Rzeczywiste obciążenia podatkowe. Jak państwo zniechęca do pracy.

Miało być o czym innym, ale kwiecień to miesiąc rozliczeń PITó-ów. Zrobiłem go i ja. Popatrzyłem na liczby i przemówiły do mnie doskonale. Wnioski? Zacznijmy od danych.

Tak się składa, że zarabiam całkiem przyzwoicie. Szczerze mówiąc – głównie dzięki inflacji. w 2013 r., gdy zrobiłem papiery miałem pensję o połowę niższą i lokowałem się, dzięki rozliczeniom z żoną, w pierwszym progu podatkowym lub delikatnie wchodziłem w drugi. Teraz pomimo reform podatkowych mam gorzej. Pensje wzrosły, ale koszty też, w odpowiedniej proporcji. Jak dużej. Już pokazuję.

Najpierw my. Jak wiecie, pracuję na dwóch, nieźle płatnych etatach + dg, a żona na jednym poniżej średniej. Łącznie daje to całkiem spory dochód. Ja sam mam ponad 3 średnie krajowe (co ogólnie wygląda super, ale nie zapominajmy – to są trzy źródła). Tendencja się utrzymuje. W 2015 r. było podobnie. Tylko, że wtedy średnia wynosiła ok. 3900 zł brutto, a dzisiaj 7500 zł miesięcznie (wzrost o 92%). Drugi próg podatkowy – wtedy 85 tys. zł, a teraz 120 tys. zł (wzrost o 41%). Ba, pensja minimalna wzrosła z 1750 zł do 4242 zł o 142%. Gigantycznie i skokowo wzrosły też ceny:

  • prąd podrożał o 100%,
  • chleb o 120%,
  • metr nowego mieszkania o 100% (zależy od miejsca i wielu czynników, w górach nawet o 120%),
  • nowe najtańsze auto Dacia Sandero o 125% (z 29 do 65 tys. zł i nie jest już najtańsza),
  • gaz o ponad 50%,
  • węgiel o 200%,
  • drewno kominkowe o 150%,
  • jajka o 100%.

Przykłady mógłbym mnożyć. Zatem pozornie zarabiamy więcej, ale nasza siła nabywcza nie rośnie. Pisałem o tym wielokrotnie. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie wzrost obciążeń podatkowych.

W 2015 r. dzięki uldze na 3 dzieci, zaliczyłem spory zwrot podatku, przypomnę – zarabiając wraz z żoną ok.400% średniej krajowej.Dlaczego? Drugi próg zaczynał się od 181 % średniej krajowej.

W 2023 r. już tak nie było. Dopłacimy spore pieniądze pomimo, że zarabiamy podobnie w relacji do średniej krajowej. Jednak drugi próg zaczyna się od 131% średniej krajowej.

To jeszcze nie wszystko. Wzrosły łączne obciążenia podatkowo-składkowe. W 2015 r. płaciłem 18% podatku, 13% składek społecznych i 1,25 % zdrowotnej. Razem ok. 30% (różne podstawy). Dzisiaj od drugiego etatu płacę 13% składek społecznych, 32 % podatku i 9 % zdrowotnej. Razem ok. 52% ekstra dochodu oddaję w podatkach bezpośrednich i składkach. W praktyce nie ratuje mnie nawet ogromna liczba ulg (IKZE x 2, związkowa, na dzieci), bo żeby zaoszczędzić 30% podatku musiałbym wydać 100%, i sporo (ok. 10 tys. zł) dopłacę. Ten problem dotyka prawie całej klasy średniej.

W efekcie praktycznie nie opłaca się więcej pracować, skoro państwo zabiera mi ponad 50% dochodu w podatkach. Warto robić minimum. W tym roku trend się pogłębi, gdyż otrzymałem sporą podwyżkę (obiektywnie – rośnie też pensja minimalna o ok. 20%, a średnia o 10-15%). Progi podatkowe są zamrożone. Co to oznacza? W 2024 r. drugi próg podatkowy zacznie się na poziomie średnia krajowa +13%. Czyli modelowe gospodarstwo domowe (2 razy średnia +20%) wpadnie w drugi próg. Przeciętniacy zaczną płacić ponad 50% podatko-składki. Bez możliwości sensownej ucieczki. Nie żadni bogacze,Rockefellerowie. To jest efekt 8 lat rządów PiS, ich pomysłów na gospodarkę.

Jeszcze gorzej mają przedsiębiorcy. W 2015 r. przedsiębiorca wykazujący dochód na poziomie 150% średniej krajowej (co stanowi premię za ryzyko, w stosunku do etatowca), rozliczający się wg skali podatkowej, płacił 850 zł składek ZUS i NFZ miesięcznie i w nawet w grudniu 18% zaliczki na podatek. W 2023 r. – składki wyniosły dobrze ponad 2000 zł a grudniowy podatek 32%. Łączne obciążenia podatkowo-składkowe jego dg wzrosły drastycznie (składki prawie o 200%, podatek o blisko 100%).

Konkluzja. Państwo zniechęca do pracy. Poważnie rozważam rzucenie drugiego etatu, ponieważ z niego zostaje mi faktycznie mniej niż 50% kwoty z angażu. Powoli dorabianie przestaje to mieć sens. Zarobię (w tym roku) ok. 120 tys. zł dostanę 60 tys. zł. Całą podwyżkę zje mi podatek. Co gorsza, nie mam wielkich szans na reakcje. W DG robiąc większy zakup zyskuję (od „góry”): 19% VAT (lub 7% gdy stawka 8%), 9% zdrowotnej, 29% podatku czyli zostaje mi w kieszeni 47-59% pierwotnej faktury brutto – super. Przy etacie – zaoszczędzę maksymalnie 32% podatku, a biorąc pod uwagę wypłatę brutto (składek mi nie potrącą) w efekcie ok. 30% zakupu/wydatku brutto. Słabiuteńko. Więc logiczne będzie dociążenie czasowe DG, zamiast pozostawanie w drugim stosunku pracy. Uwolnienie się z jednego etatu oznacza 2 dni wolne w tygodniu (a de facto 4 dniowy weekend). W DG mogę sterować kosztami (w granicach rozsądku) i płacić minimalne podatki oraz składki zdrowotne (społecznych nie płacę, ponieważ jestem etatowcem). Klasyka – zostaje kombinacja. A Ty – szary przeciętniaku, jeśli dorabiasz – płać. Teraz dowalą jeszcze składki ZUS od każdej kolejnej umowy zlecenie.

Patrząc na podatko-składkę widzę jeszcze jeden wniosek. Państwo zachęca do konsumpcji. Dokładnie tak jest. Skoro pracując, te 30% mogę urwać z ulgi (np. termomodernizacyjnej), wydam. Skoro w firmie kupując kolejny komputer albo telewizor zyskam 59%, to przecież racjonalnie rzucić tę kwotę na ladę. Szaleństwo.

I wreszcie ostatnia myśl. Państwo zachęca do kombinowania. Nazwijmy elegancko – optymalizacji. Skoro na etacie mam obciążenie 112 godzin miesięcznie (w tym na dotarcie) i dostaje za to netto 7500 zł , może lepiej zarobić, poświęcając 45 godzin np. 6 tys. zł brutto z wynajmu, płacąc 12,5% ryczałtu i zero składek, na rękę 5500 zł? Albo wynająć człowieka i poświęcić 10 godzin zarabiając 4 tys. zł. Albo zapłacić 19% podatku od dywidend. Ciągle myślę. Kombinuję. Bo do tego namawia mnie państwo. Tu warunek jest jeden – trzeba mieć kapitał.

Chciwość.

Z jednej strony Gordon Gekko i jego „Chciwość jest dobra. Chciwość działa, chciwość jest w porządku. Chciwość oczyszcza, uszlachetnia i ucie­leś­nia ducha ewolucji. Chciwość w każdej formie: chciwość życia, pieniędzy, miłości, wiedzy doprowadziła do rozwoju ludzkości.” Z drugiej nauki różnych filozofów i kościołów. Co moim zdaniem jest prawdą?

Gordon Gekko się mylił. A konkretnie pomylił chciwość (chorobliwą żądzę pieniądza, za każdą cenę) z ambicją, miłością, pasją. Chciwość niszczy relacje międzyludzkie, międzynarodowe i absolutnie nie doprowadza do rozwoju. Chciwość życia prowadzi do nadmiernego ryzyka, a nawet śmierci (himalaiści, Balzak). Chciwość pieniędzy do samotności i nieszczęścia (słynny przykład Cecila Rhodesa). Chciwość miłości doprowadziła Freddiego M. do przedwczesnej śmierci, a Piotra Abelarda do kalectwa. Ofiar chciwości wiedzy znamy stosunkowo najmniej, ale taki dr Mengele, proszę bardzo.

Chciwym przedsiębiorcą był Jan Kulczyk. Czy „żył długo i szczęśliwie”? Oj, chyba nie. Chciwym władcą pozostał Jerzy III. Jego chciwość doprowadziła kraj do utraty kolonii północnoamerykańskich. Wreszcie, chciwymi pozostają Soros i Trump. Czy stworzyli coś wielkiego, czy tylko pasożytują na społeczeństwie? Czy są szczęśliwsi niż Buffet, Branson czy Ferriss? Czyje idee przetrwają dłużej i będą inspirować? Czy ta druga grupa nie ma „wystarczająco” pieniędzy, szacunku, pasji? Czy nic nie stworzyli?

Dlatego nikomu nie polecam chciwości. Ona karze pracować ponad siły i skraca życie, w efekcie – unieszczęśliwia, nie pozwala w pełni smakować życia. Konieczny jest umiar. Ot taki Colas Breugnon, ideał praktycznego rzemieślnika, miłośnik śpiewu, jadła i napoju. Ani ktoś miotający się od jednej skrajności do drugiej (Ignacy Loyola, Karol V, Henryk VIII). Ni typowy asceta, ni hulaka.

Pieniądze często uzależniają. Chciwcowi trudno się z nimi rozstać. Niektórzy (tytułowy Skąpiec), żałują ich własnym dzieciom, nie są w stanie przestać zarabiać. Jednocześnie, przecież potrzebujemy ich do życia, dobrze jest spełniać marzenia.

Nikt mi nic dał za darmo. Wszystko musiałem sam odziedziczyć.

Oglądaliście już „1670”? Netflixowa gorzka komedia o przypadkach Jana Pawła Adamczewskiego, stanowi próbkę czarnego humoru rodem ze „Świata według Bundych”. Tu nie ma taryfy ulgowej dla szlachty, chłopów, mężczyzn, kobiet, feministek i księży, młodych i starych. Drą łacha ze wszystkich. Główny bohater, stanowiące tytuł wpisu zdanie, kieruje do swojego syna. Możemy na nie patrzeć z dwóch stron.

Lewicowej – Adamczewski jako przykład szlacheckiej fanfaronady, prekursor dzisiejszego „Janusza biznesu” wygłaszający takie teksty jak „Chłopa ze strefy komfortu można wypędzić tylko cepem”, „Człowiek dochodzi do czegoś ciężką pracą swoich chłopów, to zabrać mu! Taka mentalność” czy właśnie „Wszystko musiałem sam odziedziczyć.”

Prawicowej – legendy o odwiecznym porządku świata, w którym jeden rozkazuje, a drugi wykonuje, a władza przechodzi z ojca na syna (podobnie jak poddaństwo).

Żadna z tych tez kompletnie się nie broni, jeśli zestawimy rzetelne dane i wiedzę historyczną. Oczywiście, to komedia, nikt nie oceniał, czy „Allo, allo” oddaje prawdę o francuskim ruchu oporu w II WŚ. Ponieważ jednak niektórzy, chcieliby widzieć muzy, jako dydaktyczne odbicie rzeczywistości, dajmy im szansę.

Większość źródeł (w tym spostrzeżenia gości zagranicznych) potwierdzają – Polska była rajem dla szlachty, czyśćcem dla mieszczan, a piekłem dla chłopów. Tu lewica mówi prawdę. Tylko szlachcic miał prawa i ogromną przewagę ekonomiczną, płynącą z własności ziemi i darmowej pracy poddanych. Czy mogło być gorzej? Tak, w Rosji. Stąd, przemawiający językiem właściciela firmy, opartej o wyzysk pracownika (brak urlopów, niepłatne nadgodziny) Jan Paweł Adamczewski wydaje nam się współczesny. Wiemy też, że w roku 1670, polska demokracja szlachecka (a w zasadzie oligarchia magnacka) wszystkie dobre lata miała już za sobą. Czekała ją tylko jeszcze jedna wygrana wojna (z Turcją, zakończona Pokojem Karłowickim w 1699 r.), jeden sensowny król (Jan III Sobieski) i …zjazd po równi pochyłej. Oczywiście magnateria dalej się bogaci i bawi, powstają rezydencje takie jak Wilanów, Arkadia czy Puławy. Spadku dochodów doświadczają chłopi, mieszczanie, a wreszcie, samo państwo. Wiemy doskonale, że wzrost obciążeń (podatkowych, pańszczyźnianych) wraz z arbitralnością orzeczeń zabije w końcu chłopską przedsiębiorczość, która odrodzi się po uwłaszczeniu. Dlatego pochwały biznesmenów w stylu Sebastiana Kulczyka, czy spadkobierców Adama Stadnickiego, można włożyć między bajki. Ich bogactwo nie pochodzi z ciężkiej pracy, osobistych zdolności lecz z poprzednich pokoleń. I nie warto tworzyć tu legendy, bo po „Wir, Erben” widać jak koło się obraca.

Oczywiście, wcale nie musi tak być. W USA większość milionerów (majątek, poza głównym domem, do 5 mln USD) to nie dziedzice, ale dorobieni w pierwszym pokoleniu. Inaczej wygląda to na liście najbogatszych, na której dalej rządzą spadkobiercy, ale wciąż są szanse na awans do wyższej klasy średniej, a nawet do wyższej. Jeszcze bardziej prawdopodobny jest ruch w dół drabiny – From rags to riches to rags in three generations – sprawdza się. Na tym polega słabość lewicowej narracji. Zamożność (bogactwo) rodziców daje przewagę, ale nie absolutną. Więc, typowo prawicowe przekonanie, o podwładnym i właścicielu może szybko się obrócić i syn poddanego wykupi syna szefa. Przecież czytaliśmy i „Lamparta”, i „Noce i dnie”.

Co zatem robić? Swoje. Spokojnie oszczędzać, inwestować, reinwestować i po kolei osiągać wyznaczone cele. A kolejne pokolenia będą wykuwać swój własny los.

Dom czy mieszkanie? Stare czy nowe? Odsłona nie-wiem-już-która.

To był luty. Po skończonych interesach poszedłem z klientem na kawę. Nie, nie była to fajna laseczka, ale facet, mój rówieśnik. Jak to zwykle bywa, gdy trochę zejdzie ciśnienie, mieliśmy okazję porozmawiać prywatnie. Wtedy wrócił temat odwiecznego dylematu „dom czy mieszkanie?”.

Zaczęliśmy analizować rynek nieruchomości w naszym mieście. Żeby kupić i wykończyć nowe mieszkanie trzypokojowe, trzeba wydać jakieś 840 tys. zł (70 m2 x 10 tys./m2 zakup plus 70 m2 x 2 tys. zł wykończenie). Dopłacając za garaż robi się już 920 tys. zł. Stary lokal (podobna powierzchnia, do poważnego remontu) kosztuje na osiedlu ok. 530 tys. zł no i tu przynajmniej nie trzeba mieć garażu (chociaż czasami zaparkujemy 300 m od domu). Czy to wszystkie alternatywy? Nie. Można kupić mini-działkę za 250 tys. zł (5 km od centrum, niezbyt ciekawe otoczenie, ale w sąsiedztwie też nowe bloki), urządzić, zabudować (dom drewniany 70 m2 za 250 tys. zł) i za 500 tys. zł pójść na swoje. Co to oznacza w praktyce?

Dla posiadacza np. opisanego wyżej starego mieszkania podobną powierzchnię mieszkalną, kawałek ogrodu (raczej symboliczny), pewne miejsce parkingowe (albo i dwa) oraz… tańsze utrzymanie. Dzisiaj czynsz za 70 m2 w starym bloku wynosi (bo ciepło systemowe) przy trzech osobach ok. 1000 zł. Do tego dodajmy prąd, kablówkę, gaz do kuchenki i podgrzania wody, internet, jakiś podatek i robi się 1400-1500 zł. W domu: montujemy FV, dorzucamy solary, piec na drewno i żyjemy sobie za 600-700 zł (zależy jak dużo wody zużyjemy i od kosztów śmieci). Nieźle. Dalej taniej niż nowe mieszkanie (700 zł to sam czynsz z wodą, śmieciami, ogrzewaniem), tyle że trzeba palić w piecu i odśnieżać chodnik po sąsiedzku.

Czy ludzie wybierają racjonalnie? Nie. Podobno liczba pozwoleń na budowę domków jednorodzinnych spadła poniżej poziomu z 2004 r. Roku biedy i 20% bezrobocia. Być może za część tego upadku odpowiada nie Glapa, nie polityka radosnego rozdawnictwa i inflacji, ale liberalizacja przepisów budowlanych (wystarczy zgłoszenie). Nie wiem. Niemniej jednak w mieście na pewno mieszkań buduje się więcej. Chociaż za 0,5 mln są to raczej ” prestiżowe dwupokojowe apartamenty” z salonem połączonym z kuchnią, sypialnią 8 m2 i o łącznej powierzchni 35 m2.

Warto natomiast pamiętać – dom ma swoją, niewymierną cenę. Sam ćwiczę ten temat. Trzeba umieć wiele rzeczy wykonać samodzielnie. Zaraz pojawiają się zwierzęta i trudniej wyjechać. Na stare lata koszty utrzymania mogą nas zjeść. No i budujmy racjonalnie. Nie 200 m2, lecz raczej bliżej tych 70 m2, albo jeśli mamy dużą rodzinę (jak u mnie 2+3), niech wystarczy nam 5 pokoi na 100 m2.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Dzieci – część IV.

Posiadanie dzieci z pewnej oczywistej (w ramach możliwości) drogi stało się w ciągu ostatnich dwóch dekad zagadnieniem politycznym i filozoficznym. Wcześniej wszystko było proste – mogłeś mieć dzieci (byłeś fizycznie zdolny), to się rodziły, nie, to nie. Teraz poza epidemią bezpłodności (podobno 20-25% populacji dzieci mieć nie może), coraz częściej mamy do czynienia z decyzją, a nawet deklaracją. Z jednej strony grupa antynatalistów, twierdzących że światu nie potrzeba więcej ludzi, którzy w końcu zniszczą planetę, feministek – traktujących dzieci jako symbol patriarchatu, oraz ludzi wygodnych. Z drugiej koalicję duchową od mułłów przez rabinów i księży do Władimira Putina. Pierwsi mówią o „odwiecznym porządku świata”, Putin o patriotyzmie. Co mniej mnie dziwi, każdy z nich nazywa nieposiadanie dzieci „dekadentyzmem”, „zepsuciem”, które zgodnie płynie ze „zgniłego zachodu”. A potem przedstawiciele tego rosyjskiego, muzułmańskiego, katolickiego, raju ponieważ u nich zbyt biednie jadą do ateistycznej bądź protestanckiej Europy Zachodniej i tam rodzą lub … nie rodzą. Zostawmy jednak ideologię na boku. Kto z młodych może, chce mieć dzieci i wie z kim, będzie je miał. Moją rolą opowiedzieć jak sobie radzić z kosztami.

Grupa naukowców podaje co roku, ile kosztuje wychowanie dziecka w Polsce. Padają robiące wrażenie sumy, o równowartości mieszkania. Dodatkowo, co roku idą w górę. Media wywierają presję, że już dla bąbelka, to wszystko kupujemy nowe i prima sort. Stąd koszty rosną. Ja, jako ojciec trzech chłopaków, powinienem już dawno zbankrutować, a co powiedzieć o kierowcy z mojego miejsca pracy, z którym dobrnęliśmy do podobnego etapu. Ponieważ mam pewne doświadczenia pozwolę sobie dać Wam kilka rad.

Sprawdza się stara prawda – posiadanie dziecka w jednych warunkach jest drogie, w innych – tanie. Wszystko zależy od miejsca, otoczenia, stylu życia oraz stanu zdrowia dziecka. Jak to wygląda?

Przykład 1. Warszawa i inne wielkie miasta na bogato. Większość mieszkańców Warszawy to przyjezdni. Nie mogą liczyć na wsparcie rodziców, więc ponoszą koszty opieki nad maluchem od końca macierzyńskiego do czasu przedszkolnego. Koszt – równowartość pensji minimalnej (4000 x 24 miesiące czyli 96.000 zł). Jeśli mamy trójkę robi się prawie 300 tys. zł. Potem idzie prywatne przedszkole, szkoła i spokojnie dojdziemy do kilku milionów (3000 zł/miesięcznie x 192 miesiące x 3). W tym czasie mamy jeszcze zajęcia dodatkowe (60 zł/godzina to minimum), dowożenie, no i przecież – jedzenie, ubranie, rozrywki, Iphony. I faktycznie jak to wszystko policzymy – strach mieć dzieci, bo trzeba zarabiać (dochodzi jeszcze kredyt na większe mieszkanie) 2 x 20 tys. zł netto. Nic dziwnego, że dzietność niższa niż na wsi.

Przykład drugi – spore miasto i okolice. Tu widzę dwa zwalczające się trendy. Pierwszy – równanie do warszawskich standardów, drugi – zwyczajne życie bez ciśnienia. Kto chce (albo musi) pójść schematem: opiekunka/prywatny żłobek, potem szkoła, wypas w trakcie, albo sporo zarabia i stać go na to, albo kończy na maksymalnie jednym dziecku. Kto – chce mieć dużą rodzinę, kombinuje.

Pierwszy sposób „warszawski” już omówiłem, tu faktycznie 1 mln/dziecko może okazać się mało, bo co oznacza 60-80 tys. rocznie, czyli 1,5-2 mln przez 25 lat do uzyskania dorosłości, a potem jeszcze 0,5 mln na początek – razem 2-2,5 mln na nowego obywatela. Ile znacie osób, które tak żyją?

Można też całkiem inaczej. Z małym dzieckiem do wieku przedszkolnego zostaje babcia, ciocia itp. lub matka żyjąca z własnej mini-firmy, albo pracy zdalnej. Wprawdzie wiek emerytalny efektywny ciągle się podnosi, ale z drugiej strony, teraz ludzie później mają potomstwo. Potem państwowe przedszkole/szkoła (im mniejsze miasto, tym o miejsce łatwiej). Na koniec nie całe mieszkanie, ale wkład własny/kawałek ziemi po dziadkach itp. A jeśli dziadków nie ma lub pracują? No cóż, wtedy musimy sobie radzić przez dwa lata – od 1 r.ż. (koniec urlopów) do 3 r. ż. I tylko na ten czas potrzebujemy rezerwy, bo (zazwyczaj) kobieta nie pracuje. Czy to prawda?

No cóż. Dwóch moich starszych pomagali wychować dziadkowie i od tego czasu minęły wieki . Z najmłodszym żona siedziała w domu. I co? Jej pensja wynosiła blisko kosztu opiekunki (nigdy nie zarabiała dużo), więc płacenie i wychodzenie do pracy nie miało sensu. Z drugiej strony, dawała radę sprzedawać szkolenia, które prowadziłem, zarabiając w 16 godzin miesięcznie połowę swojej ówczesnej pensji (za 170 godzin), czyli pracują 1/10 oficjalnego czasu (plus nie marnując go na dojście do pracy, malowanie itp.) wychodziła na plus (przecież jeszcze opiekunka kosztuje). W sumie same zalety – matka w domu z dzieckiem, zdobyła nowe umiejętności, a i finansowo lepiej wszystko wyglądało.

Na co starcza 800+. Kiedy wchodził program 500+ (wiosna 2015) miałem na stanie dwóch nastolatków i jednego malucha. Dostałem 1000 zł (wtedy wypłata zależała od dochodu). Taka kwota starczała na:

  • angielski dla obu i zajęcia sportowe dla jednego (350 zł) plus jedzenie dla trójki, albo
  • ratę kredytu na 90% wartości dwupokojowego mieszkania w górach (porównywalne z dużym miastem).

Dzisiaj warunki uległy diametralnej zmianie. Zlikwidowano kryterium dochodowe i za chwilę zamiast 500+ wypłacą 800+. Jednocześnie zaatakowała inflacja. Dzisiejsze 2400 zł (trójka dzieci) nie starczyłoby na ratę za takie samo mieszkanie (wzrosły stopy i cena z ok. 4 tys./m2 zł do 10 tys. zł/m2), ani na ich jedzenie i zajęcia dodatkowe, ponieważ:

  1. godzina korepetycji językowych kosztuje nie 40 zł ale ok. 80- 100 zł,
  2. zajęcia sportowe podrożały z 30 zł/miesiąc na 150 zł/miesiąc (w tym samym klubie) a obóz (tzw. camp) z 600 zł do 2500 zł.
  3. chleb, który kosztował 1.8 zł dzisiaj sprzedają za 4 zł i generalnie mnóstwo podstawowych rzeczy (owoce, warzywa, wędlina, masło, olej, jajka) kupujemy 2 razy drożej.
  4. Znacznie więcej płacimy za opłaty (ogrzewanie, czynsze, śmieci, prąd, gaz +60-120%).
  5. Podrożały (+80-100%) samochody nowe i używane (najtańsza Dacia Duster nie 40 a 80 tys. zł). Nawet małego Volkswagena Polo z silnikiem 95 KM wyceniają na ….120 tys.zł.
  6. O mieszkaniach już wspominałem (+120% w 7 lat).
  7. Opiekunka, kosztuje nie 1800 zł a właśnie w okolicach 3500-4000 zł.

Jak zatem żyć?

Zasada 1. Wybieraj możliwie niekosztochłonne otoczenie. Nie ma opcji – korpo i praca 9-17 utrudnia życie i podnosi wydatki. Dodatkowo wielkie miasto = długie dojazdy, a za ten czas też płacisz opiekunce. Na wszystko nakłada się presja społeczna. Mam przyjaciół, którzy uciekli z Warszawy do małego miasta. Żyją taniej i spokojniej.

Zasada 2. Organizuj opiekę nad dziećmi i naukę możliwie bezkosztowo. Oznacza to, przy wieku „żłobkowym”, albo pracę na zmiany (żona pierwsza zmiana, a mąż druga lub trzecia) albo pomoc przysłowiowej „babci”, albo połączenie wychowawczego i chałupnictwa/rękodzieła.

Kobieta (a czasem mężczyzna) w domu oznacza niższe koszty życia. Nie wydaje się na dojazdy, mniej na ubrania/fryzjera/kosmetyczkę, znika nagradzanie się zakupami, gotowanie w domu (o czym już pisałem) wychodzi taniej niż żywienie na mieście. W efekcie, nie można podać dokładnego bilansu urlopu wychowawczego, ale przykład mojej żony pokazuje, że strata może wynosić 20-30% pensji. W niektórych przypadkach – nawet mniej.

Kiedy dziecko wchodzi w wiek przedszkolny, staraj się znaleźć w okolicy dobrą państwową placówkę, podobnie zrób ze szkołą i studiami. Prywatne szkolnictwo to dla klasy średniej wir sił wysysających przyszły majątek. Szkoła wymaga poziomu, a niekoniecznie go zapewnia (od 5-6 klasy 3/4 bierze korki z wielu przedmiotów), wycieczki to nie Muzeum Nauki Kopernik lecz Berlin, Londyn, a nawet Nowy Jork. W zimie obóz narciarski, w lecie konie. Do tego poziom życia (ubrania, telefony potem samochody) rówieśników, daleko wyższy od przeciętnego. Rozmawiałem z kumplem, ojcem 11-latka, prywatna podstawówka + jej styl życia, kosztują go miesięcznie ok. 6 tys. zł, w mieście, w którym przeciętna pensja to 6,5 tys. zł….brutto.

W testach szkoły prywatne wypadają lepiej, ale niekoniecznie dlatego, że są lepsze. Obcina się cały dół (wywalając ze szkoły), gorszych dzieci nie ma, stąd średnia idzie w górę. Mój syn chodzi do państwowej. W klasie jest córka posła, dwóch ojców profesorów, kilku adiunktów, nauczycieli itp. Poziom – wcale nie gorszy niż w prywatnej (choć to akurat najlepsza klasa, w najlepszej państwowej placówce), a odpada mi dowożenie, a młodemu presja korków. Starsi synowie chodzili do tej samej szkoły. Jeden – sportowiec, uczyć się nie chciał i studiuje na AWF, drugi – umysł ścisły, dostał się na ekonomię. Dostał dwa lata korków przed maturą na rozszerzenie – i to wszystko (plus języki). Z kolei syn znajomych po szkole prywatnej nie zdał matury (rodzice prawnicy, dziadkowie lekarze) i teraz świetnie sobie radzi, we własnej firmie. Nie ma reguły. Nie wierz w mantrę klasy średniej – świetna nauka w szkole= świetne studia=świetna praca. Już w poprzednim wpisie serii starałem się Wam to uświadomić. Lepiej (w sensie czasowym, wolności, wynagrodzenia) ma dobry rzemieślnik niż korposzczur.

W takich warunkach nauka jednego dziecka wymaga wydania miesięcznie 400-500 zł (książki, zbiórki, zajęcia dodatkowe). Oczywiście trafi się zdolniacha (instrument muzyczny, dowozy sportowe), albo potrzeba specjalnego kształcenia, ale piszę o pewnej średniej.

Zasada 3. Nie przesadzaj z rozrywkami i konsumpcją. Konsumpcja zje każdy dochód. Im większy, tym pochłania więcej. Aż do dna w mieszku. Jedno dziecko ma Iphone’a , cała klasa domaga się go od rodziców. Nastolatki wydające na fryzjera – 4000 zł albo 3000 zł miesięcznie na ciuchy i kosmetyki (akurat tu ojcowie dobrze zarabiają). 10 wycieczek zagranicznych w roku – proszę bardzo. Część kupuje to wszystko za gotówkę (i miewa niewielkie oszczędności), wielu na kredyt. Bo mówimy ciągle o klasie średniej – czyli zarobkach na rodzinę od ok. 10 tys. zł netto do 30 tys. zł.

Nauczenie dziecka nadmiernego konsumowania – to fundowanie mu problemów na przyszłość – najgorsza wyprawka. Niekoniecznie bowiem powtórzy status rodzica, a będzie domagać się „zabawek” zawsze i w każdych warunkach. Ty dajesz przykład – maluch i nastolatek patrzą i najczęściej (bo nie zawsze) – naśladują. Recepta na zamożność w klasie średniej to sporo oszczędzać, inwestować z jak najlepszą stopą zwrotu. Telefony za 6-10 tys. zł są młodzieży zbędne. Z drugiej strony – skąpienie na rozwój (naukę zawodu, formację intelektualną, firmę) – to błąd – druga strona medalu.

Ile więc potrzeba na rozrywki – konsumpcję? Wakacje 1 -2 razy w roku. Może być obóz sportowy w zimie i w lecie. Koszt średni – 400 zł miesięcznie . Nauka języków, jakieś jedne zajęcia dodatkowe (znowu, sport, teatr, hobby ) – mieliśmy powyżej. Do tego ubrania, kosmetyki, kieszonkowe (kolejne 400 zł). Dorzućmy jeszcze prezenty i szczególne potrzeby (rower, deskorolka, audio, komputer) – 400 zł

W sumie zasada 2 i 3 – 1600 zł miesięcznie

Zasada 4. Najlepsze jedzenie – domowe. Nie da się porównać niemowlaka karmionego piersią, z nastolatkiem ze szczególnymi potrzebami. Jednak moja ulubiona blogerka pokazuje – domowe jedzenie to wydatki 2000 zł/5 osób (w tym nastolatki i dorośli), czyli znowu 400-500 zł/osobę (bo dodaję obiady w szkole), jeżeli gotujemy sami, z własnych produktów.

Wszystkie drożdżówki, słodycze, diety pudełkowe, nie dadzą nic więcej, a kosztują 3-4 razy tyle.

Zasady 2,3,4 – 2000 zł.

Zasada 5. Trzymaj w ryzach auto i mieszkanie.Łatwo popaść w skrajności i myślenie albo „dzieci nic nie potrzebują” albo „potrzebuję vana i domu, bo urodziło mi się dziecko”. Nie warto się do nich zbliżać. Wiadomo, z dwójką nastolatków – Fiatem 500 nie pojeździmy, ale czy od razu potrzeba salonowego Audi Q7?

Wybierałbym rozsądnie – albo duży samochód klasy B, albo kompaktowy, przy jednym dziecku. Kompakt przy dwójce, i wyższa średnia kombi/minivan przy trójce. Ja zostałem de facto z jednym (najmłodszy ma 170 cm wzrostu) i wystarcza nam Hyundai Kona (a mamy jeszcze średniego psa). Od biedy zmieścimy się i w Fiacie 500. Koszt – przy samochodzie 10-letnim (rozsądny kompromis), a w zasadzie jako różnica między klasą miejską i kompaktem 400 zł miesięcznie (w tym paliwo, utrata wartości i dowożenie od czasu do czasu).

Z mieszkaniem – żyję w przekonaniu – każde dziecko musi mieć własny pokój. Czyli minimum z jednym – dwa (rodzice śpią w salonie), a optymalnie 3-pokoje. Szczęśliwie tak się składa, że dobrze wybierając, zapłacimy za ten dodatkowy drugi lub trzeci pokój całkiem niewiele – często 50-70 tys. zł, czyli +400 zł do raty.

Podsumowanie. Łączne, rozsądne, lecz nie skąpe, wydatki na przeciętne dziecko to 2800 zł miesięcznie. Zaznaczam – pisze o miejskiej lub podmiejskiej klasie średniej. Na wsi, gdzie i pokus mniej i oczekiwany standard gorszy, a ceny (nieruchomości, jedzenia) niższe, znam takich, którzy wdają połowę. Przy planowanym od stycznia 800+, kwestia finansowa schodzi na dalszy plan, jeśli nie damy się porwać szaleństwu. Wtedy, co pokazują alimenty celebrytów i 15 tys. zł może być mało.

Spotkanie po 32 latach od zakończenia szkoły. Jak stałem się ofiarą korpomyślenia.

Na początku grudnia poszedłem do knajpy na spotkanie klasowe. Od czasu gdy skończyliśmy szkołę podstawową minęły 32 lata. Wniosek – jak w tytule – współczesna kultura pokazuje nam jak myśleć i wbija w schematy. Stałem się ich mimowolną ofiarą.

Najpierw dla porządku – przybyło 11 osób spośród 32. Część wyjechała w całkiem odległe zakątki globu, dwójka siedzi w Dubaju, kilka osób wyemigrowało do USA. Większość jednak została w naszym mieście i nie znalazła czasu w wymiarze 1 nocy (zaczęliśmy o 19.30, skończyliśmy o 3 rano, gdy zamykali drugi bar).

Zagadkę wyjaśnił mi jeden z kumpli, który miał już za sobą podobne spotkanie z liceum. Wiele osób traktuje takie powroty do lat dziecinnych jako okazję do licytacji, kto więcej osiągnął, kto więcej zarobił. Prowadzący zwykłe życie, obserwując klasę na fejsie, rezygnują z przyjścia, nie chcą bowiem konfrontować się z własną przeciętnością. W efekcie spotkają się wyłącznie „ludzie sukcesu” i po godzinie przechwałek rozchodzą do domu z kwaśnymi minami, jeśli nie wypadli najlepiej, bo jak wiadomo „król może być tylko jeden”.

U nas, na szczęście, wszystko przebiegało inaczej. Z drobnym wyjątkiem. W pewnym momencie przysiadła się i zagadnęła mnie klasowa prymuska (obecnie organizująca social media w warszawskim korpo). Ewidentnie obchodziła się ze mną „jak z jajkiem”, wspominała wiersze, które przesyłałem do niej w 5-tej klasie, proponowała abym pisał książki, ale wyczuwałem ton troski, zmieniający się stopniowo w westchnienie ulgi. I za chwilę wszystko się wyjaśniło, kiedy usłyszałem „Uff, a bałam się, co zastanę, myślałam że masz ciężką depresję”. Skąd dziewczyna, którą ostatni raz widziałem późną wiosną 1990 r. mogła zdalnie mnie diagnozować? Ano z tablicy Facebooka, a w zasadzie jednego zdjęcia i braku treści. Na tej fotografii, klasycznej samoróbce (wspominałem na blogu o moich antytalentach plastycznych) wyglądam istotnie „jak pół-dupy zza krzaka”. Do tego profil założyłem dopiero, gdy zagrożono mi wyłączeniem komunikatora. Strzeliłem szybką fotkę, dodałem login i hasło, no i tyle. Dla korposzczurki moja smętna fizis oraz całkowite zaniechanie pochwał swoimi osiągnięciami, wywołało zwarcie na łączach, ponieważ dodała 2 do 2. Przecież każdy rozsądny człowiek umieszcza na profilowym najlepsze przefiltrowane trzykrotnie zdjęcie, na jego staranny wybór poświęciwszy wcześniej cały tydzień. Dodatkowo osiągając nawet namiastkę sukcesu (dobry obiad w fajnej restauracji, wakacje w egzotycznym miejscu, nowe auto, całuski od żony, sukcesy dzieci) nie omieszka oznajmić o tym całemu światu. Jeśli postępuje inaczej, wtedy jego życie stanowi z pewnością pasmo cierpienia od braku kobiety w życiu, przez niegodny wspomnienia zawód, do zera zainteresowań i przeżyć. Prawda? Tak mówi kodeks współczesnego świata. Do tego stanowiłem żałosny kontrast z bogatym życiem mojego własnego brata-bliźniaka, także ucznia tej klasy. Po pierwsze, on w odróżnieniu ode mnie potrafi robić zdjęcia i czyni to hurtowo. Po drugie, jeździ po świecie, wrzucając zdjęcia z każdej podróży. Po trzecie, realizuje liczne wyzwania (w stylu 365 książek w rok) i publikuje stałe sprawozdania i recenzje. Po czwarte, na fotkach towarzyszą mu coraz to inne dziewczyny, nierzadko 20 lat młodsze. Skoro, fejs pokazuje tak różne życia bliźniaków, to muszą one takie być. Niezawodnie.

Mój serdeczny śmiech, bo właśnie po raz kolejny zdobyłem „nagrodę milionera z sąsiedztwa”, o której pisał dr Thomas Stanley (chodzi o to, aby ludzie, patrząc na pozory zewnętrzne, potraktowali nas jak nie-milionerów), trochę zbił koleżankę z pantałyku, ale i uspokoił. Wyciągnęła jeszcze ze mnie co robię zawodowo, że posiadam rodzinę, w tym syna sportowca, udzieliła trzech rad, jak powinienem wykonać zdjęcie profilowe, o czym należy pisać na Facebooku i potem rozmowa wyglądała już normalnie.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ na blogu widzę sporą grupę młodych ludzi a Beata trafnie zdiagnozowała problem w jednym z komentarzy. Młodość (jak widać po koleżance, nie tylko ona), oznacza silną presję grupy. Trzeba wyglądać, konsumować pokazowo, bo inaczej zostaniemy uznani za outsiderów. Koszt takiego blichtru – ogromny. W najlepszym wypadku – puste kieszenie, w najgorszym – gigantyczne długi, zaciągnięte w celu zaimponowania innym. Nie warto się temu poddawać – my zaraz-pięćdziesięciolatkowie, już o tym wiemy. Funkcjonujemy na własnych warunkach, poświęcając gotówkę na to, co dla nas ważne. Mamy wyrąbane na cudze opinie. Stąd mój śmiech, a nie przerażenie, że zostałem zdemaskowany. Ta historia ma jeszcze jedną, ciemniejszą i mniej zabawną stronę. 21 osób na spotkanie nie przyszło, może dlatego, że bało się takiej oceny. O kilku wiem na pewno. Świetna uczennica, która skończyła w nudnym zawodzie. Doskonały jako młody, piłkarz, ale koniec końców, nie zrobił kariery. Smutnym cieniem kładła się opowieść o piękności z równoległej klasy, która tydzień wcześniej, zapiła się na śmierć, zaliczając po drodze dwa długie lecz nieszczęśliwe związki. Ich zabrakło, pewnie również z powodu strachu przed konfrontacją z: lekarzem (on akurat zwolnił – pracuje 3 dni w tygodniu, za to w Warszawie), deweloperem, informatykiem z Google’a mieszkającym w Kalifornii, właścicielami firm, szychami z korpo. Na szczęście nie wszyscy mieli taką optykę, na koniec zrobiliśmy „miśka” z klasowym rozrabiaką, obecnie kierowcą ciężarówki. Spotkanie wypadło super. Pośmialiśmy się, powspominaliśmy stare dzieje, pożartowaliśmy z siebie nawzajem, pocieszyliśmy się, że jeszcze walczymy. Ja zdobyłem wspomnianą odznakę i miałem setny ubaw, nie tylko z autentycznego przerażenia koleżanki. No i mam materiał na ten wpis.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część III -W jakim kierunku skierować karierę zawodową, żeby przyzwoicie zarabiać za 10-15 lat.

Kiedy zacząłem myśleć o tym wpisie, przez głowę przeszły mi rady pokolenia moich rodziców i teściów. Brzmiały one: Kończ studia i dostaniesz dobrą pracę. Trzymaj się jej, a będziesz miał dostatnią emeryturę. Jako przyszłościowe kierunki wskazywano: medycynę, prawo, zarządzanie, ale każdy dyplom magistra gwarantował, według tej filozofii, powodzenie. W efekcie młodzi szli na prywatne uczelnie, kształcące humanistów (najtaniej), socjologów, psychologów, z których większość nie miała pracy. Stąd stereotyp absolwenta socjologii na zmywaku w knajpie lub na kasie w markecie. Dlaczego?

Ponieważ ta rada bazowała na czasie przeszłym. Ludzie wchodzący na rynek pracy w latach 90-tych, jeśli zdobyli magistra i umieli angielski robili bajeczne kariery w korporacjach. Szybko, przed 30-tką zarabiali lepiej od rodziców. Sam miałem kolegę, który rzucił studia na SGH, bo jako student dostał pracę w funduszu inwestycyjnym jako zarządzający. Tak to działało. Ale już nie działa. Od 20 lat nie działa.

Dlatego, trzeba wymyślać własną drogę na nowo. A zatem moje rady.

Raczej zapomnij o medycynie i prawie.

Oba te kierunki wymagają poziomu wiedzy i dyscypliny niespotykanego gdzie indziej. Żeby dostać się na medycynę musisz mieć dwa-trzy rozszerzenia na poziomie 80%. Ile znasz takich osób? Oczywiście możesz zawsze pójść do Rydzyka lub na inną „słynną” uczelnię. Tam przyjmują wszystkich. Tylko albo poziom dramatyczny (nie zdasz na specjalizację, a bez niej jesteś nikim), albo wywalą połowę po 1 roku.

Kierunki medyczne nielekarskie mają się nieco lepiej. Poziom odrobinę niższy (choć dalej wysoki) na takiej fizjoterapii, pielęgniarstwie itp. Pensje niezłe, ale roboty multum. Większość pracuje po 250-300 godzin w miesiącu (standardowy miesiąc to 170 godzin). Takie są standardy – także wśród lekarzy. Albo pracujesz jak robot i zarabiasz kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, albo dostajesz trochę powyżej średniej.

Prawo – tragedia. Dostać się łatwiej, ale… bez aplikacji na rynku zarabiasz niewiele (jak lekarz bez specjalizacji), chyba że pracujesz na uczelni (ułamek absolwentów – 3-4 osoby z 300-osobowego roku).Z aplikacją radcowską/adwokacką na początku klepiesz biedę. Przyzwoicie zaczynasz zarabiać po 35 r.ż i tylko wtedy, gdy jesteś dobry (oraz masz szczęście). Rynek został zabetonowany. Podobnie w sądach, prokuraturach, notariacie. Albo masz rodzinę, wielki łeb (jak prof. Matczak), albo nie próbuj.

Kierunki matematyczne.

Jeśli masz zdolności – rozważ. Coraz mniej osób uczy się matmy, a w niej jest przyszłość. Można pracować jako w IT, w sektorze finansowym, ubezpieczeniach. W każdej z tych branż pensje są ponadprzeciętne. Zresztą nawet dobry nauczyciel matematyki spokojnie żyje z korków, a bez większego stresu. Każde korpo przyjmie matematyka z otwartymi rękami i… nieźle mu zapłaci.

Orientując się w liczbach łatwiej odnajdziesz się we własnych inwestycjach. Klucz do oceny ryzyka – rachunek prawdopodobieństwa – przecież czysta matematyka.

IT

Branża IT, zwłaszcza programowanie stale się rozwija. Oferuje, w największym chyba procencie, pracę zdalną. Czyli dasz radę dokonać optymalizacji geolokalizacyjnej – zarabiać w dolarach, funtach, euro, a wydawać w złotówkach, a nawet bahtach. I ta pensja. Nie jest niczym nadzwyczajnym trzydziestolatek z dochodami 10-20 tys., ale Euro.

Nie każdy jednak ma zdolności do skończenia powyższych kierunków. Co wtedy robić?

Skup się na byciu doskonałym rzemieślnikiem

Gdybym nie miał szkoły lub zaczynał teraz – poszedłbym właśnie w tym kierunku. Rzemieślników brakuje, nie ma komu robić. Tak zapomniane zawody jak kowal czy stolarz, świetnie sobie radzą.

Podobnie warto starać się zostać dobrym mechanikiem samochodowym, blacharzem itp. Wszelkie zawody budowlane także nie umrą z głodu.

Pamiętaj o złotej zasadzie inwestycji

Wszyscy wielcy rozwoju osobistego podkreślają – najlepszą inwestycją z najwyższą stopą zwrotu i najmniejszym ryzykiem jest inwestycja w siebie. W sensowne kwalifikacje, rozwój intelektualny, zdobywanie nowego, dobrego i interesującego zawodu. Ona będzie procentować przez dziesięciolecia (czasami 30-40 lat). Mój kumpel ma ojca lekarza, który przestał pracować w wieku 85 lat i tylko dlatego, że zaczął mieć problemy z chodzeniem. Dalej miał propozycje zawodowe, dalej działa mu głowa. Ja, zdobywając kwalifikacje w wieku 37 lat (czyli minęło już 10 lat), zarobiłem dodatkowo +100% rocznie, w tym samym czasie, oraz znacznie ułatwiłem sobie prowadzenie działalności gospodarczej.

Marzenie i cel. Na czym polega różnica?

Każdy z nas lubi marzyć. Dziewczyny o szczupłej figurze, księciu na białym koniu, chatce pod lasem (albo przeciwnie willi w wielkim mieście), uroczych dzieciach, karierze modelki itp. Chłopcy o super laskach, szybkich samochodach, własnej firmie w szklanym biurowcu (albo przeciwnie pustelni w Bieszczadach), podróżach po świecie, osiągnięciach w sporcie. Ty też marzysz, prawda? To przecież całkiem naturalne.  W życiu przychodzi jednak taki dzień, w którym uświadamiasz sobie… No właśnie, co? Czytaj dalej Marzenie i cel. Na czym polega różnica?