Czy stać Cię na dłuższe wakacje?

Odpowiedź na tak postawione pytanie da znacznie więcej wskazówek o Twoim życiu, niż tylko dotyczące finansów.

A po co mi dłuższe wakacje? Nie mogę. Firma się zawali beze mnie.

Takich odpowiedzi udzieli pracoholik. Żyje w przekonaniu, że praca stanowi najważniejszy element życia. Wręcz określa człowieka. Nie muszę mówić, w jaki sposób postrzeganie świata jako miejsca, w którym centralne miejsce zajmuje robota, wpływa na człowieka i jego rodzinę. Wystarczy pierwsza lepsza książka psychologiczna.

To kiedy ten urlop?

Tak zareaguje zarówno człowiek, mający zdrowe relacje z życiem zawodowym. Jak i homo ludens – dla którego największą wartością z etatu jest pensja. A tę można przeznaczyć na przyjemności.

Nie mogę. Zwolnią mnie.

Smutna historia. Strach przed zwolnieniem odczuwają osoby, traktujące pracę jako zagrożenie. Zazwyczaj z powodu mobbingu i innych mniej drastycznych elementów środowiska, gdzie pracują. Ale także wysoko lękowe.

Już dawno go zaplanowałem.

Tego spodziewam się po tych, którzy swoje życie uporządkowali w ogromnym stopniu. Oni wiedzą, co zwiedzą każdego dnia, jaki remont zrobią, ile książek przeczytają itp.

Nie stać mnie.

Najprościej jak można – ludzie bez kasy, bez oszczędności, w długach. Ale także z wysokimi oczekiwaniami (urlop kosztuje 20 tys. zł/tydz. bo Malediwy, Hawaje itp.).

Tymczasem rzeczywistość jest inna.

Tak stać mnie na dłuższe wakacje. Taką odpowiedź chcę od Was usłyszeć. Widać tu dwie składowe:

  • czas (mogę sobie pozwolić na niepracowanie). Przy czym „mogę” oznacza zarówno moje przekonanie jak i reakcję pracodawcy,
  • pieniądze. Wiadomo.

Jako, że miałem. zeszłym roku 6-tygodniowy urlop, mogę Wam coś opowiedzieć z praktyki. Otóż kwestia czasu ma kapitalne znaczenie. Pieniądze liczą się w znacznie mniejszym stopniu. Otóż, jak spędziłem ten czas:

  • 2 tygodnie wyjazd do Macedonii,
  • góry (przedłużony weekend),
  • Wrocław – odwiedziny u syna i siostry,
  • kilkanaście dni na wsi,
  • 2 dni uczciwej pracy (takiego czasu po godzinie, dwie nie liczę),
  • 2 koncerty chopinowskie w Warszawie.

Jak widać, było trochę wakacji, zawodu i remontu. Typowe „wakacje polskie”.

Ile mnie to kosztowało?

  • Macedonia niecałe 6000 zł (5 osób),
  • Warszawa – 160 zł,
  • Wrocław – 150 zł,
  • wieś – 200 zł (z paliwem),
  • góry – 1000 zł (paliwo, restauracje, nocleg).

W sumie 7510 zł za 6 tygodni wolnego, w tym 1510 zł za 4 tygodnie. Ale to nie wszystko. Po prostu odpocząłem.

Fenomen wsi. Recepta na trudne czasy.

Trochę tych tekstów o wsi na blogu już widzieliście. Dzisiaj spojrzę na sprawę i praktycznie, i filozoficznie.

Zacznijmy od filozofii. Na czym polega tytułowy fenomen? Na pewnym sprawdzalnym przez pokolenia fakcie – całe rzesze osób wychowanych w mieście, zakochuje się w wiejskości. Niektórzy powiedzą wręcz za Kazimierzem Przerwa-Tetmajerem ” Wolę polskie gówno w polu. Niźli fiołki w Neapolu!” O co konkretnie chodzi?

Po pierwsze – na wsi jest pięknie. Może nie jak w Neapolu, ale wystarczająco. Na pewno znacznie ładniej niż w mieście. I tę urodę możemy oglądać codziennie, mieć ja za darmo. Piszę te słowa, jest wiosna 20 kwietnia, godzina 18.12. Powoli zachodzi słońce. Widzę je doskonale pomiędzy modrzewiami, siedząc na bujanym fotelu przed werandą. Śpiewają ptaki, setki ptaków. Część z nich za miesiąc objedzą się moimi czereśniami, ale w tej chwili staram się o tym nie myśleć.

Po drugie – ta uroda kosztuje niewiele. Ma to ogromne znaczenie. Żeby kupić działkę w górach (taką jaką mam), musiałbym dzisiaj wydać ok. 0,5 mln zł. Kupa forsy, a tylko 900 m2. Na mojej wsi (w regionie turystycznym) te 900 m2, także budowlane, dam radę kupić za 1/5 tej sumy – 100 tys. zł. Dom do remontu na obecnych Kresach potrafi kosztować 200 tys. zł, mniej niż połowę małej działki w górach czy kurorcie. Dla wielu osób ma to znaczenie. Po prostu stać ich na wieś. Zwłaszcza tych, którzy miejscówkę częściowo odziedziczyli.

Po trzecie – jest blisko. Do siebie jadę 40 minut z centrum miasta. 32 km. W góry – 4 godziny i 375 km. W górach bywałem 10-15 razy do roku (i tak sporo), na wieś mogę dojeżdżać 3-4 razy w tygodniu. Koszt – 21 zł kontra 243 zł w tę i z powrotem. Dzięki tej bliskości, wieś pozostaje dostępna prawie dla każdego.

Po czwarte – zwalniamy tempo. Miasto pędzi, każdy gdzieś się spieszy. Na miejscu żyję spokojnie. Na wszystko mam czas. Dzień wydaje się trwać dłużej.

Po piąte – żyjemy taniej. Mój udany eksperyment „życie za 1000 zł” pokazał to dobitnie. W mieście za takie pieniądze opłacimy co najwyżej małe mieszkanie własnościowe. Na wsi starczy na życie, opłaty i wszystko, co niezbędne. Jasne, że na dłuższą metę potrzebujemy więcej, ale już 2000 zł wygląda całkiem realnie, nawet z małym autem. Do tego niepotrzebne nam wakacje w ciepłych krajach, bo relaks mamy codziennie w ciepłej połowie roku. A w zimie – kominek czyli przyjemne z pożytecznym.

Teraz czas na konkrety.

Skoro na wsi żyje się taniej, da się utrzymać 3-4 osobową rodzinę za 5-7 tys. zł. Nieźle. W dużym mieście taką kwotę wydawalibyśmy na ratę kredytu za trzy pokoje w apartamentowcu (6000 zł raty = 1 mln kredytu). Dom kosztuje ułamek tego co w mieście (na wsi, dość drogiej, moje 3000 m2 z domem 160m2 i garażem 60m2 jest warte najwyżej połowę tego co 100 m2 dom w mieście na działce 300m2).

Da się oszczędzać. We własnym domu możemy zdecydować się na palenie drewnem, fotowoltaikę, oczyszczalnię ścieków, studnię, czego w bloku nie dostaniemy, i wygenerowanie oszczędności w stosunku do gazu, prądu z gniazdka sieci wodno-kanalizacyjnej może nawet 1000 zł/m-c na rachunkach. Nie ma czynszu (kolejne 200-300 zł). A te różnice będą się pogłębiać.

Oddzielna historia – jedzenie. W warunkach wiejskich, ograniczamy wydatki dramatycznie, jeśli chcemy żyć samowystarczalnie, jak najbardziej możliwe.

Jedyny większy wydatek – samochód, da się ograniczyć. Wiem to doskonale po lecie, kiedy zacząłem dojeżdżać regularnie. Pierwszy pomysł – praca zdalna, choćby hybrydowo, wtedy dojeżdżamy może 2-3 razy w tygodniu. W przeliczeniu na miesiąc – niech będzie 13 razy. Miesięcznie 850 km. Rocznie 10.000 km. Elektryk przejedzie taki dystans (znowu własna fotowoltaika) za 0 zł. 500 zł ubezpieczenie, 650 zł przegląd, oraz te 1000 zł na naprawy i tak płaciliśmy w mieście, bo to koszty stałe. Może dodać trzeba tylko większe zużycie opon i części ruchomych – niech będzie komplet opon na 4 lata, czyli 600 zł/rok, – 220 zł/m-c. A spalinowy? 280 zł za paliwo na dystansie 850 km, plus właśnie te 50 zł na opony i 110 zł na naprawy/przeglądy – 440 zł. Zrównoważy je rachunek za prąd.

Miasto kontra wieś. Zaskakujący wniosek z dwóch dni.

Wszyscy, którzy piszą o negatywach zamieszkania na wsi, wymieniają jeden główny powód: czas dojazdu. Po wyprowadzce miałby się drastycznie wydłużyć. Czy prawda musi wyglądać właśnie tak?

Niekoniecznie, o czym świadczy moje ostatnie doświadczenie. W piątek jechałem na wieś. Godzina wyjazdu z centrum miasta 15.32. Do przejechania 33 km, z czego 10 km dwupasmówkami (w tym 5 km taką „miejską” z ograniczeniem prędkości 60-90 km/h). Czas – 35 minut.

We wtorek, o podobnej porze (wyjazd 15.35) miałem przemieścić się z domu do firmowego biura. Czyli z osiedla blisko centrum, prawie do obwodnicy miasta. Odcinek do przejechania 3 km. Czas? 32 minuty. Nie żartuję, pierwsze 1.5 km jechałem 20 minut. Nie było wypadku, po prostu korek, w sobotę nawigacja pokazała 7 minut. Nie musiałem przebijać się przez centrum, praktycznie 80% jechałem dwupasmówką. No, ale zator na jednej z arterii, wywołał problem ze skrętem w prawo na drugiej i odcinek 800m pokonywałem w 15 minut. Dla precyzji, zwykle w tygodniu (eliminuje weekendy) kwadrans wystarczy na przejechanie tych 3 km.

Zatem, nie – wyprowadzka na wieś nie musi drastycznie wydłużyć czasu przejazdu. Liczy się płynność ruchu na danym odcinku. Odległość też ma znaczenie, ale typowe 15 minut kontra 35 minut (gdybym mieszkał przy węźle obwodnicy byłoby 15 minut kontra 25 minut na odcinkach 3 i 23 km) nie robi tragedii.

Dlaczego więc większość byłych mieszkańców przedmieść (10 km od centrum) zgrzyta zębami? Powodów widzę kilka:

Porównują inny czas. Wielu ludzi wywiezionych jako nastolatkowie, porównuje dzisiejsze korki na wylotówce z płynnością ruchu sprzed 10 lat. Te czasy przejazdu nadal się wydłużają i tam, gdzie niedawno przejeżdżałem płynnie, teraz stoję.

Zestawiają dojazd komunikacją publiczną, a nie autem. Działa optyka nastolatka. Tutaj 3 przystanki tramwajem (10 minut) i był w galerii, a na wsi 3 km z buta do autobusu, potem 45 minut jazdy. Dorośli ludzie zwykle mają auta, albo… do miasta jeżdżą rzadko (emerytura, własna firma, praca zdalna).

Zakładają codzienne dojazdy. Znowu – optyka ucznia/studenta, który jedzie na poranne zajęcia, a nie np. pracownika zdalnego lub freelancera.

Zakładają BIG FIVE. Widzę ich czasem, jadąc z Poznania czy Wrocławia południową obwodnicą Warszawy. 1 godzina stania między dwoma węzłami, bo wypadek. Ktoś nie dostosował prędkości do warunków jazdy i wszyscy stoją (albo nie mogą wjechać na węzeł). W takich warunkach dojazd np. z Piaseczna na Pragę może zająć i 2 h. W mniejszych miastach (chociaż nadal sporych), wygląda to inaczej, bo nawet na obwodnicy natężenie ruchu mniejsze. Korkują się: centrum, wąskie wylotówki i newralgiczne drogi dojazdowe do osiedli. Mieszkam niedaleko jednej z nich, stąd z pracy wracam często autem w tempie piechura (20-30 minut). Wtedy wolę wybrać własne nogi (i idę skrótem 1.7 km, a jadę 3 km). Ale w te same 30 minut, jeżeli docisnę, przejadę 40 km (droga na wieś, gdy jadę s-ką, a nie zjeżdżam na węźle obwodnicy miasta), bo korka nie ma.

Wreszcie najważniejsze, ignorują topografię miasta. Dlaczego w 35 minut dojechałem z centrum na wieś? Bo po 200 m wąskiej drogi wyskoczyłem na płynną wylotówkę (obwodnica śródmieścia), a potem ominąłem wąskie gardło przedmieść obwodnicą miasta. Na koniec została mi typowa wiejska droga wojewódzka, jednopasmowa, lecz płynna. Gdybym miał jechać np. w kierunku domu mojego brata (dalej miasto, ale jedyny odcinek, gdzie nie domknięto koła obwodnicy), przez 6 km prowadziłyby mnie wąskie, zakorkowane drogi (z 1 km dwupasmówki). Stąd 35 minut nie byłoby rzadkością. 6 km czasem równa się 33 km. Ważne skąd i dokąd jedziesz. Opisywałem wielokrotnie Białołękę – w godzinach szczytu 1 godzina do Mordoru, a komunikacją publiczną, bywa dalej. Tymczasem z Otwocka da się dojechać  szybciej.

Dlatego wieś nierówna wsi, a miasto, miastu. Trzeba samemu sprawdzić, popatrzeć, jaką się ma rodzinę i dopiero wybierać.

Wybór nasion, przygotowanie ziemi pod siew i walka ze szkodnikami na mojej działce.

Ten wpis stanowi odpowiedź na pytanie zadane przez Tomsiego. Chcę zaznaczyć, że żaden ze mnie fachowiec i specjalista, ot ogrodnik-amator, pewnie znacznie mądrzejszych znajdziecie na każdym z ROD-os. Niemniej jednak, dzięki całej redakcji „Działkowca”, nauce pokoleń oraz dobrej ziemi, udaje mi się zebrać przyzwoite plony. Chociaż nie zawsze, o czym jeszcze powiem na koniec.

Wybór nasion. Nie ma w tym żadnej filozofii. Na przedwiośniu idę o sklepu PNOS w moim mieście i kupuję to, czego mi zbrakło. Kieruję się trzema zasadami:

  1. Aby było polskie (głównie właśnie odmiany PNOS), w tym sensie, że pasujące do lokalnych warunków klimatycznych.
  2. Sprawdzenie w poprzednich siewach.
  3. Polecane przez „Działkowca”.

Wybór polskiego ma następujące aspekty – zasada „swój po swoje, do swego”. Po co mam płacić za licencję Holendrowi, skoro Polak wymyślił coś dobrego? Nie prowadzę zbioru przemysłowego, nie walczę o każdy kilogram z hektara. Powiedzmy, że mogę sobie na to pozwolić. Do tego wiem, także historią porażek, jak wybór nasion holenderskich, francuskich, dla nas egzotycznych (zarówno odmiana, jak i gatunek) może okazać się niewypałem. Próbowałem już i melonów, i arbuzów, i karczochów, i jeszcze wielu innych. Wyniki – marne, a to mało powiedziane. Niech sobie rośną w Hiszpanii, Prowansji czy Maroku, gdzie udają się lepiej. U mnie – pomidor Malinowy, ogórek Ożarowski, bób Biały Jankiel, fasolka Saxa.

Lokalne warunki klimatyczne (a nawet glebowo-klimatyczne) – tutaj czerpię pełnymi garściami z parmakultury. Siej to, co udawało się dziadkowi, ojcu. Moje ziemie, nazwane pszenno-buraczanymi, ale o północnym nachyleniu, mają własne preferencje – warzywa o wysokim poziomie oczekiwań pokarmowych, ale nie wczesne. Fachowo mówi się „rośliny gleb zasobnych w azot i wilgotnych”. Tutaj warto patrzeć na rośliny wskaźnikowe, chwasty, pojawiające się naturalnie. U mnie – pokrzywa i podagrycznik. Mało mam skrzypu (czyli gleby nie są zakwaszone). Dziadkowie posiadali szparagarnię, rodzice skutecznie uprawiali pomidory. Sąsiedzi pszenicę i buraki zamienili na krzewy jagodowe (maliny, porzeczki). W okolicy pełno pozostałości Słowiańszczyzny (zespół grodów: Żmijowisko, Kłodnica, Chodlik, Dobre oraz dwa miejsca w Nałęczowie) i prehistorii (ślady osadnictwa z okresu kultur ceramiki wstęgowej i pucharów lejkowatych). Od lat najlepiej udają się: bób, fasola, cukinia, ogórek, chociaż wymagają podlewania w susze. Gorzej korzeniowe (cebula, marchew, ziemniak, burak), z uwagi na zbitą ziemię. Najgorzej – kapustne, szybko niszczą je szkodniki. Dlatego – dobieraj do siebie.

Na koniec legendarny „Działkowiec”. Polecam sam miesięcznik, jak i jego książki. Od p.Sikory, która wychowała pokolenia działkowiczów na swojej „Intensywnej uprawie warzyw”, aż do młodego pokolenia naukowców. Kiedyś kupowałem „Hasło ogrodnicze”, ale tam traktuje się o wielkiej produkcji owocowo-warzywnej, a nie przydomowym ogrodzie. W „Działkowcu” co roku znajdziemy zarówno wskazanie odmian, ich wad i zalet, jak i metody uprawy. Część powtórzy się, ale pewne rzeczy pozostają klasyką.

Przygotowanie ziemi pod siew. Tutaj ograniczają mnie siły i technika. Ponieważ mam spalinową glebogryzarkę dużej mocy, nie kopię już ogrodu. Wykonuje przejazd pługiem na 20-25 cm (kiedyś powiedzielibyśmy „na sztych” czyli głębokość łopaty), a potem właśnie talerzówka. Tyle. Nawet nie trzeba grabić. Zwykle z uwagi na praktykę lat, orka na jesieni, bronowanie wiosną. Przed siewem mieszam kompost i obornik w granulkach. Koniec.

Ten rok będzie nieco inny. Powstały wspomniane grządki podwyższone, efekt mojego wieku, lenistwa i spostrzeżeń. Same zalety – mało chwastów, lepsze przygotowanie ziemi – w punkt. Tutaj trzeba warstwowo, dokładnie tak, jak pisze „Działkowiec”. Zero kombinacji. I powinno wyjść. Wykładam maty. Z dwóch powodów: lenistwo (mniej plewienia) i lepsze ogrzewanie ziemi na wiosnę. Jak pisałem – północny stok.

Wiem, są ludzie, którzy zamówią gościa z traktorem, przekonają o wyższości głębokiej orki nad tym co robię. Jeszcze raz, widziałem wielu ogrodników, którzy na niewielkiej powierzchni zbudowali gigantyczne plony, właśnie „działkowców z ROD-os” nigdy nie orząc. Czyli da się.

Na przyszły rok – eksperyment. Dużo obornika końskiego (poprawia strukturę gleby), ściółkowanie.

Szkodniki i choroby. Kompletnie nie idę z duchem czasu. Nie stosuję żadnej chemii. Nowe odmiany wręcz jej wymagają, więc je odrzucam. Nie wybieram też tego co sąsiedzi. Kiedyś miałem brokuła, na sąsiednim polu też rósł. Tam rolnik pryskał, szkodniki poszły do mnie i plon trzeba było wyrzucić. Podejście mam filozoficzne – co przeżyje, zjem. A przeżyje sporo, jeżeli wybiorę gatunki i odmiany odporne, dostosowane do moich warunków, sprawdzone, optymalnie dobiorę metody uprawowe. Na pewne straty godzę się, bo z tego nie żyję. I tak – w lata wilgotne kompletnie zawodzi pomidor (zaraza ziemniaczana). Mszycę na bobie traktuje, jak moja babcia – popiołem, albo uszczykiwaniem wierzchołków. Fasoli nic nie bierze, chyba że ptaki wyjedzą nasiona. Cukinia okazuje się prosta, odporna. Ogórka wystarczy chronić przed mączniakiem tzn. nie lać wody po liściach. I jeszcze jedno – sprawdzona rozsada. Mocna, dobra, sadzona w punkt (nie przesuszona) i będzie dobrze. W ostateczności gnojówka z pokrzyw, preparaty z czosnku, dobre sąsiedztwo. Jeszcze raz odsyłam do „Działkowca”.

Generalnie, trącę trochę herezją, ale z racji powierzchni mogę sobie pozwolić na straty i brak spiny. Takiego komfortu nie ma ktoś, kto uprawia działkę ROD-os 300-500 m2, a na niej warzywa, drzewka i jeszcze strefę rekreacji. Nie ma też producent na rynek. Jak coś padnie – przeżyję. Jem to co lubię, zdrowe (w standardzie „Bio”) i tak jak napisałem – nie zawiodły mnie ani fasola, ani bób, ani cukinia. W średniowieczu francuski chłop opierał na strączkowych swoje wyżywienie (poza zbożem, serem i mięsem), ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Wyśpicie się jak królowie. O śnie na wsi i w mieście.

Jeden z Tiktokowych komików, opisując wiejskie wygody mówi „Wyśpita się jak króle”. Ten nieco uładzony cytat stał się tytułem dzisiejszego wpisu. Pasuje doskonale.

Od pewnego czasu używam narzędzi do śledzenia jakości snu. Opaska, noszona na ręku, połączona z telefonem zbiera dane i dokonuje oceny:

  • fazy (lekki, głęboki, REM, przebudzenia),
  • chrapanie,
  • częstotliwość oddechów,
  • puls,
  • godzina zaśnięcia i pobudki.

Na tej podstawie program wystawia ocenę przespanej nocy, w skali od 1-100. Przez wiele miesięcy używania systemu w mieście, moja maksymalna ocena wynosiła 90, co już stanowi świetny wynik (od 85 pkt nazywany w programie „wspaniałym snem”), ale bywały i 60-tki. Czy wiecie jakie rezultaty zacząłem osiągać, od kiedy spędzałem na wsi minimum 2-3 noce? Ano nagle regularnie zaczęły mi wpadać: 96, 97, 99, a nawet 100. Po powrocie do miasta, znowu było gorzej. Jak to możliwe?

Po prostu, wszystkie składowe oceny na wsi kształtowały się bardzo wysoko. Zasypiałem wcześnie (21.30), budziłem się ze świtem (ok. 5-6). W efekcie sen trwał wystarczająco długo (7.5-8.5 godziny), ale nie za długo (pow. 9). Miałem optymalną ilość głębokiego snu (1,5 godziny), podczas gdy w mieście nierzadko widziałem 20-30 minut. Wydaje się to dziwne, ponieważ w wiejskim domu śpię na poddaszu, tam słychać wszystkie odgłosy natury, od biegających po blaszanym dachu wiewiórek, do śpiewu ptaków. Poza tym w odległości (w linii prostej) ok. 0,5 km biegnie linia kolejowa, a więc każdy przejazd pociągu da się zdiagnozować jako dodatkowy szum. No i samoloty z lotniska w Dęblinie. Pomimo tego, sen głęboki przychodził wtedy, kiedy powinien, w 3-5 fazach. Puls odpowiednio spadał, a oddychałem regularnie.

Także subiektywne odczucia wypadały doskonale – budziłem się wyspany, a zasypiałem bez problemu. Zupełnie inaczej niż w mieście. Tu regułą stały się przebudzenia ok. 2-3. Zasypiałem potem jeszcze raz ok. 4, ale nie na długo (pobudka do pracy, ruch w domu). Na wsi takich pobudek nie doświadczałem.

I teraz czas zastanowić się nad przyczyną. Nasze babcie powiedziałyby: świeże powietrze, chodzenie spać z kurami (czyli niedługo po zmroku), fizyczna praca. Im dłużej mierzę parametry snu, dostrzegam prawdę intuicyjnych ocen (przecież babcia nie miała narzędzi, którymi dysponuję). Wieś zapewnia tzw. „spokojny sen”, wycisza, regeneruje. I tam, nawet nie przeszkadza światło ekranu (nierzadko zasypiałem po pracy, albo 3-4 godzinnej transmisji z Konkursu Chopinowskiego), które podobno ma być gigantycznym problemem. Spory ciężar ma także praca fizyczna, męcząca lecz nie wykańczająca, w przeciwieństwie do stresu miasta. Tam wszystko pędzi, nawet jeśli z pozoru nie ma ku temu powodu. Oczywiście, nawet tutaj nie sypiam źle. Moje wyniki kształtują się zwykle pomiędzy 70 a 90 czyli na poziomie „dobry” lub „wspaniały”, znacznie powyżej średniej wiekowej czy populacyjnej (aplikacja dysponuje danymi z całego świata), ale zdarzają się też 60-tki (np. gdy zasypiając po 22, budzę się o 2 i mając obowiązki, dosypiam tylko godzinę).

Kończąc, twarde dane pokazują, faktycznie na wsi wyśpicie się jak królowie.

Trzy powody dla lenia, żeby wybrać wieś.

Temat wraca jak bumerang, ale dłuższe przemyślenia prowadzą mnie do wciąż nowych wniosków. Tym razem argumenty dla zatwardziałych leni. Ponieważ z natury zaliczam się do tej grupy (aczkolwiek jej szczególnej odmiany – ciężko pracujących z konieczności), także dla mnie.

Możesz pracować na pół gwizdka

Nazwij to jak chcesz, spokojnym etatem, niewielką dg, pracą zdalną, czy robotą na pół gwizdka. Ja powiem krótko – prace czasowo niewymagające. Raj dla lenia. W moim przypadku – biuro od wtorku do czwartku. Laba od piątku do poniedziałku. Włącznie. Alternatywa? Pięcie się po szczeblach kariery, pensja 20k netto za… 60 godzin w tygodniu. Dziękuję. Wolę 8k za 16 godzin.

A docelowo zostanę z własną firmą 5k za 8 godzin/tydzień.

W mieście, z kredytem na karku – nierealne. Sama rata pochłonie jedną pensję.

Możesz zrezygnować z pracy po 50-te

Jeśli jesteś leniem podobnym do mnie (tzn. takim, którego życie zmusiło do ciężkiej pracy), ok. 50-tki zebrałeś już sporo owoców pracy wcześniejszego trudu. Mówiąc po ludzku – masz inwestycje i oszczędności. One doskonale zastąpią pensję. Czyli pracować zawodowo już nie musisz (jeśli chcesz – proszę bardzo).

I znowu, obserwując moich miejskich przyjaciół niewielu ma takie opcje. Dochody 15-20k były konsumowane na bieżąco. Wielu zostały kredyty. Innych zżera inflacja stylu życia. Dosłownie muszą pracować do śmierci. Emerytura w wysokości dzisiejszych 4k kompletnie ich nie interesuje. Mnie wystarczy połowa tej sumy.

Życie na wsi jest tańsze i zdrowsze

Nie, nie mówię o pełnoetatowej pracy rolnika, lecz o zwykłym zamieszkaniu w wiejskim otoczeniu. Przykłady cen nieruchomości podawałem wiele razy, czas na inne.

Jedzenie – niby oczywiste. Własne kury i masz jaja. Nie za darmo, ale za 1/3 ceny. Zdrowe, ekologiczne. Jedni z wiejskich emigrantów kupili sobie owce rasy dorper (mięsne). Korzyści? No mają tanie mięso, i nie muszą codziennie doić. Lubisz mleko i sery, wybierz rasy lacaune lub fryzyjską. Nie chcesz zwierząt? Tanie mięso kupisz w okolicy.

Opłaty – sporo niższe. Woda – 1/2 ceny, śmieci 70-80%. Internet za tyle samo, podobnie komórki. Ale już prąd wytworzysz sam. Podobnie opał. Idę w tym kierunku od kiedy za ogrzanie 100 m2 w mieście wyszła mi prognoza 10 tys. zł. Za chwilę takie kwoty zapłaci mieszkaniec 3-pokojowego mieszkania w spółdzielni. A własny kominek z płaszczem załatwił mi sprawę definitywnie.

Bonus. Czwarty powód – widoki.

W mroźny weekend 17 stycznia 2026 r. pojechałem do domu na wieś po zapasowe płytki (glazurę). Kompletna cisza, i … te widoki. Postanowiłem zdjęciami (w których robieniu nigdy nie byłem dobry), zainaugurować część fotograficzną bloga, ale niestety muszę się jeszcze podszkolić w obsłudze multimediów. Ośnieżone drzewa, czysta biała przestrzeń, a nawet droga (dojechałem do samej bramy). Niby nic wielkiego, ale jak kojące dla ducha. Tego nie dostaniemy w bloku, a tam? Wystarczy wyjść za próg domu. Leń we mnie lubi ciszę, spokój i napawanie się przyrodą.

A co Ty dodałbyś do tej listy?

Ekonomia współdzielenia. Kolejne absurdy inżynierii społecznej.

Mieszkanie można wynająć. Podobnie auta. Tego byłem świadomy? Ale, że telefon? Jakie ma to długofalowe skutki?

Jesienią wpadłem do marketu elektronicznego po kabel HDMI do nowego komputera (Mac mini za 2500 zł). Węsząc upselling sprzedawca zaproponował mi … wynajem telefonu. W wielkim uproszczeniu – biorę flagowy model, płacę 1/35 ceny miesięcznie. Czyli dysponuję ciągle nowym flagowcem, nigdy go nie mając. Jak to wygląda ekonomicznie?

Wynajem. Wybieram flagowca od Samsunga (S25+). Cena początkowa 4700 zł. Rata 136 zł przez rok. Potem biorę nowy. Zero problemów. No cóż, nie do końca. Trzeba przenosić dane i … wychodzi drożej. Albowiem zakup:

Zakup. 4700 zł. Telefon starcza mi na 6 lat (po pięciu latach wymieniłem baterię za 350 zł). Ile to miesięcznie? 65 zł, ca. 50% mniej. Wady? Jedna. Sześć lat z jednym aparatem. Dla zwolenników wiecznej nowości – zbrodnia.

Teraz czas na inne dobra. Mieszkanie. Warunki Wrocławia. 550 tys. zł na kupno, 3000 zł wynajem, 3500 zł rata (plus 110 tys. zł wkładu własnego). Co jest lepsze?

Część nie ma żadnego wyboru – ponieważ nie posiada zdolności kredytowej na taką sumę. Można się przeprowadzić do Strzegomia, ale nie o to tym razem chodzi. Wróćmy do tych, którzy wybierają:

  • rata 3500 zł (plus nazbierać na wkład własny),
  • wynajem 3000 zł, a 110.000 zł niech sobie pracuje.

Zwolennicy „ekonomii współdzielenia” powiedzą – najem jest tańszy, wygodniejszy, elastyczniejszy. Inni policzą.

Zalety wynajmu. 6% od 110.000 zł wynosi 6600 zł/rok czyli 550 zł miesięcznie. Dobrze mieć taki dodatkowy dochód i poduszkę w jednym. Do tego jesteśmy 500 zł do przodu miesięcznie. Razem 1050 zł/m-c. Nie do pogardzenia. Nikt nie trzyma nas na miejscu, możemy sobie zmieniać, dostosować do warunków.

Tak powiedzą krótkodystansowcy (i Ci, którzy pragną sprzedać nam najem). Powoli przekonują się o tym ludzie młodsi ode mnie o 5-9 lat. Oni wierzyli takim opowieściom. Gdzie dzisiaj są po 15 latach płacenia za najem? Dokładnie w punkcie wyjścia. Czy na pewno? Nie. Są 15 lat do tyłu. Dlatego rozważmy 3 scenariusze.

Scenariusz 1. Historyczny. W ciągu 15 lat inflacja skumulowana ok. 75%, wzrost cen mieszkań o 100%, wzrost cen najmu 75%. A więc, gdyby się powtórzył, w 2040 r. mielibyśmy wynajmując: 227 tys. zł gotówki (procent składany) – to nasz majątek netto, cenę mieszkania 1,1 mln, ratę kredytu nowego 6000 zł, ratę najmu 5250 zł. A gdybyśmy dzisiaj kupili? No cóż, mamy mieszkanie obciążone kredytem w 25 % (czyli spłaciliśmy ok. 1/3 kapitału kredytu i włożyliśmy 20% na start), majątek netto ca.825 tys. zł, miesięczne koszty 3500 zł (z przejściowymi zawirowaniami od 2000 – 4000 zł, ale nadal sporo mniej niż 5250 zł). Ten scenariusz pokazuje dokładnie to, czego doświadczyli millenalsi słuchając pokątnych doradców w 2010 r. Gdyby wtedy kupili, dzisiaj zamiast 120 tys. zł gotówki, mieliby 410 tys. zł majątku netto w wartości mieszkania. I ratę na poziomie z 2010 r. czyli 1500 zł, a nie 3000 zł za najem.

Scenariusz 2. Pesymistyczny. Wszystko stoi, spadło oprocentowanie lokat i skumulowana inflacja do 20% przez 15 lat. W takim przypadku, rok 2040 przyniósł dzisiejszym młodym:

  • wariant wynajmu – majątek 160 tys. zł (zrobione ze 110 tys. zł), wysokość czynszu – stałe 3000 zł,
  • wariant zakupu – majątek 260 tys. zł (20% wkładu i 1/3 spłaconego kredytu), wysokość raty 3000 zł (przy tak niewielkiej inflacji, raty najprawdopodobniej spadną).

Scenariusz 3. Pośredni. Inflacja skumulowana 50%. Wzrost wartości mieszkań – 50%. Wzrost czynszów 50%. Ponownie przeliczmy.

  • wynajem – majątek 190 tys. zł (ze 110 tys. zł), czynsz 4500 zł.
  • zakup – majątek 535 tys. zł (260 tys. zł jak w wariancie 2 + 275 tys. zł wzrostu wartości), rata 3500 zł.

Patrząc nawet na scenariusz pesymistyczny (stagnacji), widzimy przewagę zakupu na przestrzeni 15 lat. Może na bieżąco będzie taniej z najmem, ale majątek gromadzimy kupując. A opisuję najgorsze 15 lat. Ponieważ „sprzedawcy wynajmu” nie pokazują Wam innych danych – tych dotyczących dochodów i emerytury. Otóż patrząc na dochody w grupach wiekowych widzimy dwie prawidłowości – ostre wyhamowanie po 45 r.ż. (krótko mówiąc 50-latek zarabia z pracy mniej niż 45-latek), oraz planowaną emeryturę na poziomie 30% ostatniej pensji. Co się dzieje w tych 3 scenariuszach na emeryturze? Mamy rok 2055 – proszę bardzo:

Scenariusz historyczny. Kredyt spłacony – koszty kredytu wynoszą 0 zł. Koszty najmu? 10.000 zł (nominalnie, realnie to ok. 3000 zł dzisiejszych). Wysokość emerytury 10.000 zł (znowu nominalnie ok.3000 zł obecnych). Krótko mówiąc – 100% emerytury przeznaczamy na wynajem we Wrocławiu. Czas na przeprowadzkę na wieś.

Scenariusz pesymistyczny. Kredyt już spłacony – koszty kredytobiorcy 0 zł. Koszty najmu. 3000 zł, a więc dzisiejsze 1600 zł. Emerytura 3000 zł. Już lepiej, ale nadal właściciel ma przewagę.

Scenariusz pośredni. Także w tym wariancie, kredytobiorca zakończył płatności. Najemca płaci 6700 zł (dzisiejsze 3000 zł). Emerytury dostanie ok. 6700 zł. Znowu – zapraszamy na wieś.

Czy nie przesadzam? Nie. Co więcej obserwuję ten proces w rodzinie. Mam już emerytów z grona boomerów, którzy w pewnym momencie (rozwody) zostali bez mieszkania i rozpoczęli wynajem, zamiast kupić. Wiecie co się stało? Pracują, dopóki mogą, na razie mogą. Potem przyjdzie im przenieść się w tańsze regiony. A oni jeszcze mieli przyzwoitą stopę zastąpienia (czyli ich emerytura przekracza o 20-30% czynsz najmu w mieście z TOP 5, na razie są też w parach). 45-latkowie obudzili się z przysłowiową „ręką w nocniku”. Oni przynajmniej liczą na spadek. Prawdopodobnie przed 65 r.ż odziedziczą wystarczająco dużo, aby kupić coś małego na skraju metropolii.

Na koniec, nasuwa się jedno pytanie, czy istnieje jakikolwiek scenariusz, który zapewniłby wygraną najemcom? No cóż, gdyby państwo zabrało się ostro za mieszkalnictwo komunalne (czyli budowało po 1,5 mln mieszkań na wynajem rocznie), czynsze realnie spadną, wtedy spadną i ceny. Szansa na realizację? 2%. Ale nawet wtedy na emeryturze płacenie czynszu w wysokości dzisiejszych 1500 zł może się okazać zabójcze. Bo kredytobiorcy zapłacą równe 0. I coś zostawią następnemu pokoleniu.

Weźmy jeszcze pod uwagę scenariusze demograficzne. Obecnie rysują się tak: liczba ludności PL spada o 20-30% w ciągu 40 lat. Wieś i małe miasta, zwłaszcza na kresach wyludnia się, a realne ceny nieruchomości spadają drastycznie. Pojawiają się miliony pustostanów i „domy za 1 zł”. Tam też da się tanio wynająć (nawet ostatnio rozmawiałem o ofercie „wynajmu domu murowanego trzypokojowego za 500 zł” w wiejskiej okolicy 60 km na północny wschód od Lublina). Wtedy na emeryturze dostajesz alternatywę.

Jeśli nie będzie Cię stać na zakup/wynajem we Wrocławiu (Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu) jest dla Ciebie jakiś ratunek. Wybierasz mniejsze miasto/wieś i mniejszą ratę. Wtedy Twoje możliwości wzrosną.

O wykluczeniu komunikacyjnym. Dlaczego nie tylko na wsi warto mieć samochód.

Kiedy patrzę na „moją” wieś z bliskim (od 1.5 do 2.5 km) dworcem PKP, z którego co godzinę odjeżdża pociąg do miasta wojewódzkiego, problem wydaje się nie istnieć. Zwłaszcza dla kogoś, kto zrobił prawo jazdy i kupił auto. 2.5 km pokonuję w:

  • 30 minut idąc piechotą,
  • 7 minut rowerem lub elektryczną hulajnogą,
  • 5 minut autem.

A z dworca już prosto:

  • w 10 minut do miasta gminnego elektrycznym busem,
  • w 10 minut do powiatowego pociągiem,
  • 20-30 minut do stolicy województwa koleją.

Super to wygląda w lecie. Bo wyobraźcie sobie hulajnogę elektryczną w listopadzie lub lutym. Już na dworzec dojeżdżałbym brudny. Stąd potrzeba własnego samochodu. A znam znacznie gorsze miejsca. Wystarczy sąsiednia miejscowość – na granicy gmin. Autobus 3 razy dziennie, tylko na dystansie 5 km (bez przesiadki). Do dworca PKP 5 km i żadnego transportu publicznego. Co robić? Kupuje się auto.

Generalnie w Polsce mamy zasadę – lepszy transport zorganizowany (bus, pociąg) działa w miejscowościach turystycznych. Ale nadal jest sporo wolniejszy niż własny samochód, bo trzeba jeszcze dotrzeć na przystanek. W takim „moim miejscu w górach” – powiat 40 km – jadą busy co godzinę, województwo (bardzo duże miasto) co 2 h. Super. Tylko miasteczko gminne tak rozciągnięto, że mieszkający na skraju, żeby dotrzeć na najbliższy przystanek, muszą przebyć 4 km, z tego 1 km po błotnistej górskiej ścieżce. Zamieszkali bliżej centrum – już nie. Osiedle bloków, 20 lat temu zlikwidowali busa, który tam się zatrzymywał, teraz po powrocie 500 m ostro pod górę (chociaż po chodniku).

Ale wystarczy mieszkać w okolicach Warszawy, albo w jej granicach. Białołęka-Mordor – 1,5 h komunikacją miejską i na nogach w godzinach szczytu. Piaseczno – podobnie. W zasadzie tylko bliskość metra, kolejki miejskiej lub tramwaju nas ratuje.

Teraz czas na opowieść o skutkach takiego stanu rzeczy.

Pierwszy – trudność podjęcia nauki przez „wykluczonych”. Dojechać na zajęcia bez samochodu – dłużej o 20-40 minut, jeśli mieszkamy w promieniu 30 km od miasta akademickiego.

Drugi – drastyczne wydłużenie czasu przeznaczonego na pracę – z 9 h (8h w i 1 h na dojazdy mieszczucha) do 10 h, a w przypadku pracowników fizycznych nawet 11-12h (dochodzi jeszcze czas na mycie, przebranie się, no i rozkład jazdy bywa gorszy dla trzeciej zmiany).

Trzeci – zagęszczenie ruchu samochodowego. Skoro większość dojeżdża swoim, powstają korki. No i stąd podane czasy. W mieście prędkość średnia 20 km/h uchodzi za normę, w korku 5-10 km/h.

Czwarty – parkingi. Żeby pojawić się w pracy (1,7 km od mojego domu w mieście) rano mam 3 opcje:

  • wyjść pół godziny przed pracą i dojść na piechotę,
  • tak samo, ale znaleźć miejsce parkingowe i spokojnie sobie czekać przez 20 minut na początek roboty,
  • 5 minut do przystanku, 10 minut autobusem i 5 minut do biura. Jeśli dodam godziny odjazdu – zyskam 5 minut. Bez sensu. Dlatego chodzę. Natomiast mając 3 razy większy dystans byłbym skazany na auto lub autobus.

A gdybym jeszcze rozwoził dzieci do szkoły? Autobusem bankowo dodajmy 40 minut. I robi się te 1h 40 minut dziennie, od wyjścia z domu do powrotu z pracy 9h 40 minut. W naszym świecie auto upraszcza życie nawet w mieście.

Czy stać Cię na niepracowanie?

Od kilku lat na blogu poruszam temat „wcześniejszej emerytury” – takiego pokierowania swoim życiem, aby po 50-tce rzucić robotę. Stosując proste reguły, możemy pokazać, ile trzeba zebrać, aby żyć sobie na luzie, bez konieczności pojawiania się w miejscu zatrudnienia/prowadzenia firmy. A oto spojrzenie z innej perspektywy niż dotychczas – historii emerytów, których miałem okazję poznać.

Założenie 1. Emerytura musi być dożywotnia. Żadnych złotych strzałów przez 10 lat, a potem zęby w ścianę i gryźć tynk. Żyjesz 100 lat, dostajesz wypłaty przez 50 (bo teraz masz 50). Żyjesz 65, aktywa przejmuje rodzina. Efekt – lepiej niż w ZUS-ie. Dlatego przyjmuje dość konserwatywne wskaźniki zwrotu.

Założenie 2. Emerytura, wraz z dochodami musi wystarczać na życie. Dochodzimy do kluczowego parametru – A ile potrzebujesz na życie?

Założenie 3. W wieku „urzędowym” zaczynasz dostawać świadczenie państwowe. Wiadomo, państwowa emerytura też będzie. W moim przypadku – 65 lat.

Teraz, na własnym przykładzie przeprowadzę Was przez doświadczenie wyliczenia własnych potrzeb emerytalnych. I możliwości – także.

W wieku 50 lat, człowiek ma jeszcze pewne koszty związane z rodziną. W moim przypadku będzie to uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej. Gdybym wtedy zdecydował się na zakończenie pracy i przeniesienie na wieś mogę potrzebować (wg cen dzisiejszych). Zakładam też rzucenie pracy przez żonę.

  • Życie (jedzenie, leki, lekarze, kosmetyki, chemia) – 2000 zł, zwłaszcza jeśli sporo żarcia wyprodukuję,
  • Ubranie – 400 zł,
  • Transport (15 tys. km jedno auto elektryczne) – 600 zł,
  • Nauka (jakieś korki i zajęcia dodatkowe, no i szkoła) – 700 zł,
  • Opłaty (woda, śmieci, ścieki, internet, komórki, prąd, opał) – 700 zł,
  • Suma wydatków podstawowych: 4400 zł.

Teraz czas dodać mniej konieczne, takie jak:

  • Ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe – 1200 zł,
  • utrzymanie pozostałych nieruchomości – 200 zł (koszty stałe),
  • fundusz remontowy – 300 zł,
  • wakacje – 500 zł,
  • wymiana auta, rezerwa na większe wydatki – 1000 zł,
  • Suma wydatków emeryta: 7600 zł.

Ustalono – potrzebuję 7600 zł/m-c. Skąd wziąć taką kasę?

Pierwszym źródłem okazuje się wynajęcie domu w mieście – 5000 zł. Drugim – pomoc państwa 800+, świadczenia rodzinne – 950 zł. I już mam 5950 zł. Jeśli dodam do tego odsetki od kapitału wg zasady 4% (dość konserwatywnie) potrzebuję jeszcze oszczędności 495.000 zł. Tak się składa, że nimi dysponuję. A zatem – stać mnie na przejście na emeryturę.

Rzecz jasna, te 495 tys. zł plus dom do wynajmu, wyglądają przerażająco. Da się jeszcze coś urwać.

Po pierwsze – zmniejszając wydatki. Mogę kupić auto, którym przejeżdżę do emerytury, a dopiero, gdy trafi mi się zastrzyk pieniędzy (4000 zł mojego świadczenia i 1600 zł minimalnego – żony) dokonywać wymian. Do jej emerytury mam tylko 11 lat, mogę zrezygnować z płatnych wakacji, kupować skromniejsze prezenty, mniej wydać na życie i zejść tym sposobem do 6800 zł. Ba, w ekstremalnej sytuacji do 5000 zł. Wtedy starcza mi sam dom oraz pomoc państwa. A może nawet nie dom, a lepsze mieszkanie na wynajem.

Po drugie – próbując coś dorobić. Bez szaleństwa, ot tyle, żeby całkiem się nie lenić – 1000 zł/głowę. Wtedy z pomocą państwa mamy już 2950 zł przy małżeństwie emerytów (i nie potrzebujemy oszczędności).

Po trzecie – wyciągnąć rękę do państwa i pracodawcy. Zasiłek dla bezrobotnych 1500 zł. Jakieś chorobowe, rehabilitacyjne, renta – kilka tysięcy. Już z tego da się wyżyć przez jakiś czas (6m L4, 3m odprawy, 1 rok rehabilitacyjnego 6m zasiłku dla bezrobotnych – razem 2 lata i 3 miesiące).

Po czwarte – maksymalizować inwestycje. Dlaczego 4%, skoro można mieć 8%? Wtedy sprzedając dom za 1 mln, uzyskuje 6500 zł odsetek miesięcznie. Znowu – z pomocą państwa starczy do „prawdziwej emerytury”.

Po piąte – po co w Polsce? Czytałem ostatnio artykuł o „tajskiej emeryturze”. Para żyje tam za 4000 zł, dziecko chodzi do lokalnej szkoły, fajny klimat, ciepło. Oczywiście, inna kultura i zasady, to trzeba lubić.

Po szóste – połączmy wszystko razem. Mamy dom w mieście za 1 mln, sprzedajemy go (w Warszawie 1mln = 2-3 pokojowe mieszkanie).. Za 300 tys. zł kupujemy dom na wsi z kawałkiem pola. Zostaje nam 700 tys. zł. Spokojnie starczy (my akurat taki dom mamy, nie musimy).

Albo wersja alternatywna. Nie mamy nic poza domkiem na wsi. Wybieramy wersję: świadczenia plus drobne prace, a przy okazji minimalizujemy koszty. Jedzenie produkujemy (1000 zł na życie), ubieramy się w ciuchlandach (300 zł/3 osoby), palimy zrębką, produkujemy prąd, wodę czerpiemy ze studni, a ścieki przepuszczamy przez przydomową oczyszczalnię, mamy 1 telefon komórkowy plus internet. Na dach nad głową wydajemy 600 zł, szkoła kosztuje nas 100 zł/m-c, a transport 300 zł. Tym sposobem damy radę żyć za 2300 zł. Jeśli dodamy jakieś prezenty, poduszki bezpieczeństwa – 1200 zł. Wystarczy nam 3500 zł. Dostajemy 1300 zł świadczeń (wtedy łapiemy się na wszystkie dodatki – mieszkaniowe, energetyczne, rodzinne, 800+), pracujemy po 20 godzin/m-c i wychodzimy na swoje. Dlatego generalnie wielu ludzi stać na niepracowanie (albo pracowanie po 5 godzin/tydzień), ale boją się zmian, lub nie chcą radykalnie obniżać standardu życia. I o tym pisali już Bartek i Marek – klasa średnia nie lubi ekstremów, nie chce obniżać swojego standardu życia (czytaj: żyć jak klasa niższa), broni habitusu, a z nim tzw. must have. Dlatego tak niewielu przechodzi na emeryturę po 50-tce.

Klasa średnia w małym mieście.

Ekonomiczne podejście do podziału klasowego koncentruje się na kwestii dochodu. Ponieważ dane statystyczne stały się coraz bardziej szczegółowe i dostępne, naukowcy sformułowali nową definicję: do klasy średniej zaliczamy osoby, których dochód netto kształtuje się na poziomie od 0,75 mediany do dwukrotności mediany dochodu w ich gminie. Jeszcze inny wzór, zaprezentowany w artykule https://businessinsider.com.pl/finanse/oto-prog-wstepu-do-zarobkowej-klasy-sredniej-sprawdz-czy-sie-lapiesz-kwoty/b5pp8gy , polega na uwzględnieniu liczby członków rodziny, podstawiamy wtedy do wzoru:

dochód rodziny netto/ pierwiastek kwadratowy z liczby członków rodziny. I dopiero tę wartość porównujemy. Ma to sens. Na podstawie takiego założenia BI obliczył kryteria klasy średniej w zależności od liczby osób w rodzinie. Co im wyszło?

Otóż w takiej Warszawie, DINKS (bezdzietna para) musi zarobić minimum 8017 zł, żeby znaleźć się w klasie średniej, a do wyższej wejdzie z dochodem ok. 15k. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w takim Łukowie – tu para może zarabiać sporo mniej – 5494 zł. W „mojej” gminie (tam mam działkę) wystarczy 5678 zł. W ten sposób możemy podróżować do klasy średniej (lub wyższej) przenosząc się, tam gdzie biedniej. Np. moja rodzina (4 os. na utrzymaniu) byłaby klasie średniej w Nałęczowie (7949 zł) , wyłącznie na mojej jednej pensji, a w Lublinie już nie (próg 8800 zł). Znajdę oczywiście jeszcze biedniejsze tereny – w takim Kozłowie (k.Olsztynka) wystarczyłoby nam 6636 zł. Jaki z tego wniosek?

Ano, moja teoria o sensie przenosin do niewielkiego miasta ma sens. Na potwierdzenie Onet.pl opisał „klasę średnią w małych miejscowościach” (https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/czy-4000-zl-wystarczy-by-nalezec-do-klasy-sredniej-sprawdz-co-mowia-polacy/jk9l6qv,2b83378a) czyli popytał ludzi z niewielkich gmin o ich siłę nabywczą. Bohaterami byli: singiel z Krokowej (wystarczający dochód 3768 zł), para spod Augustowa (gmina Raczki 5674 zł dla DINKS), oraz samotna matka jednego dziecka spod Pieniężna (5672 zł dla dwóch osób). Z perspektywy Wielkiej Piątki (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto), taki dochód wydaje się śmieszny, a w małym mieście osoby otrzymujące niewiele więcej (samotna matka nieco ponad 6k), żyją sobie przyzwoicie. Co o tym decyduje:

  1. Brak kredytów.
  2. Niewiele miejsc, w których wydaje się kasę.
  3. Lokalny styl życia nastawiony na gromadzenie oszczędności.

Hołdując tym trzem zasadom: zero kredytów (albo wyłącznie na inwestycje), nieodwiedzanie drogich lokali/sklepów oraz codziennej oszczędności jesteśmy w stanie prowadzić satysfakcjonujące życie, nie szarpiąc się zbytnio.

I znowu warto szerzej opisać każdy punkt z listy.

Brak kredytów. Jak się okazuje, w mniejszych miejscowościach ludzie kupują za gotówkę, dostają od rodziny lub dziedziczą. Takie możliwości dają im: niższe ceny zakupu (dom w Raczkach wyjdzie taniej niż kawalerka w Warszawie), budowy (ekipy mają niższe stawki), oraz metoda DIY (sporo robi się samodzielnie). Odpada grunt (często darowany przez rodzinę, w Wawie – tysiące zł/m2), nie ma dewelopera, który bierze 30% zysku itp. Rozglądam się po mojej wsi – tu domy powstają latami (nie w pół roku), a budowlańcami są inwestor, szwagier i sąsiedzi. Część pracuje za grosze (bez podatku), inni „na odrobek” (dzisiaj ja tobie, jutro ty mi). I ten system sprawdza się doskonale. A przede wszystkim pozwala uniknąć pętli z banku. Nawet zarabiający z żoną korposzczur ze stolicy, z pensją łączną 30k nie może sobie pozwolić na dom za 3 mln gotówką, a na pewno nie w wieku 35 lat. Co więcej, z pewnością nie dostanie działki od rodziców, bo ci mieszkają pod Bielskiem Podlaskim. Proste. Bierze więc kredyt i pomniejsza swój budżet wydatkowy o grube tysiące (przy 2,4 mln kredytu, 600k pierwszej wpłaty – rata ok. 17 tys. zł).

Podobnie z samochodem. Młody chłopak spod Siemiatycz nie kupił sobie nowej Audicy za 200k (czyli 3000 zł raty leasingowej) i drugie tyle SUVik dla żony (a 200k starczy ledwo na Q3). Nie, on sprowadził od Niemca albo Holendra 8-letniego Passata za 40k. I zapłacił oszczędnościami. W efekcie „Warsiawiak” ma 35k-17k-2x3k czyli 12k, a nasz bohater „klasy średniej z małego miasta” – 6k.

I co z tego, skoro dochodzi punkt drugi.

Niewiele miejsc, gdzie wydaje się kasę. Na wsi i miasteczkach nie ma: drogich restauracji (albo nie ma ich w ogóle), galerii, salonów SPA, kosmetyczek i fryzjerów ze stawkami 2k za uczesanie. W tych miejscach nasi korpobogacze z wysokim dochodem zostawiają krocie. No bo musi być: modna fryzura, pazur, ciuch i fitness. A w miasteczku? Znam takich milionerów. Ona sama farbuje sobie włosy, pazury maluje jej córka lub przyjaciółka, na zakupy jeździ raz w roku, po sukienkę na Sylwestra. Mąż na co dzień chodzi w dżinsach ze średniej półki, a na wakacje dostaje zestaw nowych koszulek z logo Bossa z … Lidla (sam mam takie i polecam: trójpak za 99,99 zł), GAPa. W swoim busie nie potrzebuje garnituru, proste.

Teraz kontrast. Mam kumpla w mieście (gdzie nam do Warszawy), którego żona puszcza 2/3 pensji (czyli ok. 7-8 tys. zł) na jeden rajd po galeriach. Ten gość pracuje na 3 etaty, wynajmuje mieszkanie po ciotce i… nadal mu nie starcza. Bez TSUE nadal spłacałby kredyt we franku. Na meble wydali 50k. Gdyby koleżanka mojej żony „milionerka z Podlasia” kupiła sobie fotel za 5k, jej własna matka, która urodziła ją jeszcze w „drewniaku”, nakazałaby natychmiastową konsultację lekarską. Dlatego M. znalazła berżerę w Ikei za 1.5k i poczekała aż ceny spadną (w pandemii) do 999 zł. Kiedy zobaczyła ceny szaf systemowych na wymiar, kazała mężowi pozamawiać formatki u stolarza i samemu skręcać po południu. Dzięki temu zamiast 15k wydała 3k. Jedyne znane Wam sklepy, jakie stoją w jej niewielkim miasteczku nazywają się: Biedronka, Pepco, Rossmann. Do najbliższego Monnari trzeba jechać 1.5 godziny. Podobnie do Hebe czy Ryłka. O Bossie, Tommym, Hillfingerze, Zarze a tym bardziej Pradzie, La Manii czy La Perli słyszało tam może 5% (optymistycznie). Tym bardzie nikt nie nosi tych marek, chyba że kupione w ciucholandzie (sam trafiłem tak kiedyś marynarkę Giorgio Armaniego za 30 zł zamiast 12k).

Oszczędny styl życia. Ponieważ żyje tak 95%, nikt nie czuje się gorszy. W tej samej Biedrze zakupy robi nauczyciel, dyrektor szkoły, właściciel tartaku i wójt. Panowie po godzinach piją tę samą Finlandię (1l za 60-70 zł) a nie 12-letniego Dalmora za 430 zł (pomijam 25-latka z tej samej destylarni za 10.000 z, w butelce 0,7l). Tam Johny Walker Red Label uznawany jest za szczyt sybarytyzmu, bo przecież obok na półce stoi Golden Loch i kosztuje jeszcze taniej. Prawie wszyscy ubierają się dyskoncie, poza wyjątkowymi okazjami (ślub, chrzciny itp.). Do pracy garnitur zakłada wójt i sekretarz (o ile akurat nie są kobietami), dyrektor szkoły codziennie chodzi w dżinsach i swetrze. Tam jeszcze trzyma się zdrowy rozsądek – lepiej mieć 300k oszczędności niż oddzielną garderobę, wypełnioną szpilkami od Louboutin-a. Mój kumpel z Wielkopolski (stolica oszczędności), dziwił się, że istnieją ludzie, kupujący auta na kredyt. Tam – stać Cię na nowe Audi – wyciągasz z konta, nie stać – kupujesz 10-letniego Passata. Dość proste.

I tak trzeba żyć, należąc do klasy średniej w małym mieście.