Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
marzec 2025 – Oszczędny Milioner

Przeniesienie się na wieś. Dalsze przemyślenia – tym razem o dojeździe.

Nigdy nie ukrywałem, że w moim przypadku największym problemem w przeprowadzce na wieś wydawał się dojazd. To nietypowe, bo akurat kasa miała znaczenie drugorzędne – dom kupiłem wiele lat wcześniej, nie musiałem zaciągać kredytu na remont. Natomiast czas i sposób dojazdu mieszały mi w głowie.

Pierwszy problem – czas. Porozmawiałem z grupą moich znajomych, którzy dojeżdżają 10-11 km do centrum (z czego 4-5 km przez miasto). Twierdzą, że dają radę bez kłopotów, a na stanie mieli dwoje, a nie jedno dziecko. U mnie – 3 razy dalej, ale głównie przez wsie i 1/3 dwupasmówką (albo 3/4 jeżeli wybiorę dalszą drogę). Co to oznacza? Z 10-15 minut w tym momencie – robi się 35-40 minut. Ale gdy szedłem piechotą – 30 minut i już różnica całkiem niewielka. Dziennie – od 20 do 50 minut różnicy. Dwupasmówką dojeżdżam prawie pod samo biuro.

Puryści doliczyliby dojazd syna do szkoły i na zajęcia. No i wtedy wszystko przestaje być proste. Może dojeżdżać z nami (pracujemy z żoną razem) a potem 2-3 przystanki autobusem. Może być przez nas wożony (dodatkowe 15 minut w jedną stronę). A sport? 3 razy w tygodniu treningi – ktoś musi z nim zostać, a drugie wsiadać wcześniej w pociąg.

Za dwa lata idzie do liceum i wtedy albo zyska jadąc z nami (dwa dobre licea w sąsiedztwie naszego biura) albo straci (szkoła blisko starego osiedla), albo będzie mu to obojętne (liceum sportowe kilkaset kilometrów od domu).

Nic tu nie jest jednoznaczne, sporo zależy od przyszłych wyborów. W optymalnej wersji – 20 minut różnicy, w złej dodatkowe 1,5 godziny w plecy. Jesteśmy po rozmowach w domu i plan generalnie zakłada – sportowe, w awaryjnej wersji liceum + sport w mieście powiatowym (dojedzie pociągiem w 10 minut).

Trzeba też pamiętać, że żona pracuje inaczej niż ja. U mnie to 3 dni w tygodniu plus czasem dodatkowy przyjazd w potrzebach firmowych, u żony 5 dni. Jeżeli policzymy czas efektywny (odejmiemy zwolnienia, urlopy, pracę zdalną) – wyjdzie nam: żona 4 dni, ja 2 dni. I po prostu trzeba będzie lepiej planować przez pewien czas (podstawówka syna). Nie ukrywam, cały czas namawiam małżonkę na własną nierejestrowaną działalność zamiast etatu, ale na razie woli dojeżdżać, bo lubi stabilizację.

Drugi problem – kasa. Jak powiedziałem – u nas drugorzędny. Natomiast muszę go wyliczyć. Nastąpi zmiana w parku aut. I tak – głównym środkiem dojazdu stanie się nasz „elektryk”, bo będzie tani (15 zł/100 km przy ładowaniu z gniazdka), a drugim autem na wyjazdy do dorosłych synów, ew. szkoły sportowej – Lexus lub Toyota w hybrydzie (36 zł/100 km). Przy przebiegach ok. 30 tys. km rocznie (pół na pół – same dojazdy do miasta ok. 12-15 tys. km) – nieco ponad 7500 zł na paliwo (650 zł/m-c). Bez tragedii. W mieście ok. 20-25 tys. km z nieco większym zużyciem czyli nie mniej niż 6000 zł (500 zł). Pozostałe koszty utrzymania byłyby bardzo podobne w mieście (większe zużycie na krótkich trasach). I to wyliczenie +150 zł m-c na paliwo wydaje się bezproblemowe. Oczywiście niektórzy po prostu dodaliby dodatkowy „przebieg wiejski” – 15 tys. km i cenę paliwa (np. 36 zł/100 km). Wtedy wyszłoby 450 zł/m-c.

Ile zarobisz, pracując 2-3 dni w tygodniu.

Najprostsza odpowiedź – to zależy, nikogo chyba nie zadowoli. Czas na dokładniejsze analizy.

Obecnie tkwimy w paradygmacie pracy 40 godzin/tydzień czyli 5 x 8 godzin, z wolnym weekendem, czyli w klasycznym korpoświecie. Czy da się ułożyć wszystko inaczej? Ile wtedy zarobimy?

Przykład 1. Praca 3 x 12 godzin lub 2 x 24 godziny. Są zawody, w których da się pracować systemem 12, a nawet 24 godziny ciągiem. W ten sposób w 2-3 dni wypracujemy równoważnik pełnego etatu. Często nawet za więcej niż średnią pensję (lekarze, pielęgniarki) , ale załóżmy ją – ok. 6000 zł netto.

Przykład 2. Niektóre uprzywilejowane zawody, z krótszym systemem czasu pracy. Przyczyną mogą być czynniki szkodliwe, albo po prostu wola ustawodawcy (nauczyciele). Ci ostatni mają 18 godzin lekcyjnych przy tablicy – bez problemu zmieścisz się w 3 dniach i dostaniesz długi urlop w bonusie. Nauczyciel ze stażem pracy i dodatkami, w praktyce średnią krajową zarobi.

Przykład 3. Kontrakt. Tracisz przywileje z umowy o pracę, ale zyskujesz wolność. Umawiasz się z pracodawcą, że będzie ci płacił za efekty. Tak robią lekarze, prawnicy, ale i IT, sprzedawcy, budowlańcy itp. Nazywamy ich wolnymi zawodami lub precyzyjniej freelancerami. Status pośredni pomiędzy jednoosobową firmą, a pracownikiem. I tutaj zarobki zależą od umiejętności – zawodowych i negocjacyjnych. Znam ludzi z rzeczywistą stawką 50 zł/h brutto, jak i 1000 zł/h brutto (lekarze). W efekcie pracując tyle co 3 standardowe dni (24 h/tydzień, ok. 100 h/m-c) zarobimy 5000zł -100.000 zł/m-c.

Przykład 4. Własna firma. Tutaj już pełne warunki rynkowe. Znam ludzi harujących przez 3 dni w tygodniu po 12 h/dobę, a potem leżących na luzie, znam i takich, którzy pracują przez 1,5 tygodnia, a potem mają wolne. Stawki? Znowu – zorientuj się we własnym zawodzie. W wielu budowlanych 100 zł/h plus. Pisałem już o serwisancie pieca c.o. – z fakturą 500 zł/godzinę (realnie 300 zł netto). Ale np. właściciele małych sklepów na wsi – ich dochody w stosunku do czasu są bliskie pensji minimalnej.

Wnioski. Generalnie celem powinna być przynajmniej średnia krajowa zarobiona w 3 dni, ale szukaj punktu odniesienia we własnym zawodzie.

Czy stary dom warto ogrzewać piecokominkiem?

Wprawdzie sezon grzewczy powoli się kończy, ale temat „ogrzewanie starego domu” pozostaje nadal aktualny. Obiecałem Beacie, że pociągnę ten temat i … wracam do niego pod koniec marca.

Kto czyta bloga nieco dłużej, ten był świadkiem mojej „antyzduńskiej krucjaty”, albo inaczej „antybzdurnej krucjaty”. Dzisiaj skupię się na pieniądzach czyli core moich publikacji.

Wyobraźmy sobie całkiem specyficzne warunki – stary dom o powierzchni 60 m2 plus ew. drugie tyle poddasza, na dzisiejsze standardy – słabo ocieplony. Widuję coraz więcej takich renowacji, w filmikach na youtube, a i tak się składa, że Beata remontuje podobną nieruchomość. Za cenę wyższego zużycia energii, właściciele rezygnują z ocieplania ścian, zostawiając piękne, często ceglane elewacje i unikając obklejania ich styropianem. Cena? Niestety koszty ogrzewania. Taki dom potrzebuje rocznie 12-20.000 KWh energii cieplnej.

I wtedy wchodzi zdun ubrany na biało. Proponuje „niezmiernie nowoczesny” piecokominek. Co to za byt? Wkład stalowy/żeliwny obudowany kształtkami ze specjalnego betonu, lub szamotem, wermikulitem itp. a obłożony kaflami. Do tego ma często ławę (coś w rodzaju babcinego zapiecka), ścianę akumulacyjną itp. Reklamuje go często albo wzbudzający zaufanie potężny, wąsaty starszy zdun, albo wręcz przeciwnie sympatyczny młodzian. Opowiada ze swadą, odwołując się do doświadczeń pokolenia 40+ z czasów wakacji spędzanych u babci na wsi. Rzuca przy tym kilka liczb. Człowiekowi z umysłem chociaż trochę ścisłym, dają one do myślenia. Na koniec, nie bez przyczyny, pada cena. My od niej zaczniemy.

Bierzemy na tapet mały piecokominek – jego koszt 30.000 zł. Stawiamy go sobie w pokoju. We wkładzie pali się szybko i intensywnie, ale krótko. W okresie przejściowym (jesienno-wiosennym) raz dziennie. W ostrą zimę – 2 razy. W każdym przypadku wkładamy pełen ładunek – 16 kg drewna. Według deklaracji zduna, nagrzewamy spaliny do 700 st. C, na wyjściu mają 150 st. C. Ma to oznaczać doskonały odbiór ciepła przez wkłady akumulacyjne i wysoką sprawność (stosunek energii cieplnej uzyskanej z drewna do wypromieniowanej do pomieszczenia). Brzmi świetnie, a realia? 16 kg drewna to ok. 70 KWh energii przy 100% sprawności. Niech nasz piecokominek ma ją na poziomie nierealnie wręcz wysokim – 90% (różnica temperatury wejście-wyjście, wskazuje raczej na 80%, ale uwierzmy zdunom). W efekcie uzyskujemy 61 KWh energii na cały dzień lub 122 KWh w zimny dzień (palimy dwa razy, 32 kg). Moc paleniska – 30 KWh (skoro spala wsad w dwie godziny), ale całego piecokominka (tam nie można dokładać bo temperatura rozsadzi instalację) – jakieś 3-5 KWh (bo oddaje średnio 3 KWh, najpierw mało – duża bezwładność, po nagrzaniu intensywnie – 6 KWh, a stygnąc coraz mniej). Żadnych marzeń Panowie – jak mawiał pewien car, to nie jest perpetuum mobile zdolne ogrzać cały stary dom. Teoretycznie – niby tak (ok. 15.000 KWh), ale praktycznie – stojąc i grzejąc może da radę poradzić sobie z samym parterem, o ile faktycznie będzie miał 60 m2 i składał się z pokoju dziennego, kuchni i łazienki. Natomiast z górą (poddaszem) – no way, ruchu powietrza tak nie wymusimy, żeby rozeszło się jeszcze do dwóch zamkniętych sypialni i łazienki. Taki mały piecokominek, nada się świetnie do ogrzania niewielkiej parterowej chaty, jaką znamy ze wsi (biała izba, czarna izba – kuchnia, komora – przerobiona na łazienkę). Tam może się fajnie sprawdzić, bo oddaje ciepło w dłuższym okresie i to w przyjemny sposób. Ale ta cena. Zaczęliśmy od niej to i skończymy – 30.000 zł. Za takie pieniądze na powierzchni 60 m2 i 3 pomieszczeń, możemy mieć:

  • piec gazowy z 3 grzejnikami i jeszcze zostanie nam połowa kasy – 15 tys. zł,
  • niewielki kominek o mocy 10 KWh z płaszczem wodnym i grzejnikami – 20 tys. zł,
  • dwa małe klimatyzatory z funkcją grzania (7 KWh) – za 9 tys. zł (zostanie nam 21 tys. zł).

Sporo alternatyw. A jak wyjdzie kosztowo?

Piec gazowy spala paliwo o cenie ok. 0,45 zł/KWh (sprawność 90%), a kominki/piecokominki – 0,2 zł/KWh (sprawność 80%). Rocznie na piecokominku oszczędzimy 3800 zł. Zwrot piecokominka – 4 lata. Brzmi obiecująco.

Niewielki kominek z płaszczem wodnym zadziała dokładnie tak samo jak piecokominek, jeśli chodzi o sprawność. Nie słuchajmy opowieści zduna, jak wermikulit plus kafle cudownie zatrzymają energię, która nie uleci w komin. Równie dobrze zrobi to płaszcz wodny, zasobnik i grzejniki – a rozprowadzą ciepło równomiernie. Dlaczego? Ponieważ spalanie zachodzi mniej intensywnie i różnica temperatur palenisko-komin wychodzi dokładnie taka sama. Czyli – mamy te same koszty eksploatacji, a niższy o 1/3 koszt zakupu. Czy to dobra cena za wygląd kafli? Na pewno nie na płaszczyźnie rozumu.

Teraz klimatyzatory. Jeśli skorzystamy z dopłat (niech będzie 50%) plus tyle samo na fotowoltaikę, inwestycja realnie będzie nas kosztować 12 tys. zł. Koszt eksploatacji – 0,3 zł/KWh. W efekcie tracimy rocznie 1500 zł. Piecokominek zwróci nam się po 10 latach i musimy codziennie palić. Wybrałbym klimę lub kominek z płaszczem wodnym.

Ale na tym jeszcze nie koniec. Taki piecokominek waży co najmniej 750 kg i wymaga fundamentu. W starej chacie – zrywania podłogi lub wyrzucenia istniejącego pieca. Wkład kominkowy z wodą – mniej niż połowę. 2 klimatyzatory- 40 kg i wieszamy je na ścianie. Zupełnie bez sensu zatrudniać zduna.

A może być jeszcze drożej. Wypaśne konstrukcje z fikuśnymi kaflami, jakąś ścianą akumulacyjną kosztują 50.000 zl. I nadal nie ogrzeją poddasza (a na nim nie postawimy drugiego 750 kg piecokominka, bo nie ma miejsca na fundament).

A argument ad babcium? No cóż – typowe granie na emocjach. Po pierwsze – wtedy alternatyw (piec gazowy, kominek z płaszczem, klima) nie było, a kafle wychodziły taniej. Po drugie – grzano w ten sposób małe chaty (albo piece stawiano w większej liczbie). Po trzecie – tolerowano niższe temperatury i drewno zdobywano za darmo.

Dom – sprzedać czy wynająć? Dylemat rozwiązany liczbami.

W wielu wcześniejszych wpisach zasygnalizowałem decyzję – postanowiliśmy z żoną, – przeprowadzamy się na wieś. Z czym to zjeść?

Problem nr 1 (mniejszy) czyli doprowadzenie starego murowanego domu do standardu całorocznego, oznacza konieczność remontu, w tym z udziałem fachowców. Trzeba ocieplić ściany (ja), poddasze (też ja), zmodernizować elektrykę, hydraulikę, wykonać kominek z płaszczem i sieć grzejników c.o. (majstrowie). Do tego dojdzie na pewno – renowacja okien (ja), nowe podłogi (ja) wymiana drzwi (ekipa) wreszcie trochę obróbek dekarskich (ekipa). Mówimy tu o mniejszym kłopocie.

Większy (nr 2), który uczyniłem tematem tego bloga, sprowadzał się do udzielenia odpowiedzi na tytułowe pytanie. Co zrobić z domem, który zostanie w mieście, sprzedać czy wynająć? Aspektów zagadnienia widziałem całkiem sporo: koszty remontu, cena sprzedaży, wynajem, inwestycja uzyskanej ze sprzedaży gotówki. Dzielę się sposobem myślenia i wnioskami.

Sprzedaż tak jak jest. Działanie dosyć proste. Wydaje się, że cena 1 mln zł wygląda realnie. Dość podobny, lecz gruntownie wyremontowany, na naszej ulicy poszedł za 1,5 mln, więc nabywca zrobi wszystko po swojemu i uzyska wystarczające dyskonto. Realia pozwalają na następujące wykorzystanie: dom jednorodzinny, dom + mały warsztat (piwnica+ garaż), dom + biuro (małe na parterze), 2 mieszkania, 5 pokoi dla studentów, 5 mikrokawalerek (z naruszeniem prawa i dość istotnymi przeróbkami). Ale o to niech martwi się kupujący – ja zainkasuję 1 mln zł, o to mi chodzi w tym wariancie.

Sprzedaż po remoncie. Wyższa szkoła jazdy. Bo co jeśli nabywcy nie spodobają się podłogi, płytki, układ pomieszczeń? A włożyć trzeba całkiem sporo – myślę, że 200-250 tys. zł zł plus pół roku własnej codziennej pracy. Spore ryzyko. Da się też doprowadzić do stanu deweloperskiego (bez wykończenia), co jednak też wymaga nakładów środków i sił (ocieplenie piwnicy, zerwanie podłóg, szlichty, chudy beton) skuwania płytek, prucia ścian, robienia instalacji, wymiany okien. Generalnie koszt ok. 150 tys. zł i cena sprzedaży znacznie niższa.

Wynajem. W tym punkcie – wrzucam w dom pewną ilość zł i próbuję wynająć. Teraz przydają mi się analizy z punktu widzenia potrzeb, kwot i możliwości. Mogę pójść w studentów – 4 pokoje plus biuro dla mnie. Kolejny pomysł – 2 mieszkania (parter i piętro po 2 pokoje). Wreszcie opcja trzecia – tzw. samodzielne lokale zwane mikro- lub pato- kawalerkami. Tym sposobem na parterze zmieszczę dwie (jedna – 22 m2, druga 17 m2) i na piętrze dwie kolejne (17 m2 i 22 m2). Do tego piątą w garażu i jeszcze jeden pokój – jako biuro dla mnie. Spróbujmy oszacować nakłady i zyski.

  • 5 pokoi – 150 tys. zł (nowa grzejniki c.o., cyklinowane podłogi, wymiana/regulacja niektórych okien, nowe drzwi, łazienka, przyłącze kanalizacyjne, wyposażenie, ocieplenie piwnicy). Dochód ok. 5000 zł.
  • 2 mieszkania – 230 tys. zł (dochodzi druga kuchnia, łazienka, instalacje do nich, schody, wyposażenie). Dochód ok. 4000 zł.
  • 5 patokawalerek – 280 tys. zł (pięć aneksów kuchennych i łazienek, wszystkie podłogi, zmiana systemu ogrzewania – licznik dla każdego, całe wyposażenie, nowe okna parapety). Dochód ok. 6000 zł.

Dochodzimy do najważniejszego punktu. Stajemy przed wyborem – co jest lepsze: 1 mln na inwestycje czy 4-6000 zł z najmu. Ile uzyskam z inwestycji?

Obligacje. Ponosząc ryzyko mogę dociągnąć do 7 tys. zł/m-c. Idąc w państwowe – 4500 zł/m-c. W obu przypadkach – wydaje się to lepsze niż wynajem.

Akcje. Znacznie bardziej ryzykowne, ale i nagroda większa. Wzrost wartości, plus 4% dywidendy netto (3500 zł/m-c wygląda kusząco).

Własny fundusz mieszany. Nie wierzę w fundusze inwestycyjne. Za dużo w nich opłat. Postaram się stworzyć sobie prywatny fundusz z następującymi założeniami. Obligacje 100% przez większość czasu. W sytuacji okazji rynkowej (duże spadki na giełdzie) kupuję za 70% akcje, a 30% zostaje w obligacjach. Skutek – w okresie 10 lat 5,5% z obligacji i drugie tyle z akcji. Wynik 11% rocznie. Lepiej od obligacji korporacyjnych. I z wynikiem 9000 zł/m-c (chociaż nieregularnie), znacznie wyżej niż najem.

Inne aktywa. Gotówka ma to do siebie, że w zwykłych warunkach da się ją zamienić na aktywa. Waluty, złoto, dobra trwałe, handlowe. To także przewaga nad domem położonym 120 km w linii prostej od granicy ze wschodnim sąsiadem.

Jest i coś jeszcze. Wielu z Was zapyta – Halo, halo oszczędny milionerze, a nie zapomniałeś o czymś? Liczysz wzrost wartości akcji, a zapominasz, że nieruchomości też w okresie 10 lat podrożeją? Pytanie w punkt, chociaż i na nie mam odpowiedź. Pamiętacie początkowe nakłady na remont domu pod wynajem (150-280 tys. zł), wtedy je zaniedbałem. To jest właśnie ten bufor na wzrost wartości. Potem także, w okresach 10-letnich potrzebne będą kolejne inwestycje (dach, instalacje, łazienki, podłogi, meble). Patrzę na dane historyczne. Kupiłem ten dom za 525 tys. zł w 2013 r. Po włożeniu 60 tys. zł w remont startowy i ocieplenie – 585 tys. zł. Minęło 12 lat, intensywnych wzrostów na rynku, a dom stoi po 1 mln. Czy stare domy blisko centrum wymierającego miasta podrożeją więcej niż te 15-30%? Możliwe, chociaż mało prawdopodobne. Życie zweryfikuje, na tym polega ryzyko. 30% rocznie przez kolejne 12 lat, da dodatkowe 2000 zł/m-c, ale ani na pewno, ani bez nakładów.

Wnioski. Po zobaczeniu liczb i argumentów, na pewno czujecie już wynik starcia: Sprzedaż czy wynajem? Sprzedaż i zainwestowanie tej sumy. W każdym jednym przypadku, powinno wyjść lepiej na przestrzeni 10 lat. Gdybym zmarł, żonie i dzieciom łatwiej podzielić kasę niż dom. Nie muszą w nią inwestować. Powinni tylko zdobyć jedną umiejętność – inwestowania. I temu poświęcę odzyskany czas.

Dlaczego nie kupuję złota?

Jednym ze sposobów dywersyfikacji finansowej jest zakup złota. Ja tego nie robię i nie zamierzam. Dlaczego?

Powód 1. Podwójne ryzyko.

Złoto wyceniane jest w USD. Z tego powodu wystawia na podwójne ryzyko:

  1. kursowe (USD/PLN),
  2. towarowe (zmiana ceny złota wyrażonej w USD).

W praktyce, zgodnie z podejrzeniami dotyczącymi pomysłów Donalda Trumpa (zdewaluować dolara, aby uczynić Amerykę konkurencyjną na świecie), spadek wartości dolara może zaszkodzić wartości inwestycji.

Powód 2. Jest historycznie drogie.

Nie uważam za rozsądne kupowanie na górce. Wolę przeceny. Nic więcej nie trzeba tłumaczyć.

Powód 3. Do złota na rachunku nie mam dostępu, fizyczne łatwo ukraść, albo trzeba ponosić koszty przechowywania.

Istnieją dwa sposoby korzystania na wzroście cen złota – zakup certyfikatów lub złota fizycznego (monety, sztabki). To pierwsze nie przyda się nam w razie wojny (nie można nim np. zapłacić łapówki oficerowi wrogiej armii jak w czasie II WŚ), to drugie można stracić, także w czasie pokoju (kradzieże). Wynajmowanie skrytek bankowych z kolei kosztuje, więc inwestycja musi być poważna.

Powód 4. Istnieją lepsze lokaty na trudne czasy.

Złoto uchodzi za inwestycję na trudne czasy, ma bronić przed inflacją. A ja widzę, że zainwestowanie w spółki zbrojeniowe, informatyczne przyniesie mi większe zyski. Potrzeba tylko dywersyfikacji terytorialnej. Łatwiej mi założyć rachunek z CHF za granicą (też drożeje w czasie wojny, a wymienię na całym świecie) niż przewozić złoto zaszyte w ubraniu (na lotnisku – nie przejdzie się przez bramki).

Złoto nie płaci dywidendy, nie daje odsetek itp. Może tylko rosnąć na wartości, z naciskiem na „może”.

Powód 5. Nie potrzebuję go zbyt wiele.

W Ukrainie stawka za ludzkie życie (zwolnienie z wojska) wynosi podobno 2-5 tys. USD. Dzisiaj to równowartość 2/3 – dwóch uncji złota. Pojedyncza moneta, albo dwie. Wystarczy mieć kilka sztuk. Z większej ilości i tak mogą nas okraść.

Złoto nie jest też potrzebne do życia, doskonale sobie bez niego poradzimy (wolę mieć swoją wodę).

A wyroby? No cóż, kobiety lubią biżuterię, ale powiedzmy sobie ich zakup opłacalny nie będzie. Bransoletka o wadze 8g i próbie 585 (czyli niecałe 60% czystego złota) kosztuje 5000 zł tj. 1000 zł za 1g. „Świnka” 5 rubli ma przelicznik prawie trzy razy lepszy (1700 zł = 3,87g).

Powód 6. Historycznie złoto zachowuje sporą zmienność. I wcale nie było najlepszą inwestycją.

Pisałem o tym parę lat temu. W 2000 r. złoto kosztowało 280 dolarów za uncję, teraz nieco ponad 2900 USD. Wydaje się, że trend jest drastycznie wzrostowy. Natomiast spójrzmy w dłuższym okresie. W 1932 r. było to 31 dolarów. Co to oznacza? Że wzrost x 10 odbył się raz na dystansie 25 lat, a raz 68 lat.

A piszę o dolarach, które też traciły siłę nabywczą.

Przechodząc na powszechne dobra. Świnia za czasów carskich to 3,87 g złota, dzisiaj …. 2,5g. Jednak odnosząc do przeciętnych dochodów – gigantyczna różnica. W 2000 r. kupiłem działkę budowlaną w cenie ówczesnych 4800 USD (17 uncji złota). Dzisiaj, żeby ją odkupić 204.000 zł (równowartość 17 uncji) z pewnością nie wystarczyłaby (potrzebowałbym 3 razy więcej). W międzyczasie złoto taniało o 20%, a ziemia zawsze szła w górę. A mówimy o największych wzrostach w historii.

I niech to stanowi temat do zastanowienia.

Różnice pomiędzy osobami posiadającymi porządek i bałagan w finansach.

Dawno nie pisałem tak wprost pedagogicznie – co robić, czego nie robić. Czas na zmianę. Dzisiaj o różnicy między kimś, kto panuje nad pieniędzmi i takim, nad którym to one sprawują władzę. Wbrew pozorom linia demarkacyjna nie przebiega wcale w wysokości dochodów. Przeciwnie, zarabiając wiele można łatwiej i szybciej wywołać ogromny bałagan. A oto i sama treść.

Nie płaci rachunków w terminie, płaci w terminie.

Finansowy bałaganiarz ciągle zapomina o rachunkach. W efekcie albo odcinają mu media, albo dokłada do odsetek. Nie dzieje się tak, z powodu wielości zobowiązań. Nie, tu chodzi raczej o brak systemu. Ja w pewnym momencie płaciłem za 5 liczników energii, 6 wodomierzy, 7 podatków od nieruchomości, 2 liczniki gazu, 3 czynsze itp., itd. Po prostu każdy wpływający rachunek płaciłem od razu. Gdy wpływało 12 na raz (prąd w górach) robiłem od ręki 12 zleceń i… przestawałem o tym myśleć.

Nie wie ile wydaje, spisuje wydatki.

Spisywanie wydatków (w komputerze, w zeszycie) to mega ważna sprawa. Tylko ten jeden nawyk może wyciągnąć nas z finansowego bagna. Wiemy ile kasy idzie na jakie potrzeby. Wiemy jak przyciąć i gdzie. Panujemy nad całością. Oczywiście, znajomość wydatków nie oznacza jeszcze oszczędzania, a ono wprost zamożności, ale jesteśmy na dobrej drodze.

Zarabia mniej niż wydaje, wydaje mniej niż zarabia.

Znam ludzi, którzy zarabiając 30 tys.zł miesięcznie mają długi. I nie myślę wcale o hipotece. Auto (lub dwa) w leasingu. Pożyczki po rodzinie. Meble – na kredyt. AGD, RTV – na kredyt. Jak to możliwe? Ponieważ wydają dajmy na to 35 tys. zł miesięcznie. Więcej niż zarabiają. Człowiek o zdrowych finansach robi odwrotnie. Patrzy najpierw ile może wydać, a potem trzyma się tej liczby (co ważne spisując wydatki, dokładnie ją zna).

Ma długi, nie ma długów.

Główną przyczyną długów jest stała nadwyżka wydatków nad dochodami. Oraz chęć do zaspokajania swoich potrzeb natychmiast, bez czekania na zgromadzenie gotówki. W efekcie dłużnik płaci dwa razy. Dom kupiony na kredyt za 1 mln złotych, przy obecnym oprocentowaniu i okresie 30 lat, kosztuje 3-4 mln zł. Warto spłacać go jak najszybciej.

Nie oszczędza, oszczędza.

Ponownie konsekwencja poprzednich punktów. Kto wydaje więcej niż zarabia, nie ma kasy, by ją oszczędzić. Wpada w zaklęte koło. I zakopuje się coraz głębiej w bagnie pożyczek, kart kredytowych itp. Przeciwnie, rozsądny, odkłada choćby drobną część wypłaty i jego konto puchnie.

Nie inwestuje, inwestuje.

Ludzie z bałaganem w finansach nie dysponują nadwyżką do zainwestowania, więc unikają samej czynności. Nie korzystają z potęgi procentu składanego i pozostają biedni do końca. Takie życie. Inwestor potrafi w ciągu zawodowego życia (42 lat) zrobić z 1 złotówki 64 zł (co oznacza podwojenie 6 razy czyli 10% stopę zwrotu). Wie jak to działa, zna regułę 72. Osiąga coraz lepsze wyniki, coraz mniejszym nakładem czasu.

Czeka na mannę z nieba, planuje i działa.

Kolejny ważny punkt. Bałaganiarz liczy na dobry los. Wygrana na loterii, spadek, teleturniej, złoty interes. Ktoś, kto postępuje systematycznie – planuje i działa (wykonuje plan). Woli odłożyć 20 tys. zł/rok, bo wie, że oznacza to 2,5 mln przy przejściu na emeryturę niż 100 tys. zł od czasu do czasu.

I na koniec pocieszające informacje. Bałaganiarstwa można się oduczyć a nawet bałaganić w jednym, a trzymać porządek w drugim.. Ja jestem bałaganiarzem (i leniem) jeśli chodzi o ciuchy, papiery, ale w finansach trzymam wzorowy porządek. Nie działa tu genetyka. Moje rodzeństwo „prawdziwe” i cioteczne w sprawach pieniężnych należy do dramatycznie innej grupy niż ja (od „duże zarobki, małe oszczędności” do „małe zarobki, małe oszczędności”), ewidentnie wyrodziłem się. Żartuję, po prostu pewne nawyki weszły mi w krew.

Zapomnij o zabudowie swojej działki. Jak dwa rządy ograniczyły nam prawo własności. Mało znany problem.

Przedwczoraj w mojej gminie (tzn. tej do której się przeprowadzamy) odbyło się zebranie sołectwa. Temat podany przez radnego – wprowadzenie planu ogólnego. Ponieważ sama zapowiedź brzmiała alarmistycznie, postanowiłem przeczytać przepisy i powiem szczerze – nóż się otwiera w kieszeni. Czas na szczegóły. Wspominana przez media odległość od szkoły i lasu to tylko wierzchołek góry lodowej.

Otóż, rząd Morawieckiego przyjął w ramach „kamieni milowych KPO” zobowiązanie do objęcia Polski planami ogólnymi. Dotychczas działało to tak – były sobie jakieś dokumenty typu „Studium zagospodarowania przestrzennego gminy X”. MPZP (miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego) nie uchwalano, bo:

  • za drogo,
  • i tak da się zabudować większość ziemi na zasadzie tzw. WZ-etek (decyzji o warunkach zabudowy).

W efekcie chyba 70% kraju nie miało MPZP, w zasadzie obowiązywały one w miastach, na wsiach „nie przyjęły się”. Budowano na te WZ-etki, gdzie popadnie. Próbowano zrobić porządek i w efekcie bałagan tylko się zwiększy.

No i w 2023 r. wprowadzono jako obowiązkowe plany ogólne z terminem ich wykonania 31 grudzień 2025 r. Większość gmin go na razie olała (stąd przesunięcie do 30 czerwca 2026 r.). Mój Nałęczów, zasobny i obowiązkowy wziął się do roboty już w połowie 2024 r. Okazało się, że posłowie od Morawieckiego wprowadzili regułę, że poza obszarami uzupełnienia zabudowy, budowa nowego domu nie będzie możliwa, chyba że wcześniej istniał MPZP, ale na terenach wiejskich stanowił on rzadkość. Szybko Morawiecki ustalił – też wyłączenie WZ-etek na terenach z najlepszymi glebami (klasy I-III) – bez okresu przejściowego czyli od 2023r.

Obszary te wyznaczy się już wg algorytmu ustalonego przez obecnych rządzących. No i zrobił się wielki ZONK. Nasz radny uderzył w dzwon alarmowy, przeczytałem przepisy, wytłumaczyłem wczoraj sąsiadom, tłumaczę i moim czytelnikom.

Przy tworzeniu tych obszarów uzupełnienia zabudowy obowiązuje specjalny algorytm – dość skomplikowany (źródło: https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20240000729/O/D20240729.pdf . Zaczyna się tak:

„§ 1. 1. W celu wyznaczenia granic obszarów uzupełnienia zabudowy w planie ogólnym gminy:

1) określa się zgrupowania nie mniej niż 5 budynków, w których obrys każdego z budynków w zgrupowaniu znajduje się w odległości nie większej niż 100 m od obrysu co najmniej jednego innego budynku w zgrupowaniu, przy czym uwzględnia się następujące rodzaje budynków według Klasyfikacji Środków Trwałych, o której mowa w przepisach wydanych na podstawie art. 40 ust. 2 ustawy z dnia 29 czerwca 1995 r. o statystyce publicznej (Dz. U. z 2023 r. poz. 773):

a) budynki przemysłowe o symbolu 101,

b) budynki handlowo-usługowe o symbolu 103,

c) budynki biurowe o symbolu 105,

d) budynki szpitali i inne budynki opieki zdrowotnej o symbolu 106,

e) budynki oświaty, nauki i kultury oraz budynki sportowe o symbolu 107,

f) pozostałe budynki niemieszkalne o symbolu 109,

g) budynki mieszkalne o symbolu 110;”

Tłumacząc na ludzki język – jeśli nie masz 4 sąsiadów „w kupie”, albo takiego, który posiada po kilka budynków, domu na działce nieobjętej MPZP nie zbudujesz. Powstaną wprawdzie jakieś doklejenia do istniejącej zabudowy, ale rozmiar będzie śmieszny (180 ha na całą moją gminę). Efekt?

Absurdalny. W sąsiedniej rozproszonej wsi (tak całej wsi!) wyznaczono 5 małych obszarów, co pozwoli zabudować może 0,5 % jej powierzchni. W mojej, w której istnieje, potwierdzone dokumentami, osadnictwo od XIV w., w sąsiedztwie dworzec PKP z pociągami pospiesznymi, a co roku powstawał kolejny budynek, absurdy widać jak na dłoni:

  • Nie da się nic zbudować na 97% powierzchni. I przeszkodą wcale nie jest szkoła (ja mieszkam na kolonii – a mam do niej 1.8 km).
  • Obszary przeznaczone pod budownictwo leżą porozrzucane chaotycznie po całym sołectwie, nie mając nic wspólnego z wcześniejszym Studium, które dopuszczało znacznie większe realizacje.
  • Wyłączone z zabudowy są tereny przy drogach powiatowych, wojewódzkich, a nawet sąsiadów po drugiej stronie drogi, tylko oddalonych o więcej niż 100 m.
  • Z uwagi na granice, kreślone po skrajach budynków – zabudować da się obszar już zabudowany, a nie całą działkę i działki sąsiednie.
  • Powstają potwory, takie jak teren budowlany zaczynający się 30 m od drogi (tak stoją domy), a wyłączający wszelką zabudowę przy samej szosie (tam nie postawisz nawet garażu).
  • Z uwagi na niską klasę ziemi, można coś wybudować na WZ-etkę (ale tylko przez nieco ponad rok) na …. boisku lokalnego klubu sportowego, albo mokradłach, bo reszta ma bonitację 1-3.
  • Znaczna część centrum wsi nie będzie zabudowana, a u mnie na kolonii powstała enklawa (150 m od drogi publicznej) składająca się powierzchni ok. 2000 m2, bo są 2 domy (jeden jako bliźniak) i 4 budynki gospodarcze. Moje siostry cioteczne, ponieważ wyburzyły starą szopę, mają terenu budowlanego … tyle co dom plus 10 m (czyli nie zbudują nic – mogą tylko rozbudować i to w dwie strony – z pozostałych są już sąsiedzi), sąsiad ma szansę zabudować pół podwórza, a mnie zostało najwięcej – ok. 900 m2, na których teraz stoi dom i trzy budynki. Ale zabudować się mogę tylko tu gdzie budynki – odsunięte od wspólnej drogi o 80 m. Kumpel z dzieciństwa, mieszkający 300 m dalej, pod lasem, już nic nie zrobi, bo nie ma sąsiada, chociaż jego dom powstał 80 lat temu.
  • Nie da się budować koło zakładu przemysłowego, jak i przy drodze do dworca.

Gdyby nie to, że na trzech moich działkach miejskich są MPZP, dwie z nich nie nadawałyby się do zabudowy. To są jakieś kpiny. W praktyce – wywłaszczenie bez odszkodowania. Wartość działek spadnie drastycznie. Wokół miast zostanie zahamowana wszelka zabudowa (przecież ani sąsiad, ani ja nie sprzedamy własnego podwórka, zresztą na terenach wiejskich nikt nie pozwoli wydzielić działki 300 m2) .

I teraz pytanie – komu to służy? Moim zdaniem – deweloperom i tylko im. Zakaz zabudowy na wsi (w mieście reguły mamy znacznie liberalniejsze), plus ochrona gruntów rolnych, powoduje przenosiny młodych do miast i brak napływu nowych mieszkańców. Dotychczas budowali na WZ-tki. 30-latkowie opuszczą siedliska (nie chcą mieszkać w domu po dziadkach – bo chałupę remontować wolno) i kupią na kredyt klatkę w mieście. Nowi nie przyjdą, bo gdzie, jaki ma sens mieszkanie na wsi, a w kupie?

Mieszkańcy uradzili napisanie adresu do ministra, żeby zmienił chociaż zasady tworzenia obszarów zabudowy, w jakiś logiczny sposób oraz zalecili rozpropagowanie tematu, co niniejszym czynię, zapraszając do dyskusji. Przy okazji – sprawdźcie swoje działki i diablo uważajcie przy zakupie, bo dzisiaj te mapy są jeszcze nieujawnione.

Czy inwestowanie w nieruchomości nadal się opłaci? Studium przypadku.

Jeden z moich synów wyjechał na studia na Dolny Śląsk. Siłą rzeczy zacząłem analizować miejscowy rynek nieruchomości pod kątem inwestycyjnym. Wynikami planuję podzielić się z Wami.

Mieszkanie 3-pokojowe kosztuje ze wszystkimi opłatami wstępnymi, drobnym odświeżeniem (własnym sumptem) i urządzeniem ok. 600 tys. zł. Wynajmiemy je za 3000 zł + opłaty, a więc uzyskamy rocznie 36.000 zł przychodu – 3060 zł podatku = 32 940 zł dochodu. Miesięcznie to ok. 2745 zł. Roczna stopa zysku z najmu wyniesie (netto) – 5,49% czyli zrówna się z odsetkami od obligacji Skarbu Państwa lub rachunku oszczędnościowego.

A wzrost wartości? No cóż, nie mogę Wam go obiecać. W mojej ocenie jeżeli inflacja wyhamuje (a przy spadku konsumpcji oraz inwestycji jest to prawdopodobne), może zyskamy te 2%/rok w ciągu najbliższych 10 lat, może nic, a może zaliczymy stratę. Nic pewnego. A niestety od tego zależy sensowność wyboru nieruchomości, w sytuacji, gdy obligacje korporacyjne dają nam 8.5% netto, a akcje potencjalnie tyle samo.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku zakupu finansowanego kredytem. Pożyczając 500.000 zł, zapłacimy ratę 4250 zł. Nie mamy szansy zrównoważyć jej przychodem z najmu. Ba, nawet patrząc na same odsetki (bez kapitału), nie wychodzimy nawet na 0.8,5% od 0,5 mln płacimy ich 42.500 zł, otrzymując 32.940 zł z najmu. Gdzie sens, gdzie logika?

A co ze mną? Wolę pobierać 51.000 zł rocznie odsetek od obligacji i jednocześnie dawać synowi na wynajem mieszkania 36.000 zł/rocznie (w rzeczywistości połowę, ponieważ wynajmuje z dziewczyną, ale założenia muszą się zgadzać).

A odpowiedź na pytanie z tytułu? Na kredyt – zdecydowanie nieopłacalne. Za gotówkę – radzę dobrze się zastanowić.

„Biedni w bogatym kraju”. Kolejna książka o „prawdziwej białej Ameryce”.

Dzisiaj miał się ukazać kolejny wpis z serii o budowaniu zamożności, ale wydarzenia międzynarodowe (spotkanie Zełenski-Trump-Vance) skłoniły mnie do przyspieszenia i napisania o „prawdziwej białej Ameryce” oczami dwójki dziennikarzy czyli książce „Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu” Nicolasa Kristofa i Sheryl WuDunn.

Lektura pozycji wydanej oryginalnie w 2020 r., a napisanej w trakcie kampanii wyborczej przed pierwszą prezydenturą Donalda Trumpa, pozwala otworzyć oczy lepiej niż „Elegia dla bidoków” J.D.Vance. Dlaczego? Ponieważ nie jest klasycznym reportażem, ale zawiera szereg danych statystycznych. I właśnie one porażają.

Nicolas Kristof urodził się i wychował w Yamhill w Oregonie. Należał do klasy uprzywilejowanej, jego rodzice pracowali umysłowo, skończył prestiżowe studia i zdobył pozycję dziennikarza z ogólnokrajową rozpoznawalnością. Teraz opisuje losy kolegów z dzieciństwa, którzy nie mieli tyle szczęścia.

W oryginale tytuł nie brzmi tak dramatycznie „Tightrope. Americans reaching for hope”, ale jak powiedziałem – dzięki statystyce opowieść jest porażająca. Jednoczesnym oskarżeniem, jak i diagnozą przyczyn.

Zacznijmy zatem od wysokiego „C”. Czy wiecie, że długość życia przeciętnego amerykańskiego białego mężczyzny z klasy niższej (czyli właśnie tych „hillbillies”, „rednecks” itd.) jest równa Pakistańczykom, Mołdawianom (najbiedniejszy kraj Europy) czy mieszkańcom Sudanu? I nadal spada. Tacy Bidenowie, Trumpowie, Muskowie żyją ponad 80 lat, a bohaterowie książki Greenowie, Knappowie, Goffowie, dwadzieścia lat krócej. Zmagają się z bezrobociem, narkotykami, alkoholizmem, rozpadem rodzin i… nadal masowo głosują na miliardera Trumpa. Jak to możliwe?

Diagnoza jest ważna również w kontekście Polski. Zachodzi tu bowiem podobny mechanizm. Otóż, ci zalani alkoholem, zamroczeni narkotykami, wielokrotnie karani, z nieślubnymi dziećmi uważają siebie za…. konserwatystów ponieważ: wierzą w Boga i Amerykę, kochają broń i wolność oraz nienawidzą kolorowych. System stworzony przez miliarderów rąbie ich w głowę na każdym kroku (ograniczenie programów mieszkaniowych, zaostrzenie kar za narkotyki i jazdę po pijaku, opiłowanie tanich ubezpieczeń zdrowotnych), a oni głosują na miliardera i kibicują mu, gdy zapowiada (rozmowy z 2017 r.) dalsze ograniczenia praw klasy średniej, do której jeszcze niedawno aspirowali. Kristof tłumaczy to (i nie sposób się z nim nie zgodzić) niewiedzą, beznadzieją, brakiem jakichkolwiek perspektyw. Wybory jego kolegów, w większości już nieżyjących, ich dzieci i wnuków, sprowadzają się do dowaleniu „bubkom z NY czy Kalifornii”, a nie poprawie własnego stanu. W to już nie wierzą. Być może słusznie, bo jakie ma szanse na poprawę gość, który nie skończył liceum, waży 180 kg, żyje z dorywczych prac za 7-8 USD/godzinę (średnia zarobków poniżej 20 tys. USD rocznie przy ogólnoamerykańskiej 70 tys. USD), ma 5 wyroków za narkotyki, jazdę na bani, rozboje, rzuciła go żona, dzieci nie widział od miesięcy, mieszka z matką itp. Kompletnie nie wpisuje się w „American dream” lecz ciągle powtarza słowa jednego z prezydentów sprzed stu lat „Amerykanie nie są narodem tych co nie mają i nie mają, ale tych co mają lub za chwilę będą mieli”, nawet jeśli przeczy temu doświadczenie życiowe. Ich ojcowie, również alkoholicy, mieli jednak pewną pracę, konkretny zawód, żonę, dzieci i mieszkali we własnym domu na kawałku ziemi, a oni majątkiem, pozycją zawodową itp. podobni są do czarnych, którymi głęboko gardzą.

A jaki ma to związek z bieżącymi wydarzeniami politycznymi? Otóż, poparcie większości tych ludzi dla Trumpa/Vance’a, połączone z zasadami wyborczymi (stan liczący kilkaset tysięcy ludzi ma tyle samo senatorów co 40 mln mieszkańców Kalifornii, a elektorów prezydenckich i reprezentantów nadal nieporównywalnie więcej w przeliczeniu na liczbę ludności) może na lata zabetonować system. Efekty już widzimy. Obrażenie się na Europę, podziw dla Rosji, podejmowanie idiotycznych wojenek z sąsiadami (Kanada, Meksyk). Do czego to prowadzi?

Znowu. Sięgnijmy do historii. Finansowi arystokraci (oczywiście nie mieli żadnych tytułów, lecz majątek) z Południa, poczuli się silni i w kontrze do Jankesów ze Wschodniego Wybrzeża doprowadzili do głębokiego pęknięcia, które zakończyło się Wojną Secesyjną i zahamowało rozwój pozycji międzynarodowej USA na dziesięciolecia. Wpływowi Amerykanie jeszcze długo po wybuchu I WŚ kompletnie nie byli zainteresowani Europą. Ich nastawienie zmienił dopiero Ignacy Paderewski, jako przyjaciel prezydenta Wilsona. Teraz ten schemat wraca. Paradygmat z XIX w. – interesów USA w obszarze obu Ameryk i Pacyfiku, właśnie widzimy.

Oczywiście, sytuacja międzynarodowa jest już inna. Wtedy nie istniały silne Chiny, Indie. Iran czy Korea Płn. nie dysponowały bronią atomową, ani żadną dającą taką przewagę na polu walki. Gospodarczo USA stracą na wojnach celnych z Chinami, UE, Kanadą czy Meksykiem, więcej niż zyskają. A mimo to pchają się w ten konflikt ekonomiczny. Rzecz jasna stracą wszyscy, no może poza Rosją. Tu warto podać prosty przykład. Cła na europejskie samochody – 25%. Kto na tym ucierpi? Chyba jednak nie Europa. W USA sprzedają się głównie modele premium: Porsche, BMW, Mercedes, Volvo oraz tanie – Volkswagen. W koncernie Stellantis są też marki amerykańskie. Ich zmiany nie dotkną. Cały import z Europy wynosi 820 tys. aut. Volkswagen – główny gracz, ma 4% rynku i … większość produkuje w Meksyku. Oczywiście i na nie Trump nałoży cło. Europejskie firmy zmniejszą udział, aczkolwiek 644 tys. aut na rynku amerykańskim w przypadku Volkswagena to niewiele, bo sprzedaje rocznie 9 mln aut, a nawet 25% cła nie ograniczą jego udziału w rynku do 0. Producenci premium znajdują się w jeszcze lepszej sytuacji – BMW czy Mercedes (oraz co jasne Porsche, Ferrari itp.) są za oceanem symbolem statusu. Bogaci kupią je i tak, nawet po podwyżce. Ktoś, kto chce Mercedesa S-klasse nie kupi Forda F-150, Tesli lecz raczej Lexusa. Nawet najniższe cła nie zmuszą Europejczyków do zmiany Dacii Sandero na Forda Explorera, bo to całkiem różne auta, a Ford zawsze będzie droższy.

A w drugą stronę? Jedynym istotnym amerykańskim graczem w Europie jest Tesla. I ona dostanie po krzyżu. To już się dzieje, sprzedaż spada. Zresztą, o czym Trump zapomina, głównym atutem USA jest handel. Wszczęcie wojen celnych, utrudni funkcjonowanie istniejących szlaków oraz spowoduje brak nowych. A jeśli UE zahamuje udział amerykańskich platform streamingowych (damy radę bez Netflixa), handlowych (Amazon,) firm technologicznych (Apple) obłoży je podatkiem – straty korporacji amerykańskich okażą się większe niż zyski. Wyrugowanie koncernów farmaceutycznych (na marginesie – czy wiecie, że fentanyl został w USA wprowadzony i zatwierdzony jako lek przez miejscową BigPharmę i państwową agencję? – ja dowiedziałem się z opisywanej książki) wręcz załamie gospodarkę USA.

I ostatni aspekt. Wojna ze wszystkimi nigdy się nie opłacała. Z bliskimi sąsiadami (Meksyk, Kanada) jeszcze mniej. Za wszystko zapłacą właśnie „biedni biali”. To oni najbardziej przeżyją inflację (nieuchronną, gdy cła na towary z Chin wzrosną 25%), dalszą redukcję miejsc pracy i obcięcie programów społecznych. To oni dostaną rykoszetem przy zaostrzeniu prawa antynarkotykowego. W gorszej sytuacji znajdą się tylko Latynosi, którzy nota bene głosowali na Trumpa. A Europa? Poniesie spory koszt zbrojeń, przeorientuje sojusze, przestawi gospodarkę na inny tryb (czy wiecie, że Skoda produkowała kiedyś ciężką broń?) i wyjdzie z całej sytuacji zwycięsko.