż „szpilek od Louboutina” czy „pięćdziesięciometrowego jachtu”, musisz przejść do kolejnego – Czy mnie na to stać? Jeśli tak (choćby po długim oszczędzaniu) – jesteś farciarzem, podobnie jak ja (wiele marzeń spełniłem). A zatem popatrzmy na potencjalne, typowe marzenia i przekonajmy się, ile kosztuje ich spełnienie.

Zobaczyć papieża, odwiedzić Rzym. Pożyczyłem je od mojej przyjaciółki. Powód – wyższe potrzeby (przeżycie duchowe) czyli typowe marzenie. Koszt – od kilku do dziesięciu tysięcy złotych. Da się uzbierać w ciągu 2-3 lat np. biorąc 2 nadgodziny/tygodniu. Jeśli marzysz podobnie, prawdopodobnie stać Cię.

Pobiec w maratonie nowojorskim. Tutaj już koszty muszą być wyższe. Lot przez Atlantyk, nocleg, jedzenie, kilka dni na zaklimatyzowanie się. Ale jeśli ktoś zaciśnie zęby 10k wystarczy. I liczymy: 10.000 zł/40 miesięcy = 250 zł. Prawdopodobnie znowu, parę nadgodzin, jakaś fucha, rezygnacja z zachcianki i damy radę.

Kupić dom wakacyjny na wsi. W takim przypadku, powiedzmy sobie szczerze, łatwo przekroczyć granicę zachcianki. Albowiem „dom na wsi” może oznaczać zarówno chatkę, w której spędzaliśmy wakacje za szczeniaka, wykupioną od pozostałych spadkobierców, jak i 500 m2 rezydencję z własną linią brzegową jeziora. Załóżmy, że to pierwsze. Nieruchomości siedliskowe (dom z działką pow. 1000 m2) stanowią istotny fragment rynku nieruchomości. Ceny zależą od lokalizacji i stanu technicznego (jak zwykle) i różnią się drastycznie. I tak. widziałem „drewniaki” w okolicach wschodniej granicy „pośrodku niczego” ze złym dojazdem, daleko od głównych dróg – za 100 tys. zł, ale i odnowione miejscówki np. na Podhalu za 10 razy więcej (pomimo, że nadal na wsi). Stąd zalecam rozsądek. Granica rozsądku leży na linii 300 tys. zł plus koszty stopniowego remontu. I teraz, zebrać 300 tys. zł, dla przeciętnej rodziny, prowadzi do konkluzji „niedasię”. Osobiście i trochę przewrotnie zapytam „Jak to zrobić?”. Otóż, podzielić tę sumę na kawałki. Może zebrać 50 tys. zł (800 zł/m-c przez 5 lat), a resztę pożyczyć? Może coś innego sprzedać i nie czekać tych 5-ciu lat? Przestrzegam przed dwoma krokami: pochopną decyzją (spełnienie marzenia musi wymagać wysiłku, żeby przyniosło satysfakcję) oraz likwidowaniem wszystkich oszczędności (zwłaszcza funduszu awaryjnego). Część poświęci własny nałóg (np. odkładając na wkład własny pieniądze zaoszczędzone na rzuceniu palenia), inni wezmą dodatkową pracę, wreszcie zrezygnują z innego marzenia („nie można mieć wszystkiego”). Zwłaszcza taka selekcja pozostaje ważna.

Przejść na emeryturę 10 lat wcześniej. Popatrz na to zdanie, i pomyśl, czy na pewno o tym marzysz. Chcesz być 50-letnią emerytką? 55-letnim emerytem? Co zrobisz w tym czasie? Za co będziesz żyć? Odróżnij złego szefa od porzucenia pracy jako takiej. Ale jeśli chcesz, pokażę Ci, jak to zrobić. Otóż, 10 lat wymaga dochodu na poziomie wydatków. Nie mniej. Jeżeli planujesz żyć za 5k/m-c, potrzebujesz 60k/rok. Zgodnie z równaniem wolności finansowej – 60k x 25 = 1.500.000 zł. Dobrze czytasz, półtora miliona. A da się mniej? No pewnie. Przecież nie potrzebujesz niewyczerpanego źródła lecz tylko kasy, która może skończyć się po 10 latach. 60 x 10 =600 k. Już lepiej, ale nadal sporo (dwa razy więcej niż siedlisko). Możesz tę kwotę jakoś zmniejszyć, powiedzmy do 300 k, ale nadal będziesz musiała/musiał przynajmniej trochę pracować (dorywczo, na pół etatu). Nie ma w tym nic złego, wielu emerytów dorabia. I tu dochodzimy do sedna. W wielu marzeniach o wcześniejszej emeryturze, nie chodzi nawet o rzucenie pracy, ale o znalezienie normalnego, ludzkiego balansu. Zawód powinien stać się nieobciążającym zbytnio doświadczeniem. Mieć ciasto i zjeść ciastko. Budzić się rano bez wysiłku (co dla wielu oznacza 8-10) pracować 3-4 godziny, żeby mieć wolne całe popołudnie. Czasem chcemy pracy cyklicznej (3 miesiące pracy, 3 miesiące przerwy). W takiej opcji może się okazać, że wcale nie marzyliśmy o emeryturze, albo wystarczy nam mini-emerytura oraz 150k oszczędności. Te są realne (patrz punkt o siedlisku).

Sztuka spełniania marzeń to ważna rzecz, warto się jej nauczyć, żeby pod koniec życia nie żałować, tego czego nie zrobiłem.

Co ma zrobić trzydziestolatek pracujący w korpo na niższych i średnich stanowiskach?

Bartek w jednym z komentarzy do wpisu o sposobie działania korpo, postawił tezę, że tytułowy trzydziestolatek powinien mieć poduszkę finansową na 3 lata życia, ponieważ jest 85 % szans, że zostanie zwolniony, 12%, na utrzymanie pracy i 3% na awans. Jeszcze dwa lata temu, podpisałbym się pod taką tezą w 100%. Ale dzisiaj patrzę już na życie nieco inaczej. Co uległo zmianie?

W „Opowiadaniach z Doliny Muminków” możemy przeczytać rozdział „O Filifionce, która wierzyła w katastrofy”. Dzisiaj powiedzielibyśmy – zaburzenia lękowe, ale gdy jako nastolatek zapoznałem się z historią Filifionki, kompletnie nie mogłem jej zrozumieć. Dopiero dorosłość odsłoniła drugie dno opowiadania. Otóż, warto mieć plan, ale nie warto być Filifionką czyli popadać w paranoję. Bliski jest mi Szwejk, który w trudnej sytuacji mówił „Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Filozoficznie – bliżej mi do Seneki czy Tima Ferrissa niż właśnie do Filifionki.

Ale wracając do naszego trzydziestolatka. Prawdopodobnie straci pracę. Może nie chodzi o 85%, ale o 50%. Mniejsza o liczby. Pewnie 90% nie awansuje, albo zrobi to zbyt późno. I co z tego? Ano nic. Miliony (żeby nie powiedzieć miliardy) ludzi przed nim traciły pracę. Większość przeżyła. Niewielu awansowało i też żyją.

Oczywiście korposzczur lat 30, ma pod pewnymi względami gorszą sytuację. 50% nie posiada „twardych”, czyli praktycznych umiejętności. Większość trwała w Matrixie parę lat i jest od niego stuprocentowo zależna. Widzę to codziennie i u pięćdziesięciolatków, którzy idą na grube kompromisy z uczciwością, żeby tylko utrzymać robotę. Dość jednak czarnowidztwa, zacznijmy wyliczenia.

Zastrzeżenie nr 1. Trzydziestolatek ma niewielką szansę na 36-miesięczną poduszkę. Tworzymy model – 34-lata, 10 lat pracy, pensja=wydatki i wynosi 8-10k netto. Ilu znamy ludzi, którzy odkładali 30% pensji? My może i sporo, ale obiektywnie – marne szanse. Ta poduszka 288-360k jest mu zresztą zbędna.

Zastrzeżenie nr 2.Korpo sporo płaci przy odprawie i mamy jeszcze osłonowe. Może nie jak kopalnie, ale uczciwe 3 miesiące wypowiedzenia, 3 miesiące ze zwolnień grupowych (w dużej firmie kończy się zwykle likwidacją działu), 6 miesięcy L4. Wychodzi prawie rok, na ćwiczenia, o których poniżej.

Zastrzeżenie nr 3. Państwo też nam coś da. Może „zasiłek” nie brzmi dumnie, ale istnieje. 1700 zł przez pół roku. No i mamy parę złotych. Kolejna pozycja żeby zmniejszyć poduszkę.

Ćwiczenie nr 1. Możesz wydać mniej a osiągnąć podobny efekt. Nauczyłem się go od wybitnego specjalisty zmiany w życiu – Tony’ego Robbinsa. Polega na tworzeniu znacznie mniej kapitałochłonnego scenariusza. Otóż, w jaki sposób można sobie zapewnić spokojny sen (dochód 8-10k, który szybko się nie kończy)? Wydając 10-20k na praktyczne umiejętności i narzędzia. W zeszłym roku kupiłem dwie maszyny: elektrożmijkę i rozdrabniacz do gałęzi. W sumie wydałem 9k. Pierwsze – pozwala mi zarabiać ekstra te 350 zł/h, drugie 400 zł dniówką. Obsługa tych sprzętów jest dziecinnie prosta, potrafi je obsługiwać ktoś na granicy inteligencji 80 pkt. A pozwalają zarobić te 10k/m-c na spokoju. Trzydziestolatkowie!!! Nie lubicie ścieków? Nie bawi Was wciąganie gałęzi? Może zostaniecie cukiernikami, zaczniecie produkować świeczki, pójdziecie na kurs mechatroniki? Albo zgłosicie się do WOT. Na każdym z tych zajęć zarobicie 5-8k, a może i sporo więcej. Odróbcie ćwiczenie.

Historia nr 1. Jak poszedłem na urlop bezpłatny, żeby zarabiać 3 razy tyle. Moja własna historia sprzed 17 lat. Pracodawca nie chciał finansować mi szkolenia. Nie dość, że musiałem zapłacić, to jeszcze potrzebowałem czasu. Co robić? Ano zakładać dg, prowadzić szkolenia, opracowywać procedury – na swoim. W efekcie po pół roku zarabiałem x3.

Historia nr 2. Jak rzuciłem stałą pracę, żeby mieć więcej czasu i nie zarabiać mniej. Znowu o mnie, tylko sprzed roku. 2 lutego 2025 r. cisnąłem na biurko Szefa natychmiastowe wypowiedzenie, bo Nowy chciał mi dołożyć 100% pracy (bez podwyżki). Od 3-go byłem wolny (tzn. miałem jeszcze jeden etat). Zamieniłem 50 godzin w miesiącu (albo 68 godzin, gdyby, się zgodził) na średnio 14 godzin miesięcznie, jednocześnie nie tracąc na dochodzie. Jak to możliwe? Zoptymalizowałem pracę i podniosłem stawki o 20%. Dzięki temu nie tylko robię więcej w podobnym czasie (o 20%), ale i na wszystkich godzinach (a nie tylko dodatkowych) uzyskuję 20% nadwyżki. Gdybym poszedł w 100% w kierunku czyszczenia kanalizacji wyglądałoby to jeszcze lepiej, chociaż mniej prestiżowo.

Ćwiczenie nr 2. Zastąpimy poduszkę obniżeniem wydatków. Tutaj nie mam co wiele pisać, bo wylałem już morze atramentu. Obniżając wydatki o 30% (dość łatwo, gdy zdejmuje się garnitur, wyrzuca z głowy kawiarnie i Pana Kanapkę itd.) zmniejszamy poduszkę do 6-12 miesięcy. Typowo. Robotę za 5-7k/m-c raczej znajdziemy. Pierwszy krok – zamknąć leasing/kredyt auta i przesiąść się do gorszego, drugi krok – poduszkę przeznaczać na raty kredytu.

Ćwiczenie nr 3. Zacząć szukać pracy już dziś. Brzmi szokująco? Niekoniecznie. Otóż siądźmy na spokojnie i zastanówmy się – skoro klepanie Excela zastąpi AI, to czego nie zastąpi? Co możemy robić? Z czego żyć? I szukać takiej pracy, może na początek na sobotę, 2 popołudnia. Zdobywać doświadczenie. Wtedy wypowiedzenie niewiele zmienia.

Ćwiczenie nr 4. A może coś sprzedać? Nie każdy jest pewnie takim zbieraczem jak ja, ale widziałem parę piwnic, garaży, ba całe hale ze szmelcem. Dzisiaj mamy dobrą cenę na złom, zwłaszcza miedziany. Mój plan na 2026 r. stworzyć „ekstra poduszkę” z porządkowania kilku garaży. Tak na szybko – 2-3 pensje pewnie uzbieram.

Jak widzicie, gdy zdejmiemy garnitur (albo jak w moich historiach nawet nie musimy go zdejmować), a przede wszystkim zmienimy paradygmat, wystarczy nam 6-miesięczna poduszka. Spokojnie, będzie dobrze.

Książki, które przeczytałem w 2025 r.

Obiecany wpis byłby dość długi, gdybym wymieniał wszystkie pozycje – w 2025 r. przeczytałem bowiem 86 tomów. Od bardzo cienkich do liczących po 700-800 stron. Lista nie interesowałaby Was, stąd skupię się na kategoriach prawie ekonomicznych. Resztę podzielę na grupy:

  1. Przewodniki. Lubię czytać o różnych miejscach, które odwiedzam lub odwiedziłem -19.
  2. Historyczne -13.
  3. Biograficzne – 4.
  4. Beletrystyka, poezja, filozofia, Sándor Márai – 22.
  5. Produktywność – 5: Antyprokrastynacja, Powolna produktywność, Jak pracują wielkie umysły, Klub 5 rano, Paradoks produktywności.

I teraz nadchodzi czas na pozycje ekonomiczno-analityczno-wiejskie 23:

Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta. Natalii Sosin-Krosnowskiej. Chyba z 4-ty raz. Must have dla każdego, kto planuje przeprowadzić się na wieś.

Slow west wege. Katarzyna Kędzior. Książka kucharska plus opowieść o prowadzeniu agroturystyki.

Brudna robota. Kristin Kimball. O gospodarstwie i ekologii na amerykańskiej wsi.

Gęsiego. Marcin Wójcik. Historia dziennikarza, który postanowił zamieszkać na wsi.

Powrotnicy, Miastowi – dwie przeciwstawne opowieści o radościach życia na wsi i… konieczności powrotu.

Nomadland, Biedni w bogatym kraju, Hand to mouth, Za grosze. Cztery pozycje pokazujące USA w innym świetle – najbogatszego kraju Trzeciego Świata.

Cześć pracy – podobna opowieść o bullshit jobs w Polsce.

Adwokaci – bieżąca rzeczywistość tego prestiżowego zawodu, plus sporo smaczków obyczajowych.

Pieniądze albo życie. Playing with FIRE. Meet the Frugalwoods. The millionaire teacher. Klasyka ruchu FIRE i nowe pozycje z tej tematyki.

The man who quit money. Offline. Dwie ważne książki o życiu bez pieniędzy i technologii. Druga wydana po polsku.

Quit like a millionaire. The automatic millionaire workbook. The automatic millionaire. Jednominutowy milioner. Dla każdego, kto szuka inspiracji, dochodu pasywnego i automatyzacji.

Jak kontrolować swoje finanse. Sylvia Lim – najlepsza i prosta o planowaniu finansowym. Mam ją 17 lat i ciągle wracam.

Kiedy kapitał inwestycyjny może zastąpić etat?

Średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw wyniosła ok. 8400 zł brutto. Jeśli weźmiemy pod uwagę pensję „na rękę” mamy ok. 6000 zł. Zakładam, że z takich pieniędzy, spokojnie da się żyć. Więcej, wiem to.

W tym wpisie zamierzam pokazać, jak duży trzeba mieć kapitał inwestycyjny, aby zastąpić nim etat z przeciętną pensją. Obliczenie wydaje się proste.

6000 zł x 12 miesięcy = 72.000 zł. Jeśli umiemy uzyskać stopę zwrotu netto 8 %, potrzebujemy ok. 900.000 zł, żeby przestać pracować. Gdybyśmy chcieli bardziej konserwatywnych wskaźników (reguła 4%) – nawet 2 razy więcej 1.800.000 zł. W ten sposób wyjaśniliśmy sobie, dlaczego tak dużo osób nadal pracuje. Nie dysponują aktywami o takiej wartości.

Pójdźmy jednak dalej. Wyobraźmy sobie, że z każdych 400 tys. zł kapitału obrotowego firmy możemy „wycisnąć” miesięcznie 10 tys. zł minus podatki (czyli de facto – 40%, a więc 6.000 zł). Kwota zmniejsza się o połowę, lecz jednak musimy coś robić. Kapitał obrotowy, jak sama nazwa wskazuje, musi się obracać, czyli pracować. Nie każdy wymyśli taki biznes, nie każdy potrafi go prowadzić. Pokazuję tylko drogę. Takie życie okaże się z pewnością łatwiejsze niż codzienne wstawanie do roboty.

Czy warto angażować się w etat?

Odpowiedź na tytułowe pytanie wcale nie jest prosta. Zwolennicy „kultury zapierdolu” powiedzą – oczywiście, lewica – absolutnie nie, natomiast prawda leży po środku. Stąd cały wpis.

Zostawmy na boku ideologię skupmy się na prostym rachunku matematycznym. Załóżmy, że pytanie zadaje 24-latek. Idzie do pierwszej pracy, w której zarobi 4500 zł netto czyli ok. 26 zł/h , a nadgodziny płatne są w stawce 40 zł/h. Ma szanse dorobić, nigdzie indziej tyle nie dostanie, a dodatkowo buduje swoją pozycję w firmie. Wtedy warto.

Inaczej wygląda sytuacja, jeśli pracodawca wymaga od Ciebie (jak prezes Brzóska od kurierów) 100% dyspozycyjności, ale za nią rewelacyjnie nie płaci. Wtedy angażować czasu nie warto.

Ale istnieje jeszcze kilka uwarunkowań:

  • czy lepiej dzisiaj zarobić więcej (biorąc płatne nadgodziny), czy zdobywać umiejętności, które pozwolą zarabiać 2 x tyle jutro?
  • czy stawka nadgodzin jest lepsza niż obrywów na boku?
  • czy mam (i jak duże) szansę awansować?

Każdy z tych problemów musi zostać przeanalizowany. Ja zwykle angażowałem się w pracę, ponieważ widziałem sens, co nie powstrzymało mnie od wzięcia czterech lat urlopu bezpłatnego na rozkręcenie firmy i zdobycie uprawnień. Teraz, gdy sytuacja zmieniła się o 180 stopni, na etacie świadomie robię tylko tyle, ile muszę, a działam na 150% tylko wtedy, gdy wyłączę świadomość. Dlaczego? Ponieważ poziom zaangażowania pompuje ilość pracy do wykonania, a nie daje efektu w w postaci wzrostu pensji. Dodatkowo, moja firmowa stawka godzinowa pozostaje niezmiennie sporo wyższa. Natomiast nie zawsze tak jest i wcale nie musi.

Popatrzmy na zdobywanie kwalifikacji. Jaki sens ma zarabianie 40 zł za nadgodzinę, jeżeli za dwa lata nauki możemy otrzymać te 40 zł w stawce godzinowej każdej ze 170h/m-c? Wynik wydaje się prosty. 20x 40+4500=5300 zł, a 40*170 =6800 zł. Lepiej zacisnąć zęby i pouczyć się trochę.

Podobnie liczmy dorabiając. Gdy pracujesz za 4500 zł/170h a możesz dostać za dwudziestogodzinową fuszkę 2500 zł, jaki sens ma branie nadgodzin z pensją 800 zł? Żaden.

Wreszcie rzecz niepoliczalna – awanse. W mojej branży przypada 10 pracowników na kierownika. Stąd szansa na awans 10% i to tylko o tyle, o ile nasz szef jest sporo starszy. Pozostaje jeszcze „kasyno” czyli układy, więc powiedzmy – realne 5%. Poświęcanie się w 200% dla 10% szansy podwyżki 1000 zł/m-c w moim przypadku pozbawione jest sensu. Wolę tę energię zaangażować w firmę, lub o czym pisałem, w doktorat.

Patrząc na te wszystkie uwarunkowania (a dochodzi jeszcze perspektywa zmiany zawodu, branży, sytuacja rodzinna itp.) dopiero możemy udzielić zindywidualizowanej odpowiedzi. Wszelkie generalizacje będą szkodliwe.