Cztery argumenty przeciwników wsi. Czy faktycznie masz się czego bać?

Zaczęło się od komentarza Marka, który jasno wskazał, że przeprowadzka na wieś nie wygląda tak strasznie, albowiem istnieje wieś, z większością zalet miasta. Potem pojawiła się analiza, z której wynika, że mieszkania pod Wrocławiem są o 40% tańsze niż we Wrocławiu. Wreszcie trafiłem na negatywy, które wskazał w internetowej dyskusji człowiek, który przeprowadził się ze wsi do miasta i z powrotem. Oto one.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca.

Koszty ulepszeń są astronomiczne.

Wożenie dzieci.

Odnoszę się do nich po kolei.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta. Potem pada argument o 30-minutowym dojeździe. Miasta bywają różne. I tak w małym miasteczku, gdzieś na prowincji – kina brak, restauracja to dom weselny, a większych zakupów nie zrobimy, bo jedyne sklepy to Lidl, Biedronka, Dino ew. Rossmann. W mieście średnim (40-100 tys. mieszkańców) znajdziemy zwykle i galerię, i kino, i kilka restauracji do wyboru. Prawdziwy wybór mamy jednak w miastach dużych – dobrze powyżej 100 tys. mieszkańców. Ale w nich marnujemy czas na dojazd, ponieważ np. z takiej Białołęki do Złotych Tarasów, jedziemy dłużej niż ja ze swojej wsi do Lublina. Popatrzmy:

  • duże zakupy spożywcze (dyskont) – moi przyjaciele w górach (miasto ok. 10 tys. mieszkańców, ale turystyczne) – 10 minut (w sezonie 2 razy tyle, bo korek), ja na wsi – 6 minut, ja w Lublinie 6 minut.
  • duże zakupy ubrań (takie zwykły człowiek robi kilka razy w roku) – moi przyjaciele w górach – 2 godziny jazdy do stolicy województwa, ja na wsi – 30 minut do galerii, ja w mieście 15 minut do galerii,
  • duże zakupy budowlane – moi przyjaciele w górach – 40 minut najbliższy powiat grodzki, ja na wsi – 25 minut do Puław, ja w mieście – 10 minut do Obi,
  • kino – moi przyjaciele w górach – 40 minut do miasta 40-tysięcznego, ja na wsi – 30 minut do Lublina, ja w Lublinie 10 minut.
  • restauracje „lepsze” – moi przyjaciele w górach – 5 minut (miejscowość turystyczna), ja na wsi – 10 minut (w Nałęczowie), ja w mieście – 10 minut.

Jak widzicie, mieszkając blisko centrum (20 minut piechotą, 10 minut samochodem) w ósmym co do liczby ludności mieście Polski, mam sporo lepiej, ale w infrastrukturze, z której korzystam może 1 raz w miesiącu. W codziennych zakupach – podobnie. Małe miasto, wypada prawie tak, jak wieś.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca. Marek wyjaśnił to krótko. Chcesz mieć dom i nie robić – buduj nowy. Dodam – nie lubisz koszenia – kup mieszkanie. Aczkolwiek przedstawię obliczenia dość prosto – jeżeli porównujemy porównywalne – dom w mieście będzie 50% droższy niż na wsi (nowy). Im mniejszy, i starszy – różnica większa (ceny działek). Stąd, za te dodatkowe 800k, a w praktyce ratę 4800 zł, zapłacisz komuś, kto zrobi wiele rzeczy za Ciebie.

Jednak, jako właściciel budynku 1929 r. uważam opowieści o „syzyfowej pracy” za mocno przesadzone. Łączna liczba dniówek poświęconych na naprawy nie przekracza 2-3 w roku, a mówimy o domu, który od 1945 r. od września do maja stoi praktycznie pusty.

Zupełnie inna historia dotyczy ogrodu, ale tu mamy kilka wyjść:

Pierwsze – zalesić całą działkę i nie mieć problemu nawet z koszeniem (a często darmowe grzyby).

Drugie – ograniczyć powierzchnię do 1500 m2, co oznacza 4-5 godzin pracy w tygodniu.

Trzecie – zamienić trawnik, na kwietną łąkę, która kosimy 3 razy w roku, ew. rozłożyć maty z włókniny, obsadzić iglakami (zero koszenia), ostatecznie założyć sad i utrzymywać tzw. ugór herbicydowy.

Koszty ulepszeń są astronomiczne. Jako ulepszenia autor wymienił dróżki, płoty, infrastrukturę wypoczynkową. No, cóż, to akurat prawda, natomiast generalnie coś za coś. W mieszkaniu nie mamy płotu, ale i ogrodu. Podobnie basenu, piaskownicy, trampoliny, huśtawki, sauny, bani, a tylko malutki balkonik. I jeszcze jedno, nie ma przymusu budowy drogiego płotu, dróżkę da się wykonać z płytek, kawałków zaimpregnowanego drewna pozyskanego z własnej działki itp.

Wożenie dzieci. Temat-rzeka, dlatego poświęcę mu najwięcej uwagi. Styl wielkomiejskiej klasy średniej, pracującej w mieście, wymusza „zapewnienie dzieciom tego, co najlepsze” także w dziedzinie edukacji. Żyjąc w ten sposób, skazujemy się na dowożenie. I wtedy, zwłaszcza w okresie licealnym i pod koniec szkoły podstawowej, będzie ciężko. Im dalej od ośrodka miejskiego, tym ciężej. Mój syn obecnie, w mieście, do najbliższego liceum (niezłego) ma 10 minut drogi spacerem, do najlepszego, dotrze komunikacją publiczną w 20 minut.

Na wsi, albo pojedzie pociągiem (na który trzeba go zawieźć) i będzie także za 20 minut (kilka liceów do wyboru w Puławach), albo wybierze Nałęczów (gorszy, lecz bliższy 10 minut dojazdu autem), albo musi dotrzeć do Lublina (30 km – ok. 40 minut), dowożony przez rodziców. Życie płata nam figle i pewnie skończy się na szkole sportowej z internatem 200 km od domu, więc o dowożeniu nie będzie mowy.

Ale nasi przyjaciele z gór, także wozili, mimo że mieszkali w mieście. Nie było w nim żadnego liceum. Ulokowano je 8 km dalej. Wyprawa 2 razy dziennie, lub dziecko tłukło się busami. 8 km busem oznacza podobny czas jak 20 km pociągiem – od drzwi domu do drzwi liceum – 20 minut. Sporo dłużej niż przypadkowe liceum w moim mieście, i prawie tyle samo, co najlepsze.

Dojazdy do szkoły to pikuś, ale pozostają jeszcze te, które umożliwiają „życie społeczne”, wszelkie spotkania, imprezy, nocne życie. To ostatnie, już na studiach. I znowu – o ile w Lublinie mam sporo uczelni, o tyle zarówno ze wsi, z miasteczek, jak i ze średnich miast – raczej skończy się dojeżdżaniem tj. akademikiem, stancją itp.

Straszne dowożenie, w rozsądnych warunkach, trwać będzie tylko przez 4 lata, a jeżeli wybierzemy „wieś zabitą dechami”, 12 lat (podstawówka+liceum). W tym drugim przypadku – szmat czasu i kawał życia. Stąd wniosek – nie chodzi o wieś w ogólności, lecz raczej konkretne miejsce. Uwielbiając odludzia, coś zyskujemy (niższe ceny), coś stracimy. Jak to zwykle w życiu. Wieś nie jest bowiem ani jednolita (podobnie jak miasta), ani tragiczna do mieszkania.

Życie przegrane i życie wygrane.

Wbrew pozorom, ten pozornie zupełnie teoretyczny podział, istotnie wpływa nie tylko na nasze losy, ale także na to jak postrzegamy własne doświadczenia.

W jednym z wpisów zwróciłem uwagę na youtoube’owy profil „Na skraju gaju”. Jego twórca pokazał, że sukcesem są takie osiągnięcia, które sami uważamy za istotne. Krótko mówiąc, powinniśmy się kierować osobistym systemem wartości, a nie tym, co wskazuje nam świat (media, guru, religia). Tylko wtedy osiągniemy spełnienie. Pokażę to na kilku przykładach zupełnie absurdalnych tez, które przedarły się do mainstreamu.

„Kto nie kupił mieszkania przed 2007 r., ten przegrał życie”. Całkowicie błędne założenie, a jednocześnie cytat, który wepchnął miliony w niedolę kredytów frankowych. Na fali wzrostów cen mieszkań, propaganda deweloperska-bankowa (ze sławetnym Markiem Wielgo, który wrócił w Newsweeku, w awangardzie) szeregiem tekstów przekonywała, że oto właśnie ostatni moment, potem będzie jeszcze drożej, nie warto czekać, należy kupować beton, a kto zamieszka z rodzicami, ten nieudacznik. Atakowano: najemców, zwolenników tradycyjnej rodziny wielopokoleniowej ale i budowy na swoim – liczyła się tylko oferta deweloperów jako symbol nowoczesności. Wszystkie inne drogi – głupota, dramat i wstecznictwo. Wielu uległo, przepłacając osobistymi dramatami (długi, rozpad rodzin, niemożliwość wyjścia z matni itp.) W rzeczywistości, spokojnie można było poczekać do 2016 r. i kupić za podobną cenę, ale na spokojnie, starannie wybierając, budując bazę finansową. Ten, kto zwlekał 5 lat (jak ja – dom nabyłem w 2013 r. i to wcale nie od dewelopera), życia nie przegrał, a nawet sporo zaoszczędził.

„Życie bez dzieci, to życie przegrane”. Ogromny paradoks, że ojciec trójki musi zaprzeczać takiej tezie. Otóż są ludzie, którzy nie powinni dzieci posiadać. I tacy, którym nie da to satysfakcji. Dlaczego? Ponieważ osobiście, nie widzą w dzieciach żadnej wartości dodanej. Nie powinni ulegać zbiorowej presji, bo prowadzi to do tragedii. A presja, bazująca na wyśmiewaniu („psiecko zamiast dziecka”), umniejszaniu („kobieta nie będąca matką, nie jest prawdziwą kobietą”, „w życiu mężczyzna powinien posadzić drzewo, postawić dom i spłodzić syna”) służy tylko jednemu, poprawie samopoczucia tym, dla których jedynym osiągnięciem jest spłodzenie potomka, posadzenie drzewa i 0,8 mln kredytu. Umówmy się, nic wielkiego. Dzieci robi się najłatwiej i… najprzyjemniej.

„Kto pracuje w korporacji, wygrał życie”. Druga strona medalu. Są korpo lepsze i gorsze (a w nich jeszcze różni ludzie i szefowie). Budowanie swojej wartości na identyfikacji z firmą, uważam za grube nieporozumienie. To tylko miejsce prący, sposób zarabiania na życie. Znam rodziny, gdzie artystka zarabia więcej (czerpiąc przy okazji nieporównywalną satysfakcję) od korposzczura, albo stolarz od pani z HR w korpo, chociaż kobiece pensje zwykle bywają niższe. Nie dajmy się wtłoczyć w wyobrażenia innych.

Tutaj dochodzimy do sedna. Życie wygrane to życie na swoich warunkach, osiągnięcie osobiście ważnych kamieni milowych. Czyli dla każdego, coś nieco innego. Można mieć poczucie spełnienia, pracując w bibliotece i szpitalu (w korpo – też), cieszyć się posiadaniem dzieci i nieposiadaniem, czerpać satysfakcję z domu na kredyt, jak i mieszkania z rodzicami/dziadkami. Żeby tak było, trzeba najpierw przysiąść na chwilę i poznać własne wartości. Stąd tag „filozofia”.

Czy warto pracować na emeryturze? Życie pisze najlepsze scenariusze.

Według samego ZUS i opłacanego przez niego grona badaczy (z Polską Siecią Ekonomii na czele) należy pracować maksymalnie długo i odprowadzać wysokie składki, gdyż tylko takie postępowanie gwarantuje dobrą emeryturę. Takie wnioski płyną m.in. z krytykowanego przeze mnie raportu o przedsiębiorcach „Dobrowolne ubóstwo…”. Każdy, kto stara się skończyć pracę szybko, albo deklaruje się jako zwolennik obniżenia wieku emerytalnego, ten łobuz, drań i burzyciel społecznego porządku.

Wielokrotnie podobne myśli, z racji swojego urzędu wyrażali prezesi ZUS. Poza efemerydami (ponieważ stanowisko jest typowo polityczne), do publicznej świadomości przebiły się dwa nazwiska: reprezentantki PiS – Gertrudy Uścińskiej oraz przedstawiciela KO/PSL – Zdzisława Derdziuka. Wspólnie (tzn. na przemian) kierują ZUS-em od 2009 r. A w zasadzie kierowali. Tutaj bowiem ziściła się opowieść pt. życie pisze najlepsze scenariusze, a zarazem zmaterializowała odpowiedź na pytanie, jako to jest z tą długą pracą.

Otóż, Zdzisław Derdziuk, człowiek zaprawiony na wszystkich możliwych szczeblach administracji (dyrektor departamentu w ministerstwie, minister, a potem murowany szef ubezpieczeniowego giganta), z bezpośrednim dostępem do „saloników VIP” w każdym szpitalu, zachorował. Jak podał w czerwcu 2026 r. wicepremier Kosiniak-Kamysz, 64-letni prezes ZUS, w styczniu trafił do szpitala i obecnie „walczy o każdy oddech” (co sugeruje ciężki stan, moim zdaniem albo raka albo zwłóknienie płuc). Trudności zdrowotne uniemożliwiają mu pracę. Wnioski wydają się proste, ty, szary człowieku masz pracować na budowie, w brudzie, pyle do 67 r.ż., albo jeszcze dłużej, pomimo że prezes ZUS traci zdolność do pracy 3 lata wcześniej (czyli przed osiągnięciem wieku emerytalnego).

W rzeczywistości los prezesa Derdziuka (któremu osobiście faktycznie współczuję) stały się realną odpowiedzią na przywołane na wstępie raporty PSE. Choroba nie wybiera i chociaż sporo kobiet pożyje na tej emeryturze (np. wspomniana Gertruda Uścińska ma 68 lat i nadal pracuje naukowo), mężczyźni mają statystycznie znacznie mniejsze szanse. Jeśli zaś mówimy o „życiu w komforcie”, „zdolności do pełnoetatowej pracy” granicą dla przeciętnego przedstawiciela „słabej płci” wydaje się właśnie 65 lat. Mój były szef, który odszedł na emeryturę w wieku 70 lat, jako 65-latek fatalnie przeszedł COVID-a, a potem już zsuwał się zdrowotnie po równi pochyłej (przychodził do biura na 4-5 godzin, co nadzorujący przez pewien czas tolerowali). Drugi, przeżył dwa zawały, a jeszcze do 60-tki nie dobił. Dlatego, powtórzę jeszcze raz, FIRE wydaje się odpowiedzią na realny problem – darem wolnego czasu powinniśmy się cieszyć, gdy mamy jeszcze 100% sił, a nie powoli czołgamy się i myślimy o terminie kolejnej wizyty, zamiast o podróży życia.

Freedom 55. Jak reklama produktu inwestycyjnego stała się pragnieniem pokolenia.

W 1986 r. ukazała się reklama towarzystwa ubezpieczeniowego London Life, a w zasadzie jego produktu oszczędnościowo-inwestycyjnego „Freedom 55”, popularyzującego ideę emerytury w wieku 55 lat. Film możecie zobaczyć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=RhjEdtfuab8 . Wyprzedził o parę lat książkę Joe Domingueza.

Minęło 40 lat, a wielu dalej idea zakończenia pracy jako 55-latkowie nie mieści się w głowie. Na drugim biegunie znaleźli się 30-letni emeryci. Co z tego wynika?

Wniosek 1. Ludzie lubią sobie tworzyć jakąś ideę i wokół niej budować narrację. Wczesna emerytura, kojarzona z wiecznymi wakacjami (jak w tej słynnej reklamie) i wolnością. My za sterami jachtu (jeśli akurat lubimy ten styl), na górskim szlaku, pod palmami – wyobraźnia pracuje i obraz wygląda świetnie. Zwłaszcza w kontraście z nudnym biurem. Jest do czego dążyć.

Wniosek 2. Dłuższa praca nie jest pragnieniem milionów lecz raczej smutną koniecznością. Znowu odwołajmy się do reklamy. Czy przedstawia 55-latków dziarsko dojeżdżających pociągiem, zjeżdżających do kopalni, lub siedzących na zebraniu do godziny 17? Raczej nie. Pozytywne skojarzenia okazują się oczywiste. Mało kto chce pracować do śmierci, ludzie wolą zdecydowanie właśnie zajęcia, kojarzące się z wolnością. Stąd sukces i ponadczasowość pomysłu na „Freedom 55”.

Wniosek 3. Emerytura o 10 lat wcześniejsza wydaje się nam realna, w przeciwieństwie do takiej, dostępnej 30-40 latkom. W tym miejscu mamy dosyć pragmatyczne spojrzenie na świat. No i ludzie potrafią liczyć. 10 lat funkcjonowania „z oszczędności” ma sens, 35 dostępne jest dla wybranych.

Wniosek 4. Kwaśne winogrona. Wiele osób kontestuje wcześniejszą emeryturę z powodu wielkiej sympatii do swojego zawodu. Dotyczy to raczej: właścicieli firm, lekarzy, oraz innych przedstawicieli klasy co najmniej wyższej średniej ze stabilną pozycją zawodową i społeczną. Rozumiem ich. A co z tymi z klas nieposiadających? Oni często działają na zasadzie mechanizmu „kwaśnych winogron” – nie chcę winogron, bo na pewno okażą się niesmaczne, właśnie kwaśne. Akcentują bezsensowność, niemożliwość, a nawet niemoralność wcześniejszej emerytury. Pisałem też o tym, we wpisie o mentalu, ponieważ „kultura zapierdolu” bazuje po cześci na wyobrażeniach, po części na zaprzeczeniach. Młody emeryt jawi się nie jako człowiek zaradny, planujący, lecz raczej nieudacznik, leń itd. Sam decydujesz czy kupić ten program.

Rozmontowywania systemu emerytalnego „ile płacisz, tyle masz”. Projekt ustawy – dopłaty do emerytur artystów.

Kiedy przeczytałem zajawkę na jednym z portali nie chciałem wierzyć. Rząd przyjął założenia ustawy o dopłatach składek dla mało zarabiających artystów. Dokładnie. Oto lista profesji z oficjalnej strony gov.pl:

Z badań wynika następująca szacunkowa liczebność poszczególnych profesji artystycznych: 
– architektura 13.693 osób,
– film 6.996 osób,
– literatura 3.010 osób,
– muzyka 16.346 osób,
– taniec 3.222 osób,
– teatr 3.960 osób,
– sztuki wizualne 13.176 osób,
– twórczość ludowa 2.020 osób.
Łącznie: 62.423 osób.

Warto zapamiętać te liczby, bo niedługo znacząco wzrosną. Ten, kto pracować nie chce, zacznie uprawiać np. twórczość ludową, osiągać niskie dochody (warunek dopłaty), a żyć dalej z pracy na czarno. W nagrodę dostanie dopłatę składek, jak przy pensji minimalnej. No i oczywiście preferencje podatkowe (przy umowie o dzieło, koszty uzyskania przychodów mogą sięgnąć 50%). Przecież to jest jakieś szaleństwo (zwłaszcza architekci) i zachęcanie do zejścia do szarej strefy. Czas na wskazanie założeń (cytaty pochodzą ze strony z rozszerzeniem .gov.pl).

„W sprawie statusu artysty zawodowego orzekać ma Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, zwane dalej „CEiPA”, powstałe w wyniku przekształcenia Centrum Edukacji Artystycznej, które funkcjonuje obecnie na podstawie rozporządzenia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z dnia 27 marca 2019 r. w sprawie specjalistycznej jednostki nadzoru (Dz. U. z 2024 r. poz. 329). Decyzja wydawana będzie jednak w oparciu o opinię środowiska artystycznego, uczestniczącego w tym procesie w ramach Komisji Opiniującej.” Czyli jak śpiewał Kult „Komisja zadecyduje, kto dziś otrzyma weryfikacje”, wracamy do PRL-u.

„Artysta zawodowy będzie mógł uzyskać prawo do dopłaty, jeśli będzie posiadał ostateczną decyzję administracyjną stwierdzającą nabycie statusu artysty zawodowego, a jego dochód osiągany w 3 poprzednich latach podatkowych nie przewyższa średniorocznie 125% wynagrodzenia minimalnego w roku złożenia wniosku, oraz w każdym z poprzednich 3 lat podatkowych osiągnął dochody z związku z wykonywaniem zawodu artystycznego.” Czyli – ukrywaj dochody, pracuj na czarno, a my opłacimy ci składki. Pod warunkiem, że jesteś artystą, bo szewc musi płacić, nawet gdy w ogóle nie osiąga dochodu.

Nie wierzycie? Projekt macie tutaj: https://legislacja.gov.pl/docs//2/12397303/13124561/13124562/dokument715625.pdf

A jego skutki? Pierwszy – drastyczny wzrost liczby artystów. Drugi – spadek ich dochodów poniżej progu. Trzeci (najważniejszy) – dalsza erozja ubezpieczeń społecznych. Jeżeli nie przekonały Cię liczby, które regularnie publikuję, popatrz tylko na system. Prezes ZUS i jego płatni doradcy opowiadają, jak przedsiębiorcy zaniżają składki i dostaną niskie emerytury, a tutaj – w ogóle nie musisz nic płacić, a emerytura wpada. Lepiej niż w KRUS. Kiedy za parę lat przejdę na FIRE, kupicie moje fujarki z drzewa lipowego, albo zobaczycie na rynku w Kazimierzu Dolnym, grającego disco polo zmiksowane z muzyką Chopina, zbierającego kasę do czapki.  Praca etatowa to kiepski interes.

Na koniec parę mądrości MKDiN z wywiadów, gdy próbowała bronić swojego pomysłu:

  • do muzeów też mamy przestać dopłacać?
  • jestem Ministrem Kultury to walczę o ludzi kultury,
  • o przyznaniu dofinansowania zdecyduje 145-osobowa komisja. Nie wyznaczyliśmy żadnych kryteriów „sztuki”, bo komisja wie najlepiej.

Oceńcie, czy te argumenty Was przekonały. Mnie niekoniecznie.

 

Po co nam fundusz awaryjny?

O funduszu awaryjnym aka poduszce finansowej, czyli szybko dostępnym kapitale w wysokości 6 miesięcznych wydatków, opowiem Wam w sposób nietypowy. Nie będzie moralizowania (prawie), tylko konkrety. Przykłady.

Gdy popsuje się pralka, nie zaciągasz kredytu. Ile razy widziałem ten scenariusz – rodzina z dochodami w okolicach średniej i nagle następuje niespodziewany wydatek. Psuje się samochód, pralka, trzeba zostawić pewną kasę u dentysty. Wynik? -2000 zł w portfelu. Ale niewiele „typowych” rodzin posiada w budżecie luz w wysokości kilkunastu procent budżetu. Czym pokryć deficyt? Dostępna jest tylko jedna metoda – kredyt, czyli:

  • obniżanie przyszłych budżetów o kwotę raty,
  • płacenie odsetek (nie zawsze),
  • ryzykowanie grubej wpadki, gdy w przyszłym miesiącu popsuje się coś innego.

W typowej rodzinie szybko z -2000 zł na pralkę robi się -6000 zł. I koszty rosną, zwłaszcza jeśli dziury łatamy kartą kredytową.

Fundusz awaryjny daje nam luz „brania z oszczędności”. W typowej rodzinie finansowych planistów (dwie średnie krajowe dochodu, wydatki ok. 9000 zł/m-c), poduszka finansowa wyniesie 54.000 zł (6 x 9000 zł), podebranie 6000 zł, niewiele zmieni. Kredyt 6000 zł przy budżecie 13.000 zł dochodu i 13.000 zł wydatków, wymaga kombinowania i często staje się początkiem problemów.

Śpisz spokojnie. Znaczna grupa Polaków ma podobno ujemną wartość netto (majątek – zobowiązania). Aż 46% nie posiada oszczędności wyższych niż 30 tys. zł. Znając matematykę, pewnie w grupie 40- wynik pozostaje sporo gorszy. W takich warunkach, nawet drobne zachwianie równowagi, uruchamia kostki domina. Kto ma świadomość kruchości podstaw, czasem nie śpi po nocach. Dysponując oszczędnościami równymi 6-miesięcznym wydatkom nie mamy tego problemu. Snu nic nam nie zakłóca, bo wiemy, jak przeskoczyć drobne zawirowania, a i z grubszymi sobie poradzimy. A zdrowy sen pozwala żyć dłużej i ciekawiej.

Niespodziewana utrata pracy, nie wywraca Ci życia. Powiedzmy sobie szczerze, nagła strata źródła dochodu do przyjemnych nie należy. Amortyzacja upadku w postaci np. 3-miesięcznego okresu wypowiedzenia, niewiele zmieni. W końcu to tylko 3 miesiące od katastrofy finansowej. Zupełnie inaczej wygląda nasze życie, gdy wydłużamy czas na znalezienie nowego zajęcia do 9 miesięcy (a biorąc pod uwagę pary – nawet sporo więcej). A pracujący na czarno? Świeżo zatrudnieni? Tutaj wyglądamy jeszcze gorzej. 0 miesięcy dzieli nas od katastrofy, wywrócenia życia, przed którym przestrzegam. Dodatkowe pół roku, daje nam bezcenny czas na ponownie poukładanie spraw finansowych.

Odnosisz zwycięstwo na prywatnym Campo di Fiori. Moje pokolenie katowano w liceum wierszem Czesława Miłosza „Campo di Fiori”, w którym poeta zestawia śmierć Giordana Bruno i getta w Warszawie, w zasadzie obok toczącego się życia, zwykłych ludzkich spraw. I my mamy swoje prywatne klęski na tym polu. Ktoś milczał, bo „pilnował własnego nosa”, nie stanął w obronie krzywdzonego, ba nawet nie wsparł go dobrym słowem. Częste w korporacji. Dlaczego? Patrz poprzedni punkt – ponieważ niespodziewana utrata pracy wywraca życie, a na to w świecie powszechnych kredytów pozwalają sobie nieliczni – właśnie tacy, którzy dysponują pewną niezależnością, wynikającą z poduszki finansowej. Ten interpretowany przez polonistę wiersz wrócił do mnie, gdy słyszałem śmiech kolegi, który planował wakacje za nagrodę otrzymaną za rozjechanie dawnego kumpla. I spokojnie mogłem mu tę nagrodę symbolicznie wepchnąć do gardła, publicznym (albowiem sprawa rozgrywała się w grupie) dopowiedzeniem drugiej części historii znanej akturat nielicznym. Otóż ten niszczony – dostał w pracy zawału serca i przebywa na długim zwolnieniu, prawdopodobnie z tego powodu (dezorganizacja pracy) zostanie zwolniony, a wyobraźcie sobie człowieka, który całe życie wykonywał proste prace biurowe, szukającego nowej roboty w wieku 55+ i po przebytym zawale (długie L4 w świadectwie pracy). I tutaj wraca nam poduszka finansowa. Mogłem sobie pozwolić na komentarz głównie dlatego (pomijam różnice indywidualne we wrażliwości), że dysponuję oszczędnościami. Wielu w tej sytuacji nie otworzyłoby ust, nie z powodu braku odwagi, albo podobnych myśli, ale ponieważ bliższe im dobro własnych dzieci niż sprawiedliwość. Niektórzy na komfort honorowej odmowy uczestnictwa linczu pozwolić sobie nie mogą, muszą przełykać upokorzenia, albowiem ich „poduszka finansowa” po 30 latach pracy wynosi … 15 tys. zł, przy miesięcznych wydatkach 25k. Warto to zmienić. 6-krotność budżetu to minimum funduszu awaryjnego.

A gdyby podatkowo zrównać pracowników i przedsiębiorców z duchownymi? Ile płacilibyśmy podatku?

Jakiś czas temu Piotr zgodził się ze mną na temat „chorego systemu” w przypadku duchownych. Obiecałem wyjaśnić ich system podatkowy. Właśnie nadszedł na to czas.

Generalnie zasada jest prosta – duchowni, i to wyłącznie na określonych stanowiskach, płacą kwartalny podatek zryczałtowany, coś na kształt umierającej karty podatkowej. Stawki zależą od ludności parafii i wielkości miejscowości, w której parafia się znajduje. A ile wynoszą?

Proboszcz płaci od ludności parafii. Od ok. 600 do 2200 zł kwartalnie czyli 2400-8800 zł rocznie. Czy to dużo? Odpowiada opodatkowanego „zwykłym ludziom” :

  • 50.000 – 93.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • ok. 29.000-103.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • ok.13.000-46.000 zł dochodu na liniówce.

Dużo? To uwzględnijmy nieopodatkowane świadczenie z tytułu dostarczenia przez „pracodawcę” mieszkania i wyżywienia. Niech będzie to, lekko licząc, 36.000 zł/rok. Co nam wtedy wyjdzie?

  • 14.000-57.000 zł rok dochodu na zasadach ogólnych,
  • 3000-67.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • 0-13.000 zł dochodu na liniówce.

Wikary płaci od lokalizacji parafii i jej ludności. Od 724 zł/rok do 2.832 zł/rok. Ponownie odnieśmy to do pracownika lub przedsiębiorcy:

  • 36.000- 45.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 8500-33.000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 3800-15.000 zł dochodu na liniówce.

Jeśli uwzględnimy wikt i dach nad głową, jako nieopodatkowane świadczenia od pracodawcy (24.000 zł/rok), uzyskujemy:

  • 12.000-21.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 0-9000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 0 zł dochodu na liniówce.

Jak wiadomo są to kwoty nierealne.

Załóżmy na chwilę, że proboszcz uzyskuje 1,5 średniej pensji krajową , a wikary minimalną. Ile rocznie „normalnego” podatku zapłaciliby, nie uwzględniając opodatkowanego przychodu od świadczeń a jedzenie i mieszkanie?

  • proboszcz – 12.000 zł (plus nie zapłaciłby 80% składek ZUS czyli 28000 zł)
  • wikary – 1300 zł (i zaoszczędziłby 10.000 zł na składkach ZUS).

A uwzględniając nieopodatkowany przychód ze świadczeń:

  • proboszcz 16.000 zł,
  • wikary – 4000 zł.

Porównując z ryczałtem (proboszcz 2400-8880 zł), wikary (724-2832 zł) – sporo więcej. Razem z ZUS-em – gigantyczne kwoty.

Teraz wyobraźmy sobie przedsiębiorcę. Zatrudniający pracowników to proboszcz, a niezatrudniający (jak ja) – wikary. Szczerze, chciałbym płacić nawet 2832 zł podatku (bo mieszkam w sporym mieście na terenie dużej parafii) rocznie.

Na koniec pomysł na ordynarną optymalizację podatkową. Zakładasz sobie wyznanie, albo przyłączasz się do istniejącego. Działalność gospodarczą prowadzisz, jako działalność związku – od tego nie ma podatku, ani składki. Jednym obciążeniem zostaje ten śmieszny ryczałt kwotowy oraz żałosne niecałe 4% od minimalnej. Przy sporych dochodach z dg – to miałoby sens.

Jeszcze o podatkach. Studium neoliberalizmu i przyczyn upadku I RP.

W świecie pewnej neoliberalnej partii wszystko wydaje się proste – podatków ma nie być. Do tego płatna opieka zdrowotna i studia. Wtedy zapanuje powszechna szczęśliwość, prawda? Nieprawda.

Otóż państwa z niskimi podatkami, płatną edukacją i leczeniem już są. I wcale nie króluje w nich raj. Po co sprawdzać na własnej skórze. Zapraszam do USA, Tajlandii i innych krajów w Azji. Jakoś tak się jednak składa, że to Tajowie, Filipińczycy przyjeżdżają do nas, a nie odwrotnie. Także emigracja do krajów UE jest większa niż do USA. Dlaczego?

Otóż te „raje neoliberalizmu” są rajami tylko dla bezdzietnych, zdrowych i bogatych. Biedny dostaje w tyłek dość regularnie. Żeby to udowodnić posłużę się własnym przykładem.

Nasze podatki a koszty na wolnym rynku

W 2025 roku zapłaciliśmy z żoną 110 tys. zł podatków.

I teraz popatrzmy:

  • mamy dwójkę dzieci na utrzymaniu (jeden na studiach, jeden uczeń),
  • leczymy się czasami na NFZ (różne badania, wizyty lekarskie),
  • jeździmy drogami publicznymi (25 tys. km rocznie),
  • korzystamy z infrastruktury takiej jak kanalizacja, sieć wodociągowa subwencjonowanej i budowanej przez gminną spółkę.

Policzmy koszt tych wszystkich usług (policzyłem stawki rynkowe):

  1. Studia = 1 x 16 tys. zł = 16 tys. zł.
  2. Szkoła = 1 x 24 tys. zl = 24 tys. zł.
  3. Leczenie ca. 40 tys. zł, w tym = 5 wizyt/m-c x 300 zł x 12m = 18 tys. zł, badania „mniej poważne” – 7,5 tys. zł (5 os. x 1500 zł), badania „poważne” 5 x 800 zł = 4000 zł.
  4. Leki (choroby przwlekłe) = 850 zł x 12 m = ca. 10 k.
  5. Drogi (stawki jak za 1/2 autostrady prywatnej = 10 zł/100 kmx250) =2500 zł,
  6. Wypłata chorobowego – 30 dni (na poziomie średniej krajowej) = 15 tys. zł.
  7. Sieci infrastrukturalne = 2500 zł.

110 tys. zł bez emerytury, bo nie wiem ile jej będzie. Wpłaty zwróciły się.

Przypominam, bazując na danych amerykańskich blogerów – ich ubezpieczenie zdrowotne kosztuje w systemie „Silver” czyli nie pokrywa wielu chorób = ok. 17k USD = 63.750 zł/rok.

A gdybym był bezdzietnym singlem?

Ok. 70 tys. zł wypłat i 35 tys. zł wypłat. Nagle, pomimo choroby, więcej dokładam do systemu niż wyjmuję. Sporo więcej.

Stąd neoliberalizm się nie sprawdza, albo jak napisano jest dla bezdzietnych, bogatych i zdrowych.

Przyczyny upadku I RP czyli nierównowaga podatkowa.

Ostatnio czytałem książkę – „Przemysł polski w dawnych wiekach” Aleksandra Bocheńskiego. Udowadnia on (między innymi, bo książka dotyczy generalnie przemysłu), że przyczyną upadku I RP były podatki – nierówne i niskie dla bogatych.

Jak to? Otóż, bogata szlachta nie płaciła prawie wcale, a chłopi i mieszczanie nawet 20-krotność wysokiej stawki podstawowej. Szlachcic nie uiszczał podatków od gruntu, tylko pogłówne. No i i popatrzcie. Taki singiel – magnat Bogusław Radziwiłł odprowadzał mniej niż chłop z żoną i 5-tką dzieci. Jasne, magnat nadrabiał podatkiem od luksusu, cłami (stroje importował z Zachodniej Europy), ale nadal w stosunku do dochodu były to kwoty śmieszne.

A sąsiedzi? No cóż, król pruski zbierał 3-4 razy więcej podatków niż polski, a były lata, że i 10 razy. Stąd dysponował armią nie 10 tys. ludzi lecz 150-200 tys. Przy takich dysproporcjach wynik starcia był przesądzony.

I tutaj ktoś powie „A USA?” No cóż. Celowo porównano I RP z Prusami, ponieważ były prawie równe potencjałem ludnościowym. USA ma dzisiaj 10 razy więcej ludzi niż Polska (+nielegalni imigranci). Wydaje na obronność (2023 r.) ok. 916 mld USD czyli 3,4% PKB. Polska – 32 mld czyli 3.8% PKB. Nominalnie wydatki USA są większe od naszych 28 razy więcej, ale i PKB per capita mają większe.

I nauka na dziś.

Sprawa dzisiaj wydaje się prosta. System składkowo-podatkowy nie jest sprawiedliwy. Pisałem o tym wielokrotnie. Przeciętny ksiądz/rolnik/sędzia/itd. płaci znacznie mniej niż Ty czy ja. Co więcej korpo opodatkowano niżej niż JDG. „Podatek od pracy” wynosi 5 razy więcej niż od nieruchomości i 2 razy więcej niż od dywidend. Setki miliardów dochodu kleru, rolników czy „czynszojadów” opodatkowane są śmiesznie nisko. A człowiek na pensji minimalnej już nie. Pomijam tych z szarej strefy.

Wróciliśmy do systemu I RP. Możemy się od niej uczyć. Bo chodzi też o to, jak dystrybuowano zyski z podatków. Mniej więcej 1/3 szła na dwór i wydatki króla/rządu. 2/3 na wojsko. U nas kwitnie rozdawnictwo, dopłaty, zamiast angażowanie się w zbrojenia. Od Fryderyka Wielkiego oraz Katarzyny wiemy, że taki wysiłek musi się opłacić. Zwłaszcza w obecnej sytuacji. Koniec z przywilejami, koniec z nierównościami. System musi być sprawiedliwy i prosty.

Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. Nawet w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale nawet po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, nawet drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, że historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i nadal stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Nie warto dłużej pracować na emeryturę. Informacje dla 40-latka z paszczy ZUS plus analiza danych.

W oficjalnych wystąpieniach przedstawiciele ZUS (i ich opłaceni agenci lub „pożyteczni idioci” rozsiewają propagandę o opłacalności dłuższej pracy. Czasem jednak, tak się zdarzy, że na oficjalnej stronie molocha pojawią się prawdziwe dane. Pomimo opowieści o uproszczeniu bloga, nie mogłem nie skorzystać. Bierzcie i Wy.

Skrót całego wpisu „bo ma być prosto”. ZUS twierdzi, że dodatkowe 5 lat pracy (i opóźnienie przejścia na emeryturę) zwiększy nasze świadczenie o 20%. W rzeczywistości jest to 3.5%. Przyczyny? Stałe wydłużanie teoretycznej długości życia (1,5 roku w ciągu 5 lat), inflacja kasująca wyniki waloryzacji, oraz niewielki wpływ dodatkowych składek.

Kto lubi dawnego Oszczędnego Milionera – niech czyta dalej.

Jak zwykle tytuł odbiega od treści: https://www.zus.pl/-/późniejsze-przejście-na-emeryturę-się-opłaca#:~:text=Opóźnienie%20przejścia%20na%20emeryturę%20przekłada,latach%20–%20ponad%201/5, ale nie o to tym razem chodzi. Skoncentrujemy się na danych. Pochodzą z 2025 r., więc możemy uznać je za aktualne.

Informacja nr 1. Dla osoby w wieku 60 lat każde 100 tys. zł zapisane na koncie w ZUS to 375,38 zł miesięcznej emerytury. W wieku 65 lat to już 452,90 zł.

Niby prosta sprawa. Krótko mówiąc, mając 1 mln na koncie emerytalnym (dla uproszczenia główne konto ZUS+subkonto), dostaniesz 4529 zł brutto emerytury, jeżeli przejdziesz w wieku tzw. ustawowym. Ponieważ to więcej niż 3773,80 zł podobno warto pracować 5 lat dłużej, bo to dokładnie 20%. Tak twierdzi ZUS. Ja mówię sprawdzam.

Zgodnie z tabelami dalszego trwania życia, 60-latek (statystycznie, kobiety i mężczyźni razem) miał przed przed sobą w 2025 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,13.html) jeszcze 266 miesięcy życia, 65-latek 220 miesięcy. Oznaczałoby to, że pierwszy dożyje 82 lat, a drugi 83 lat. Pomijam fikcyjność takich prognoz (w rzeczywistości mężczyźni nie żyją tak długo, lecz raczej 75 lat, a kobiety 83 lata), ale skoncentrujmy się na danych.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,996 mln zł (4529 zł x 220 miesięcy).

Nie jest to żadna fizyka czarnej dziury, ani czary, tylko wynik zwykłego mnożenia (działanie na poziomie bodajże 5 klasy szkoły podstawowej), danych które podał nam ZUS. Pracując dłużej, odbierasz mniej.

To działanie da się sprawdzić. Nasza emerytura wzrośnie o 20%, a pobierać ją będziemy o 21% krócej. Niby niewiele, ale trudno nazwać wynik „opłacalnym przedłużeniem pracy”.

Idźmy dalej. Gdybyśmy przyjęli, że pracując dłużej wcale nie zwiększymy średniej długości własnego życia (a jedynie tabele statystyczne ulegną cudownej korekcie), mamy jeszcze jeden ciekawy efekt. 60-tkę i 65-lat dzieli 60 miesięcy (5 lat), a nie 46 miesięcy. Skąd bierze się 14-miesięczna (30%) różnica. Z GUS-owsko, ZUS-owskiej szacherki liczbami, ale z czegoś jeszcze, o czym warto pamiętać. Część ludzi dożyje 60-tki, ale emerytury w wieku 65 lat już nie. Gdybyśmy jednak założyli, że mamy szczęście kwota, którą faktycznie odbierzemy z systemu, idąc na emeryturę wcześniej nie zmienia się, a opóźniając spada.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,933 mln zł (4529 zł x (266-60) miesięcy).

Kwotę ZUS-owskiej emerytury pięć lat później powinniśmy bowiem dzielić przez 60 miesięcy mniej (czyli 206 miesięcy). I tak zamiast 20% więcej robi się 7% mniej.

Informacja 2. Średnia długość życia 60-latka zwiększyła się wg GUS i ZUS o 2,4 miesiąca w ciągu 1 roku. 65-latek „wydłużył” życie o 1,9 miesięcy.

Dane biorę stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html i stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html.

2026 – 268,9 oraz 222,7

2025 – 266,4 oraz 220,8

Jeszcze ciekawszy wynik uzyskamy, patrząc na dane z 2021 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,9.html)

60-latek – 247,7

65-latek – 204,3.

Tylko na przestrzeni 5 lat (2021 kontra 2026) ZUS i GUS cudownie przedłużyły nam życie o 21,2 miesięca (60-latkowie) i 18,4 miesiąca (65-latkowie).

Jak to przekłada się na wysokość emerytur? Dość prosto. Skoro znamy wzór:

Emerytura=kapitał/średnia długość życia,

to podstawienie danych da nam następujący rezultat:

60-latek w 2021 roku – 1.000.000 zł/247,7 = 4037 zł

jako 65 latek w 2026 roku – 1.000.000 zł/222,7 = 4490 zł

Jak widzicie gołym okiem, różnica nie wynosi wcale 20%, jak nam obiecywał ZUS, ale 11.2%. Połowę mniej. Każąc nam pracować 5 lat dłużej ZUS, zmieniając tabele długości życia, państwo okradło nas z prawie połowy zysku.

Informacja nr 3. Dodatkowe składki z pracy powiększają sumę zgromadzonych środków.

Licząc od minimalnego wynagrodzenia, dodatkowe miesięczne składki wyniosą 281,44 zł (https://www.zus.pl/-/nowe-wysokości-składek-na-ubezpieczenia-społeczne-w-2026-r.). Rocznie to już 3.377,28 zł. Mnożąc przez 5 lat – 16.886, 40 zł.

Wygląda poważnie, ale de facto kapitał 1 mln zwiększył się o ca. 1,69%. W tym czasie ZUS oszukał nas na średniej długości życia o 9% (o tyle statystycznie zwiększyła się średnia długość życia w latach 2021-2026). Przy znanym wzorze emerytalnym (emerytura = kapitał/średnia długość życia) da to następujący efekt:

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.016.886,40/220,8 = 4605 zł

Dokładanie składek wcale się nie opłacało.

Informacja nr 3. Kolejne waloryzacje składek pomnażają kapitał emerytalny (działa też siła procenta składanego).

W tym miejscu ZUS podaje kwotę waloryzacji z 2025 r. – 9,49%. I zaczyna mnie rozśmieszać. Takie dane mogę sobie włożyć między bajki. Ponieważ wiem (w przeciwieństwie do ekonomicznych analfabetów), iż wysoka waloryzacja=wysoka inflacja, a wskaźniki waloryzacji wcale nie wyglądają tak fajnie, na tle wzrostu cen i płac (zwłaszcza minimalnej). Albowiem im więcej dostanę, tym więcej muszę wydać. Zastosuję tutaj trzy mierniki, o których ZUS nic nie mówi i jeden powszechnie podawany (waloryzację).

Teoria. Od 2022 r. przez 5 lat waloryzacja ZUS wyniosła (skumulowane dane w nawiasach):

2022 – 107%,

2023- 14,8% (22,84%),

2024 – 12,2% (37,82%),

2025- 5,5% (45,4%),

2026 – 5,3% (53,1%).

Krótko mówiąc – w teorii nasz kapitał obliczeniowy zyskał 53%. No i teraz odpowiedzmy sobie uczciwie, ile od 2021 r. wzrosły ceny?

Podpowiem na szybko:

  • prąd – (z 0,6 zł/KWh do 1.25 zł/KWh) ponad 100%,
  • chleb (z 2.8 zł do 5 zł za 0,5 kg) -78%,
  • kawa (z 13 zł do 28 zł za 0,25kg w mojej palarni) ponad 100%,
  • najtańszy nowy samochód (Dacia Sandero z 37k obecnie 66k) – 78%,
  • drewno opałowe, gaz – ok. 100%,
  • złoto – (z 225 zł/g do 530 zł/g) – 135%.

Drugi miernik wartości poza cenami (pensja minimalna) rósł też ciekawie +71%.

A trzeci? Inflacja. W tym samym okresie 43%. Kiedy to już wiemy, najbardziej konserwatywnie, realna waloryzacja to 10% (53% waloryzacji nominalnej i 43% inflacji). Gdyby liczyć do pensji, waloryzacja byłaby ujemna nawet – 18%, a do nośników energii -47%.

Ale trzymajmy się danych oficjalnych +10% i policzmy realne emerytury, nakładając na siebie trzy dane: średnią długość życia, realną waloryzację i dodatkowe środki z pracy (które dodatkowo nieco zawyżyłem, bo nie chciało mi się liczyć składek od pensji minimalnej w każdym z 5 lat).

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.118.575,04/220,8 = 5066 zł

Podsumowanie. Biorąc pod uwagę wszystkie dane ZUS i GUS, 5 lat dłuższej pracy, przekłada się na o 3,5% wyższą emeryturę. Dane te podaję w latach wysokiej inflacji, bardzo korzystnej dla współczynników waloryzacji.

Wynik przekonuje nas, że dłuższa praca, w oczekiwaniu na wyższą emeryturę, kompletnie nie ma sensu. Te 5.1% waloryzacji w 2026 r., gdy dostaję 8.5% na obligacjach (korporacyjnych) mocno mnie śmieszyłoby, gdyby nie było smutne. Państwo więcej płaci bankom (oprocentowanie obligacji inflacyjnych 5.6%) niż emerytom. Do tego bankierów nie kantuje na średniej długości życia.

Nie muszę nikogo przekonywać, że w naszym zmiennym świecie, liczenie, że przeżyję dodatkowe 5 lat, dla 3,5% zakrawa na kpinę z matematyki.