Zwolnienia w korpo. Scena opisana w Wyborczej.

W czerwcu 2026 r. w moim agregatorze treści pojawił się artykuł https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,32869489,najwiekszy-pracodawca-dla-it-w-krakowie-rozpoczal-grupowe-zwolnienia.html dotyczący zwolnień w korporacji, a konkretnie w HSBC. Całość pokazuje „korzyści” z globalizacji, ale zawiera też, znacznie bardziej interesujące wnioski. Mnie uderzyło kilka fragmentów.

„Mój dział został zlikwidowany w całości z dnia na dzień. Poleciały osoby zarówno z dwuletnim, jak i dziesięcioletnim stażem, bez różnicy. Było dużo łez i stresu, bo są wśród nas samotne matki i osoby z wysokimi kredytami – opowiada zwolniona pracownica.” Co to znaczy w praktyce? Ano dokładnie tyle, ile wbijam na tym blogu do różnych głów, zadurzonych w „matce-korpo”, „przedsiębiorcy-dobrym ojcu” , „firmie-rodzinie” oraz „urzędzie dawcy lekkiej pracy do emerytury”. Żadna praca nie jest dana na zawsze, pracodawca ma swoje interesy, a pracownik swoje. Ten pierwszy płaci okres wypowiedzenia i odprawę, ten ostatni ma kilka miesięcy na znalezienie „kolejnej rodziny” . Ktoś kto pracuje 2 lata, dostanie w sumie 2 miesiące (1 miesiąc wypowiedzenia, 1 miesiąc odprawy), w przypadku stażu w danej firmie 10 lat będzie to 6 miesięcy (3 miesiące wypowiedzenia i 3 miesiące odprawy). Kto nie zorganizuje w tym czasie alternatywy (a przy 2 miesiącach, raczej trudno), dostanie przez parę miesięcy 1500 zł zasiłku, o ile nie zaryzykuje L4. Trzeba mieć fundusz awaryjny. Trzeba dysponować oszczędnościami. Kredyty warto brać z rozwagą, a spłacać przed terminem. W wieku poważnym (45+) stajemy się obciążeniem dla firmy (wysokie zarobki, jakieś oczekiwania lojalności), którego ktoś po analizie arkusza, postanawia się pozbyć. Dlatego 50-tka powinna być granicą życia bez kredytu, chyba że pracujemy na swoim, albo mamy spore zapasy.

„Na drugi dzień pod biuro podstawiono karetkę. Robią tak zawsze, jak zwalniają, bo reakcje ludzi są różne.”  Dwa zdania i istota uchwycona idealnie. Karetka oznacza, że firmie zależy nie na naszym zdrowiu (wtedy nie robiono by zwolnień nagle, tylko jakoś przygotowano ludzi), ale na braku skandalu. Chodzi o uniknięcie nagłówka „Zwolniony pracownik HSBC zmarł na zawał, gdy go zwalniano. Zostawił dwójkę dzieci i 600 tys. kredytu”. Niech zdycha, ale w szpitalu lub karetce, a nie w gabinecie szefa, albo w hallu – tak myśli HR korpo. Druga strona, nagłe zwolnienie to tragedia. Ludziom świat wali się na głowę. Dlatego życie ze świadomością „praca, jak wszystko na świecie, nie jest dana raz na zawsze” leczy nas ze złudzeń, błędnych oczekiwań. Walczymy o własne interesy.

Na koniec osobista refleksja, dokładnie z tego samego gatunku. Zaraz następnego dnia po przeczytaniu artykułu miałem, utrzymaną w podobnym tonie, typową w korpo rozmowę w pracy. Dwóch moich szefów, wręcz z pianą na ustach, zaatakowało w mojej obecności byłą już koleżankę. Za co? Otóż „Nie złożyła wniosku o urlop, poszła na zwolnienie i emeryturę, a teraz my, k…, musieliśmy przez miesiąc tłumaczyć się audytowi z wypłaconego ekwiwalentu”. Mówię im – panowie, ona miała 62 lata i świeżo wykryty nowotwór. Dla nich to nie argument. Bo oni musieli się tłumaczyć. Nieważne, że jeszcze w listopadzie (kiedy złożyła wypowiedzenie, wniosek o odprawę, po 30 latach pracy w firmie), nikt jej nie dał zaległego urlopu z zeszłego roku. Nikt nie przypomniał, nie egzekwował, nie wysłał (ostateczny termin ustawowy mijał we wrześniu). Ona z rakiem, chora, w trakcie leczenia, zwolnienia, powinna przyjść i złożyć wniosek urlopowy. No i jeszcze uporządkować papiery. Kompletna odklejka. Z drugiej strony, co w głowie miał ten audytor. Cała trójka faktycznie uznałaby za szczyt humanitaryzmu wezwanie karetki. Wracam zatem do apelu – twórzcie fundusze awaryjne, oszczędzajcie, inwestujcie, bo współczesny świat pracy wcale nie działa wiele lepiej niż 100 lat temu. HSBC, Szpital Południowy w Warszawie, a także moja korpo pokazują ten fakt codziennie.

Czas dojazdu do pracy. O granicy rozsądku?

Dzisiaj zastanowię się nad sensem dojeżdżania do pracy, w aspekcie finansowym i czasowym.

Wyobraźmy sobie, że jestem przeciętnym mieszkańcem mojej wsi. Mam do wyboru:

1/ Pracować na swojej wsi za minimalną (3.7k netto),

2/ Dojeżdżać do miasta wojewódzkiego, żeby dostać 5k netto.

3/Dojechać do Warszawy za 7k netto (mediana warszawska).

Co robić?

Zacznijmy od czasu. W miejscowym zakładzie jestem po 3 minutach i przejechaniu 2km (a mieszkam na skraju wsi). W mieście wojewódzkim sprawy komplikują się. Jeżeli jadę własnym autem i pracuję „po swojej stronie” liczę 30 minut jazdy. Jeżeli muszę okrążyć miasto obwodnicą – 45 minut. Gdybym do tego poruszał się komunikacją publiczną nieco ponad godzinę. Mnożąc razy 2 (dojazd plus powrót). Otrzymuję od 6 minut (lokalnie) do 2 godzin 20 minut. Krótko mówiąc, podejmując pracę w wielkim mieście tracę na dojazdy średnio 1,5 godziny dziennie. Miesięcznie to 30 godzin.

Wybierając Warszawę, znajduję się w jeszcze trudniejszej sytuacji. Dojazdy i powroty pochłaniają mi od ok. 3 g (własne auto, dobra strona) do 4,5 godziny dziennie. Miesięcznie 60-90 godzin.

W efekcie poświęcam na pracę już nie 8, ale nawet 12,5 godziny, przez 5 dni w tygodniu. Za te dodatkowe, nikt mi nie płaci.

A teraz pieniądze. Fajnie jest zarabiać prawie 2 razy więcej. Tylko chyba nie przebywając poza domem po 12 godzin? Zobaczmy, ile realnie zyskujemy.

Warszawa. 3.7 tys. zł za 174 godziny/m-c, albo 7 tys. zł za 250 godzin. A odejmijmy dojazdy. W pierwszym przypadku – 2 km – pomijalne. W drugim już nie. Komunikacja publiczna to koszt ok. 1 tys. zł/m-c (miesięczny w mieście i kolejowy). I już robi się 3,7 tys. zł za 174 godziny/m-c przeciwko 6 tys. zł za 250 godzin. Stawka godzinowa netto 21,26 zł vs. 24 zł.

Miasto wojewódzkie. Zyskujemy 1.3 tys. zł, a dostajemy o 500 zł wyższe koszty i 215 godzin pracy. Stawka godzinowa 20,93 zł (4.5 tys. zł/215 godzin), wypada nam nawet gorzej niż na wsi.

Podsumowanie. We wszystkich przypadkach policzyłem tylko koszty dojazdu i jego czas w wersji nieoptymalnej. Pominąłem koszty społeczne (brak kontaktu z rodziną i znajomymi), a różnice okazały się niewielkie, nawet jeśli Warszawa oferowała nominalnie prawie 100% podwyżkę. Oczywiście, im wyższe mamy kwalifikacje, tym różnica rośnie – i właśnie tu psa pogrzebano, większość dojeżdżających, ma alternatywę „minimalna przy produkcji na miejscu” kontra „średnia w dużym mieście w biurze albo 140% średniej w Warszawie”.

Dylematy właściciela małej firmy. Czy opłaca się wynajmować biuro?

Dzisiaj ponownie analiza z punktu widzenia właściciela małej firmy. Ma do wyboru – prowadzić ją w domu, albo wynająć biuro. To ostatnie rozwiązanie przynosi atuty pozafinansowe.

Biuro w domu. Wszystko zależy, co się pod nim kryje. W większości przypadków – osobny pokój, wykorzystywany do pracy, trzymania dokumentacji, ew. spotkań z klientami. Ponieważ nie ma nic za darmo, musimy uwzględnić koszty:

  • zakupu tego dodatkowego pokoju – 12 m2 x 10.000=-120.000 zł/240 miesięcy (20 lat) =500 zł,
  • ogrzewania i innych mediów = 200 zł/m-c,
  • w sumie 700 zł/m-c,
  • odliczone podatki – 0 zł (wszystko jest bez faktury firmowej),
  • bilans 700 zł/m-c.

Niby nie wygląda to źle, ale weźmy pod uwagę uciążliwość. Klienci plączą się po domu (przynajmniej raz w tygodniu), żona i dzieci przeszkadzają w spokojnej pracy.

Wynajem biura. W końcu tak zrobiłem. Płacę ok. 850 zł i dodatkowo 100 zł za media. W sumie 950 zł. Z tego odliczam 12% podatku (minimum) i 9% zdrowotnej. Zostaje ok. 800 zł. O 100 zł więcej niż w domu, a komfort nieporównywalny. W moim biurze mógłbym nawet spać (jest łazienka z prysznicem na korytarzu).

Biuro lotne. Przez pewien czas próbowałem „lotnego biura”. Z klientami, raz w tygodniu, spotykałem się w kawiarniach. Koszt takiego działania? Ok. 400 zł/m-c. Na dłuższą metę bez sensu, bo tchnie prowizorką, trzeba szukać miejsca, a kelnerzy krzywo patrzą na kogoś, kto przez 2 godziny blokuje stolik przy kawie i ciastku. No i te spożywane kalorie.

Podsumowanie. Kiedy zaczynałem DG, 16 lat temu, biuro kosztowało na rynku 1000 zł, przy średniej pensji na poziomie ok. 3000 zł. Dzisiaj płacę 1000 zł, przy średniej pensji 9000 zł. I powiem szczerze, wybieram wynajem biura. Wygoda z nim związana, daje mi swobodę, dopóki nie przeniosę się na wieś i nie urządzę firmy w budynku gospodarczym. Mała firma w domu ma sens tylko wtedy, gdy nie mamy dzieci, zwierząt, a klienci przychodzą sporadycznie. W każdym innym wypadku – biuro.

Czy warto rezygnować z klasycznej pracy?

Zacznijmy od definicji – klasyczna praca to wykonywana w siedzibie pracodawcy, w ustalonych godzinach, 40h/tydzień na podstawie umowy o pracę, bądź stałego zlecenia.

I teraz ponawiam pytanie – Czy warto z niej rezygnować?

Sporo zależy od sytuacji. Jeśli wyrabiamy się na zakrętach, atmosfera sympatyczna, fajni ludzie, dobra pensja – nigdzie nie będzie nam lepiej. Natomiast takich miejsc dostrzegam mało. Niskie pensje (czyli poniżej nie tylko średniej, ale i mediany), dużo pracy, zostawanie w niepłatnych nadgodzinach, wieczna walka i niestabilność potrafią zabić każdą osobę z inicjatywą. Bezpieczeństwo? W praktyce – mamy 3 miesiące wypowiedzenia i może jeszcze pół roku L4, jeśli na coś chorujemy. Widziałem zwolnienia, bo spółki się łączą i nie potrzebują dwóch działów handlowych, bo zmienił się szef i nie ma już chemii, bo na kiepskim produkcie nie da się zrobić wyników, bo ktoś dostał raka, bo chodził na zwolnienia. Tysiące różnych powodów, a ostatnio byłem nawet świadkiem rozmowy, w trakcie której szef powiedział na forum o zwolnionym pracowniku, próbującym się bronić „Co on chce, jednostka nie ma szans z dużą firmą”. Istotnie. Nawet jeśli wygra (obecnie 3-4 lata), przegra: wypadnie z zespołu, musi szukać roboty (nie będzie czekać na pensje przez ten czas) i sąd przyzna jej na osłodę 3 miesięczną pensję, jako odszkodowanie. Tyle. Ochrona pracownika to fikcja.

Drugi argument – podatki i składki. Praca jest najwyżej opodatkowanym dobrem. Pisałem o moim bonusie – zostaje mi mniej niż połowa wynagrodzenia brutto. Szaleństwo.

Wreszcie – uwiązanie. Musisz prosić o urlop lub go planować. Nigdzie nie wyjedziesz spontanicznie. Może nie pańszczyzna, bo możesz zmienić pana, ale …to nic nie zmienia. 2 tygodnie max i szlus. Jak zakład ma przerwy technologiczne na wiosnę, dostaniesz wolne w marcu. Szkoła, niby więcej urlopu, lecz tylko w wakacje. Wiadomo są firmy bardziej lub mniej liberalne, ale zawsze potrzebny zastępca, trzeba prosić, powstają kwasy, kto kiedy. Jeden ma żniwa u rodziców, drugi wakacje dzieci i ktoś jest przegrany.

Istnieje tylko jeden plus – raz na miesiąc kasa wpływa na konto. Czasami niezła kasa. Ale powiedzmy sobie szczerze, obecnie gospodarkę skonstruowano tak, aby dać przewagę korpo, czyli utrudnić większości wyrwanie się z kieratu. Można więc płacić tak, aby ledwie starczyło na podstawowe potrzeby (jedzenie, transport, ubranie, mieszkanie) rodziny. Czym jest bowiem w Warszawie pensja minimalna jak nie ekwiwalentem za zamieszkanie, ubranie i wyżywienie niewolnika? Dostajesz niecałe 4000 zł netto, a wynajem kawalerki w pobliżu Twojej pracy kosztuje – 2700 zł. Do tego opłaty (500 zł). I już niewiele zostaje. Tak ok. 800 zł na transport i ubranie. Ktoś inny powie – możesz kupić za gotówkę, możesz dojeżdżać spod Grójca. No wiele możesz, jak opisany przez Marię Konopnicką „Wolny najmita”.

Nikt zatem nie powiedział, że łatwo wyrwać się z kieratu. Wielu z pewnością się nie uda. Wchodzą w grę koszty wejścia. W usługach – niewielkie. W handlu już spore. W produkcji – gigantyczne. Kasjerka z Żabki, albo ze sklepu w galerii – nie da rady, o ile nie dostanie sporego spadku. No i trzeba mieć zupełnie inne umiejętności. Reszta – zwyczajnie się boi. I nie zrezygnuje z „pewnego” zatrudnienia.

Jednak, o ile nie jesteśmy pod ścianą, o ile nie wykonujemy typowego prostego zawodu (sprzedawca w sklepie) – warto. Jestem najlepszym przykładem. Jeszcze w styczniu 2025 r. pracowałem na dwa etaty i popołudniami ciągnąłem niewielką firmę. Teraz jedną nogą siedzę na swoim.

Czy każdy tak może? Z pewnością, nie. Ale wielu da radę pracować zdalnie, zmienić zawód na bardziej fizyczny, robić coś pożytecznego i nieźle płatnego. A przede wszystkim, zerwać z paradygmatem stałych godzin i wysokiego składko-podatku. Warto.

Urbanista o wynajmie i zakupie mieszkań.

W sezonie ogórkowym wyborcza.pl wprowadziła cykl arykułów „Warszawa się rozjeżdża”. W jego ramach publikowane są wywiady, opinie różnych ludzi, których wspólnym mianownikiem stało się „wszystko źle”. Dosłownie. Źle mieszkać w centrum bo hałas, wynajem krótkoterminowy i gentryfikacja. Źle mieszkać w Józefosławiu, bo długi dojazd. Źle budować w okolicy Zalewu Zegrzyńskiego, bo tereny cenne przyrodniczo. O dziwo, zawsze znajdą chętnych do narzekania. Ale tym razem nie o problemach, ale o diagnozie. Rozmówcą w tym artykule (https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,32916285,wiem-jak-powstrzymac-rozlewanie-sie-warszawy-ale-to-oznacza.html#s=S.index-K.C-B.1-L.2.duzy) był Piotr Sawicki – urbanista (wiceprezes warszawskiego oddziału Towarzystwa Urbanistów Polskich). Kiedy mówił o swojej działce (polityce przestrzennej), wychodziło mu całkiem nieźle. Natomiast, gdy pytaniami dziennikarz przerzucił go na grunt „wynajem czy zakup” plótł piętrowe bzdury, ex cathedra i bez dowodów. Oto fragment:

Dziennikarz: Kiedy jednak kupujemy mieszkanie, to z każdą ratą zbliżamy się do własności. Może syn będzie mieć łatwiejszy start w życiu.

Piotr Sawicki: Można odkładać pieniądze w inny sposób. A inwestowanie w mieszkanie, które ma służyć na wynajem do czasu, aż syn dorośnie, robi się nieopłacalne. Stopa zwrotu z mieszkań na wynajem robi się dramatycznie niska.

I tutaj urbanista popełnia dwa błędy. Pierwszy – nie docenia lewara kredytowego, drugi – opowiada bajki o stopie zwrotu z mieszkań. Przeanalizujmy je po kolei.

Lewar. Żeby kupić mieszkanie, musimy mieć 20% wartości. Resztę pożyczy nam bank. Cały montaż finansowy, wygląda tak.

Cena nabycia 800k. Kredyt 640k. Wkład własny 160k. Wiek dziecka w chwili zakupu mieszkania 3 lata. Wiek dziecka w chwili oddania mu mieszkania 23 lata. Rata kredytu ca. 4 tys. zł.

Obecnie takie mieszkanie da się wynająć za 4k do ręki. Co to oznacza? Że ratę pokrywa najemca. Trzeba tylko dołożyć wkład własny i koszty zmian (remonty). Urbanista myśli jednak o warunkach „Rata 4k, przychód z najmu 2k minus koszty”, bo spokojnie da się zrobić taki „interes”, kupując zbyt drogo.

I tu docieramy do istoty lewara – czynsz najmu rośnie proporcjonalnie do stawek rynkowych, a rata nie. My musieliśmy wrzucić tylko 20%, a korzystamy ze wzrostu 100%. Dzisiaj rata wynosi 4k, za 20 lat też 4k. Dzisiaj czynsz najmu to 4k, za 20 lat, niech będzie 8k (dużo zależy od inflacji).

Po 20 latach, dziecko dostaje mieszkanie spłacone w 100% (bo nadpłacaliśmy rosnącego nadwyżką czynszu nad ratą. Krótko mówiąc, inwestując 160k, dajemy dziecku 10/10 wartości mieszkania (dzisiaj to 800k). Nieźle. Ale nie zapomnijmy o stopie zwrotu.

Stopa zwrotu. Weźmy pod uwagę historię. W ostatnich 20 latach (2006-2026), mieliśmy:

  • 10 lat chudych (bez wzrostów cen mieszkań),
  • 10 lat tłustych (z wzrostami).

Ogółem jednak, ceny podskoczyły o 300% (dwukrotnie podwoiły się). Oznacza to średnią stopę zwrotu na poziomie 7.2% (reguła 72). Ale przecież od całości, a my wyłożyliśmy 20%. Co to zmieni? Za 20 lat mieszkanie będzie warte 3.2 mln (jeśli trend się utrzyma) czyli inwestując 160k, zyskamy x 19, a nie x 4 (co odpowiada lewarowi). I teraz x19 to nie dwa podwojenia, a 4,2. Co to oznacza? Stopa zwrotu z mieszkania wyniosła 72/4,76=15,1% . Nieźle. Czy to jest mało?

Cud dzieje się jednak po tych 20 latach. Dziecko nie wynajmuje za 8k/m-c (czyli 96k/rok), ale ta kwota (3% wartości) zostaje mu w kieszeni. Jeśli nadal wzrost cen zakupu wyniesie średnio 7.2%, sumujemy ją do 10,2%. Gorzej niż przy lewarze, a lepiej niż w przypadku najmu.

Najem. Zapytajmy sami siebie: Jaką stopę zwrotu z inwestycji musielibyśmy osiągnąć, żeby zrobić ze 160k kwotę 3,2 mln. To proste. Odpowiedź mamy powyżej – 15,1%. Ilu ludzi ją osiągnie? Niewielu. To tłumaczy różnicę majątku pomiędzy najemcą a właścicielem (nawet na kredyt), w długim okresie. No i nasze dziecko nie płaci 8k za wynajem po tych 20 latach.

Kwestie psychologiczne. Piotr Sawicki nie wziął pod uwagę jeszcze jednej zmiennej – psychologii. Ludzie mają tendencję do wydawania. Niewielu potrafi odraczać przyjemność. Większość, gdy ze 160k zrobi 1 mln, wyda go. I nici z mieszkania dla dziecka. Albo nie wytrzyma na spadkach i zapomnij o stopie 15,1%. Jak pisał Bartek – dla większości szczytem możliwości jest 6-8% w długim okresie.

Podsumowując. Pan urbanista, promując wynajem, bredzi. Nawet gdyby wzrosty tylko wyrównywały niską inflację (podwojenie cen po 20 latach), właściciel zyska x 10 (inwestując 160k, będzie miał 1.6 mln), co odpowiada przy lewarze stopie zwrotu +900%, czyli około 2,25 podwojenia. Rocznie to 8,1%. Nadal bez przyszłych zysków dziecka oraz informacji. w jaki sposób pójdzie w górę najem. Wielu już się nacięło.

Koncept talerzykowy, śniadanie kopenhaskie, monoporcja. Jak modą i chciwością wyciągnąć kasę od naiwnych aspirantów?

O „koncepcie talerzowym” usłyszałem wiele lat temu. Pewien zwolennik jednej z odmian nowoczesnej sztuki – konceptualizmu, tłukł talerze, żeby w ramach swojego „artyzmu” poskładać je na nowo z przypadkowych kawałków. I pewnie on zainspirował autorów „konceptów talerzykowych”, które są nowym nurtem w gastronomii. Generalnie chodzi o to, aby nie wybierać z tradycyjnego menu „przystawka, zupa, danie główne” lecz skupić się na „dzieleniu się jedzeniem”, czyli grupa zamawia kilkanaście porcji, a goście knajpy dzielą się nimi, bo każdy może spróbować wielu potraw. Brzmi ciekawie? Posłuchajcie o „największym scamie od czasów Amber Gold” jak określił koncept talerzykowy jeden z blogerów kulinarnych.

W rzeczywistości nie chodzi wcale o „dzielenie się jedzeniem” lecz wyciąganie kasy z kieszeni gości.

Kilkanaście lat temu obowiązywała prosta „zasada 33%. Cena dania w restauracji kształtowała się tak: 33% wsad do kotła, 67% zysk i koszty.

Teraz podobno mamy „zasadę 25%. Wsad do kotła zmalał do 25%.

Ale w koncepcie talerzykowym, czy jego cukierniczej odmianie „monoporcji” obie tradycyjne zasady zostały drastycznie złamane. Dlaczego? Otóż stała pozostaje cena dania, a radykalnie zmniejsza się gramatura (wielkość). Przykłady? Proszę bardzo.

Koncept talerzykowy – jeden ogórek długości 10 cm (raczej gruntowy niż szklarniowy) i wadze ok. 100g, przekrojony wzdłuż na 3 plastry i ozdobiony łyżką sera twarogowego – cena 16 zł. Wartość realna (wsad do kotła) – 1,2 zł.

Kolejny przykład – dwa jajka sadzone oprószone parmezanem – 40 zł. Wartość realna – 3 zł.

Z konceptami talerzykowymi w parze idą tzw. śniadania kopenhaskie, w wielkim skrócie: jedno jajko na miękko (1.5 zł), dwa plasterki sera żółtego (1 zł), dwie kromki chleba (0,4 zł), odrobina twarogu (0,2 zł), łyżeczka (dosłownie) dżemu (0,3 zł), masło (0,2 zł). Ogólna wartość 3,6 zł, sprzedawana za 35-45 zł.

Tatar wołowy – porcja 130g, cena 48 zł, wchodzi 370 zł za kg. Wydaje się Wam sporo? I macie rację. Przypominam, jajko waży ok. 50g, dodajmy 20g jakiś przypraw, cebuli, ogórka i zostaje nam 60g mięsa.

A monoporcja? Niektórzy nazywają ją arcydziełem cukierniczym. Dla mnie – po prostu ładnie przyozdobione małe ciastko. Waży ok. 80g, a kosztuje zwykle 16 zł, czyli ok. 190 zł/kg. Składniki? Dużo cukru, lukru, sztucznych barwników, mąki i bomba kaloryczna.Realna wartość produktów 5-10 zł/kg.

I teraz zastanówmy się nad tymi trendami. Przy porcjach wielkości 80-130g, ile musisz zjeść, aby się najeść, zakładając wartość kaloryczną posiłku na poziomie 500 kcal? 200 kcal to chleb i jajko ze śniadania kopenhaskiego. 100 kcal ser. Reszta – może 100 kcal. Cały posiłek zmienia się w 400 kcal. Jeszcze nie zebraliśmy limitu. A atrakcje w stylu „ogórek +serek twarogowy”? 50 kcal. Tatar wołowy – 200 kcal. Żeby się najeść konceptami talerzykowymi potrzebujemy 100 zł. I nadal mówię tu raczej o niewielkim posiłku pracownika umysłowego (typowy schabowy z ziemniakami i kapustą to 1000 kcal, hot dog na Orlenie – 600 kcal).

Komu to wszystko służy? Otóż głównie nabijaniu kabzy restauratorom, którzy już dawno stracili umiar. Pomijam celowo modne miejsca (słynne pączki Gessler za 26 zł), ale pisze o zwykłych, typowych lokalach. Jeżeli za jedzenie płacimy x 10 rzeczywistej wartości produktów, faktycznie określenie „największy scam od czasów Amber Gold” nie wydaje się przesadą.

Na koniec – kto kupuje, te wszystkie koncepty, śniadania kopenhaskie, monoporcje? No cóż, grupa wariatów, nazywanych „aspirantami” – przedstawicieli klasy średniej, chcących „wyglądać bogato”. Taki stół zastawiony 20 konceptami talerzykowymi (wartość realna 40 zł, wartość rachunku 400 zł plus napoje) dla 4 osób, wygląda dobrze na Instagramie. Nie chodzi bowiem ani o jakość obsługi ani produktów (obie przeciętne) tylko windowanie zysku. Aczkolwiek aspiranci to łapią. I teraz wyobraźmy sobie typowego aspiranta. Zwykle pracuje w korpo. Zarabia ponadprzeciętnie – może 15k netto (ponad 22k brutto/m-c) i wydaje 2000 zł na same lunche w pracy. Pan Kanapka za 30 zł/szt wychodzi przy konceptach talerzykowych bardzo tanio (30% ceny). Skąd brać na oszczędności? Już nie starcza. I tak wyjaśnia się problem mojej koleżanki: Jak rodzina zarabiająca 600k/rok może mieć 10k oszczędności? Ano może. Życie aspiranta okazuje się niezmiernie drogie.

Jak sobie radzić z wysokimi cenami paliw? Krótki poradnik.

Ostatnio pisałem o wysokich cenach paliwa oraz moich osobistych doświadczeniach. Teraz czas na rady dla tych, którzy elektryka nie posiadają, poruszają się więcej (20 tys. km/rok), bo np. dojeżdżają z przedmieść. Co robić? Jak żyć? Opowiem na własnym przykładzie i pewnego zamożnego przedstawiciela dochodowej klasy wyższej. Tutaj wiele osób skoczyłoby mi do gardła. A jednak mogę podać przykłady, nawet dość ekstremalne, z mojego otoczenia.

Pomysł 1. Jeździć mniej. Mój kumpel jeszcze 2 lata temu, pakował się z rodziną w Audi Q7 hybrydę plug-in i przejeżdżał 1 raz w miesiącu w tę i z powrotem 1300 km, spalając w ten sposób rocznie 1560 litrów paliwa. Miesięczny koszt, przy dzisiejszych cenach – 1000 zł (roczne 12.000 zł). Teraz dzieci i żona wolą zostać w domu, a on wsiada w pociąg, potem w busa i tę samą trasę pokonuje za ….300 zł miesięcznie. Tylko ten jeden ruch pozwolił mu zyskać 8400 zł i 15.600 km/rok mniej.

Dokładnie tak samo da się jeździć razem do pracy. Z mojej wsi do Lublina jest 30 km. Przy standardowym czasie pracy 1200 km/m-c. Przy samym kierowcy i aucie 720 zł/m-c. Przy dogadaniu się z sąsiadem, że jeździmy na zmianę, 360 zł/m-c i 1200 km mniej.

W mieście wybieramy nogi, rower lub komunikację. Mój kolega z pracy dojeżdża tak 30 km/dzień dopóki jest w miarę ciepło. Jego żona i córka mieszkające razem z nim, pracują zdalnie, więc problem ich nie dotyczy. Ano właśnie, praca zdalna lub hybrydowa obniża koszty.

Pomysł 2. Latać zamiast jeździć. Nasza podróż do Macedonii w zeszłym roku – 3600 km. W tym roku (dojazd na samolot) – 850 km. Mogliśmy mieć nawet bliżej (360 km na Okęcie), ale wybraliśmy tańsze bilety i mniej zatłoczone lotnisko. Ta jedna zmiana na wakacje, przy obecnych cenach i tym samym aucie Hyundai Ioniq hybrid – 1300 zł i 2750 km/rok.

Pomysł 3. Kupić oszczędny samochód. Nie musi być od razu elektryk, który w moim przypadku oznacza 0 l/100 km i 12 zł/100 km przy ładowaniu w nocy. Ale już użycie hybrydy (4,5 l/100 km i 36 zł/100 km), zamiast dużej benzyny (9 l/100 km i 72 zł/100 km) poważnie zmienia rachunki. A są jeszcze inne opcje: diesel (porównywalnie z hybrydą), LPG (10 l/100km i 32 zł/100km).

Pomysł 4. Zamontować gaz. Wynik łatwo policzyć, patrząc wyżej. 40 zł/100 km w dużej benzynie, przy miesięcznym przebiegu 1200 km zostawi nam w kieszeni 480 zł/m-c. Sporo. W autach małych, oszczędnych, albo nowoczesnych (wtrysk bezpośredni) wyniki nie będą tak imponujące, lecz zauważalne. Np. mój Fiat 500c 1.2 spala obecnie ca. 6 l/100 km. Koszt paliwa 48 zł/100 km. Jeśli wybiorę LPG – 27 zł (bo pewna ilość benzyny też zostanie spalona). 21 zł/100km pozwoli zwrócić się instalacji na dystansie 15.200 km, czyli w ciągi roku.

Pomysł 5. Zrobić wszystko na raz. Niemożliwe? Proszę bardzo. Sięgam do swoich zapisków. W tym roku przejadę ok. 15.000 km/rok. W 2019 r. było to blisko 40.000 km. Wtedy pod moim domem stały: Porsche Boxster (spalanie 12-25 l/100 km i Hyundai i30 (6-8l/100 km). Teraz elektryk (0 l/100 km), Fiat 500c (5-7 l/100 km) i Hyundai Ioniq (4-5,5 l/100km). Ponieważ moja żona rozstaje się z pracą na dobre, a syn planuje szkołę sportową, nawet przeprowadzka na wieś nie zniszczy nam budżetu. Ja będę jeździł do miasta średnio 3 razy w tygodniu, co oznacza 765 km/m-c. Dzieląc przejazd z kimś z mojej wsi – 383 km/m-c. Jeżdżąc hulajnogą+pociągiem w ładną pogodę, też zaoszczędzę. Kiedy wspomniany mój syn-sportowiec, zaczął mieć treningi 4 razy tygodniowo, nawet w mieście odpuściliśmy codzienne dowożenie. Połowę idzie na piechotę lub komunikacją miejską. Ze 170 km zrobiło się 85 km.

Dojazd hybrydą w góry wymaga 36 litrów benzyny, a po zagazowaniu 43 litrów LPG i jeszcze 2 litrów benzyny. Koszt spada z 288 zł do 154 zł. Podróż elektrykiem wymagałaby 175 zł (ładowanie na publicznej stacji), albo 36 zł (nocne pociągnięcie prądu z gniazdka). Sam równie dobrze mogę pojechać systemem „pociąg+autobus” za 160 zł. Na wakacje już postanowiono – samolot, bo i szybciej (Macedonia z dojazdem do Katowic, czekaniem na terminalu, lokalnym dotarciem – 9 godzin, autem z Polski – nocą, na dwóch kierowców – 21 godzin, lub 2 x 11 godzin czyli 2 dni jazdy) i cena podobna (ok. 2100 zł), przy nieporównywalnym komforcie.

Czy benzyna jest droga? Porównanie.

Kiedy piszę te słowa 1 litr benzyny kosztuje 8 zł, a oleju napędowego 9 zł (do czasu publikacji, spadły o prawie 2 zł). Gazety, a zwłaszcza prawicowe portale oszalały. Czy faktycznie warto rwać włosy z głowy? Robię porównanie z rokiem 2022 i 1985.

Dzisiaj średnia krajowa wynosi 6642 zł netto. Za 1 pensję kupimy więc:

  • 830 litrów benzyny 95,
  • 738 litrów oleju napędowego.

W marcu 2022 r. zarabialiśmy 4788 zł netto. Litr benzyny kosztował ok. 7,50 zł (celowo nie biorę ceny ze szczytu), a diesel było o 50 groszy droższy. Oznacza to możliwość zakupu:

  • 638 litrów benzyny 95,
  • 598 litrów oleju napędowego.

Jak widać, pomimo potencjalnie niższych cen, paliwo okazywało się o ok. 20% droższe, jeśli weźmiemy pod uwagę siłę nabywczą zarobków.

A w 1985 r.? Pobory 20 tys. zł/m-c. Benzyna 17 zł/litr, olej napędowy 10 zł/litr. Można więc było kupić:

  • 1176 litrów benzyny 95,
  • 2000 litrów oleju napędowego.

Raj? Niekoniecznie. Jeżeli brać ceny oficjalne, tak. Ale już nieoficjalne były 15-razy wyższe. I nagle, przy systemie kartkowym, posiadacz Malucha (Fiat 126p) miał paliwa na 400 km miesięcznie (30 l / 7,5 litra na 100 km) w cenie oficjalnej. Resztę kupował po 250 zł (80 litrów za pensję). Na raz mógł zatankować 10l. Stąd słowa słynnej piosenki „Żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc” i popularność diesli (Daihatsu Charade, Mercedes 123, Isuzu Gemini, Toyota Corolla czy Nissan Sunny, a potem Citroen AX). Paliły mało (nawet 4.5 l/100 km), a z dieslem problem był mniejszy. 400 km oznacza roczny przebieg 4800 km. Połowę mniejszy od obecnego.

Wyjaśnijmy zatem skąd bierze się taka nagonka na ceny benzyny dziś?

Powód 1 – dezinformacja. Politycy i posłuszni im „pożyteczni idioci” notorycznie kłamią. Np. podając, że paliwa są droższe niż w 2022 r., przy niższej cenie baryłki. Zapominając, że w PRL-u były kartki, a cena „kupuj, ile chcesz” przekraczała oficjalną kilkanaście razy. W tej dezinformacji znajdują się też argumenty „ceny rosną przez Ukraińców” oraz zapominanie o wpływie pensji kasjera na stacji na ceny benzyny.

Powód 2 – zapominanie, że auta palą coraz mniej. Pomijając słynnego AX-a, czy Charade, auta w latach 80-tych paliły więcej. Ba, widzę różnicę na przestrzeni 4,5 roku. Fiat 126p (najpopularniejsze auto PRL-u) spalał w mieście i przy prędkości 100 km/h około 7,5 l/100 km. Mój Hyundai i30 z 2014 r. (auto sporo większe) – ok. 6 l/100 km w takiej trasie i 8l/100 km w mieście. Skoda Kamiq (1.0 TSI rocznik 2019) – odpowiednio 4.5 l/100 km i 7 l/100 km. Dzisiaj w modzie są hybrydy, ze spalaniem na poziomie 4 l/100 km zarówno w mieście jak i przy 100 km/h. Nawet nieosiągalne 1176 litrów Maluchem na kartki, zrówna się kilometrażem dzisiejszej Fabii.

Powód 3 – więcej ludzi ma samochody. Niezmiernie ważny powód, dla którego ceny benzyny elektryzują masy. W 1985 r. było ok. 100 samochodów na 1000 mieszkańców. Teraz 600-700 sztuk. Spora różnica. Na „mojej” wsi różnicę widać jeszcze wyraźniej, bo kiedyś na 100 domów jeździło może 5 aut, dzisiaj ze 200 sztuk. Na naszej małej kolonii, zamieszkanej (choćby czasowo) przez 11 osób (w tym 8 dorosłych) mamy 8 samochodów. Dlatego temat kiedyś marginalny, robi się problemem masowym.

Powód 4 – jeździmy sporo więcej. W 1985 r. mój Tato pokonujący rocznie ok. 12.000 km prywatnym autem uchodził za podróżnika. W sąsiednim garażu stał Fiat Uno – po 10 latach został sprzedany z przebiegiem 70 tys. km (co daje średnią 7 tys. km/rok). Dwa garaże dalej – Łada 1500, od 1978 r. do 1998 r. kolega Taty przejechał nią …. 20 tys. km (1 tys. km/rok). Po prostu jeździł tylko na miejską działkę. Średni przebieg wzrósł z 5 tys. km do 15 tys. km (szacunek portali zbierających dane z przeglądów rejestracyjnych), a jeżeli uwzględnimy, że rodzina ma często dwa samochody – o 500%. Każdy 1 zł/ litrze robi niebagatelną różnicę.

Moje osobiste doświadczenia. Daruję Wam żarty w stylu „Nie czuję różnicy, tankuję zawsze za 100 zł”, ale powiem jak u mnie jest. Od wielu lat tankuję wyłącznie „do pełna”. Nieważne, czy zbiornik ma 35 litrów (Fiat 500) czy 50 l (Skoda Kamiq) i czy zapaliła się już rezerwa, czy jeszcze nie. W zależności od auta i zapełnienia zbiornika płacę od 50 zł (dotankowanie przed dłuższą trasą) do 300 zł. Żadna z tych sum nie powala mnie na kolana. Nie chodzi o nieoszczędność, zwykle staram się tankować na stacji „najtańszej możliwej”, bo nie lubię głupio wydawać pieniędzy. Znam niedrogie sensowne adresy w mieście i będąc w pobliżu uzupełniam zbiornik. Podobnie na stałych trasach np. w góry, do Wrocławia, do Poznania mam swoje miejsca. Przy średnim uzupełnieniu ok. 30 litrów, różnica pomiędzy sensowną ceną z 2025 r. (ok. 5,30), a obecną (ok. 8 zł) przekracza 80 zł i zamiast płacić 160 zł potrzebuje wydać 240 zł. Ale nie tu tkwi pewien sekret mojego spokoju. Otóż, przez trzy kwartały 2026 r. (od I do IX) pokonałem w sumie 12 tys. km z czego 50% elektrykiem, a tylko 98% samochodami oszczędnymi. Przy średnim spalaniu moich aut (500c – 6l/100 km, Ioniq 5 l/100 km, Giulietta QV 8.5 l/100 km), nie ma dramatu. 6000 km x 5,5 l/100 km x 2.5 zł/litr daje niecałe 70 zł/m-c. Prawie niezauważalne.

Śmierć z zerem na koncie. Książka i sama idea.

Pewien czas temu przeczytałem książkę Billa Perkinsa „Die with Zero” propagującą ideę takiego zaplanowania swojego życia, aby w chwili śmierci dysponować zerowym rachunkiem. Moje opinie na jej temat przedstawiam poniżej. Zwykle nie recenzuję książek, z którymi się nie zgadzam, ale w tym przypadku robię wyjątek. Pomysł zaczął bowiem zataczać spore kręgi i mam wrażenie, że jego admiratorom sporo umknęło.

Sama książka generalnie zawiodła mnie. Znając historię autora (finansista, trader) spodziewałem się wyliczeń, a nie luźno rzuconych haseł. Nie ukrywam, dla mnie spora słabość. Ponieważ brakuje liczb, trudno traktować pomysł poważnie, albowiem brakuje konkretnej odpowiedzi „ile będziemy żyli”, oraz „ile pieniędzy należy sobie zostawić w wieku 40, 50, 60, 70 itd. lat. Drugi problem, który mam z tą pozycją nazwałbym „ignorowaniem natury ludzkiej” oraz „bazowaniem na własnych poglądach, zamiast na badaniach”. Zarzut jest poważny, ale za chwilę go rozwinę. Trzecia uwaga dotyczy wprost przyjęcia nierealnych dla średniego czytelnika w USA (a co dopiero w Polsce) własnych założeń, jako pewnego standardu. I od tego zaczniemy.

Bill Perkins podaje konkretne liczby zarobków i pierwszą pracę, oraz kolejne. Zapewniam Was, że posiadanie ojca adwokata, posła w stanowej legislaturze, pensja 18k USD rocznie „na początek” oraz gigantyczne zarobki w wieku trzydziestu paru lat, milionowe wygrane, a potem przegrane w pokera, nie stanowi typowej ścieżki Amerykanina. Nie owijając w bawełnę, po raz kolejny mamy do czynienia z przedstawicielem klasy wyższej, który mówi „średniakom” jak powinni żyć. Nie byłoby może w tym i nic złego (poza nierealnością porad), ale Bill Perkins i to już mnie mocno razi, oceniając przedstawicieli klasy średniej, którzy postąpili inaczej (czytaj: zostawili wysoki spadek) nazywa wprost hipokrytami. Czytałem książkę w oryginale, więc nie ma mowy o pomyłce w tłumaczeniu. Słabe to. Besztanie sekretarki prawnej, która przekazała uczelni 8 mln dolarów (dla Perkinsa suma z pewnością drobna) za to, że „zrobiła to za późno” osobiście robi na mnie bardzo kiepskie wrażenie. Zwłaszcza, w sytuacji, gdy przeanalizujemy kompletny brak rozsądnych argumentów i sprzeczność z liczbami, co szczegółowo przedstawię. Czas na nie.

Menedżer w funduszu hedgingowym z pewnością te liczby zna. Sylwia Bloom zmarła w wieku 96 lat zostawiła spadek prawie 9 mln dolarów. Cała kwota została przekazana jej macierzystej uczelni i jeszcze dwóm organizacjom na fundusze stypendialne. Zarzut „zbyt późnego przekazania środków” jest nie tylko cyniczny (zwłaszcza wobec spekulanta cenami energii), ale i zwyczajnie głupi. Otóż znając krzywą bogacenia się i procent składany wiemy, że Sylwia Bloom w wieku 50 lat nie była bogata, podobnie nawet około sześćdziesiątki jej majątek nie zrobiłby na nikim wrażenia. Zakładając, że zarabiała te 8% rocznie, co miesiąc odkładała skromne sumy, na jakie pozwalała jej pensja sekretarki, więc wszystko się spina. Jej roczne wpłaty wynosiły prawdopodobnie ok. 7k USD rocznie, a być może, na początku znacznie mniej (inflacja). Znając te dane – 10 lat wcześniej (a więc jako 86 latka) miała połowę tej sumy, 20 lat (76 lat) – 2 mln, a w ustawowym wieku emerytalnym – ledwie 1 mln. Jako 55 latka (freedom55) zebrała 0,5 mln, a jako 45-latka – 200k. Do tego żyła naprawdę długo (96 lat), co pozwoliło jej zgromadzić mocno nadprzeciętny (dla sekretarki, bo Bill Perkins podobne sumy przegrał pewnie w trakcie życia w pokera) majątek. Nie miała, jak wielokrotni milionerzy, 50 baniek na leczenie, 50 baniek na emeryturę itd. Oddając „marne 1 mln” w wieku 65 lat pozbawiała się jakiegokolwiek zabezpieczenia. W przeciwieństwie do „wilków z Wall Street” nie mogła sobie na to pozwolić. Dokładnie ten przykład (i związane z nim liczby) pokazuje jak oderwany jest Perkins od realiów życia Amerykanina z klasy średniej i że bazuje głównie na swojej intuicji, a nie badaniach (które zresztą częściowo cytuje, jednak bez zrozumienia). Otóż, majątek rośnie wraz z wiekiem. Proces ten jest naturalny i wynika z procentu składanego. Dlatego przeciętny milioner (majątek netto wyłączając główny dom) w USA zostaje nim około 50-tki (badania dra Stanleya na podstawie danych IRS i ankiet). Pani Sylwia Bloom znacznie później, bo jej inwestycje miesięczne nie wyglądały spektakularnie. W tej sytuacji rysowanie „krzywej posiadania majątku” z myślą sformułowaną bardziej elegancko, ale sprowadzającą się do konkluzji „niesprawiedliwe jest, że staruchy zgromadziły większość majątku Ameryki” kompletnie nie ma sensu. Dokładnie podobna krzywa (czyli wykładniczy wzrost średniego majątku w życiu), istnieje w Europie, Polsce oraz funkcjonowała 150 lat temu. Nie bez powodu wszyscy właściciele fabryk w „Ziemi Obiecanej” są starcami, podobnie znaczni rolnicy w „Chłopach” (z zastrzeżeniem, że wtedy „starzec” znaczyło sporo mniej lat niż dziś). Reymont znał życie znacznie lepiej niż Perkins.

Teraz przejdźmy do argumentacji „Die with Zero”. Opiera się na kilku filarach, które sprowadzam do haseł: „trumna nie ma kieszeni”, „lepiej dać ciepłą ręką niż zimną”, „kasy potrzebujemy w młodości”, „nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim”, „z wiekiem potrzebujemy coraz mniej” oraz „możemy przewidzieć czas naszego życia” . Wszystkie są błędne, o czym wiedział zarówno Balzak, pisząc serię „Komedia ludzka”, jak i Maciej Boryna z „Chłopów”. Obalę te „mądrości” po kolei.

Trumna nie ma kieszeni. Długo rozwijana i wielokrotnie powtarzana myśl, zgodnie z którą po śmierci nie możemy korzystać z pieniędzy, ani ich rozdać. Niby prawda, ale przedstawiona bałamutnie. My wprawdzie nie możemy odnieść żadnej korzyści, ale jak widać (m.in. podany przykład sekretarki), nasi spadkobiercy – zdecydowanie tak. I właśnie na tym polega natura ludzka. Gromadzimy dla swoich najbliższych, chyba że ich nie mamy (o czym rozmawialiśmy już na blogu). Wtedy i tylko wtedy, ta idea ma sens. Co więcej, biorąc pod uwagę historię Perkinsa, można mówić o „spisku bogatych”, którzy chcą, aby klasa średnia nie dokonywała „międzypokoleniowego transferu majątku”, tylko wydawała na bieżąco. To znamienne, ale jakoś mało bogaczy, stosuje się do tych rad. Dlaczego? Ponieważ są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem (jeszcze raz – dla człowieka posiadającego dzieci, wnuki, dobrego współmałżonka) i doświadczeniem życiowym.

Lepiej dać ciepłą ręką niż zimną. Czyli za życia, zamiast po śmierci. Niby prawda, ale znowu ignorująca podstawowe prawa życia. Jeżeli rozdam cały (niewielki w wieku 50 lat) majątek, cóż mi zostanie na stare lata? Jak zabezpieczę się przed trudnościami i zmiennymi falami losu? Dokładnie to miał na myśli Maciej Boryna mówiąc do syna i synowej „do waju na wycug nie pójdę”, uwspółcześniając „nie będę na waszej łasce i niełasce”. Widziałem to wielokrotnie. Stąd pomysł zupełnie inny, który wprowadzam w życie: część daję za życia, a resztę oddam po śmierci. Do tego warunki multimilionera są zupełnie inne niż przeciętnego średniaka, nie mówimy o 100 mln dolarów, ale raczej o „kawalerce w Zduńskiej Woli”, jak opisuje w Newsweeku mjr Michał Fiszer (o którym pojawi się jeszcze wpis, bo udzielił arcyciekawego wywiadu). I tę kawalerkę oraz trochę oszczędności zostawia w spadku przeciętny „średniak”. Do tego dochodzi właśnie krzywa majątku. Rozdając jako 65 -latek mam np. 1 mln, a jako 85-latek, już 4. Tak działa realna ekonomia.

Kasy potrzebujemy w młodości. Stąd więcej sensu ma zdaniem Perkinsa rozdanie jej 40-latkom, a nie po śmierci 60-latkom. I tutaj wpada w pewien matematyczny korkociąg. Skoro 40-latkom, czemu nie 20-latkom. Powód jest prosty – ponownie krzywa majątku. Jako 65-letni rodzice 40-latka „średniacy” mają tej kasy 4-krotnie mniej niż 85-latkowie.

Drugi problem – pewien klasizm (czyli opisywanie klas wyższych, jako pewnego przykładu). Otóż, w USA, podobnie jak w Polsce średnia długość życia, powiązana jest z wykształceniem i pozycją społeczną. Krótko mówiąc, niewykształceni żyją kilkadziesiąt lat krócej. Dla nich te rady nie mają sensu, bo ledwo dożywają (mężczyźni) wieku emerytalnego (przeciętna długość życia w PL mężczyzny z wykształceniem podstawowym wynosi 68 lat, a w USA mniej niż 60).

Do tego dochodzi jeszcze wynik badań dra Stanleya i dra Danko. Otóż ustalili oni, że ludzie subsydiowani przez rodziców w młodości, zarabiają mniej niż ci, którzy kroplówki nie otrzymali. Zgadzam się w 100%. „Die with Zero” ignoruje te badania i zmniejsza szanse naszych dzieci.

Nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim. Pada tutaj bardzo amerykański przykład – rachunki za leczenie. Skoro roczne leczenie raka kosztuje bardzo wiele, odkładając milion, nic nam to nie da. Kupimy sobie parę miesięcy życia. Ten przykład kompletnie nie przystaje do krajów Europy, gdzie szpitalna opieka zdrowotna jest darmowa. Średnio sprawdza się i w USA. Otóż można zgromadzoną kasę wydawać na dobre, średnioklasowe ubezpieczenie zdrowotne, a nie na rachunki za leczenie. Tak jest przezorniej i tak robią nauczyciele oraz sekretarki w kancelariach prawnych. Poza tym, nie każdy zapadnie na raka, czasem zwyczajnie złamie rękę i zakładając „typowe wydatki” zabraknie mu i na to (150k a nie miliony). Majątek zabezpieczy nas zatem nie tylko przed szeregiem drobnych wydatków i trudności, ale za to prawie pewnych (niedołężna starość), a nie przed mało prawdopodobnymi katastrofami. I tak trzeba patrzeć na ryzyko. Facet, który działał w hedgingu doskonale to wie.

Z wiekiem potrzebujemy coraz mniej. Niby, patrząc na naszych rodziców i dziadków – nie sposób się nie zgodzić. Jednak wszystko do czasu i w określonych warunkach. Z pewnością nie w USA i nie obecnej Polsce wielkomiejskiej. Przede wszystkim tam ludzie rozjechali się po wielkim kraju (u nas po Europie). Jeśli jeden mój syn będzie we Wrocławiu, drugi w Portugalii, a trzeci w Kielcach, nie będą mieli szansy zajmować się mną w skali, której doświadczały osiadłe pokolenia przed nami. Wszystkie książki o amerykańskim FIRE potwierdzają ten trend. A koszty opieki wynoszą niemało – dzisiaj ok. 8 tys. zł/m-c, jeżeli nie potrzeba prywatnego leczenia. Dlatego nawet Marszałek Sejmu trzymała męża w publicznym szpitalu. Widziałem koszty rehabilitacji, turnus prywatny w sanatorium – proszę bardzo, z zabiegami 500 zł/os./noc. 3 tygodnie – 12k. Koszmar. Stąd fakt, że mniej jemy, nie kupujemy ubrań, nie kształcimy już dzieci, wcale nie oznacza niższych wydatków, a w każdym razie – do czasu. Takie bajki może opowiadać bogacz, w wieku jeszcze sprawnym, a widzący koniec własnego nosa.

Możemy przewidzieć czas naszego życia. Przy tej myśli, Bill Perkins trochę się kryguje. Bo niby możemy („średnia długość dożycia”) a nie możemy. Oczywiście, że nie możemy. Moja ciotka, jak wskazywały wszystkie znaki na niebie i ziemi miała przeżyć swojego brata (zawód, płeć), a żyła 2 lata krócej. Ich matka (ponownie zmienna wykształcenia) przeżyła ich oboje o kilka lat, a całe swoje rodzeństwo o kilkadziesiąt (miała i siostry). Moja mama żyła 80 lat, a jej starsza siostra 55. Ogólna statystyka (liczony czas dożycia dla całej populacji) a indywidualny wynik, to dwie różne rzeczy. Jeżeli nie doszacujemy (czyli pożyjemy dłużej niż średnia), zabraknie nam kasy (osiągniemy „zero” przed śmiercią i skazujemy się na biedowanie). Jeżeli przeszacujemy – złamiemy tytułową zasadę „Die with Zero”. Stąd, cały pomysł staje się utopią. W mojej ocenie, kolejnym szkodliwym scamem, wymyślonym przez bogatych, aby klasa średnia pozbywała się majątku „na przeżycia”. Dokładnie pachnie mi to „kulturą współdzielenia” albo „nic nie będziesz miał i będziesz szczęśliwy”.

Jak wiecie żyję zupełnie inaczej. Rozdaję część za życia (dwóch synów już dostało mieszkania w dużym mieście oraz po tanim aucie, czyli pozbyłem się, lekko licząc 800k, a na trzeciego mieszkanie czeka), ale znaczną, lwią część oddam im dopiero po śmierci. Muszę jeszcze zabezpieczyć żonę (o czym „Die with Zero” nie wspomina, a kobiety żyją dłużej), zakładam pół-emeryturę już dziś, a potem Freedom55. Do tego jestem człowiekiem oszczędnym i pomysł wydania 200k na dwuosobowy rejs dookoła świata kompletnie mnie nie kręci. Poza dziećmi będę miał i wnuki, a więc część zostawię im. Mogę żyć doskonale bez skakania na linie z mostu, bez zajrzenia w każdy zakątek Afryki i picia każdego możliwego alkoholu. Dam sobie radę bez Maserati. Wybieram bezpieczeństwo i stabilność, a nie ryzyko, że nie doszacuję własnej długowieczności. Jak już napisałem, w wymiarze społecznym, pomysł „przehulania”, istotnie godny jest pokerzysty, a nie rozsądnego ojca rodziny w klasie średniej.

Myśląc, komu mógłby być przydatny, widzę w zasadzie jedną, aczkolwiek rosnącą grupę – DINKS czyli bezdzietne pary. Brak dzieci, połączony ze średnimi relacjami rodzinnymi, skłania faktycznie do zostawienia grupie bratanków dokładnie zera. Jeśli ktoś jednocześnie nie boi się biednej starości nieznaczącej czasem „najwyżej umrę na tego raka, jeśli nie mogę zapłacić za jego leczenie”, ale „zamiast się rehabilitować, będę jeszcze 2 lata patrzył w sufit, przykuty do łóżka”, rozumiem i szanuję. Natomiast w moim (i wielu innych) położeniu, takie myślenie (podobnie jak druga skrajność „nic młodym za życia, bo wszystko moje”) raczej zaszkodzi, niż pomoże.

Ile można zaoszczędzić na kuponach w Lidlu czy Biedronce?

Kiedy w okolicach 2005 r. czytałem pierwsze amerykańskie książki o oszczędzaniu, w USA królowała jeszcze ekonomia starej szkoły oparta o The Tightwad Gazette, newsletter Amy Dacyczyn, z początku lat 90-tych. Nie pisano wtedy jak David Bach o „czynniku latte”, ani o wyborze emerytury zamiast wycieczek zagranicznych. Picie kawy w domu, a spędzanie wakacji nad krajowym jeziorem (jak główna bohaterka „Dirty Dancing” i jej ojciec – lekarz) uchodziło za oczywisty styl życia klasy średniej. Głównym sposobem na obniżenie wydatków było obniżenie kosztu zakupów spożywczo-chemicznych, które z jednej strony pochłaniały sporą część budżetu, a z drugiej dawały się racjonalizować. Królował pomysł, aby wycinać kupony drukowane w gazetach i łączyć je w sekwencje (np. -20% na mące i jeszcze -10% na całości rachunku) oraz używać dużych sklepów (odpowiedników naszych hipermarketów) zamiast małych sklepików.

Dzisiaj po serii wpisów emerytalnych (od bajek ZUS przez FIRE i Freedom 55) postanowiłem i ja wrócić do źródeł – analizując sposób oszczędzania na wydatkach zakupowych. Pokażę przy tym, jak zmniejszyć wydatki na podstawowych, lecz dobrze przechowujących się produktach: maśle, mleku, herbacie, mące, proszku do prania, czy płynie do czyszczenia łazienki ( coś opartego o chlor).

Przeciętna rodzina kupuje: 6 l mleka, 6 kostek masła, 2 kg mąki, 1 proszek do prania, 1 herbata (100 torebek) i Domestos. Wiadomo, że chodzi o zasadę, bo nie każde zakupy obejmą dokładnie taką chemię.

Cena nr 1. Osiedlowy sklep. Nie żadna Żabka, lecz z sieci spółdzielczej niedaleko mojego domu.

Masło – 7 zł/kostka x 6= 42 zł.

Mleko 3.2- 4 zł/litr x 6 = 32 zł.

Mąka 4 zł/kg x 2 = 8 zł.

Herbata lipton – 25 zł.

Proszek do prania – 60 zł/szt.

Płyn do toalet – 12 zł.

Suma: 179 zł.

Cena nr 2. Biedronka.

Mleko – 3.29 zł/litr x 6 = 19,74 zł.

Masło 4.99 zł/kostkę x 6= 29,94 zł.

Mąka 2.2 zł/szt x 2 szt = 4,4 zł.

Herbata litpon 20 zł.

Proszek do prania – 50 zł/szt.

Płyn do toalet – 9 zł.

Suma: 133.8 zł.

Cena nr 3. Biedronka z kuponem.

Mleko – 6 zł/6 litrów.

Masło – 12 zł/6 szt.

Mąka – 2+1 gratis = 4.4 zł/3 szt. czyli 2.92 zł/2 szt.

Herbata Lipton 100t 21 zł/2szt = 10,50 zł/szt.

Proszek do prania – 55 zł/2 szt. czyli 27.50 zł/szt.

Płyn do toalet 2+1 gratis = 18 zł/3 szt. czyli 6 zł/szt.

Suma: 64,42 zł za ten koszyk, a uwzględniwszy zakupy pełne (czyli 1 dodatkową mąkę, 1 herbatę więcej podobnie jak proszek oraz 2 płyny do toalet) – 116.4 zł.

Cena nr 4. Lidl.

Mleko 3,3 zł x 6 szt. czyli 19, 80 zł.

Masło 4,99 x 6 szt. – 29,94 zł.

Mąka 7,69 zł/2,5 kg

Herbata Lipton 20 zł/szt.

Proszek do prania – 60 zł.

Domestos 12.49 zł/1,25 l czyli 10 zł/litr.

Suma:129,62 zł (ale będzie nieco więcej mąki i Domestosa).

Cena nr 5. Lidl z kuponami.

Mleko 6 zł/6l.

Masło 8,94 zł/6 szt.

Mąka 7,69 zł/2,5 kg

Hebata Lipton 1+1 gratis = 20 zł/2szt. = 10 zł/szt.

Domestos 12.49 zł/1,25 l i drugi 70% taniej czyli 16,24 zł/2.5 litra i 6,5 zł/litr.

Proszek do prania 50 zł/szt.

Kupon minusujący na całe zakupy 15 zł pow. 150 zł.

Suma: 89,13 zł za koszyk, a uwzględniwszy zakupy pełne (dodatkowo 1 herbata i 1 Domestos) – 108.87 zł. Dokładając jeszcze coś z promocji (np. owoce, kawę itd.) do 150 zł mielibyśmy więcej produktów za 135 zł, bo dopiero wtedy uruchamia się kupon -15 zł.

Podsumowanie. Jak widzicie, dyskonty biją na głowę osiedlowe sklepiki, nawet bez promocji (o 25-30% taniej). Jeżeli dobrze pożonglujemy kuponami kupimy sporo więcej za niższą cenę (-30%). Wtedy cena jednostkowa (chociaż musimy mieć miejsce na zapasy) wyniesie zejdzie w dół o 60%.

Mogę zatem spokojnie powiedzieć, że odrzucając mięso, owoce, wędliny i pieczywo (tych nie warto kupować z uwagi na jakość), w dyskoncie z kuponami zaoszczędzicie od 30 do 60%. Sporo.