Cztery argumenty przeciwników wsi. Czy faktycznie masz się czego bać?

Zaczęło się od komentarza Marka, który jasno wskazał, że przeprowadzka na wieś nie wygląda tak strasznie, albowiem istnieje wieś, z większością zalet miasta. Potem pojawiła się analiza, z której wynika, że mieszkania pod Wrocławiem są o 40% tańsze niż we Wrocławiu. Wreszcie trafiłem na negatywy, które wskazał w internetowej dyskusji człowiek, który przeprowadził się ze wsi do miasta i z powrotem. Oto one.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca.

Koszty ulepszeń są astronomiczne.

Wożenie dzieci.

Odnoszę się do nich po kolei.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta. Potem pada argument o 30-minutowym dojeździe. Miasta bywają różne. I tak w małym miasteczku, gdzieś na prowincji – kina brak, restauracja to dom weselny, a większych zakupów nie zrobimy, bo jedyne sklepy to Lidl, Biedronka, Dino ew. Rossmann. W mieście średnim (40-100 tys. mieszkańców) znajdziemy zwykle i galerię, i kino, i kilka restauracji do wyboru. Prawdziwy wybór mamy jednak w miastach dużych – dobrze powyżej 100 tys. mieszkańców. Ale w nich marnujemy czas na dojazd, ponieważ np. z takiej Białołęki do Złotych Tarasów, jedziemy dłużej niż ja ze swojej wsi do Lublina. Popatrzmy:

  • duże zakupy spożywcze (dyskont) – moi przyjaciele w górach (miasto ok. 10 tys. mieszkańców, ale turystyczne) – 10 minut (w sezonie 2 razy tyle, bo korek), ja na wsi – 6 minut, ja w Lublinie 6 minut.
  • duże zakupy ubrań (takie zwykły człowiek robi kilka razy w roku) – moi przyjaciele w górach – 2 godziny jazdy do stolicy województwa, ja na wsi – 30 minut do galerii, ja w mieście 15 minut do galerii,
  • duże zakupy budowlane – moi przyjaciele w górach – 40 minut najbliższy powiat grodzki, ja na wsi – 25 minut do Puław, ja w mieście – 10 minut do Obi,
  • kino – moi przyjaciele w górach – 40 minut do miasta 40-tysięcznego, ja na wsi – 30 minut do Lublina, ja w Lublinie 10 minut.
  • restauracje „lepsze” – moi przyjaciele w górach – 5 minut (miejscowość turystyczna), ja na wsi – 10 minut (w Nałęczowie), ja w mieście – 10 minut.

Jak widzicie, mieszkając blisko centrum (20 minut piechotą, 10 minut samochodem) w ósmym co do liczby ludności mieście Polski, mam sporo lepiej, ale w infrastrukturze, z której korzystam może 1 raz w miesiącu. W codziennych zakupach – podobnie. Małe miasto, wypada prawie tak, jak wieś.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca. Marek wyjaśnił to krótko. Chcesz mieć dom i nie robić – buduj nowy. Dodam – nie lubisz koszenia – kup mieszkanie. Aczkolwiek przedstawię obliczenia dość prosto – jeżeli porównujemy porównywalne – dom w mieście będzie 50% droższy niż na wsi (nowy). Im mniejszy, i starszy – różnica większa (ceny działek). Stąd, za te dodatkowe 800k, a w praktyce ratę 4800 zł, zapłacisz komuś, kto zrobi wiele rzeczy za Ciebie.

Jednak, jako właściciel budynku 1929 r. uważam opowieści o „syzyfowej pracy” za mocno przesadzone. Łączna liczba dniówek poświęconych na naprawy nie przekracza 2-3 w roku, a mówimy o domu, który od 1945 r. od września do maja stoi praktycznie pusty.

Zupełnie inna historia dotyczy ogrodu, ale tu mamy kilka wyjść:

Pierwsze – zalesić całą działkę i nie mieć problemu nawet z koszeniem (a często darmowe grzyby).

Drugie – ograniczyć powierzchnię do 1500 m2, co oznacza 4-5 godzin pracy w tygodniu.

Trzecie – zamienić trawnik, na kwietną łąkę, która kosimy 3 razy w roku, ew. rozłożyć maty z włókniny, obsadzić iglakami (zero koszenia), ostatecznie założyć sad i utrzymywać tzw. ugór herbicydowy.

Koszty ulepszeń są astronomiczne. Jako ulepszenia autor wymienił dróżki, płoty, infrastrukturę wypoczynkową. No, cóż, to akurat prawda, natomiast generalnie coś za coś. W mieszkaniu nie mamy płotu, ale i ogrodu. Podobnie basenu, piaskownicy, trampoliny, huśtawki, sauny, bani, a tylko malutki balkonik. I jeszcze jedno, nie ma przymusu budowy drogiego płotu, dróżkę da się wykonać z płytek, kawałków zaimpregnowanego drewna pozyskanego z własnej działki itp.

Wożenie dzieci. Temat-rzeka, dlatego poświęcę mu najwięcej uwagi. Styl wielkomiejskiej klasy średniej, pracującej w mieście, wymusza „zapewnienie dzieciom tego, co najlepsze” także w dziedzinie edukacji. Żyjąc w ten sposób, skazujemy się na dowożenie. I wtedy, zwłaszcza w okresie licealnym i pod koniec szkoły podstawowej, będzie ciężko. Im dalej od ośrodka miejskiego, tym ciężej. Mój syn obecnie, w mieście, do najbliższego liceum (niezłego) ma 10 minut drogi spacerem, do najlepszego, dotrze komunikacją publiczną w 20 minut.

Na wsi, albo pojedzie pociągiem (na który trzeba go zawieźć) i będzie także za 20 minut (kilka liceów do wyboru w Puławach), albo wybierze Nałęczów (gorszy, lecz bliższy 10 minut dojazdu autem), albo musi dotrzeć do Lublina (30 km – ok. 40 minut), dowożony przez rodziców. Życie płata nam figle i pewnie skończy się na szkole sportowej z internatem 200 km od domu, więc o dowożeniu nie będzie mowy.

Ale nasi przyjaciele z gór, także wozili, mimo że mieszkali w mieście. Nie było w nim żadnego liceum. Ulokowano je 8 km dalej. Wyprawa 2 razy dziennie, lub dziecko tłukło się busami. 8 km busem oznacza podobny czas jak 20 km pociągiem – od drzwi domu do drzwi liceum – 20 minut. Sporo dłużej niż przypadkowe liceum w moim mieście, i prawie tyle samo, co najlepsze.

Dojazdy do szkoły to pikuś, ale pozostają jeszcze te, które umożliwiają „życie społeczne”, wszelkie spotkania, imprezy, nocne życie. To ostatnie, już na studiach. I znowu – o ile w Lublinie mam sporo uczelni, o tyle zarówno ze wsi, z miasteczek, jak i ze średnich miast – raczej skończy się dojeżdżaniem tj. akademikiem, stancją itp.

Straszne dowożenie, w rozsądnych warunkach, trwać będzie tylko przez 4 lata, a jeżeli wybierzemy „wieś zabitą dechami”, 12 lat (podstawówka+liceum). W tym drugim przypadku – szmat czasu i kawał życia. Stąd wniosek – nie chodzi o wieś w ogólności, lecz raczej konkretne miejsce. Uwielbiając odludzia, coś zyskujemy (niższe ceny), coś stracimy. Jak to zwykle w życiu. Wieś nie jest bowiem ani jednolita (podobnie jak miasta), ani tragiczna do mieszkania.

Problemy społeczne przy przeprowadzce na wieś.

Temat analizowałem po raz pierwszy, gdy moja żona rzuciła pomysł przeprowadzki w góry. Inna miejscowość, ale kłopoty dokładnie te same. Chociaż nieco inne dla dzieci i dorosłych. Przy czym omawiam temat z gruntu prawdziwej wsi, a nie przedmieścia. Patrzę z punktu widzenia mieszczucha, a nie kogoś, kto po studiach wraca „na stare śmieci”.

Problemy dzieci. Pierwszy i zasadniczy – zmiana szkoły i całej grupy rówieśniczo-przyjacielskiej. Owszem, na rok, dwa da się go przetrwać, dowożąc dzieci do starej placówki oświatowej, ale na długi dystans nie ma to sensu. Zmiana szkoły = zerwane więzi. I problem. Wiele nieudanych przenosin rozbiło się o tę rafę. Ci, którym się udało, mieli zupełnie inny pomysł. Na wieś wyjeżdżali albo na etapie przedszkolnym dziecka, albo w chwili podjęcia przez nie kolejnego etapu edukacji. Ma to głęboki sens. Mój syn za rok kończy szkołę podstawową. Planuje liceum sportowe, w innym województwie. Co z tego wyjdzie? Nie wiemy. W rezerwie pozostaje dojazd do miasta, razem ze mną/koleją/własnym mikroautem.

Druga kwestia, nieco związana z pierwszą, zupełnie inne wartości obu środowisk, umiejętności, tematy rozmów. Poza wspólnymi w męskiej grupie (sport, samochody, gry), kobiecej (kosmetyki, ubrania), oraz dla wszystkich (płeć przeciwna, muzyka), wpadamy w czarną dziurę zmian. Najpierw zacznijmy od różnic kulturowych. One się zacierają, ale istnieją. Widzę na styku „mój syn a dzieci przyjaciół ze wsi.” I tak, o ile chłopaki wspólnie grają w CS-a, o tyle zwykle mają inne tematy. Rówieśnicy ze wsi rozmawiają o maszynach (rolniczych i nie tylko), samochodami interesują się nie patrząc na wygląd, ale zawartość (silniki, mechanika). Kompletnie nie interesują się ubraniami czy fryzurami. Mieszczuchy odwrotnie. Dziewczyny, ciuchy zaprzątają im głowy. Pojawia się temat praw ucznia i człowieka, wolontariaty, kultura alternatywna i klasyczna. Muzyka? Również obecna, ale inna. Młodzież wiejska jest doroślejsza w jednym aspekcie (praktyka, praca), a bardziej dziecinna w innym (związki, umiejętność nawiązywania relacji). Te światy mają okazję się spotkać na niewielu polach. Stąd „mieszczuch” w wiejskiej szkole, o ile nie spotka bratniej duszy (o co trudniej w małej grupie) będzie zwykle stał z boku. Jeśli uprawia niemasowy sport, może mieć kłopot ze znalezieniem miejsca do treningów. Typowy „mól książkowy” do wsi rzadko pasuje. Niektórzy rodzice wydają się o tym zapominać, i akcentując swoją odmienność, zaogniają sytuację.

Problemy dorosłych. Biorą się również z odmienności światów i niechęci przystosowania. Słynny jest casus Krzysztofa Zanussiego, który próbował zamieszkać w Bochotnicy, wsi pod Kazimierzem Dolnym. Jako przedstawiciel „kina moralnego niepokoju” postanowił włączyć się w budowę kościoła. Publicznie uzasadniał to marnością moralną swojej wsi. No cóż, reżyser wybitny, ale gigantyczny kabotyn. Wieś zawrzała gniewem i skończyło się wyjazdem. Wywyższanie się, opowiadanie o swojej „mega ważnej pracy”, stanowi najgorszy pomysł. Wyróżnianie się ubiorem w zwykłych okazjach (chodzenie w garniturze do sklepu) – również. Na „mojej wsi” nie rozmawiam o doktoracie, religii, ale urodzajach, cenach zboża, szkodnikach, zmianach prawa dotykającego ludzi (zmiana planów zagospodarowania wyłączająca zabudowę, Mercosur). I oczywiście o tym, co zawsze łączy: dzieciach, jedzeniu, alkoholu. Ale wróćmy do problemów dorosłych.

Brak umiejętności praktycznych, cenionych w społeczności. Wieś rządzi się innymi prawami. Umiejętności korporacyjne: kłamanie, podpierdalanie, tworzenie raportów są kompletnie niepożyteczne, a nawet sprowadzą na nas kłopoty. Nie znaczy to jednak, że mieszczuch się nie przyda. Lekarz, prawnik, nauczyciel, o ile nie zaczną się wywyższać wniosą wartość dodaną do społeczności. Podobnie mechanik, informatyk, muzyk. Ale zanim podejmiemy się przeprowadzki, dążymy do nauczenia się prac fizycznych. Lekarz sam odśnieżający podjazd, prawnik rąbiący drewno, muzyk grający na festynie, informatyk-strażak – zdobędzie łatkę „swojego chłopa” podobnie kobieta gotująca, sprzątająca, dbająca o męża i dzieci. Wieś jest tradycyjna i trzeba mieć tego świadomość.

Nieobecność, praca w mieście wyłączają nas ze środowiska lokalnego. Nie tylko z odmienności zawodowych, ale i czasu. Pracując 9-17, przez 5 dni w tygodniu, wyjeżdżamy o 8, wracamy o 18. W zimie, o tej porze wieś zamiera, bo jest ciemno. W lepszej sytuacji znajdzie się ktoś, kto zaczyna o 6 i wraca przed 15. A w najlepszej – wolne zawody, przedsiębiorcy, a zwłaszcza pracujący na 12-tki, bo w niektóre dni jesteśmy na miejscu. Mój system – 2-3 dni w mieście, niepracująca żona, opiera się na takim założeniu.

Wejście na starcie w silne konflikty. Na wsi każdy jest od kogoś. Walcząc z jednym, stajemy naprzeciw całej jego rodziny. Narzędziem zwalczania (jak w korpo), okazuje się plotka, narażanie na śmieszność (np. określenie przyjezdnych z Warszawy „Papuasy”, wspomniane przez Joannę Posoch). Nie mając sojuszników (a na początku ich nie mamy), skazujemy się na przegraną i wykluczenie ze wspólnoty.

Osłabieni relacji z miastem. To jest realny problem. Zaczynamy wisieć pomiędzy. Nowych znajomości jeszcze nie mamy, stare trudniej kultywować. Zostając w kawiarni, wracamy po pracy jeszcze później. Idąc w sobotę do teatru, tracimy czas na wiejski festyn. Sielska wieś przyciąga gości, ale niektórzy przywożą ze sobą miejskie nawyki: pośpiech, oczekiwanie na obsługę. A one do wsi nie pasują. Nie jesteśmy agroturystyką ani „rodziną na wsi” sprzed 50 lat.

Czy dodacie coś jeszcze?

Kto ma lepiej: prowincja a miejska klasa średnia? Moje spostrzeżenia z podróży na drugi koniec Polski.

Na początku lipca odbyłem kilkudniową wycieczkę na pogranicze Wielkopolski i Dolnego Śląska. Istnieje tam „zagłębie meblarskie” czyli enklawa, w której:

  • największe miasto ma ok. 15 tys. mieszkańców,
  • bezrobocie wynosi 2 %,
  • istnieje kilka zakładów zatrudniających ponad 500 osób,
  • buduje się nowe bloki i mieszkania w cenie 8k zł/m2,
  • praktycznie nie istnieją oferty wynajmu,
  • liczba cudzoziemców (procentowo) jest większa niż w Warszawie,
  • nie tylko rynek, ale i całe miasteczka pełne są odnowionych kamieniczek.

To powinno wystarczyć. Ale warto spojrzeć jeszcze na dwa punkty:

  • tapicer zarabia 10k netto/m-c,
  • miejscowi bogacze (właściciele tych zakładów meblarskich) inwestują w mieszkania, które potem wynajmują swoim pracownikom (w tym cudzoziemcom).

I te dwa ostatnie spostrzeżenia otwierają oczy. Tomsi z Bartkiem pisali o inwestycjach w Big 4 (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto), jako jedynym sposobie na zarabianie na nieruchomościach mieszkalnych. A tu proszę, w powiecie kepińskim (bo o niego właśnie chodzi), nowe mieszkanie 50m2 – 400k, wynajem za 2.5k. Porównajmy go z Krakowem – 1.2 mln zł, wynajem za 3k, czy Wrocławiem cena 800 – wynajem za 3k. Gdzie wolelibyście inwestować? Oczywiście, taki monokulturowy rozwój (meblarstwo, nieruchomości mieszkalne) niesie w sobie ziarno przyszłych problemów (jak Detroit w USA), chociaż dzisiaj wszystko wygląda imponująco. Na moim Dzikim Wschodzie, 500 osób zatrudniają może 2-3 firmy (nie liczę budżetówki) w mieście liczącym ok. 50-70 tys. mieszkańców, a bezrobocia 2% nie ma żaden powiat. Wynajem pracownikom sezonowym (8 Kolumbijczykom w mieszkaniu) musi się opłacić.

W miejscu, w który, tapicer przynosi do domu 10k netto/m-c (cena za 8k/m2), żyje się lepiej niż w Warszawie (nowe mieszkania na Woli po 25k/m2) czy Lublinie (apartamentowce po 12k/m2), ponieważ relacja wynagrodzenia możliwego do uzyskania bez większych problemów (łatwiej zostać tapicerem niż kierownikiem w korpo) do kosztów życia wypada znacznie lepiej. Prowincja po raz kolejny gwarantuje lepszy komfort życia.

Z drugiej strony, problemy okazują się bardzo podobne do warszawskich. Naćpany ganiający z maczetą, grupy podpitych cudzoziemców zaczepiających ludzi wzbudzają protesty społeczne i nastroje antyimigranckie. 39 nacji w jednym miejscu („mamy 100 Kolumbijczyków na twoje miejsce”) ponieważ właściciele fabryk potrzebują taniej siły roboczej i uspołeczniają koszty, także pozafinasowe. Kontrowersje dostrzegłem też w języku, na właściciela zakładu mówi się powszechnie „meblarz” głównie w zwrotach „pracuje u meblarza”. A zatem zachodzi proces językowy dodawania końcówki, która we współczesnej polszczyźnie kojarzy się z niechęcią, a wręcz wyzyskiem, cwaniactwem. Zwróćcie uwagę na podobieństwo do słów „prywaciarz, konfiarz, bikiniarz”. Wiadomo, na -arz kończą się także nazwy zawodów/funkcji zupełnie neutralnych (np. malarz, lekarz) albo wręcz pozytywnych (husarz, cesarz), ale mają one długą tradycję. Tymczasem „meblarz” nawet w kilkudziesięcioletnim słowniku języka polskiego pod redakcją prof. Doroszewskiego zawiera następujący przykład użycia: „Pójdziemy do tego podłego meblarza”.

Lokalnie, z jednej strony „meblarza” podziwia się za zaradność i majątek, z drugiej atakuje za niszczenie lokalnego rynku nieruchomości (brak lokali na wynajem, wysokie ceny gruntów i mieszkań), sprowadzenie cudzoziemców (problem dotarł do mainstreamu czyli portalu money.pl: https://www.money.pl/gospodarka/migracja-ekonomiczna-obcokrajowcy-z-35-krajow-w-wielkopolskiej-gminie-7110628428487392a.html). Pracownicy typowych „korpozawodów” muszą wyjeżdżać do innych miast (Wrocław, Poznań, Warszawa), ponieważ rynek pracy przypomina monokulturę, aczkolwiek bardzo dostatnią. Dzięki dobrym zarobkom meblarstwo ciągnie w górę inne branże i np. widziałem kilka kwiaciarni, których oferta nie różniła się od wielkomiejskiej, w 15-tysięcznym Kępnie jest kilkanaście restauracji, kawiarni, a nawet McDonald’s, przy czym te lokale także odbiegają od typowej lokacji niewielkiego powiatu (głównie kuchnia polska, pizza i kebaby), bo znajdziemy w nich np. dania wietnamskie, sushi itd. Pisałem niedawno o tym, jak „na wsi nie ma gdzie zjeść”, otóż z pewnością nie dotyczy to okolic Kępna. W 5-10 minut z sąsiedniej gminy dojedzie się do miejsc, w których wystrój, otoczenie, jedzenie przypomina spore miasto.

Wiadomo, na prowincji brakuje edukacji (największy wybór ma Wrocław oddalony o 70 km), specjalistycznej ochrony zdrowia (szpital powiatowy ma tylko kilka oddziałów), kultury wysokiej ale jeżeli zsumujemy jakość życia, stosunek potencjalnych dochodów do kosztów, ponownie wniosek jest jeden – Kępno wygrywa z Warszawą. Zwłaszcza, że do Opery Wrocławskiej (nie wiem dlaczego, ale w Wyborczej i Newsweeku zawsze, gdy mowa o klasie średniej pojawia się opera) dojedziemy w niespełna 1.5 godziny.

Ile trzeba, aby utrzymać 3-osobową rodzinę na wsi?

Dzisiaj, o podstawach podstaw, czyli minimum, które pozwoli się nam utrzymać na wsi. Nie o singlach, bezdzietnych parach, ale trzyosobowej rodzinie.

Niesie to ze sobą wiele problemów, których singiel ani DINKS nie spotka. Dorośli ludzie zwykle są znacznie bardziej odporni na trudne warunki, co potwierdzał zarówno mój eksperyment „życie za 300 zł”, jak i przede wszystkim przywoływane przeze mnie blogi działkowców-samotników oraz gazetowa opowieść tej zimy o człowieku, który 15 lat żył w ziemiance na Pradze. Z dziećmi się tak nie da. Potrzebują pewnego minimum: odżywczego jedzenia, ciepła, ubrań na wiele okazji, szkoły (i wszystkich związanych z nią nakładów na „bezpłatną edukację”), dojazdu do tej szkoły, dostępu do leczenia. A z tego rodzą się wydatki. Wyliczam je zatem:

  1. Dom – z oddzielnym pokojem dziecka, temperaturą wewnątrz nie spadającą poniżej 19 st. C, kuchnią i łazienką oraz internetem.
  2. Życie – chemia, jedzenie, leki, kosmetyki.
  3. Ubranie – dość proste: buty i okrycie.
  4. Zdrowie – lekarz, dentysta, ubezpieczenie zdrowotne.
  5. Nauka – szkoła, zajęcia dodatkowe.
  6. Auto – przy dziecku na wsi – przynajmniej jeden samochód okaże się niezbędny.

Tyle, ale każdy z nich kosztuje.

Dom. Załóżmy, że nim dysponujemy. Dzisiaj da się kupić takie domy za 100-300 tys. zł. Jeżeli mamy działkę po rodzinie, zbudujemy tam dom na zgłoszenie albo postawimy tzw. Tiny house (20-35 m2 + antresola, 3 pokoje za 200 tys. zł). Utrzymanie takiego budynku kosztuje grosze. Moje poniższe wyliczenia odnoszą się jednak do całkiem innego przypadku – własnego i droższego. Posiadam na wsi, 30 km od miasta, pięciopokojowy, stary, murowany budynek mieszkalny z mieszkalnym poddaszem. Płacę za niego następujące kwoty:

  • prąd – 60 zł (abonament – mam FV),
  • woda+kanalizacja – 100 zł,
  • śmieci – 100 zł,
  • ogrzewanie (drewno do kominka, po ociepleniu domu) – 200 zł,
  • podatek – 100 zł,
  • internet – 95 zł,
  • komórki – 130 zł,

Suma: 785 zł.

Niektórych z Was zaskoczy niewielki wydatek na ogrzewanie. Zakładam tutaj ocieplenie domu, w stopniu gwarantującym zużycie 10 m3/rok (ok. 7t czyli 28.000 KWh), zakup drewna wstępnie pociętego w długie wałki, oraz uzupełnienie własnymi zasobami. Te 28.000 KWh/rok okaże się abstrakcyjnie wysokie w przypadku nowoczesnego domku o powierzchni użytkowej 30m2 i kubaturze ok. 75 m3. Tam spokojnie możemy przyjąć 4000 KWh. I wtedy da się ogrzać 1 toną drewna (1,5 m3), pozyskiwanym za 100-150 zł/rok albo z własnego lasu o powierzchni 1000 m2. Ale moje własne wydatki można przyjąć jako miarodajne, ewentualnie zwiększyć je o 200-300 zł, bo nie każdy posiada FV.

Życie. Nasze, zmierzone w kwietniu/maju własne wydatki na tzw. życie (jedzenie, chemia) – 2500 zł/4 osoby (w tym 3 osoby dorosłe i jeden szybko rosnący nastolatek). Celowo nie oszczędzaliśmy. Możemy zatem spokojnie założyć 1800 zł/3 osoby. Razem dwie pozycje 2565 zł.

Ubranie. Temat-rzeka. Osobiście widzę kilka rozwiązań. Da się pójść w całkowity minimalizm (ciuchland+dyskonty) i wydać 150 zł/m-c. Na drugim biegunie pozostają markowe produkty. Jestem zwolennikiem środka i wskazanie kwoty 300 zł. Łącznie z poprzednimi 2865 zł.

Zdrowie. Dokładne powtórzenie problemu leków. Kto choruje, wyda więcej. Zdrowy – znacznie mniej. W moim przypadku (dwie osoby z chorobami przewlekłymi + nastolatek), lecząc się częściowo prywatnie – na wizyty lekarsko-stomatologiczne wydajemy 200 zł/m-c. Ubezpieczenie zdrowotne mamy w pracy. Przenosząc się całkowicie na wieś – w grę wchodzi KRUS – ok. 250 zł/3-os/m-c. Gdybyśmy przenieśli się na wieś na 100%, oboje rzucając pracę, zyskamy mnóstwo czasu i przejdziemy na leczenie publiczne. A zatem, przyjmuję 250 zł. Suma – 3115 zł.

Nauka. Edukacja w teorii jest bezpłatna. W rzeczywistości płacimy za: jedzenie, książki, zeszyty, materiały dodatkowe, wycieczki, składki itd. Warto zapewnić zajęcia dodatkowe. Stąd przyjmowana przeze mnie kwota 700 zł. Z własnych doświadczeń. Razem 3815 zł.

Auto. Kolejny temat-rzeka. Ubezpieczenia podrożały i teraz płacę ok. 600 zł/auto. Przegląd obowiązkowy podrożał – 150 zł. Usługi mechaników, także. Sporo zależy od rocznika, marki, modelu, wielkości i naszych chęci i wiedzy. Za przeglądy, ubezpieczenia, naprawy, przyjmuję ok. 2000 zł/rok. Teraz paliwo. W tej kwestii pytamy o przebieg. Moja własna wizja – przeciętne dojazdy i ok. 10.000 km /rok. Hybryda i mały diesel 3200 zł/rok. Elektryk tankowany z gniazdka domowego – połowę mniej (1600). Suma 300 zł/m-c. Wszystkie dotychczasowe pozycje 4165 zł.

W teorii starczy nam 5000 zł, de facto jedna pensja. Gdybyśmy zostali w 100% na wsi, w wersji minimalistycznej – damy radę. W miejskim pomyśle na życie na wsi – nie. Tam trzeba jeszcze 3000 zł (w sumie 8000 zł). Dlaczego? Otóż pojawiają się kategorie, których nie wymieniłem.

Niekonwencjonalne sposoby na dach nad głową.

Przytaczane wielokrotnie analizy pokazują, współcześnie klasa średnia tzw. Zachodu, zaczyna dzielić się na dwie grupy: posiadaczy i nieposiadaczy. Pierwsi – dysponują własnym (choćby kredytowanym) mieszkaniem/domem. Drudzy – wynajmują lub mieszkają z rodzicami. Ponieważ w przebiegu linii życia, znalezienie się w jednej lub drugiej bańce powoduje ogromne różnice w majątku (wynajmujący dysponują 1/10 aktywów netto posiadaczy), trzeba starać się o własną nieruchomość. Odrzućmy narrację o „kulturze (czasem wręcz cywilizacji) współdzielenia” jako nieefektywną i zwyczajnie nieprawdziwą.

Klasyczne metody mówią, duże miasto, mieszkanie/segment od dewelopera, spory kredyt. Teraz jednak czas na weryfikację. Sporo młodych nie posiada zdolności kredytowej, albo ma ją w niewystarczającej wysokości (np. na 200-300 tys. zł). Jak z tego wybrnąć? Niekonwencjonalnie, łamiąc standardy.

Metoda 1. Dom na wsi lub miasteczku. Wiem, wiem, jestem w tym już nudny. Ale jednocześnie powtarzam bez przerwy – dane ekonomiczne nas nie okłamią. Oddalając się od miasta o 30 km (często niezłej drogi) możemy kupić nieruchomość za 1/3 ceny „miejskiej”. 100-metrowy dom blisko centrum(taki jak mój) – 1 mln, na przedmieściach 600-700k, na wsi 300-400k (a czasem nawet 200k). Taki sam standard, wielkość, a większa działka. Tu wystarcza przeciętna zdolność kredytowa. 300k w mieście oznacza kawalerkę. Jak tu zakładać rodzinę?

Metoda 2. Wspólny zakup domu w gorszej dzielnicy. Czasem nawet nie trzeba opuszczać granic miasta. Geografia cenowa okazuje się sprzymierzeńcem. Skoro w dobrej dzielnicy (jak moja) stumetrowy dom kosztuje 1 mln zł, w innej 200-metrowy 750k. A to oznacza, że łącząc siły z przyjaciółmi (oraz dzieląc dom na dwa lokale) możemy uzyskać 100-metrowe mieszkanie za 375k (plus koszty podziału). I znowu, te 375k daje nam szansę na życie „jak człowiek” z rodziną, w pięciu pokojach, z kawałkiem ogrodu, za cenę dużej kawalerki. W granicach zdolności kredytowej pary zarabiającej na poziomie mediany dochodu miasta.

Metoda 3. Samodzielna budowa, przebudowa, przeróbka. W tym punkcie proponuję 3w1. Bo tak, samodzielna budowa na podmiejskiej działce (koszt z zakupem 400k, za nowoczesne 60m2 zbudowane siłami własnymi). Albo przebudowa istniejącego, albo przeróbka z lokalu użytkowego (za pół ceny – czyli 60m2 =250-300k). Jeden z moich klientów mógł kupić 120 m2 w dobrej dzielnicy za 350k. I dochodzimy do sedna. Trzeba kombinacji, inwencji, pracy własnej. Natomiast skutek – podobny jak w metodach 1 i 2 – zyskujemy sporą przestrzeń za niewielkie pieniądze, albo po prostu niską cenę (kawalerka za 130k, przy cenach rynkowych zaczynających się od 250k). Warto pomyśleć, pokombinować i popracować.

Jak żyją na wsi moi koledzy z dzieciństwa? Inny świat.

W marcu-kwietniu miałem możliwość przekonać się, jak bardzo różni się miejski styl życia od wiejskiego. Nie piszę przy tym o „wsi zabitej deskami” ani o „ludziach z pensją menedżera z IT tylko o przeciętniakach.

Przypadek 1. Mój kumpel „zza płota.” Nieco młodszy ode mnie, w dzieciństwie bawiliśmy się razem. Przyjął styl 3-4 miesiące intensywnej pracy „na szparagach”, reszta w domu, dorabiając. Starą stodołę rodziców przerobił na dom i ma lokal nie 35-60 m2 (standard deweloperski), ale 120 m2. Mówimy o człowieku, który zarabia obecnie z żoną ok. 50k rocznie, do tego dorabia sobie 4-5k dzierżawiąc pole. W sumie niecałe 5k/2 os. Auto? Dwudziestoletnie. Działalność rolnicza? Żadna – tylko warzywnik przy domu. Bezdzietny.

Przypadek 2. Kolega „z mojej wsi.” Starszy o 5 lat. Akurat on żyje z pola. Próbuje małych (nieudanych) biznesów, w stylu umowa na kurierkę, skup owoców. Zdrowie nie pozwala mu już ciężko pracować. Realnie zarabia 25k. Na kawalerskie życie – wystarcza. Auto? Stary Opel Astra rocznik 2004 r.

Przypadek 3. Mieszkaniec sąsiedniej miejscowości. Niewielkie (4ha) pole, praca w miejscowym zakładzie przemysłu spożywczego, niepracująca żona i 4-ka dzieci. Firma płaci minimalną plus za nadgodziny. MOPS daje 800+ i zasiłki.Razem 4,2 k pensji (na 6 osób) i 4k od państwa. 8.2 k. Wystarcza. Auto? Także dwudziestoletnie.

Generalnie, ludzie którzy nie opuścili tej grupy wsi, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza – bardzo nieliczna, utrzymuje się z ziemi (np. rówieśnik mojego starszego brata 30ha własnej + drugie tyle w dzierżawie) i małych firm (budowlanka, tartak itd.). Oni radzą sobie bezproblemowo. Druga – zarabia w okolicach minimalnej. Obie żyją znacznie poniżej poziomu, do którego przywykliśmy. Widzę to na pogrzebach. Mój 9-letni Ioniq, wiekiem i klasą znajduje się zawsze w top 10 na kościelnym parkingu, a bywa że i w pierwszej trójce. Trzon stanowią 20-letnie Audi, VW, Ople. Roczne przebiegi? Tylko 500 km. Za to znacznie droższe bywają traktory.

Nikt nie szaleje z wydatkami, sporo się oszczędza (bogatsi – by dokupić ziemi, biedniejsi – na czarną godzinę do skarpety). Domy ogrzewa się drewnen/węglem. Żywność kupuje w Biedronce. W niedzielę nadal pachnie rosół i domowe ciasto. Praktycznie nikt nie jeździ na wakacje.

O dziwo, mało rodzi się dzieci. Znam rodziny, w których trójka moich rówieśników dała dziadkom tylko jednego wnuka. Sporo osób (kawalerowie, niektóre małżeństwa) nie ma dzieci w ogóle i nie będzie ich mieć. Modele rodziny: singiel, DINKS, 2+1 pojawia się znacznie częściej niż zechce przyznać prawica. Jednocześnie, przywołany wyżej jako „przypadek nr 2”, głosuje na Brauna, uważając PiS za „sługę Ukrainy”, lajkuje posty Ewy Zajączkowskiej-Hernik itd. Konserwatyzm w głowie, nie idzie w parze z konserwatyzmem w życiu (poza typową chłopską oszczędnością).

Życie w mieście jest takie drogie. Opowieści słoika.

Mam kumpla, który pochodzi ze wsi, jest typowym słoikiem. Pomimo kawalerskiego stanu (a może właśnie z tego powodu), przeniósł się do miasta, a na wieś dojeżdża weekendowo. W tytule zacytowałem jego słowa: „Życie w mieście jest takie drogie.” Padły w kontekście kosztów utrzymania kawalerki .

Kumpel kawalerkę posiada na własność. Na jesieni 2025 r. przyszło mu powiadomienie o podwyżce opłat – obecnie będzie płacił 600 zł/m-c. Do tego: prąd, gaz, podatek, internet, telefon. Łącznie ok. 800-850 zł. I aż złapał się za głowę. Przecież to moje. Za co tyle?

Ano właśnie. Porównywał koszty z własnym drewnianym domem (większym od kawalerki). Tam sytuacja przedstawia się inaczej:

  • czynszu nie ma,
  • remont (dach, ocieplenie) robi znajomy, za sporo mniejsze pieniądze,
  • woda jest tańsza,
  • prąd zapewniają własne panele,
  • ogrzewanie + ciepła woda – drewno ze swojego lasu (+tzw. podkowa w piecu kaflowym).

Płaci się tylko podatek od budynków i gruntów (w sumie – na poziomie kawalerki), wywóz ścieków z oczyszczalni, opłatę śmieciową, abonament za prąd i butlę z gazem. Internet w telefonie musi wystarczyć (i tak słaby zasięg). W sumie koszt ok. 220 zł (z paliwem na ścięcie i dowóz drewna). Porównując z miastem – ok. 1/4.

Oczywiście komfort życia w „drewniaku” bez porównania gorszy niż miasto. Tutaj mamy do czynienia z innymi problemami. Drzewo trzeba ściąć, porąbać, wysuszyć i codziennie palić w piecu. Słaby internet wyklucza pracę zdalną. Remonty planujemy samodzielnie (nawet jeśli wykona je ktoś inny). Natomiast koszty – gigantyczna różnica. Za mniejszą powierzchnię w mieście, płacimy 4 razy tyle. W przypadku innym metraży, nożyce rozewrą się jeszcze bardziej (100m2 mieszkania da w samym czynszu i podstawowych opłatach spółdzielczych ok. 1700 zł, a nowy dom tej powierzchni utrzymamy za 450 zł). Jeśli dołożymy do tego różnice w cenie (100 m2 w tej lokalizacji: miasto – 1 mln zł, wieś – 0,3 mln), a zwłaszcza racie kredytu, widzimy różnicę wieś-miasto 5450 zł (1250 zł koszty utrzymania, 4200 zł na racie). Życie w mieście jest drogie. I nie zawsze równoważy go wzrost dochodu. Na omawianym przykładzie 100m2 mówimy o ponad 5000 zł/m-c.

Czy stać Cię na dłuższe wakacje?

Odpowiedź na tak postawione pytanie da znacznie więcej wskazówek o Twoim życiu, niż tylko dotyczące finansów.

A po co mi dłuższe wakacje? Nie mogę. Firma się zawali beze mnie.

Takich odpowiedzi udzieli pracoholik. Żyje w przekonaniu, że praca stanowi najważniejszy element życia. Wręcz określa człowieka. Nie muszę mówić, w jaki sposób postrzeganie świata jako miejsca, w którym centralne miejsce zajmuje robota, wpływa na człowieka i jego rodzinę. Wystarczy pierwsza lepsza książka psychologiczna.

To kiedy ten urlop?

Tak zareaguje zarówno człowiek, mający zdrowe relacje z życiem zawodowym. Jak i homo ludens – dla którego największą wartością z etatu jest pensja. A tę można przeznaczyć na przyjemności.

Nie mogę. Zwolnią mnie.

Smutna historia. Strach przed zwolnieniem odczuwają osoby, traktujące pracę jako zagrożenie. Zazwyczaj z powodu mobbingu i innych mniej drastycznych elementów środowiska, gdzie pracują. Ale także wysoko lękowe.

Już dawno go zaplanowałem.

Tego spodziewam się po tych, którzy swoje życie uporządkowali w ogromnym stopniu. Oni wiedzą, co zwiedzą każdego dnia, jaki remont zrobią, ile książek przeczytają itp.

Nie stać mnie.

Najprościej jak można – ludzie bez kasy, bez oszczędności, w długach. Ale także z wysokimi oczekiwaniami (urlop kosztuje 20 tys. zł/tydz. bo Malediwy, Hawaje itp.).

Tymczasem rzeczywistość jest inna.

Tak stać mnie na dłuższe wakacje. Taką odpowiedź chcę od Was usłyszeć. Widać tu dwie składowe:

  • czas (mogę sobie pozwolić na niepracowanie). Przy czym „mogę” oznacza zarówno moje przekonanie jak i reakcję pracodawcy,
  • pieniądze. Wiadomo.

Jako, że miałem. zeszłym roku 6-tygodniowy urlop, mogę Wam coś opowiedzieć z praktyki. Otóż kwestia czasu ma kapitalne znaczenie. Pieniądze liczą się w znacznie mniejszym stopniu. Otóż, jak spędziłem ten czas:

  • 2 tygodnie wyjazd do Macedonii,
  • góry (przedłużony weekend),
  • Wrocław – odwiedziny u syna i siostry,
  • kilkanaście dni na wsi,
  • 2 dni uczciwej pracy (takiego czasu po godzinie, dwie nie liczę),
  • 2 koncerty chopinowskie w Warszawie.

Jak widać, było trochę wakacji, zawodu i remontu. Typowe „wakacje polskie”.

Ile mnie to kosztowało?

  • Macedonia niecałe 6000 zł (5 osób),
  • Warszawa – 160 zł,
  • Wrocław – 150 zł,
  • wieś – 200 zł (z paliwem),
  • góry – 1000 zł (paliwo, restauracje, nocleg).

W sumie 7510 zł za 6 tygodni wolnego, w tym 1510 zł za 4 tygodnie. Ale to nie wszystko. Po prostu odpocząłem.

Fenomen wsi. Recepta na trudne czasy.

Trochę tych tekstów o wsi na blogu już widzieliście. Dzisiaj spojrzę na sprawę i praktycznie, i filozoficznie.

Zacznijmy od filozofii. Na czym polega tytułowy fenomen? Na pewnym sprawdzalnym przez pokolenia fakcie – całe rzesze osób wychowanych w mieście, zakochuje się w wiejskości. Niektórzy powiedzą wręcz za Kazimierzem Przerwa-Tetmajerem ” Wolę polskie gówno w polu. Niźli fiołki w Neapolu!” O co konkretnie chodzi?

Po pierwsze – na wsi jest pięknie. Może nie jak w Neapolu, ale wystarczająco. Na pewno znacznie ładniej niż w mieście. I tę urodę możemy oglądać codziennie, mieć ja za darmo. Piszę te słowa, jest wiosna 20 kwietnia, godzina 18.12. Powoli zachodzi słońce. Widzę je doskonale pomiędzy modrzewiami, siedząc na bujanym fotelu przed werandą. Śpiewają ptaki, setki ptaków. Część z nich za miesiąc objedzą się moimi czereśniami, ale w tej chwili staram się o tym nie myśleć.

Po drugie – ta uroda kosztuje niewiele. Ma to ogromne znaczenie. Żeby kupić działkę w górach (taką jaką mam), musiałbym dzisiaj wydać ok. 0,5 mln zł. Kupa forsy, a tylko 900 m2. Na mojej wsi (w regionie turystycznym) te 900 m2, także budowlane, dam radę kupić za 1/5 tej sumy – 100 tys. zł. Dom do remontu na obecnych Kresach potrafi kosztować 200 tys. zł, mniej niż połowę małej działki w górach czy kurorcie. Dla wielu osób ma to znaczenie. Po prostu stać ich na wieś. Zwłaszcza tych, którzy miejscówkę częściowo odziedziczyli.

Po trzecie – jest blisko. Do siebie jadę 40 minut z centrum miasta. 32 km. W góry – 4 godziny i 375 km. W górach bywałem 10-15 razy do roku (i tak sporo), na wieś mogę dojeżdżać 3-4 razy w tygodniu. Koszt – 21 zł kontra 243 zł w tę i z powrotem. Dzięki tej bliskości, wieś pozostaje dostępna prawie dla każdego.

Po czwarte – zwalniamy tempo. Miasto pędzi, każdy gdzieś się spieszy. Na miejscu żyję spokojnie. Na wszystko mam czas. Dzień wydaje się trwać dłużej.

Po piąte – żyjemy taniej. Mój udany eksperyment „życie za 1000 zł” pokazał to dobitnie. W mieście za takie pieniądze opłacimy co najwyżej małe mieszkanie własnościowe. Na wsi starczy na życie, opłaty i wszystko, co niezbędne. Jasne, że na dłuższą metę potrzebujemy więcej, ale już 2000 zł wygląda całkiem realnie, nawet z małym autem. Do tego niepotrzebne nam wakacje w ciepłych krajach, bo relaks mamy codziennie w ciepłej połowie roku. A w zimie – kominek czyli przyjemne z pożytecznym.

Teraz czas na konkrety.

Skoro na wsi żyje się taniej, da się utrzymać 3-4 osobową rodzinę za 5-7 tys. zł. Nieźle. W dużym mieście taką kwotę wydawalibyśmy na ratę kredytu za trzy pokoje w apartamentowcu (6000 zł raty = 1 mln kredytu). Dom kosztuje ułamek tego co w mieście (na wsi, dość drogiej, moje 3000 m2 z domem 160m2 i garażem 60m2 jest warte najwyżej połowę tego co 100 m2 dom w mieście na działce 300m2).

Da się oszczędzać. We własnym domu możemy zdecydować się na palenie drewnem, fotowoltaikę, oczyszczalnię ścieków, studnię, czego w bloku nie dostaniemy, i wygenerowanie oszczędności w stosunku do gazu, prądu z gniazdka sieci wodno-kanalizacyjnej może nawet 1000 zł/m-c na rachunkach. Nie ma czynszu (kolejne 200-300 zł). A te różnice będą się pogłębiać.

Oddzielna historia – jedzenie. W warunkach wiejskich, ograniczamy wydatki dramatycznie, jeśli chcemy żyć samowystarczalnie, jak najbardziej możliwe.

Jedyny większy wydatek – samochód, da się ograniczyć. Wiem to doskonale po lecie, kiedy zacząłem dojeżdżać regularnie. Pierwszy pomysł – praca zdalna, choćby hybrydowo, wtedy dojeżdżamy może 2-3 razy w tygodniu. W przeliczeniu na miesiąc – niech będzie 13 razy. Miesięcznie 850 km. Rocznie 10.000 km. Elektryk przejedzie taki dystans (znowu własna fotowoltaika) za 0 zł. 500 zł ubezpieczenie, 650 zł przegląd, oraz te 1000 zł na naprawy i tak płaciliśmy w mieście, bo to koszty stałe. Może dodać trzeba tylko większe zużycie opon i części ruchomych – niech będzie komplet opon na 4 lata, czyli 600 zł/rok, – 220 zł/m-c. A spalinowy? 280 zł za paliwo na dystansie 850 km, plus właśnie te 50 zł na opony i 110 zł na naprawy/przeglądy – 440 zł. Zrównoważy je rachunek za prąd.

Miasto kontra wieś. Zaskakujący wniosek z dwóch dni.

Wszyscy, którzy piszą o negatywach zamieszkania na wsi, wymieniają jeden główny powód: czas dojazdu. Po wyprowadzce miałby się drastycznie wydłużyć. Czy prawda musi wyglądać właśnie tak?

Niekoniecznie, o czym świadczy moje ostatnie doświadczenie. W piątek jechałem na wieś. Godzina wyjazdu z centrum miasta 15.32. Do przejechania 33 km, z czego 10 km dwupasmówkami (w tym 5 km taką „miejską” z ograniczeniem prędkości 60-90 km/h). Czas – 35 minut.

We wtorek, o podobnej porze (wyjazd 15.35) miałem przemieścić się z domu do firmowego biura. Czyli z osiedla blisko centrum, prawie do obwodnicy miasta. Odcinek do przejechania 3 km. Czas? 32 minuty. Nie żartuję, pierwsze 1.5 km jechałem 20 minut. Nie było wypadku, po prostu korek, w sobotę nawigacja pokazała 7 minut. Nie musiałem przebijać się przez centrum, praktycznie 80% jechałem dwupasmówką. No, ale zator na jednej z arterii, wywołał problem ze skrętem w prawo na drugiej i odcinek 800m pokonywałem w 15 minut. Dla precyzji, zwykle w tygodniu (eliminuje weekendy) kwadrans wystarczy na przejechanie tych 3 km.

Zatem, nie – wyprowadzka na wieś nie musi drastycznie wydłużyć czasu przejazdu. Liczy się płynność ruchu na danym odcinku. Odległość też ma znaczenie, ale typowe 15 minut kontra 35 minut (gdybym mieszkał przy węźle obwodnicy byłoby 15 minut kontra 25 minut na odcinkach 3 i 23 km) nie robi tragedii.

Dlaczego więc większość byłych mieszkańców przedmieść (10 km od centrum) zgrzyta zębami? Powodów widzę kilka:

Porównują inny czas. Wielu ludzi wywiezionych jako nastolatkowie, porównuje dzisiejsze korki na wylotówce z płynnością ruchu sprzed 10 lat. Te czasy przejazdu nadal się wydłużają i tam, gdzie niedawno przejeżdżałem płynnie, teraz stoję.

Zestawiają dojazd komunikacją publiczną, a nie autem. Działa optyka nastolatka. Tutaj 3 przystanki tramwajem (10 minut) i był w galerii, a na wsi 3 km z buta do autobusu, potem 45 minut jazdy. Dorośli ludzie zwykle mają auta, albo… do miasta jeżdżą rzadko (emerytura, własna firma, praca zdalna).

Zakładają codzienne dojazdy. Znowu – optyka ucznia/studenta, który jedzie na poranne zajęcia, a nie np. pracownika zdalnego lub freelancera.

Zakładają BIG FIVE. Widzę ich czasem, jadąc z Poznania czy Wrocławia południową obwodnicą Warszawy. 1 godzina stania między dwoma węzłami, bo wypadek. Ktoś nie dostosował prędkości do warunków jazdy i wszyscy stoją (albo nie mogą wjechać na węzeł). W takich warunkach dojazd np. z Piaseczna na Pragę może zająć i 2 h. W mniejszych miastach (chociaż nadal sporych), wygląda to inaczej, bo nawet na obwodnicy natężenie ruchu mniejsze. Korkują się: centrum, wąskie wylotówki i newralgiczne drogi dojazdowe do osiedli. Mieszkam niedaleko jednej z nich, stąd z pracy wracam często autem w tempie piechura (20-30 minut). Wtedy wolę wybrać własne nogi (i idę skrótem 1.7 km, a jadę 3 km). Ale w te same 30 minut, jeżeli docisnę, przejadę 40 km (droga na wieś, gdy jadę s-ką, a nie zjeżdżam na węźle obwodnicy miasta), bo korka nie ma.

Wreszcie najważniejsze, ignorują topografię miasta. Dlaczego w 35 minut dojechałem z centrum na wieś? Bo po 200 m wąskiej drogi wyskoczyłem na płynną wylotówkę (obwodnica śródmieścia), a potem ominąłem wąskie gardło przedmieść obwodnicą miasta. Na koniec została mi typowa wiejska droga wojewódzka, jednopasmowa, lecz płynna. Gdybym miał jechać np. w kierunku domu mojego brata (dalej miasto, ale jedyny odcinek, gdzie nie domknięto koła obwodnicy), przez 6 km prowadziłyby mnie wąskie, zakorkowane drogi (z 1 km dwupasmówki). Stąd 35 minut nie byłoby rzadkością. 6 km czasem równa się 33 km. Ważne skąd i dokąd jedziesz. Opisywałem wielokrotnie Białołękę – w godzinach szczytu 1 godzina do Mordoru, a komunikacją publiczną, bywa dalej. Tymczasem z Otwocka da się dojechać  szybciej.

Dlatego wieś nierówna wsi, a miasto, miastu. Trzeba samemu sprawdzić, popatrzeć, jaką się ma rodzinę i dopiero wybierać.