Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
wiejskie życie – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.

Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.

W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.

Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.

Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.

Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.

Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.

Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.

Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.

Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.

Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś?

Całkiem niedawno trafiłem na super stronę – https://warsztatadama.pl/, która w znacznej części jest blogiem mieszczucha, który przeprowadził się na wieś. Do tego tekst pisze człowiek, wykonujący konkretny zawód – IT. Z tego względu, w publikowanych treściach nie ma lania wody, ale samo gęste – liczby, fakty, analizy. Czyta się więc może szybko, ale każde zdanie trzeba przetrawić. Mnie pasuje, choć pomysł znacznie różni się od większości blogów z hasztagiem „farmlife”. Nawet zdjęcia – wytwór AI – prezentują się inaczej niż z „Weranda Country”. Dość wstępów, idźmy drogą Adama, przechodzimy do konkretów.

Adam stawia tezę i ją wyjaśnia „Żeby przeprowadzić się na wieś, musisz mieć milion złotych w zarabiających aktywach” plus oczywiście wartość siedliska (jak pisze: rancza). Czy to nie przesada?

Obliczenia wyglądają prosto :

  • 0,5 mln w akcjach spółek dywidendowych ze średnim przychodem 4,5% = 1875 zł.
  • 0,5 mln w nieruchomości i czynsz 2000 zł.
  • Razem: 3875 zł z 1 mln.

Adam ignoruje podatki, ja lubię ten temat, więc odniosę się wprost. Obie kwoty nie zawierają podatku – w przypadku dywidend 19%, w przypadku najmu 8,5%. Pomimo tego uważam kwotę 1 mln zł za zawyżoną.

Do tego nie wiem dlaczego akurat 3875 zł, może jeszcze nie dotarłem do źródła? Czy chodzi o faceta solo, czy z rodziną jak autor?

Ale spróbuję się odnieść do kwot.

Prowadziłem na tym blogu swoje wyliczenia, za chwilę do nich wrócimy, natomiast ten milion (z siedliskiem 1,3-3 mln) trochę mnie szokuje. Gdyby tak było, bez sprzedaży dużego mieszkania w Warszawie, lub domu w większym mieście, nie masz co myśleć o wsi. Widzę sprawy nieco inaczej.

Po pierwsze – zignorowano „darmowy pieniądz”. Ot, weźmy takie 800+, gdy masz dziecko. Albo wszystkie bony energetyczne, dopłaty, zasiłki itp. Czasami dostaniesz kilkaset złotych miesięcznie, czasami parę tysięcy. O metodzie życia „na socjal” pisałem wielokrotnie. Ale niech będzie ten 1000 zł.

Po drugie – założono, że żadna z dwóch osób nie będzie wykonywać żadnych zajęć zarobkowych. Nie mówię tu o korpo, etacie 40h w tygodniu. Ale żeby w ogóle? Nie, chyba nikt tak nie robi. Zawsze jest jakiś freelance, zlecenia, okruchy dawnej pracy, lub pomysł na nową (np. warsztaty, rzemiosło, agroturystyka, ciasta, szycie). Nie mówię o siedzeniu za biurkiem po 8h dziennie, ale godzinę chyba wytrzymamy. I już ten 1000 zł/głowę wpadnie. Przy dwóch osobach dorosłych i dziecku – z socjalem mamy minimum 3000 zł. Rozumiem, rzecz jasna, intencje Adama – nie od początku „zarabiasię”, te dochody nie muszą być regularne, ale nie dajmy się zwariować – każdy coś umie, wieś nie oznacza zaraz wyjazdu w Bieszczady, to może być 20 km od dużego miasta. Osobiście, liczyłem to, gdybym pracował 1h dziennie (albo jeden dzień w tygodniu), przy braku podatku (działalność nierejestrowana na żonę, bo ja nie mogę) – zarobię ok. 2600-4000 zł. Mam też opcję atomową – 2 dni realnie w biurze (16h) za 7800 zł. Ale przyjąłem 1000 zł/osobę.

Po trzecie – elastyczność inwestycji. W dobie niskiej inflacji, spółki dywidendowe robiły furorę. Masz te 4,5% (minus podatek) zamiast 2% w obligacjach czy na lokacie, a jeszcze wartość rośnie. Teraz poszedłbym raczej w obligacje – bo łatwo wyciśniesz 7 % netto, a akcje są przewartościowane. Trzymanie w nich połowy gotówki, uważam za ogromne ryzyko. Podobnie z nieruchomościami. Gdyby wartość nie rosła (a gwarancji nie ma) – jeszcze ok, ale użeranie się dla niecałych 5% brutto, w dobie obligacji SP za 7%, które nie wymagają czasu, ani kosztów? Bez sensu. Dlatego dzisiaj – idę w obligację, handel lub przedmioty przynoszące większy dochód (np. airbnb, a nie zwykłe mieszkanie). I wtedy, gdy brakuje tych 875 zł (3875 zł podane przez Adama minus 1000 zł socjalu i 2000 zł z pracy). No więc ile trzeba mieć jeszcze? 875 zł przy oprocentowaniu 6% netto, daje nam 175.000 zł plus wartość siedliska. Sporo mniej niż tytułowy milion.

Czy da się żyć za 3875 zł/m-c? Wracam do podanej kwoty. I tutaj patrzę swoimi oczami. 3875 zł i trzy osoby. Da się? W pewnych warunkach tak. Zaczynamy od podstaw: życie, dach nad głową, ubranie i dodajemy transport (na wsi musimy mieć auto).

Życie. Jedzenie, chemia, kosmetyki, leki. 500 zł/osobę = 1500 zł. Prosto. Da się taniej, sam przeżywałem i za 150 zł, ale bez przesady. Jakiś margines musi być.

Dach nad głową. Podawałem wartości: opał 50 zł (jeśli swój), prąd 60 zł (FV – tylko abonament), podatek 30 zł, śmieci 100 zł, woda i ścieki 150 zł a( de facto od 0 zł do 300 zł), internet 100 zł. I mamy minimum 490 zł.

Ubranie. Minimum 150 zł (50 zł/os.). Chyba trochę za mało, ale przy ciuchlandach – da się.

Auto. 300 zł. Tu już nie będę wiele wyjaśniał. 200 zł na utrzymanie i 100 zł na paliwo.

Takimi całkiem podstawami – mamy 2440 zł (1500+490+150+300)

Na dalsze wydatki, takie jak szkołę/przedszkole dziecka, jakieś prezenty, ubezpieczenia, drobne kieszonkowe, naprawy domu, wymianę auta, cały ogród – zostaje 1431 zł. Może się udać, a może zabraknąć (ok. 220 zł kosztuje KRUS za dwie osoby). Nie ma oczywiście miejsca na oszczędności. Dlatego też, we własnym przypadku uważam pracę na 3 dni w tygodniu (2 jeśli uwzględnię zdalną/urlopy/ zwolnienie) uważam za adekwatną do potrzeb.

Lepiej być biednym na wsi, niż biednym w mieście.

Tytuł jest cytatem z odpowiedzi na posta o ucieczce ze wsi do miasta. Teraz zastanowimy się, ile prawdy zawiera.

„Lepiej” może mieć wiele znaczeń. Na wsi będzie łatwiej, taniej, przyjemniej. Żyje się tam bez świadomości własnej biedy. Szybciej się z niej wyrwiemy. Czy każde z nich opiera się na prawdzie?

Zacznijmy od „lepiej=łatwiej”. I tu zależy dla kogo. Dla osoby do wsi przyzwyczajonej i na niej urodzonej – na pewno. Ma sieć kontaktów. Ważne – bo w razie problemów, zawsze ktoś pomoże. Dla mieszczucha – pozornie trudniej. Dlaczego? Ponieważ faktycznie, pozbawiony siatki bezpieczeństwa w postaci rodziny, znajomych, może początkowo radzić sobie gorzej. Bo i obowiązki nowe (palenie w piecu, pamiętanie o szambie, jakieś zwierzęta, koszenie trawy itp.), i powierzchnia do ogarnięcia większa, i znikąd pomocy w razie katastrofy. Z tym ostatnim twierdzeniem należy jednak pomyśleć, w gminnej wsi istnieje ośrodek pomocy społecznej, z którego korzysta sporo osób. Docieramy do sedna, pójście do „opieki” na wsi nie stygmatyzuje w tym samym stopniu, co w mieście, ponieważ okazuje się powszechne. Przed 2015 r. korzystało z niej 30-40% mieszkańców wsi, w niektórych – prawie wszyscy. Począwszy od zasiłków, przez fundusz alimentacyjny, aż do usług opiekuńczych. Wizyta pracownika socjalnego nie wywołuje złośliwych uśmiechów, ponieważ dotyczy wielu. Teraz z uwagi na wzrost dochodów nominalnych wysokość kwot dochodu budzi uśmiech politowania: 823 zł równa się pensji minimalnej na rodzinę czteroosobową. Odrębną kwestią pozostaje trudniejszy dostęp do lekarza, kultury, szkoły ponadpodstawowej, basenu, domu kultury, biblioteki.

Teraz „lepiej=taniej”. Istota tego bloga – wartość pieniądza. W tym punkcie też nie obędzie się bez dyskusji. Bo wiejskie sklepy droższe, a market daleko. Bo reszta kosztuje wszędzie tyle samo. Prawda? Nieprawda. Zacznijmy od jedzenia. Skoro mieszkasz na wsi, z dużym prawdopodobieństwem masz kawałek ziemi. A to oznacza, że możesz sobie sporo jedzenia wytworzyć. Nawet 1000 m2 daje szansę na własne owoce, warzywa, jajka,a może i mleko (koza) czy mięso (króliki). Tego nie musisz już kupować, albo kupisz znacznie mniej. Market często leży daleko, ale tylko wtedy, gdy za oknem zima, a nie masz samochodu. W lecie da się podjechać rowerem. Jak już kiedyś pisałem – mam 4,5 km do marketu lokalnej sieci, a ok. 9 km do Biedronki. A ceny w tych ostatnich są równe miejskim. Dlatego tzw. życie na wsi cale nie jest droższe. Problem opłat omawiałem niedawno. I wyszło, że w bloku jednak drożej.

„Łatwiej=przyjemnie”. Tutaj dyskusji nie spodziewam się. Kontakt z przyrodą, możliwość kształtowania własnego otoczenia, życie zgodne z rytmem pór roku. I to za darmo (w mieście, poza dostępem do parku – każda rozrywka kosztuje). Wszystkie argumenty przemawiają za wsią.

Łatwiej= Życie bez świadomości własnej biedy. Jeżeli niedaleko nas mieszka spora liczba beneficjentów pomocy społecznej, sami nie odczuwamy tak problemów materialnych. Wielu ma trudno, więc nie czujemy się pariasami, wyrzuconymi poza nawias społeczeństwa. Poza tym, w mieście biedak oznacza człowieka bezdomnego lub na wynajmie, na wsi – na własnym kawałku ziemi, domku po dziadkach, bieda odczuwalna nie jest straszna.

„Łatwiej=szybsze wyrwanie z biedy”. Ta myśl wymaga rozwagi. Z jednej strony w mieście niewątpliwie łatwiej o stałą, legalną pracę, choćby za pensję minmalną. Z drugiej, w takiej Warszawie Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku, pensja minimalna oznacza biedę. Ledwo starczy na wynajęcie kawalerki. Czyli znajdujemy się w punkcie wyjścia – mamy dach nad głową. Singiel, jakoś sobie poradzi (nie potrzebuje mieszkania, wystarczy miejsce w pokoju), ale rodzina? Przykład mojego kumpla, dorabiającego „na szparagach”, pokazuje możliwości na wsi. Wcale nie trzeba pracować cały rok, wystarczy kwartał.

Zwycięstwo wsi w większości dyscyplin powoduje, że jednak faktycznie lepiej być biednym na wsi.

Wybór trzydziestolatki – korpo Warszawa czy wieś?

Kiedyś odpowiedź była jasna – Warszawa lub inne duże miasto. Korpo zamiast budżetówki, Januszexu, swojej małej DG czy freelansu (zwanego „śmieciówką). Pandemia przewartościowała wszystko. Wprowadziła masowo pracę zdalną, podniosła stopy procentowe i ceny mieszkań. Zarówno kupującym, jak i najemcom. Coraz większa grupa tytułowych trzydziestolatek stoi realnie przed takim wyborem. Albo już go dokonała i wyjechała poza metropolie, a sam temat przebił się do mainstreamu. Jak to możliwe?

Wracamy do podstaw. Dlaczego młode kobiety wyjeżdżały ze wsi do miasta? Generalnie z dwóch powodów. Pierwszy – poprzez naukę starały się dostać do lepszego świata. Takiego, w którym panie chodzą w garsonkach, a panowie w garniturach. Z lunchem w południe, kinem lub restauracją w weekend, parkiem i płatnym urlopem w lecie. Jednocześnie uciekały od „tego gorszego” czyli braku pracy, perspektyw na coś więcej niż najniższa krajowa, harówki od rana do wieczora, zwłaszcza w lecie, wstawania o świcie, zwierząt w obórce i niezbyt ciekawych „kawalerów”. Na kanwie tej opowieści powstało całkiem sporo filmów, seriali, książek. Drugi powód to poszukiwanie romantycznej miłości z jednym z tych panów w garniturach. Oczywistością miała być miłość, płaca znacznie powyżej średniej krajowej, mieszkanie lub domek na przedmieściach, wakacje w ciepłych krajach,, dzieci i pies.

W ostatnich kilkunastu latach zarówno wieś i miasto uległy głębokiej transformacji W mieście, już nie widzimy 8k brutto na początek, 50% trzydziestopięciolatków zarabia mniej niż 4k na rękę, przy pensji minimalnej 3.2k a średniej ok. 5.5-6k netto. Powiedzmy sobie wprost – marnie i niewystarczająco. Mieszkania podrożały do tego stopnia, że dzisiaj wynajęcie kawalerki w Warszawie zbliża się z opłatami do 3,5k. Samodzielny pokój to 1,5-2k. Jednocześnie wieś przestała wyglądać jak za Gierka. Infrastruktura uległa znacznej poprawie (drogi, internet, kanalizacja, wodociągi, gaz). Transport – da się go zapewnić własnym autem. A co najważniejsze, praca zdalna i na miejscu (przybyło całkiem sporo nowych posad), pozwala myśleć o przyszłości..

Wreszcie, da się kupić działkę za normalne pieniądze, a nie tak jak w stolicy 1000 m2 = 1 mln zł. Mieszkanie (sam widziałem taką ofertę w dużej wsi ok. 15 km ode mnie) kosztuje 170 tys. zł za dwa pokoje. We Wrocławiu byłoby to 4 razy tyle (bo po remoncie). Dom z działką – 400k. A może być i taniej. Działki po 2000 m2 gdzieś „na dalekiej Rzeszowszczyźnie” – powiat przeworski czy brzozowski, z małym, starym domkiem do remontu – 130k. Za cenę wkładu własnego na 40m2 we Wrocku, da się mieć własny domek. Za cenę 1000 m2 działki w Warszawie, kupimy 15 km od Lublina, prawie nowy, wykończony, nowoczesny dom.

Poza tym, młodzi patrzą na świat inaczej. Trzydziestokilkulatkowie stanowią ostatnie pokolenie, które zasmakowało w dzieciństwie „prawdziwej wsi” lat 90-tych, u babci, cioci. Budziło się ze słońcem na poduszce, całymi dniami ganiało z gromadą kuzynów. Nawet teraz docenia wiejski, letni chillout, tym mocniej, im bardziej doskwiera im miejski pęd, upał i 20-metrowa kawalerka z 3k kosztów.

Co zatem mają robić? Siąść i spokojnie policzyć. Przeanalizować za i przeciw. Zobaczyć czego chcą. Jakie mają życie teraz, a jakie czeka ich na wsi. Bez owijania w bawełnę, słodzenia itp. Twardo i konkretnie.

Bo na razie wychodzi tak. Pobory „warszawki” i „krakówka” w wielu branżach (dziennikarz, ludzie od kultury, urzędnik) dotarły (patrząc optymistycznie) do 5k netto. W korpo lepiej, może wyciągną 8k netto, dla osoby z pewnym doświadczeniem i poza triadą lekarz-adwokat-informatyk. Dla freelancera lub na jdg – bez szans na kredyt mieszkaniowy. Trudno nazbierać choćby na wkład własny w takim Wrocławiu (20% z 600k = 120k, a rata za pozostałe 480 tys. zł to ok. 4k + 1 k czynsz/opłaty i mamy 5k). Popatrzmy na te liczby:

  1. pensja 5 k, najem kawalerki 3,5k. Zostaje 1,5k.
  2. pensja 8k, rata kredytu+ opłaty – 5k. Zostaje 3k.
  3. pensja 8k, wynajem kawalerki 3k. Zostaje 5 k.
  4. pensja 5k, wynajem pokoju 2k. Zostaje 3k.

Teraz przejdźmy w tryb wiejski. Tam da się, jeśli jesteśmy nauczycielami, urzędnikami, dziennikarzami na freelansie, zarobić nieco mniej może nie 5k, a 4k. Ten tysiąc musimy poświęcić.

Kto przejdzie z korpo, straci więcej. Bo te 4k to taki sensowny próg (chociaż sam znam małomiasteczkową gminę, w której płacą 5k). Można próbować zdalnej (wtedy pensja bez zmian), ale założyłem stratę. Równe 4k.

Jednocześnie – mamy przecież własny dom. To co poświęcilibyśmy na wkład własny – wystarczy na coś do poważnego i dłuższego remontu. Ale własne. No i nie 20-40m2 lecz sporo więcej (70-120m2 w domu-kostce). Popatrzmy na koszty:

  1. pensja 4k, utrzymanie domu 1k. Zostaje 3k.

Nieźle. A to dopiero początek. Przecież wiele wydatków, które pojawiają się w Warszawie, w jakiejś Dąbrówce, Woli czy innej Wysowej, nie zaistnieje.

Na wsi życie jest bardzo tanie, jeśli nie boimy się pracy. Wiem, bo sam to sprawdziłem. Jeśli nauczymy się produkować żywność i osiągniemy dyscyplinę pracy zdalnej – nie ma, że boli swoje przed ekranem trzeba odsiedzieć, dzień ma szansę być nawet dłuższy. Gdybyśmy poszli na miejscowy etat – zyskamy sporo czasu na dojazdach (inaczej jedzie się 8km po wiejskiej drodze, a inaczej 3 km w korkach, to pierwsze trwa 10 minut, drugie – nawet 40). Czyli te 3k potrafi mieć większą moc zamiany w przyjemności życia. Gdy dobrze wybierzemy lokalizację, zapraszam w swoje okolice – pomiędzy Nałęczowem a Kazimierzem Dolnym/Puławami – 30-50 minut od centrum Lublina (autem, koleją+autobusem), lub 2h do Filharmonii Narodowej (zarówno autem, jak i koleją), nie stracimy nawet dostępu do kultury, galerii. Zamiast planować w Kazimierzu szybki weekend raz w roku, pojedziemy tam raz w tygodniu, po pracy, kiedy będzie prawie pusto.

Co tracimy? W jakimś stopniu kontakt z dotychczasowym światem. Pogaduszki przy ekspresie, ploteczki. Niektórzy pewnie odwiedzą nas „w głuszy”, ale nie czarujmy się, wielu znajomych stracimy z oczu. Szansę na nocne życie w mieście, kawę w Starbuniu, połowę życia społecznego. Życie kobiety na prowincji (zwłaszcza samotnej) nie wygląda jak „Miłości nad rozlewiskiem”, „Pensjonacie Leśna Ostoja” czy innym „Rolniku….” .Na każdym rogu nie czeka stomatolog, właściciel firmy gotowy wziąć w ramiona „miejską pannę”. Z drugiej strony, czy w Warszawie jest czas aby go poznać, pokochać, zatrzymać?

Zostawmy jednak na boku problemy sercowe, powróćmy do kasy. 3k poza kosztami mieszkania to również nie szaleństwo, ale da się żyć. Pokazałem to w tegorocznym eksperymencie „Życie za 500 zł”. Jedno auto, jedzenie, ubrania – niech będzie 1300 zł. Zostaje 1700 zł na pozostałe koszty. A jak było w Warszawie? Jedzenie 1k, ubrania, auto, 1k, i zostaje już tylko, w wariancie pensji 8k netto i kawalerki wynajętej za 3k ledwie o 1300 zł więcej. Przy spłacie kredytu na 20-25m2 – wręcz sporo mniej (8k-5k-2k).

Czyli wieś nie tylko warta jest wyboru, ale i on może się opłacać. Zwłaszcza ogarniętej trzydziestolatce.

Najważniejszy argument za wyprowadzką na wieś. Zdrowie.

Wczoraj zbiegły się dwa zdarzenia, które spowodowały szybkie powstanie tego wpisu. Komentarz Piotra o konieczności utrzymania wagi oraz moja wczorajsza rozmowa z osobą pracującą wysoko w ochronie zdrowia. Komentarz znacie, a rozmowa dotyczyła wpływu poprzedniego i współczesnego jedzenia na stan zdrowia.

Moja rozmówczyni zrelacjonowała mi opowieść pewnego lekarza. Pracuje on od wielu lat, operuje nowotwory głowy. I stawia tezę, na razie roboczo, natomiast na podstawie długich obserwacji, że współczesne jedzenie (marketowe, przemysłowe, przetworzone) powoduje wręcz epidemię raka. Zapadają na niego ludzie względnie młodzi, którzy nie pamiętają wiejskiego jedzenia sprzed 30-40 lat. I ci, dwudziesto-, trzydziestolatkowie, chorują znacznie ciężej, oraz umierają częściej niż przedstawiciele pokolenia boomerów (55+ a nawet 75+). Neurochirurg jest pewien swoich spostrzeżeń i dzieli się nimi w gronie towarzyskim.

Ale nie kończy na gadaniu. Działa. Otóż postanowił, że nie będzie kupował żarcia ze sklepu. Wybrał zaufanego chłopa, któremu płaci grube pieniądze, by hodował dla niego świnię, metodami „jak za Gierka”, a w rzeczywistości starszymi. Ma być karmiona niepryskanymi ziemniakami, zbożem własnej produkcji. Wychodzi wielokrotnie drożej, ale dobrego lekarza stać. I teraz doktor sam, według tradycyjnych receptur przerabia mięso na wędliny.

Mając taką wiedzę, nie od jakiegoś szaleńca, lecz doświadczonego medyka, możemy zdecydować, co z nią zrobić. Czy nadal karmić siebie, i własne dzieci, śmieciowym żarciem, z umęczonej w chlewni świni, faszerowanej antybiotykami, nie widzącej nieba? Czy spróbować pozyskać z pewnego źródła, albo samodzielnie wyhodować, doskonałe mięso? Odpowiedź narzuca się sama.

Wiadomo, nie każdy ma dochody chirurga, żeby zlecić drogą produkcję. Nie każdy zapłaci 1500 zł za tucznika z eko-gospodarstwa. Nie każdy zaufa zapewnieniom przypadkowego rolnika z OLX-a. Nie każdy ma warunki do przechowania półtuszy (nie sprzedają mniej). Co w tej sytuacji?

Widzę rozsądne wyjście nr 2 dla gorzej uposażonych. Przeprowadzić się na wieś i samodzielnie hodować zwierzęta (koza, świnia, królik, kura, gęś), żeby zapewnić swojej rodzinie zdrowie na wiele lat, za znacznie mniejsze pieniądze. A Wy co sądzicie?

Jak wspierać naszą gospodarkę i zachować zdrowie? Kupuj polskie – np. ryby.

Jednym z problemów wywołanych inflacją pozostaje poszukiwanie przez konsumentów zachodnich odpowiedników tradycyjnych, polskich produktów żywnościowych. Te ostatnie stały się, według obiegowej opinii, zbyt drogie. Czy na pewno tak jest? Czy to tylko propaganda sieci handlowych? Mówię sprawdzam.

Niedaleko mojego domu na wsi działa prywatna firma zarządzająca siecią stawów rybnych. Poznałem ją ćwierć wieku temu, z opowieści kumpla, wędkarza jeżdżącego na połów nad Wisłę. Jeśli nic nie złowił, zatrzymywał się na stawach i kupował rybkę, żeby żona nie marudziła. Potem rozbudowali ofertę o pstrąga (sztuczna rzeka), którego pokazywało się ręką, a odbierało gotowego do wrzucenia na grill, restaurację itp. Ponieważ firma położona jest na uboczu – 50 km od Lublina i 175 km od Warszawy, żeby zyskać odbiorców, musieli postawić na niekonwencjonalną opcję sprzedaży. Wybrali busy w firmowych barwach, dojeżdżające raz w tygodniu do Kazimierza Dolnego, Nałęczowa, Puław, Sandomierz a dwa razy do Lublina. I właśnie w Nałęczowie dokonałem ostatniego zakupu oraz zacząłem snuć refleksje do tego wpisu.

Rzecz pierwsza – dowożenie musi kosztować, bus to nie TIR, większą część „paki” zajmuje powietrze, korytarz dla sprzedawcy, miejsce na lodówkami – 2/3 objętości auta-chłodni. Pomimo tego fileta z karpia (idealnie – bez ości, bez łba, flaków) – samo mięso i trochę skóry, sprzedają za 69 zł/kg. Drogo? Za prawdziwą rybkę, wolno żerującą w stawie, bez tablicy Mendelejewa? Porównajmy.

W sklepie internetowym (pośrednik), zaznaczono produkcja Polska, ale nie wiadomo skąd (może niemieckie lub holenderskie firmy i hodowle przemysłowe) – cena 92 zł/kg,

Panga (aż z Azji) filet mrożona, nie świeża – 35 zł/kg, ale 30% glazury (mrożonej wody), więc realnie 52 zł/kg,

Morszczuk filet – 52 zł/kg (tu 1% glazury, więc pomijalm).

I teraz, co powinien wybrać polski konsument? Kierować się zasadą „Swój, po swoje, do swego” i kupić karpia z rodzinnej firmy. Nie straci na tym, ani zdrowia (morszczuk i panga mrożone, a ta ostatnia dodatkowo szkodliwa), ani kasy. Właściciel płaci podatki w Polsce, zyski zostawia tutaj, zatrudnia pracowników. Niech zarabia on, a nie azjatycki rybak i niemiecki/francuski/portugalski pośrednik. I na tym polega patriotyzm gospodarczy. Nie na zachwalaniu nieistniejącej Izery (500 mln na projekt, który nie mógł się udać), ale na wspieraniu rodzimych, zdrowych przedsięwzięć, nie szalejących z marżą.

Z jednego płata (pół ryby), za 20 zł miałem na wsi dwa obiady, nie tak tanie, jak ze swojej cukinii/fasolki, ale jadłem je już po projekcie „Życie za 500 zł”. W ich restauracji – gotowe danie- filet smażony w sosie śmietanowym – kosztuje 50 zł (nie podają gramatury w internetowym menu). Ja usmażyłem sobie na smalczyku i za najedzony za 12 zł (własne pomidory+kupiony chleb+smalec), z pełnym brzuchem kończę ten wpis.

Czy stać Cię, żeby nie mieć własnych owoców?

Mnie nie, stąd ten wpis. Człowiek powinien zjadać dziennie 100g owoców oraz 300 g warzyw (wg WHO). Daje to ok. 3 kg owoców na miesiąc i 36 kg rocznie. Zalecenia dietetyków, każą tę ilość pomnożyć przez 3 (do 108 kg/osobę rok). Przy tegorocznych cenach w sklepach (jabłka 4-5 zł, maliny i borówki amerykańskie 30 zł, truskawki 10 zł, czereśnie 20 zł) koszt wyniesie średnio 10 zł/kg, czyli 90 zł/miesiąc/osoba (słucham dietetyków, nie WHO, bo 100g to pół niewielkiego jabłka). Przy czteroosobowej rodzinie wydamy 270 zł miesięcznie, tylko na owoce. Sporo.

Dlatego uznałem, że znacznie lepiej mieć swoje. Wybieram przy tym gatunki droższe (maliny, truskawki, borówki, czereśnie, orzechy), dokupujemy jabłka (znacznie taniej niż w sklepie) i banany (tych, na razie, wyprodukować nie mogę). Od czerwca do września, czyli przez 1/3 roku nie widzę powodu, żeby robić owocowe zakupy. W pozostałych miesiącach, radzimy sobie częściowo właśnie jabłkami/bananami a częściowo przetworami (dżemy, konfitury).

Docelowo pragnę pokryć zapotrzebowanie owocowe na 80-90% roku (lub więcej, przy zmniejszonej konsumpcji). Służyć temu będzie dosadzenie nowych drzew/krzewów i lepsze wykorzystanie istniejących. Wzdłuż drogi pojawi się szpaler winogron deserowych, pod orzechami – czarne porzeczki (orzech wydziela substancje, których inne krzewy nie lubią), wykarczuję wszystkie żywotniki (popularne tuje- czyli chwasty), zastępując każdą z nich drzewkiem owocowym (plenne śliwki, grusze, wiśnie).

Dojeżdżanie do miasta ze wsi. Jak daleko będzie za daleko?

W moim miejscu pracy całkiem spora grupa dojeżdża, bądź dojeżdżała (dzisiejsi emeryci) z całkiem odległych miejsc. Niektórzy wspominają ten czas jako koszmar, inni okazywali się całkiem zadowoleni. W kręgu znajomych mam też sporą grupę zmagających się z podobnym wyzwaniem. Sam spróbowałem od maja mieszkać na wsi. Jakie wnioski?

Należy odróżnić dwa rodzaje dojazdów – wyłącznie „głowa rodziny”, główny żywiciel, pracuje w innej miejscowości niż mieszka, albo dojeżdżają wszyscy.

Gdy tylko jedna osoba musi kursować do pracy, nie ma tragedii. Jeden z moich kumpli jedzie pociągiem 130 km przez 2,5 godziny. Kiedyś codziennie, dzisiaj (praca zdalna) 2-3 razy w tygodniu. Wychodzi z domu o 5.30 wraca z Warszawy o 19. Na miejscu nie miałby zajęcia, przy swoich specjalistycznych kwalifikacjach, ani też takiej pensji w innym zawodzie. Żona i dzieci zostali w rodzinnym, średnim mieście. Dopóki nie pojawiła się możliwość wykonywania zadań z domu, narzekali. Teraz 3 dni mogą jakoś przetrwać. Większości osób – nie polecam.

Podobnie koledzy z pracy – czwórka dojeżdża po 100 km. Niektórzy przez kilka lat, żeby sobie dorobić, inni przez 3 dekady. Tu już nie ma tak różowo z transportem. Umawiają się grupą. U pracodawcy pojawiali się na 7, więc trzeba było wstać o 4.30. Wyjazd codziennie o 5.30 od poniedziałku do piątku. Powrót ok. 17. Wiem, że na wielu nie zrobi to wrażenia, wszak w Warszawie pracuje się od 9-17, a trzeba jeszcze wyprawić dzieci do szkoły itp. Wszyscy bohaterowie tak długich dojazdów, rodzinę zostawiają w domu.

Teraz czas na moje własne doświadczenia. 30 km. Żaden problem. Wyjazd o 20 minut wcześniej niż wyjście z domu. Powrót podobnie. To czterdzieści minut dziennie. Gdybym jeździł transportem publicznym – traciłbym znacznie więcej (dwa razy tyle, gdybym piechotą szedł 3 km na dworzec). Już raczej bez sensu. Tłumaczy się w ten sposób popularność samochodu na wsi – narzędzie pracy, nie przyjemność czy szpan. Ja też dojeżdżałem sam. Żona i syn zostali w mieście. Gdyby zdecydować się na stałą przeprowadzkę, jedno z nas, żeby wozić młodego, raz na 7.30 a raz na 10, a potem na 2-3 treningi w tygodniu, musiałoby nie pracować. Nawet praca zdalna nie zmieniłaby sytuacji, ponieważ trzeba przecież siedzieć w ustalonych godzinach przed komputerem. Nie do pogodzenia. Z drugiej strony do wiejskiej szkoły i gminnego liceum też trzeba dowozić, więc nawet opcja „na miejscu” niewiele zmieniłaby.

Są jeszcze bliższe miejsca. Moi znajomi mieszkają 25 km od miasta i jeżdżą 3 razy dziennie. Ona swoim, on swoim autem. Podobnie jak my w mieście – popołudniowy trening to wyjście o 17.30 a powrót 19.45. Wtedy jedzie się po zakupy, wykonuje telefony. Nie ma innego wyjścia.

Dlatego odpowiadając na tytułowe pytanie, trzeba mieć świadomość, kto dojeżdża (jedna osoba, czy wszyscy członkowie rodziny), skąd (z miasta do miasta, czy ze wsi do miasta), kto pracuje, a odległość ma pewne znaczenie, lecz do pewnej granicy, nierozstrzygające. Lepiej dojeżdżać 1,5 godziny pociągiem, niż wykonywać 3 kursy po 40 minut własnym samochodem. I taniej przy okazji, też.

Miesiąc bez samochodu. Plan.

Na tym blogu ciągle pojawiają się różne nietypowe pomysły. Jako jeden z nich, tym razem całkowicie sprzeczny z moimi poglądami, urodził się projekt „Miesiąc bez samochodu”. Tak, dobrze widzicie. Planuję udowodnić coś, w co sam nie wierzę – że da się żyć bez auta. Na wsi i w mieście. W październiku, czyli w czasie, gdy często pada, a temperatury nie zachęcają do spacerów. Czy uda się? I jakim kosztem? Zobaczymy.

Aby odpowiedź mogła być pozytywna trzeba mi planu. Realnego planu. W mieście, wszystko wydaje się łatwiejsze – własne nogi plus rower, ew. komunikacja miejska. Sklepy pod bokiem, niektóre nieco dalej. Do pracy mam 20-45 minut spacerem.

Na wsi, zupełnie inaczej. 1 km do najbliższego (małego) sklepiku. 4,5 km do marketu. 3 km do dworca kolejowego. 30 km do pracy. Daleko i długo. Czy dam radę? Kiedy mój dziadek rozpoczynał pracę , był rok 1935, pociąg jechał 50 minut, a docierano do niego własnym zaprzęgiem, w tempie 10 km/h (20 minut). Na miejscu, dziadek brał dorożkę i pokonywał ostatnie kilka kilometrów do biura (20 minut) Razem podróż trwała 1 godzinę 30 minut. Powrót podobnie. A dzisiaj? Na dworzec dotrę szybciej rowerem, hulajnogą elektryczną (10 minut), w mieście podobnie (10 minut), a pociąg jedzie 30 minut (pospieszny nawet 17, ale o innych godzinach). Łączny dojazd trwa 50 minut. Wychodząc z pracy parę minut o czasie , w domu na wsi pojawię się po 50 minutach. Rano podobnie – muszę wyjść 50 minut przed rozpoczęciem pracy. Przynajmniej na razie, gdy mam idealnie zestrojone przejazdy. W drugim miejscu pracy nie będzie już różowo. Zaczynam o pół godziny wcześniej i kończę z takim samym przesunięciem. Leży ono także dalej od dworca. Aby pojawić się o czasie, muszę wyjść 1,5 h przed rozpoczęciem, a pojawię się w domu 1 h 20 minut po zakończeniu.

W praktyce, różnica pomiędzy spacerem miejskim od 50 minut do 1 h 10 minut w każdą stronę. Da się przeżyć. Niemiło jedzie się tylko w deszczu. Koszt także mnie nie zrujnuje -11 zł dziennie, w obie strony. Bez zniżek 17 zł. Jeżeli założę pobyt w mieście przez pół miesiąca, a drugie pół na wsi, oraz dodam, że akurat w „wiejskim czasie” zaplanuję pracę zdalną (4 dni), odrobinę wolnego (2 dni), zatem 6 dni będę musiał dojechać ze wsi. Postaram się ustawić je w dni, gdy faktycznie prognoza nie pokaże opadu. Tragedii nie powinno być.

A zakupy? W mieście – zero problemu. Na wsi – zrobię je po drodze z dworca, dorzucając ten kilometr (market postawiono 500m o stacji). Większe dostawy załatwią internet i kurierzy.

Plan wydaje się niegłupi, a realizacja? Zobaczymy.

Chłopska dieta… w mieście. Koszt.

W lipcu trochę pisałem o chłopskiej diecie. Jej głównymi składnikami były: mąka, mleko, ziemniaki w późniejszych okresach – jajka, tłuszcze (smalec, słonina) oraz pewne ilości mięsa. Często dodawano wszystko to, co wyrosło w ogrodzie – owoce, warzywa. W lipcu żyłem „po chłopsku” na wsi. Sierpień wydaje się idealnym czasem na chłopską dietę w mieście.

Jadłospis w zasadzie się nie zmienia. Różnica jedna – większość trzeba kupić. W lecie – łatwo i tanio, w zimie – drogo i trudno, stąd przydadzą się przetwory. Decyduje się iść w tym kierunku.

Spróbujmy ułożyć przykładowy jadłospis i obliczyć jego koszt.

Śniadanie – zupa mleczna z kluskami (zamiennie ryżem, gryką)/podpłomyk z pomidorami,

II Śniadanie – chleb ze smalcem i ogórkiem,

Obiad – Kluski z serem i skwarkami/placki z cukinii/ziemniaki ze skwarkami,

Podwieczorek – jogurt domowy z owocami,

Kolacja – chleb ze smalcem.

Teraz składniki – dla jednej osoby:

  • mleko 0,45 l = 1,5 zł,
  • mąka 0,4 kg = 1 zł,
  • 1 jajko – 1 zł,
  • smalec 0,1 kg – 1 zł,
  • owoce i warzywa (do jogurtu i na przekąskę 0,4 kg) – 3,2 zł.
  • Razem: 7,7 zł.

Zszokowała Was ta kwota? Jeśli dodamy jakąś kawę (0,8 zł szt), herbatę (0,5 zł/torebka) i wyjdzie pewnie z 10 zł dzień, co daje 300 zł/m-c.

A kalorycznie? Mąka 1400, smalec 600 mleko, 180, jajko 150, owoce 100. W sumie 2430. Całkiem nieźle. Gdyby dorzucić jeszcze trochę owoców/warzyw, wyszłoby idealnie.

Teraz zastanawiacie się, jak to możliwe, że ludzie w mieście wydają 1000 zł/jedzenie/osobę? Odpowiedź brzmi prosto – ponieważ nie jedzą po chłopsku. Potrawy mączne zastąpiliśmy mięsem (widziałem badania 1,5 kg mięsa miesięcznie), nie jemy podpłomyków (koszt produktu – 40gr za 150g, tylko kupiony chleb, czasem w cenie 5 razy wyższej), kluski/ziemniaki (4 zł/kg) zastąpiliśmy ryżem w torebkach (10 zł/kg), a przede wszystkim coraz więcej w naszej diecie potraw przetworzonych. Ceny za pizzę już podawałem, frytki (porcja 300g za 9 zł, nijak ma się do ceny produktu 4 zł/kg ziemniaków), piwo w barze kosztuje kilkanaście złotych, a w sklepie 4 zł. Do tego gotując w domu mamy kontrolę nad całym procesem – ile tłuszczu użyliśmy (i jakiego), ile cukru, soli, a u kogoś, no cóż, nie wiemy.

Dlatego proponuję wrócić do korzeni, będzie i zdrowiej, i taniej.