Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
wiejskie życie – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Czy mieszkanie w wielkim mieście ma sens ekonomiczny? Analiza na przykładzie domu w okolicach Wrocławia.

Dzisiaj dalszy ciąg analiz wieś-miasto. Tym razem skupię się na ekonomii okolic Wrocławia. Było o mieszkaniu w Strzegomiu, jest o domu w powiecie Świdnica.

Otóż, znalazłem taki dom – w sumie 200 m2 powierzchni oraz wielka stodoła, dwa garaże i 1,1 ha placu (uprawnienia rolnicze+zgoda KOWR), które można kupić za 450 tys. zł w odległości 51 km od Rynku we Wrocławiu, z czego 33 km autostradą, 11 km do węzła i 7 km po mieście. Ogółem ok. godziny jazdy.

W razie potrzeby istnieją też Koleje Dolnośląskie. Na dworzec 4.5 km, potem 40 minut do Wrocławia Głównego. Nieźle.

A pomysł na? Przyjrzyjcie się liczbom. Za równowartość 45 m2 w PRL-owskim bloku na Gajowicach, mamy 2 duże, dwupoziomowe mieszkania po 100 m2, rozdzielone schodami. A w gratisie pole i stodołę (nada się pod działalność) i 2 garaże. Za taki zespół (bez pola) we Wrocławiu zapłacilibyście 10 razy tyle.

A tu tylko godzinę drogi. Ekonomicznie – wybór dla kogoś, kto albo planuje prowadzić DG wymagające przestrzeni (szkolenia, magazyn, drobna produkcja, artystyczne) i chce mieć firmę pod bokiem, albo miłośnika natury, albo wreszcie rodziny dwupokoleniowej (od biedy zmieszczą się 4, ale wtedy dostaniemy lokale po 50-60 m2). Idealne również dla tradycjonalisty typu „żona w domu, mąż w pracy”. W pobliskim miasteczku (tam gdzie dworzec) działa kilka zakładów produkcyjnych, a na podorędziu Wrocław.

Dlaczego takie miejsca nie znajdują nabywcy i wsie/miasteczka ulegają wyludnieniu? Rodzice (np. moi rówieśnicy) mogliby sprzedać 2 pokoje w bloku i wraz z dziećmi wyprowadzić się, żyjąc bez kredytów. Albo dwójka rodzeństwa wydać po 225 tys. zł, zamiast kupować od dewelopera na Nowym Dworze za 2 x 700k. Nawet uwzględniając własnoręczny remont, wieś wyjdzie taniej. W zakupie – wiadomo, a w utrzymaniu? Podobnie.

Ogrzanie 200 m2 starego domu, po częściowym ociepleniu (jak mój) oznacza wydatek ok. 35 tys. KWh energii. Przy paleniu drewnem – samo ogrzewanie 13-15 m3 – co daje max. 6000 zł. Przy gospodarstwie dwurodzinnym (rodzice+dzieci) – 250 zł/mies/100m2. Ot tyle co 40 m2 w bloku. Albo i mniej. Reszta (woda, ścieki, śmieci, czynsz 0 zł, podatek rolny) – tańsza, lub (kanalizacja, prąd, gaz, internet, ) w podobnej cenie. A jeśli założymy przydomową oczyszczalnię (1,1 ha da się), fotowoltaikę (po prawie 100 m2 dachu w każdą stronę świata, bo budynek w kształcie litery „L”) – ogólnie wyjdzie mniej. Trzeba tylko samodzielnie uprawiać ogród i czasem wdrapać się na dach. No i zrobić uprawnienia rolnicze, bo inaczej KOWR nie udzieli zgody na zakup.

Jak więc spojrzeć na ten dom i wybory ludzi? Otóż czasy się zmieniły. Niewielu chce: remontu, sprzątania, ogrodu ponad 1 ha, dojazdów do pracy, kobiety w domu. Młodzi wolą (i zawsze woleli) dyskoteki, knajpy, możliwość powrotu na bombie, bez uruchamiania logistyki. Nawet, gdyby miało to oznaczać gigantyczny kredyt. Nie chcą też dzielić domu z rodzicami, dziadkami, rodzeństwem. Lubią wygodę, zwłaszcza że Wrocław, ze swoją komunikacją, ofertą gastronomiczno-turystyczną, hamakami w przestrzeni publicznej bije powiat świdnicki na głowę.

I ekonomia musi zamilknąć przed innymi argumentami. Nie pierwszy raz, nawiasem mówiąc. I pewnie nie ostatni.

Z czego ma żyć przeciętny człowiek, przeprowadzając się na wieś?

Niedawno pisałem o swoich planach finansowych. Mam jednak świadomość, że przeciętne możliwości są jednak inne. I dlatego postanowiłem poświęcić tym opcjom cały wpis.

Na stole sekcyjnym leży „przeciętny Polak z dużego miasta”. Możemy poczynić pewne założenia.

  1. Prawdopodobnie ma mieszkanie (ok. 80% rodaków mieszka we własnym),
  2. Z pewnym prawdopodobieństwem nie na kredyt (9% nieruchomości w Polsce posiada wpisy hipoteczne, z przewagą miast – rzecz jasna), albo spłacone w poważnym stopniu.
  3. Dysponuje oszczędnościami na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych.
  4. Liczy sobie ok. 35 lat i posiada partnera/partnerkę/męża/żonę oraz jedno dziecko.
  5. Zarabia dotychczas ok. 100-120% średniej krajowej, co oznacza ok. 12-15 tys. zł netto na rodzinę.

Ma silną chęć przeprowadzki na wieś, przysłowiowej ucieczki w Bieszczady. Nie wierzy tylko w możliwości realizacyjne. A ja pokażę, że „dasię”.

Krok 1. Wycena wartości netto mieszkania/domu. Wartość netto = czyli cena rynkowa – zobowiązania kredytowe. Okaże się bardzo różna. Moja – 1 mln zł. Przeciętnie – może 200, może 300, może 400 tys. zł.

Krok 2. Ustalenie na co wystarczy ta wartość netto.

W prawie kompletnej pustce (Podlasie, pogranicze mazowiecko-lubelskie, wschodnia Lubelszczyzna czy Podkarpacie itp.), albo województwach wymierających na zachodzie Polski (lubuskie, zachodniopomorskie, opolskie, śląskie, dolnośląskie), o ile nie idziemy w kierunku wysokiego standardu i miejscowości turystycznych (raczej Pieszków koło Lwówka Śląskiego niż Polanica-Zdrój) nasza wartość netto powinna wystarczyć na zakup domu do remontu (nie mówię o walących się ruderach) i najniezbędniejsze prace, wykonane własnymi rękami. Dodajmy oszczędności i posiadane inwestycje.

Czyli dach nad głową – już mamy.

Krok 3. Ustalenie nowego źródła dochodu.

Mieszkańcy miast miewają z tym problem. W przypadku freelancerów, artystów, pracowników w 100% zdalnych – prosty wybór – robimy to, co dotychczas, tylko w innym miejscu. Dochody nie spadają.

Dysponujący dużą nadwyżką wartości netto nad kosztami zakupu/remontu – także nie muszą długo myśleć. Pracują dalej tylko mniej i dla przyjemności. (mój mechanizm).

Natomiast „przeciętni” znajdą się w trudnej sytuacji. Być może, znajdą pracę na miejscu (nauczyciel, lekarz, pielęgniarka itd.). Być może w niedalekim sąsiedztwie (do 30 km) – jak budowlaniec, handlowiec, urzędnik itd. W ostateczności założą jakąś firmę, znajdą etat zdalny, przerzucą się na freelance, sprzedaż internetową, zaczną żyć z ziemi, opierając się na wyjątkowych produktach.

Ja znając warunki w wielu lokalizacjach – proponuję prace dorywcze. Przy odrobinie zdolności manualnych da się zarobić dniówką 300 zł. A to oznacza 4500 zł (umówmy się, netto) na osobę. Żyją tak całe wsie. W lecie – przy zbiorach, w pozostałych miesiącach – budowa/opieka nad dziećmi. Ważne – sprawdź możliwości na miejscu.

Większość znanych mi osób (osobiście, z artykułów, książek) prowadzi agroturystyki, jakieś warsztaty, zajmuje się sztuką, rękodziełem, rzemiosłem. I żadna z nich nie głoduje. Tak też można.

Krok 4. Ustal wydatki i sprawdź, czy Cię stać.

Skoro dochody wynoszą 4500 zł/os./m-c – budżet wynosi 9000 zł/m-c (plus ew. zasiłki). Znacznie mniej niż w mieście (12-15.000 zł). I tę różnicę warto wyrównać spadkiem wydatków.

W tym miejscu mam już pewien pogląd i potrafię coś poradzić. Postawcie na tanie ogrzewanie drewnem (piec, kominek z płaszczem), zamiast bawić się w drogie pompy ciepła, grzejniki elektryczne, o ile nie zbudowaliście nowego energooszczędnego domu. Ew. co najwyżej dogrzewajcie klimatyzatorem.

Nie pakujcie się w wielkie budynki, ponieważ zniszczą Was finansowo i wyssać mogą wszystkie siły (sprzątanie! remonty!). Chyba że macie pomysł na turystów. Moje 160 m2 po podłodze i 140 m2 powierzchni użytkowej wydaje mi się wręcz za duże dla 3 osób (ale akurat zarabiam ponadprzeciętnie i dysponuję kapitałem).

Wtedy koszt mediów wyniesie ok. 1000 zł/m-c (prąd – 300 zł, woda 50 zł, oczyszczalnia – 50 zł, podatek – 40 zł, internet 100 zł, telefony 100 zł, śmieci 100 zł, drewno – 260 zł). Mnie uda się zejść do 800 zł, ale na dachu leżą panele fotowoltaiki.

Życie (jedzenie, leki, lekarze) 1800 zł. Akurat tutaj mocno indywidualna sprawa. Ktoś nie kupuje jedzenia, inny tak, do tego leczy się na kilka chorób, lub ma niepełnosprawne dziecko. Sama wizyta lekarsko-dentystyczna oznacza ubytek 200-800 zł. Mając czas pewne rzeczy zrobimy na NFZ.

Nauka. Nie rezygnowałbym z niej pod żadnym pozorem. 700 zł na zdalne korki, zajęcia edukacyjne, czy sport.

Transport. Kolejny temat-rzeka. Sporo zależy od warunków miejscowych, trybu życia, sposobu utrzymania, odległości. Minimum – jedno auto na rodzinę, i to takie, które zawsze zapali i zawsze dojedzie. W praktyce – mieszkańcy sioła w środku lasu – szykujcie się na Subaru Forestery, Łady Nivy, pickupa, czy innego Jeepa. Te auta palą minimum 10-12 l/100 km. Mieszkający wśród ludzi (jak ja), niech wybiorą przynajmniej SUV-a, lub podwyższonego crossovera. Jeśli auta mają być dwa – jedno może być „letnie” i pozbawione tych bajerów. Jak powiedziałem – koszty od 400 zł/m-c (Panda 4×4) do 2000 zł (dwa auta, z których jeden to „dzik”). Liczone, rzecz jasna przeciętnie (10 tys. km rocznie x 72 zł/100 km na paliwo = 600 zł/m-c).

Pozostałe. Wrzućmy tu ubrania, chemię, kosmetyki, remonty, wakacje, prezenty, ubezpieczenia itp. Zostało nam od 3500 do 5100 zł. Plan okazał się wykonalny.

Czy da się dzisiaj kupić dach nad głową za gotówkę?

Odpowiadając jednym słowem: tak. Teraz czas na rozwinięcie myśli.

Wiele lat temu, życie było prostsze. Młodzi nie mieli tylu pokus i siłą rzeczy cieszyli się z drobiazgów. Żeby nie było, nie tęsknię do starych czasów, opisuję rzeczywistość. Dla niektórych smutną. Radość, gdy w pierwszym mieszkaniu przyklejaliśmy tapetę na lamperię, gdy wymienialiśmy nieszczelne okna na „plastiki”, kupiliśmy pierwszy nowy telewizor, wielu może się wydać wręcz żenująco słaba. Bo z czego tu się było cieszyć? Dzisiaj, kiedy na nabywców czekają nowe lokale, w sklepie dekoratorzy wnętrz, tamte lata opiszemy często jako przaśne.

A jednak pozostaje pewien fakt. Po 5 latach wynajmu (czynsz równał się 50% pensji żony) kupiliśmy tamto mieszkanie – dwa pokoje (duże) w kamienicy za 90 tys. zł (moje ówczesne 40 pensji), poświęcając inwestycję za kasę na wesele i dokładając oszczędności z kasy mieszkaniowej. Dało się to zrobić bez zaciągania kredytu.

Czy teraz można powtórzyć tę drogę? Powiedzmy sobie uczciwie: nie 1 do 1. Dzisiaj takie mieszkanie kosztuje ok. 650 tys. zł. Gdyby odkładać nawet połowę (tyle dostaliśmy za działkę) musimy przeprowadzić rachunek:

325 tys. zł/5 lat = 65 tys. zł/rok. Para „młodziaków” zostałaby zmuszona do odkładania 5,5 tys. zł/m-c. Praktycznie nierealne. Co więc da się zrobić?

Otóż, zmienić wybór. Albo zmniejszyć powierzchnię, albo wybrać gorszą dzielnicę, albo całkiem wynieść się z miasta. Widziałem sporo siedlisk po 200 tys. zł, w odległości ok. 30-50 km od przyzwoitej pracy. A 200 tys. zł podzielone przez 5 lat, przy rezygnacji z wesela (dzisiaj 100 tys. zł, wtedy 10 razy mniej) oznacza 20 tys. zł/rok. Plus, jak w naszym przypadku, dalszych kilka lat z doprowadzaniem do porządku. I to już jest realne. Wymaga jednak niestandardowego wyboru i … przekonania najbliższych. Bo wesele, weselem, ale chyba lepiej mieć dach nad głową.

Ile zyskamy pracując 2-3 dni w tygodniu?

Pytanie postawiłem przewrotnie, zatrudnienie na pół etatu oznacza najczęściej połowę dochodu. W powszechnym mniemaniu nie zyskujemy lecz tracimy. Całkiem sporo tracimy. Natomiast gdyby przestać patrzeć standardowo, wynik wychodzi zupełnie inaczej.

Sponsorem wpisu jest moja młodsza koleżanka, zawsze uśmiechnięta, wyluzowana, ale i obowiązkowa. Ostatnio powiedziała mi, że zmierza do ideału 4 dni pracy, z wolnymi piątkami. W jaki sposób planuje to osiągnąć? Rezygnując z części etatu. Przyznam szczerze, że doznałem szoku. Wszyscy, tylko nie ona. A przyczyna? Świadomość dorastania dzieci, własnego upływu sił, oraz … dokonana spłata ostatniej raty kredytu hipotecznego. Stąd potrzeba wyjaśnienia sobie, co zyskujemy pracując 2-3 dni w tygodniu?

Czas. Odpowiedź oczywista. Mniej pracując, mamy więcej czasu na inne aktywności. Od wysypiania się (dla śpiochów), przez rodzinę, sport, do realizowania swoich pasji. Każdy przeznaczy go na to, czego faktycznie potrzebuje. W dzisiejszym zagonionym świecie, czas staje się najbardziej pożądanym aktywem, doceńmy go.

Wspomnienia. Dwa razy dłuższy weekend (przypadek pracującego 3-4 dni/tydzień), pozwala więcej przeżyć. Czy odwiedzamy rodzinę/przyjaciół, czy planujemy mini-urlopy, czy udział w wydarzeniach sportowych, mamy szansę na lepsze i dłuższe doświadczenia. Tego nikt nam nie zabierze. Na stare lata nie opowiadać wnukom o kolejnych zarobionych 100 tys. zł, ale raczej o tym uchwyconym momencie, gdy pierwszy raz pojechały na rowerze. Takie migawki pamięci nie mają ceny.

Elastyczność. Gdy sporo pracujemy, zarabiamy i mamy pieniądze wszystko wydaje się łatwe (poza znalezieniem czasu). Dobrze przeżyty weekend zawiera w sobie: podróże, restauracje, rozrywki. I kosztuje:

  • pobyt w aquaparku dla 5 osób (jeden dzień z obiadem, bez noclegu, a z dojazdem) – 1800 zł,
  • weekend dla dwojga, w turystycznym mieście (citybreak): 3000-4000 zł (z dolotem, hotelem, jedzeniem i wstępami).

Rezygnując z pracy na 100% pewne rzeczy musimy przemyśleć, ponieważ nie stać nas już na szastanie pieniędzmi, gdyż mamy ich zdecydowanie mniej. Uczymy się elastyczności, wybieramy miejsca, do których dojedziemy taniej i mniej spektakularne rozrywki. Ba, ten sam aquapark ma inne ceny w weekend, a inne w tygodniu. Stawiając na elastyczność sporo zaoszczędzimy. Warto spojrzeć na pewną ideę przewodnią tego bloga, często potwierdzaną w komentarzach, przez moich Gości: mniej kasy, wcale nie oznacza braku życia, lecz konieczność lepszego przemyślenia paru spraw i zaplanowania. Zacznijmy od tego aquaparku. Może wcale nie trzeba jechać daleko, a fajne miejsce znajdzie się gdzieś bliżej. Wejście, które w Suntago w weekend kosztowało 1000 zł, w Łodzi w tygodniu tylko 600, a we Wrocławiu, przy zastosowaniu zniżek (bilet rodzinny) nawet 200 zł. Tym sposobem z 1800 zł za cały dzień robi się 500 zł. Podobnie z citybreakiem. Namiot, spanie w aucie, przyczepie na kempingu nie pozbawiają nas możliwości eksplorowania atrakcji wielkich miast. A kosztują ułamek ceny. Niektórzy wybiorą wręcz spanie na dziko. Uczymy się kombinować. Zamiast iść do restauracji, próbujemy stworzyć smaczne danie w domu. Niekoniecznie musi to być „kurczak na pięć sposobów”. Mamy czas (patrz punkt 1) pracować nad doskonałością.

Identyczna reguła dotyczy wszystkich aspektów życia. Lepszego zwrotu z kapitału, dłuższego spania, większej liczby przeczytanych książek, zrobionych „na boku” interesów itp. A także niższych cen płaconych: za mieszkanie, auto, czy jedzenie. Szczegóły opisywałem we fragmentach na blogu np. pokazując różnicę pomiędzy Warszawą a prowincją.

Prostotę. W dzisiejszych zagonionych czasach, prostota wydaje się nie do przecenienia. Umiejętność cieszenia się zwykłym domowym podpłomykiem, zamiast pizzy z owocami morza (różnica w cenie x 10), cisza biblioteki w miejsce słuchania audiobooka w zatłoczonym autobusie. Przyroda a nie huk miasta. Spokojny spacer po Wrocławiu, zastępujący bieg pomiędzy zabytkami. Nałęczowska Śliwka, a nie belgijskie praliny w 30 smakach. Kurtka z Juli spełniająca swoje funkcje (poza demonstrowaniem statusu) równie dobrze jak Balmain za 10k. Uczymy się smakowania życia, a dodatkowo wychodzi nam taniej. Wszystkim, którzy mi nie wierzą, proponuję lekturę bloga http://niebozamiastem.pl .

Twórczość. Wypełnianie tabelek, pisanie wezwań do zapłaty, windykowanie należności dla banku, sprzedaż ubezpieczeń, a więc współczesne i nowoczesne zawody, nie dają takiej satysfakcji jak stworzenie czegoś użytecznego. Człowiek, gdy już ma pełny żołądek, ciepłe ubranie i 20 st.C w zimie, potrzebuje być twórczy. Pędząc z pracy i po pracy, traci tę część własnej indywidualności. Mniej pracując, zyskujemy czas na twórczość, sprawczość. Takie doświadczenie okazuje się bezcenne i zmienia życie. Wielu przekonuje się o tym u schyłku życia, na emeryturze. Za późno, by zostawić istotny ślad.

Wolność. Zapomnienie o kieracie na 4-5 dni zamiast krótkiego weekendu, pozwala nam doświadczyć wolności. Rozumiem ją jako decydowanie o sobie, możliwość wyboru, spokojnego doświadczania świata. Przestrzeń na to co lepsze, efektywniejsze stale się powiększa. Nie stoimy wreszcie pod ścianą, o 3 miesiące (okres wypowiedzenia) od bankructwa.

Jak widzicie, pracując 2-3 dni w tygodniu zyskujemy całkiem sporo. Nie warto koncentrować się wyłącznie na truizmie – czyli czasie. Chodzi o znacznie więcej.

Przeniesienie się na wieś. Dalsze przemyślenia – tym razem o dojeździe.

Nigdy nie ukrywałem, że w moim przypadku największym problemem w przeprowadzce na wieś wydawał się dojazd. To nietypowe, bo akurat kasa miała znaczenie drugorzędne – dom kupiłem wiele lat wcześniej, nie musiałem zaciągać kredytu na remont. Natomiast czas i sposób dojazdu mieszały mi w głowie.

Pierwszy problem – czas. Porozmawiałem z grupą moich znajomych, którzy dojeżdżają 10-11 km do centrum (z czego 4-5 km przez miasto). Twierdzą, że dają radę bez kłopotów, a na stanie mieli dwoje, a nie jedno dziecko. U mnie – 3 razy dalej, ale głównie przez wsie i 1/3 dwupasmówką (albo 3/4 jeżeli wybiorę dalszą drogę). Co to oznacza? Z 10-15 minut w tym momencie – robi się 35-40 minut. Ale gdy szedłem piechotą – 30 minut i już różnica całkiem niewielka. Dziennie – od 20 do 50 minut różnicy. Dwupasmówką dojeżdżam prawie pod samo biuro.

Puryści doliczyliby dojazd syna do szkoły i na zajęcia. No i wtedy wszystko przestaje być proste. Może dojeżdżać z nami (pracujemy z żoną razem) a potem 2-3 przystanki autobusem. Może być przez nas wożony (dodatkowe 15 minut w jedną stronę). A sport? 3 razy w tygodniu treningi – ktoś musi z nim zostać, a drugie wsiadać wcześniej w pociąg.

Za dwa lata idzie do liceum i wtedy albo zyska jadąc z nami (dwa dobre licea w sąsiedztwie naszego biura) albo straci (szkoła blisko starego osiedla), albo będzie mu to obojętne (liceum sportowe kilkaset kilometrów od domu).

Nic tu nie jest jednoznaczne, sporo zależy od przyszłych wyborów. W optymalnej wersji – 20 minut różnicy, w złej dodatkowe 1,5 godziny w plecy. Jesteśmy po rozmowach w domu i plan generalnie zakłada – sportowe, w awaryjnej wersji liceum + sport w mieście powiatowym (dojedzie pociągiem w 10 minut).

Trzeba też pamiętać, że żona pracuje inaczej niż ja. U mnie to 3 dni w tygodniu plus czasem dodatkowy przyjazd w potrzebach firmowych, u żony 5 dni. Jeżeli policzymy czas efektywny (odejmiemy zwolnienia, urlopy, pracę zdalną) – wyjdzie nam: żona 4 dni, ja 2 dni. I po prostu trzeba będzie lepiej planować przez pewien czas (podstawówka syna). Nie ukrywam, cały czas namawiam małżonkę na własną nierejestrowaną działalność zamiast etatu, ale na razie woli dojeżdżać, bo lubi stabilizację.

Drugi problem – kasa. Jak powiedziałem – u nas drugorzędny. Natomiast muszę go wyliczyć. Nastąpi zmiana w parku aut. I tak – głównym środkiem dojazdu stanie się nasz „elektryk”, bo będzie tani (15 zł/100 km przy ładowaniu z gniazdka), a drugim autem na wyjazdy do dorosłych synów, ew. szkoły sportowej – Lexus lub Toyota w hybrydzie (36 zł/100 km). Przy przebiegach ok. 30 tys. km rocznie (pół na pół – same dojazdy do miasta ok. 12-15 tys. km) – nieco ponad 7500 zł na paliwo (650 zł/m-c). Bez tragedii. W mieście ok. 20-25 tys. km z nieco większym zużyciem czyli nie mniej niż 6000 zł (500 zł). Pozostałe koszty utrzymania byłyby bardzo podobne w mieście (większe zużycie na krótkich trasach). I to wyliczenie +150 zł m-c na paliwo wydaje się bezproblemowe. Oczywiście niektórzy po prostu dodaliby dodatkowy „przebieg wiejski” – 15 tys. km i cenę paliwa (np. 36 zł/100 km). Wtedy wyszłoby 450 zł/m-c.

Czy stary dom warto ogrzewać piecokominkiem?

Wprawdzie sezon grzewczy powoli się kończy, ale temat „ogrzewanie starego domu” pozostaje nadal aktualny. Obiecałem Beacie, że pociągnę ten temat i … wracam do niego pod koniec marca.

Kto czyta bloga nieco dłużej, ten był świadkiem mojej „antyzduńskiej krucjaty”, albo inaczej „antybzdurnej krucjaty”. Dzisiaj skupię się na pieniądzach czyli core moich publikacji.

Wyobraźmy sobie całkiem specyficzne warunki – stary dom o powierzchni 60 m2 plus ew. drugie tyle poddasza, na dzisiejsze standardy – słabo ocieplony. Widuję coraz więcej takich renowacji, w filmikach na youtube, a i tak się składa, że Beata remontuje podobną nieruchomość. Za cenę wyższego zużycia energii, właściciele rezygnują z ocieplania ścian, zostawiając piękne, często ceglane elewacje i unikając obklejania ich styropianem. Cena? Niestety koszty ogrzewania. Taki dom potrzebuje rocznie 12-20.000 KWh energii cieplnej.

I wtedy wchodzi zdun ubrany na biało. Proponuje „niezmiernie nowoczesny” piecokominek. Co to za byt? Wkład stalowy/żeliwny obudowany kształtkami ze specjalnego betonu, lub szamotem, wermikulitem itp. a obłożony kaflami. Do tego ma często ławę (coś w rodzaju babcinego zapiecka), ścianę akumulacyjną itp. Reklamuje go często albo wzbudzający zaufanie potężny, wąsaty starszy zdun, albo wręcz przeciwnie sympatyczny młodzian. Opowiada ze swadą, odwołując się do doświadczeń pokolenia 40+ z czasów wakacji spędzanych u babci na wsi. Rzuca przy tym kilka liczb. Człowiekowi z umysłem chociaż trochę ścisłym, dają one do myślenia. Na koniec, nie bez przyczyny, pada cena. My od niej zaczniemy.

Bierzemy na tapet mały piecokominek – jego koszt 30.000 zł. Stawiamy go sobie w pokoju. We wkładzie pali się szybko i intensywnie, ale krótko. W okresie przejściowym (jesienno-wiosennym) raz dziennie. W ostrą zimę – 2 razy. W każdym przypadku wkładamy pełen ładunek – 16 kg drewna. Według deklaracji zduna, nagrzewamy spaliny do 700 st. C, na wyjściu mają 150 st. C. Ma to oznaczać doskonały odbiór ciepła przez wkłady akumulacyjne i wysoką sprawność (stosunek energii cieplnej uzyskanej z drewna do wypromieniowanej do pomieszczenia). Brzmi świetnie, a realia? 16 kg drewna to ok. 70 KWh energii przy 100% sprawności. Niech nasz piecokominek ma ją na poziomie nierealnie wręcz wysokim – 90% (różnica temperatury wejście-wyjście, wskazuje raczej na 80%, ale uwierzmy zdunom). W efekcie uzyskujemy 61 KWh energii na cały dzień lub 122 KWh w zimny dzień (palimy dwa razy, 32 kg). Moc paleniska – 30 KWh (skoro spala wsad w dwie godziny), ale całego piecokominka (tam nie można dokładać bo temperatura rozsadzi instalację) – jakieś 3-5 KWh (bo oddaje średnio 3 KWh, najpierw mało – duża bezwładność, po nagrzaniu intensywnie – 6 KWh, a stygnąc coraz mniej). Żadnych marzeń Panowie – jak mawiał pewien car, to nie jest perpetuum mobile zdolne ogrzać cały stary dom. Teoretycznie – niby tak (ok. 15.000 KWh), ale praktycznie – stojąc i grzejąc może da radę poradzić sobie z samym parterem, o ile faktycznie będzie miał 60 m2 i składał się z pokoju dziennego, kuchni i łazienki. Natomiast z górą (poddaszem) – no way, ruchu powietrza tak nie wymusimy, żeby rozeszło się jeszcze do dwóch zamkniętych sypialni i łazienki. Taki mały piecokominek, nada się świetnie do ogrzania niewielkiej parterowej chaty, jaką znamy ze wsi (biała izba, czarna izba – kuchnia, komora – przerobiona na łazienkę). Tam może się fajnie sprawdzić, bo oddaje ciepło w dłuższym okresie i to w przyjemny sposób. Ale ta cena. Zaczęliśmy od niej to i skończymy – 30.000 zł. Za takie pieniądze na powierzchni 60 m2 i 3 pomieszczeń, możemy mieć:

  • piec gazowy z 3 grzejnikami i jeszcze zostanie nam połowa kasy – 15 tys. zł,
  • niewielki kominek o mocy 10 KWh z płaszczem wodnym i grzejnikami – 20 tys. zł,
  • dwa małe klimatyzatory z funkcją grzania (7 KWh) – za 9 tys. zł (zostanie nam 21 tys. zł).

Sporo alternatyw. A jak wyjdzie kosztowo?

Piec gazowy spala paliwo o cenie ok. 0,45 zł/KWh (sprawność 90%), a kominki/piecokominki – 0,2 zł/KWh (sprawność 80%). Rocznie na piecokominku oszczędzimy 3800 zł. Zwrot piecokominka – 4 lata. Brzmi obiecująco.

Niewielki kominek z płaszczem wodnym zadziała dokładnie tak samo jak piecokominek, jeśli chodzi o sprawność. Nie słuchajmy opowieści zduna, jak wermikulit plus kafle cudownie zatrzymają energię, która nie uleci w komin. Równie dobrze zrobi to płaszcz wodny, zasobnik i grzejniki – a rozprowadzą ciepło równomiernie. Dlaczego? Ponieważ spalanie zachodzi mniej intensywnie i różnica temperatur palenisko-komin wychodzi dokładnie taka sama. Czyli – mamy te same koszty eksploatacji, a niższy o 1/3 koszt zakupu. Czy to dobra cena za wygląd kafli? Na pewno nie na płaszczyźnie rozumu.

Teraz klimatyzatory. Jeśli skorzystamy z dopłat (niech będzie 50%) plus tyle samo na fotowoltaikę, inwestycja realnie będzie nas kosztować 12 tys. zł. Koszt eksploatacji – 0,3 zł/KWh. W efekcie tracimy rocznie 1500 zł. Piecokominek zwróci nam się po 10 latach i musimy codziennie palić. Wybrałbym klimę lub kominek z płaszczem wodnym.

Ale na tym jeszcze nie koniec. Taki piecokominek waży co najmniej 750 kg i wymaga fundamentu. W starej chacie – zrywania podłogi lub wyrzucenia istniejącego pieca. Wkład kominkowy z wodą – mniej niż połowę. 2 klimatyzatory- 40 kg i wieszamy je na ścianie. Zupełnie bez sensu zatrudniać zduna.

A może być jeszcze drożej. Wypaśne konstrukcje z fikuśnymi kaflami, jakąś ścianą akumulacyjną kosztują 50.000 zl. I nadal nie ogrzeją poddasza (a na nim nie postawimy drugiego 750 kg piecokominka, bo nie ma miejsca na fundament).

A argument ad babcium? No cóż – typowe granie na emocjach. Po pierwsze – wtedy alternatyw (piec gazowy, kominek z płaszczem, klima) nie było, a kafle wychodziły taniej. Po drugie – grzano w ten sposób małe chaty (albo piece stawiano w większej liczbie). Po trzecie – tolerowano niższe temperatury i drewno zdobywano za darmo.

Czy da się mało pracować?

Kończący się rok miał być czasem eksperymentów spod znaku „work-life balance” lub mało eleganckiego „jak mało można robić i …. zarobić”. Rzecz jasna, wielu z Was go nie powtórzy, ale chcę pokazać pewien trend. Wbrew pozorom prowadzący firmę mają łatwiej.

Dane. Rok liczy sobie 260 dni roboczych (52 tygodnie po 5 dni). W robocie byłem tylko …. 156 dni (plus 18 dni zdalnej i 18 dni firmowych). Jak to możliwe? Pokazuję.

  • urlopy – 54 dni (mam specyficzny czas pracy),
  • praca zdalna okazjonalna 18 dni,
  • zwolnienia lekarskie 25 dni,
  • święta – 7 dni.

Wnioski. W sumie 86 dni wolnego (18 na firmę, w 20 pisałem książkę), 18 dni pracy zdalnej, 104 dni weekendów i tylko 156 dni w pracy. Średnio – 3 dni/tydzień w robocie. Rzecz jasna, na zdalnej też pracuję (choć mam luz), w dni wolne współpracownicy i szefowie dzwonią (niestety również na zwolnieniu), a kilkanaście dni urlopu poszło na dg, a w czasie zwolnienia pisałem też książkę. Czyli w określonych warunkach, da się rzeźbić na bez mała pół etatu, jeżeli ktoś nie ma dodatkowych zobowiązań.

A firma? Mój rodzony brat przyjął inną zasadę – podróżuje. Spółka służy mu jako wehikuł – ma zarobić na przyjemności. Wiąże się z tym specyfika biznesu. Generalnie 1 miesiąc na kwartał nie ma go w domu, czyli znowu – pracuje średnio 26 godzin w tygodniu.

Pytania, które pewnie chcecie zadać.

Czy jestem zmęczony?

Ile zarabiam?

Czy wszyscy w moim otoczeniu tak pracują?

Co trzeba umieć, żeby tak żyć?

Odpowiadam po kolei.

Nie samą pracą lecz atmosferą w niej. Żyjąc systemem 3/5 bez firmy w ogóle nie potrzebowałbym wakacji.

Zarabiam ok. 2,5 średnich krajowych bruto z 2 etatów. Pisałem już o tym.

Nie, nie wszyscy w moim otoczeniu tak żyją. Znaczna mniejszość. Dlaczego? To dobre i kolejne pytanie. Ponieważ większość woli nie zaczynać hakowania systemu. Ja spróbowałem i udało się.

Trzeba mieć tzw. konkretny zawód, o którym mówili nasi ojcowie. Przy czym nie zawsze biurowy. System 3/5 może stosować każdy, kto wyciągnie ponadprzeciętną stawkę godzinową. Wiadomo, lekarze, IT, handlowcy, ale i rzemieślnicy. A nawet nauczyciele, ponieważ 80 zł/godzinę korepetycji x 90 h miesięcznie = 7200 zł bez podatku.

Albo mieć układy – miałem taką współpracownicę z HR, przydupas szefa – 3 miesiące w roku na zwolnieniu, do tego 10 dni wolnych ustawowo, 24 dni dni pracy zdalnej okazjonalnej i 26 dni urlopu. Wiesz ile to w pracy? Coś koło moich wartości (dokładnie 126 dni/rok poza biurem plus weekendy, czyli 134 dni w biurze). Trwało to 10 lat, nikt jej nie zwalniał, zarabiała w okolicach średniej krajowej.

A gdy wykazujesz niewielkie potrzeby – robisz za granicą 3 miesiące, 9 odpoczywasz w kraju. Wariantów całkiem sporo.

Tegoroczne plany. Rok 2025 ma skończyć się systemem 2/5 czyli odwróceniem zwykłego sposobu pracy. W biurze będę realnie 2 dni/tydzień (3 dni x 52 – 34 dni urlopu -18 dni zdalnej), bo rzucam drugi etat. Jednocześnie moje dochody spadną do 1,3 średniej krajowej plus to co zarobię z działalności gospodarczej oraz kapitału. Generalnie – tak mogę żyć.

Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.

Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.

W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.

Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.

Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.

Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.

Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.

Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.

Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.

Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.

Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś?

Całkiem niedawno trafiłem na super stronę – https://warsztatadama.pl/, która w znacznej części jest blogiem mieszczucha, który przeprowadził się na wieś. Do tego tekst pisze człowiek, wykonujący konkretny zawód – IT. Z tego względu, w publikowanych treściach nie ma lania wody, ale samo gęste – liczby, fakty, analizy. Czyta się więc może szybko, ale każde zdanie trzeba przetrawić. Mnie pasuje, choć pomysł znacznie różni się od większości blogów z hasztagiem „farmlife”. Nawet zdjęcia – wytwór AI – prezentują się inaczej niż z „Weranda Country”. Dość wstępów, idźmy drogą Adama, przechodzimy do konkretów.

Adam stawia tezę i ją wyjaśnia „Żeby przeprowadzić się na wieś, musisz mieć milion złotych w zarabiających aktywach” plus oczywiście wartość siedliska (jak pisze: rancza). Czy to nie przesada?

Obliczenia wyglądają prosto :

  • 0,5 mln w akcjach spółek dywidendowych ze średnim przychodem 4,5% = 1875 zł.
  • 0,5 mln w nieruchomości i czynsz 2000 zł.
  • Razem: 3875 zł z 1 mln.

Adam ignoruje podatki, ja lubię ten temat, więc odniosę się wprost. Obie kwoty nie zawierają podatku – w przypadku dywidend 19%, w przypadku najmu 8,5%. Pomimo tego uważam kwotę 1 mln zł za zawyżoną.

Do tego nie wiem dlaczego akurat 3875 zł, może jeszcze nie dotarłem do źródła? Czy chodzi o faceta solo, czy z rodziną jak autor?

Ale spróbuję się odnieść do kwot.

Prowadziłem na tym blogu swoje wyliczenia, za chwilę do nich wrócimy, natomiast ten milion (z siedliskiem 1,3-3 mln) trochę mnie szokuje. Gdyby tak było, bez sprzedaży dużego mieszkania w Warszawie, lub domu w większym mieście, nie masz co myśleć o wsi. Widzę sprawy nieco inaczej.

Po pierwsze – zignorowano „darmowy pieniądz”. Ot, weźmy takie 800+, gdy masz dziecko. Albo wszystkie bony energetyczne, dopłaty, zasiłki itp. Czasami dostaniesz kilkaset złotych miesięcznie, czasami parę tysięcy. O metodzie życia „na socjal” pisałem wielokrotnie. Ale niech będzie ten 1000 zł.

Po drugie – założono, że żadna z dwóch osób nie będzie wykonywać żadnych zajęć zarobkowych. Nie mówię tu o korpo, etacie 40h w tygodniu. Ale żeby w ogóle? Nie, chyba nikt tak nie robi. Zawsze jest jakiś freelance, zlecenia, okruchy dawnej pracy, lub pomysł na nową (np. warsztaty, rzemiosło, agroturystyka, ciasta, szycie). Nie mówię o siedzeniu za biurkiem po 8h dziennie, ale godzinę chyba wytrzymamy. I już ten 1000 zł/głowę wpadnie. Przy dwóch osobach dorosłych i dziecku – z socjalem mamy minimum 3000 zł. Rozumiem, rzecz jasna, intencje Adama – nie od początku „zarabiasię”, te dochody nie muszą być regularne, ale nie dajmy się zwariować – każdy coś umie, wieś nie oznacza zaraz wyjazdu w Bieszczady, to może być 20 km od dużego miasta. Osobiście, liczyłem to, gdybym pracował 1h dziennie (albo jeden dzień w tygodniu), przy braku podatku (działalność nierejestrowana na żonę, bo ja nie mogę) – zarobię ok. 2600-4000 zł. Mam też opcję atomową – 2 dni realnie w biurze (16h) za 7800 zł. Ale przyjąłem 1000 zł/osobę.

Po trzecie – elastyczność inwestycji. W dobie niskiej inflacji, spółki dywidendowe robiły furorę. Masz te 4,5% (minus podatek) zamiast 2% w obligacjach czy na lokacie, a jeszcze wartość rośnie. Teraz poszedłbym raczej w obligacje – bo łatwo wyciśniesz 7 % netto, a akcje są przewartościowane. Trzymanie w nich połowy gotówki, uważam za ogromne ryzyko. Podobnie z nieruchomościami. Gdyby wartość nie rosła (a gwarancji nie ma) – jeszcze ok, ale użeranie się dla niecałych 5% brutto, w dobie obligacji SP za 7%, które nie wymagają czasu, ani kosztów? Bez sensu. Dlatego dzisiaj – idę w obligację, handel lub przedmioty przynoszące większy dochód (np. airbnb, a nie zwykłe mieszkanie). I wtedy, gdy brakuje tych 875 zł (3875 zł podane przez Adama minus 1000 zł socjalu i 2000 zł z pracy). No więc ile trzeba mieć jeszcze? 875 zł przy oprocentowaniu 6% netto, daje nam 175.000 zł plus wartość siedliska. Sporo mniej niż tytułowy milion.

Czy da się żyć za 3875 zł/m-c? Wracam do podanej kwoty. I tutaj patrzę swoimi oczami. 3875 zł i trzy osoby. Da się? W pewnych warunkach tak. Zaczynamy od podstaw: życie, dach nad głową, ubranie i dodajemy transport (na wsi musimy mieć auto).

Życie. Jedzenie, chemia, kosmetyki, leki. 500 zł/osobę = 1500 zł. Prosto. Da się taniej, sam przeżywałem i za 150 zł, ale bez przesady. Jakiś margines musi być.

Dach nad głową. Podawałem wartości: opał 50 zł (jeśli swój), prąd 60 zł (FV – tylko abonament), podatek 30 zł, śmieci 100 zł, woda i ścieki 150 zł a( de facto od 0 zł do 300 zł), internet 100 zł. I mamy minimum 490 zł.

Ubranie. Minimum 150 zł (50 zł/os.). Chyba trochę za mało, ale przy ciuchlandach – da się.

Auto. 300 zł. Tu już nie będę wiele wyjaśniał. 200 zł na utrzymanie i 100 zł na paliwo.

Takimi całkiem podstawami – mamy 2440 zł (1500+490+150+300)

Na dalsze wydatki, takie jak szkołę/przedszkole dziecka, jakieś prezenty, ubezpieczenia, drobne kieszonkowe, naprawy domu, wymianę auta, cały ogród – zostaje 1431 zł. Może się udać, a może zabraknąć (ok. 220 zł kosztuje KRUS za dwie osoby). Nie ma oczywiście miejsca na oszczędności. Dlatego też, we własnym przypadku uważam pracę na 3 dni w tygodniu (2 jeśli uwzględnię zdalną/urlopy/ zwolnienie) uważam za adekwatną do potrzeb.

Lepiej być biednym na wsi, niż biednym w mieście.

Tytuł jest cytatem z odpowiedzi na posta o ucieczce ze wsi do miasta. Teraz zastanowimy się, ile prawdy zawiera.

„Lepiej” może mieć wiele znaczeń. Na wsi będzie łatwiej, taniej, przyjemniej. Żyje się tam bez świadomości własnej biedy. Szybciej się z niej wyrwiemy. Czy każde z nich opiera się na prawdzie?

Zacznijmy od „lepiej=łatwiej”. I tu zależy dla kogo. Dla osoby do wsi przyzwyczajonej i na niej urodzonej – na pewno. Ma sieć kontaktów. Ważne – bo w razie problemów, zawsze ktoś pomoże. Dla mieszczucha – pozornie trudniej. Dlaczego? Ponieważ faktycznie, pozbawiony siatki bezpieczeństwa w postaci rodziny, znajomych, może początkowo radzić sobie gorzej. Bo i obowiązki nowe (palenie w piecu, pamiętanie o szambie, jakieś zwierzęta, koszenie trawy itp.), i powierzchnia do ogarnięcia większa, i znikąd pomocy w razie katastrofy. Z tym ostatnim twierdzeniem należy jednak pomyśleć, w gminnej wsi istnieje ośrodek pomocy społecznej, z którego korzysta sporo osób. Docieramy do sedna, pójście do „opieki” na wsi nie stygmatyzuje w tym samym stopniu, co w mieście, ponieważ okazuje się powszechne. Przed 2015 r. korzystało z niej 30-40% mieszkańców wsi, w niektórych – prawie wszyscy. Począwszy od zasiłków, przez fundusz alimentacyjny, aż do usług opiekuńczych. Wizyta pracownika socjalnego nie wywołuje złośliwych uśmiechów, ponieważ dotyczy wielu. Teraz z uwagi na wzrost dochodów nominalnych wysokość kwot dochodu budzi uśmiech politowania: 823 zł równa się pensji minimalnej na rodzinę czteroosobową. Odrębną kwestią pozostaje trudniejszy dostęp do lekarza, kultury, szkoły ponadpodstawowej, basenu, domu kultury, biblioteki.

Teraz „lepiej=taniej”. Istota tego bloga – wartość pieniądza. W tym punkcie też nie obędzie się bez dyskusji. Bo wiejskie sklepy droższe, a market daleko. Bo reszta kosztuje wszędzie tyle samo. Prawda? Nieprawda. Zacznijmy od jedzenia. Skoro mieszkasz na wsi, z dużym prawdopodobieństwem masz kawałek ziemi. A to oznacza, że możesz sobie sporo jedzenia wytworzyć. Nawet 1000 m2 daje szansę na własne owoce, warzywa, jajka,a może i mleko (koza) czy mięso (króliki). Tego nie musisz już kupować, albo kupisz znacznie mniej. Market często leży daleko, ale tylko wtedy, gdy za oknem zima, a nie masz samochodu. W lecie da się podjechać rowerem. Jak już kiedyś pisałem – mam 4,5 km do marketu lokalnej sieci, a ok. 9 km do Biedronki. A ceny w tych ostatnich są równe miejskim. Dlatego tzw. życie na wsi cale nie jest droższe. Problem opłat omawiałem niedawno. I wyszło, że w bloku jednak drożej.

„Łatwiej=przyjemnie”. Tutaj dyskusji nie spodziewam się. Kontakt z przyrodą, możliwość kształtowania własnego otoczenia, życie zgodne z rytmem pór roku. I to za darmo (w mieście, poza dostępem do parku – każda rozrywka kosztuje). Wszystkie argumenty przemawiają za wsią.

Łatwiej= Życie bez świadomości własnej biedy. Jeżeli niedaleko nas mieszka spora liczba beneficjentów pomocy społecznej, sami nie odczuwamy tak problemów materialnych. Wielu ma trudno, więc nie czujemy się pariasami, wyrzuconymi poza nawias społeczeństwa. Poza tym, w mieście biedak oznacza człowieka bezdomnego lub na wynajmie, na wsi – na własnym kawałku ziemi, domku po dziadkach, bieda odczuwalna nie jest straszna.

„Łatwiej=szybsze wyrwanie z biedy”. Ta myśl wymaga rozwagi. Z jednej strony w mieście niewątpliwie łatwiej o stałą, legalną pracę, choćby za pensję minmalną. Z drugiej, w takiej Warszawie Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku, pensja minimalna oznacza biedę. Ledwo starczy na wynajęcie kawalerki. Czyli znajdujemy się w punkcie wyjścia – mamy dach nad głową. Singiel, jakoś sobie poradzi (nie potrzebuje mieszkania, wystarczy miejsce w pokoju), ale rodzina? Przykład mojego kumpla, dorabiającego „na szparagach”, pokazuje możliwości na wsi. Wcale nie trzeba pracować cały rok, wystarczy kwartał.

Zwycięstwo wsi w większości dyscyplin powoduje, że jednak faktycznie lepiej być biednym na wsi.