10 trików na nowy rok, które pozwolą Ci stworzyć fundusz awaryjny.

W większości porad finansowych powtarza się jedno zdanie „Stwórz fundusz awaryjny”. I chociaż poszczególni doradcy różnią się w szczegółach (3-miesięczne wydatki czy 12-miesięczne, na rachunku oszczędnościowym, lokacie czy w gotówce), jedno pozostaje stałe – posiadanie takiej kasy znacząco zwiększy stabilność Twojego budżetu i poprawi jakość snu.

Ponieważ czasy mamy akurat mniej ciekawe (wysoki deficyt, zwolnienia grupowe, zagrożenie wojną) – polecam jednak zgromadzenie odpowiednika minimum 6 miesięcy wydatków. Jeśli miesięcznie wydajesz 5k potrzebujesz 30k, gdy budżet zamyka się kwotą 20k, odpowiednie będzie 120k. I takie założenie przyjmij, jako postanowienie noworoczne.

Zaniechanie w budowie funduszu ma poważne skutki. Wydatki raz wyniosą 7k a raz 5k, gdy np. zepsuje się pralka. No i jeśli zarabiasz 6k, nie masz skąd podebrać (i za miesiąc zwrócić), tylko idziesz po kredyt, zwiększając comiesięczne należności. Nie warto. Skoro już wiemy do czego dążymy – czas na obiecane triki – prawie bezboleśnie pozwalające zbudować taki fundusz. Uwaga – dane liczbowe dotyczą znanych mi przypadków.

Rzuć palenie. Oczywista rada. Papierosy kosztują dzisiaj ok. 20 zł za paczkę. Przy jednej dziennie (taki standard) – mamy 600 zł miesięcznie. Po roku 7200 zł. :

Ogranicz alkohol. Podobnie jasna sprawa. Mam kolegów, dla których standard wygląda tak – 2 piwa wieczorem plus butelka whisky w weekend. Policzmy – 8 zł x 30 = 240 zł plus 4×100 zł za „szkota” i dochodzimy do 640 zł/m-c. Rocznie 7680 zł.

Przestań kupować wodę butelkowaną i słodkie napoje. Plaga z którą walczę we własnym domu. Ja piję soki rozcieńczone wodą, herbatę, kawę. A moja żona z młodym kupują sobie zgrzewkami wodę butelkowaną i słodki napój na weekend. I rozmawiając ze znajomymi widzę, że woda w butelce to jakaś epidemia. Powiedzmy sobie szczerze wartość Saguaro z Lidla nie odbiega szczególnie od kranówki (pomijając CO2 czyli gaz, który działa akurat szkodliwie). Czyli mamy 3 butelki dziennie x 30 dni/m-c x 1 zł = 90 zł/m-c. Plus 8 zł x4szt za słodkie i mamy 122 zł/m-c i ca. 1500 zł/rok.

A kranówka kosztuje nie 1 zł/1,5 litra tylko 0,018 zł, ok. 1/50.

W przypadku słodkiego jest jeszcze gorzej. Mała buteleczka domowego syropu z czarnego bzu wystarcza mi na ok. 5 litrów napoju, a kosztuje ok. 0,8 zł. Porównajmy: 8 zł/1,5 litra, kontra 0,8 zł/5 litrów. Ok. 1/30. No i czarny bez wydaje się 10 razy zdrowszy niż Cola czy napój Tymbarka.

Zacznij chodzić i jeździć pociągiem. Mam prosty przykład – mój syn mieszka 530 km ode mnie. Mam dwa wyjścia 5,5 h jazdy autem lub 7 godzin pociągiem (z dojściem). Różnica w cenie gigantyczna. Jeden wyjazd autem (w obie strony): 322 zł Ionikiem Hybrid i 495 zł Alfą Giuliettą QV. Pociągiem – 100 zł. Pociąg ma same zalety, o ile jedziemy na lekko (jak ja) i jest dostępny.

A chodzenie? Do pracy mam 1.7 km. Dojazd miesięczny hybrydą 32 zł (niewiele) + 125 zł za parking. W sumie 157 zł. Ale gdybym wybrał Alfę robi się już ok. 320 zł (drożeje i paliwo i karta parkingowa). A przecież praca to nie jedyna aktywność. Wiadomo na dłuższe odcinki wybieramy rower. Dzisiaj już nie mam takiej sprawności (postępy astmy), ale kiedyś na odcinku praca-wieś, dojeżdżałem w godzinę i 5 minut. Czyli wyjazd do pracy o 6.20, żeby odbić kartę. Z powrotem byłem w podobnym czasie. Autem 25 minut krócej w każdą stronę.

Nie jestem hardcorem (np. tygodniowe zakupy z przyczepką transportową) ani przeciwnikiem samochodów, ale czasem, jeśli jeździmy sami da się zredukować koszty. Ale nawet praca – 157 zł/m-c to ca. 2100zł/rok. 320 zł/m-c już ponad 4200 zł.

Naucz się gotować. Kamień do mojego ogódka. Na szczęście jestem żonaty. Stołowanie się knajpach i różnych foodtruckach nie tylko wychodzi drożej, ale i szkodzi na żołądek. Mój kumpel „słomiany wdowiec” codziennie kupuje w pracy żarcie do podgrzania w mikrofalówce. Zapakowane w plastik i folię. Porcja 30 zł. Mnożąc przez dni pracy, oraz odejmując cenę składników, dobijamy do 450 zł/m-c i 5400 zł/rok.

Nie kupuj słodyczy. Kolejny temat-rzeka dla łasuchów (jak ja). Czekolada – 10 zł. Rafaello 25 zł. Kilogram ciasta w mojej piekarni 40 zł.

Zrobienie w domu? 1/5 i tylko czekolady raczej nie zrobimy (ale czekoladową polewę już tak). Kg ciasta to ok. 8 zł – głównie mąka (4-5 zł/kg), owoce (jabłka – podobna cena), trochę masła (to droższe ale idzie go za 2-4 zł w zależności od ceny kostki). Jeśli kupimy ciastko w kawiarni zapłacimy jeszcze drożej – np. 25 zł za 250g czyli 100 zł/kg. A zrobione w domu 2 zł (8 zł/kg). Pomyśl. Kupując w tygodniu po 3 kg ciasta dla 3 osób wydamy 120 zł. Nadwyżka nad domowym – 100 zł/m-c i 1200 zł/rok. Gdy codziennie jemy ciastko w kawiarni – 500 zł i 6000 zł.

Skasuj nieużywane subskrypcje. Popularna rada. Subskrypcje kosztują i drożeją. W pierwszym roku płaciłem za Onet/Auto Świat/Newsweek/BI/Forbes/Politico ok. 100 zł w promocji (regularnie było 150 zł). Teraz jest już 120 zł (regularnie 240 zł). Jeszcze bardziej zmienił się Netflix (z którego nie korzystam). To co stało się z Legimi (50 zł zamiast 30 zł i jeszcze wyrzucenie wielu tytułów) woła o pomstę do nieba. Przyjmuję jednak, że odrzucany 80 zł/m-c i 960 zł/rok.

Sprzedaj niepotrzebne rzeczy. Większość z nas gromadzi. Sam odchudziłem szafę z Marie Condo. Ale garaż czeka na swoją kolej. Tymczasem każda rzecz ma swoją cenę, nawet jeśli tylko złomu. Marcin z Kalpapady zbierał wyrzuconą elektronikę, naprawiał ją i sprzedawał. Ty nie musisz nic zbierać. Przetrząśnij piwnice, garaż szafy. Ile to wyjdzie? Ja nazbierałbym z garażu i piwnicy pewnie 4000-5000 zł. `A dodając złom z domu na wsi – spokojnie drugie tyle. Na start funduszu awaryjnego (który oczywiście już mam) całkiem sporo.

Przestań płacić za logo. Ile kosztuje logo? Zwykle 50-60% ceny, a czasem i 95%. Popatrzmy. Dres z Lidla 80 zł, z marki sportowej 400-500 zł, a Balmaina czy Balenciagi 10k. T-shirt dla biegacza: odpowiednio 50 zł, 200 zł i 2000 zł.

Samochód klasy B+ marki taniej 65k, popularnej 90k, a premium 120-150k. Wiadomo dostaniemy na osłodę lepsze wyposażenie (warte 1/5 nadwyżki w cenie). I tyle. W rzeczywistości za logo dopłacamy od ok. 40 do 100%.

Możemy rzecz jasna podjąć decyzję – przestaję płacić za logo. I wtedy nasze wydatki spadną o 10-20% (bo przecież nie wybieramy dostawcy energii po logo). W budżecie przeciętnej rodziny – 800 zł/m-c i 10.000 zł/rok.

Zwracaj uwagę na jakość. Najbardziej nieoczywista porada. Pozornie sprzeczna z poprzednią. Logo oznacza jakość, prawda? Nieprawda. A oto przykład.

Zwykle kupuję kawę w rodzinnej palarni. Cena za kilogram 110 zł. Ziarnista Starbucks 140 zł/kg. Tańsza dostępna na Allegro (kiedyś sekretarka kupiła taką do firmy i wszyscy mieli rozstrój żołądka) 40 zł/kg. Którą wybrać? Oferującą najwyższy stosunek cena/jakość. W tym przypadku z palarni. Dobór ziaren, świeżość (palona tydzień wcześniej), smak i wygrywa.

Podobnie robię z większością produktów od jajek do garniturów. Wolę Lantiera z wysoko skrętną wełną 130s za 900 zł (w dużej promocji) niż poliestrowy szajs z bazaru za 400 zł lub mega markę za 10k.

Tej zasady nauczyła mnie babcia, mówiąc „jesteśmy za biedni żeby oszczędzać na jakości”. Wielokrotnie przekonałem się, że to prawda. Torba z logo, skajowy plecak z Croppa to nie moja bajka. Wybiorę grubą oryginalną skórę. I zapłacę nie 5k (logo) 100 zł (Cropp) lecz 500 zł, aby korzystać przez wiele lat. Laptop Toshiby wytrzymał 2 lata i trzeba go było wyrzucić. TCO = 1000 zł/rok. MacBook Pro 5000 zł, dał radę działać przez 10 lat (dołożyłem 1000 zł na baterię i klawiaturę) co prowadzi do 600 zł/rok.

Oszczędność? Dość trudno ją określić, ale zakładam, że 10-20%. Czyli znowu przyjmujemy ok. 800 zł/m-c i 10k/rok.

Podsumowanie. Nawet jeśli nie pijesz i nie palisz, zastosowanie tych trików pozwoli Ci oszczędzić ok. 30 tys. zł/rok, przy wydatkach ok. 10k/m-c. W taki sposób zbudujesz fundusz awaryjny w 3 lata i będzie on zawierał ok. 90 kzł, równowartość 9 miesięcy przeżycia bez dochodu.

Trend jest twoim przyjacielem. Czy na pewno? O inwestowaniu w różnych sytuacjach. I pułapkach uśredniania ceny nabycia.

Najpopularniejszy sposób inwestowania, do których dzisiejszych 30-latków zachęcają Wielcy Guru, polega na:

  • wpłacaniu stałej kwoty zaraz po wypłacie na rachunek inwestycyjny,
  • zakupowaniu za tę sumę (np. 500 zł) jednostek ETF-ów.

Podobno najlepszy sposób, bo bezkosztowy i efektywny. Co powiedzą na ten temat ludzie z nieco większym doświadczeniem? Nie tak szybko. Dlaczego?

Problem 1. Fazy rynku. Jak mawiał pewien doświadczony inwestor „Nic nie rośnie w nieskończoność”. I miał rację. Tymczasem znajdujemy się w fazie, gdy: drożeje złoto (historyczny rekord), drożeją akcje (historyczny rekord S&P500), drożeje Bitcoin (ten to już w ogóle wyskoczył z torów).

Powtórzmy jeszcze raz. Taki stan nie może trwać wiecznie. Zaczną się spadki. Albo trend boczny, trwający wiele lat. Popatrzcie na wykres S&P500 na przestrzeni stu lat, wchodząc sobie na portal Stooq.pl:https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=100y&t=l&a=lg&b=0

Co widzicie? Pięknie rośnie, prawda? No ładnie, ale podzielcie sobie graficznie na małe okresy (5-10 lat) i już tak różowo nie będzie, bo:

  1. Poziom z 1929 r. osiągnięto dopiero po 25 latach. Tak działa kryzys i wojna.
  2. Od końca lat 60-tych do początku 80-tych widzimy praktycznie jedną linię.
  3. Szczyt z roku 2000, na trwale przebito w 2013/2014.
  4. Pojedyncze spadki wynosiły po 70-90%.

Ale to nie wszystko. Przejdźcie do wykresu z prawie 250 lat: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=mx&t=l&a=lg&b=0

Mamy tu dna bessy z lat 40-tych, a nawet 60-tych XIXw. niższe od szczytów z 1920 r. 40 lat zanim odrobimy straty. Pięknie to wygląda. A pomiędzy nimi trend boczny. Potem wchodzimy w nowy wiek (rok 1900) i na spektakularne zyski czekamy do zakończenia II WŚ (1945).

Drastyczny wzrost zaczyna się 1950 r., ale i wtedy nie brak załamań. Co robić?

Przestać wierzyć opowieściom „o nieograniczonym wzroście”. Bo spadki, dołki i górki były zawsze. I to są najlepsze momenty na kupowanie.

Problem 2. Kupowanie w stałych momentach daje wyniki zależne od trendu.

Teraz popatrzcie na ten wykres. S&P500 (popularny wśród ETF-owców) na przestrzeni 1 roku. https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0.

Od początku do końca – pięknie. Stopa zwrotu 20%. Ale podzielmy na kawałki. Najpierw kurs rósł (listopad -luty) z 5700 do 6100. Potem spadał aż do kwietnia na poziom 4900 pkt, by osiągnąć w październiku maksimum 6920 i znowu spaść o 80pkt.

My jednak kupujemy zawsze na początku miesiąca za stałą kwotę:
Data Inwestycja Cena nabycia Ilość
lis.25 500 5700 0,088
gru.25 500 6050 0,083
sty.26 500 5900 0,085
lut.26 500 6000 0,083
mar.26 500 5800 0,086
kwi.26 500 5600 0,089
maj.26 500 5600 0,089
cze.26 500 5950 0,084
lip.26 500 6200 0,081
sie.26 500 6300 0,079
wrz.26 500 6400 0,078
paź.26 500 6700 0,075

Rocznie 6000 6017 1,0000

Zaniedbuję kurs, bo nie chcę komplikować. Przez rok kupiliśmy dokładnie 1 indeks (drobna różnica wynika z zaokrąglenia) za średnią cenę 6000 zł.

Mamy 1.11.2025 r. i kurs wynosi 6840. Świetnie. Zarobiliśmy 840 zł i 14%. Super. No nie super i zaraz zobaczycie dlaczego.

  1. Pomimo trendu wzrostowego z 5700 pkt do 6840 pkt nie zarobiliśmy 20% lecz 14%.
  2. Całkowicie ominął nas kwietniowy dołek (4900), gdzie dało się kupić najtaniej. Wyjaśnienie wydaje się proste – nastąpił w środku miesiąca, a my robimy zakupy zawsze pierwszego.
  3. Ten rok da się wyraźnie podzielić na 3 okresy: trend boczny listopad-marzec (4m), załamanie: marzec-kwiecien, silny wzrost: (kwiecień-październik).
  4. Gdybyśmy wzięli je pod uwagę, to:
  • zakupy w podtrendzie bocznym dały nam odrobinę zarobić,
  • na spadkach traciliśmy ogromnie (dwa zakupy po 5800 i 5600 w kwietniu, a potem spadek ok. 10-go tego miesiąca do 4900 pkt). Krótko – na tych zakupach traciliśmy po 15-20% w ciągu 10-40 dni!!!,
  • przy wzroście indeksu – ponownie ogromnie zyskiwaliśmy (średnia cena nabycia ok. 6100 pkt). Krótko mówiąc – gros wzrostu zaliczyliśmy w fazie …. wzrostu.
  • a gros spadku ….. w fazie załamania.
  • w czasie bocznego trendu prawie nie zarabialiśmy.

Problem 3. Nagłe spadki, z którymi sobie musimy poradzić.

Opisałem dokładnie powyżej. Marzec-kwiecień był jak kolejka górska. Najpierw nurkowanie kursu (z 5800 do do 4900 w 40 dni), a potem szybkie odbicie (z 4900 do 5950 w 50 dni). I nie każdy, a zwłaszcza posiadający dużo akcji, znosi je dobrze. Większość, jak powiedział w wywiadzie Piotr Kuczyński – w którymś momencie sprzeda. I straci.

Stąd …

Jeżeli spadek przyjdzie w chwili, gdy jesteśmy w końcu fazy inwestycyjnej zniszczy nasz rachunek. Przekonali się o tym boleśnie bohaterowie Nomadland-u. W ciągu roku wyparowały ich emerytury. Niektórym z miliona dolarów po 30 latach oszczędzania, zrobiło się 100k. I musieli pogodzić się z niskim państwowym świadczeniem.

Tymczasem guru rysują zawsze wykres do czasu ostatnich szczytów. To gruby błąd. Czy macie czas aby czekać na emeryturę 13 lat? Co zrobicie, gdy spadek przyjdzie rok, po zakończeniu pracy? Ano właśnie. Strategie „uśredniania ceny nabycia” nie są na niego odporne.

Przy -50% większości pęknie gumka w majtkach.

Piszę nieco mniej elegancko niż p. Piotr Kuczyński. Opieranie strategii na uśrednianiu ceny nabycia powoduje, że w końcu mamy te 300k, o których pisał Luko. I nagle robi się 250k, 200k, 150k. Nie odrobimy tego pensją (6k), ani inwestycjami, więc w którymś momencie sprzedajemy. A wystarczyło założyć sobie moment wyjścia i trzymać się go. Ale to historia na inną opowieść.

O ETF-ach trzy słowa jeszcze + trochę inwestycyjnej psychologii.

Przy wpisie o ETF-ach pojawiła się obszerna dyskusja, którą postanowiłem podsumować wpisem. Pokazuję on moją filozofię inwestowania, oraz pewne dane historyczne.

Większość funduszy ETF przegrywa.

Przyczyna przegranej wbudowana jest w ich naturę, reklamowaną przez zwolenników tego narzędzia. Są nimi:

  1. Konieczność stałego angażowania kapitału na rynku niezależnie od pogody.
  2. Duże obsunięcia kapitału, o wysokim prawdopodobieństwie wystąpienia.
  3. Psychika „inwestora”, opisanego przez Luko: 6k dochodu, 300k w akcjach, zaczął po 2008 r.

Opłaty za zarządzanie są tu najmniejszym problemem.

Pojawia się też pytanie z kim ETF przegrywa?

Z doświadczonym inwestorem (nie trzeba być Buffetem), z nieruchomościami, akcjami dywidendowymi, a czasem nawet z obligacjami. „Idziemy prawie równo z rynkiem” nie oznacza niczego dobrego, gdy rynek spada o 25%. Przypomina mi to wyśmiewany przez ETF-owców „Benchmark” w funduszach inwestycyjnych.

A teraz garść obiecanych liczb.

Na przestrzeni ostatnich 5 lat S&P500 osiągnął imponujący wzrost 87%. W tym samym czasie zaliczył dwie spore straty: 25% i 17%.

Licząc od początku wieku (26 lat) jest jeszcze lepiej:

  • wracał do szczytu z 2000 r. aż do 2013 r.,
  • maksymalny spadek zbliżył się do 50% (od 2000 do 2009 r.),
  • szczyt z grudnia 2021 r. odrobił w styczniu 2024 r.,
  • jednocześnie zyskał 380%.

I teraz połączcie sobie te liczby z psychiką „inwestora”. Pytanie: Ilu z nich wytrzyma 13-letnie obsunięcie kapitału, albo 50% straty? wydaje się raczej retoryczne.

Co jeszcze ważniejsze – czasem potrzebujemy kasy wcześniej. Nawet TFI zapowiadające horyzont 5-letni wymiękają, gdy odrobienie straty zajmuje 13 lat.

Jak duża może być strata?

Luko prezentując określony profil „inwestora” pokazuje wszystkie jego słabości. Mnie nie trzeba przekonywać o wielkości możliwej straty. Przy inwestycji w indeks może ona wynieść 87% (strata z czasów Wielkiego Kryzysu), a okres odrabiania 25 lat. I to tyle, jeżeli mówimy o horyzontach inwestycyjnych. Ktoś, kto nie bierze tego pod uwagę, jest szaleńcem. I tak, czekam na te -87%. Wciąż czekam i może się doczekam.

Nie ma wzoru na zakup 30% poniżej wartości.

Ależ jest. Swój podawał Benjamin Graham oraz wielu innych. Ja zaproponuję swój.

Ale zacznę od podstaw. Cena = kurs z danego dnia. Wartość = zdolność firmy do osiągania zysku. Kiedy już tyle wiemy, możemy liczyć.

Zakładam sensowny wskaźnik Cena/zysk na poziomie 17 (średnia wieloletnia w USA). Oznacza on, że spółka zwróci swoją cenę zakupu zyskiem w 17 lat.

30% taniej to c/z na poziomie 11.9. Mało? Dzisiaj mamy pow. 20, ale nadal istnieją niezłe spółki z wynikiem poniżej 11.9 (dane za stooq.pl):Pfizer 9,61, DuPont 11,28, PayPal 11,48. Są i znane nazwy z jeszcze niższymi wskaźnikami: GM 6,12.

Nasz PEKAO ma dzisiaj niespełna 8. PKO BP ok. 10, Alior 6,36, Dom Developement ok. 10.

Ale nawet Apple (dzisiaj 36,6) jeśli potanieje o 2/3 będzie świetnym wyborem.

Wyższa szkoła jazdy – szacowanie zysków 5 lat naprzód i liczenie własnych wskaźników c/z na tej podstawie. I tutaj ważna uwaga, rynek myli się przez większość czasu.

Czas potrzebny na analizy i „rynek może zdecydować inaczej”.

Z całym szacunkiem dla miłośników ETF, ale głupotę (kupowanie na maksimach) można zrobić błyskawicznie. Analizy wymagają czasu. Aczkolwiek przy obecnym poziomie automatyzacji – nie przesadzajmy.

Teraz kwestia rynku. Naczelna maksyma „Kupuj tanio, sprzedaj drogo” oznacza dokładnie coś przeciwnego niż twierdzisz – trzeba iść przeciw rynkowi, a nie uśredniać ceny.

I kupuje ” 30% poniżej wartości 🤭”. I wtedy bach mamy następne -30% , rozumiesz?

Świetnie rozumiem. Ale uważałem też na matematyce (bez przesady). Otóż, tak jak napisałem – w ostatnim ćwierćwieczu był na S&P500 jeden spadek -50%. W stuleciu – moje wymarzone -87%. Jeden jedyny raz. No i chyba potrafisz policzyć prawdopodobieństwo kolejnego spadku o 51% (bo tyle oznacza -30% z 70% od szczytu)?

Znasz też odpowiedź na pytanie: Kto wyjdzie lepiej, ten kto kupował za 100% i stracił 51%, a nawet 87%, czy ten który kupił za 70%, potem 50%, potem (niech będzie jak w Wielkim Kryzysie) 13% i doczekał odbicia?

A Twoje uśrednianie? Lepiej kupić za 80 -100% szczytu czy za 13-70%?

Może kupować partiami jak akcje potanieją.

I wracamy do psychologii. Może 1% takich, którzy stracą 30% ciężko zarobionych 300k, będą kupować partiami, gdy akcje potanieją -50%. Po prostu nastąpi zjawisko przedstawiane przez p. Piotra Kuczyńskiego. Zawsze następuje. Ci wszyscy guru „bo idzie w górę” zaklinają rzeczywistość. Strach i chciwość – podstawowe emocje i podstawy inwestowania.

Dlaczego dzielisz portfel 50/50 ?
Proste? Ponieważ trzymam się reguł. Mam 50 lat. Więc 100-50=50% w akcjach. Tu nie ma magii, ale niezbyt skomplikowana (żeby nie powiedzieć: prosta jak konstrukcja cepa) strategia.

I właśnie do tego dążę , posiadasz w akcjach ułamek swojego majątku i dlatego masz agresywne podejście.

Kiedy czytam takie słowa, widzę jak potrzebna jest ta książka. Dają mi napęd. Dziękuję. Wczoraj siedziałem nad nią od 23 do 2.

Wszystko co piszę, te strategie 50/50, kupowanie tanio, dowodzi, że mam mega konserwatywne podejście. Posiadanie obecnie ok. 30% płynnego kapitału w akcjach – jeszcze bardziej.

Wyliczenia o zainwestowanych 10-20k, dopłacaniu po 10k rocznie pokazują też pewne nieporozumienia, ale i ich źródła. Otóż widzę zasadniczy błąd atrybucji tj. przypisywanie moim działaniom cechy, które sam komentujący uznaje za słuszne, mimo że im wprost zaprzeczyłem.

Nie, nie dopłacam po 10k rocznie. Nie, nie inwestuje stale. Tak, oczywiście wielokrotnie sprzedawałem, lokując w innych dobrach (głównie na wkład własny do nieruchomości, kupione poniżej spodziewanej wartości), kupowałem auta itd. Nie ukrywam, że i traciłem (zarobek średni 16%, nie oznacza przecież 16% co roku). Nie zawsze reinwestowałem dywidendy. Płaciłem też podatki.

To są podstawy. Ludzie są ludźmi, ja nim jestem, nie kreuje rzeczywistości, lecz ją opisuję. Mam gorsze dni, straty, wreszcie potrzeby.

Jak liczysz stopę zwrotu?

„Podam kolejny przykład :
Kapitał 100
Inwestycja w X spółkę 10k przy stopie zwrotu 80% po roku
Reszta gotówka bo czekamy na korektę
Stopa zwrotu na całym portfelu to niestety 8% a nie 80% jak niektórzy influencerzy lubiący zakłamywać rzeczywistość.”

Ponownie wracamy do podstaw. Czuję się jakbym miał znowu 30 lat. Miłe uczucie. Miałem farta, że trafiłem wtedy na kilka pozycji o zarządzaniu ryzykiem, plus zawierających dane historyczne.

Zacznijmy od tego, że patrzenie: kapitał=portfel prowadzi donikąd. A konkretnie do ogromnego ryzyka. Ja mam majątek skromne kilka milionów. Jestem oszczędnym milionerem, a nie hazardzistą. Nie bogaczem, deka milionerem, ultraprzedsiębiorcą. Nie posiadam portfela, ale inwestycje, oszczędności i majątek. Część sobie pracuje lepiej, część gorzej, na części w danym roku zaliczam stratę, albo okolice 0. Moim celem nie jest wzbogacić się szybko. Nigdy nim nie było. To, że zarobiłem milion w wieku 32 lat (a nie w okolicach 50tki), stanowi mieszankę spokoju, szczęścia i przypadku. Moim celem była zawsze zamożność i spokój jaki daje. Jestem w tym miejscu i czuję spełnienie.

Drugi błąd jaki znajduje w podanym przykładzie, to patrzenie współczesne, social mediowe, skrótowe, wręcz na krótki dystans. Porównywanie się z…. No właśnie, z czym, z kim? I czy warto? Ktoś sobie pisze „Zarabiam 80% rocznie”? Inny „Moja pensja to 300k miesięcznie”. Co ja wtedy myślę (T.Harv Eker się kłania) – świetnie chłopie, byle tak dalej. Nie patrzę, że ja mam tylko 16%, kurcze słabo, marnie, trzeba coś podrasować. Nie czerpię satysfakcji, że komuś się nie udało, że się sprzedał, upadł, wczoraj był bogaty, a dzisiaj, patrzcie, siedzi w pace, żona go opuściła albo mieszka u przyjaciół. Mało tego filozoficzno-psychologicznego contentu tu na blogu, ale czasem piszę, że mnóstwo siedzi w głowie, mental ma znaczenie. Wiem też oczywiście, że „jedna robótka, przez miesiąc wódka” czyli „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Dlatego +80% w jednym roku nie robi na mnie wrażenia. Wracam jeszcze do „zwrotu z portfela”. Nie wiem, dlaczego w przykładzie założono niepracującą gotówkę. Ależ ona sobie zarabia. W dzisiejszej sytuacji, całkiem nawet niekiepsko (5-8% netto w obecnej chwili). Nieruchy też coś tam przynoszą, albo wzrost wartości, albo niewydaną kasę, albo czynsze. Nie jest tak, że pracuje 10%, a 90% leży i pachnie. Dostrzegam tutaj właśnie to giełdowe skażenie, ten niepokój opisywany przez Alexandra Eldera czy Jessego Livermore’a aby ciągle być w grze. Taką giełdową gorączkę. Od wielu lat (od kiedy usłyszałem o Buffecie) jestem od niej wolny. Śpię spokojnie.

No i na koniec. Czy wiecie jak zmieniał się majątek Billa Gatesa na przestrzeni ostatnich 26 lat? W 1999 r. miał 100 mld USD. W 2007 r. „ledwie” 58 mld. W 2019 r. 110 mld. W 2024 r. – 128 mld. Według kryteriów podanych w przykładzie „Miał marny wzrost na portfelu”. 28% w 26 lat oznacza sporo mniej niż 1%/rok. Podwojenie w 12 lat – 6%. +16% w 5 lat kolejne niecałe 3%/rok. Czy myślicie, że codziennie budzi się z myślą „ile zyskał na portfelu”? Czy liczy sobie „John Smith zrobił +300% w 18 lat, a ja niecałe +100%, chyba czas strzelić samobója”. Nie sądzę (a tak właśnie pewnego dnia uczynił Jesse Livermore). Warto iść w dobrym kierunku, zamiast nakręcać się Instagramem.

Dlaczego skoro ETF-y są tak wątpliwe, to mają taką popularność?

Tym razem odpowiem w trzech punktach, a potem je rozwinę:

  1. Niewiedza (wielu z Was nie miało świadomości).
  2. Dezinformacja (ogromny przemysł oparty na nich, i nachalna reklama w książkach i na blogach).
  3. TFI są jeszcze gorsze.

Niewiedza. Dość prosto wyjaśnić – porównanie rocznego wykresu S&P500 w wersji oryginalnej i ETF-u wycenianego w złotych pewnie większości z Czytelników, w ogóle nie przyszła do głowy. A otwiera oczy. Tylko trzeba czytać nieco więcej niż opinie sprzedawców tych ostatnich (lub fanbojów).

Dezinformacja. Tu już gruba sprawa i nie chcę stawiać zarzutów bez pokrycia. Większość blogerów finansowych fanów ETF-ów ma 30-40 lat i wielu rzeczy po prostu nie wie. Brak im doświadczenia. Zrozumiałe. Natomiast cały przemysł funduszy ETF to inna para kaloszy. Siedzą tam ludzie mający dostęp do ogromnej ilości informacji. Oni wiedzą, ale dla zysku, zamydlą oczy inwestorom z całego świata. Stara bajka giełdy „owce idą na rzeź”.

TFI są jeszcze gorsze. Wiecie na czym polega fenomen ETF-ów. Są ryzykowne, ale posiadają zasadniczą zaletę. Pomimo wszystkich minusów – wypadają 10 razy lepiej niż klasyczne fundusze inwestycyjne oferowane przez TFI. Jeżeli propagatorzy ETF-ów to sprzedawcy marzeń, wiele tzw. klasycznych FI ociera się wręcz o oszustwo.

FI są drogie. W zakupie (prowizja 5% za wejście), w trzymaniu (1% aktywów rocznie). Opłaty zjadają cały niewielki zysk. Bogaci się zarządzający a nie inwestor.

FI są nietransparentne. W ETF-ie wiesz co masz. W FI dowiesz się na koniec kwartału, gdy dane będą już nieaktualne.

TFI kłamią, sprzedając siebie jako fachowców. Wyniki (a zwłaszcza ich rozrzut), prowadzą do uprawnionego wniosku, że wybór inwestycji polega na rzucie lotką w tarczę z nazwami spółek przez pijaną osobę z chorobliwym drżeniem rąk. Jak inaczej wytłumaczyć, trzymanie w portfelach Agory, której kurs:

  • wynosi 1/4 tego z 2000 r.
  • od 17 lat znajduje się w trendzie bocznym?

Nie do obrony. A proszę bardzo. Takie PKO TFI miało je w portfelu: https://www.pkotfi.pl/media_files/b49e3f23-d09f-480f-b5db-a5600987f254.pdf

albo osiąganie wyników takich jak Pekao Akcji Amerykańskich, który w ciągu roku (takie same dane jak poprzednie wykresy S&P), gdy indeks zarabia 20%, zyskuje całe …. 2,86%. Przecież to faktycznie trzeba być zdolnym. Ci artyści znajdują się 5% pod szczytem z listopada 2024 r. (rynek 20% nad). ETF- Lynxa to przy nich złota inwestycja. A biorą grube pieniądze, za swoje „genialne” wyniki.

Jak praktycznie oszczędzić na podatku dochodowym? Dalszy ciąg wpisu z grudnia 2025 r.

Pod koniec grudnia pokazałem jak zastosować „na ostatnią chwilę” trzy proste oszczędności podatkowe dla rozliczających się wg skali podatkowej i odzyskać sporo kasy ze zwrotu. Dzisiaj zaczyna się nowy rok i uświadomię Was, że nie zawsze trzeba czekać do maja (rozliczenie w lutym + 3m na przelew z US). Wystarczy zaplanować działania.

Założenia. Zacznijmy od opisu modelowej rodziny. Dwójka dzieci, ojciec zarabia 220k/rok (plus składki społeczne), a matka 80k. Pierwszego stycznia siadają do biurka i planują, jak unikać ruchów – najpierw potrącenie, potem zwrot. Trzeba chwilę pomyśleć.

Krok 1. Składamy deklarację PIT-2. Może już to zrobiliśmy. I tutaj zaznaczamy, żeby pomniejszać podatek o 300 zł/m-c (1/12 kwoty zmniejszającej podatek).

Krok 2. Prosimy o dalsze pobieranie zaliczki 12%. Kiedy „wchodzimy w drugi próg podatkowy” czyli nasze dochody przekroczą narastająco 120k, dzwoni do nas miła pani z księgowości i pyta: Czy chcesz utrzymać zaliczkę 12% czy ma potrącać 32%. Odpowiedź brzmi – utrzymujemy 12%.

Krok 3. Opłacamy IKZE (możemy to zrobić i 31.12, albo co miesiąc), wychowujemy dzieci, nie rozwodzimy się z żoną/mężem. Nic nie muszę chyba tłumaczyć.

Nasza „modelowa rodzina” zyskuje w ten sposób (jak my) nieco ponad 18k/rok.

Krok 4. Odkładamy co miesiąc 1,5k niezapłaconych podatków na oszczędności.

I w tym punkcie powstaje pewna trudność. Otóż, unikanie zapłaty podwyższonych zaliczek oznacza, że nie otrzymamy zwrotu. Musimy mieć dyscyplinę odkładania tych 1,5k, nie widząc ich fizycznie jako 18,5k jednorazowego przelewu. Nie każdy tak potrafi. A warto, ponieważ przy inflacji, oraz obracaniu pieniędzy, takie rozwiązanie okazuje się korzystniejsze.

Przy wyborze płacenia wysokiego podatku i zwrotu (gdy łatwiej zaoszczędzić jeden ekstra przelew na 18,5k), ojciec z dochodami rocznymi 220k (miesięcznie 18k), nagle w lipcu dostaje znacznie niższą pensję, a w sierpniu kolejną obniżkę. I tak od sierpnia do grudnia zarobi o prawie 3.4k netto mniej (co łatwo policzyć dzieląc 18,5k przez 5,5 miesiąca), tylko po to, żeby otrzymać zwrot całości w maju. No sensu to nie ma wiele, ale często zwycięża psychologia. Z drugiej strony, czy łatwiej oszczędzać 1,5k co miesiąc, czy przez 5 miesięcy radzić sobie bez kwoty dwa razy większej?