Najpopularniejszy sposób inwestowania, do których dzisiejszych 30-latków zachęcają Wielcy Guru, polega na:
- wpłacaniu stałej kwoty zaraz po wypłacie na rachunek inwestycyjny,
- zakupowaniu za tę sumę (np. 500 zł) jednostek ETF-ów.
Podobno najlepszy sposób, bo bezkosztowy i efektywny. Co powiedzą na ten temat ludzie z nieco większym doświadczeniem? Nie tak szybko. Dlaczego?
Problem 1. Fazy rynku. Jak mawiał pewien doświadczony inwestor „Nic nie rośnie w nieskończoność”. I miał rację. Tymczasem znajdujemy się w fazie, gdy: drożeje złoto (historyczny rekord), drożeją akcje (historyczny rekord S&P500), drożeje Bitcoin (ten to już w ogóle wyskoczył z torów).
Powtórzmy jeszcze raz. Taki stan nie może trwać wiecznie. Zaczną się spadki. Albo trend boczny, trwający wiele lat. Popatrzcie na wykres S&P500 na przestrzeni stu lat, wchodząc sobie na portal Stooq.pl:https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=100y&t=l&a=lg&b=0
Co widzicie? Pięknie rośnie, prawda? No ładnie, ale podzielcie sobie graficznie na małe okresy (5-10 lat) i już tak różowo nie będzie, bo:
- Poziom z 1929 r. osiągnięto dopiero po 25 latach. Tak działa kryzys i wojna.
- Od końca lat 60-tych do początku 80-tych widzimy praktycznie jedną linię.
- Szczyt z roku 2000, na trwale przebito w 2013/2014.
- Pojedyncze spadki wynosiły po 70-90%.
Ale to nie wszystko. Przejdźcie do wykresu z prawie 250 lat: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=mx&t=l&a=lg&b=0
Mamy tu dna bessy z lat 40-tych, a nawet 60-tych XIXw. niższe od szczytów z 1920 r. 40 lat zanim odrobimy straty. Pięknie to wygląda. A pomiędzy nimi trend boczny. Potem wchodzimy w nowy wiek (rok 1900) i na spektakularne zyski czekamy do zakończenia II WŚ (1945).
Drastyczny wzrost zaczyna się 1950 r., ale i wtedy nie brak załamań. Co robić?
Przestać wierzyć opowieściom „o nieograniczonym wzroście”. Bo spadki, dołki i górki były zawsze. I to są najlepsze momenty na kupowanie.
Problem 2. Kupowanie w stałych momentach daje wyniki zależne od trendu.
Teraz popatrzcie na ten wykres. S&P500 (popularny wśród ETF-owców) na przestrzeni 1 roku. https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0.
Od początku do końca – pięknie. Stopa zwrotu 20%. Ale podzielmy na kawałki. Najpierw kurs rósł (listopad -luty) z 5700 do 6100. Potem spadał aż do kwietnia na poziom 4900 pkt, by osiągnąć w październiku maksimum 6920 i znowu spaść o 80pkt.
My jednak kupujemy zawsze na początku miesiąca za stałą kwotę:
Data Inwestycja Cena nabycia Ilość
lis.25 500 5700 0,088
gru.25 500 6050 0,083
sty.26 500 5900 0,085
lut.26 500 6000 0,083
mar.26 500 5800 0,086
kwi.26 500 5600 0,089
maj.26 500 5600 0,089
cze.26 500 5950 0,084
lip.26 500 6200 0,081
sie.26 500 6300 0,079
wrz.26 500 6400 0,078
paź.26 500 6700 0,075
Rocznie 6000 6017 1,0000
Zaniedbuję kurs, bo nie chcę komplikować. Przez rok kupiliśmy dokładnie 1 indeks (drobna różnica wynika z zaokrąglenia) za średnią cenę 6000 zł.
Mamy 1.11.2025 r. i kurs wynosi 6840. Świetnie. Zarobiliśmy 840 zł i 14%. Super. No nie super i zaraz zobaczycie dlaczego.
- Pomimo trendu wzrostowego z 5700 pkt do 6840 pkt nie zarobiliśmy 20% lecz 14%.
- Całkowicie ominął nas kwietniowy dołek (4900), gdzie dało się kupić najtaniej. Wyjaśnienie wydaje się proste – nastąpił w środku miesiąca, a my robimy zakupy zawsze pierwszego.
- Ten rok da się wyraźnie podzielić na 3 okresy: trend boczny listopad-marzec (4m), załamanie: marzec-kwiecien, silny wzrost: (kwiecień-październik).
- Gdybyśmy wzięli je pod uwagę, to:
- zakupy w podtrendzie bocznym dały nam odrobinę zarobić,
- na spadkach traciliśmy ogromnie (dwa zakupy po 5800 i 5600 w kwietniu, a potem spadek ok. 10-go tego miesiąca do 4900 pkt). Krótko – na tych zakupach traciliśmy po 15-20% w ciągu 10-40 dni!!!,
- przy wzroście indeksu – ponownie ogromnie zyskiwaliśmy (średnia cena nabycia ok. 6100 pkt). Krótko mówiąc – gros wzrostu zaliczyliśmy w fazie …. wzrostu.
- a gros spadku ….. w fazie załamania.
- w czasie bocznego trendu prawie nie zarabialiśmy.
Problem 3. Nagłe spadki, z którymi sobie musimy poradzić.
Opisałem dokładnie powyżej. Marzec-kwiecień był jak kolejka górska. Najpierw nurkowanie kursu (z 5800 do do 4900 w 40 dni), a potem szybkie odbicie (z 4900 do 5950 w 50 dni). I nie każdy, a zwłaszcza posiadający dużo akcji, znosi je dobrze. Większość, jak powiedział w wywiadzie Piotr Kuczyński – w którymś momencie sprzeda. I straci.
Stąd …
Jeżeli spadek przyjdzie w chwili, gdy jesteśmy w końcu fazy inwestycyjnej zniszczy nasz rachunek. Przekonali się o tym boleśnie bohaterowie Nomadland-u. W ciągu roku wyparowały ich emerytury. Niektórym z miliona dolarów po 30 latach oszczędzania, zrobiło się 100k. I musieli pogodzić się z niskim państwowym świadczeniem.
Tymczasem guru rysują zawsze wykres do czasu ostatnich szczytów. To gruby błąd. Czy macie czas aby czekać na emeryturę 13 lat? Co zrobicie, gdy spadek przyjdzie rok, po zakończeniu pracy? Ano właśnie. Strategie „uśredniania ceny nabycia” nie są na niego odporne.
Przy -50% większości pęknie gumka w majtkach.
Piszę nieco mniej elegancko niż p. Piotr Kuczyński. Opieranie strategii na uśrednianiu ceny nabycia powoduje, że w końcu mamy te 300k, o których pisał Luko. I nagle robi się 250k, 200k, 150k. Nie odrobimy tego pensją (6k), ani inwestycjami, więc w którymś momencie sprzedajemy. A wystarczyło założyć sobie moment wyjścia i trzymać się go. Ale to historia na inną opowieść.
Równie ważny i najtrudniejszy jest chyba moment wyjścia z inwestycji gdy jesteśmy sporo zarobieni. Dużo ludzi ma z tym problem, bo liczą, że jeszcze wzrośnie a do tego trzeba zapłacić podatki.
Oczywiście Buffet mówił, że najlepszy okres dla posiadania dobrych akcji to wieczność, ale on w praktyce nie potrzebował tych pieniędzy do życia, emerytury.
Zwyczajny człowiek będzie się chciał z tych powodów kiedyś 'skeszować”-i jeżeli wybierze zły moment na późnym etapie życia to jego majątek znacznie się uszczupli.
Otóż to. Ponieważ jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości (możemy tylko prognozować), nigdy nie wiemy, kiedy jest zbyt wcześnie albo zbyt późno, dopóki nie zrobimy ruchu i nie przekonamy się. Dlatego ja jestem zwolennikiem zrównoważonego portfela dobrych akcji „na wieczność” plus dokupowania na spadkach plus redukowania udziału akcji przed emeryturą. Wtedy może nie zarobimy kroci, ale i nie stracimy.
Jestem właśnie na etapie opracowywania tablic inwestycyjnych do książki, wpisy na blogu i Wasze komentarze mobilizują mnie. Dzisiejszy przykład. Gdyby 1 stycznia 2001 r. zainwestować 1 mln USD albo 100% w akcje (indeks S&P500) albo 100% w obligacje (amerykańskie 30-latki), jaki byłby wynik 31 grudnia 2025 r.?
2.55 mln obligacje, 5,18 mln akcje.
Ale akcje wyprzedziły obligacje dopiero w 2019 r. Jednocześnie jeszcze w grudniu 2008 r. portfel obligacji był wart ponad 2 razy tyle co akcyjny (pierwszy ok. 1,47 mln, drugi 0,68 mln). Akcje wyszły na 0, dopiero w 2012 r, a obligacje miały wtedy już 70% zysku.
Co o tym myśleć? Ano jedynym ratunkiem jest dywersyfikacja.
Gdyby ktoś w Polsce 02.01.2001 miał 1 mln USD i zamienił wszystko na złotówki wtedy i do 2015 r lokował na lokatach 6/12 miesięcznych ( przyjąłem średnie oprocentowanie lokat konserwatywnie 5%-myślę, że średnie w tym okresie było jednak trochę wyższe) a w 2015 r. kupił 10 letnie obligacje EDO, to 31.12.2025 r. po zamianie otrzymanej kwoty znowu na dolary miałby około… 4 mln USD.
Ten przykład -plus Twoje odnośnie rynku amerykańskiego-dobitnie pokazuje, że czasami proste rozwiązania są najlepsze.
Gdybyśmy zrobili podobne wyliczenia dla mieszkań w Polsce to wynik byłby pewnie jeszcze lepszy i przebił akcje amerykańskie.
Także- własne podwórko i proste metody inwestowania- mimo, że miłośnicy dywersyfikacji geograficznej i ETF myślą inaczej-jest przyzwoicie dochodowe- historycznie oczywiście.
Dzisiaj czytałem artykuł w Tygodniku Rolniczym – gość od lat skupuje ziemię rolną, ma jej 400 ha. Biorąc pod uwagę ceny sprzed wejścia do UE (4k za ha) i obecne (80-120k/ha) przebija wszystkie skomplikowane ETF-y, FI i co tam jeszcze finansjera potrafi wymyślić. Wykonawca tego planu mógł nawet nie mieć matury a przebił profesorów ekonomii.
Ziemia ma tylko jedną wadę – nie da się jej przenieść, czyli trzeba żyć uczciwie i z ludźmi. Bo jak nie, nie zwiejemy na Karaiby.
„Mamy 1.11.2025 r. i kurs wynosi 6840. Świetnie. Zarobiliśmy 840 zł i 14%. Super. No nie super i zaraz zobaczycie dlaczego.
Pomimo trendu wzrostowego z 5700 pkt do 6840 pkt nie zarobiliśmy 20% lecz 14%”
Odniosę się do tego punktu. Czy dalej nie rozumiesz czym jest uśrednianie ceny ? W dłuższym terminie będzie to samo. I nie mów mi , że nie bo dowodzą temu statystyki.
„Całkowicie ominął nas kwietniowy dołek (4900), gdzie dało się kupić najtaniej. Wyjaśnienie wydaje się proste – nastąpił w środku miesiąca, a my robimy zakupy zawsze pierwszego”.
Według twojej logiki z poprzednich wpisów to powinni ciąć straty i sprzedawać a nie czekać na dalsze spadki 😉
Dwa tematy. Pierwszy statystyka. Ja podaję liczby, Ty odpowiadasz „nie bo dowodzą tego statystyki”. Poproszę te statystyki. Co więcej, giełda nie jest oparta na rachunku prawdopodobieństwa lecz lepiej tłumaczy się teoriami związanymi z chaosem.
Zresztą – nawet w rachunku prawdopodobieństwa. Były badania na rulecie, nie jesteś w stanie przewidzieć wyniku. Kto twierdzi inaczej, wierzy w czary. A dochodzi, podobnie jak w giełdzie – przewaga banku (w przypadku ETF-ów – TER). W końcu i na rulecie wypadnie 0, ale wtedy większość musi odejść od stołu, bo przegrali za wiele.
Te teorie o „uśrednianiu ceny nabycia” to podobne bajki jak „system Lotto”, dla tych, którzy nie znają ekonomii i matematyki.Nie bez powodu najwięksi inwestorzy tacy jak Buffet o tym nie piszą. Jeśli chcesz, do książki zrobię suplement z danymi statystycznymi z 25 lat i zobaczysz, czy Twoja teoria sprawdza się zawsze, albo na ile się nie sprawdza.
Dlaczego jednak ludzie w to wierzą? Powody są dwa. Psychologiczny i matematyczny. Pierwszy – prosty – lubimy mieć rację. Czujemy wtedy kontrolę nad sytuacją (a w rzeczywistości kupując indeks dostajemy i dobre i bardzo złe spółki). Drugi – licząc prosto (a lubimy tak liczyć), na rynku rosnącym (a taki mamy od kilku lat), cały czas zyskujemy trzymając gruby portfel akcji i nie siadamy, nie analizujemy (bo nie chcemy, bo ktoś obiecał nam „proste inwestycje”, bo pomysł nieźle się sprawdza). Dowód? Moja teza, oparta na liczbach, kompletnie Ci się nie podoba, chociaż nie wyssałem jej z palca, podałem konkretne dane. Jak podam przykład z 10 lat – powiesz „mało”, sprawdzę 25, podobnie. W Forbesie pojawił się artykuł, wywiad z inwestorem. Główna teza – polska klasa średnia zbyt mocno wierzy w akcje, a nie doszacowuje ryzyka.
I na koniec cięcie strat. Tutaj pojawia się niezmiernie złożony problem. Od tolerancji na ryzyko, zaangażowanego kapitału, strategii. Dla jednego poziom stop loss leży 30% pod szczytem, dla innego 10%. Znowu, nie czary-mary. To się liczy, czysta matematyka. I mądrzy ludzie robią przed inwestycją. Zawsze. Bo przecież możemy się pomylić. W „Drodze żółwia” kandydatów na traderów oceniano wg dwóch kryteriów: wyniki i trzymanie się strategii. Zero zdziwień, najlepsze wyniki osiągali trzymający się strategii rozpisanej przez założyciela grupy. Ci, którzy kierowali się emocjami, zaczynali kombinować i odpadali.
Ale to ty odbiegasz od tematu. Nigdzie nie napisałem , że ETF to najlepszy produkt na rynku. Wyliczasz wady inwestowania w ETFy jednocześnie pisząc że inwestowanie w pojedyncze akcje jest bezpieczniejsze a jedynym argumentem jest analiza na podstawie c/z…
Nie odbiegam. Popatrz na tytuł wpisu i własne argumenty.
Sprawa wydaje się dosyć oczywista, zwłaszcza jeśli mówimy o bezpieczeństwie. Mam już gotowy wpis na ten temat i wyliczenia do książki. Gra toczy się na dwóch płaszczyznach – bezpieczeństwa i zysku. W latach 2001-2018 (czyli dość długim okresie), inwestowanie w same obligacje było zyskowniejsze niż akcje. Potem akcje intensywnie odbiły in plus. Akcje czyli indeks. Ale gdy popatrzymy na najwyższą możliwą stratę – indeks leciał w dół o bodajże 45&, obligacje rzecz jasna zyskiwały, a zrównoważony portfel (40% indeks, 60% obligacje) – nie tracił. ETF pogarsza jeszcze wyniki indeksu, bo dochodzi TER.
Jednocześnie prowadziłem badania na rynku amerykańskim – wybrałem znowu pięć spółek dywidendowych z różnych branż, ale zyskownych, stabilnych i niezłych i wraz z obligacjami 30-letnimi skonstruowałem taki sam portfel (40/60). Co się stało? Znacznie pobił indeks zarówno zyskiem, jak i bezpieczeństwem (najwyższą możliwą stratą – obsunięciem kapitału).
Chciałoby się zapytać jak to możliwe? Ty pytasz o dowód. Gdybym chciał pójść na łatwiznę, powiedziałbym jedno słowo „Buffet”. Stosowanie jego reguł daje nam przewagę nad indeksem i pozwala zarabiać lepiej niż na ETF (bo i koszty mamy mniejsze).
Natomiast wchodząc w szczegóły. Główną wadą indeksu i ETF jest kupowanie worka, a nim perły, spółki przeciętne i padaki.Branże perspektywiczne i schodzące. Samodzielnie inwestując na podstawie fundamentów, padaki możemy odrzucić. Do tego skład indeksu jest odzwierciedleniem byłej wielkości, a wpływ niektórych spółek świadczy o ich przeszłych wzrostach. Małe, dobre papiery są niedoreprezentowane, a taki ENRON czy GM przed upadkiem – nadreprezentowane. Stąd bierze się i gorszy wynik i zagrożenie.
Drugim powodem, o czym mówi i C/z jest odmienna filozofia inwestowania. ETF-owcy dokupują stale, fundamentalni na spadkach i gdy jest relatywnie tanio. C/z z innymi informacjami ze sprawozdań finansowych, pokazuje czy jest tanio czy nie.
Stąd, wracając do Buffeta, czy w takiej sytuacji indeks zbudowany w sposób nieco przypadkowy (a na pewno nie z myślą o bezpieczeństwie) ma szansę wygrać ze świadomym i zdywersyfikowanym portfelem, kupionym w nieprzypadkowym momencie? Raczej nie na co wskazują przeciętne wyniki Berkshire w długim okresie w porównaniu do S&P500. Indeks nie tylko zarabiał mniej (w horyzoncie dzisiaj 60-letnim) ale i więcej tracił na spadkach. A co zrobić, żeby tracić mniej? Dywersyfikować, starannie dobierać, doważać obligacjami.
Aczkolwiek, jak pokazał nam Bartek (i zgadzam się z nim w 100%) istnieją aktywa, które w pewnych momentach biją indeks, skomplikowane produkty ETF, a nawet Buffeta na głowę. Podam dwa. Jeden ryzykowny (więc bardzo niebezpieczny) BTC, trawestując Marka Wielgo – kto nie kupił wiele lat temu, ten przegrał życie. Oraz drugi – różne rodzaje nieruchomości. Podawałem wielokrotnie przykład mojej nieżyjącej ciotki. Dla fantazji nieposiadania sąsiada kupiła 3ha ziemi przed wejściem do UE za astronomiczną wtedy cenę 8000 zł/ha. Dzisiaj jej córki mogłyby sprzedać za 120 tys.zł/ha. Do tego doliczmy 15k z dopłat. Ile tu mamy? x17. A indeks poszedł do góry x7. Mieszkania w Warszawie poszły w górę x 7, ale doliczmy czynsze (już nie chce mi się liczyć) i znowu wygrywamy z WIGiem.
I dosłownie na koniec. Czy to znaczy, że decydują wyłącznie aktywa? Nie. Ważnych jest też sporo innych czynników. W tym moment. Inwestowanie w akcyjne ETF-y kupowane na uśrednianie ceny nabycia, fakt ten pomija.
Niestety mój portfel akcji został „przymusowo” odchudzony ( wykup akcji). Dlatego obecnie również czekam na spadki i akceptowalne ( dla mnie) wyceny. A jak nie nastąpi to szybko? trudno… będę miał 6% średnio z części portfela obligacyjnego. I kolejne 8% z pożyczek zabezpieczonych udzielonych firmie ( bardzo dobrze zabezpieczonych). Jakoś przeżyję okres hossy w której mnie de facto nie ma (niestety na dziś mniej niż 3% kapitału w akcjach….)
Inwestowanie w akcje, przy rosnących wycenach, bez podstaw fundamentalnych uważam obecnie za ogromnie ryzykowne. Nadal da się kupić perełki, ale wymaga to przerzucenia tomów sprawozdań. Dla przeciętnego inwestora – nie do przejścia.
A przymusowy wykup – gangrena giełdy, kiedyś też kupiłem taką spółkę medyczną, dobrze płaciła dywidendy, rosła wycena, no i po dwóch latach właściciel zdjął ją z GPW.