Ile pali elektryk stojący w korku. Czy faktycznie wizja zamarznięcia rozsiewana przez media jest prawdziwa?

Przed Sylwestrem „zima znowu zaskoczyła drogowców” i ludzi utknęli na S7 na kilka godzin. Stali w korku spowodowanym awariami ciężarówek. Media podchwyciły temat, pisząc „Armageddon” oraz „Wyobraźcie sobie, że stoicie tu elektrykiem”. Ile jest prawdy w takim straszeniu?

Zrobiłem test – nawet w cięższych warunkach – 13 stycznia 2025 r. temperatura zewnętrzna -8 st. C. Stanąłem na parkingu w centrum, zostawiłem, włączony silnik i obserwowałem:

  • temperaturę wewnętrzną,
  • zużycie prądu (prognozowany przebieg w km),
  • upływ czasu.

I co mi wyszło?

Otóż zacząłem z zasięgiem 94 km, po 23 minutach stania (szedłem na spotkanie), miałem 89 km. A zatem w godzinę straciłbym ok. 13 km. Przez 5 godzin – 75 km. Temperatura wewnętrzna wynosiła 10 st. C czyli o 18 st. C więcej niż na zewnątrz – w zimowym ubraniu, spokojnie pracowałem na telefonie. Co ważne, mój model nie posiada pompy ciepła.

I teraz uwagi. Samochód elektryczny, taki jak mój, pokazuje w lecie 289 km zasięgu, w zimie – ok. 230 km (zużycie 20-30% wyższe, z uwagi na ogrzewanie i opory toczenia, 200 km – gdy jeżdżę wyłącznie na krótkich odcinkach w mieście). 75 km =1/3 baterii. Dużo czy mało? Moim zdaniem sporo. Nikt rozsądny nie wyjeżdża na S-kę z rozładowaną baterią (tzn. poniżej 80%), tak jak i z pustym bakiem (stacje co 50-100 km i to z cenami z kosmosu). Skoro mój „mały elektryk” (bateria 38 KWh) dałby radę postać 5 godzin, tym bardziej że ładowarki na MOP-ach co 30-50 km, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że w przypadku nowszych modeli (80 KWh+pompa ciepła to standard w „podróżnych elektrykach”) byłoby jeszcze lepiej.

13/230 x 38 KWh =2,148 kWh/godzinę

2.148 z 5 = ca. 11 KWh

Niech pompa ciepła poprawi ten wynik o 50% – mamy 5 KWh. To równowartość przejechania 25 km auta z zasięgiem 400 km (20 KWh/100 km i bateria 80 KWh). Czyli opowieść- bajka. Straszenie ludzi jest głupotą.

A samochód benzynowy? W korku pali ok. 1 l/100k. Mając bak 40 litrów (tyle ma 2.0 TDi w Audi A4), w 5 godzin przepali 5 l. To utrata 1/8 zasięgu. 1/8 z 700 km to ca. 85 km.

A zatem porównując:

  1. Mój starej generacji elektryk z podstawową baterią przez 5 godzin stracił by 1/3 zasięgu.
  2. Nowszy wóz elektryczny z baterią 80 KWh i pompą ciepła -1/16.
  3. Nowoczesny diesel/hybryda – 1/8.

Wnioski:

Biorąc pod uwagę rozwój „elektryków” i tendencje zmniejszania zbiorników paliwa „spalinówek” (sporo wcześniejsze generacje Audi miały i 70-litrowy bak, a Mercedesy opcjonalnie i 110-litrowy, natomiast dzisiaj standardem wśród hybryd jest ok. 45 litrów), prądu wystarczy na dłużej niż paliwa, jeśli staniemy w zaspie na kilka godzin. W żadnym wypadku (może poza elektrykami sprzed 15 lat i Dacią Spring), nie dojdzie do wyczerpania baterii przez 5 godzin. A zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierze się zimą Leaf’em I ani Dacią Spring z Warszawy do Gdańska.

Nowe pomysły na opodatkowanie nieruchomości. Nad czym pracuje Instytut Miast i Regionów.

W tym wywiadzie https://wyborcza.biz/biznes/7,147758,32394999,przestanmy-budowac-jakiekolwiek-kawalerki-miedzy-mikrokawalerka.html?_gl=1*zugidk*_gcl_au*MTc3ODQxMTYxNC4xNzYzOTg1Nzgx*_ga*Njg3NjM3NzM5LjE3NjM5ODU3ODI.*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NjM5ODU3ODEkbzEkZzAkdDE3NjM5ODU3ODEkajYwJGwwJGgw#s=S.editors_pick_hp-K.P-B.1-L.1.zw pracująca w Instytucie Miast i Regionów Hanna Milewska-Wilk, opowiada o pomysłach na zapobieganie kryzysowi mieszkaniowemu. Głównie przez nowe podatki. A oto szczegóły.

Podatek od wzrostu wartości mieszkania. Bardzo niebezpieczny, słabo uzasadniony i głupi pomysł, likwidacja ulgi podatkowej. Generalnie dzisiaj jest tak, gdy sprzedajesz po upływie 5 lat (od końca roku podatkowego) – nie płacisz podatku od dochodu ze zbycia nieruchomości. Doskonale. Co się stanie, gdy tę ulgę zlikwidujemy?

Otóż każdy, ale to każdy nabywca nieruchomości (czy to kupionej, czy darowanej), ma prawo dokonać sprzedaży. Obecnie wystarczy trzymać nieruchomość przez niecałe 6 lat. W wyniku propozycji, nabywca zapłaci podatek od zysku. Ile? 19%.

Popatrzmy na przykład: W 2017 r. dostałeś (darowizna) mieszkanie w Warszawie. Koszt nabycia to notariusz i podatek – w sumie 15k. Zysk: 900k – 15k=885k. 885k x 0,19= 168.150 zł.

W przypadku wzrostu wartości o 500k – 92.150 zł. (bo koszty nabycia).

Przecież to jakieś szaleństwo. Dodatkowo obniża mobilność. Skoro sprzedając spadek po babci np. mieszkanie w Koszalinie masz zapłacić 80k podatku, mniej zostanie Ci na zakup większego w Szczecinie. Nie kupisz go zatem. Państwo nie zarobi na podatku od transakcji, od Twojej większej pensji w dużym mieście. Ktoś o tym myślał?

Podatek od pustostanów. Podatek od nieruchomości w których nikt nie jest zameldowany. Pomijając łatwość ominięcia (zameldowanie dorosłego dziecka), niejasne kryteria (czy dom wakacyjny jest pustostanem?), ponownie ogranicza korzystanie z własności. Mój dom letni oficjalnie jest pustostanem.

Zakaz budowy kawalerek. Serio. Argumenty zespołu? Bo senior nie zmieści się w niej z opiekunką. A kawalerowie lat 30? Panny? Bezdzietne pary? Mają iść pod most, żeby nie zniszczyć marzenia urzędnika o mieszkaniu dwupokojowym.

Kto jest dobrym duchem rynku mieszkaniowego? Deweloperzy i fliperzy. Nie żartuję. Deweloperzy „zarabiają tylko 30%”, a mieszkania po fliperach „są w lepszym stanie technicznym”. W przeciwieństwie do kogoś, kto kupił, mieszkał i sprzedał po 10 latach z zyskiem. Przecież to jakieś kryptoreklamowe brednie.

Najlepsze zostawiłem sobie na koniec – „Powinno być tak, że gmina mogłaby zyskać prawo do przejęcia nieruchomości, jeśli po 10 latach nikt nie złoży sprawy spadkowej”. Przecież to czysty Dekret Bieruta, chociaż nawet on nie szedł tak daleko! Gdzie jest nakaz załatwiania spraw spadkowych przez 10 lat? Przecież wiadomo, część ludzi nawet nie wie, że ich daleka ciotka zmarła w USA, albo co wchodzi w skład spadku. Inni nie chcą tego załatwić, czekając na przedawnienie długów spadkowych. Zresztą niezałatwienie spadku wcale nie znaczy, że nikt z nieruchomości nie korzysta. Może ktoś ją wynajmuje (umowa najmu nadal trwa), może korzysta bezumownie (i zasiedzi).

Cały wywiad (poza propozycją zachęcania do oszczędności) to jest jakiś bolszewicki kosmos plus liberalna pieśń o wspaniałych deweloperach i fliperach, a nie państwo prawa. Całość propozycji referuje pracownik państwowego instytutu. Przerażające.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Dlaczego walka o ograniczenie umów śmieciowych jest taka ważna? Czego nie zrozumiał premier Tusk (i większość polityków innych partii).

Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:

  1. pracę dzieci,
  2. 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.

A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.

Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.

Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, że ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc nawet nie budżetówka.

Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.

Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, że nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.

Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. Jeżeli działa, jak obecnie sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. Jeśli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.

A teraz argumenty pracodawców?

Pierwszy, że nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już obecnie może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.

Drugi, że wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. Jeśli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. Jeśli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba że mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeśli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, że „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.

Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację szybko zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) lecz wcześniejszego bezprawia pracodawcy.

Trzy powody dla lenia, żeby wybrać wieś.

Temat wraca jak bumerang, ale dłuższe przemyślenia prowadzą mnie do wciąż nowych wniosków. Tym razem argumenty dla zatwardziałych leni. Ponieważ z natury zaliczam się do tej grupy (aczkolwiek jej szczególnej odmiany – ciężko pracujących z konieczności), także dla mnie.

Możesz pracować na pół gwizdka

Nazwij to jak chcesz, spokojnym etatem, niewielką dg, pracą zdalną, czy robotą na pół gwizdka. Ja powiem krótko – prace czasowo niewymagające. Raj dla lenia. W moim przypadku – biuro od wtorku do czwartku. Laba od piątku do poniedziałku. Włącznie. Alternatywa? Pięcie się po szczeblach kariery, pensja 20k netto za… 60 godzin w tygodniu. Dziękuję. Wolę 8k za 16 godzin.

A docelowo zostanę z własną firmą 5k za 8 godzin/tydzień.

W mieście, z kredytem na karku – nierealne. Sama rata pochłonie jedną pensję.

Możesz zrezygnować z pracy po 50-te

Jeśli jesteś leniem podobnym do mnie (tzn. takim, którego życie zmusiło do ciężkiej pracy), ok. 50-tki zebrałeś już sporo owoców pracy wcześniejszego trudu. Mówiąc po ludzku – masz inwestycje i oszczędności. One doskonale zastąpią pensję. Czyli pracować zawodowo już nie musisz (jeśli chcesz – proszę bardzo).

I znowu, obserwując moich miejskich przyjaciół niewielu ma takie opcje. Dochody 15-20k były konsumowane na bieżąco. Wielu zostały kredyty. Innych zżera inflacja stylu życia. Dosłownie muszą pracować do śmierci. Emerytura w wysokości dzisiejszych 4k kompletnie ich nie interesuje. Mnie wystarczy połowa tej sumy.

Życie na wsi jest tańsze i zdrowsze

Nie, nie mówię o pełnoetatowej pracy rolnika, lecz o zwykłym zamieszkaniu w wiejskim otoczeniu. Przykłady cen nieruchomości podawałem wiele razy, czas na inne.

Jedzenie – niby oczywiste. Własne kury i masz jaja. Nie za darmo, ale za 1/3 ceny. Zdrowe, ekologiczne. Jedni z wiejskich emigrantów kupili sobie owce rasy dorper (mięsne). Korzyści? No mają tanie mięso, i nie muszą codziennie doić. Lubisz mleko i sery, wybierz rasy lacaune lub fryzyjską. Nie chcesz zwierząt? Tanie mięso kupisz w okolicy.

Opłaty – sporo niższe. Woda – 1/2 ceny, śmieci 70-80%. Internet za tyle samo, podobnie komórki. Ale już prąd wytworzysz sam. Podobnie opał. Idę w tym kierunku od kiedy za ogrzanie 100 m2 w mieście wyszła mi prognoza 10 tys. zł. Za chwilę takie kwoty zapłaci mieszkaniec 3-pokojowego mieszkania w spółdzielni. A własny kominek z płaszczem załatwił mi sprawę definitywnie.

Bonus. Czwarty powód – widoki.

W mroźny weekend 17 stycznia 2026 r. pojechałem do domu na wieś po zapasowe płytki (glazurę). Kompletna cisza, i … te widoki. Postanowiłem zdjęciami (w których robieniu nigdy nie byłem dobry), zainaugurować część fotograficzną bloga, ale niestety muszę się jeszcze podszkolić w obsłudze multimediów. Ośnieżone drzewa, czysta biała przestrzeń, a nawet droga (dojechałem do samej bramy). Niby nic wielkiego, ale jak kojące dla ducha. Tego nie dostaniemy w bloku, a tam? Wystarczy wyjść za próg domu. Leń we mnie lubi ciszę, spokój i napawanie się przyrodą.

A co Ty dodałbyś do tej listy?

Jak działa socjalizm – ćwiczenia praktyczne. Dlaczego nie skorzystałem z państwowej oferty.

Na początku listopada onet.pl na swoim portalu medycznym opublikował żale pewnego 77-emeryta na warunki w sanatorium w Nałęczowie. Czysty socjalizm, praktycznie wszystko za darmo, a i tak źle.

Otóż, pewien pan dostał kolejne skierowanie (za darmo, raz na 2 lata z NFZ) do sanatorium w Nałęczowie. Oto lista jego uwag:

  • pokój trzyosobowy – współlokatorzy będą chrapać,
  • po zamianie na jedynkę – źle bo w innym obiekcie (daleko od parku),
  • kiepskie nieurozmaicone jedzenie, małe porcje, niepasujące pory posiłków (obiad o 12.30, kolacja o 17.00),
  • mały pokój (12 m2, stare wyposażenie),
  • drogi parking – 270 zł za 3 tygodnie (na ulicy za free, ale ukradną kołpaki),
  • trzeba zapłacić za wypożyczenie czajnika – 0,7 zł/dzień,
  • telewizja płatna – 80 zł,
  • daleko do Biedronki,
  • dopłata „za standard” – 684 zł i 130 zł klimatycznego, ponieważ NFZ płaci tylko za leczenie.
  • zły miesiąc (październik, gdy wcześnie robi się ciemno i zamknięto większość kawiarni).

No cóż, socjalizm ten PRL-owski i PiS-owski wytworzył grupę ludzi o specyficznych poglądach. Chcieliby za darmo, i jeszcze narzekają. Ja płacę, jadę kiedy chcę i sam wybieram warunki. Akurat Nałęczów świetnie znam, więc mogę powiedzieć dwa słowa.

Otóż, cena 34 zł za jedynkę z wyżywieniem (a 17 zł za trójkę), to grosze. Niezależnie od warunków. Są tam i piękne miejsca (np. Atrium Spa, Feniks, nowe mieszkania) tylko za inne pieniądze od 400 zł/dzień za dwupokojowy apartament. Z jedzeniem też da się przebierać, ale liczmy 50-70 zł za sam obiad. Utyskiwania na płatny parking (14 zł na dobę) litościwie pominę, bo nigdzie nie znajdziemy takich cen. Dowolny zamknięty parking (płatny, niestrzeżony) kosztuje minimum 30 zł/dobę. Zabiegi też nie za free. Jak się chce grymasić, te 684 zł wydamy w jeden dzień, a nie przez 3 tygodnie.

W ogóle, Nałęczów jest piękny, a już wczesną jesienią – zachwycający. W listopadzie spędziłem tam kilka dni, korzystając z tężni solankowej, leżaków w parku (darmowe!) i ćwicząc płuca spacerami. Okazało się, że nie muszę jechać w góry, bo astmę zdusiła sól. Faktycznie, ludzi niewiele. No i wydałem tylko 21 zł plus prąd na dojazd z Lublina. Gdybym kupował zabiegi w Sanatorium ZNP, to np. za kąpiel jodobromową zapłaciłbym 45 zł (15 minut), a za tlenoterapię (15 minut) – 20 zł. W sąsiednich Cichych Wąwozach ta ostatnia wyjdzie taniej – 12 zł (czas ten sam). Jak widzicie, tanio, chociaż nie za darmo. Ale wychowanemu na PRL-u, trzynastkach, czternastkach i tak mało. Bo październik, bo kołpaki, bo porcje małe, bo nie dają jeść po 17. Szkoda słów.

Dwa słowa o wychowywaniu dzieci.

Temat wywołał Kamil w jednym z grudniowych komentarzy, a teraz ja dorzucam swoje trzy grosze.

Otóż samo pojawienie się w dyskusji słowa „dzieci” staje się okazją do gównoburzy. Jak to możliwe? Ponieważ nastąpiło przesunięcie paradygmatu i rozrost wymagań, wychowanie wg współczesnych trendów faktycznie zabiera mnóstwo czasu.

Poruszając się po drodze życia, pokażmy te zmiany. Niektóre na lepsze. Od razu zaznaczam, opisuję pewien medialno-dyskursowy standard, a nie historię każdej z rodzin.

Wszystko zaczyna się od „planowania”. Kiedyś dzieci po prostu się rodziły, powstawała mniej lub bardziej formalna para, i naturalnie pojawiały się maluchy. Dzisiaj muszą zostać dokładnie wpasowane w grafik i plan na życie. W efekcie pojawiają się coraz później, kiedy mamy mniej energii. 20 lat temu czterdziestolatek zostający ojcem po raz pierwszy, wyglądał jak biały kruk, ktoś go widział, ale czy na pewno. Plus – przygotowanie na dziecko, od kwestii psychologicznych do dbania o wyniki badań, wygląda teraz o niebo lepiej, stąd mniej problemów zdrowotnych.

Potem nadchodzi poród, dziecko pojawia się na świecie i zaraz staje się centrum wszechświata dwójki rodziców i czwórki dziadków. Dlaczego? Ponieważ rodziny się zmniejszają. Z drugiej strony „bycie dziadkiem”, „bycie babcią”, oznacza coraz częściej nie rzeczywiste wsparcie w opiece i finansach, ale „wyjazd do maluszka na niedzielę”. Znam takie pięćdziesięciolatki+, które widzą wnuka raz na dwa tygodnie. I znowu, daleki jestem od wzbudzania poczucia winy, po prostu zmienił się świat. Kiedyś 55 lat to był taki wiek graniczny pracy wielu kobiet. Niektóre rzucały robotę w okolicach 45-50 „idąc na rentę”, inne nie pracowały zawodowo. Istniały kobiece międzypokoleniowe kręgi: kuzynki, ciocie, babcie, więc młoda mama na wsparcie zawsze mogła liczyć. Teraz pracuje się znacznie dłużej, zwłaszcza w „biurowej klasie średniej”. Moje koleżanki z grupy wiekowej 55-60, w ogóle nie czują się babciami, ba one w większości wnuków nie mają. Brak deklaracji wsparcia i fakt, że bez niego za wszystko trzeba płacić i na to zarobić (oraz postawa pracodawców, dla których matka = pracownik trzeciej kategorii) ma dwa skutki. Odkładanie decyzji o dziecku do osiągnięcia maksymalnej stabilności finansowej oraz spadek dzietności. Dzisiaj trzylatek potrafi kosztować 3000-4000 zł (lub stratę pensji w tej kwocie), więc pozwolenie sobie na dwójkę, wywołuje czasem szept politowania. Z drugiej strony, przy trójce, czwórce, wszystko staje się prostsze i tańsze. Nagle zamiast płacić 9000 zł (w tym po 2k za opiekę) lepiej, żeby gorzej zarabiający rodzic został na wychowawczym. W ten sposób zyskuje się mnóstwo czasu i … napędza trend tradwife, bo jednak „facet domowy” ciągle stanowi rzadkość. I już przy trzylatku, bez większej pomocy i z pracą, trzeba jakoś rozpisać role i zaczyna się wariactwo. Oboje niewyspani (jedno wstaje w nocy, a drugie nad ranem – ja właśnie dzięki dwóm synom nauczyłem się pobudki 5.30, bo taką mieli godzinę rozpoczęcia dnia), szybkie zbieranie się, biegiem wiezienie do przedszkola (dzisiaj nie ma go na każdym nowym osiedlu), sprint do pracy, 8-10 godzin rąbanki, odbiór dziecka, szybki obiad, odrabianie lekcji, zajęcia dodatkowe i spać. Tak jest Kamilu, prawda? A przy wsparciu dziadków lub niepracującej żonie wszystko może wyglądać inaczej.

Takie zmiany mają powiązanie z finansami i poziomem oczekiwań wobec życia. Nie są też sprawą Polski, lecz większości tzw. zamożnych społeczeństw. Czy w ogóle da się wyrwać z tego kołowrotu? Jasne. Wystarczy nieco odpuścić i pokombinować. Prywatne przedszkole za 2k na głowę zamienić na urlop wychowawczy. Resztę brakującej kwoty uzupełnić DIY, na które jest czas, gdy mamy cały dzień a nie 3 godziny popołudnia. Nie dać się zwariować zajęciami dodatkowymi na drugim końcu miasta, bo to ćwierć etatu, albo i pół jeśli dzieci jest dwoje. I dojść do wieku szkolnego.

Szkoła podstawowa i wpadamy jeszcze głębiej w odmęty szaleństwa. Dwójka dzieci w podobnym wieku, dowożona i przywożona, plus zajęcia dodatkowe oznaczają, że poza pracą i rodzicielstwem ma się wolne wyłącznie weekendy (a wtedy: nadrabia się zaległości domowe, wozi na mecze itp.). Dzisiaj sport dwunastolatka, to plany treningowe, diety pudełkowe, fizjoterapeuci. Nie żartuję, mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, a nie popołudnie na podwórku z kumplami i wolne dla rodziców. W 7-8 klasie dochodzą korki, a z nimi kolejny wydatek (trzeba na niego zarobić) oraz dojazdy. Gigantyczny kołowrót. Czy da się z niego uwolnić? Oczywiście. Znaleźć szkołę w pobliżu, pozwolić chodzić samodzielnie od 3-4 klasy. Wiem, co mówię, sami wybraliśmy stary dom, ale na sąsiednim osiedlu najlepsza publiczna podstawówka w mieście. W efekcie chłopcy w 4-tej klasie szli do niej sami, a w zasadzie w grupie koleżeńskiej (dwie dziewczyny, dwóch chłopaków). Dwóch naszych synów uprawiało sport, więc 3 treningi w tygodniu plus mecz w weekend – temat znany, a trzeci intensywnie się uczył (korki). Dokonaliśmy naturalnego podziału – starszego woziłem głównie ja, młodego teraz żona. Po drodze zakupy. Bywało trudno, ale nie daliśmy się wciągnąć w chomiczy kołowrotek. Także dlatego, że żona nie goniła za karierą, a wcześnie zbudowaliśmy poduszkę. No i zawsze mogliśmy liczyć na dziadków.

Liceum wielu nakręca jeszcze mocniej. Korki – must have. Sport – półprofesjonalnie. Na wszystko trzeba zarobić. Potem niby z górki – studia, ale mówimy o czasie, gdy poza maluchem, sięgamy do kieszeni najgłębiej. Studia w innym mieście (3-10k) czasem prywatna medycyna (sama opłata – 35k za semestr, a tych jest 12), wymagają ogromnych zarobków. Trzeba więc pracować, gdzie tu czas na wychowanie?

Ano właśnie, patrząc na przedstawiony przeze mnie obraz – w zasadzie nie ma na to czasu. Dzieci i rodzice pędzą coraz szybciej. Praca/szkoła-zajęcia dodatkowe-sen. Taki standard. W weekend się odeśpi, czym skracamy dzień i znowu nie porozmawiamy.

Byłem zwolennikiem innego, bardziej tradycyjnego modelu. Wspólny obiad (przynajmniej w sobotę i niedzielę), wyjazdy na mecze całą rodziną, nie narzucanie dzieciom tempa. Chcą się uczyć – dobrze. Nie chcą, albo nie mają zdolności – Einsteina nie zrobię. Każdy sam wybiera drogę, ja jestem tylko by mu pomóc. Dam mieszkanie na start, pomogę w razie trudności, ale nie żyję jego życiem non stop. I paradoksalnie (albo właśnie typowo) wyszło całkiem nieźle. A oszczędziłem im i sobie, wielu problemów. Oczywiście, gdy się pojawiały (główne źródło – szkoła), wkraczałem, by ratować z grubych opresji. Generalnie model „mama sprawdza e-dziennik, ojciec zostaje na poważne draki” sprawdził się w 100%. Wszyscy, od synów do nauczycieli wiedzieli, że jak już pojawia się ojciec, to łatwo raczej nie będzie. Nie rozwiązywałem problemów „Julka nie lubi Heleny i jak ma zachować się Antek”, ale przeprowadzałem rozmowy z nauczycielami (co ważne, rozmowy, nie wojny), gdy sportowcowi groziła pała na półrocze, albo z kolegami narozrabiali w internacie i dyrektor groził wywaleniem ze szkoły pięciu chłopaków. Rzucałem wszystko, siadałem, opracowywałem strategię i wykonywałem ją, a wszystko w gronie ojców-freaków. Mieliśmy tam niezłą ekipę, od byłego żużlowca, krępego, ogolonego na łyso ze złotym łańcuchem na szyi i takim samym sercem, przez byłego pułkownika z Iraku i Afganistanu, aż do właściciela sporej firmy, który pojawił się na blogu w serii o milionerach, totalnego pozytywnego krejzola, no i dwóch „białych kołnierzyków” wśród, których byłem ja. Nauczyciele i dyrektor drżeli przed nami, bo zwykłe zaczynałem grzecznie ja, zabijałem klina logiką, potem nieco mniej grzecznie wchodził pułkownik, a na koniec paradoksem dobijał przedsiębiorca i zadawał ostatni cios tekstem, którego nikt inny nie wypowiedziałby na trzeźwo (np. w epickiej bitwie o dodatkowego kotleta na obiad, niby naiwnie konstatując „nigdy nie wiedziałem, że kucharki rządzą w szkole” spowodował, że dyrektorowi zabrakło szans na ripostę). Żużlowiec ze złotą pancerą zadawał szyku samą swoją prezencją i stanowił widomy znak, że pomimo różnic stanowimy, jak synowie, jedną drużynę oraz zadzierać z nami nie warto. Spowodowało to, że szczęśliwie wszyscy chłopcy zdali maturę (chociaż wyniki 31-40% nie należały do rzadkości), rozjechali się po Polsce i dzisiaj, po 3 latach, dwóch z pięciu gra w wysokich ligach, a pozostałych trzech łączy studia z prowadzeniem własnych firm. I tak wygląda sedno wychowania moim zdaniem. Nie trzęsienie się nad każdą porażką (bo obiektywnie – pała jest porażką), ale wkraczanie, gdy robi się grubo i stanie z boku, żeby dziecko wiedziało, że może na nas liczyć.

Dwie opowieści o przedstawicielach wolnych zawodów, które wywrócą niektórym obraz świata.

Miałem ostatnio dwie pogawędki z dwoma kumplami. Obaj wykonują zawód, „długoletniej tradycji, zwłaszcza zaś doświadczeń w wykonywaniu wolnego, niezależnego i samorządnego zawodu” posiadając własne firmy. Obie pogawędki przybrały kierunek, którego się nie spodziewałem. Dlaczego?

Ponieważ dotyczył pieniędzy, a w zasadzie ich braku. Przypomnę – mówimy o 40-50 latkach, funkcjonujących na rynku kilkanaście lat.

Przypadek 1. Własna firma czy etat? Autor tej rozkminy w okresie studenckim był zdolnym informatykiem. Wybrał jednak wolny prestiżowy zawód. Teraz, w okolicach 50-tki mówi „Zrobię jeden certyfikat, pójdę na etat za 12k”. I moja refleksja, bo znam realia dg i pracownika. Chłopie, 12k brutto = 8.5k netto, a w grudniu nawet parę stówek mniej. Faktycznie taki raj, dla kogoś, kto do tej pory siedział we własnej kancelarii? No cóż, faktycznie, prawdopodobnie głównie siedział, jeśli stawka dniówki 400 zł wydaje się atrakcyjna.

Przypadek 2. Skromne realia niezależności. Drugi przypadek – zwierzenie dotyczące liczby spraw – 30 nowych rocznie (i 30 się kończy). 2.5 nowej sprawy w kancelarii oznacza dla niezbyt wziętego „niezależnego”, który ze stawkami nie poszaleje – może 12k +VAT (na fakturze brutto prawie 15k). Od tego odejmijmy lokal (1000 zł), składki ubezpieczeniowe i zawodowe (2200 zł), abonament za program (400 zł), paliwo (200 zł), księgową (250 zł), telefon (50 zł). Zostanie 7900 zł. Od tego już „tylko” zdrowotna (711 zł) i podatek (648 zł) i dochodzimy do 6541 zł. Nic dziwnego, że 8500 zł/m-c wydało się kumplowi szczególnie atrakcyjną stawką. W końcu +2000 zł na ulicy nie leży.

Wróćmy jeszcze do tych 6541 zł – to podobnie jak średnia krajowa. I teraz pytanie, czy warto wykonywać  wolny zawód z dochodem 6541 zł? Jeżeli nie zależy nam na prestiżu, absolutnie nie. Istnieje wiele miejsc (np. IT na państwowym, jak w pierwszym przypadku), gdzie zarobimy sporo więcej. Korpo w nieco większym mieście oferuje takie stawki człowiekowi z pewnym doświadczeniem. Ba, da się je zarobić w szkole. Czy mając 6541 zł/m-c da się mówić o prestiżu? Chyba nie bardzo. Jak mówią młodzi adwokaci – „starzy” zamiast lobbować jak związek zawodowy (podnoszenie stawek, przywileje podatkowe) skupili się na tradycji, która dzieci nie nakarmi. W efekcie prokurator, sędzia nie płaci składek ZUS, a tylko składkę zdrowotną i podatek (średnio nieco ponad 30%), a stojący po drugiej stronie opisany wyżej adwokat ma efektywne opodatkowanie i oskładkowanie dochodu na poziomie 52%.

Oczywiście, ci którym poszło lepiej, zarabiają sporo więcej (zwłaszcza w dużych miastach), ale znałem „młodego” z miasta powiatowego, któremu matka płaciła za lokal i składki ZUS, bo miał miesięcznie jednego klienta za niewielkie pieniądze. Dla niego 2,5 nowej sprawy/m-c każda za ok. 6k brutto, wydawały się marzeniem.

Co więcej, wbrew starej regule, nikt świadomy faktu rzeczywistych zarobków, nie pchał dziecka na prawo, lecz głównie na medycynę. Tam i stawki lepsze i podatki niższe (brak VAT-u, korzystniejszy ryczałt). Jaki bowiem jest sens walki o „prestiż” za 6541 zł, skoro 80% czasu zajmuje czekanie na klienta? Żaden. Niektórym faktycznie wywrócił się obraz świata.

Dobra metoda, czy ruch hazardzisty? O trochę innej metodzie uśredniania ceny nabycia.

Jeden z moich kuzynów, hazardzista, tłumaczył kiedyś swojemu siostrzeńcowi, jak należy obstawiać u buka: Kiedy nie wyszło, podwajasz stawkę. Nie tylko się odegrasz, ale wygrasz. Młody przyszedł do mnie z rozpaloną twarzą, bo znalazł Świętego Graala zarabiania. Wtedy pokazałem mu wyliczenia.

Problem z podwajaniem stawki/uśrednianiem ceny nabycia polega bowiem na matematyce. Jeden, dwa błędy, nie wyrządzą szkody rachunkowi, ale zła seria zmiata z planszy i czyści rachunek. A zła seria na giełdzie oraz u buka niestety jest dość prawdopodobna.

Zacznijmy od hazardu: stawka 100 zł.

1-szy zakład – 100 zł,

2-gi zakład – 200 zł,

3-ci zakład – 400 zł,

4-ty zakład – 800 zł,

5- ty zakład – 1600 zł,

6-ty zakład 3200 zł. No i właśnie straciłeś 6300 zł. Teraz żeby się odegrać, potrzebujesz postawić 6400 zł, a potem 12.800 zł, następnie 25.600 zł i 51.200 zl. W 10 -ciu ruchach tracisz ponad 100 tys. zł. Jeśli masz szczęście – zaczynasz od 0.

Czy w giełdzie będzie to wyglądać podobnie? Czasem jeszcze gorzej. Dlaczego? Ponieważ nie zaczynamy od 100 zł (w obliczeniach pominąłem też różnice kursowe-spready oraz TER przy ETF, bo nie chce komplikować).

Popatrzmy co dzieje się w przypadku typowego „inwestora”, który wchodzi do gry, gdy jest już późna faza cyklu wzrostowego…. czyli np. w listopadzie 2024 r. S&P500 zbliża się do 6 tys. pkt. Idzie w górę, trend is your friend, więc za większą kwotę np. 24k kupujemy ETF-a. Mamy „4 indeksy”. Potem w grudniu dorzucamy 6k z premii, w styczniu 2025 r. 3k, w lutym 3k. I dochodzimy do alokacji 36k „kupionych” średnio po 6k. Cieszymy się, bo idzie w górę – 6100pkt. Zarobiliśmy 600 zł. I wtedy wchodzi Trump ubrany na biało. W marcu 5600. Zostało nam cosik gotówki – dorzucamy 17.200. Mamy już 9 indeksów. Uśredniliśmy cenę nabycia (53.200/9 = ca. 5911). Spada dalej – początek kwietnia 5400. I co? Nagle robi się najpierw 5200 pkt a za chwilę 4900 pkt. Mamy już stratę 1011 pkt x 9 indeksów = 10.000 zł straty i ostry pik w dół po lewej stronie wykresu. Prawie przekroczono linię wsparcia sprzed roku. Następna będzie na poziomie 4200 pkt. My do niej nie dojdziemy. Kolejne 700 pkt x 9 indeksów= 16.300 zł straty na inwestycji 53.200 zł (-30%) . Mieliśmy swoich 53.200 zł a możemy mieć 36.900 zł.

Co robimy? Nasz genialny Mr Doradca, albo Mr Guru-Inwestor nagle zamilkł. Przecież wszystko wykonaliśmy prawidłowo, trzymaliśmy się ETF-ów, trendu, korzystaliśmy z korekty, dokupowaliśmy, uśrednialiśmy cenę nabycia. Szliśmy po swoje.

Teraz powiem brutalnie. Każę zamilknąć trzydziestolatkom i oddam głos 70-latkowi. Właśnie w tym momencie popełniamy najgłupsze decyzje. A w zasadzie nie decyzje, kierujemy się emocjami. Bo mamy dwa wyjścia:

  1. Przełknąć porażkę, sprzedać i stracić na razie 10k, ale odzyskać spokojny sen.
  2. Zacisnąć zęby, wytrzymać i albo się odkuć, albo stracić wszystko (lub jeszcze więcej i zostać z długami). W końcu sprzedamy, jak przewidywał Piotr Kuczyński, nawet 70% od szczytu.

Żadne wyjście nie jest dobre. Dlaczego? Ponieważ wszystko od początku zrobiliśmy źle. Kupowaliśmy sobie radośnie te nasze ETF-y, nie posiadając żadnego zabezpieczenia i planu. Nieważne, co się stanie po prawej stronie wykresu (a indeks odbił się i w listopadzie 2025 r. wynosił 6900 pkt), bo nie o to chodzi.

Gdybyśmy sprzedali na 4900 pkt – tracimy 10k.

Nie sprzedajemy i wytrzymujemy do 6900 pkt, utrwalamy przekonanie o sobie, jako genialnym inwestorze. Zarobiliśmy bowiem 989 x 9=8901 zł (17%), w krótkim czasie.

Ale stracimy te 10k x 3 wcześniej lub później. Niczego bowiem nie chcieliśmy się nauczyć.

A można było po ludzku:

  1. Mamy te potencjalne 53.200 zł. Czytamy wywiad z Piotrem Kuczyńskim w Forbesie. Słuchamy tego pana i ponieważ mamy 35 lat inwestujemy: 25% w obligacje SP, 10 % w fizyczne złoto i 65 % niech już będzie – w indeks. Czyli w akcje ok. 36k, a nie 53k.
  2. Ustalamy ile inwestujemy i w jakich okolicznościach. Załóżmy, że trafiamy na te 6k. Czyli kupiliśmy 6 indeksów (nie tracimy od razu z 9 tylko z 6). Mamy też 13k w obligacjach (odsetki 5.5% netto dadzą nam rocznie 715 zł). No i złoto za 5320 zł.
  3. Kupujemy z ustaloną ceną nabycia i od razu ustawiamy stop loss na określonym poziomie. Załóżmy, że możemy stracić na całym portfelu 20% (tyle zniesiemy). I ten stop loss leży sobie na 30% od szczytu (jest ruchomy, a 30%, bo w akcjach mamy tylko 2/3 całej kasy). Czyli wytrzymamy spadek ETF-a do 4000 pkt, spokojnie do kolejnego wsparcia (4200 pkt). Jeśli zostanie przekroczone – sprzedamy.
  4. Mamy wszystko pod kontrolą. Indeks w lutym spada do 4900 pkt. Jesteśmy daleko od naszego stop lossu. Nie gryziemy nerwowo palców. Nie czytamy prognoz Mr Guru. Czekamy.
  5. Ale też patrzymy, co się dzieje. Na ETF-ie straciliśmy już 1100 x 6 czyli 6600 zł. Ale jednocześnie zarobiliśmy: na obligacjach 357 zł i na złocie ok. 1000 zł. Nie mamy więc straty 10k (jak hazardzista) lecz nieco ponad 5000 zł, czyli połowę mniej, bo nasz stop loss wynosi prawie 11k (20% z 53200zł ). I czekamy, śpiąc spokojnie.
  6. Wtedy kurs odbija. Idzie jak burza. Mamy listopad 2025 r. Z ETFów zrobiło się 4800 zł zysku (800 pkt x 6 szt). Na obligacjach zarobiliśmy 715 zł, a na złocie 2500 zł (pół uncji). Jesteśmy do przodu 8015 zł w rok. Inwestując 53200 zł. +15% na portfelu. Bez podatku (na razie), bez złości, bez nerwów, śpiąc spokojnie. Przypominam hazardzista miał (w zależności co wybrał), albo 10k straty albo 9k zysku.

Lubicie taki rollercoaster? Nie? A wiecie kto lubi? Hazardziście. Nie inwestorzy, ale hazardziści. Niektórzy jeszcze dopożyczą.

Ja wolę te 15% i tzw. sen sprawiedliwego. Dlatego do rady „kupuj ETF-y” polecam gorąco dodać przynajmniej naukę Piotra Kuczyńskiego – dywersyfikację, obliczanie pozycji i stop lossy. Ale to już temat na książkę.

Co ma zrobić trzydziestolatek pracujący w korpo na niższych i średnich stanowiskach?

Bartek w jednym z komentarzy do wpisu o sposobie działania korpo, postawił tezę, że tytułowy trzydziestolatek powinien mieć poduszkę finansową na 3 lata życia, ponieważ jest 85 % szans, że zostanie zwolniony, 12%, na utrzymanie pracy i 3% na awans. Jeszcze dwa lata temu, podpisałbym się pod taką tezą w 100%. Ale dzisiaj patrzę już na życie nieco inaczej. Co uległo zmianie?

W „Opowiadaniach z Doliny Muminków” możemy przeczytać rozdział „O Filifionce, która wierzyła w katastrofy”. Dzisiaj powiedzielibyśmy – zaburzenia lękowe, ale gdy jako nastolatek zapoznałem się z historią Filifionki, kompletnie nie mogłem jej zrozumieć. Dopiero dorosłość odsłoniła drugie dno opowiadania. Otóż, warto mieć plan, ale nie warto być Filifionką czyli popadać w paranoję. Bliski jest mi Szwejk, który w trudnej sytuacji mówił „Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Filozoficznie – bliżej mi do Seneki czy Tima Ferrissa niż właśnie do Filifionki.

Ale wracając do naszego trzydziestolatka. Prawdopodobnie straci pracę. Może nie chodzi o 85%, ale o 50%. Mniejsza o liczby. Pewnie 90% nie awansuje, albo zrobi to zbyt późno. I co z tego? Ano nic. Miliony (żeby nie powiedzieć miliardy) ludzi przed nim traciły pracę. Większość przeżyła. Niewielu awansowało i też żyją.

Oczywiście korposzczur lat 30, ma pod pewnymi względami gorszą sytuację. 50% nie posiada „twardych”, czyli praktycznych umiejętności. Większość trwała w Matrixie parę lat i jest od niego stuprocentowo zależna. Widzę to codziennie i u pięćdziesięciolatków, którzy idą na grube kompromisy z uczciwością, żeby tylko utrzymać robotę. Dość jednak czarnowidztwa, zacznijmy wyliczenia.

Zastrzeżenie nr 1. Trzydziestolatek ma niewielką szansę na 36-miesięczną poduszkę. Tworzymy model – 34-lata, 10 lat pracy, pensja=wydatki i wynosi 8-10k netto. Ilu znamy ludzi, którzy odkładali 30% pensji? My może i sporo, ale obiektywnie – marne szanse. Ta poduszka 288-360k jest mu zresztą zbędna.

Zastrzeżenie nr 2.Korpo sporo płaci przy odprawie i mamy jeszcze osłonowe. Może nie jak kopalnie, ale uczciwe 3 miesiące wypowiedzenia, 3 miesiące ze zwolnień grupowych (w dużej firmie kończy się zwykle likwidacją działu), 6 miesięcy L4. Wychodzi prawie rok, na ćwiczenia, o których poniżej.

Zastrzeżenie nr 3. Państwo też nam coś da. Może „zasiłek” nie brzmi dumnie, ale istnieje. 1700 zł przez pół roku. No i mamy parę złotych. Kolejna pozycja żeby zmniejszyć poduszkę.

Ćwiczenie nr 1. Możesz wydać mniej a osiągnąć podobny efekt. Nauczyłem się go od wybitnego specjalisty zmiany w życiu – Tony’ego Robbinsa. Polega na tworzeniu znacznie mniej kapitałochłonnego scenariusza. Otóż, w jaki sposób można sobie zapewnić spokojny sen (dochód 8-10k, który szybko się nie kończy)? Wydając 10-20k na praktyczne umiejętności i narzędzia. W zeszłym roku kupiłem dwie maszyny: elektrożmijkę i rozdrabniacz do gałęzi. W sumie wydałem 9k. Pierwsze – pozwala mi zarabiać ekstra te 350 zł/h, drugie 400 zł dniówką. Obsługa tych sprzętów jest dziecinnie prosta, potrafi je obsługiwać ktoś na granicy inteligencji 80 pkt. A pozwalają zarobić te 10k/m-c na spokoju. Trzydziestolatkowie!!! Nie lubicie ścieków? Nie bawi Was wciąganie gałęzi? Może zostaniecie cukiernikami, zaczniecie produkować świeczki, pójdziecie na kurs mechatroniki? Albo zgłosicie się do WOT. Na każdym z tych zajęć zarobicie 5-8k, a może i sporo więcej. Odróbcie ćwiczenie.

Historia nr 1. Jak poszedłem na urlop bezpłatny, żeby zarabiać 3 razy tyle. Moja własna historia sprzed 17 lat. Pracodawca nie chciał finansować mi szkolenia. Nie dość, że musiałem zapłacić, to jeszcze potrzebowałem czasu. Co robić? Ano zakładać dg, prowadzić szkolenia, opracowywać procedury – na swoim. W efekcie po pół roku zarabiałem x3.

Historia nr 2. Jak rzuciłem stałą pracę, żeby mieć więcej czasu i nie zarabiać mniej. Znowu o mnie, tylko sprzed roku. 2 lutego 2025 r. cisnąłem na biurko Szefa natychmiastowe wypowiedzenie, bo Nowy chciał mi dołożyć 100% pracy (bez podwyżki). Od 3-go byłem wolny (tzn. miałem jeszcze jeden etat). Zamieniłem 50 godzin w miesiącu (albo 68 godzin, gdyby, się zgodził) na średnio 14 godzin miesięcznie, jednocześnie nie tracąc na dochodzie. Jak to możliwe? Zoptymalizowałem pracę i podniosłem stawki o 20%. Dzięki temu nie tylko robię więcej w podobnym czasie (o 20%), ale i na wszystkich godzinach (a nie tylko dodatkowych) uzyskuję 20% nadwyżki. Gdybym poszedł w 100% w kierunku czyszczenia kanalizacji wyglądałoby to jeszcze lepiej, chociaż mniej prestiżowo.

Ćwiczenie nr 2. Zastąpimy poduszkę obniżeniem wydatków. Tutaj nie mam co wiele pisać, bo wylałem już morze atramentu. Obniżając wydatki o 30% (dość łatwo, gdy zdejmuje się garnitur, wyrzuca z głowy kawiarnie i Pana Kanapkę itd.) zmniejszamy poduszkę do 6-12 miesięcy. Typowo. Robotę za 5-7k/m-c raczej znajdziemy. Pierwszy krok – zamknąć leasing/kredyt auta i przesiąść się do gorszego, drugi krok – poduszkę przeznaczać na raty kredytu.

Ćwiczenie nr 3. Zacząć szukać pracy już dziś. Brzmi szokująco? Niekoniecznie. Otóż siądźmy na spokojnie i zastanówmy się – skoro klepanie Excela zastąpi AI, to czego nie zastąpi? Co możemy robić? Z czego żyć? I szukać takiej pracy, może na początek na sobotę, 2 popołudnia. Zdobywać doświadczenie. Wtedy wypowiedzenie niewiele zmienia.

Ćwiczenie nr 4. A może coś sprzedać? Nie każdy jest pewnie takim zbieraczem jak ja, ale widziałem parę piwnic, garaży, ba całe hale ze szmelcem. Dzisiaj mamy dobrą cenę na złom, zwłaszcza miedziany. Mój plan na 2026 r. stworzyć „ekstra poduszkę” z porządkowania kilku garaży. Tak na szybko – 2-3 pensje pewnie uzbieram.

Jak widzicie, gdy zdejmiemy garnitur (albo jak w moich historiach nawet nie musimy go zdejmować), a przede wszystkim zmienimy paradygmat, wystarczy nam 6-miesięczna poduszka. Spokojnie, będzie dobrze.