A gdyby podatkowo zrównać pracowników i przedsiębiorców z duchownymi? Ile płacilibyśmy podatku?

Jakiś czas temu Piotr zgodził się ze mną na temat „chorego systemu” w przypadku duchownych. Obiecałem wyjaśnić ich system podatkowy. Właśnie nadszedł na to czas.

Generalnie zasada jest prosta – duchowni, i to wyłącznie na określonych stanowiskach, płacą kwartalny podatek zryczałtowany, coś na kształt umierającej karty podatkowej. Stawki zależą od ludności parafii i wielkości miejscowości, w której parafia się znajduje. A ile wynoszą?

Proboszcz płaci od ludności parafii. Od ok. 600 do 2200 zł kwartalnie czyli 2400-8800 zł rocznie. Czy to dużo? Odpowiada opodatkowanego „zwykłym ludziom” :

  • 50.000 – 93.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • ok. 29.000-103.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • ok.13.000-46.000 zł dochodu na liniówce.

Dużo? To uwzględnijmy nieopodatkowane świadczenie z tytułu dostarczenia przez „pracodawcę” mieszkania i wyżywienia. Niech będzie to, lekko licząc, 36.000 zł/rok. Co nam wtedy wyjdzie?

  • 14.000-57.000 zł rok dochodu na zasadach ogólnych,
  • 3000-67.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • 0-13.000 zł dochodu na liniówce.

Wikary płaci od lokalizacji parafii i jej ludności. Od 724 zł/rok do 2.832 zł/rok. Ponownie odnieśmy to do pracownika lub przedsiębiorcy:

  • 36.000- 45.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 8500-33.000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 3800-15.000 zł dochodu na liniówce.

Jeśli uwzględnimy wikt i dach nad głową, jako nieopodatkowane świadczenia od pracodawcy (24.000 zł/rok), uzyskujemy:

  • 12.000-21.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 0-9000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 0 zł dochodu na liniówce.

Jak wiadomo są to kwoty nierealne.

Załóżmy na chwilę, że proboszcz uzyskuje 1,5 średniej pensji krajową , a wikary minimalną. Ile rocznie „normalnego” podatku zapłaciliby, nie uwzględniając opodatkowanego przychodu od świadczeń a jedzenie i mieszkanie?

  • proboszcz – 12.000 zł (plus nie zapłaciłby 80% składek ZUS czyli 28000 zł)
  • wikary – 1300 zł (i zaoszczędziłby 10.000 zł na składkach ZUS).

A uwzględniając nieopodatkowany przychód ze świadczeń:

  • proboszcz 16.000 zł,
  • wikary – 4000 zł.

Porównując z ryczałtem (proboszcz 2400-8880 zł), wikary (724-2832 zł) – sporo więcej. Razem z ZUS-em – gigantyczne kwoty.

Teraz wyobraźmy sobie przedsiębiorcę. Zatrudniający pracowników to proboszcz, a niezatrudniający (jak ja) – wikary. Szczerze, chciałbym płacić nawet 2832 zł podatku (bo mieszkam w sporym mieście na terenie dużej parafii) rocznie.

Na koniec pomysł na ordynarną optymalizację podatkową. Zakładasz sobie wyznanie, albo przyłączasz się do istniejącego. Działalność gospodarczą prowadzisz, jako działalność związku – od tego nie ma podatku, ani składki. Jednym obciążeniem zostaje ten śmieszny ryczałt kwotowy oraz żałosne niecałe 4% od minimalnej. Przy sporych dochodach z dg – to miałoby sens.

Jeszcze o podatkach. Studium neoliberalizmu i przyczyn upadku I RP.

W świecie pewnej neoliberalnej partii wszystko wydaje się proste – podatków ma nie być. Do tego płatna opieka zdrowotna i studia. Wtedy zapanuje powszechna szczęśliwość, prawda? Nieprawda.

Otóż państwa z niskimi podatkami, płatną edukacją i leczeniem już są. I wcale nie króluje w nich raj. Po co sprawdzać na własnej skórze. Zapraszam do USA, Tajlandii i innych krajów w Azji. Jakoś tak się jednak składa, że to Tajowie, Filipińczycy przyjeżdżają do nas, a nie odwrotnie. Także emigracja do krajów UE jest większa niż do USA. Dlaczego?

Otóż te „raje neoliberalizmu” są rajami tylko dla bezdzietnych, zdrowych i bogatych. Biedny dostaje w tyłek dość regularnie. Żeby to udowodnić posłużę się własnym przykładem.

Nasze podatki a koszty na wolnym rynku

W 2025 roku zapłaciliśmy z żoną 110 tys. zł podatków.

I teraz popatrzmy:

  • mamy dwójkę dzieci na utrzymaniu (jeden na studiach, jeden uczeń),
  • leczymy się czasami na NFZ (różne badania, wizyty lekarskie),
  • jeździmy drogami publicznymi (25 tys. km rocznie),
  • korzystamy z infrastruktury takiej jak kanalizacja, sieć wodociągowa subwencjonowanej i budowanej przez gminną spółkę.

Policzmy koszt tych wszystkich usług (policzyłem stawki rynkowe):

  1. Studia = 1 x 16 tys. zł = 16 tys. zł.
  2. Szkoła = 1 x 24 tys. zl = 24 tys. zł.
  3. Leczenie ca. 40 tys. zł, w tym = 5 wizyt/m-c x 300 zł x 12m = 18 tys. zł, badania „mniej poważne” – 7,5 tys. zł (5 os. x 1500 zł), badania „poważne” 5 x 800 zł = 4000 zł.
  4. Leki (choroby przwlekłe) = 850 zł x 12 m = ca. 10 k.
  5. Drogi (stawki jak za 1/2 autostrady prywatnej = 10 zł/100 kmx250) =2500 zł,
  6. Wypłata chorobowego – 30 dni (na poziomie średniej krajowej) = 15 tys. zł.
  7. Sieci infrastrukturalne = 2500 zł.

110 tys. zł bez emerytury, bo nie wiem ile jej będzie. Wpłaty zwróciły się.

Przypominam, bazując na danych amerykańskich blogerów – ich ubezpieczenie zdrowotne kosztuje w systemie „Silver” czyli nie pokrywa wielu chorób = ok. 17k USD = 63.750 zł/rok.

A gdybym był bezdzietnym singlem?

Ok. 70 tys. zł wypłat i 35 tys. zł wypłat. Nagle, pomimo choroby, więcej dokładam do systemu niż wyjmuję. Sporo więcej.

Stąd neoliberalizm się nie sprawdza, albo jak napisano jest dla bezdzietnych, bogatych i zdrowych.

Przyczyny upadku I RP czyli nierównowaga podatkowa.

Ostatnio czytałem książkę – „Przemysł polski w dawnych wiekach” Aleksandra Bocheńskiego. Udowadnia on (między innymi, bo książka dotyczy generalnie przemysłu), że przyczyną upadku I RP były podatki – nierówne i niskie dla bogatych.

Jak to? Otóż, bogata szlachta nie płaciła prawie wcale, a chłopi i mieszczanie nawet 20-krotność wysokiej stawki podstawowej. Szlachcic nie uiszczał podatków od gruntu, tylko pogłówne. No i i popatrzcie. Taki singiel – magnat Bogusław Radziwiłł odprowadzał mniej niż chłop z żoną i 5-tką dzieci. Jasne, magnat nadrabiał podatkiem od luksusu, cłami (stroje importował z Zachodniej Europy), ale nadal w stosunku do dochodu były to kwoty śmieszne.

A sąsiedzi? No cóż, król pruski zbierał 3-4 razy więcej podatków niż polski, a były lata, że i 10 razy. Stąd dysponował armią nie 10 tys. ludzi lecz 150-200 tys. Przy takich dysproporcjach wynik starcia był przesądzony.

I tutaj ktoś powie „A USA?” No cóż. Celowo porównano I RP z Prusami, ponieważ były prawie równe potencjałem ludnościowym. USA ma dzisiaj 10 razy więcej ludzi niż Polska (+nielegalni imigranci). Wydaje na obronność (2023 r.) ok. 916 mld USD czyli 3,4% PKB. Polska – 32 mld czyli 3.8% PKB. Nominalnie wydatki USA są większe od naszych 28 razy więcej, ale i PKB per capita mają większe.

I nauka na dziś.

Sprawa dzisiaj wydaje się prosta. System składkowo-podatkowy nie jest sprawiedliwy. Pisałem o tym wielokrotnie. Przeciętny ksiądz/rolnik/sędzia/itd. płaci znacznie mniej niż Ty czy ja. Co więcej korpo opodatkowano niżej niż JDG. „Podatek od pracy” wynosi 5 razy więcej niż od nieruchomości i 2 razy więcej niż od dywidend. Setki miliardów dochodu kleru, rolników czy „czynszojadów” opodatkowane są śmiesznie nisko. A człowiek na pensji minimalnej już nie. Pomijam tych z szarej strefy.

Wróciliśmy do systemu I RP. Możemy się od niej uczyć. Bo chodzi też o to, jak dystrybuowano zyski z podatków. Mniej więcej 1/3 szła na dwór i wydatki króla/rządu. 2/3 na wojsko. U nas kwitnie rozdawnictwo, dopłaty, zamiast angażowanie się w zbrojenia. Od Fryderyka Wielkiego oraz Katarzyny wiemy, że taki wysiłek musi się opłacić. Zwłaszcza w obecnej sytuacji. Koniec z przywilejami, koniec z nierównościami. System musi być sprawiedliwy i prosty.

Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. Nawet w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale nawet po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, nawet drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, że historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i nadal stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Nie warto dłużej pracować na emeryturę. Informacje dla 40-latka z paszczy ZUS plus analiza danych.

W oficjalnych wystąpieniach przedstawiciele ZUS (i ich opłaceni agenci lub „pożyteczni idioci” rozsiewają propagandę o opłacalności dłuższej pracy. Czasem jednak, tak się zdarzy, że na oficjalnej stronie molocha pojawią się prawdziwe dane. Pomimo opowieści o uproszczeniu bloga, nie mogłem nie skorzystać. Bierzcie i Wy.

Skrót całego wpisu „bo ma być prosto”. ZUS twierdzi, że dodatkowe 5 lat pracy (i opóźnienie przejścia na emeryturę) zwiększy nasze świadczenie o 20%. W rzeczywistości jest to 3.5%. Przyczyny? Stałe wydłużanie teoretycznej długości życia (1,5 roku w ciągu 5 lat), inflacja kasująca wyniki waloryzacji, oraz niewielki wpływ dodatkowych składek.

Kto lubi dawnego Oszczędnego Milionera – niech czyta dalej.

Jak zwykle tytuł odbiega od treści: https://www.zus.pl/-/późniejsze-przejście-na-emeryturę-się-opłaca#:~:text=Opóźnienie%20przejścia%20na%20emeryturę%20przekłada,latach%20–%20ponad%201/5, ale nie o to tym razem chodzi. Skoncentrujemy się na danych. Pochodzą z 2025 r., więc możemy uznać je za aktualne.

Informacja nr 1. Dla osoby w wieku 60 lat każde 100 tys. zł zapisane na koncie w ZUS to 375,38 zł miesięcznej emerytury. W wieku 65 lat to już 452,90 zł.

Niby prosta sprawa. Krótko mówiąc, mając 1 mln na koncie emerytalnym (dla uproszczenia główne konto ZUS+subkonto), dostaniesz 4529 zł brutto emerytury, jeżeli przejdziesz w wieku tzw. ustawowym. Ponieważ to więcej niż 3773,80 zł podobno warto pracować 5 lat dłużej, bo to dokładnie 20%. Tak twierdzi ZUS. Ja mówię sprawdzam.

Zgodnie z tabelami dalszego trwania życia, 60-latek (statystycznie, kobiety i mężczyźni razem) miał przed przed sobą w 2025 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,13.html) jeszcze 266 miesięcy życia, 65-latek 220 miesięcy. Oznaczałoby to, że pierwszy dożyje 82 lat, a drugi 83 lat. Pomijam fikcyjność takich prognoz (w rzeczywistości mężczyźni nie żyją tak długo, lecz raczej 75 lat, a kobiety 83 lata), ale skoncentrujmy się na danych.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,996 mln zł (4529 zł x 220 miesięcy).

Nie jest to żadna fizyka czarnej dziury, ani czary, tylko wynik zwykłego mnożenia (działanie na poziomie bodajże 5 klasy szkoły podstawowej), danych które podał nam ZUS. Pracując dłużej, odbierasz mniej.

To działanie da się sprawdzić. Nasza emerytura wzrośnie o 20%, a pobierać ją będziemy o 21% krócej. Niby niewiele, ale trudno nazwać wynik „opłacalnym przedłużeniem pracy”.

Idźmy dalej. Gdybyśmy przyjęli, że pracując dłużej wcale nie zwiększymy średniej długości własnego życia (a jedynie tabele statystyczne ulegną cudownej korekcie), mamy jeszcze jeden ciekawy efekt. 60-tkę i 65-lat dzieli 60 miesięcy (5 lat), a nie 46 miesięcy. Skąd bierze się 14-miesięczna (30%) różnica. Z GUS-owsko, ZUS-owskiej szacherki liczbami, ale z czegoś jeszcze, o czym warto pamiętać. Część ludzi dożyje 60-tki, ale emerytury w wieku 65 lat już nie. Gdybyśmy jednak założyli, że mamy szczęście kwota, którą faktycznie odbierzemy z systemu, idąc na emeryturę wcześniej nie zmienia się, a opóźniając spada.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,933 mln zł (4529 zł x (266-60) miesięcy).

Kwotę ZUS-owskiej emerytury pięć lat później powinniśmy bowiem dzielić przez 60 miesięcy mniej (czyli 206 miesięcy). I tak zamiast 20% więcej robi się 7% mniej.

Informacja 2. Średnia długość życia 60-latka zwiększyła się wg GUS i ZUS o 2,4 miesiąca w ciągu 1 roku. 65-latek „wydłużył” życie o 1,9 miesięcy.

Dane biorę stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html i stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html.

2026 – 268,9 oraz 222,7

2025 – 266,4 oraz 220,8

Jeszcze ciekawszy wynik uzyskamy, patrząc na dane z 2021 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,9.html)

60-latek – 247,7

65-latek – 204,3.

Tylko na przestrzeni 5 lat (2021 kontra 2026) ZUS i GUS cudownie przedłużyły nam życie o 21,2 miesięca (60-latkowie) i 18,4 miesiąca (65-latkowie).

Jak to przekłada się na wysokość emerytur? Dość prosto. Skoro znamy wzór:

Emerytura=kapitał/średnia długość życia,

to podstawienie danych da nam następujący rezultat:

60-latek w 2021 roku – 1.000.000 zł/247,7 = 4037 zł

jako 65 latek w 2026 roku – 1.000.000 zł/222,7 = 4490 zł

Jak widzicie gołym okiem, różnica nie wynosi wcale 20%, jak nam obiecywał ZUS, ale 11.2%. Połowę mniej. Każąc nam pracować 5 lat dłużej ZUS, zmieniając tabele długości życia, państwo okradło nas z prawie połowy zysku.

Informacja nr 3. Dodatkowe składki z pracy powiększają sumę zgromadzonych środków.

Licząc od minimalnego wynagrodzenia, dodatkowe miesięczne składki wyniosą 281,44 zł (https://www.zus.pl/-/nowe-wysokości-składek-na-ubezpieczenia-społeczne-w-2026-r.). Rocznie to już 3.377,28 zł. Mnożąc przez 5 lat – 16.886, 40 zł.

Wygląda poważnie, ale de facto kapitał 1 mln zwiększył się o ca. 1,69%. W tym czasie ZUS oszukał nas na średniej długości życia o 9% (o tyle statystycznie zwiększyła się średnia długość życia w latach 2021-2026). Przy znanym wzorze emerytalnym (emerytura = kapitał/średnia długość życia) da to następujący efekt:

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.016.886,40/220,8 = 4605 zł

Dokładanie składek wcale się nie opłacało.

Informacja nr 3. Kolejne waloryzacje składek pomnażają kapitał emerytalny (działa też siła procenta składanego).

W tym miejscu ZUS podaje kwotę waloryzacji z 2025 r. – 9,49%. I zaczyna mnie rozśmieszać. Takie dane mogę sobie włożyć między bajki. Ponieważ wiem (w przeciwieństwie do ekonomicznych analfabetów), iż wysoka waloryzacja=wysoka inflacja, a wskaźniki waloryzacji wcale nie wyglądają tak fajnie, na tle wzrostu cen i płac (zwłaszcza minimalnej). Albowiem im więcej dostanę, tym więcej muszę wydać. Zastosuję tutaj trzy mierniki, o których ZUS nic nie mówi i jeden powszechnie podawany (waloryzację).

Teoria. Od 2022 r. przez 5 lat waloryzacja ZUS wyniosła (skumulowane dane w nawiasach):

2022 – 107%,

2023- 14,8% (22,84%),

2024 – 12,2% (37,82%),

2025- 5,5% (45,4%),

2026 – 5,3% (53,1%).

Krótko mówiąc – w teorii nasz kapitał obliczeniowy zyskał 53%. No i teraz odpowiedzmy sobie uczciwie, ile od 2021 r. wzrosły ceny?

Podpowiem na szybko:

  • prąd – (z 0,6 zł/KWh do 1.25 zł/KWh) ponad 100%,
  • chleb (z 2.8 zł do 5 zł za 0,5 kg) -78%,
  • kawa (z 13 zł do 28 zł za 0,25kg w mojej palarni) ponad 100%,
  • najtańszy nowy samochód (Dacia Sandero z 37k obecnie 66k) – 78%,
  • drewno opałowe, gaz – ok. 100%,
  • złoto – (z 225 zł/g do 530 zł/g) – 135%.

Drugi miernik wartości poza cenami (pensja minimalna) rósł też ciekawie +71%.

A trzeci? Inflacja. W tym samym okresie 43%. Kiedy to już wiemy, najbardziej konserwatywnie, realna waloryzacja to 10% (53% waloryzacji nominalnej i 43% inflacji). Gdyby liczyć do pensji, waloryzacja byłaby ujemna nawet – 18%, a do nośników energii -47%.

Ale trzymajmy się danych oficjalnych +10% i policzmy realne emerytury, nakładając na siebie trzy dane: średnią długość życia, realną waloryzację i dodatkowe środki z pracy (które dodatkowo nieco zawyżyłem, bo nie chciało mi się liczyć składek od pensji minimalnej w każdym z 5 lat).

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.118.575,04/220,8 = 5066 zł

Podsumowanie. Biorąc pod uwagę wszystkie dane ZUS i GUS, 5 lat dłuższej pracy, przekłada się na o 3,5% wyższą emeryturę. Dane te podaję w latach wysokiej inflacji, bardzo korzystnej dla współczynników waloryzacji.

Wynik przekonuje nas, że dłuższa praca, w oczekiwaniu na wyższą emeryturę, kompletnie nie ma sensu. Te 5.1% waloryzacji w 2026 r., gdy dostaję 8.5% na obligacjach (korporacyjnych) mocno mnie śmieszyłoby, gdyby nie było smutne. Państwo więcej płaci bankom (oprocentowanie obligacji inflacyjnych 5.6%) niż emerytom. Do tego bankierów nie kantuje na średniej długości życia.

Nie muszę nikogo przekonywać, że w naszym zmiennym świecie, liczenie, że przeżyję dodatkowe 5 lat, dla 3,5% zakrawa na kpinę z matematyki.

Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.

Czy stała rata hipoteki gwarantuje wysoką dzietność?

Jeden z polityków powiedział niedawno tak: „Zakładajcie rodziny teraz. Bez rodzin nie przeżyjecie, choćbyście mieli po sześć mieszkań.” Jako antidotum na trudną sytuację wskazał kredyty hipoteczne o stałej racie. Czas rozłożyć na czynniki pierwsze tę wypowiedź.

Zacznijmy od początku czyli niemożliwości przeżycia bez rodziny. Nie bardzo wiem, co poseł miał na myśli. Nie żyjemy na XIXw. wsi, żeby dużo dzieci gwarantowało emeryturę i przeżycie. Mit o „szklance wody na starość” także upadł wraz z rozwojem usług opiekuńczych i świadczeniach, a tu jeszcze te 6 mieszkań. Otóż, znam wiele osób, które nie posiadają dzieci. Żyją sobie w parze, albo jako single i doskonale prosperują. Celowo pomijam tych 45-, bo los jeszcze może im się odmienić. Pięćdziesięciolatkowie chodzą do lekarza, jeżdżą po świecie, rodzinę zastępują im przyjaciele. Starsi wymyślili nawet pomysł na niedołężność – komuna singli, pomagających sobie wzajemnie. Duży parterowy dom, w pięknym miejscu, w którym każdy ma kawalerkę (pokój z aneksem kuchennym i łazienką), z przestrzenią wspólną.

6 mieszkań, jak już zdekodowaliśmy z Bartkiem, gwarantuje dochód 12-15 tys. zł/m-c. Dla pary wystarczy. Zwłaszcza, jeśli zlokalizowane w dobrym miejscu. Jedno pójdzie na udział w komunie singli.

Teraz druga część – stała rata hipoteki. Pan poseł – weteran kredytów (zanim wszedł do polityki miał kilka takich zobowiązań), zapomina o kilku zmiennych. Są nimi: brak zdolności kredytowej (na którą nie pomoże stała rata), oraz wysokość raty. I tu docieramy do sedna problemu. Stała rata ma sens, o ile pozostaje niska, w zasięgu możliwości. Dzisiaj da się zaciągnąć kredyt ze stałą ratą (precyzyjnie – ze stałym oprocentowaniem i ratą annuitetową), ale jest on sporo droższy. Czy ktoś go wybiera? Nadal niewiele osób. Model zachodnioeuropejski, dzięki Euro (któremu nasz polityk akurat się sprzeciwia) ma inny układ – oprocentowanie stałe na minimum 10 lat i 3-4%. Pozostaje nam powiedzieć „sprawdzam”. Czy w UE młodzi biali mają wiele dzieci? Nie. Pomimo stałego oprocentowania hipotek. Czy mieszkania w dużych miastach stały się w takim Paryżu czy Lyonie dostępne? Też nie. Proponowany system nie działa. Czas wyjaśnić przyczynę.

Model ekonomii napędzanej przeprowadzkami do wielkich miast powoli się wyczerpuje. Niesie bowiem w sobie pewną stałą sprzeczność, (podobnie jak teoria o niskiej dzietności spowodowanej niedostępnością mieszkań, jeśli znamy przeludnienie lokali i dzietność w II RP). W teorii, metropolie gwarantują świetne zarobki. W praktyce:

  • trzeba różnicę przeznaczać na mieszkanie,
  • rozrastające się miasta powodują długie dojazdy i brak czasu,
  • wyprowadzając się np. do Warszawy, młodzi ludzie odrywają się od systemu wsparcia w postaci rodziców,
  • brak czasu+brak rodziców na miejscu = brak możliwości założenia rodziny i sił na takie akcje.

I nie pomagają nawet duże pieniądze. Jednocześnie, dzieje się tak, że dzieci nie ma także na prowincji. Nie rodzą się. Dlaczego? Skoro wsparcie jest, bezrobocie niskie?Otóż działa jeszcze jeden mechanizm. Do miast wyjeżdżają głównie kobiety, na miejscu zostają mężczyźni. I nie mają z kim tych dzieci płodzić. W wielkich miastach, nierównowaga działa w drugą stronę – stała nadwyżka młodych kobiet nad młodymi mężczyznami, wywołuje podobny skutek – nadmiar singielek.

Pewnym lekarstwem okazuje się praca zdalna, odrywająca miejsce zamieszkania od miejsca zatrudnienia. Niby podpisaliśmy umowę z firmą warszawską, a pracujemy z domu. Dokładnie minutę po wybiciu 17 (albo i 15, gdy pracodawca stosuje elastyczny czas pracy), cała biurowa masa jest wolna i od razu we własnym mieszkaniu. Nie musi marnować 1 godziny (Białołęka) na powrót do domu. Ale i praca zdalna nie zahamowała spadku dzietności. Dlaczego?

Otóż główną przyczyną nieposiadania dzieci pozostaje obserwacja, że lepiej mieć 6 mieszkań (albo 12 jak inny poseł), niż dwójkę dzieci. Komfort życia większy, problemów mniej. Do tego dołóżmy różne niezbyt szczęśliwe teorie etyczno-estetyczne (przeludnienie Ziemii, dzieci hałasują, brudzą, śmierdzą itd.), świadomość działania systemu (dla kobiety dziecko powoduje mniejszą wartość na rynku pracy, dla mężczyzny ryzyko płacenia alimentów i nieoglądania potomka). Swoje robi „pedagogika wstydu” czyli etykiety od obu stron politycznego sporu – od „kobiet dających w szyję” do „madek”. Na skutek tych zjawisk (plus całego zestawu zmian: późniejszych emerytur, chęci „prawdziwego życia na starość, zamiast bawienia wnuków”), posiadanie dzieci nie jest ani modne, ani łatwe. I stałe oprocentowanie hipotek nic tu nie zmieni. Ponieważ przyczyn obecnego stanu rzeczy jest znacznie więcej niż dostępność mieszkań.

Czy dzisiaj da się wybudować dom za gotówkę? Czy lepiej jednak finansować się kredytem?

Temat wywołał Tomsi, swoim komentarzem o hipotece jako elemencie kultury wynajmu. Ja z kolei podzieliłem się anegdotą o wyliczeniach doktora ekonomii sprzed 30-stu lat, że lepiej budować szybko niż rozkładać inwestycję na wiele sezonów. Do warunków lat 90-tych już nie wrócimy. Zasadniczo to dobrze (nowy samochód Citroen Xsara – odpowiednik dzisiejszej Skody Octavii, kosztował wtedy 35 pensji), rynku hipotek w zasadzie nie było, ale ceny, ceny wydawały nam się niższe.

Policzę zatem w warunkach dzisiejszych.

Zacznijmy od definicji słowa „dom”. Tutaj napotkamy pierwszą przeszkodę. Pan doktor budował czterokondygnacyjną, 300-metrową landarę, na działce ok. 300 m2. Oficjalnie dlatego, że plan dopuszczał tylko „bliźniaka”, a druga połowa należała do małżeństwa lekarzy, którzy zdążyli już mieszkać w budynku o 3-piętrach (5 kondygnacji) i powierzchni pewnie 500m2. Więc, żeby nowy dom nie wyglądał jak siedziba ogrodnika… Dzisiaj z perspektywy 30-lat nikt, poza bogaczami takiego domu nie wybuduje i zresztą, po co (i wtedy nie miało to już sensu, ale ludzie żyli w pojęciach po komunie). Domem nazwiemy raczej 70-150 m2 konstrukcję. Niektórzy rozciągną znaczenie na 35-200m2. Niech i tak będzie.

I teraz koszty. Tutaj mam w miarę świeże miary. Moi dwaj kumple wybudowali niedawno (lata 2025-2026) dwa domy. Jeden w wersji Lux (i znacznie większej powierzchni, przeznaczonej częściowo pod wynajem krótkoterminowy), pochłonął ok. 10 tys. zł/m2. Drugi, sporo mniejszy, budowany systemem gospodarczym, ze sporą ilością pracy własnej, powstał za 5 tys. zł/m2. W obu przypadkach nie liczę działki. A ta potrafi kosztować sporo. I tu docieramy do sedna. Liczy się lokalizacja, ale taki wybór (o ile nie dostaniemy od rodziny) kosztuje. Wrócę do domów kolegów, oba w miejscowości atrakcyjnej turystycznie (ceny porównywalne z moim Lublinem). W pierwszym przypadku, dużego 500-metrowego budynku, działka= 10% ogromnych kosztów budowy. W drugim (bliżej centrum, ale dom „ledwie 180m2”), działka = 50% znacznie niższych za m2 kosztów budowy. Gdybym przeniósł to na warunki sporego miasta. Kto chciałby się budować blisko centrum, musi kupić nie działkę (bo ich już nie ma), ale dom do wyburzenia np. taki jak mój za 1 mln zł, a następnie wybudować nowy za kolejny milion (jeżeli mówimy o sporym udziale własnej pracy i 120m2). W sumie 2 mln za 150 m2 na 300-metrowej działce. Alternatywy? Dom 120 m2 na przedmieściu za 1,3 mln (na działce 150m2). To jest 65% ceny i znacznie mniej kombinacji, co wyjaśnia nam, dlaczego tak mało mamy indywidualnych budów. Drugi biegun – moja wieś. Działka „od rodziców” (realna wartość ok. 200k) i te same 120 m2 wybudowane za 600k, przy pomocy sąsiadów (czyli taniej). W sumie, gdyby doliczać działkę – 120 m2 za 800k. I powiem szczerze, za podobne pieniądze, praktycznie nikt tego nie odkupi. Ale wróćmy do rachunków. Mamy granice ceny 800k-2mln zł. Wiadomo, wielu pójdzie w minimalizm i za 250k (plus drugie tyle działka) za 500k ma dom modułowy o powierzchni 40m2, który zestawią na budowie w 2 tygodnie. Trzymam się jednak tradycji – 800k-2 mln za dom. I pomiędzy wsią a bliską lokalizacją miasta (w przypadku Warszawy – wyniki mnożymy x 2).

Pytanie 1. Ile czasu trwałaby budowa domu za 800k z bieżących dochodów? Świetna kwestia. Patrząc realnie na dzisiejsze społeczeństwo, para, zarabiając bardzo dobrze, czyli ok. 25k netto/m-c (ok. 2 średnie miejscowe na osobę), da radę, mocno zaciskając pasa, odkładać 200 tys. zł/rok. Wielu powie, nierealne, w końcu mówimy o życiu za 8k, gdy zarabia się 25k, ale na chwilę załóżmy, że „dasię”. Dom na wsi wybudujemy w 4 lata.

Pytanie 2. Ile trwałaby budowa domu za 2 mln z bieżących dochodów? Tutaj już nieco hipotez. Przy dochodach jak w pytaniu pierwszym – 10 lat ciągłego oszczędzania. Przy 2 razy większych (4 średnie miejscowe na głowę), mamy 400k oszczędności/rok i 5 lat budowy.

Te 4-5 lat nie wyglądają strasznie, dopóki nie uświadomimy sobie kosztu i warunków. Niewiele znam par trzydziestoparolatków z dochodem 25k-50k/m-c. W praktyce – lekarze, IT, przedsiębiorcy. Takich, którzy zgodziliby się na oszczędzanie 2/3 dochodu przez 5 lat, czyli na rezygnację z wakacji, zakupów, zmiany samochodu, a stylu życia ludzi znacznie biedniejszych – chyba żadnej. I tu dochodzimy do sedna.

Pytanie 3. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 600k? Ok. 3600 zł/m-c i 43 k/rok. Wprawdzie przez 30 lat, ale kwotowo – znacznie mniej.

Pytanie 4. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 1,5 mln? Ok. 9000 zł/m-c i 108 k/rok. Podobnie, jak w pytaniu 3, nieco ponad 25% wydatku gotówkowego, chociaż spłacenie domu wydłuża się 6-krotnie.

Podanie tych liczb, wskazuje nam na wnioski. Budowę domu teoretycznie da się sfinansować gotówką. Trzeba jednak:

  1. albo mieć hojnego sponsora (rodzice, którzy dadzą działkę, lub wprost kasę),
  2. albo dysponować innym mieniem (np. mieszkaniem po babci),
  3. albo zarabiać sporo ponad przeciętną i zdecydować się na radykalne oszczędności.

W praktyce, poza przypadkiem 1 i 2, nikt tego nie robi. Budowanie się na wsi, 30 km od centrum miasta, na większej wprawdzie działce, ale dość daleko, dla osób z dochodem 25k/m-c zwykle nie ma sensu. Centrum wymagać będzie podobnego zaciskania pasa (życia na 1/3 możliwości) i dochodu 50k/m-c/parę. Sponsor, który wyłoży 1/4-1/2 kosztów, albo podobnej wartości wkład własny nieco zmienia sytuację. Stąd coś się jednak buduje, aczkolwiek znacznie mniej niż 20 lat temu.

Znaczna większość w kręgach „klasy średniej”, jeżeli się buduje, wybiera kredyt. Znowu – rata 3.6 k/m-c na wsi, 6k na przedmieściach i 9k w centrum nie wygląda tak strasznie, dopóki istnieje źródło dochodu. I na tym kręci się przemysł hipotek. Na świadomości, że nie trzeba żyć na wynajmie, zaciskać pasa przez 5 lat (i to przy znacznie lepszych niż przeciętnych dochodach), ani żebrać u rodziny. Chociaż, zwłaszcza na wsi, w teorii da się.

Na koniec wracam do aktualizacji wyliczeń pana doktora z mojej opowieści. W świecie wzrostu cen materiałów budowlanych, wariactw Donalda Trump, styropian podrożał o 125% w 5 tygodni, możemy być pewni jednego – lepiej zapłacić te 6-7% rocznie za pożyczony kapitał, niż potencjalnie dwukrotnie podnieść sobie koszty budowy i wydłużyć czas jej trwania do 8 lat.

Po co FIRE lekarzowi, architektowi i innemu dobrze zarabiającemu przedsiębiorcy?

Takie pytanie postawił Bartek i … sam sobie odpowiedział, ale tylko w aspekcie finansowym – dobrze mieć 25k emerytury, żonę pracującą hobbystycznie. I to tylko połowa prawdy. Ponieważ w rzeczywistości ruch FIRE stanowi część pewnej filozofii, której fundament brzmi tak „Koniec pracy z konieczności i dla pieniędzy”. Możemy sobie dorabiać dla przyjemności (Barista FIRE), ale bezstresowo i niekoniecznie. Zwracam uwagę, że prekursor – Joe Dominguez, wcale nie zaprzestał jakiejkolwiek aktywności, nie siadł na kanapie, po prostu przestał pracować jako bankier inwestycyjny. Dlatego odpowiedziałem – przedsiębiorcy potrzebne jest FIRE, dokładnie z tych samych powodów, co hydraulikowi i każdemu z nas.

Po pierwsze – żeby odzyskać czas na rzeczy ważne. Zacznijmy od demaskowania istoty wolnego zawodu. Prawnik, lekarz, przedsiębiorca w obiegowej opinii, siedzi sobie w fotelu, przyjmuje klientów od niechcenia, pali cygaro, pije szkocką i ma mnóstwo wolnego czasu, który przeznacza na „podróże małe i duże”. Coś jak kreacja „Prezesa z lasu”. W rzeczywistości, a miałem w rodzinie paru lekarzy, zarabiają grube pieniądze (dzisiaj może faktycznie nawet miliony), ale nie pracują, lecz z….ją. Standard 250-300 godzin w miesiącu, co oznacza 10-12 godzin dziennie, nawet w weekend. Owszem, prowadzą dobre, albo bardzo dobre życie, z pensjami 60k netto/rodzinę, ale każda minuta ma dla nich cenę. Opisywałem chyba na blogu rozmowę ze spotkania różnych wolno-zawodowców „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie”. I zachrzaniają tak od 6 klasy podstawówki. O ile mają szczęście, bo znam takich specjalistów, co pracują po 10 godzin w biurze rachunkowym, biorą do domu i zarabiają 5k (podobnie w kancelariach prawnych na prowincji).

Pomysł, że kasa może płynąć bez pracy (a przy 60k/rodzinę da się zgromadzić sporą kasę z oszczędności) wydaje się im rewolucyjny. Odzyskają zasób, którego w przeciwieństwie do pieniędzy, brakuje im od 30 lat. Wielu nie potrafi już zwolnić i znam 40-50 letnich znakomitych lekarzy, których odwiedzam na cmentarzu, a tylko jednego żywego ginekologa, mojego rówieśnika z nastoletnią dwójką dzieci, który pracuje 2-3 dni w tygodniu. Co nie znaczy, że w pozostałe nic nie robi. Jest ojcem, trenerem i kibicem własnego syna-pływaka, dokształca się.

Wróćmy jednak do czasu. Długi urlop przekonał mnie, że na pewnym etapie, wcale nie trzeba przysłowiowego „Klubu piątej rano”, żeby spokojnie wszystko ogarnąć. To znaczy trzeba – jeżeli pracujemy etatowo lub prowadzimy firmę do 18-19 codziennie (a mam biuro razem z takimi zawodami i po spotkaniu z klientem o 18, wcale nie zamykam wspólnych drzwi, bo na parkingu stoją jeszcze auta: właściciela szkoły językowej, radcy prawnego, oddłużacza i gościa serwisującego odkurzacze). A namiastkę FIRE mam jak dzisiaj (sobota po tygodniu chorobowego). Podniosło mnie o 3, po 6 godzinach snu. Odpisałem na komentarze, cyzeluję wpis. O 6 będę leżał ponownie w łóżku, wstanę może o 7.30, może po 8. Wypiję kawę z żoną, wezmę prysznic, pójdę spokojnie z psem na spacer i albo pojadę na działkę, albo zatopię się w lekturze. W międzyczasie zadzwonię do siostry, brata, syna, dwóch kumpli, kupię sobie bilety na środę do Warszawy, przez godzinę popracuję. Do tego w rzemieślniczej piekarni (10 minut spaceru) kupię dobry chleb, zjem obiad przygotowany przez żonę, pogadam z najmłodszym, może siądę z nim nad historią.

FIRE jest spełnioną obietnicą, że sobota zdarza się codziennie. A to znaczy, że nigdy się nie spieszymy, bo i nie ma po co. Jutro też jest dzień. Dla wolnych zawodów – niewyobrażalne. Oni nie mają czasu dla dzieci („Patointeligencja”), dla żony (stąd tyle rozwodów wśród prawników i lekarzy), dla starzejących się rodziców. Jednocześnie wychowani w innych czasach, chcieliby go mieć.

Po drugie – ponieważ odzyskają wolność. Wolność rozumianą jako – robię to co chcę, a nie to co muszę. Uwalniam się z kieratu. Bo praca po 10 godzin na dobę 6 dni w tygodniu jest kieratem. A znam takich, którzy pracują: szpital, przychodnia, prywatna praktyka, Luxmed – niektórzy przyjmują pacjentów do oporu, co oznacza 1 w nocy, więc ciągle muszą, a jedyne czego nie mogą, to uwolnić się z okowu obowiązku. Muszą być rano na oddziale, bo obchód. Muszą zrobić operację, bo szef naciska. Muszą chociaż na chwilę zejść do przychodni. Muszą pojawić się w gabinecie, przecież pacjenci czekają. Muszą odebrać dzieci z treningu. Muszą zrobić zakupy, bo żona (też zagoniona lekarka) będzie zła. A jeszcze muszą przygotować się na konferencję, bo doktorat. Zamień „pacjentów” na klientów i masz dowolny tzw. wolny zawód. Wolny, bo wolno pracować bez ograniczeń. Nikt o 17 z biura nie wygoni.

I właśnie brakuje im tego „mogę”. Mogę wstać o 10. Mogę nie odebrać telefonu. Mogę pojechać na mecz dziecka. Mogę siąść z nim ZA CHWILĘ i spokojnie porozmawiać. Mogę bez planowania, położyć się z żoną w środku dnia.

FIRE gwarantuje jeszcze inne aspekty wolności. Mogę pojechać na 2 miesięczne wakacje w styczniu. Mogę wyskoczyć do Kazimierza Dolnego akurat w środę, bo ładna pogoda.

Po trzecie – ponieważ prawdziwe życie toczy się poza pracą. Trzeba pewnego doświadczenia, a 45-letni lekarz, architekt, prawnik zwykle je ma, żeby wiedzieć, gdzie jest prawdziwe życie. Dorastanie dzieci, potem wnuków. Odchodzenie poprzednich pokoleń, a dla mnie, już również rówieśników. W tym wszystkim warto uczestniczyć, ale jak to zrobić, skoro 250 godzin jestem przedsiębiorcą? I nagle, jeżeli dobry los pozwoli nam uniknąć zawału, wielu stanie w świadomości – gdzieś mi te lata uciekły. Często ci pracoholicy dochodzą do konkluzji – zmarnowałem je na rzeczy nieważne. Wiek średni to doskonały moment na obrachunek.

A grupa tych, którzy faktycznie „kochają to co robią, więc nie przepracują ani jednego dnia”? Obserwacja pozwala mi na wnioski, że jest ich może 20% w populacji. Większość wolałaby siedzieć w słońcu południa z dziećmi niż spędzać czas w biurze czy na sali operacyjnej. Dlaczego? Ponieważ wolny zawód coraz częściej przypomina korpo, a nawet jest wprost wykonywany w korpo. To już nie Doktor Judym z torbą chodzący po biednych domach, ale pracownik sieci medycznej z pomiarem efektywności, KPI, koniecznością „zrobienia wyniku”. Publiczny szpital ma kontrakt i ciśnie na wydajność. We własnej kancelarii, biurze architektonicznym podobnie – albo pracujesz dużo i szybko, albo niewiele zarobisz. Tzw. stan przepływu odczuwa się może raz w tygodniu. Mówiąc brutalnie, więcej satysfakcji w życie wielu przedstawicieli wolnych zawodów wniosło kupienie sobie psa niż cała ta poważna praca. A dodatkowo pies nie kumuluje stresu. W końcu Jan Lityński nie zginął przy pracy, tylko właśnie ratując ukochane zwierzę.

Po czwarte – by zrobić coś naprawdę ważnego. Jak napisałem w komentarzu, w FIRE nie chodzi o siedzenie w fotelu. Odzyskując czas, można zrobić coś istotnego. Jak to na emeryturze, tylko wcześniej i z większą energią. Przywoływany n-ty raz Joe Dominguez, Mr Money Mustache stworzyli społeczności ludzi oszczędnych i wielu otworzyli oczy. Ktoś inny napisał książkę, zaczął malować, komponować itd. Nie dla zabicia czasu, ale z głębokiej potrzeby. Ja też mam kilka pomysłów i pewnie uda mi się je zrealizować. Jednym zainspirowałem się do człowieka, który zaprzestał pracy po 30-tce i napisał książkę o życiu bez pieniędzy.

Dla innych ważnym będzie osobiste wsparcie dzieci i wnuków, stworzenie warunków sierotom, praca dla własnego kościoła, każdy ma jakiś pomysł.

Po piąte – ponieważ wcale nie trzeba rezygnować z zawodu, jeśli się go lubi. Tutaj wracamy do podstaw filozofii FIRE. Nikt nie broni ci leczenia, ale wreszcie możesz robić to bez tabelki w Excelu. Nikt nie wymaga być zamknął kancelarię, ale może wolisz pomagać samotnym matkom a nie zajmować się fuzjami spółek. A architekt? Pewnie ciekawiej projektować eartshipy, zajmować się nowymi technologiami niż klepać po raz setny betonowe domki łanowe. Dlaczego? Ponieważ wreszcie nie trzeba pracować dla pieniędzy, a jedynym kryterium aktywności pozostaje satysfakcja.

Po szóste – dla dobrze planującego lekarza, prawnika, architekta ten scenariusz bogactwa wcale nie pozostaje nierealny. Ktoś ze średnią krajową nie ma statystycznie szans na tak bogate finansowo życie. 30k/m-c z aktywów wymaga:

a) 9 mln przy klasycznym FIRE (4%),

b) 4.5 mln przy wysokiej stopie zysku z inwestycji (8%).

Powiedzmy sobie szczerze, tutaj faktycznie trzeba lekarskiej pensji, albo np. świadomej rezygnacji z rodziny, jeśli chcemy wypasionej emerytury w okolicach 50-tki. Oszczędzając 15k/m-c zrobimy to w 25 lat aktywności zawodowej. Unikniemy tego, o czym pisał Bartek, czyli „życia za 6k”. Ale o tym jeszcze napiszę.

Czy stać Cię na dłuższe wakacje?

Odpowiedź na tak postawione pytanie da znacznie więcej wskazówek o Twoim życiu, niż tylko dotyczące finansów.

A po co mi dłuższe wakacje? Nie mogę. Firma się zawali beze mnie.

Takich odpowiedzi udzieli pracoholik. Żyje w przekonaniu, że praca stanowi najważniejszy element życia. Wręcz określa człowieka. Nie muszę mówić, w jaki sposób postrzeganie świata jako miejsca, w którym centralne miejsce zajmuje robota, wpływa na człowieka i jego rodzinę. Wystarczy pierwsza lepsza książka psychologiczna.

To kiedy ten urlop?

Tak zareaguje zarówno człowiek, mający zdrowe relacje z życiem zawodowym. Jak i homo ludens – dla którego największą wartością z etatu jest pensja. A tę można przeznaczyć na przyjemności.

Nie mogę. Zwolnią mnie.

Smutna historia. Strach przed zwolnieniem odczuwają osoby, traktujące pracę jako zagrożenie. Zazwyczaj z powodu mobbingu i innych mniej drastycznych elementów środowiska, gdzie pracują. Ale także wysoko lękowe.

Już dawno go zaplanowałem.

Tego spodziewam się po tych, którzy swoje życie uporządkowali w ogromnym stopniu. Oni wiedzą, co zwiedzą każdego dnia, jaki remont zrobią, ile książek przeczytają itp.

Nie stać mnie.

Najprościej jak można – ludzie bez kasy, bez oszczędności, w długach. Ale także z wysokimi oczekiwaniami (urlop kosztuje 20 tys. zł/tydz. bo Malediwy, Hawaje itp.).

Tymczasem rzeczywistość jest inna.

Tak stać mnie na dłuższe wakacje. Taką odpowiedź chcę od Was usłyszeć. Widać tu dwie składowe:

  • czas (mogę sobie pozwolić na niepracowanie). Przy czym „mogę” oznacza zarówno moje przekonanie jak i reakcję pracodawcy,
  • pieniądze. Wiadomo.

Jako, że miałem. zeszłym roku 6-tygodniowy urlop, mogę Wam coś opowiedzieć z praktyki. Otóż kwestia czasu ma kapitalne znaczenie. Pieniądze liczą się w znacznie mniejszym stopniu. Otóż, jak spędziłem ten czas:

  • 2 tygodnie wyjazd do Macedonii,
  • góry (przedłużony weekend),
  • Wrocław – odwiedziny u syna i siostry,
  • kilkanaście dni na wsi,
  • 2 dni uczciwej pracy (takiego czasu po godzinie, dwie nie liczę),
  • 2 koncerty chopinowskie w Warszawie.

Jak widać, było trochę wakacji, zawodu i remontu. Typowe „wakacje polskie”.

Ile mnie to kosztowało?

  • Macedonia niecałe 6000 zł (5 osób),
  • Warszawa – 160 zł,
  • Wrocław – 150 zł,
  • wieś – 200 zł (z paliwem),
  • góry – 1000 zł (paliwo, restauracje, nocleg).

W sumie 7510 zł za 6 tygodni wolnego, w tym 1510 zł za 4 tygodnie. Ale to nie wszystko. Po prostu odpocząłem.

Fenomen wsi. Recepta na trudne czasy.

Trochę tych tekstów o wsi na blogu już widzieliście. Dzisiaj spojrzę na sprawę i praktycznie, i filozoficznie.

Zacznijmy od filozofii. Na czym polega tytułowy fenomen? Na pewnym sprawdzalnym przez pokolenia fakcie – całe rzesze osób wychowanych w mieście, zakochuje się w wiejskości. Niektórzy powiedzą wręcz za Kazimierzem Przerwa-Tetmajerem ” Wolę polskie gówno w polu. Niźli fiołki w Neapolu!” O co konkretnie chodzi?

Po pierwsze – na wsi jest pięknie. Może nie jak w Neapolu, ale wystarczająco. Na pewno znacznie ładniej niż w mieście. I tę urodę możemy oglądać codziennie, mieć ja za darmo. Piszę te słowa, jest wiosna 20 kwietnia, godzina 18.12. Powoli zachodzi słońce. Widzę je doskonale pomiędzy modrzewiami, siedząc na bujanym fotelu przed werandą. Śpiewają ptaki, setki ptaków. Część z nich za miesiąc objedzą się moimi czereśniami, ale w tej chwili staram się o tym nie myśleć.

Po drugie – ta uroda kosztuje niewiele. Ma to ogromne znaczenie. Żeby kupić działkę w górach (taką jaką mam), musiałbym dzisiaj wydać ok. 0,5 mln zł. Kupa forsy, a tylko 900 m2. Na mojej wsi (w regionie turystycznym) te 900 m2, także budowlane, dam radę kupić za 1/5 tej sumy – 100 tys. zł. Dom do remontu na obecnych Kresach potrafi kosztować 200 tys. zł, mniej niż połowę małej działki w górach czy kurorcie. Dla wielu osób ma to znaczenie. Po prostu stać ich na wieś. Zwłaszcza tych, którzy miejscówkę częściowo odziedziczyli.

Po trzecie – jest blisko. Do siebie jadę 40 minut z centrum miasta. 32 km. W góry – 4 godziny i 375 km. W górach bywałem 10-15 razy do roku (i tak sporo), na wieś mogę dojeżdżać 3-4 razy w tygodniu. Koszt – 21 zł kontra 243 zł w tę i z powrotem. Dzięki tej bliskości, wieś pozostaje dostępna prawie dla każdego.

Po czwarte – zwalniamy tempo. Miasto pędzi, każdy gdzieś się spieszy. Na miejscu żyję spokojnie. Na wszystko mam czas. Dzień wydaje się trwać dłużej.

Po piąte – żyjemy taniej. Mój udany eksperyment „życie za 1000 zł” pokazał to dobitnie. W mieście za takie pieniądze opłacimy co najwyżej małe mieszkanie własnościowe. Na wsi starczy na życie, opłaty i wszystko, co niezbędne. Jasne, że na dłuższą metę potrzebujemy więcej, ale już 2000 zł wygląda całkiem realnie, nawet z małym autem. Do tego niepotrzebne nam wakacje w ciepłych krajach, bo relaks mamy codziennie w ciepłej połowie roku. A w zimie – kominek czyli przyjemne z pożytecznym.

Teraz czas na konkrety.

Skoro na wsi żyje się taniej, da się utrzymać 3-4 osobową rodzinę za 5-7 tys. zł. Nieźle. W dużym mieście taką kwotę wydawalibyśmy na ratę kredytu za trzy pokoje w apartamentowcu (6000 zł raty = 1 mln kredytu). Dom kosztuje ułamek tego co w mieście (na wsi, dość drogiej, moje 3000 m2 z domem 160m2 i garażem 60m2 jest warte najwyżej połowę tego co 100 m2 dom w mieście na działce 300m2).

Da się oszczędzać. We własnym domu możemy zdecydować się na palenie drewnem, fotowoltaikę, oczyszczalnię ścieków, studnię, czego w bloku nie dostaniemy, i wygenerowanie oszczędności w stosunku do gazu, prądu z gniazdka sieci wodno-kanalizacyjnej może nawet 1000 zł/m-c na rachunkach. Nie ma czynszu (kolejne 200-300 zł). A te różnice będą się pogłębiać.

Oddzielna historia – jedzenie. W warunkach wiejskich, ograniczamy wydatki dramatycznie, jeśli chcemy żyć samowystarczalnie, jak najbardziej możliwe.

Jedyny większy wydatek – samochód, da się ograniczyć. Wiem to doskonale po lecie, kiedy zacząłem dojeżdżać regularnie. Pierwszy pomysł – praca zdalna, choćby hybrydowo, wtedy dojeżdżamy może 2-3 razy w tygodniu. W przeliczeniu na miesiąc – niech będzie 13 razy. Miesięcznie 850 km. Rocznie 10.000 km. Elektryk przejedzie taki dystans (znowu własna fotowoltaika) za 0 zł. 500 zł ubezpieczenie, 650 zł przegląd, oraz te 1000 zł na naprawy i tak płaciliśmy w mieście, bo to koszty stałe. Może dodać trzeba tylko większe zużycie opon i części ruchomych – niech będzie komplet opon na 4 lata, czyli 600 zł/rok, – 220 zł/m-c. A spalinowy? 280 zł za paliwo na dystansie 850 km, plus właśnie te 50 zł na opony i 110 zł na naprawy/przeglądy – 440 zł. Zrównoważy je rachunek za prąd.