Czy da się zorganizować dziecku wakacje za 3000 zł/rok?

We wpisie o realnych kosztach posiadania dziecka, postawiłem tezę, że faktyczne wydatki na wakacje „małolata” mogą wynieść 3000 zł/rok. Zakwestionował je Bartek, podając koszty wielokrotnie wyższe.

A zatem, co składa się na wakacje nastolatka:

  • ferie – 1500 zł,
  • wyjazd z rodzicami w lecie – 1500 zł.

Mało? Warto uświadomić sobie, że ok. połowy Polaków nie wyjeżdża na ani jeden wyjazd wakacyjny. Jedna z moich klientek, nauczycielka w wiejskiej szkole, potwierdza tę prawidłowość (tam 70% dzieci nie wyjeżdża nigdzie). Na drugim biegunie znajduje się wielkomiejska klasa średnia, zaliczająca 5-10 rocznych wyjazdów (ferie, weekend majowy, czerwowy, sierpniowy, listopadowy, dłuższy urlop, sylwestrowo-noworoczny i już mamy 8 szt.). Czy wszyscy są ich w stanie naśladować? Oczywiście – nie. Część trzymają na miejscu obowiązki, niektórzy nie lubią, inni nigdy nie zasmakowali).

Wróćmy jednak do wakacji i ferii.

Da się je ogarnąć dziecku w wersji budżetowej. W jednym z komentarzy opisywałem agroturystykę:

  • 160 zł/dzień daje nam 1120 zł za 7 dni, czyli zostaje jeszcze coś na drobne atrakcje (np. zwiedzanie),
  • 5-dniowy obóz sportowy mojego syna – 1500 zł (bywają tańsze, gdy klub ma dofinansowanie od miasta),
  • 1100 zł (plus 400 zł na atrakcje) – wylot 5-7 dni last minute,
  • 560 zł – nocleg 1 os./weekend ( nadwyżka nad rodzicami) u moich przyjaciół w górach plus jedzenie jak zwykle z marketu, ale na lody i inne przyjemności trochę grosza zostanie,
  • 560 zł – 7 dni w schronisku górskim (po jedzenie schodzimy i robimy na zewnątrz),
  • symboliczna dopłata – wakacje na własnej działce lub „u babci na wsi”.

Za 1500 zł da się nawet zapewnić „wakacje w siodle”, tylko raczej dla młodzieży (część ceny pokryje osobista praca młodego pokolenia).

Krótko mówiąc – da się, chociaż o nartach, obozie tenisowym, zwiedzaniu Camp Nou raczej myśleć nie można.

I teraz niektórzy zapytają, czy jak tak żyję? Częściowo tak. W tym roku spędziliśmy z dwoma synami wakacje w Macedonii (koszt podałem, wystarczy podzielić na 5). Najmłodszy pojechał jeszcze na obóz sportowy (x2 – ca. 3000 zł), oraz do babci nad jezioro. Do tego 2 razy odwiedził z nami przyjaciół w górach (koszt ok. 300 zł/weekend). Wydałem na niego ok. 2 x więcej niż te 3000 zł, ale nie każde dziecko uprawia sport.

Pięć kroków, które musisz wykonać nim rzucisz etat.

W sierpniu na blogu ukazały się dwa wpisy dotyczące życia bez pracy i powodów pozostawania pracownikiem. Teraz czas na wskazanie, co zrobić, by przemieścić się z jednej grupy do drugiej. Rzucenie etatu może mieć różną postać – wyjazdu w Bieszczady, przejścia na freelance, utrzymywania się z rentierstwa, pomocy społecznej lub założenia własnej firmy. W każdym przypadku trzeba mieć wszystko zaplanowane, żeby nie doznać przykrej niespodzianki i nie błagać szefa o powrót. A oto zasady.

Krok. 1. Ustal, ile pieniędzy potrzebujesz w wersjach: minimum, średniej i niezłej.

Podstawą wypłynięcia na szerokie wody luzu/samozatrudnienia jest uświadomienie sobie, jakiej kasy potrzebujesz na pokrycie wydatków. Bez tego, o ile nie jesteś bogaty, zaczniesz od skoku na główkę do pustego basenu. A zatem, popatrz, ile obecnie wydajesz. Służy temu dokładne przeliczenie kasy potrzebnej miesięcznie w poszczególnych kategoriach. Są nimi:

Życie – czyli jedzenie, chemia, leki, lekarze.

Dach nad głową – koszty utrzymania domu/mieszkania.

Transport – samochód, bilety na komunikację publiczną.

Edukacja – żłobki, przedszkola, zajęcia dodatkowe i związane z nimi obozy, kursy, szkolenia, studia Twoje, małżonka i dzieci.

Wakacje i rozrywki – wszelkie wyjazdy, wyjścia.

Kredyty i zobowiązania – spłaty długów.

Inne wydatki – w moim budżecie nazywam je UUPK od pierwszych liter słów: ubezpieczenia, ubrania, prezenty, kieszonkowe. Tak, każdy nawet dorosły powinien mieć pieniądze na swoje wydatki, z których nie musi rozliczać się przed innymi.

Te kategorie to podstawa. Wielu z nas doda jeszcze sporą liczbę np. sport, hobby, wyodrębnione z rozrywek, kosmetyki z kieszonkowego, albo specyficzne dla danej sytuacji (alimenty). W przypadku rozpoczęciem działalności w odrębnej kategorii wydzielmy wszystko, co wydamy na nią (np. składki ZUS, lokal, sprzęt – za co dotychczas płacił pracodawca).

Jeśli powyższe nazwy nic Ci nie mówią, sięgnij do wpisu o systemie kopertowym lub tworzeniu budżetu.

Teraz czas na ustalenie , jakie wydatki okazują się absolutnie konieczne (minimum). To są takie pozycje, bez których nie możesz przeżyć: proste jedzenie, podstawowa chemia, leki i lekarze, najtańsze auto lub wręcz bilety miesięczne, opłaty za szkołę/przedszkole i jedne zajęcia dodatkowe, ubrania z ciuchlandu oraz minimalne prezenty i kieszonkowe. Oczywiście pamiętamy o zobowiązaniach (alimenty lub raty). W przypadku mojej rodziny zmieściłbym się (dzięki przejściu przez następne kroki) w 4000 zł.

Wersja średnia, zakłada już pewien luz. Niewielki, ale jednak. Kupujemy lepsze jedzenie, ubrania. Jeździmy samochodem (może dwoma). Czasem wychodzimy gdzieś, opłacamy polisy, stać nas na wakacje raz w roku. W przypadku mojej rodziny 7000 zł.

Wersja niezła. Żyjemy jak dotychczas.

Popatrz, ile potrzeba w poszczególnych wariantach. Czy stać Cię, choćby na minimum? Czy chcesz tak funkcjonować, a może potrzebujesz mniejszej dyscypliny finansowej ? Ten etat nie był taki głupi, prawda?

Krok 2. Spłać wszystkie zobowiązania i zlikwiduj zbędne wydatki . Zobacz co możesz zrobić sam.

Im więcej masz stałych zobowiązań, tym gorzej. Wszelkie abonamenty, raty itp.

Na pewno znajdzie się tu życie, ale w wersji zredukowanej, więc nie 1000 zł na jedzenie/osobę, lecz np. połowę tej sumy, chemia (niekoniecznie najlepszych marek, odrzuć ulubiony pachnący papier toaletowy), przyjmowane leki. W wielu wypadkach, jeśli dotychczas nie żyłeś oszczędnie, może zejdziesz z nimi o połowę. Potem mamy dach nad głową i transport, gdzie przeprowadzamy podobny proces. Może wystarczy jedno auto?

Krok 3. Policz swoje aktywa.

Oczywiście jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś i nie robisz regularnie. Bez wiedzy, co posiadasz, nie ma skutecznego planowania finansowego. Bilans aktywów czyli spisanie, nieruchomości, większych przedmiotów, oszczędności, inwestycji, stanu rachunków bankowych oraz ważne – ich wartości, pozwala na analizowanie wariantów awaryjnych i daje spokojną głowę, że sobie poradzisz. W razie przejściowych kłopotów, sięgniesz na konto, sprzedasz kilka akcji, spieniężysz obligacje czy coś wartościowego. Ewentualnie coś wynajmiesz za kasę. Unikniesz konieczności proszenia o pożyczkę czy kredyt, której w trudnym momencie możesz po prostu nie dostać. Im więcej aktywów posiadasz tym łatwiej ci się żyje i podejmuje ryzyko. A te, w życiu bez pracy, zwłaszcza na freelance lub jdg drastycznie powiększa się.

Krok 4. Znajdź sobie nowe źródło dochodów i pesymistycznie je policz .

Wiesz jaka cecha charakteryzuje ludzi bogatych? Posiadanie wielu strumieni dochodów. Kiedy jeden wysycha, zawsze zostają inne. Kiedy jednak tracisz główny przypływ gotówki (bo zakładam, że praca tak właśnie wygląda), zostają jeszcze inne, może węższe strumyczki, ale razem połączone w niezłą rzeczkę. Jeśli tak nie jest, pilnie potrzebujesz nowego źródła dochodu. Stąd wielu porzucających etat planuje już z czego się utrzyma. Znasz może najczęstsze pytanie zadawane przez nowicjuszy na wiejskich forach? Nie, to Ci powiem. Brzmi ono: „Z czego na tej wsi utrzymujecie się?” I odpowiedzi padają różne, jak różne są ludzkie życia i zawody. Część idzie w agroturystykę (przy obecnym kryzysie – odradzam), inni w rzemiosło, w rękodzieło, w warsztaty, albo nadal pracują w dawnej firmie, tylko zdalnie. Sporo osób poprzechodziło na renty, emerytury. Ktoś zredukował godziny pracy, trafiają się rentierzy, którzy w ogóle nie muszą uprawiać zawodu. A jakie będzie Twoje nowe źródło?

Teraz kwestia wyliczenia. Piszę, żeby zrobić ten krok patrząc na czarny scenariusz, pesymistycznie. Pokażę na prostym przykładzie – wykorzystania własnego majątku, wcale nie na wsi. Załóżmy, że tak jak ja, mieszkacie we własnym domu w sporym mieście i stanowi on Wasze główne aktywa. Jak z niego zrobić strumień dochodów? Możecie podzielić piętro/parter i połowę sprzedać (na moim niewielkim osiedlu, blisko uczelni, parę osób tak właśnie zrobiło). Zostaniecie wtedy z mniejszą powierzchnią, ale z gotówką. Możecie tę połowę stale wynajmować i dostawać jakąś kasę. Możecie wrzucić na booking.pl czy airbnb.pl poszczególne pokoje. Ile z tego dostaniecie? I tu właśnie wchodzi pesymizm. Przy sprzedaży, zakładajcie niską cenę (piętro w domku jest zawsze sporo tańsze od mieszkania w bloku) – w moim przypadku byłoby to 350 tys. zł (7 tys. zł/m2). Zyski z tego trochę ponad 5% netto czyli 17.500 zł/rok, a więc ok. 1500 zł/m-c. Przy wynajmie może nawet trochę mniej -1300 zł (ale zachowujecie własność). Jeśli dacie radę wykręcić z inwestycji 8% zyskacie 28 tys. zł czyli ok. 2300 zł/m-c. Wygląda lepiej, ale nie zakładajcie tego w żadnym razie jako pewnika w budżecie. Podobnie policzcie dochody z warsztatów, rolnictwa czy rękodzieła.

Teraz dodaj wszystkie obecne i planowane. Podziel je na pewne, prawdopodobne i niepewne. Pewne to takie, które na 100% dostaniesz (np. odsetki od lokaty, obligacji SP), prawdopodobne – otrzymasz je na 60-90% (odsetki od obligacji korporacyjnych, czynsz za mieszkanie, dywidendy, kasa z warsztatów). Niepewne – tutaj na dwoje babka wróżyła (zyski ze wzrostu wartości akcji). Pewnych + 50% prawdopodobnych musisz mieć tyle, by wystarczyło na życie w wersji minimum. Proste i skomplikowane zarazem.

Krok 5.Miej plan B. Stwórz fundusz awaryjny, który pokryje niedobory.

A jeśli coś pójdzie nie tak? Ludzi nie zainteresują Twoje warsztaty? Państwo zacznie wypłacać niższe odsetki? Najemca mieszkania nie zapłaci czynszu? No cóż, najpierw popatrz w poprzedni krok. Wbudowany w niego jest pewien bezpiecznik. Dochody pewne + 50% prawdopodobnych muszą wystarczać na minimum wydatków. Jeśli plan A zawiedzie, zawsze masz szansę obciąć wydatki i przeżyć. To jest Twój plan B. Jasne, możesz wymyślać i inny – pójdziesz do pracy (stałej lub dorywczej), coś sprzedasz (jeśli masz aktywa).

Czemu służy zatem fundusz awaryjny? Utrzymaniu płynności. Zanim pozbędziesz się drugiego auta, powinieneś zapłacić np. ubezpieczenie lub zrobić przegląd. Potrzeba na to kasy. A Ty masz dostęp do 6-miesięcznych wydatków. Kolejny spadochron, przydatny, gdy skaczesz w przepaść.

Na koniec wrócimy do przykładu „typowej” rodziny, która postanowiła uciec z korporacji i wyjechać na wieś. Mają jedno dziecko (2+1), dotychczas mieszkali we własnym mieszkaniu (50% LTV) i mają jeszcze chatę „po dziadkach” na wsi.

Krok 1. Do tej pory pory zarabiali w sumie 10 tys. zł netto i dostawali 800+, a więc razem 10.800 zł. Płacili ratę 2500 zł i inne koszty mieszkaniowe 1000 zł. Do tego utrzymywali auto (700 zł), wydawali na życie (2500 zł), UUPK – 1000 zł, na edukację (przedszkole+zajęcia dodatkowe) – 700 zł, na rozrywki (wakacje + wyjścia) – 1000 zł. Zostawało im 1400 zł przeciętnie w miesiącu.

Przenosząc się na wieś i rzucając pracę, koszty minimalne zredukują do 2400 zł , w tym:

  • dach nad głową – 600 zł,
  • auto – 200 zł,
  • życie – 1000 zł,
  • UUPK – 500 zł,
  • edukacja – 0 zł,
  • rozrywki – 100 zł.

Koszty średnie powiększą się o 200 zł na rachunki, 300 zł na paliwo, 300 zł na życie, 300 zł na UUPK oraz 300 zł na edukację oraz 400 zł na rozrywki. Z 2400 zł zrobi się 4200 zł.

Jeśli chcieliby żyć, na takim poziomie jak dotychczas, nie wydadzą tylko na ratę czyli potrzebują aż 6900 zł.

Krok 2. Jedyne zobowiązanie – kredyt hipoteczny zostanie spłacony przy sprzedaży mieszkania. W ten sposób wydatki spadną o 2500 zł. Na wsi sporo rzeczy da się zrobić samodzielnie – od opieki nad dzieckiem przez jedzenie. Mniej kasy pójdzie na auto (stoi pod domem, płacimy tylko koszty stałe, wyjeżdżamy do sklepu, do miasteczka, znacznie rzadziej). Wielu ludzi samodzielnie przygotuje opał, którym jest drewno – dziadkowie mieli pewnie kawałek lasu. Nawet jednak kupując drewno, płacąc dzisiaj po 200 zł za kubik czyli metr przestrzenny, potrzebujemy go w domku może za 2000 zł/rok (1 mp = 2000 KWh). Do tego śmieci – 90 zł, woda i ścieki (oczyszczalnia) – 100 zł , prąd – FV czyli 40 zł/m-c, internet 90 zł, komórki 60 zł i 20 zł podatku. W ten sposób dochodzimy do 600 zł. Głównie dlatego, że prąd produkujemy sami, ścieki załatwia nam oczyszczalnia, a ciepło także uzyskujemy własną pracą (porąb, ułóż, wysusz, spal). Stąd koszty minimum wychodzą nierealnie niskie -2400 zł/3os.

Krok 3. Aktywa to kwota pozostała po spłacie kredytu – 200 tys. zł z wartości mieszkania oraz 200 tys. zł w domu na wsi. Do tego auto za 30 tys. zł.

Krok 4. W tym miejscu dochodzimy do sedna. Stałe i pewne źródło dochodów stanowi 800+. Zapewnia pokrycie wydatków w 1/3. Co jeszcze można zrobić? Wykorzystać te 200 tys. zł kupując obligacje – załóżmy, że zarobimy w ten sposób kolejne 800 zł. Potrzebujemy na minimum jeszcze 800 zł, na przeciętne życie 2600 zł, a dotychczasowe – 5300 zł. Przez pewien czas dostaniemy zasiłek dla bezrobotnych – średnio 1300 zł/osobę, a więc przez rok, na przeciętne życie wystarczy. Potem możemy pójść do opieki społecznej i pewnie, z uwagi na dziecko wyrwiemy jakoś te 800 zł (zasiłek rodzinny, może wychowawczy, jeśli dziecko małe, do tego dodatek mieszkaniowy, dopłata do energii). Pomocy społecznej nam nie dadzą, z uwagi na oszczędności. Teoretycznie więc, na minimum dostaniemy od państwa+uzyskamy z odsetek. Są to dochody pewne.

Nikt rozsądny nie chce jednak tak żyć. Praca „parobka” czyli robotnika rolnego wyceniana jest na wsi na 200 zł/dniówka z ręki do ręki, bez żadnego ubezpieczenia. Stąd, skoro mamy: 800 +, 800 zł odsetek, 800 zł od państwa, brakuje nam jeszcze do średniego poziomu życia tych 1800 zł, a do dotychczasowego 4500 zł. W pierwszym wariancie ojciec idzie „na parobka” przez 8 dni, w drugim na cały miesiąc, a w zimie coś kombinuje. Opcja druga – praca sezonowa za granicą. Jak już pisałem – dziennie do zarobienia 100E czyli 430 zł. Pracując kwartał (1 osoba) – mamy 30 tys. zł. Dzieląc to przez 12 miesięcy – 2500 zł. Można zająć się freelancem w dotychczasowym zawodzie (w moim przypadku na miejscu, w gminie 2400 zł przy pracy 10h/tydz.), lub zdalnie (wtedy stawki są wyższe). A urastająca do rangi symbolu agroturystyka? No cóż, tu nic nie wygląda pięknie. Obecnie mamy spory kryzys w turystyce. Tak duży, że nawet długo działające pensjonaty w atrakcyjnych miejscach notują obłożenie 50% (w sezonie). My, licząc realistycznie, możemy się spodziewać 30% i to wyłącznie biorąc pod uwagę okres wakacji, na wiosnę i na jesieni może 15% (4 dni w miesiącu). Same przychody z pokoju dwuosobowego (założenie 60 zł/os. nocleg i 60 zł wyżywienie) to 8400 zł. Z tego 1/3 pożrą nam koszty, więc zostanie ok. 5600 zł/pokój/rok. Mając 3 (to dużo, bo albo sami musimy mieć większy dom i ściskać się na sezon), albo zaadaptować budynek gospodarczy, zostanie nam 16.800 zł, czyli ok. 1400 zł/m-c. Żyć z tego nie sposób. Zostają jeszcze zwierzęta, ale i w tym przypadku trzeba mieć rynek zbytu. Dlatego większość mieszkańców miast jednak w nich zostaje. Na wsi , mieszczuchowi da się żyć wyłącznie wtedy, gdy przynajmniej jedna osoba pracuje zdalnie, freelansuje, pracuje dorywczo za wysokie stawki lub ma zyskowną dg, albo rodzina ma oszczędności/przychody. Znacznie bowiem lepiej (30 tys. zł/rok) wyjechać na kwartał za granicę, niż przez cały sezon (od wiosny do jesieni) czekać na turystów (16,8 tys. zł/rok przy 3 pokojach). Praca na miejscu jest często w granicach pensji minimalnej, a dojazdy do miasta wymagają czasu i jawnie kłócą się z ideą slow life (chyba że 2-3 dni w tygodniu).

Pomysł na spokojne życie. Pogotowie hydrauliczne. Akt I – zakup elektrożmijki i pierwsza akcja.

Jak wiecie z bloga cały czas kombinuję jak się nie narobić, a zarobić. Dążę do ideału – 4 -godzinnego tygodnia luźnej pracy. A żeby był on realny potrzebne są:

  1. Niewielkie wydatki.
  2. Wysoka stawka godzinowa.
  3. Zawód niestresujący i najlepiej niezależny od koniunktury.

Zwykle piszę o wydatkach – dzisiaj robię wyjątek. Natchnieniem dla mnie były następujące wydarzenia. Dość regularnie zapycha się w moim starym domu jeden z poziomów kanalizacyjnych. Dwa łączą się pod kątem ostrym, gdzieś pod trawnikiem lub chodnikiem. Spadek niewielki, bo ktoś wymyślił łazienkę w piwnicy, czyli pod poziomem gruntu. Teraz łazienka nie działa, ale pion wykorzystuje kuchnia, a w niej zmywarka, czytaj wysokie stężenie tłuszczu w gorącej wodzie, która gwałtownie się ochładza, przechodząc powoli przez rurę o temperaturze 3-5 st. C. Warunki idealne dla zatorów. Do tej pory radziliśmy sobie wzywając pogotowie kanalizacyjne. Raz skasowali nas na 500 zł, raz na 800 zł (z czyszczeniem ciśnieniowym). Potem, gdy tylko zlew bulgotał, żona wlewała jakieś płyny. Aż przestało to pomagać. I cały ten tłuszcz wybijał razem z wodą w łazience, spływając sobie po betonowej posadzce do kratki. W efekcie – dramat. Próbowałem ręczną sprężyną 8mm, ale bezskutecznie. Padł pomysł. – nie będę co pół roku płacił po parę stówek – kupuje elektrożmijkę czyli taką walizkę z silnikiem elektrycznym 20 m grubych sprężyn i różnymi końcówkami. Koszt 5400 zł za sprzęt polskiego producenta wydawał się spory, dopóki nie zobaczyłem cen wiodącej firmy – 13k za taki zestaw. Ponieważ naoglądałem się filmów na YouTube i wiedziałem, że urządzenie wykorzystują profesjonaliści – myślę, tym bardziej ja, amatorsko.

Pierwsza robota u siebie. Zaczynam o 10. Najpierw lektura instrukcji, zniesienie wszystkiego do piwnicy, rozpakowanie, złożenie, podłączenie. Nic nie popsułem – działa. Kręcę godzinę – wyszło trochę tłuszczu i schowała się pierwsza sprężyna (ok. 2 m). Robię przerwę, żeby nie spalić silnika. Druga godzina, zmieniam końcówkę. W pewnym momencie – stop. Silnik pracuje – sprężyna nie kręci się. Z filmików i instrukcji, wiem o co chodzi – końcówka wbiła się w tłuszcz i zablokowała. Wyłączenie i próba wyszarpnięcia. Trzyma. Dopiero po chwili puszcza – całe 10 cm narzędzie nabite białym tłuszczem jak znicz parafiną. Powtórka. Kolejna przerwa na ochłodzenie maszyny. W końcu przebiłem czop. Miał chyba ze 30 cm długości. Woda cofnęła się. Teraz zmiana sprężyny na grubszą i dawaj od nowa. Na koniec poszerzanie otworu i wpuszczenie 4 sprężyn (8m – żeby ew. wyczyścić dalej). Zostało mi jeszcze mycie i sprzątanie.

I pierwsza refleksja. Każdy majster, który przyszedłby do roboty, skląłby mnie od ostatnich. 30 cm zatoru przy średnicy rury 50mm to wiele wpuszczonych zmywarek, aż całkiem się zatkało. Płyn dokończył dzieła, utwardzając i rozlewając tłuszcz w poziomej rurze. A potem wszystko stężało. Zapłaciłbym pewnie z 1000 zł, albo i lepiej (oficjalny cennik przedsiębiorstwa kanalizacyjnego to prawie 3000 zł w tygodniu i jeszcze drożej w weekend), o ile maszyna miałaby odpowiednią moc (moja ma 750W, ale są mniejsze po 450 W) i dałaby radę.

Druga refleksja. Nie święci garnki lepią. Kiedy pierwszy raz posługiwałem się żmijką, mój Tato, inżynier (w dodatku sanitarny) powiedział mi tak: jeśli nie będziesz trzymał dobrze w trakcie kręcenia, załamiesz sprężynę i koniec, do wyrzucenia. Tak działało na ręcznej. Ta profesjonalna ma 16 lub 22 mm średnicy (a nie 8) i pomimo, że obraca ją silnik, załamać się nie da. Do tego instrukcja straszyła – uwaga na odbicia oraz kręcącego się za maszyną węża (sprężyna przechodzi na wylot – wkłada się ją z jednej strony maszyny, a wyjmuje z drugiej). A przede wszystkim nie daj się wciągnąć, bo urwie rękę. Nic złego się nie stało. Sprzęt jest mega bezpieczny, o ile ktoś uważa na BHP.

Refleksja nr 3. Rozmowa z koleżankami i kolegami w pracy – każdy miał taki problem. Fachura przychodził z łaską i brał od 200 zł za proste zatkanie w łazience do 800 zł, gdy trzeba było odtykać domowe przyłącza. Roboty na 15 minut (zlew) albo na 2 godziny. Stawka godzinowa wychodzi niezła – 400 zł. Zero Vatu. Mógłbym robić dg nierejestrowaną na żonę lub syna. Tylko dochodowy (12% plus jakieś koszty). Idealnie. Rachunek wychodzi następujący:

4 godziny x 350 zł (netto) = 1400 zł/tydzień. 2,5 tygodnia x 1400 zł = 3500 zł. Za 10 godzin.

A gdybym chciał na poważnie? Pracować dajmy na to 8 godzin w tygodniu, płacić podatki i zdrowotną. Wtedy z 400 zł robi się 300 zł, ale i wynik inny.

8 godzin x 300 zł x 4 tygodnie =9600 zł. Po co było kończyć studia?

Myślicie, że to drogo? Lokalna firma publikuje cennik: 454 zł za rozpoczęte pół godziny (czyli 908 zł za 35 minut). Plus 160 zł za dojazd. Frezowanie (czyli usuwanie złogów ze ścianek rury) – 1262 zł za godzinę. I sama śmietanka – gdyby usługę wykonali w sobotę/niedzielę lub pomiędzy 22 a 7 – doliczają sobie 50% za każdą godzinę. Krótko mówiąc moja dzisiejsza (sobotnia) robota (3 godziny pracy – nie liczę studzenia sprzętu) – 4.246 zł (908 x 3 x 150% + 160 zł). Jakiś kosmos. Hydraulicy bez faktury i paragonu są tańsi, ale 400 zł za godzinę to taki standard.

Klamka zapadła, w przyszłym tygodniu wieszam ogłoszenia na dwóch sąsiednich osiedlach. Zobaczymy, jaki będzie odzew. Myślę, że spory, bo bloki stare, rury i mieszkańcy dobrze pamiętają Gierka, a fachowców w branży jak na lekarstwo. Nikt nie lubi śmierdzącej, brudnej roboty. Mnie, pomimo 25 lat w biurze, nie przeszkadza.

Spadek na Bitcoinie. Czy wchodzić do gry?

BTC po pięknym rajdzie na 125k USD, zalicza spadki w okolice 85k. Sam, napędzający koniunkturę (akcje złe, BTC- świetny) Robert Kiyosaki sprzedał na spadkach. Czy to powód do kupienia? Czy to ten czas?

No cóż, znacie moje zdanie. Crypto uważam za hazard i bańkę zmierzającą do golenia owiec. Nie potrafię wyliczyć jego wartości, bo nie powiązano jej z żadnym państwem. Czysta spekulacja. A ja nie spekuluję.

Gdybym miał jednak wyrazić swoje zdanie, musiałbym opierać się na kryteriach technicznych. Te nie działają na korzyść BTC. Przełamano wsparcie na 105k. Dążymy do 80k, a kolejne poziomy to 70k i 60k. Na rynku panuje panika (nie bardzo są kupujący), stąd ja spadającego noża nie łapałbym w żadnym wypadku.

Z drugiej strony po historii sankcji Donalda Trumpa na sędziów MTK (ściganie B. Netanjahu za zbrodnie w Gazie – poświęcę temu oddzielny wpis), dostrzegam zalety krypto walut – ich niepowiązanie z żadnym rządem oraz bezpaństwowość giełd.

Wynik: obecna przecena nie wygląda mi na zwykłą korektę, a lubię kupować tanio. Przy 60k USD zacznę się zastanawiać. Przy 30k dla czystej spekulacji wejdę, o ile dojdzie do takich poziomów. Rynek krypto działa histerycznie.

Stary dom po 12 latach od zakupu. Porównanie z nowymi technologiami.

Piotr, właściciel nowego, dobrze ocieplonego – 90-metrowego domu podał nam ważną informację – szacowane zużycie prądu przy pompie ciepła wynosi 1800 KWh/rok. Szybko przeliczyłem i wyszło ok. 2000-2200 zł za rok, przy dzisiejszych cenach energii. W przypadku własnej FV na starych zasadach (lub z magazynem energii) równe 0 zł. Dla stojących przed wyborem „stary czy nowy” ważna informacja.

Jednocześnie ponieważ największym powodzeniem cieszy się wpis o starym domu po 7 latach https://oszczednymilioner.pl/2021/04/04/czy-warto-kupowac-stary-dom-refleksje-po-7-latach/ warto dokonać porównań.

Koszty ogrzewania. Piotr płaci 0 zł/rok. Ja w mieście ok. 8000 zł. Na wsi (140 m2) szacowałem zużycie na ok. 2000-3000 zł/rok, gdybym palił w kominku z płaszczem. Spora różnica. Tutaj nowy dom zdecydowanie i bezapelacyjnie wygrywa. Albo jest dużo tańszy (8k kontra 0k), albo niewiele (2k), ale trzeba codziennej pracy przez pół roku. Do tego bezobsługowość pompy ciepła łatwo połączyć z pracą zawodową.

Koszty zakupu. Tutaj trzeba przyjąć kilka założeń, i ja to robię (powierzchnia nadal 100 m2.

  1. Nowy dom w miejscu starego w mieście. W moim przypadku – niemożliwe, nie ma działek. Tzn. trzeba kupić stary dom (1 mln zł), wyburzyć go (50k), postawić nowy i wykończyć 800k. W sumie 1.85 mln zł. Nieźle.
  2. Nowy dom przy granicy miasta. Tutaj już istnieją oferty. U mnie 1.1 mln z wykończeniem i zamianą gazu na pompę ciepła + FV.
  3. Nowy dom na wsi. Realnie ok. 800k.
  4. Stary dom w stanie porównywalnym do mojego (prawie centrum) – 1 mln zł.
  5. Stary dom na przedmieściu – 600k.
  6. Stary dom na wsi – ok. 400k.

Odrzuciłem tu koncepcje samodzielnej budowy. Wpadamy przy tym w pewną pułapkę. Większości obywateli mojego miasta (średnia pensja ok. 9k brutto) nie stać na dom za 1.85 mln. Realnie porównuję warianty: 2-6.

A koszty zakupu, oznaczają w większości przypadków kredyt. Tym samym –

  • wariant 6 – sama gotówka, 0 kredytu,
  • wariant 5 – rata 1400 zł,
  • wariant 4 – rata 4200 zł,
  • wariant 3 – rata 2800 zł,
  • wariant 2 – rata 4900 zł.

Patrząc na ten punkt, widzimy jedno – wieś wychodzi na duży plus, zarówno w nowym jak i używanym.

Na koniec „kosztów zakupu” jeszcze jedna uwaga. Są ludzie, którzy mają ten 1 mln żywej gotówki, ale wydając ją na dom, nie osiągną zysków kapitałowych. 0.6 mln x 8% = 48.000 zł/rok tj. 4000 zł/m-c różnicy. Trochę mniej niż 4200 zł, ale nadal sporo. Tu kłania się tzw. teoria kosztów/zysków alternatywnych.

Koszty dojazdu. Ważny punkt, gdy planujemy mieszkać na wsi, a dojeżdżać do miasta. O ile koszty zakupu i ogrzewania poniosą wszyscy, o tyle koszty dojazdu to sprawa mocno indywidualna, zależna od:

  • sposobu i trybu pracy (niepracujący rentier/emeryt/rencista, dg w mieście, dg na miejscu, dg w drodze, praca stacjonarna zdalna i hybrydowa, na cały lub część etatu),
  • liczby dzieci i ich aktywności (dojazdy, dowozy, zajęcia dodatkowe),
  • sposobu dojazdu, a zwłaszcza kosztów utrzymania samochodów.

I tutaj realnie zaczyna się problem, ponieważ każdy musi policzyć sam. Ja mogę tylko podać pewne przykłady i widełki.

Dla „typowej większości” czyli posiadających 1 dziecko pracowników etatowych mieszkanie w centrum lub blisko centrum miasta, pozwala na użytkowanie jednego auta na rodzinę. Szkoła, przedszkole albo znajdują się wystarczająco blisko (u mnie: przedszkole 100m, szkoła podstawowa – 10 minut spacerem na sąsiednim osiedlu, liceum (ogólnokształcące, plastyczne) oraz 4 szkoły wyższe (2 uniwersytety wieloprofilowe, politechnika, kierunki rolniczo-przyrodnicze) w podobnej odległości. Ani dziecko (student) ani rodzice nie potrzebują zatem auta. Do pracy w centrum wiezie mnie kilka autobusów i trolejbusów, albo mam 20 minut spaceru. Miejscowy „Mordor” – siedziba oddziałów korporacji – 10-20 minut na nogach. Tak jak napisałem, jedno auto wystarczy. Zupełnie nie powiedziałbym tego ani na przedmieściu, ani na wsi, przynajmniej dopóki oboje pracujemy. Wtedy trzeba doliczyć drugi samochód. My go akurat mamy, ale nie jest to konieczne, a przyczyna leży w mojej dg.

Dlatego przyjmuję założenia minimalne:

Miasto – koszt dojazdu 200 zł.

Przedmieścia (2 auta) – 600 zł.

Wieś (2 auta) – 1000 zł.

A maksimum? Sky is the limit. Można sobie kupić, jak moi znajomi, dwa auta po 200k i płacić za same ubezpieczenia 1000 zł/m-c. Albo ujeżdżać np. paliwożernego hot hatcha – spalanie 10l/100 km co daje przy 30 km dojazdu 10 razy w tygodniu 1500 zł na paliwo, a razem (bez przeglądów i napraw tylko paliwo + ubezpieczenie) 2500 zł. Gdy doliczymy leasingi – 6500 zł/m-c. Tego nie przebije nawet 4900 zł raty. Ja jednak przyjmuje te 1000 zł (spalanie 30 zł x 1500 km = 450 zł benzyna i 150 zł ubezpieczenie plus 400 zł remonty/przeglądy i drugie auto awaryjnie) – jako „wiejską miarę”.

Koszty remontów. Nowy dom = 0 zł, stary dom – 250 zł/m-c tzw. funduszu remontowego (ja w wiejski dom 140 m2 włożyłem niecałe 20 tys. zł przez 17 lat, ale inne były ceny i sporo robię sam).

Suma kosztów. Teraz porównajmy warianty.

Wariant 2. Nowy dom na przedmieściu. 4900 zł raty, 600 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 5500 zł.

Wariant 3. Nowy dom na wsi. 2800 zł raty, 1000 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 3800 zł.

Wariant 4. Stary dom blisko centrum miasta. Rata 4200 zł. 200 zł dojazd. 650 zł ogrzewanie, 250 zł na remonty. Suma 5300 zł.

Wariant 5. Stary dom na przedmieściach. Rata 1400 zł, dojazd 600 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł remont. Suma 2900 zł.

Wariant 6. Stary dom na wsi. Rata 0 zł, dojazd 1000 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł na remont. Suma 1900 zł.

Porównujmy zatem w kategoriach. Przedmieście: stary 2900 zł, nowy 5500 zł. Wieś: stary – 1900 zł, nowy 3800 zł. Widać, że w starym mamy jeszcze spory zapas. To jednak tylko część prawdy. Musimy brać pod uwagę jeszcze dwie rzeczy.

Współczynnik niepewności. Co z tego, że dzisiaj płacimy ratę 4900 zł (nowy dom na przedmieściu), skoro jutro może to być zarówno 9800 zł jak i 3000 zł? Podobnie z remontami – standard 250 zł nie u każdego się sprawdzi, gdy zaczną pękać ściany, albo padnie kocioł/kominek itp. zapłacimy krocie. Stąd warunek starego domu (wszędzie) – dobry stan techniczny. Pisałem o tym 5 lat temu. Moje naprawy awaryjne przez 12 lat (nie liczę ocieplenia, ani upiększeń) wyniosły razem może 5 tys. zł plus 20-30 k czekającej mnie renowacji tarasu (zrobię ją w końcu sam, nie mam cierpliwości do majstrów). Mówimy wprost – 3 tys. zł/rok, 250 zł/m-c. Tyle ile wyliczyłem na wstępie. Zarówno na wsi, na przedmieściu, jak i w mieście znajdziemy ruiny do wyburzenia, jak i domy w doskonałej kondycji.

Kwestie niematerialne. Nie chcę kłamać – zwykle one decydują. Wielkość ogrodu, liczba dowożonych dzieci, rodzice w pobliżu, albo dobra praca. Miłość do prac ogrodniczo-remontowych, albo dwie lewe ręce. Leń albo pracuś. Miłośnik Netflixa, psów. Takie czy inne hobby (opera albo wędkarstwo). Jeden pracuje z domu, drugi pragnie uniknąć dojazdów. Ile rodzin, tyle historii. Tu nie ma jednego, mądrego wyboru. Nawet dom w mieście, ma szereg wad – np. większe narażenie na ostrzał w czasie wojny. Stąd każdy musi, po przeczytaniu tego tekstu i analizie swojej sytuacji podjąć decyzję: nowy czy stary oraz gdzie położony. Niektórych po prostu nie będzie stać na nic innego niż stary dom na wsi. Nie dla nich 0 zł na ogrzewanie pompą ciepła, bo te 1,1 mln pozostaje poza ich zasięgiem.

Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Maciejem Samcikiem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,190550,30707855,jak-oszczedzac-na-emeryture-samcik-jest-inwestycja-na.html . Czytając go miałem mieszane uczucia. Z jednej strony ten dziennikarz zrobił więcej dla idei oszczędzania w Polsce niż wszyscy blogerzy finansowi razem wzięci, z drugiej – padają tezy, z którymi nie sposób się zgodzić. W tym podstawowa podana w tytule wpisu (cytuję fragment w całości): „ZUS świetnie waloryzuje pieniądze. Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji. Waloryzacja w ZUS-ie jest znacznie wyższa niż inflacja. Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim. To jest jeden argument, żeby być w ZUS-ie.”

I tu dochodzimy do sedna, czyli rozkładamy myśl na czynniki pierwsze.

Pierwsza pomyłka. „ZUŚ świetnie waloryzuje pieniądze.” Otóż nie. ZUS nie waloryzuje żadnych pieniędzy, bo ich nie ma, gdyż wpłacane składki wydaje na bieżąco, domagając się dopłat z budżetu (już teraz składek nie starcza na emerytury). Tym różni się od firm ubezpieczeniowych, banków itp. ZUS nie gromadzi pieniędzy. Jedyny majątek, to jego aktywa trwałe (budynki, działki, wyposażenie), ale nie jest on przeznaczony na wypłatę emerytur. Waloryzacja=obietnica. Wprawdzie od 1999 r. wychodzi nam prawie x 7,33 (czyli 750 zł zwaloryzowali na 4700), ale w porównaniu z wieloma nieruchomościami – bez rewelacji.

Pomyłka druga. „Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji.” Ta pomyłka zawiera dwa błędy: logiczny – przyjęcie jako założenie sytuacji oczywiście niemożliwej (a jak wiemy z fałszywego założenia nie może wynikać prawdziwy wniosek) i metodologiczny – uznanie składek emerytalnych za inwestycję. Po kolei. Wartość logiczna tezy pozostaje w równym sensie prawdziwa co takie zdanie „Przy założeniu, że słoń jest rybą, okazuje się jedyną rybą posiadającą długą trąbę”. Wszyscy wiemy, że słoń rybą nie jest. Wszyscy wiemy, że katastrofa nadejdzie, a nawet już jej doświadczamy. Otóż, wspomniana przez p. Samcika w wywiadzie „katastrofa demograficzna” wydarza się dziś. Modele pokazują – ten system nie ma szansy się utrzymać, chyba że zdarzy się cud i stopa zastąpienia z obecnych ok. 1.1 skoczy do 2.1. Przy takich warunkach jakie guru oszczędzania podaje (za 20-25 lat na jednego emeryta półtora pracującego), wartość nabywcza emerytur będzie groszowa. Waloryzacja nie utrzyma realnej wartości wpłat, a co mówić o ich wyjątkowo korzystnej waloryzacji. Sam ZUS to przyznaje. Po cichu (w prognozach emerytalnych, a nie artykułach), ale zawsze. Otóż zapowiedział mi emeryturę ok. 82% średniej pensji przez kilkanaście lat (bo tyle średnio żyje mężczyzna) po 42 latach odkładania 32 % dzisiejszej średniej pensji. Tłumacząc na logikę: włożę 162 średnie pensje, wyjmę 118. Świetny wynik, prawda? Wyjmę realnie, mniej niż włożyłem. Krótko mówiąc, otrzymam prognozowane 10k zł (ja) tylko będą one wartości dzisiejszych 5 tys. zł. Ale to nie wszystko.

A jest jeszcze błąd merytoryczny – nazywanie ZUS-u inwestycją. Otóż, nie. To nawet nie jest lokata kapitału. Decyduje o tym kilka cech:

  • przymusowość czyli niedobrowolność,
  • niewycofywalność,
  • zależność wyniku od decyzji państwa, a nie zdarzeń losowych,
  • słaby wynik (o czym powyżej – wkładając 162 wyjmuje 118 średnich pensji).

Jak wiecie, inwestycja nie może być przymusowa. A składki ZUS – są. Odprowadza je pracodawca (albo my sami). Niezależnie od naszej oceny skuteczności w pomnażaniu kasy, nie możemy jej wycofać. Tu nie chodzi o brak płynności, brak ofert nabycia aktywów, spadających cen, bankructwa – po prostu nie da się i koniec. Znacie drugą taką inwestycję? Poza piramidą finansową i innym oszustwem.

Wysokość wypłaty z inwestycji określa rynek. Może się mylić. Możemy stracić. A w ZUS emeryturę oblicza nam państwo na podstawie własnych, zmienianych zasad. Policzy inny algorytm i zamiast 82% wynagrodzenia średniego, dostanę 41%. I nic nie będę mógł z tym zrobić.

Wreszcie, inwestycją określana jest taka aktywność, która zakłada wzrost realnej wartości w czasie. ZUS tego nie zakłada, niezależnie do zapłaconych raportów i myślenia życzeniowego. Podaje mi wprost – ze składki 32% średniej pensji przez 42 lata, dostanę 82% średniej pensji przez statystyczne 12 lat. Wynik podałem wyżej 162 z włożonych 118.

Teraz zastanówmy się – dlaczego red. Samcik opowiada nam takie niestworzone historie. Szczerze? Nie wiem. Może chce pomóc rządowi, który popiera. Albo prezentuje przywołane wyżej myślenie życzeniowe. Sam zbliża się do emerytury i chce wierzyć w system (z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Niemiec w Hitlera jesienią 1944). Przy czym, jeżeli pan Maciej robił to (najprawdopodobniej tak było), do czego namawiał, powinien mieć sporą pulę oszczędności (jest starszy ode mnie, więc dłużej oszczędzał, no i zarabiał lepiej). Nie powinien zatem żyć złudzeniami. Osobiście ich nie mam. Wypłatę z ZUS-u traktuję jako „starczą rentę” czyli środki, które nie pozwolą mi zginąć z głodu. Nic więcej. Takie dzisiejsze 2,5 tys. zł netto. Oby.

I ostatnia omyłka „Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim.” Nie i jeszcze raz nie. Otóż, sięgnąłem do archiwów systemu. W 2000 r. odprowadziłem składek emerytalnych ZUS w sumie od ok. 120% średniej krajowej. Czyli ca. 20% z 23 tys. zł. 4600 zł. W następnym roku kupiłem działkę budowlaną wartą 19k. Środków ze składek starczyłoby na 1/4 udziału. Potem wielokrotnie obracałem tymi pieniędzmi. Dzisiaj są warte 130 tys. zł (gdybym zachował działkę – ok. 100 tys. zł). I sprawdźmy skumulowaną waloryzację ZUS w tym okresie. Wychodzi mi wartość 29.200 zł. 1/5 wartości moich wyników. Ba gdybym trzymał działkę miałbym 100 tys. zł a nie 29.200 zł. I zapłaciłem zero podatku i składki zdrowotnej. Dalej chcemy opowiadać o dobru systemu?

Co więcej, odkryłem jeszcze jedną prawidłowość. Ta waloryzacja miała się nijak do wyników rynkowych i gros przypadało w okresie po 2020 r. Np. w 2024 r. waloryzacja wyniosła ponad 14%, a inflacja ok. 5%. Wcześniej było inaczej. W 2002 r. waloryzacja 1,9% przy dokładnie takiej samej inflacji. Wniosek – im gorzej system się zadłuża, tym bardziej pompowana jest bańka. Klasyczna piramida finansowa. Nie wolno tak mówić? Niech ZUS mnie pozywa.

Mercedes czy wolność? Wybór należy do Ciebie.

Jeden z moich kumpli wydał wszystkie swoje oszczędności na kilkuletniego Mercedesa CLS. Mówimy o człowieku, któremu zostało 10 lat do emerytury i pracuje stale na 2 etatach. Jaki będzie realny koszt tej decyzji? Policzmy.

  1. Utrzymanie: CLS AMG kontra Skoda Octavia. Przy przebiegu 10.000 km/rok różnica wyniesie:
  • 3000 zł/rok na paliwie,
  • 5000 zł/rok – ubezpieczenie,
  • 5000 zł/rok – naprawy i przeglądy,
  • 10.000 zł/rok – utrata wartości.
  • Razem: 23.000 zł/rok.

2. Teraz nieuzyskane odsetki. Załóżmy, że będąca w podobnym wieku Skoda Octavia kosztuje 1/3 ceny Mercedesa CLS-a. Różnica 135.000 zł. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że część kasy znajdowała się na rachunku IKZE, możemy założyć 7%/rok. Dodatkowe 10.000 zł.

3. Łączne koszty posiadania drogiego auta – w porównaniu z całkiem sensownym wyborem wozu w podobnym wieku. 1+2 czyli 23k+10k = 33k/rok, 2750 zł/m-c.

2750 zł na rok, oznacza możliwość odłożenia 33k/rok. Po 10 latach mówimy o 330k. Całkiem przyzwoita baza do prywatnej emerytury, w wysokości 1000 zł/m-c (i nadal 300 k zostawimy dzieciom). Zanim zaczniemy emeryturę, da nam wolność wyboru. Czy Mercedes CLS jest tyle warty? Moim zdaniem – nie. Ale Ty możesz mieć inne zdanie (albo zarabiasz tyle, że 2750 zł/m-c nie stanowi dla Ciebie żadnego problemu). Stąd tytuł wpisu.

Może sam staję się boomerem, ale moim zdaniem ten 75-latek ma 100% racji.

Przyzwyczajeni do mojego pastwienia się nad różnymi guru (nie tylko od finansów), chyba jesteście w szoku, że wreszcie istnieje ktoś, z kim zgadzam się w 100%. Tym bardziej, gdy darłem łacha z 35-latka, a podzielam poglądy 75-latka. Lecz nie byle jakiego. Piszę o samym nestorze polskiego rynku finansowego – Piotrze Kuczyńskim.

P. Kuczyński udzielił wywiadu Forbesowi https://www.forbes.pl/jak-inwestowac-zeby-pomnazac-oszczednosci-i-nie-stracic-w-razie-kryzysu/11lhzhr i postawił następujące tezy:

  1. Dla mnie obligacje to też są oszczędności, a nie inwestycje. Właściwie niewiele różnią się od lokaty w banku.
  2. Nasdaq stracił ponad 70 proc. No i teraz pytanie: przy jakim poziomie spadków wpadniemy w panikę i wszystko sprzedamy? Czy to będzie 20, 30, 50 czy może te 70 proc.? Teoretycznie wszystko się zgadza – minęło 25 lat i wszystkie indeksy są znacznie wyżej niż w szczycie tamtej hossy. Tyle że każdy musi się zastanowić, czy naprawdę wytrzyma 70-proc. spadek indeksu po drodze. Jeśli nie, to może wyjść z danej inwestycji w najmniej odpowiednim momencie. I później będzie patrzył bezradnie, jak te aktywa drożeją, a on już nie bierze w tym udziału. Znam ludzi, którzy w ten sposób tracili majątki.
  3. W kwestii kryptowalut ja jestem akurat w obozie Paula Krugmana i Josepha Stiglitza, dwóch noblistów z dziedziny ekonomii, którzy uważają je za bezwartościowe. Za tradycyjnymi walutami stoją całe gospodarki. Za bitcoinem i resztą kryptowalut stoi zaszyfrowany portfel.
  4. Według mnie wzór jest prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. Od 100 odejmujemy nasz wiek i tyle procent inwestujemy w akcje. A więc jeśli ktoś ma 50 lat, może za połowę swoich środków zakupić akcje. Ja, mając 75 lat, mogę na nie przeznaczyć mniej więcej jedną czwartą. Swój portfel akcyjny taki pięćdziesięciolatek może zabezpieczyć obligacjami czy inwestującymi w nie funduszami dłużnymi, które są bezpieczne i prawie zawsze zarabiają. Co prawda bywają okresy, kiedy nawet na tym rynku się traci, ale straty są tu szybko nadrabiane …… Do tego 10-15 proc. wolnych środków należy zainwestować w fizyczne złoto.

Co ja tu mam skomentować? W zasadzie mógłbym poprzestać na cytatach. Ale tak nie wolno.

Ad. 1 Proste. Obligacje SP, komunalne, lokaty, konta oszczędnościowe (do granicy gwarancji BFG) to oszczędności, nie inwestycje. Służą stabilizacji portfela. Starajmy się maksymalizować zyski, ale o wiele inflacji nie pobijemy.

Ad.2. Akcje rosną w długich terminach, ale kto ma taką odporną psychikę, by znieść 70% spadków. Co dopiero wtedy kupować? A tak trzeba. Większość trzydziestolatków patrzy na świat przez pryzmat krótkiego okresu. A potem uzyskują świadomość, że bessa wypada co kilka lat (1993, 1997, 2001, 2007, 2013, 2015, 2020, 2022), z czego kilka ma głębokość, o której mówiła Wyrocznia z Warszawy. Większość wierzących w „uśrednianie kosztu nabycia” sprzeda po 30-70% spadku. Pójdzie za tłumem. Nie ma opcji, żeby wytrzymali. Widziałem to wiele razy. A potem przychodzi odbicie. Dlatego ja teraz staram się kupować wyłącznie po spadkach, a sprzedawać delikatnie za szczytem. Jak powiedział Warren Buffet – po pierwsze – nie trać pieniędzy.

Ad 3. Kryptowaluty – mam zaszczyt być w obozie ww. oraz dwóch noblistów. Uważam je za spekulację. Ceny rosną, ale ja niekoniecznie chcę brać w tym udział, ponieważ pewnego dnia spadną o 90% i raczej się nie podniosą. Faktycznie – nie stoi za nimi żadna realna wartość ani gospodarka.

Ad 4. Przepis na portfel: 15% złoto, akcje 100%-wiek w latach, reszta oszczędności uważam za rozsądny dla … rentiera i kogoś, kto nie przepada z ryzykiem. I oczywiście możemy sobie cyzelować. Dodać jakiś towar (np. ropę, chociaż raczej nie fizyczną), produkty spożywcze, wrzucić nieruchomości. Tylko w takiej sytuacji musimy faktycznie znać się na inwestycjach. A przeciętny nauczyciel, lekarz itp. dobrze zrobi słuchając rad p. Kuczyńskiego.

Zwolennicy , p. Mentzena, p.Kiyosakiego zapytają mnie zaraz: A gdzie BTC, gdzie ETF, gdzie listy zastawne? Otóż, P.T. Czytelnicy. ETF-y na indeksy akcyjne niech sobie będą. Pewnie nawet dywersyfikacja geograficzna. Aczkolwiek ja lubię konkretne akcje, bo… przynoszą mi znacznie większe zyski niż indeks. BTC – już skomentowałem, trzeba mieć albo świetny refleks, albo mocne nerwy, albo duszę hazardzisty. Większość nie ma. Listy zastawne, porównałem je z obligacjami i … przegrały.

Złoto – tylko fizyczne, bo za bity na koncie, chleba nie kupimy w przypadku wojny. Każdy papier (także obligacje) zaliczy wtedy szok. Ale to temat na zupełnie inną opowieść. A w tej – jeszcze raz – 100% racji. Pozwólmy przemówić doświadczeniu, które przetrwało niejedną burzę.

Hybryda, idealne auto dla oszczędnych.

Dzisiejszy tekst zainspirowany został komentarzem Piotra (Toyota hybrid) i własnymi doświadczeniami (Hyundai Ioniq hybrid). Popatrzmy, dlaczego hybryda jest idealnym samochodem, dla kogoś, kto chce oszczędnie zaspokoić swoje potrzeby transportowe. Uściślam, mówimy o tzw. full hybrid, a nie półśrodkach w stylu mile hybrid, mini hybrid itd. Wyłączam także hybrydy plug in (zaraz napiszę, dlaczego).

Spalanie. O tym myśli każdy, gdy słyszy „hybryda”. I … zazwyczaj ma rację. Rozmawiałem z taksówkarzami, Toyota Corolla Hybrid (plus jej różne warianty: Auris, Prius, CH-R, Lexus CT) zwykle palą w mieście i trasie ok. 4 l benzyny i 5 l LPG na każde 100 km. Wynik nie do pobicia. Nieco większy (zwłaszcza na tylnej kanapie) Ioniq spala ok. 0,5-1 l więcej, i z uwagi na rodzaj wtrysku, montaż gazu nie będzie tak opłacalny.

Auto wyższej klasy średniej Toyota Camry/Lexus ES potrzebuje ok. 5 l/100 km.

W praktyce, oznacza to koszt przejechania 100 km na poziomie 15-30 zł. W dolnej granicy (Corolla + LPG) nie do pobicia przez jakikolwiek inny samochód, poza elektrykiem tankowanym z własnej instalacji FV.

Kiedyś słabą stroną hybryd była autostrada, ale taki Ioniq zużywa tam 6l/100km, o 2 litry mniej niż doładowane 1.0 TSI w Skodzie.

Popatrzmy na dłuższą perspektywę. 2 litry benzyny różnicy robią robotę – 12 zł/100 km =1200 zł za 10 tys. km i 12.000 zł/100 tys. km. A w przypadku LPG wynik wynosi ok. 27 zł/100 km/2700 zł/10 tys. km i 27.000 zł/100 tys. km. Te wyliczenia wyjaśniają popularność Corolli hybrid LPG wśród taksówkarzy.

Niezawodność i niskie koszty napraw. Tutaj warto spojrzeć prawdzie w oczy – naprawy i serwis drożeją w zastraszającym tempie. Konkretnie x 2 na przestrzeni 5 lat. Teraz większość wizyt u mechanika, autem klasy kompakt kończy się rachunkiem pow. 2000 zł. Dlaczego? Podrożała robocizna (ASO 300-400 zł/h) i części. Czyli wydatki. Oszczędzi ten, kto nie dokłada do przeglądów. I znowu, w przypadku hybryd słychać często o przebiegach 300 tys. km bez większych awarii. Przy dieslu, benzynie turbo raczej niemożliwe. Jak to działa? Proste konstrukcje, niewysilone. Mój 1.6 ma 105 KM (silnika elektrycznego nie liczę), a w 1.0 TSI mówimy o 115 KM z 1 litra, w 2.0 TSI już nawet 150 KM/litr. 1.8 Toyoty wykazywał 99 KM. A niewysilenie=trwałość. Kolejny plus – hybryda mniej zużywa układ hamulcowy. Na koniec brak przedziwnych pomysłów, w stylu PureTechów (pasek rozrządu w oleju), MultiAir (zawodna centralka) czy słaba powłoka cylindrów (zacieranie). Jedyna niewiadoma – bateria, da się regenerować za 3k. Dzisiaj śmieszna kwota w świecie turbin za 8k, czy części blacharskich za 7k (chinole). W efekcie dane podawane przez Piotra, czy moje doświadczenia z Ioniqiem (15 tys. km od 88 do 103 tys. km bez awarii w ciągu 7 miesięcy) pokazuje możliwości. Gdyby mówić o oszczędności rzędu 1-2 tys. zł/rok (w zależności od przebiegu), kumulujemy je na 10-20 tys. zł na przestrzeni 10 lat.

Niska utrata wartości. Hybrydy to rekordziści. Toyota/Lexus stoją na najwyższych stopniach podium w swoich klasach (i ogółem). I znowu jest kilka racjonalnych przyczyn. Każdy chce mieć niezawodne, tanie w eksploatacji auto. A jeszcze hybryd nie dotkną zawirowania unijne. Raz stawiamy na elektryki a wyrzucamy diesle z miast, następnie kasujemy przywileje i reanimujemy diesla. Hybrydy stoją sobie pośrodku. I dzięki temu oszczędzamy 5-10% na przestrzeni 5 lat. Przy nowym aucie to 5-20 tys. zł.

Optymalne właściwości eksploatacyjne. Elektryk – świetny w mieście i dookoła, słaby na trasy. Diesel – autostradowy połykacz kilometrów, ale w mieście – dramat. Hybryda – i to, i to. Wystarczająco szybka i zrywna (w stosunku do mocy – Camry 218 KM, Ioniq 141 KM). Z 15 tys. km większość zrobiłem po autostradach i drogach ekspresowych, czasem z pełną obsadą i bagażnikiem, nigdy nie poczułem braku mocy, a spalanie wyszło o 2 litry mniejsze niż w benzynowym 1.4, oraz porównywalne do Passata 1.6 TDI (120 KM). Czyli optimum.

Główna zaleta. Czas na główną zaletę – brak słabych stron, a sporo silnych (patrz wyżej). Diesel wolno się rozgrzewa (słabo w mieście), benzyna – sporo pali, elektryk – nie na autostrady. Hybryda w każdym z tych warunków daje czadu. Przegrywa w zasadzie tylko w niszach np. autach terenowych, bo limuzyny Lexusa już wyprzedziły własnościami Mercedesa/Audi w dieslu (podobne spalanie, znacznie niższe koszty napraw, sporo wyższa niezawodność).

Czy kredyt hipoteczny na 0,5 mln zł uważam za rozsądny?

Jeśli czytaliście wpis o wywiadzie z wyborcza.biz, pewnie wiecie, do czego nawiązuję. Tak – jeden z blogerów finansowych, zgrabnie połączył „oszczędzanie 70% dochodów” z kredytem na 0,5 mln zł.

W „zwykłym świecie”, poza bańką IT, menedżerów itp. oba te założenia kompletnie się nie spotkają. 0,5 mln kredytu hipotecznego daje nam ratę w okolicach 3.5 tys. zł/m-c. Z czego 90% początkowo stanowić będą odsetki. Gdzie tu oszczędność?

Natomiast da się taki projekt spiąć pod pewnymi warunkami.

Warunek 1. Odpowiednie, czyli b.wysokie dochody. Jeżeli przyjmiemy amerykańskie założenie – rata nie więcej niż 20 % dochodów, mówimy o ludziach zarabiających 17.5 tys. zł netto. Bez znaczenia singiel czy rodzina. Ale mamy jeszcze jeden punkt – oszczędzanie 70% dochodów. I tu nie da się żyć za 10% dochodów (100% – 70% oszczędności – 20% raty = 10%), chyba że zarabiamy (rodzina 2+2 podana przez blogera inwestycyjnego), już nie 17.5k netto , ale 70k netto/m-c (zwłaszcza w dużym mieście). Ile znacie par z dochodem 70k/m-c? Ja, dwie. Żadna z nich nie bierze kredytu na mieszkanie.

Warunek 2. Żadnych innych kredytów/leasingów. Tutaj idziemy prosto, skoro raty nie mogą przekroczyć 20% dochodu, hipotekę musimy połączyć z brakiem innych zobowiązań kredytowo-leasingowych.

Patrząc na liczby (zwłaszcza ten dochód 70k/m-c), osiągamy prostą konkluzję – obu warunków, kredytu 0,5 mln i oszczędności 70% dochodu, przeważająca większość z nas nie osiągnie, albowiem mówimy o 840 tys. zł netto/rok, czyli ponad 1 mln zł brutto. Daninę solidarnościową, liczoną od dochodu 1 mln zł/rok, płaci w Polsce 40.000 osób (dane z 2024 r.). Jak pisałem, wąska bańka.

A gdyby zostać przy samym kredycie 0,5 mln, braku innych zobowiązań i warunku dochodów 17.5k netto? No cóż, wtedy ma to sens, ale znowu, liczba osób/rodzin zarabiających tę sumę (na umowie o pracę ok. 25k brutto). I nadal, pragnąc oszczędzać, muszą pozostać w kręgu ludzi oszczędnych.

Jest jeszcze jedna możliwość. Kredyt będzie brany na nieruchomość inwestycyjną (nie tę w której mieszkamy). Wtedy, przy dochodzie z niej, pokrywającym 80-90% raty, obliczenia wyglądają inaczej. Dokładamy ok. 20%. I mamy spory luz. Ponieważ da się wykonać taki ruch, zarabiając sporo mniej, a nawet całkiem przeciętnie. Tylko trzeba mieć pierwszą nieruchomość. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

W przypadku „przeciętnych” znacznie lepiej sprawdzi się kredyt na kwotę maksymalną ok. 300 tys. zł. Wtedy rata wyniesie 2.100 zł i będzie mogła być pokryta przez dwie osoby o średnich dochodach (ok. 10.500 zł przy zachowaniu proporcji – rata=max.20% dochodu). Singiel, z zarobkami na poziomie 120% średniej krajowej (8000 zł netto) pożyczyć może tylko 200 tys. zł. Wystarczy na mieszkanie/dom w miasteczku powiatowym. Na Warszawę to za mało. Stąd, dla większości ludzi kredyt na 0,5 mln nie stanowi rozsądnej opcji.