Wybór nasion, przygotowanie ziemi pod siew i walka ze szkodnikami na mojej działce.

Ten wpis stanowi odpowiedź na pytanie zadane przez Tomsiego. Chcę zaznaczyć, że żaden ze mnie fachowiec i specjalista, ot ogrodnik-amator, pewnie znacznie mądrzejszych znajdziecie na każdym z ROD-os. Niemniej jednak, dzięki całej redakcji „Działkowca”, nauce pokoleń oraz dobrej ziemi, udaje mi się zebrać przyzwoite plony. Chociaż nie zawsze, o czym jeszcze powiem na koniec.

Wybór nasion. Nie ma w tym żadnej filozofii. Na przedwiośniu idę o sklepu PNOS w moim mieście i kupuję to, czego mi zbrakło. Kieruję się trzema zasadami:

  1. Aby było polskie (głównie właśnie odmiany PNOS), w tym sensie, że pasujące do lokalnych warunków klimatycznych.
  2. Sprawdzenie w poprzednich siewach.
  3. Polecane przez „Działkowca”.

Wybór polskiego ma następujące aspekty – zasada „swój po swoje, do swego”. Po co mam płacić za licencję Holendrowi, skoro Polak wymyślił coś dobrego? Nie prowadzę zbioru przemysłowego, nie walczę o każdy kilogram z hektara. Powiedzmy, że mogę sobie na to pozwolić. Do tego wiem, także historią porażek, jak wybór nasion holenderskich, francuskich, dla nas egzotycznych (zarówno odmiana, jak i gatunek) może okazać się niewypałem. Próbowałem już i melonów, i arbuzów, i karczochów, i jeszcze wielu innych. Wyniki – marne, a to mało powiedziane. Niech sobie rośną w Hiszpanii, Prowansji czy Maroku, gdzie udają się lepiej. U mnie – pomidor Malinowy, ogórek Ożarowski, bób Biały Jankiel, fasolka Saxa.

Lokalne warunki klimatyczne (a nawet glebowo-klimatyczne) – tutaj czerpię pełnymi garściami z parmakultury. Siej to, co udawało się dziadkowi, ojcu. Moje ziemie, nazwane pszenno-buraczanymi, ale o północnym nachyleniu, mają własne preferencje – warzywa o wysokim poziomie oczekiwań pokarmowych, ale nie wczesne. Fachowo mówi się „rośliny gleb zasobnych w azot i wilgotnych”. Tutaj warto patrzeć na rośliny wskaźnikowe, chwasty, pojawiające się naturalnie. U mnie – pokrzywa i podagrycznik. Mało mam skrzypu (czyli gleby nie są zakwaszone). Dziadkowie posiadali szparagarnię, rodzice skutecznie uprawiali pomidory. Sąsiedzi pszenicę i buraki zamienili na krzewy jagodowe (maliny, porzeczki). W okolicy pełno pozostałości Słowiańszczyzny (zespół grodów: Żmijowisko, Kłodnica, Chodlik, Dobre oraz dwa miejsca w Nałęczowie) i prehistorii (ślady osadnictwa z okresu kultur ceramiki wstęgowej i pucharów lejkowatych). Od lat najlepiej udają się: bób, fasola, cukinia, ogórek, chociaż wymagają podlewania w susze. Gorzej korzeniowe (cebula, marchew, ziemniak, burak), z uwagi na zbitą ziemię. Najgorzej – kapustne, szybko niszczą je szkodniki. Dlatego – dobieraj do siebie.

Na koniec legendarny „Działkowiec”. Polecam sam miesięcznik, jak i jego książki. Od p.Sikory, która wychowała pokolenia działkowiczów na swojej „Intensywnej uprawie warzyw”, aż do młodego pokolenia naukowców. Kiedyś kupowałem „Hasło ogrodnicze”, ale tam traktuje się o wielkiej produkcji owocowo-warzywnej, a nie przydomowym ogrodzie. W „Działkowcu” co roku znajdziemy zarówno wskazanie odmian, ich wad i zalet, jak i metody uprawy. Część powtórzy się, ale pewne rzeczy pozostają klasyką.

Przygotowanie ziemi pod siew. Tutaj ograniczają mnie siły i technika. Ponieważ mam spalinową glebogryzarkę dużej mocy, nie kopię już ogrodu. Wykonuje przejazd pługiem na 20-25 cm (kiedyś powiedzielibyśmy „na sztych” czyli głębokość łopaty), a potem właśnie talerzówka. Tyle. Nawet nie trzeba grabić. Zwykle z uwagi na praktykę lat, orka na jesieni, bronowanie wiosną. Przed siewem mieszam kompost i obornik w granulkach. Koniec.

Ten rok będzie nieco inny. Powstały wspomniane grządki podwyższone, efekt mojego wieku, lenistwa i spostrzeżeń. Same zalety – mało chwastów, lepsze przygotowanie ziemi – w punkt. Tutaj trzeba warstwowo, dokładnie tak, jak pisze „Działkowiec”. Zero kombinacji. I powinno wyjść. Wykładam maty. Z dwóch powodów: lenistwo (mniej plewienia) i lepsze ogrzewanie ziemi na wiosnę. Jak pisałem – północny stok.

Wiem, są ludzie, którzy zamówią gościa z traktorem, przekonają o wyższości głębokiej orki nad tym co robię. Jeszcze raz, widziałem wielu ogrodników, którzy na niewielkiej powierzchni zbudowali gigantyczne plony, właśnie „działkowców z ROD-os” nigdy nie orząc. Czyli da się.

Na przyszły rok – eksperyment. Dużo obornika końskiego (poprawia strukturę gleby), ściółkowanie.

Szkodniki i choroby. Kompletnie nie idę z duchem czasu. Nie stosuję żadnej chemii. Nowe odmiany wręcz jej wymagają, więc je odrzucam. Nie wybieram też tego co sąsiedzi. Kiedyś miałem brokuła, na sąsiednim polu też rósł. Tam rolnik pryskał, szkodniki poszły do mnie i plon trzeba było wyrzucić. Podejście mam filozoficzne – co przeżyje, zjem. A przeżyje sporo, jeżeli wybiorę gatunki i odmiany odporne, dostosowane do moich warunków, sprawdzone, optymalnie dobiorę metody uprawowe. Na pewne straty godzę się, bo z tego nie żyję. I tak – w lata wilgotne kompletnie zawodzi pomidor (zaraza ziemniaczana). Mszycę na bobie traktuje, jak moja babcia – popiołem, albo uszczykiwaniem wierzchołków. Fasoli nic nie bierze, chyba że ptaki wyjedzą nasiona. Cukinia okazuje się prosta, odporna. Ogórka wystarczy chronić przed mączniakiem tzn. nie lać wody po liściach. I jeszcze jedno – sprawdzona rozsada. Mocna, dobra, sadzona w punkt (nie przesuszona) i będzie dobrze. W ostateczności gnojówka z pokrzyw, preparaty z czosnku, dobre sąsiedztwo. Jeszcze raz odsyłam do „Działkowca”.

Generalnie, trącę trochę herezją, ale z racji powierzchni mogę sobie pozwolić na straty i brak spiny. Takiego komfortu nie ma ktoś, kto uprawia działkę ROD-os 300-500 m2, a na niej warzywa, drzewka i jeszcze strefę rekreacji. Nie ma też producent na rynek. Jak coś padnie – przeżyję. Jem to co lubię, zdrowe (w standardzie „Bio”) i tak jak napisałem – nie zawiodły mnie ani fasola, ani bób, ani cukinia. W średniowieczu francuski chłop opierał na strączkowych swoje wyżywienie (poza zbożem, serem i mięsem), ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Wyśpicie się jak królowie. O śnie na wsi i w mieście.

Jeden z Tiktokowych komików, opisując wiejskie wygody mówi „Wyśpita się jak króle”. Ten nieco uładzony cytat stał się tytułem dzisiejszego wpisu. Pasuje doskonale.

Od pewnego czasu używam narzędzi do śledzenia jakości snu. Opaska, noszona na ręku, połączona z telefonem zbiera dane i dokonuje oceny:

  • fazy (lekki, głęboki, REM, przebudzenia),
  • chrapanie,
  • częstotliwość oddechów,
  • puls,
  • godzina zaśnięcia i pobudki.

Na tej podstawie program wystawia ocenę przespanej nocy, w skali od 1-100. Przez wiele miesięcy używania systemu w mieście, moja maksymalna ocena wynosiła 90, co już stanowi świetny wynik (od 85 pkt nazywany w programie „wspaniałym snem”), ale bywały i 60-tki. Czy wiecie jakie rezultaty zacząłem osiągać, od kiedy spędzałem na wsi minimum 2-3 noce? Ano nagle regularnie zaczęły mi wpadać: 96, 97, 99, a nawet 100. Po powrocie do miasta, znowu było gorzej. Jak to możliwe?

Po prostu, wszystkie składowe oceny na wsi kształtowały się bardzo wysoko. Zasypiałem wcześnie (21.30), budziłem się ze świtem (ok. 5-6). W efekcie sen trwał wystarczająco długo (7.5-8.5 godziny), ale nie za długo (pow. 9). Miałem optymalną ilość głębokiego snu (1,5 godziny), podczas gdy w mieście nierzadko widziałem 20-30 minut. Wydaje się to dziwne, ponieważ w wiejskim domu śpię na poddaszu, tam słychać wszystkie odgłosy natury, od biegających po blaszanym dachu wiewiórek, do śpiewu ptaków. Poza tym w odległości (w linii prostej) ok. 0,5 km biegnie linia kolejowa, a więc każdy przejazd pociągu da się zdiagnozować jako dodatkowy szum. No i samoloty z lotniska w Dęblinie. Pomimo tego, sen głęboki przychodził wtedy, kiedy powinien, w 3-5 fazach. Puls odpowiednio spadał, a oddychałem regularnie.

Także subiektywne odczucia wypadały doskonale – budziłem się wyspany, a zasypiałem bez problemu. Zupełnie inaczej niż w mieście. Tu regułą stały się przebudzenia ok. 2-3. Zasypiałem potem jeszcze raz ok. 4, ale nie na długo (pobudka do pracy, ruch w domu). Na wsi takich pobudek nie doświadczałem.

I teraz czas zastanowić się nad przyczyną. Nasze babcie powiedziałyby: świeże powietrze, chodzenie spać z kurami (czyli niedługo po zmroku), fizyczna praca. Im dłużej mierzę parametry snu, dostrzegam prawdę intuicyjnych ocen (przecież babcia nie miała narzędzi, którymi dysponuję). Wieś zapewnia tzw. „spokojny sen”, wycisza, regeneruje. I tam, nawet nie przeszkadza światło ekranu (nierzadko zasypiałem po pracy, albo 3-4 godzinnej transmisji z Konkursu Chopinowskiego), które podobno ma być gigantycznym problemem. Spory ciężar ma także praca fizyczna, męcząca lecz nie wykańczająca, w przeciwieństwie do stresu miasta. Tam wszystko pędzi, nawet jeśli z pozoru nie ma ku temu powodu. Oczywiście, nawet tutaj nie sypiam źle. Moje wyniki kształtują się zwykle pomiędzy 70 a 90 czyli na poziomie „dobry” lub „wspaniały”, znacznie powyżej średniej wiekowej czy populacyjnej (aplikacja dysponuje danymi z całego świata), ale zdarzają się też 60-tki (np. gdy zasypiając po 22, budzę się o 2 i mając obowiązki, dosypiam tylko godzinę).

Kończąc, twarde dane pokazują, faktycznie na wsi wyśpicie się jak królowie.

Trzy powody dla lenia, żeby wybrać wieś.

Temat wraca jak bumerang, ale dłuższe przemyślenia prowadzą mnie do wciąż nowych wniosków. Tym razem argumenty dla zatwardziałych leni. Ponieważ z natury zaliczam się do tej grupy (aczkolwiek jej szczególnej odmiany – ciężko pracujących z konieczności), także dla mnie.

Możesz pracować na pół gwizdka

Nazwij to jak chcesz, spokojnym etatem, niewielką dg, pracą zdalną, czy robotą na pół gwizdka. Ja powiem krótko – prace czasowo niewymagające. Raj dla lenia. W moim przypadku – biuro od wtorku do czwartku. Laba od piątku do poniedziałku. Włącznie. Alternatywa? Pięcie się po szczeblach kariery, pensja 20k netto za… 60 godzin w tygodniu. Dziękuję. Wolę 8k za 16 godzin.

A docelowo zostanę z własną firmą 5k za 8 godzin/tydzień.

W mieście, z kredytem na karku – nierealne. Sama rata pochłonie jedną pensję.

Możesz zrezygnować z pracy po 50-te

Jeśli jesteś leniem podobnym do mnie (tzn. takim, którego życie zmusiło do ciężkiej pracy), ok. 50-tki zebrałeś już sporo owoców pracy wcześniejszego trudu. Mówiąc po ludzku – masz inwestycje i oszczędności. One doskonale zastąpią pensję. Czyli pracować zawodowo już nie musisz (jeśli chcesz – proszę bardzo).

I znowu, obserwując moich miejskich przyjaciół niewielu ma takie opcje. Dochody 15-20k były konsumowane na bieżąco. Wielu zostały kredyty. Innych zżera inflacja stylu życia. Dosłownie muszą pracować do śmierci. Emerytura w wysokości dzisiejszych 4k kompletnie ich nie interesuje. Mnie wystarczy połowa tej sumy.

Życie na wsi jest tańsze i zdrowsze

Nie, nie mówię o pełnoetatowej pracy rolnika, lecz o zwykłym zamieszkaniu w wiejskim otoczeniu. Przykłady cen nieruchomości podawałem wiele razy, czas na inne.

Jedzenie – niby oczywiste. Własne kury i masz jaja. Nie za darmo, ale za 1/3 ceny. Zdrowe, ekologiczne. Jedni z wiejskich emigrantów kupili sobie owce rasy dorper (mięsne). Korzyści? No mają tanie mięso, i nie muszą codziennie doić. Lubisz mleko i sery, wybierz rasy lacaune lub fryzyjską. Nie chcesz zwierząt? Tanie mięso kupisz w okolicy.

Opłaty – sporo niższe. Woda – 1/2 ceny, śmieci 70-80%. Internet za tyle samo, podobnie komórki. Ale już prąd wytworzysz sam. Podobnie opał. Idę w tym kierunku od kiedy za ogrzanie 100 m2 w mieście wyszła mi prognoza 10 tys. zł. Za chwilę takie kwoty zapłaci mieszkaniec 3-pokojowego mieszkania w spółdzielni. A własny kominek z płaszczem załatwił mi sprawę definitywnie.

Bonus. Czwarty powód – widoki.

W mroźny weekend 17 stycznia 2026 r. pojechałem do domu na wieś po zapasowe płytki (glazurę). Kompletna cisza, i … te widoki. Postanowiłem zdjęciami (w których robieniu nigdy nie byłem dobry), zainaugurować część fotograficzną bloga, ale niestety muszę się jeszcze podszkolić w obsłudze multimediów. Ośnieżone drzewa, czysta biała przestrzeń, a nawet droga (dojechałem do samej bramy). Niby nic wielkiego, ale jak kojące dla ducha. Tego nie dostaniemy w bloku, a tam? Wystarczy wyjść za próg domu. Leń we mnie lubi ciszę, spokój i napawanie się przyrodą.

A co Ty dodałbyś do tej listy?

Ekonomia współdzielenia. Kolejne absurdy inżynierii społecznej.

Mieszkanie można wynająć. Podobnie auta. Tego byłem świadomy? Ale, że telefon? Jakie ma to długofalowe skutki?

Jesienią wpadłem do marketu elektronicznego po kabel HDMI do nowego komputera (Mac mini za 2500 zł). Węsząc upselling sprzedawca zaproponował mi … wynajem telefonu. W wielkim uproszczeniu – biorę flagowy model, płacę 1/35 ceny miesięcznie. Czyli dysponuję ciągle nowym flagowcem, nigdy go nie mając. Jak to wygląda ekonomicznie?

Wynajem. Wybieram flagowca od Samsunga (S25+). Cena początkowa 4700 zł. Rata 136 zł przez rok. Potem biorę nowy. Zero problemów. No cóż, nie do końca. Trzeba przenosić dane i … wychodzi drożej. Albowiem zakup:

Zakup. 4700 zł. Telefon starcza mi na 6 lat (po pięciu latach wymieniłem baterię za 350 zł). Ile to miesięcznie? 65 zł, ca. 50% mniej. Wady? Jedna. Sześć lat z jednym aparatem. Dla zwolenników wiecznej nowości – zbrodnia.

Teraz czas na inne dobra. Mieszkanie. Warunki Wrocławia. 550 tys. zł na kupno, 3000 zł wynajem, 3500 zł rata (plus 110 tys. zł wkładu własnego). Co jest lepsze?

Część nie ma żadnego wyboru – ponieważ nie posiada zdolności kredytowej na taką sumę. Można się przeprowadzić do Strzegomia, ale nie o to tym razem chodzi. Wróćmy do tych, którzy wybierają:

  • rata 3500 zł (plus nazbierać na wkład własny),
  • wynajem 3000 zł, a 110.000 zł niech sobie pracuje.

Zwolennicy „ekonomii współdzielenia” powiedzą – najem jest tańszy, wygodniejszy, elastyczniejszy. Inni policzą.

Zalety wynajmu. 6% od 110.000 zł wynosi 6600 zł/rok czyli 550 zł miesięcznie. Dobrze mieć taki dodatkowy dochód i poduszkę w jednym. Do tego jesteśmy 500 zł do przodu miesięcznie. Razem 1050 zł/m-c. Nie do pogardzenia. Nikt nie trzyma nas na miejscu, możemy sobie zmieniać, dostosować do warunków.

Tak powiedzą krótkodystansowcy (i Ci, którzy pragną sprzedać nam najem). Powoli przekonują się o tym ludzie młodsi ode mnie o 5-9 lat. Oni wierzyli takim opowieściom. Gdzie dzisiaj są po 15 latach płacenia za najem? Dokładnie w punkcie wyjścia. Czy na pewno? Nie. Są 15 lat do tyłu. Dlatego rozważmy 3 scenariusze.

Scenariusz 1. Historyczny. W ciągu 15 lat inflacja skumulowana ok. 75%, wzrost cen mieszkań o 100%, wzrost cen najmu 75%. A więc, gdyby się powtórzył, w 2040 r. mielibyśmy wynajmując: 227 tys. zł gotówki (procent składany) – to nasz majątek netto, cenę mieszkania 1,1 mln, ratę kredytu nowego 6000 zł, ratę najmu 5250 zł. A gdybyśmy dzisiaj kupili? No cóż, mamy mieszkanie obciążone kredytem w 25 % (czyli spłaciliśmy ok. 1/3 kapitału kredytu i włożyliśmy 20% na start), majątek netto ca.825 tys. zł, miesięczne koszty 3500 zł (z przejściowymi zawirowaniami od 2000 – 4000 zł, ale nadal sporo mniej niż 5250 zł). Ten scenariusz pokazuje dokładnie to, czego doświadczyli millenalsi słuchając pokątnych doradców w 2010 r. Gdyby wtedy kupili, dzisiaj zamiast 120 tys. zł gotówki, mieliby 410 tys. zł majątku netto w wartości mieszkania. I ratę na poziomie z 2010 r. czyli 1500 zł, a nie 3000 zł za najem.

Scenariusz 2. Pesymistyczny. Wszystko stoi, spadło oprocentowanie lokat i skumulowana inflacja do 20% przez 15 lat. W takim przypadku, rok 2040 przyniósł dzisiejszym młodym:

  • wariant wynajmu – majątek 160 tys. zł (zrobione ze 110 tys. zł), wysokość czynszu – stałe 3000 zł,
  • wariant zakupu – majątek 260 tys. zł (20% wkładu i 1/3 spłaconego kredytu), wysokość raty 3000 zł (przy tak niewielkiej inflacji, raty najprawdopodobniej spadną).

Scenariusz 3. Pośredni. Inflacja skumulowana 50%. Wzrost wartości mieszkań – 50%. Wzrost czynszów 50%. Ponownie przeliczmy.

  • wynajem – majątek 190 tys. zł (ze 110 tys. zł), czynsz 4500 zł.
  • zakup – majątek 535 tys. zł (260 tys. zł jak w wariancie 2 + 275 tys. zł wzrostu wartości), rata 3500 zł.

Patrząc nawet na scenariusz pesymistyczny (stagnacji), widzimy przewagę zakupu na przestrzeni 15 lat. Może na bieżąco będzie taniej z najmem, ale majątek gromadzimy kupując. A opisuję najgorsze 15 lat. Ponieważ „sprzedawcy wynajmu” nie pokazują Wam innych danych – tych dotyczących dochodów i emerytury. Otóż patrząc na dochody w grupach wiekowych widzimy dwie prawidłowości – ostre wyhamowanie po 45 r.ż. (krótko mówiąc 50-latek zarabia z pracy mniej niż 45-latek), oraz planowaną emeryturę na poziomie 30% ostatniej pensji. Co się dzieje w tych 3 scenariuszach na emeryturze? Mamy rok 2055 – proszę bardzo:

Scenariusz historyczny. Kredyt spłacony – koszty kredytu wynoszą 0 zł. Koszty najmu? 10.000 zł (nominalnie, realnie to ok. 3000 zł dzisiejszych). Wysokość emerytury 10.000 zł (znowu nominalnie ok.3000 zł obecnych). Krótko mówiąc – 100% emerytury przeznaczamy na wynajem we Wrocławiu. Czas na przeprowadzkę na wieś.

Scenariusz pesymistyczny. Kredyt już spłacony – koszty kredytobiorcy 0 zł. Koszty najmu. 3000 zł, a więc dzisiejsze 1600 zł. Emerytura 3000 zł. Już lepiej, ale nadal właściciel ma przewagę.

Scenariusz pośredni. Także w tym wariancie, kredytobiorca zakończył płatności. Najemca płaci 6700 zł (dzisiejsze 3000 zł). Emerytury dostanie ok. 6700 zł. Znowu – zapraszamy na wieś.

Czy nie przesadzam? Nie. Co więcej obserwuję ten proces w rodzinie. Mam już emerytów z grona boomerów, którzy w pewnym momencie (rozwody) zostali bez mieszkania i rozpoczęli wynajem, zamiast kupić. Wiecie co się stało? Pracują, dopóki mogą, na razie mogą. Potem przyjdzie im przenieść się w tańsze regiony. A oni jeszcze mieli przyzwoitą stopę zastąpienia (czyli ich emerytura przekracza o 20-30% czynsz najmu w mieście z TOP 5, na razie są też w parach). 45-latkowie obudzili się z przysłowiową „ręką w nocniku”. Oni przynajmniej liczą na spadek. Prawdopodobnie przed 65 r.ż odziedziczą wystarczająco dużo, aby kupić coś małego na skraju metropolii.

Na koniec, nasuwa się jedno pytanie, czy istnieje jakikolwiek scenariusz, który zapewniłby wygraną najemcom? No cóż, gdyby państwo zabrało się ostro za mieszkalnictwo komunalne (czyli budowało po 1,5 mln mieszkań na wynajem rocznie), czynsze realnie spadną, wtedy spadną i ceny. Szansa na realizację? 2%. Ale nawet wtedy na emeryturze płacenie czynszu w wysokości dzisiejszych 1500 zł może się okazać zabójcze. Bo kredytobiorcy zapłacą równe 0. I coś zostawią następnemu pokoleniu.

Weźmy jeszcze pod uwagę scenariusze demograficzne. Obecnie rysują się tak: liczba ludności PL spada o 20-30% w ciągu 40 lat. Wieś i małe miasta, zwłaszcza na kresach wyludnia się, a realne ceny nieruchomości spadają drastycznie. Pojawiają się miliony pustostanów i „domy za 1 zł”. Tam też da się tanio wynająć (nawet ostatnio rozmawiałem o ofercie „wynajmu domu murowanego trzypokojowego za 500 zł” w wiejskiej okolicy 60 km na północny wschód od Lublina). Wtedy na emeryturze dostajesz alternatywę.

Jeśli nie będzie Cię stać na zakup/wynajem we Wrocławiu (Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu) jest dla Ciebie jakiś ratunek. Wybierasz mniejsze miasto/wieś i mniejszą ratę. Wtedy Twoje możliwości wzrosną.

O wykluczeniu komunikacyjnym. Dlaczego nie tylko na wsi warto mieć samochód.

Kiedy patrzę na „moją” wieś z bliskim (od 1.5 do 2.5 km) dworcem PKP, z którego co godzinę odjeżdża pociąg do miasta wojewódzkiego, problem wydaje się nie istnieć. Zwłaszcza dla kogoś, kto zrobił prawo jazdy i kupił auto. 2.5 km pokonuję w:

  • 30 minut idąc piechotą,
  • 7 minut rowerem lub elektryczną hulajnogą,
  • 5 minut autem.

A z dworca już prosto:

  • w 10 minut do miasta gminnego elektrycznym busem,
  • w 10 minut do powiatowego pociągiem,
  • 20-30 minut do stolicy województwa koleją.

Super to wygląda w lecie. Bo wyobraźcie sobie hulajnogę elektryczną w listopadzie lub lutym. Już na dworzec dojeżdżałbym brudny. Stąd potrzeba własnego samochodu. A znam znacznie gorsze miejsca. Wystarczy sąsiednia miejscowość – na granicy gmin. Autobus 3 razy dziennie, tylko na dystansie 5 km (bez przesiadki). Do dworca PKP 5 km i żadnego transportu publicznego. Co robić? Kupuje się auto.

Generalnie w Polsce mamy zasadę – lepszy transport zorganizowany (bus, pociąg) działa w miejscowościach turystycznych. Ale nadal jest sporo wolniejszy niż własny samochód, bo trzeba jeszcze dotrzeć na przystanek. W takim „moim miejscu w górach” – powiat 40 km – jadą busy co godzinę, województwo (bardzo duże miasto) co 2 h. Super. Tylko miasteczko gminne tak rozciągnięto, że mieszkający na skraju, żeby dotrzeć na najbliższy przystanek, muszą przebyć 4 km, z tego 1 km po błotnistej górskiej ścieżce. Zamieszkali bliżej centrum – już nie. Osiedle bloków, 20 lat temu zlikwidowali busa, który tam się zatrzymywał, teraz po powrocie 500 m ostro pod górę (chociaż po chodniku).

Ale wystarczy mieszkać w okolicach Warszawy, albo w jej granicach. Białołęka-Mordor – 1,5 h komunikacją miejską i na nogach w godzinach szczytu. Piaseczno – podobnie. W zasadzie tylko bliskość metra, kolejki miejskiej lub tramwaju nas ratuje.

Teraz czas na opowieść o skutkach takiego stanu rzeczy.

Pierwszy – trudność podjęcia nauki przez „wykluczonych”. Dojechać na zajęcia bez samochodu – dłużej o 20-40 minut, jeśli mieszkamy w promieniu 30 km od miasta akademickiego.

Drugi – drastyczne wydłużenie czasu przeznaczonego na pracę – z 9 h (8h w i 1 h na dojazdy mieszczucha) do 10 h, a w przypadku pracowników fizycznych nawet 11-12h (dochodzi jeszcze czas na mycie, przebranie się, no i rozkład jazdy bywa gorszy dla trzeciej zmiany).

Trzeci – zagęszczenie ruchu samochodowego. Skoro większość dojeżdża swoim, powstają korki. No i stąd podane czasy. W mieście prędkość średnia 20 km/h uchodzi za normę, w korku 5-10 km/h.

Czwarty – parkingi. Żeby pojawić się w pracy (1,7 km od mojego domu w mieście) rano mam 3 opcje:

  • wyjść pół godziny przed pracą i dojść na piechotę,
  • tak samo, ale znaleźć miejsce parkingowe i spokojnie sobie czekać przez 20 minut na początek roboty,
  • 5 minut do przystanku, 10 minut autobusem i 5 minut do biura. Jeśli dodam godziny odjazdu – zyskam 5 minut. Bez sensu. Dlatego chodzę. Natomiast mając 3 razy większy dystans byłbym skazany na auto lub autobus.

A gdybym jeszcze rozwoził dzieci do szkoły? Autobusem bankowo dodajmy 40 minut. I robi się te 1h 40 minut dziennie, od wyjścia z domu do powrotu z pracy 9h 40 minut. W naszym świecie auto upraszcza życie nawet w mieście.

Czy stać Cię na niepracowanie?

Od kilku lat na blogu poruszam temat „wcześniejszej emerytury” – takiego pokierowania swoim życiem, aby po 50-tce rzucić robotę. Stosując proste reguły, możemy pokazać, ile trzeba zebrać, aby żyć sobie na luzie, bez konieczności pojawiania się w miejscu zatrudnienia/prowadzenia firmy. A oto spojrzenie z innej perspektywy niż dotychczas – historii emerytów, których miałem okazję poznać.

Założenie 1. Emerytura musi być dożywotnia. Żadnych złotych strzałów przez 10 lat, a potem zęby w ścianę i gryźć tynk. Żyjesz 100 lat, dostajesz wypłaty przez 50 (bo teraz masz 50). Żyjesz 65, aktywa przejmuje rodzina. Efekt – lepiej niż w ZUS-ie. Dlatego przyjmuje dość konserwatywne wskaźniki zwrotu.

Założenie 2. Emerytura, wraz z dochodami musi wystarczać na życie. Dochodzimy do kluczowego parametru – A ile potrzebujesz na życie?

Założenie 3. W wieku „urzędowym” zaczynasz dostawać świadczenie państwowe. Wiadomo, państwowa emerytura też będzie. W moim przypadku – 65 lat.

Teraz, na własnym przykładzie przeprowadzę Was przez doświadczenie wyliczenia własnych potrzeb emerytalnych. I możliwości – także.

W wieku 50 lat, człowiek ma jeszcze pewne koszty związane z rodziną. W moim przypadku będzie to uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej. Gdybym wtedy zdecydował się na zakończenie pracy i przeniesienie na wieś mogę potrzebować (wg cen dzisiejszych). Zakładam też rzucenie pracy przez żonę.

  • Życie (jedzenie, leki, lekarze, kosmetyki, chemia) – 2000 zł, zwłaszcza jeśli sporo żarcia wyprodukuję,
  • Ubranie – 400 zł,
  • Transport (15 tys. km jedno auto elektryczne) – 600 zł,
  • Nauka (jakieś korki i zajęcia dodatkowe, no i szkoła) – 700 zł,
  • Opłaty (woda, śmieci, ścieki, internet, komórki, prąd, opał) – 700 zł,
  • Suma wydatków podstawowych: 4400 zł.

Teraz czas dodać mniej konieczne, takie jak:

  • Ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe – 1200 zł,
  • utrzymanie pozostałych nieruchomości – 200 zł (koszty stałe),
  • fundusz remontowy – 300 zł,
  • wakacje – 500 zł,
  • wymiana auta, rezerwa na większe wydatki – 1000 zł,
  • Suma wydatków emeryta: 7600 zł.

Ustalono – potrzebuję 7600 zł/m-c. Skąd wziąć taką kasę?

Pierwszym źródłem okazuje się wynajęcie domu w mieście – 5000 zł. Drugim – pomoc państwa 800+, świadczenia rodzinne – 950 zł. I już mam 5950 zł. Jeśli dodam do tego odsetki od kapitału wg zasady 4% (dość konserwatywnie) potrzebuję jeszcze oszczędności 495.000 zł. Tak się składa, że nimi dysponuję. A zatem – stać mnie na przejście na emeryturę.

Rzecz jasna, te 495 tys. zł plus dom do wynajmu, wyglądają przerażająco. Da się jeszcze coś urwać.

Po pierwsze – zmniejszając wydatki. Mogę kupić auto, którym przejeżdżę do emerytury, a dopiero, gdy trafi mi się zastrzyk pieniędzy (4000 zł mojego świadczenia i 1600 zł minimalnego – żony) dokonywać wymian. Do jej emerytury mam tylko 11 lat, mogę zrezygnować z płatnych wakacji, kupować skromniejsze prezenty, mniej wydać na życie i zejść tym sposobem do 6800 zł. Ba, w ekstremalnej sytuacji do 5000 zł. Wtedy starcza mi sam dom oraz pomoc państwa. A może nawet nie dom, a lepsze mieszkanie na wynajem.

Po drugie – próbując coś dorobić. Bez szaleństwa, ot tyle, żeby całkiem się nie lenić – 1000 zł/głowę. Wtedy z pomocą państwa mamy już 2950 zł przy małżeństwie emerytów (i nie potrzebujemy oszczędności).

Po trzecie – wyciągnąć rękę do państwa i pracodawcy. Zasiłek dla bezrobotnych 1500 zł. Jakieś chorobowe, rehabilitacyjne, renta – kilka tysięcy. Już z tego da się wyżyć przez jakiś czas (6m L4, 3m odprawy, 1 rok rehabilitacyjnego 6m zasiłku dla bezrobotnych – razem 2 lata i 3 miesiące).

Po czwarte – maksymalizować inwestycje. Dlaczego 4%, skoro można mieć 8%? Wtedy sprzedając dom za 1 mln, uzyskuje 6500 zł odsetek miesięcznie. Znowu – z pomocą państwa starczy do „prawdziwej emerytury”.

Po piąte – po co w Polsce? Czytałem ostatnio artykuł o „tajskiej emeryturze”. Para żyje tam za 4000 zł, dziecko chodzi do lokalnej szkoły, fajny klimat, ciepło. Oczywiście, inna kultura i zasady, to trzeba lubić.

Po szóste – połączmy wszystko razem. Mamy dom w mieście za 1 mln, sprzedajemy go (w Warszawie 1mln = 2-3 pokojowe mieszkanie).. Za 300 tys. zł kupujemy dom na wsi z kawałkiem pola. Zostaje nam 700 tys. zł. Spokojnie starczy (my akurat taki dom mamy, nie musimy).

Albo wersja alternatywna. Nie mamy nic poza domkiem na wsi. Wybieramy wersję: świadczenia plus drobne prace, a przy okazji minimalizujemy koszty. Jedzenie produkujemy (1000 zł na życie), ubieramy się w ciuchlandach (300 zł/3 osoby), palimy zrębką, produkujemy prąd, wodę czerpiemy ze studni, a ścieki przepuszczamy przez przydomową oczyszczalnię, mamy 1 telefon komórkowy plus internet. Na dach nad głową wydajemy 600 zł, szkoła kosztuje nas 100 zł/m-c, a transport 300 zł. Tym sposobem damy radę żyć za 2300 zł. Jeśli dodamy jakieś prezenty, poduszki bezpieczeństwa – 1200 zł. Wystarczy nam 3500 zł. Dostajemy 1300 zł świadczeń (wtedy łapiemy się na wszystkie dodatki – mieszkaniowe, energetyczne, rodzinne, 800+), pracujemy po 20 godzin/m-c i wychodzimy na swoje. Dlatego generalnie wielu ludzi stać na niepracowanie (albo pracowanie po 5 godzin/tydzień), ale boją się zmian, lub nie chcą radykalnie obniżać standardu życia. I o tym pisali już Bartek i Marek – klasa średnia nie lubi ekstremów, nie chce obniżać swojego standardu życia (czytaj: żyć jak klasa niższa), broni habitusu, a z nim tzw. must have. Dlatego tak niewielu przechodzi na emeryturę po 50-tce.

Klasa średnia w małym mieście.

Ekonomiczne podejście do podziału klasowego koncentruje się na kwestii dochodu. Ponieważ dane statystyczne stały się coraz bardziej szczegółowe i dostępne, naukowcy sformułowali nową definicję: do klasy średniej zaliczamy osoby, których dochód netto kształtuje się na poziomie od 0,75 mediany do dwukrotności mediany dochodu w ich gminie. Jeszcze inny wzór, zaprezentowany w artykule https://businessinsider.com.pl/finanse/oto-prog-wstepu-do-zarobkowej-klasy-sredniej-sprawdz-czy-sie-lapiesz-kwoty/b5pp8gy , polega na uwzględnieniu liczby członków rodziny, podstawiamy wtedy do wzoru:

dochód rodziny netto/ pierwiastek kwadratowy z liczby członków rodziny. I dopiero tę wartość porównujemy. Ma to sens. Na podstawie takiego założenia BI obliczył kryteria klasy średniej w zależności od liczby osób w rodzinie. Co im wyszło?

Otóż w takiej Warszawie, DINKS (bezdzietna para) musi zarobić minimum 8017 zł, żeby znaleźć się w klasie średniej, a do wyższej wejdzie z dochodem ok. 15k. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w takim Łukowie – tu para może zarabiać sporo mniej – 5494 zł. W „mojej” gminie (tam mam działkę) wystarczy 5678 zł. W ten sposób możemy podróżować do klasy średniej (lub wyższej) przenosząc się, tam gdzie biedniej. Np. moja rodzina (4 os. na utrzymaniu) byłaby klasie średniej w Nałęczowie (7949 zł) , wyłącznie na mojej jednej pensji, a w Lublinie już nie (próg 8800 zł). Znajdę oczywiście jeszcze biedniejsze tereny – w takim Kozłowie (k.Olsztynka) wystarczyłoby nam 6636 zł. Jaki z tego wniosek?

Ano, moja teoria o sensie przenosin do niewielkiego miasta ma sens. Na potwierdzenie Onet.pl opisał „klasę średnią w małych miejscowościach” (https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/czy-4000-zl-wystarczy-by-nalezec-do-klasy-sredniej-sprawdz-co-mowia-polacy/jk9l6qv,2b83378a) czyli popytał ludzi z niewielkich gmin o ich siłę nabywczą. Bohaterami byli: singiel z Krokowej (wystarczający dochód 3768 zł), para spod Augustowa (gmina Raczki 5674 zł dla DINKS), oraz samotna matka jednego dziecka spod Pieniężna (5672 zł dla dwóch osób). Z perspektywy Wielkiej Piątki (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto), taki dochód wydaje się śmieszny, a w małym mieście osoby otrzymujące niewiele więcej (samotna matka nieco ponad 6k), żyją sobie przyzwoicie. Co o tym decyduje:

  1. Brak kredytów.
  2. Niewiele miejsc, w których wydaje się kasę.
  3. Lokalny styl życia nastawiony na gromadzenie oszczędności.

Hołdując tym trzem zasadom: zero kredytów (albo wyłącznie na inwestycje), nieodwiedzanie drogich lokali/sklepów oraz codziennej oszczędności jesteśmy w stanie prowadzić satysfakcjonujące życie, nie szarpiąc się zbytnio.

I znowu warto szerzej opisać każdy punkt z listy.

Brak kredytów. Jak się okazuje, w mniejszych miejscowościach ludzie kupują za gotówkę, dostają od rodziny lub dziedziczą. Takie możliwości dają im: niższe ceny zakupu (dom w Raczkach wyjdzie taniej niż kawalerka w Warszawie), budowy (ekipy mają niższe stawki), oraz metoda DIY (sporo robi się samodzielnie). Odpada grunt (często darowany przez rodzinę, w Wawie – tysiące zł/m2), nie ma dewelopera, który bierze 30% zysku itp. Rozglądam się po mojej wsi – tu domy powstają latami (nie w pół roku), a budowlańcami są inwestor, szwagier i sąsiedzi. Część pracuje za grosze (bez podatku), inni „na odrobek” (dzisiaj ja tobie, jutro ty mi). I ten system sprawdza się doskonale. A przede wszystkim pozwala uniknąć pętli z banku. Nawet zarabiający z żoną korposzczur ze stolicy, z pensją łączną 30k nie może sobie pozwolić na dom za 3 mln gotówką, a na pewno nie w wieku 35 lat. Co więcej, z pewnością nie dostanie działki od rodziców, bo ci mieszkają pod Bielskiem Podlaskim. Proste. Bierze więc kredyt i pomniejsza swój budżet wydatkowy o grube tysiące (przy 2,4 mln kredytu, 600k pierwszej wpłaty – rata ok. 17 tys. zł).

Podobnie z samochodem. Młody chłopak spod Siemiatycz nie kupił sobie nowej Audicy za 200k (czyli 3000 zł raty leasingowej) i drugie tyle SUVik dla żony (a 200k starczy ledwo na Q3). Nie, on sprowadził od Niemca albo Holendra 8-letniego Passata za 40k. I zapłacił oszczędnościami. W efekcie „Warsiawiak” ma 35k-17k-2x3k czyli 12k, a nasz bohater „klasy średniej z małego miasta” – 6k.

I co z tego, skoro dochodzi punkt drugi.

Niewiele miejsc, gdzie wydaje się kasę. Na wsi i miasteczkach nie ma: drogich restauracji (albo nie ma ich w ogóle), galerii, salonów SPA, kosmetyczek i fryzjerów ze stawkami 2k za uczesanie. W tych miejscach nasi korpobogacze z wysokim dochodem zostawiają krocie. No bo musi być: modna fryzura, pazur, ciuch i fitness. A w miasteczku? Znam takich milionerów. Ona sama farbuje sobie włosy, pazury maluje jej córka lub przyjaciółka, na zakupy jeździ raz w roku, po sukienkę na Sylwestra. Mąż na co dzień chodzi w dżinsach ze średniej półki, a na wakacje dostaje zestaw nowych koszulek z logo Bossa z … Lidla (sam mam takie i polecam: trójpak za 99,99 zł), GAPa. W swoim busie nie potrzebuje garnituru, proste.

Teraz kontrast. Mam kumpla w mieście (gdzie nam do Warszawy), którego żona puszcza 2/3 pensji (czyli ok. 7-8 tys. zł) na jeden rajd po galeriach. Ten gość pracuje na 3 etaty, wynajmuje mieszkanie po ciotce i… nadal mu nie starcza. Bez TSUE nadal spłacałby kredyt we franku. Na meble wydali 50k. Gdyby koleżanka mojej żony „milionerka z Podlasia” kupiła sobie fotel za 5k, jej własna matka, która urodziła ją jeszcze w „drewniaku”, nakazałaby natychmiastową konsultację lekarską. Dlatego M. znalazła berżerę w Ikei za 1.5k i poczekała aż ceny spadną (w pandemii) do 999 zł. Kiedy zobaczyła ceny szaf systemowych na wymiar, kazała mężowi pozamawiać formatki u stolarza i samemu skręcać po południu. Dzięki temu zamiast 15k wydała 3k. Jedyne znane Wam sklepy, jakie stoją w jej niewielkim miasteczku nazywają się: Biedronka, Pepco, Rossmann. Do najbliższego Monnari trzeba jechać 1.5 godziny. Podobnie do Hebe czy Ryłka. O Bossie, Tommym, Hillfingerze, Zarze a tym bardziej Pradzie, La Manii czy La Perli słyszało tam może 5% (optymistycznie). Tym bardzie nikt nie nosi tych marek, chyba że kupione w ciucholandzie (sam trafiłem tak kiedyś marynarkę Giorgio Armaniego za 30 zł zamiast 12k).

Oszczędny styl życia. Ponieważ żyje tak 95%, nikt nie czuje się gorszy. W tej samej Biedrze zakupy robi nauczyciel, dyrektor szkoły, właściciel tartaku i wójt. Panowie po godzinach piją tę samą Finlandię (1l za 60-70 zł) a nie 12-letniego Dalmora za 430 zł (pomijam 25-latka z tej samej destylarni za 10.000 z, w butelce 0,7l). Tam Johny Walker Red Label uznawany jest za szczyt sybarytyzmu, bo przecież obok na półce stoi Golden Loch i kosztuje jeszcze taniej. Prawie wszyscy ubierają się dyskoncie, poza wyjątkowymi okazjami (ślub, chrzciny itp.). Do pracy garnitur zakłada wójt i sekretarz (o ile akurat nie są kobietami), dyrektor szkoły codziennie chodzi w dżinsach i swetrze. Tam jeszcze trzyma się zdrowy rozsądek – lepiej mieć 300k oszczędności niż oddzielną garderobę, wypełnioną szpilkami od Louboutin-a. Mój kumpel z Wielkopolski (stolica oszczędności), dziwił się, że istnieją ludzie, kupujący auta na kredyt. Tam – stać Cię na nowe Audi – wyciągasz z konta, nie stać – kupujesz 10-letniego Passata. Dość proste.

I tak trzeba żyć, należąc do klasy średniej w małym mieście.

Jak się żyje na dojazdach?

Kiedy na blogu rozważałem sensowność dojeżdżania do miejskiej pracy ze wsi, na odcinku 30 km dobrą drogą, zacząłem zauważać, że w moim otoczeniu znajduje się kilka osób, dla których taka odległość to pestka. I dzisiaj zaprezentuję Wam ich historię. Postanowiłem podawać wiek, albowiem z wiekiem zmęczenie bywa znacznie istotniejszym czynnikiem. Podane odległości – jeśli nie zaznaczyłem inaczej – w jedną stronę.

Opowieść 1. Korposzczurka 45 lat. Dojeżdża 70 km. Bohaterką została pracownica banku, pechowo urodzona i mieszkająca w dużej wsi (200 lat temu miasteczku) na pograniczu województw. 2-3 razy w tygodniu przemierza 140 km (70 km godzinę jazdy w jedną stronę), w pozostałe dni pracuje z domu. Nie ponosi kosztów – samochód dostała od firmy. Tutaj powód jest prosty, wolała zostać na miejscu z rodziną, a pracy za takie pieniądze nie dostałaby. Stąd dojazdy do byłego miasta wojewódzkiego i siedziby oddziału banku. Przywykła i nie skarży się.

Opowieść 2. Lekarka 70 lat. Jeszcze 4 lata temu codziennie dojeżdżała z rodzinnej wsi, kiepskimi powiatowymi drogami 50 km w jedną stronę. I znowu – tu był rodzinny dom, a tam ciekawa praca w szpitalu wojewódzkim. Zero transportu, więc własnym autem. Jedyny plus – mogła się spóźnić, lecz dojechać musiała. Pracoholiczka i inne pokolenie, nigdy nie narzekała.

Opowieść 3. Pracownik korpo 45 lat. Podobnie jak matka (opowieść 2) dojeżdża codziennie te 50 km. Nie jest zachwycony, ale stanął przed alternatywą – albo coś zarobi i mimo dojazdów starczy mu na życie, albo zacznie wegetować na granicy minimalnej u Janusza, albo wynajmie mieszkanie w mieście i odda 40% pensji. Woli tak.

Opowieść 4. Policyjny emeryt na wysokim stanowisku w administracji – wiek 50 lat. Dojeżdżał codziennie 100 km, bo na miejscu „nie było pracy dla człowieka z jego wykształceniem”. Męczące i drogie. Dlatego zorganizowali „spółdzielnię” do auta wsiadało kilku takich dojeżdżaczy i każdy z nich miał dyżur (swoim samochodem) raz w miesiącu przez tydzień. W ten sposób reszta mogła odespać i wysiąść mniej zmęczona. Niemniej jednak 100 km rano (pracowano na 7 lub 7.30) stanowiło problem. Droga częściowo słaba, przez lasy, więc w lecie 1,5 godziny (wyjazd 5.30, pobudka 4.45), a w zimie 2 godziny (budzik na 4.15). Potem powrót o 17.30. Ale czego się nie zrobi, gdy w domu trójka nastolatków i studentów. Wtedy nawet emerytura mundurowa (wysoki stopień) nie wystarcza.

Opowieść 5. Urzędnik lat 55. Codzienne przejazdy – 80 km, niby krajówką, a przez wsie (miasteczkom zbudowano obwodnicę). Czas z przejazdem przez miasto – 1,5 h. I podobna historia jak poprzednio: wspólne dojazdy i rodzina na utrzymaniu. Na miejscu tylko praca wychowawcy w internacie (nocami), czyli po dodatkowy dochód (momentami nawet dyrektorski) trzeba dojechać. Nie skarżył się, może dlatego, że w obu pracach luz. Natomiast fakt pozostaje faktem, ciężkie życie, czasami nawet nie kładł się spać (gdy chłopaki w internacie narozrabiali i nie mógł zdrzemnąć się w robocie, a o 6, zaraz po zmianie wsiadał do auta, by wrócić o 17).

Te pięć opowieści spowodowało, że zacząłem inaczej patrzeć na moją sytuację. 30 km to mało (z dobrym wjazdem do miasta, komunikacją publiczną, której nie mieli tamci bohaterowie). Dam radę.

Kogo stać na życie w wielkim mieście?

Jeden z ostatnich wpisów, Bartek skomentował trafnymi konkluzjami. Uznałem, że pociągnę temat i dodam 3 grosze od siebie. No i z komentarza zrobił się cały post.

Najpierw cytat ze słów Bartka: „Mieszka się fajnie w dużym mieście jak się odziedziczyło mieszkanie lub dobrze zarabia ( ja uważam, że min. 2x średniej ).
Albo zarabia się jeszcze relatywnie mało ale jest ogromny potencjał na duży wzrost dochodów w najbliższych miesiącach. W innym przypadku- tak jak napisałeś- zdecydowanie lepszym wyborem jest mniejsza miejscowość z dworcem kolejowym, szkołami, szpitalem, ofertą gastronomiczną i kulturalną.”

Istotnie w dużym mieście mieszka się fajnie, zwłaszcza w pobliżu ścisłego centrum. No tak, każdy chciałby być młody i bogaty. Natomiast zwracam uwagę, na dwa istotne fakty:

  1. nie wszyscy mieszkający w dużych miastach odziedziczyli (lub mają bez kredytu) sensowne lokale.
  2. nawet posiadając „czystą hipotekę” mamy wybór, a nawet – dopiero wtedy mamy. Przy czym nie jest to dylemat „kupić czy wynająć” lecz raczej obliczenie: Skoro trzypokojowe mieszkanie w Warszawie = 1.5 mln, to mieszkanie w Płocku+1 mln zł=mieszkanie w Warszawie, lub mieszkanie w Opolu+0,8 mln zł = mieszkanie w centrum Wrocławia.

Te założenia wydają się mieć ręce i nogi. I znowu, rozłóżmy je na czynniki pierwsze.

Fajnie się mieszka w dużym mieście (sensowność lokalu).

Wiemy doskonale (ja z autopsji), że mieszkanie w centrum, lub blisko centrum dużego miasta miewa też swoje wady, zwłaszcza dla 35-latków z dziećmi. Gentryfikacja, korki, najbliższe otoczenie, niefunkcjonalności potrafią uprzykrzyć życie codzienne. A filharmonię, teatry, knajpki – mamy od święta. Generalnie, nie bez przyczyny, centrum zdominowali bardzo młodzi, firmy, wynajem krótkoterminowy. Prowadzi to do zamykania szkół (czyli trzeba dowozić`), zaniku przestrzeni wspólnych (bo drogo i wszystko trzeba wykorzystać), miejsc parkingowych (coraz mniej ogólnodostępnych i płatne).

Doskonale pamiętam 14 lat w kamienicy, a teraz jest jeszcze gorzej. Kiedy synowie mieli po 10 lat, w zasadzie jedyną zaletą była bliskość pracy (do firmy schodziłem w kapciach, do biura szedłem 10 minut). Poza tym – głównie wady. Przenosząc się do domku na starym osiedlu – odetchnąłem. Bo takie rozwiązanie łączy zalety przedmieścia z centrum. Tyle, że jest drogie. Za wyremontowany dom w mojej okolicy krzyczą po 1,6 mln. Dokładnie tyle, że starczyłoby na ładny budynek w mieście powiatowym, oddalonym o 45 km (30 minut trasą szybkiego ruchu) i… zostałby 1000 tys. zł (milion). Niewątpliwie posiadanie takiego domu, daje możliwość wyboru.

Fajnie się mieszka w dużym mieście, gdy się dobrze zarabia.

Bo w ogóle lepiej mieć pieniądze, niż ich nie mieć. Dysponując kasą mamy szanse na sporo atrakcji. Przy czym, żeby w takiej Warszawie w pełni z nich korzystać, dobre zarobki nie wystarczą. Tłukę temat na blogu od dekady. W tej grze chodzi przede wszystkim o budowanie majątku i przychodu pasywnego (bez pracy etatowej), a nie zwiększanie pensji. Tymczasem stolica, jaka jest każdy widzi. Dominują w niej grupy pracowników, może i o ponadprzeciętnych pensjach (niech będzie i te 12k/m-c netto), ale o majątku znacznie niższym niż przeciętny gospodarz w mojej wsi. Jak to możliwe? Nie tylko możliwe, ale i prawdopodobne. Mówi o tym moje równanie zamożności. A w nim liczy się także poziom wydatków, a przede wszystkim – umiejętność uzyskiwania maksymalnie wysokiej stopy zwrotu.

I popatrzcie. Korposzczur ma 12k pensji, jego żona 10k. Razem dysponują 22k. Nieźle. Niby tak. Ale ich wydatki zwiększa 7k długu hipotecznego i 4k leasingów. I mają do dyspozycji 11k. Czyli tyle, ile para z Opola, zarabiająca 6+5 (czyli połowę), ale z mieszkaniem kupionym za gotówkę. No i „gotówkowy” mają majątek w postaci 2 aut, funduszu inwestycyjnego i mieszkania za 400k. A korposzczury 1 mln kredytu, 200k wkładu własnego. Na koniec znacznie większe wydatki, bo w stolicy wszystko jest droższe.

Rzecz jasna, Bartek zna prawdopodobnie w swojej bańce ludzi, dla których pensja 12k netto wywołuje pusty śmiech. W Warszawie sporo przypadków pracowników etatowych z 60k brutto miesięcznie (co przy obecnych podatkach oznacza 35k do ręki), a nawet 120k (czyli jakieś 70k netto). I chyba o nich mówi. Tylko, że nadal stanowią oni może 10-20% wszystkich.

Ba, mój brat, mający liczne przyjaciółki w świecie „warszawki” czyli „lewicy kawiorowej”, dostrzega też inną prawidłowość. Istnienie sporej grupy żyjących z tego co „sami odziedziczyli” (klasyczny przypadek na prawicy Janusz Korwin Mikke). Taka scenografka alternatywnego teatru, z pensją 5k do ręki na śmieciówce, jeździ po świecie, realizuje swoje pasje, ponieważ dodatkowe 10k wpada jej – singielce z wynajmu 3 mieszkań po dziadkach czy ciotkach, a 5k dokładają rodzice, wzięci lekarze. I z 5k robi się 20k. Na jedną osobę i z własnym mieszkaniem. Miło jest dobrze zarabiać, niekoniecznie własną pracą. I wtedy duże miasto faktycznie pozostaje fajne. Rano spać do 10, potem śniadanko w knajpce na rogu, 2 godziny twórczej pracy, obiadek z przyjaciółkami, wyjście na miasto: spektakl, opera, koncert. A w weekend melanż. Zero trosk, mnóstwo opcji.

Duże miasto z perspektywą na wysokie zarobki.

Przypomina mi się przedwojenny szmonces. Ojciec dziewczyny pyta starającego się o jej rękę o zajęcie. Młody nie pracuje, ale odpowiada „Mam widoki”. Na co doświadczony kupiec zaorał go słowami „To panu potrzebna jest lornetka, a nie moja córka”.

Perspektywy na wysoki dochód stanowią bowiem miraż, ściągający do wielkich miast całe pokolenia żądnych zmiany swojej sytuacji finansowej. Tak powstała Łódź, tak rosła Gdynia. Setki tysięcy młodszych i starszych z biednych regionów przyjeżdżało za pracą. Dobrze płatną pracą. Nagle okazywało się, że dobra pensja nie wystarczy, bo w rodzinnej chacie (dzisiaj domku) mieszkało się za darmo, a tu trzeba płacić. Do tego za niańkę, dojazdy, adekwatny do miejsca pracy strój, auto itp. I miasto wypluwa potem rozbitków. Ponownie klasyka „Ziemia obiecana”, ale i „Pokolenie IKEA” czyli melanże, długi i życie na pokaz. A zaczęło się od pracy z dobrą pensją. Dlatego ponownie przestrzegam. Policzcie to sobie dobrze. Nowym zawsze jest trudniej. Zwłaszcza, gdy zaczynają od zera (znam bowiem „nowych krakusów”, którym rodzice spod Radzynia, czy Limanowej kupili nowe mieszkanie w Łagiewnikach. Ale takich nie bierzemy pod uwagę, albowiem rozmawiamy o „widokach na dobrą pensję w najbliższym czasie”. Czasem pomysł z lornetką nie wydaje się taki głupi.

Wnioski.

Brutalnie szczere, albo nas stać, albo do końca życia zostaniemy dłużnikami banku. Albo rodzice kupią mieszkanie, albo nawet niezła (średnia x 2) pensja nie pomoże. Żeby zachować fason, pozostanie przywozić słoiki i prosić mamę, żeby wzięła wnuki na lato, bo opiekunka droga.

Rodzina 2+1. Budżet wiejski.

Dzisiaj planuję odnieść się do twierdzenia, że życie na wsi wychodzi drożej niż w mieście. Przyjmuję dwa istotne założenia . Pierwsze – żyjemy po wiejsku, bez dowożenia do miasta, ani pracy w nim. Drugie – dostajemy świadczenia od państwa.

Budżet rodzinny, jak wiecie, składa się z dwóch części: dochodów i wydatków. Dzisiaj zajmiemy się obydwoma, zaczynając od mniej interesującej i bardziej indywidualnej. Nie planuję fundować Wam szaleństw, lecz normalne, zwyczajne warunki. Zaczynamy.

Wydatki. 3940 zł Dzielimy je na kategorie: Życie 1500 zł, Nauka 200 zł, Opłaty 580 zł, Transport 300, Inne 1000 zł, Rezerwa 360 zł. Zakładamy brak kredytu. Liczmy więc.

Życie – obejmujące: jedzenie, chemię, kosmetyki. Dla trzech osób (bazuję tu na doświadczeniach blogerki godnezycie.blogspot.com) powinno nam wystarczyć 1500 zł (400 zł na jedzenie/os. plus 300 zł na resztę).

Nauka – szkoła (składki), jakieś tanie zajęcia dodatkowe – 200 zł.

Opłaty. Tutaj proponuję przyjąć mały domek, wybudowany w miarę współcześnie i ogrzewany piecem na drewno kawałkowe, z fotowoltaiką na dachu, wodą z wodociągu, oczyszczalnią przydomową, internetem. Poszczególne wydatki: podatek od nieruchomości 30 zł, śmieci – 100 zł, prąd – 60 zł, woda 60 zł, wywóz nieczystości plus bakterie do oczyszczalni – 50 zł, internet 90 zł, drewno do pieca 100 zł, komórki 90 zł. Razem – 580 zł.

Transport – 300 zł – jedno małe auto, z niewielkim silnikiem benzynowym+LPG (przykładowo: Fiat Panda 1.2, Skoda Fabia 1.0), przebieg miesięczny 400 km.

Inne. W moim domu nazywam je UUPK (ubrania, ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe). W tym punkcie warto pomyśleć sobie o własnych potrzebach i umieć oddzielić je od zachcianek. Jednej rodzinie wystarczy 800 zł, drugiej 2 razy tyle będzie mało. Przyjmijmy kompromisowo 1000 zł (30 zł ubezpieczenie domu, 300 zł ubrania, 400 zł kieszonkowego i 270 zł na prezenty).

Rezerwa. 10% poprzednich pozycji – 360 zl.

Dochody. Mając dziecko, mamy 800+ i świadczenia rodzinne. Razem ok. 950 zł. Brakuje nam ok. 3000 zł na pokrycie podstawowych wydatków (tym razem nie liczę amortyzacji auta, napraw budynku, wakacji, rozrywek itp.). Jak wiemy – wyjdzie nam mniej niż jedna pensja minimalna. A więc podjęcie pracy przez ojca rodziny uznajmy za możliwość nr 1. Drugą opcję daje nam kapitał. Żeby zarobić 3000 zł/m-c, umiejąc uzyskać 8,4% netto, potrzebujemy zgromadzić ok. 425.000 zł. Alternatywnie – wynajmować mieszkanie w dużym mieście (opcja nr 3). Pozostaje nam jeszcze – praca dorywcza wg własnej stawki godzinowej (30 zł netto =3 dni/tydzień, 50 zł netto = 2 dniówki/tydzień, 100 zł netto = 1 dniówka w tygodniu), roboty sezonowe (pracujemy 2-3 miesiące w roku). 3000 zł da się też zarobić rolnictwem, tylko wtedy kupując dom, trzeba zaplanować grunty. Jedna gęś kosztuje na wolnym rynku ok. 200 zł (pisklę 20 zł – zostaje 180 zł minus koszty – policzmy 150 zł). Żeby zarobić na życie, musielibyśmy sprzedawać ich rocznie ok. 240 szt (20 miesięcznie). Nieco mniej, jeśli odliczymy jeszcze jajka. Może kozy albo owce? Sam o nich myślałem.

Podsumowanie.Bilans miesięczny budżetu domowego ok. 4000 zł/3-osoby, przedstawiony w warunkach wiejskich, nie straszy. Jeśli pracuje jedna osoba, da się tak żyć. Bez stresu, bez pośpiechu. A może nie zgadzacie się ze mną?