Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Jak żyją na wsi moi koledzy z dzieciństwa? Inny świat.

W marcu-kwietniu miałem możliwość przekonać się, jak bardzo różni się miejski styl życia od wiejskiego. Nie piszę przy tym o „wsi zabitej deskami” ani o „ludziach z pensją menedżera z IT tylko o przeciętniakach.

Przypadek 1. Mój kumpel „zza płota.” Nieco młodszy ode mnie, w dzieciństwie bawiliśmy się razem. Przyjął styl 3-4 miesiące intensywnej pracy „na szparagach”, reszta w domu, dorabiając. Starą stodołę rodziców przerobił na dom i ma lokal nie 35-60 m2 (standard deweloperski), ale 120 m2. Mówimy o człowieku, który zarabia obecnie z żoną ok. 50k rocznie, do tego dorabia sobie 4-5k dzierżawiąc pole. W sumie niecałe 5k/2 os. Auto? Dwudziestoletnie. Działalność rolnicza? Żadna – tylko warzywnik przy domu. Bezdzietny.

Przypadek 2. Kolega „z mojej wsi.” Starszy o 5 lat. Akurat on żyje z pola. Próbuje małych (nieudanych) biznesów, w stylu umowa na kurierkę, skup owoców. Zdrowie nie pozwala mu już ciężko pracować. Realnie zarabia 25k. Na kawalerskie życie – wystarcza. Auto? Stary Opel Astra rocznik 2004 r.

Przypadek 3. Mieszkaniec sąsiedniej miejscowości. Niewielkie (4ha) pole, praca w miejscowym zakładzie przemysłu spożywczego, niepracująca żona i 4-ka dzieci. Firma płaci minimalną plus za nadgodziny. MOPS daje 800+ i zasiłki.Razem 4,2 k pensji (na 6 osób) i 4k od państwa. 8.2 k. Wystarcza. Auto? Także dwudziestoletnie.

Generalnie, ludzie którzy nie opuścili tej grupy wsi, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza – bardzo nieliczna, utrzymuje się z ziemi (np. rówieśnik mojego starszego brata 30ha własnej + drugie tyle w dzierżawie) i małych firm (budowlanka, tartak itd.). Oni radzą sobie bezproblemowo. Druga – zarabia w okolicach minimalnej. Obie żyją znacznie poniżej poziomu, do którego przywykliśmy. Widzę to na pogrzebach. Mój 9-letni Ioniq, wiekiem i klasą znajduje się zawsze w top 10 na kościelnym parkingu, a bywa że i w pierwszej trójce. Trzon stanowią 20-letnie Audi, VW, Ople. Roczne przebiegi? Tylko 500 km. Za to znacznie droższe bywają traktory.

Nikt nie szaleje z wydatkami, sporo się oszczędza (bogatsi – by dokupić ziemi, biedniejsi – na czarną godzinę do skarpety). Domy ogrzewa się drewnen/węglem. Żywność kupuje w Biedronce. W niedzielę nadal pachnie rosół i domowe ciasto. Praktycznie nikt nie jeździ na wakacje.

O dziwo, mało rodzi się dzieci. Znam rodziny, w których trójka moich rówieśników dała dziadkom tylko jednego wnuka. Sporo osób (kawalerowie, niektóre małżeństwa) nie ma dzieci w ogóle i nie będzie ich mieć. Modele rodziny: singiel, DINKS, 2+1 pojawia się znacznie częściej niż zechce przyznać prawica. Jednocześnie, przywołany wyżej jako „przypadek nr 2”, głosuje na Brauna, uważając PiS za „sługę Ukrainy”, lajkuje posty Ewy Zajączkowskiej-Hernik itd. Konserwatyzm w głowie, nie idzie w parze z konserwatyzmem w życiu (poza typową chłopską oszczędnością).

Życie w mieście jest takie drogie. Opowieści słoika.

Mam kumpla, który pochodzi ze wsi, jest typowym słoikiem. Pomimo kawalerskiego stanu (a może właśnie z tego powodu), przeniósł się do miasta, a na wieś dojeżdża weekendowo. W tytule zacytowałem jego słowa: „Życie w mieście jest takie drogie.” Padły w kontekście kosztów utrzymania kawalerki .

Kumpel kawalerkę posiada na własność. Na jesieni 2025 r. przyszło mu powiadomienie o podwyżce opłat – obecnie będzie płacił 600 zł/m-c. Do tego: prąd, gaz, podatek, internet, telefon. Łącznie ok. 800-850 zł. I aż złapał się za głowę. Przecież to moje. Za co tyle?

Ano właśnie. Porównywał koszty z własnym drewnianym domem (większym od kawalerki). Tam sytuacja przedstawia się inaczej:

  • czynszu nie ma,
  • remont (dach, ocieplenie) robi znajomy, za sporo mniejsze pieniądze,
  • woda jest tańsza,
  • prąd zapewniają własne panele,
  • ogrzewanie + ciepła woda – drewno ze swojego lasu (+tzw. podkowa w piecu kaflowym).

Płaci się tylko podatek od budynków i gruntów (w sumie – na poziomie kawalerki), wywóz ścieków z oczyszczalni, opłatę śmieciową, abonament za prąd i butlę z gazem. Internet w telefonie musi wystarczyć (i tak słaby zasięg). W sumie koszt ok. 220 zł (z paliwem na ścięcie i dowóz drewna). Porównując z miastem – ok. 1/4.

Oczywiście komfort życia w „drewniaku” bez porównania gorszy niż miasto. Tutaj mamy do czynienia z innymi problemami. Drzewo trzeba ściąć, porąbać, wysuszyć i codziennie palić w piecu. Słaby internet wyklucza pracę zdalną. Remonty planujemy samodzielnie (nawet jeśli wykona je ktoś inny). Natomiast koszty – gigantyczna różnica. Za mniejszą powierzchnię w mieście, płacimy 4 razy tyle. W przypadku innym metraży, nożyce rozewrą się jeszcze bardziej (100m2 mieszkania da w samym czynszu i podstawowych opłatach spółdzielczych ok. 1700 zł, a nowy dom tej powierzchni utrzymamy za 450 zł). Jeśli dołożymy do tego różnice w cenie (100 m2 w tej lokalizacji: miasto – 1 mln zł, wieś – 0,3 mln), a zwłaszcza racie kredytu, widzimy różnicę wieś-miasto 5450 zł (1250 zł koszty utrzymania, 4200 zł na racie). Życie w mieście jest drogie. I nie zawsze równoważy go wzrost dochodu. Na omawianym przykładzie 100m2 mówimy o ponad 5000 zł/m-c.

Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. Nawet w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale nawet po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, nawet drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, że historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i nadal stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Kryptowaluty i spektakularna klęska. Jak zadziałał znany mechanizm „chciwość kontra strach”?

Na początku maja zadzwonił do mnie bardzo dobry kumpel. Zadał mi jedno pytanie: Czy sądzę, iż kasę z Zondacrypto uda się odzyskać? Szczerze powiedziałem, co myślę, że to gruby, od dawna zaplanowany wałek, mówiąc wprost – oszustwo. Wtedy padły trzy słowa: „Ale na YouTube różnie mówią.” Już wiedziałem. Wszedł w to, powierzył im swoją ciężko zarobioną kasę.

Sylwetka „inwestora”. Do tej pory miał najwyżej lokatę i to w tym „najbezpieczniejszym banku”. Do tego nieruchomość na wynajem. Trzymał się z dala od gięłdy „bo ryzykowna”. Dochód czerpał z ciężkiej, obciążającej psychikę pracy po 10 godzin dziennie z niepłatnymi nadgodzinami w biurze-Januszexie. Zainwestował w krypto około 20k, efekt 4 miesięcy spędzonych nad papierami, a w zasadzie, odejmując wydatki (z czegoś przecież musiał żyć) – 8 miesięcy. Jak spotkał się z krypto?

Przyczyny inwestycji. Namówił go młodszy kolega z biura. Nie widziałem tej sceny, ale znając mechanizm jestem w stanie dość precyzyjnie ją odtworzyć. Słyszałem o nim wielokrotnie: w 1993 r., 2001 r., 2008 r., słyszę i teraz. Otóż jest sobie konserwatywny starszy pracownik, obok niego siedzi „młody”, ubrany w dobry garnitur. Z rozmowy wynika, że „młody” inwestuje w super zyskowne akcje, które idą do góry, albo, jak w tym przypadku w krypto. Pojawiają się opowieści o zyskach: 3-4 razy większych niż możliwe do osiągnięcia z lokat. I włącza się schemat chciwości. Po długich namowach „stary” całkowicie ignoruje (bo nigdy o nich nie słyszał) typowe zabezpieczenia: dywersyfikacja, wybór sensownego brokera, koszty transakcji, wreszcie coś, co powtarzam jak mantrę „kupuj, gdy jest tanio”, zakłada rachunek, którego działania nie rozumie (a w zasadzie zakłada mu go „młody”) i składa pierwsze zlecenie.

Przebieg inwestycji. Stary trochę zarobi i łapie haczyk. Już jest kupiony. Przecież od tych 20k zyskał 4-5k, a więc kwotę, na którą lokatami pracowałby przez kilka lat. Wtedy pojawiają się problemy. Spadek. Pogłoski o trudnościach z wycofaniem pieniędzy (jak w historii kumpla z Zondacrypto). „Młody” tłumaczy: Nie słuchaj panikarzy i zawistników. Ale złych informacji przybywa. „Stary” wreszcie włącza schemat „strach” i sprzedaje. Co z tego, skoro nie może wycofać pieniędzy, dodatkowo traci na spadkach.

Szukanie dowodów, że coś da się uratować. Klasyka. Ile razy słyszałem: „Nie jest tak źle”, „Jeszcze się odbije”, „Na YouTube różnie mówią” etc. Tymczasem pieniądze istnieją na papierze, bo firma/giełda jest wydmuszką. Właściciel siedzi sobie daleko z pieniędzmi klientów. Do końca zapewniał o „przejściowych trudnościach”. Teraz razem z wyznawcami pompuje teorię o spisku. Prawda brzmi brutalnie – nic nie uda się uratować, wszystko przepadło. Oczywiście, mega szkoda mi kumpla, gdyby przyszedł do mnie wcześniej (a zadziałał kolejny mechanizm „Przyznam się dopiero wtedy, gdy dużo zarobię, żeby przekonać ludzi, że ja też potrafię,”), wyjaśniłbym mu o co chodzi i może zdążyłby wyjść w odpowiednim momencie. Albowiem przez lata uniknąłem wtopy z takimi „złotymi interesami” dzięki stosowaniu kilku zasad.

Zasada 1. Nie inwestuj w coś, czego nie rozumiesz. Nie kupuje kontraktów na zboże, akcji kopalni złota w Australii, spółek biotechnologicznych, ponieważ tych rynków nie rozumiem. Mój kumpel kryptowalut nie rozumiał, nie wiedział jak działa jakakolwiek giełda, nigdy nie inwestował.

Zasada 2. Omijaj podejrzane inwestycje. Inwestycje ulokowane w obcych krajach, tworzących sprawozdania w nieznanych językach. Estoński, dość podobny do węgierskiego, zna niewielka liczba osób, do tego raczej nie łączą oni tej umiejętności z czytaniem sprawozdań finansowych. Dlatego tak długo opinia publiczna nie wiedziała, że giełda Zondacrypto łamie podstawową zasadę bezpiecznej inwestycji – wykorzystuje rachunki swoich klientów (a w zasadzie ich aktywa) do spekulacji, nie oddziela środków spółki od powierzonych. W razie odwrócenia trendu, traci wszystko. Mój kumpel w teorii nie był mocno „do tyłu”, ale w praktyce pieniądze były tylko zapisami na wydruku. Jego kryptowaluty najprawdopodobniej pożyczono niewypłacalnym inwestorom z całego świata. Zniknęły. Podejrzane były też powiązania: właściciel nr 1 zginął bez wieści z kluczami do portfela, właściciel nr 2 siedział sobie w raju podatkowym, sponsoring polityków itp. I na koniec – zero nadzoru finansowego, pełna wolna amerykanka. Brzmi jak przepis na katastrofę. Tak upadał Enron, wywracał się Janusz Palikot, no i Zondacrypto.

Zasada nr 3. Nie kupuj na górce. Oczywista oczywistość. Krypto miało sens, gdy BTC kosztował 0,2 zł, no dobrze do 10k. Potem pojawiła się czysta spekulacja. Za tymi wirtualnymi walutami nie stoi żadna ekonomia, stąd trudności w wycenie i silne wahania kursu. Kupowanie jakiś ułamków jednostki, przy cenie po 300k zł/BTC zakrawa na szaleństwo. Wybieranie jakiś innych …coinów przypomina mi zabawę zapalniczką na stacji benzynowej. Albo zdobędziemy sławę nieustraszonego wśród kolegów, albo wylecimy w powietrze.

Zignorowanie tych trzech, dość prostych zasad, kosztowało mojego kumpla 20k. Kiedy usłyszał ode mnie „dobrze, że tylko 20k” prawie się obraził. Wtedy wytłumaczyłem mu te mechanizmy i opowiedziałem historię, o adwokacie, który w 1992 r., żeby inwestować na GPW stracił dom (sprzedał i stracił 2/3 kapitału), o nauczycielce, pragnącej udowodnić wszystkim swój inwestycyjny geniusz, gdy w 2007 r. kupiła fundusze inwestycyjne za pożyczone na hipotekę mieszkania 70k „bo młodemu, tak dobrze żarło”, o pewnym zamożnym, uczciwym biznesmenie, który próbował mnie przekonać „Palikot jeszcze się odbije, tam nie ma żadnego wałka”. Ponieważ szczegóły bywają różne, ale schemat podobny – złamanie powyższych trzech zasad, które kończy się finansową katastrofą.

Nie warto dłużej pracować na emeryturę. Informacje dla 40-latka z paszczy ZUS plus analiza danych.

W oficjalnych wystąpieniach przedstawiciele ZUS (i ich opłaceni agenci lub „pożyteczni idioci” rozsiewają propagandę o opłacalności dłuższej pracy. Czasem jednak, tak się zdarzy, że na oficjalnej stronie molocha pojawią się prawdziwe dane. Pomimo opowieści o uproszczeniu bloga, nie mogłem nie skorzystać. Bierzcie i Wy.

Skrót całego wpisu „bo ma być prosto”. ZUS twierdzi, że dodatkowe 5 lat pracy (i opóźnienie przejścia na emeryturę) zwiększy nasze świadczenie o 20%. W rzeczywistości jest to 3.5%. Przyczyny? Stałe wydłużanie teoretycznej długości życia (1,5 roku w ciągu 5 lat), inflacja kasująca wyniki waloryzacji, oraz niewielki wpływ dodatkowych składek.

Kto lubi dawnego Oszczędnego Milionera – niech czyta dalej.

Jak zwykle tytuł odbiega od treści: https://www.zus.pl/-/późniejsze-przejście-na-emeryturę-się-opłaca#:~:text=Opóźnienie%20przejścia%20na%20emeryturę%20przekłada,latach%20–%20ponad%201/5, ale nie o to tym razem chodzi. Skoncentrujemy się na danych. Pochodzą z 2025 r., więc możemy uznać je za aktualne.

Informacja nr 1. Dla osoby w wieku 60 lat każde 100 tys. zł zapisane na koncie w ZUS to 375,38 zł miesięcznej emerytury. W wieku 65 lat to już 452,90 zł.

Niby prosta sprawa. Krótko mówiąc, mając 1 mln na koncie emerytalnym (dla uproszczenia główne konto ZUS+subkonto), dostaniesz 4529 zł brutto emerytury, jeżeli przejdziesz w wieku tzw. ustawowym. Ponieważ to więcej niż 3773,80 zł podobno warto pracować 5 lat dłużej, bo to dokładnie 20%. Tak twierdzi ZUS. Ja mówię sprawdzam.

Zgodnie z tabelami dalszego trwania życia, 60-latek (statystycznie, kobiety i mężczyźni razem) miał przed przed sobą w 2025 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,13.html) jeszcze 266 miesięcy życia, 65-latek 220 miesięcy. Oznaczałoby to, że pierwszy dożyje 82 lat, a drugi 83 lat. Pomijam fikcyjność takich prognoz (w rzeczywistości mężczyźni nie żyją tak długo, lecz raczej 75 lat, a kobiety 83 lata), ale skoncentrujmy się na danych.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,996 mln zł (4529 zł x 220 miesięcy).

Nie jest to żadna fizyka czarnej dziury, ani czary, tylko wynik zwykłego mnożenia (działanie na poziomie bodajże 5 klasy szkoły podstawowej), danych które podał nam ZUS. Pracując dłużej, odbierasz mniej.

To działanie da się sprawdzić. Nasza emerytura wzrośnie o 20%, a pobierać ją będziemy o 21% krócej. Niby niewiele, ale trudno nazwać wynik „opłacalnym przedłużeniem pracy”.

Idźmy dalej. Gdybyśmy przyjęli, że pracując dłużej wcale nie zwiększymy średniej długości własnego życia (a jedynie tabele statystyczne ulegną cudownej korekcie), mamy jeszcze jeden ciekawy efekt. 60-tkę i 65-lat dzieli 60 miesięcy (5 lat), a nie 46 miesięcy. Skąd bierze się 14-miesięczna (30%) różnica. Z GUS-owsko, ZUS-owskiej szacherki liczbami, ale z czegoś jeszcze, o czym warto pamiętać. Część ludzi dożyje 60-tki, ale emerytury w wieku 65 lat już nie. Gdybyśmy jednak założyli, że mamy szczęście kwota, którą faktycznie odbierzemy z systemu, idąc na emeryturę wcześniej nie zmienia się, a opóźniając spada.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,933 mln zł (4529 zł x (266-60) miesięcy).

Kwotę ZUS-owskiej emerytury pięć lat później powinniśmy bowiem dzielić przez 60 miesięcy mniej (czyli 206 miesięcy). I tak zamiast 20% więcej robi się 7% mniej.

Informacja 2. Średnia długość życia 60-latka zwiększyła się wg GUS i ZUS o 2,4 miesiąca w ciągu 1 roku. 65-latek „wydłużył” życie o 1,9 miesięcy.

Dane biorę stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html i stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html.

2026 – 268,9 oraz 222,7

2025 – 266,4 oraz 220,8

Jeszcze ciekawszy wynik uzyskamy, patrząc na dane z 2021 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,9.html)

60-latek – 247,7

65-latek – 204,3.

Tylko na przestrzeni 5 lat (2021 kontra 2026) ZUS i GUS cudownie przedłużyły nam życie o 21,2 miesięca (60-latkowie) i 18,4 miesiąca (65-latkowie).

Jak to przekłada się na wysokość emerytur? Dość prosto. Skoro znamy wzór:

Emerytura=kapitał/średnia długość życia,

to podstawienie danych da nam następujący rezultat:

60-latek w 2021 roku – 1.000.000 zł/247,7 = 4037 zł

jako 65 latek w 2026 roku – 1.000.000 zł/222,7 = 4490 zł

Jak widzicie gołym okiem, różnica nie wynosi wcale 20%, jak nam obiecywał ZUS, ale 11.2%. Połowę mniej. Każąc nam pracować 5 lat dłużej ZUS, zmieniając tabele długości życia, państwo okradło nas z prawie połowy zysku.

Informacja nr 3. Dodatkowe składki z pracy powiększają sumę zgromadzonych środków.

Licząc od minimalnego wynagrodzenia, dodatkowe miesięczne składki wyniosą 281,44 zł (https://www.zus.pl/-/nowe-wysokości-składek-na-ubezpieczenia-społeczne-w-2026-r.). Rocznie to już 3.377,28 zł. Mnożąc przez 5 lat – 16.886, 40 zł.

Wygląda poważnie, ale de facto kapitał 1 mln zwiększył się o ca. 1,69%. W tym czasie ZUS oszukał nas na średniej długości życia o 9% (o tyle statystycznie zwiększyła się średnia długość życia w latach 2021-2026). Przy znanym wzorze emerytalnym (emerytura = kapitał/średnia długość życia) da to następujący efekt:

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.016.886,40/220,8 = 4605 zł

Dokładanie składek wcale się nie opłacało.

Informacja nr 3. Kolejne waloryzacje składek pomnażają kapitał emerytalny (działa też siła procenta składanego).

W tym miejscu ZUS podaje kwotę waloryzacji z 2025 r. – 9,49%. I zaczyna mnie rozśmieszać. Takie dane mogę sobie włożyć między bajki. Ponieważ wiem (w przeciwieństwie do ekonomicznych analfabetów), iż wysoka waloryzacja=wysoka inflacja, a wskaźniki waloryzacji wcale nie wyglądają tak fajnie, na tle wzrostu cen i płac (zwłaszcza minimalnej). Albowiem im więcej dostanę, tym więcej muszę wydać. Zastosuję tutaj trzy mierniki, o których ZUS nic nie mówi i jeden powszechnie podawany (waloryzację).

Teoria. Od 2022 r. przez 5 lat waloryzacja ZUS wyniosła (skumulowane dane w nawiasach):

2022 – 107%,

2023- 14,8% (22,84%),

2024 – 12,2% (37,82%),

2025- 5,5% (45,4%),

2026 – 5,3% (53,1%).

Krótko mówiąc – w teorii nasz kapitał obliczeniowy zyskał 53%. No i teraz odpowiedzmy sobie uczciwie, ile od 2021 r. wzrosły ceny?

Podpowiem na szybko:

  • prąd – (z 0,6 zł/KWh do 1.25 zł/KWh) ponad 100%,
  • chleb (z 2.8 zł do 5 zł za 0,5 kg) -78%,
  • kawa (z 13 zł do 28 zł za 0,25kg w mojej palarni) ponad 100%,
  • najtańszy nowy samochód (Dacia Sandero z 37k obecnie 66k) – 78%,
  • drewno opałowe, gaz – ok. 100%,
  • złoto – (z 225 zł/g do 530 zł/g) – 135%.

Drugi miernik wartości poza cenami (pensja minimalna) rósł też ciekawie +71%.

A trzeci? Inflacja. W tym samym okresie 43%. Kiedy to już wiemy, najbardziej konserwatywnie, realna waloryzacja to 10% (53% waloryzacji nominalnej i 43% inflacji). Gdyby liczyć do pensji, waloryzacja byłaby ujemna nawet – 18%, a do nośników energii -47%.

Ale trzymajmy się danych oficjalnych +10% i policzmy realne emerytury, nakładając na siebie trzy dane: średnią długość życia, realną waloryzację i dodatkowe środki z pracy (które dodatkowo nieco zawyżyłem, bo nie chciało mi się liczyć składek od pensji minimalnej w każdym z 5 lat).

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.118.575,04/220,8 = 5066 zł

Podsumowanie. Biorąc pod uwagę wszystkie dane ZUS i GUS, 5 lat dłuższej pracy, przekłada się na o 3,5% wyższą emeryturę. Dane te podaję w latach wysokiej inflacji, bardzo korzystnej dla współczynników waloryzacji.

Wynik przekonuje nas, że dłuższa praca, w oczekiwaniu na wyższą emeryturę, kompletnie nie ma sensu. Te 5.1% waloryzacji w 2026 r., gdy dostaję 8.5% na obligacjach (korporacyjnych) mocno mnie śmieszyłoby, gdyby nie było smutne. Państwo więcej płaci bankom (oprocentowanie obligacji inflacyjnych 5.6%) niż emerytom. Do tego bankierów nie kantuje na średniej długości życia.

Nie muszę nikogo przekonywać, że w naszym zmiennym świecie, liczenie, że przeżyję dodatkowe 5 lat, dla 3,5% zakrawa na kpinę z matematyki.

Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.

FIRE w dobrze płatnym zawodzie. Mental.

Ten wpis zawdzięczacie Bartkowi i jednemu z moich klientów, wziętemu coachowi. Pierwszy poruszył temat nieprzechodzenia dobrze płatnych zawodów (w szczególności lekarzy) do bycia FIRE, z powodu „marnowania talentów”, a drugi przeprowadził ze mną rozmowę o skutkach tzw. głębokiego coachingu tj. ćwiczeń z podświadomością i zakorzenionymi przekonaniami. Doznałem szoku, gdy dowiedziałem się, że jakiekolwiek problemy psychiczne, a więc nie tylko choroby (co i dla mnie wydawało się oczywiste), ale wszelkie zaburzenia, kryzysy (depresja, wypalenie) dyskwalifikują kandydata na coachowanego, ponieważ mogą zaprowadzić go do szpitala psychiatrycznego. Taki człowiek (niezależnie od zawodu) dochodzi czasem do wniosku, podobnego do Adasia Miauczyńskiego ” I jak ja stanę przed Bogiem? Czy bogami może? Co będę reprezentował, gdy zacznę przestawać być? Jaki będę miał bilans? Jakie winien i ma? Humanista, bez łaciny i greki, inteligent bez choćby angielskiego, rosyjski słabo i w razie czego danke schön, z ledwie liźniętą rodzimą klasyką, która mnie zresztą żenuje i nudzi, z nieprzeczytaną Biblią, ledwie zaczętym Proustem, Joyce’em, bez obejrzanych teatrów i filmów, bez prawie wszystkiego zresztą, czego nie było w telewizji, z niezbudowanym domem, niezasadzonym drzewem”.

Dlatego postanowiłem napisać o mentalu, rozumianym jako zespół przekonań, ale i narzędzi do pracy z własnym umysłem.

Zacznijmy od przekonań. Rozmawiałem z wieloma przedstawicielami wolnych zawodów, w tym dobrze zarabiającymi lekarzami. Wielu z nich, o czym już pisałem, nie ma czasu na żadne rozkminy, bo zap….la od rana do nocy. 250-300 godzin miesięcznie daje standard „wysoko wykształconego” specjalisty. W kieracie, opcja jednorazowego przeznaczenia 2-3 godzin na lekturę inną niż podnoszenie poziomu zawodowego nie istnieje. Zwycięża fizjologia i podstawowe potrzeby. Ratowanie małżeństwa przed rozpadem, albo właśnie romans i praca nad rozpadem. Próba utrzymania się na powierzchni czysto fizycznie, ze świadomością potrzeb ciała, a więc siłownia, narty, bieganie, rower. Taka diagnoza dotyczy 70% grupy. 20-30% albo już zwolniła z racji na wiek (np. moja „rodzinna”, parę lat po 70-tce pracuje już tylko na jednym pełnym etacie) albo jak przywoływany kolega z podstawówki, dokonał przemyśleń i od 45 r.ż woli dojechać 2 razy w tygodniu do warszawskiego prywatnego szpitala, ale mieć czas dla dwójki późnych dzieci. I teraz przyczyny.

Część, oceniam ją jako istotną, tkwi w przekonaniach o „ważności zawodu lekarza”, „ważności zawodu adwokata” itd. Nie chodzi nawet o etos, lecz po prostu pozycję społeczną. Lubią tę pozycję, co każe się trzymać zawodu, który dodaje +50 do towarzyskiej atrakcyjności. I tutaj widzę miejsce na mental. Patrząc z trzech perspektyw. Z jednej, emerytowany (nawet FIRE) lekarz nie przestaje być jednak lekarzem. Z drugiej, mój zawód i ja, stanowią dwie różne kategorie, a nie jeden byt. Z trzeciej, w społeczeństwach egalitarnych (np. w Szwecji), zawód śmieciarza jest tak samo ważny jak lekarza, adwokata czy księgowego (a także bankiera inwestycyjnego, o czym później). Wyłączenie takich przekonań, pozwala nie tylko oderwać się od kieratu, ale w wielu przypadkach uniknąć przedwczesnej śmierci z przepracowania. Oczywiście, większość tego nie zrobi, ponieważ zwyczajnie nie ma czasu na refleksję. Z tego źródła wypływa rzeka myśli o „marnowaniu talentów”, albowiem talent chirurga ceni się wyżej niż muzyka, nawet jeśli zbiegają się w jednej osobie.

Druga szkodliwa grupa przekonań, bazuje na „kulturze zapierdolu” tj. przekonanie, iż wartościowym jest człowiek, który pracuje po 12-16 godzin na dobę, a reszta to roszczeniowi lenie. Takie przekonania kierują ludźmi (o jednym przypadku pisałem), twierdzącymi „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin na dobę” albo ostatnio zasłyszanymi zawodowo „skończyłam wczoraj pracę o 23.29 i oczekuję szacunku i zrozumienia”. Młyńskie koło opisywanej kultury, napędza bańka społeczna, bo są powszechne w grupie. O tym pisał Arur Nowak w „Adwokatach”, widać ją w „Bogach”, wszelkich wspomnieniach o słynnych lekarzach z ostatnich 30 lat, obserwuję ją też w rozmowach. Oczywiście te przekonania i cała „kultura zapierdolu” nie są nic warte i powoli się od nich odchodzi. Specjalista umęczony to specjalista niewydajny, niekreatywny, a nawet popełniający błędy. Poza pracą istnieje życie i ono przelatuje nam obok mijających lat. Mam w dalszej rodzinie dwie siostry, z których jedna wykonuje tzw. boski zawód, a druga nie. Pierwsza, przed 70-tką nadal haruje, druga, parę lat młodsza, siedzi już sobie na emeryturze, od wiosny od jesieni w wiejskim siedlisku. Wszyscy, którzy zrezygnowali z szarpania się z rzeczywistością doznali olśnienia, które obserwuję w boleśnie szczerych felietonach wspomnianego Artura Nowaka. Pisze on, że po 50-tce ciało odmówiło mu posłuszeństwa, coraz częściej potrzebuje „nie pobudki lecz rozruchu”, wzrusza się prostymi zjawiskami i własnymi małymi szczęściami. Porównajmy takie przemyślenia z bufonadą prof. Matczaka, z tymi jego „leniami”, „ludźmi bez wartości” (zarówno w sensie niepożyteczni jak i nihilistyczni) czy roszczeniowymi socjalistami prof. Balcerowicza (przypomnijmy, na ironię byłego członka PZPR). Warto odrzucić ten mental. Paradoksalnie, przykładów mamy sporo. Mój wielki zawodowy mentor, zamykał biuro na 3 tygodnie i jechał sobie na turniej tenisowy, miał czas na intensywne lektury, rodzinę? Jak to możliwe. Nauczył się sztuki rzadko dostępnej specjalistom (z adwokatów-celebrytów opanowali ja chyba tylko Kalisz i Giertych, a lekarza nie znam żadnego) a w świecie biznesu oczywistej tj. delegowania. Lekarze, księgowi, etc. to mistrzowie mikrozarządzania. Ordynator przy obchodzie pyta jaką temperaturę ma każdy pacjent, pomimo iż salą zajmuje się nie kowal, nie mechanik samochodowy, tylko wykwalifikowany lekarz – ordynatora zaufany współpracownik i podwładny. Taki lajf, takie przekonania, takie ustalone zwyczaje. Stąd poważni doktorzy, czterdziestolatkowie pocą się przed obchodem i wkuwają na pamięć „Kowalski 37,5, Malinowski 38”, oraz doznają upokorzenia publicznej dezaprobaty, gdy coś pokręcą. Niektórym te sytuacje wprost śnią się w koszmarach. Cierpią, ale zmienić tego nie potrafią.

Trzecia grupa przekonań, wywodzi się z obserwacji. Otóż, kto pracuje ten ma. Wzięci przedstawiciele wolnych zawodów biedy nie cierpią. Dla nich, tu cytat z pewnego chirurga, bohatera książek Thomasa Stanleya „pieniądze to najłatwiej odnawiający się zasób”. Stawki 1200 zł za godzinę w Polsce nie należą do rzadkości. Stąd pracując godzin 300, zarabiają 360 tys. zł/m-c, pławiąc się w wygodzie. Porzucenie stylu życia odetnie minimum 50-70% dochodów. Jednocześnie następuje znany i opisywany już przeze mnie paradoks wzrostu konsumpcji w miarę skoku przychodów. Widzę sędziów (publiczne oświadczenia majątkowe), lekarzy, adwokatów, księgowych, wszystkich w średnim wieku i z grubo ponadprzeciętnymi dochodami, którzy nie zgromadzili prawie żadnego istotnego majątku. Coś tam odziedziczyli, mają dom, mieszkanie na wynajem, 100k na koncie, i to wszystko. Bywają i inni, ale w mniejszości. A mówimy o ludziach w średnim wieku. Jak to możliwe? Już Thomas Stanley w „Przestań zgrywać milionera…” na podstawie badań ankietowych wyciągnął wniosek. Specjaliści są najczęściej przykładem kategorii „bogatych pod względem dochodu” tzn. osiągają status dolarowego milionera, ponieważ zarabiają znacznie ponad przeciętną (w Polsce minimalne wynagrodzenie lekarza wynosi 12k, a średnie ponad 27k, co nie dotyczy kontraktowców z dochodami czasem 30x średnia krajowa), a nie z powodu umiejętności pomnażania pieniędzy. Znowu – znamy wyjątki (sam Stanley opisuje „lekarza w Hondzie”, którego nowy portier nie chciał wpuścić na lekarski parking z uwagi na zbyt słabe auto). Działa w tym miejscu pewien paradoks, oparty o matematykę i ekonomię. Żeby zarobić 10% rocznie z inwestycji, trzeba mieć zupełnie inne kompetencje niż na zyski 5%. Jednocześnie te 10% od 300 tys. zł, to „ledwie” 30k. Łatwiej je zarobić, dokładając sobie godzin pracy, niż poświęcając lata na praktykę inwestowania i zaliczając po drodze straty. Ta część wywodu ma najistotniejsze znaczenie. Wielu lekarzy, adwokatów, po prostu na FIRE nie stać.

I powoli zbliżamy się do końca, który sygnalizowałem w komentarzu. FIRE nie ma szans na bycie zjawiskiem powszechnym, i tu pełna zgoda z Bartkiem. Powód tkwi w mentalu czyli usunięciu tych szkodliwych przekonań z własnej głowy (co wymaga czasu i zastąpienia ich prawdziwymi twierdzeniami), ale i rozwijaniu umiejętności kompletnie zbędnych zawodowo. Lekarz nie czerpie społecznej akceptacji z umiejętności pomnażania kapitału lecz z ratowania zdrowia. Te dodatkowe 5% rocznie, które po latach kumulują się w miliony, nie bierze się z kapelusza, tylko lektury i ćwiczeń. Inżynier, który porzucił zawód, żeby prowadzić argoturystykę (Panie Waldku, brawa dla Pana za odwagę) uchodzi za dziwaka, albowiem z szacownego „pana inżyniera” stał się po prostu „panem Waldkiem” pokazującym ludziom, jak robić masło i karmiącym kozy. Właścicielka firmy (Joanna Posoch), która rzuciła Warszawę, żeby prowadzić na Warmii „Lawendowe Muzeum Żywe”, usłyszała od matki stary tekst „a z czego ty córciu będziesz teraz żyć”, wypowiedziany z autentyczną troską i przerażeniem. Stąd pomysł na moją „aktywność FIRE”. Ponieważ, jeśli rozmawiam z zawodowymi kolegami, którym kompletnie obce są inwestycje, często pojawiają się słowa „trzeba nie mieć rozumu, żeby rzucić niezłą pensję” (na marginesie – na poziomie hydraulika pracującego dwa tygodnie w miesiącu) albo „nie jest tak źle, pracujemy tylko na 4 etatach, ale przecież mamy czas wyjechać na narty” itd. Większość specjalistów, nie rozwijając umiejętności pomnażania pieniędzy („zapędzenia własnych oszczędności do pracy na nas i zamiast nas”) o FIRE nawet nie pomyśli. A pisząc „większość” nie mam na myśli „50%+1” lecz raczej 95%. I nadal mogę zaniżyć ten odsetek. Główny nurt „prestiżowa praca od studiów aż po grób plus 15 lat ciężkiej nauki” trzyma się doskonale, a FIRE-owcy płyną w nim tylko jako boczne ożywcze źródło, dopływ n-tej kategorii. Nie miejmy złudzeń. Pewien wyjątek zauważam w IT, ale tylko z tego powodu, że znajomość matematyki praktycznej, informatycy stoi na wysokim poziomie. W końcu kto, jak nie oni, potrafi obliczyć mój ulubiony wzór na czas osiągnięcia FIRE, bazujący na logarytmach.

Podsumowując. Mental jest ważnym elementem FIRE, także w dobrze płatnych zawodach. A może przede wszystkim w nich.

Czy stała rata hipoteki gwarantuje wysoką dzietność?

Jeden z polityków powiedział niedawno tak: „Zakładajcie rodziny teraz. Bez rodzin nie przeżyjecie, choćbyście mieli po sześć mieszkań.” Jako antidotum na trudną sytuację wskazał kredyty hipoteczne o stałej racie. Czas rozłożyć na czynniki pierwsze tę wypowiedź.

Zacznijmy od początku czyli niemożliwości przeżycia bez rodziny. Nie bardzo wiem, co poseł miał na myśli. Nie żyjemy na XIXw. wsi, żeby dużo dzieci gwarantowało emeryturę i przeżycie. Mit o „szklance wody na starość” także upadł wraz z rozwojem usług opiekuńczych i świadczeniach, a tu jeszcze te 6 mieszkań. Otóż, znam wiele osób, które nie posiadają dzieci. Żyją sobie w parze, albo jako single i doskonale prosperują. Celowo pomijam tych 45-, bo los jeszcze może im się odmienić. Pięćdziesięciolatkowie chodzą do lekarza, jeżdżą po świecie, rodzinę zastępują im przyjaciele. Starsi wymyślili nawet pomysł na niedołężność – komuna singli, pomagających sobie wzajemnie. Duży parterowy dom, w pięknym miejscu, w którym każdy ma kawalerkę (pokój z aneksem kuchennym i łazienką), z przestrzenią wspólną.

6 mieszkań, jak już zdekodowaliśmy z Bartkiem, gwarantuje dochód 12-15 tys. zł/m-c. Dla pary wystarczy. Zwłaszcza, jeśli zlokalizowane w dobrym miejscu. Jedno pójdzie na udział w komunie singli.

Teraz druga część – stała rata hipoteki. Pan poseł – weteran kredytów (zanim wszedł do polityki miał kilka takich zobowiązań), zapomina o kilku zmiennych. Są nimi: brak zdolności kredytowej (na którą nie pomoże stała rata), oraz wysokość raty. I tu docieramy do sedna problemu. Stała rata ma sens, o ile pozostaje niska, w zasięgu możliwości. Dzisiaj da się zaciągnąć kredyt ze stałą ratą (precyzyjnie – ze stałym oprocentowaniem i ratą annuitetową), ale jest on sporo droższy. Czy ktoś go wybiera? Nadal niewiele osób. Model zachodnioeuropejski, dzięki Euro (któremu nasz polityk akurat się sprzeciwia) ma inny układ – oprocentowanie stałe na minimum 10 lat i 3-4%. Pozostaje nam powiedzieć „sprawdzam”. Czy w UE młodzi biali mają wiele dzieci? Nie. Pomimo stałego oprocentowania hipotek. Czy mieszkania w dużych miastach stały się w takim Paryżu czy Lyonie dostępne? Też nie. Proponowany system nie działa. Czas wyjaśnić przyczynę.

Model ekonomii napędzanej przeprowadzkami do wielkich miast powoli się wyczerpuje. Niesie bowiem w sobie pewną stałą sprzeczność, (podobnie jak teoria o niskiej dzietności spowodowanej niedostępnością mieszkań, jeśli znamy przeludnienie lokali i dzietność w II RP). W teorii, metropolie gwarantują świetne zarobki. W praktyce:

  • trzeba różnicę przeznaczać na mieszkanie,
  • rozrastające się miasta powodują długie dojazdy i brak czasu,
  • wyprowadzając się np. do Warszawy, młodzi ludzie odrywają się od systemu wsparcia w postaci rodziców,
  • brak czasu+brak rodziców na miejscu = brak możliwości założenia rodziny i sił na takie akcje.

I nie pomagają nawet duże pieniądze. Jednocześnie, dzieje się tak, że dzieci nie ma także na prowincji. Nie rodzą się. Dlaczego? Skoro wsparcie jest, bezrobocie niskie?Otóż działa jeszcze jeden mechanizm. Do miast wyjeżdżają głównie kobiety, na miejscu zostają mężczyźni. I nie mają z kim tych dzieci płodzić. W wielkich miastach, nierównowaga działa w drugą stronę – stała nadwyżka młodych kobiet nad młodymi mężczyznami, wywołuje podobny skutek – nadmiar singielek.

Pewnym lekarstwem okazuje się praca zdalna, odrywająca miejsce zamieszkania od miejsca zatrudnienia. Niby podpisaliśmy umowę z firmą warszawską, a pracujemy z domu. Dokładnie minutę po wybiciu 17 (albo i 15, gdy pracodawca stosuje elastyczny czas pracy), cała biurowa masa jest wolna i od razu we własnym mieszkaniu. Nie musi marnować 1 godziny (Białołęka) na powrót do domu. Ale i praca zdalna nie zahamowała spadku dzietności. Dlaczego?

Otóż główną przyczyną nieposiadania dzieci pozostaje obserwacja, że lepiej mieć 6 mieszkań (albo 12 jak inny poseł), niż dwójkę dzieci. Komfort życia większy, problemów mniej. Do tego dołóżmy różne niezbyt szczęśliwe teorie etyczno-estetyczne (przeludnienie Ziemii, dzieci hałasują, brudzą, śmierdzą itd.), świadomość działania systemu (dla kobiety dziecko powoduje mniejszą wartość na rynku pracy, dla mężczyzny ryzyko płacenia alimentów i nieoglądania potomka). Swoje robi „pedagogika wstydu” czyli etykiety od obu stron politycznego sporu – od „kobiet dających w szyję” do „madek”. Na skutek tych zjawisk (plus całego zestawu zmian: późniejszych emerytur, chęci „prawdziwego życia na starość, zamiast bawienia wnuków”), posiadanie dzieci nie jest ani modne, ani łatwe. I stałe oprocentowanie hipotek nic tu nie zmieni. Ponieważ przyczyn obecnego stanu rzeczy jest znacznie więcej niż dostępność mieszkań.

Czy dzisiaj da się wybudować dom za gotówkę? Czy lepiej jednak finansować się kredytem?

Temat wywołał Tomsi, swoim komentarzem o hipotece jako elemencie kultury wynajmu. Ja z kolei podzieliłem się anegdotą o wyliczeniach doktora ekonomii sprzed 30-stu lat, że lepiej budować szybko niż rozkładać inwestycję na wiele sezonów. Do warunków lat 90-tych już nie wrócimy. Zasadniczo to dobrze (nowy samochód Citroen Xsara – odpowiednik dzisiejszej Skody Octavii, kosztował wtedy 35 pensji), rynku hipotek w zasadzie nie było, ale ceny, ceny wydawały nam się niższe.

Policzę zatem w warunkach dzisiejszych.

Zacznijmy od definicji słowa „dom”. Tutaj napotkamy pierwszą przeszkodę. Pan doktor budował czterokondygnacyjną, 300-metrową landarę, na działce ok. 300 m2. Oficjalnie dlatego, że plan dopuszczał tylko „bliźniaka”, a druga połowa należała do małżeństwa lekarzy, którzy zdążyli już mieszkać w budynku o 3-piętrach (5 kondygnacji) i powierzchni pewnie 500m2. Więc, żeby nowy dom nie wyglądał jak siedziba ogrodnika… Dzisiaj z perspektywy 30-lat nikt, poza bogaczami takiego domu nie wybuduje i zresztą, po co (i wtedy nie miało to już sensu, ale ludzie żyli w pojęciach po komunie). Domem nazwiemy raczej 70-150 m2 konstrukcję. Niektórzy rozciągną znaczenie na 35-200m2. Niech i tak będzie.

I teraz koszty. Tutaj mam w miarę świeże miary. Moi dwaj kumple wybudowali niedawno (lata 2025-2026) dwa domy. Jeden w wersji Lux (i znacznie większej powierzchni, przeznaczonej częściowo pod wynajem krótkoterminowy), pochłonął ok. 10 tys. zł/m2. Drugi, sporo mniejszy, budowany systemem gospodarczym, ze sporą ilością pracy własnej, powstał za 5 tys. zł/m2. W obu przypadkach nie liczę działki. A ta potrafi kosztować sporo. I tu docieramy do sedna. Liczy się lokalizacja, ale taki wybór (o ile nie dostaniemy od rodziny) kosztuje. Wrócę do domów kolegów, oba w miejscowości atrakcyjnej turystycznie (ceny porównywalne z moim Lublinem). W pierwszym przypadku, dużego 500-metrowego budynku, działka= 10% ogromnych kosztów budowy. W drugim (bliżej centrum, ale dom „ledwie 180m2”), działka = 50% znacznie niższych za m2 kosztów budowy. Gdybym przeniósł to na warunki sporego miasta. Kto chciałby się budować blisko centrum, musi kupić nie działkę (bo ich już nie ma), ale dom do wyburzenia np. taki jak mój za 1 mln zł, a następnie wybudować nowy za kolejny milion (jeżeli mówimy o sporym udziale własnej pracy i 120m2). W sumie 2 mln za 150 m2 na 300-metrowej działce. Alternatywy? Dom 120 m2 na przedmieściu za 1,3 mln (na działce 150m2). To jest 65% ceny i znacznie mniej kombinacji, co wyjaśnia nam, dlaczego tak mało mamy indywidualnych budów. Drugi biegun – moja wieś. Działka „od rodziców” (realna wartość ok. 200k) i te same 120 m2 wybudowane za 600k, przy pomocy sąsiadów (czyli taniej). W sumie, gdyby doliczać działkę – 120 m2 za 800k. I powiem szczerze, za podobne pieniądze, praktycznie nikt tego nie odkupi. Ale wróćmy do rachunków. Mamy granice ceny 800k-2mln zł. Wiadomo, wielu pójdzie w minimalizm i za 250k (plus drugie tyle działka) za 500k ma dom modułowy o powierzchni 40m2, który zestawią na budowie w 2 tygodnie. Trzymam się jednak tradycji – 800k-2 mln za dom. I pomiędzy wsią a bliską lokalizacją miasta (w przypadku Warszawy – wyniki mnożymy x 2).

Pytanie 1. Ile czasu trwałaby budowa domu za 800k z bieżących dochodów? Świetna kwestia. Patrząc realnie na dzisiejsze społeczeństwo, para, zarabiając bardzo dobrze, czyli ok. 25k netto/m-c (ok. 2 średnie miejscowe na osobę), da radę, mocno zaciskając pasa, odkładać 200 tys. zł/rok. Wielu powie, nierealne, w końcu mówimy o życiu za 8k, gdy zarabia się 25k, ale na chwilę załóżmy, że „dasię”. Dom na wsi wybudujemy w 4 lata.

Pytanie 2. Ile trwałaby budowa domu za 2 mln z bieżących dochodów? Tutaj już nieco hipotez. Przy dochodach jak w pytaniu pierwszym – 10 lat ciągłego oszczędzania. Przy 2 razy większych (4 średnie miejscowe na głowę), mamy 400k oszczędności/rok i 5 lat budowy.

Te 4-5 lat nie wyglądają strasznie, dopóki nie uświadomimy sobie kosztu i warunków. Niewiele znam par trzydziestoparolatków z dochodem 25k-50k/m-c. W praktyce – lekarze, IT, przedsiębiorcy. Takich, którzy zgodziliby się na oszczędzanie 2/3 dochodu przez 5 lat, czyli na rezygnację z wakacji, zakupów, zmiany samochodu, a stylu życia ludzi znacznie biedniejszych – chyba żadnej. I tu dochodzimy do sedna.

Pytanie 3. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 600k? Ok. 3600 zł/m-c i 43 k/rok. Wprawdzie przez 30 lat, ale kwotowo – znacznie mniej.

Pytanie 4. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 1,5 mln? Ok. 9000 zł/m-c i 108 k/rok. Podobnie, jak w pytaniu 3, nieco ponad 25% wydatku gotówkowego, chociaż spłacenie domu wydłuża się 6-krotnie.

Podanie tych liczb, wskazuje nam na wnioski. Budowę domu teoretycznie da się sfinansować gotówką. Trzeba jednak:

  1. albo mieć hojnego sponsora (rodzice, którzy dadzą działkę, lub wprost kasę),
  2. albo dysponować innym mieniem (np. mieszkaniem po babci),
  3. albo zarabiać sporo ponad przeciętną i zdecydować się na radykalne oszczędności.

W praktyce, poza przypadkiem 1 i 2, nikt tego nie robi. Budowanie się na wsi, 30 km od centrum miasta, na większej wprawdzie działce, ale dość daleko, dla osób z dochodem 25k/m-c zwykle nie ma sensu. Centrum wymagać będzie podobnego zaciskania pasa (życia na 1/3 możliwości) i dochodu 50k/m-c/parę. Sponsor, który wyłoży 1/4-1/2 kosztów, albo podobnej wartości wkład własny nieco zmienia sytuację. Stąd coś się jednak buduje, aczkolwiek znacznie mniej niż 20 lat temu.

Znaczna większość w kręgach „klasy średniej”, jeżeli się buduje, wybiera kredyt. Znowu – rata 3.6 k/m-c na wsi, 6k na przedmieściach i 9k w centrum nie wygląda tak strasznie, dopóki istnieje źródło dochodu. I na tym kręci się przemysł hipotek. Na świadomości, że nie trzeba żyć na wynajmie, zaciskać pasa przez 5 lat (i to przy znacznie lepszych niż przeciętnych dochodach), ani żebrać u rodziny. Chociaż, zwłaszcza na wsi, w teorii da się.

Na koniec wracam do aktualizacji wyliczeń pana doktora z mojej opowieści. W świecie wzrostu cen materiałów budowlanych, wariactw Donalda Trump, styropian podrożał o 125% w 5 tygodni, możemy być pewni jednego – lepiej zapłacić te 6-7% rocznie za pożyczony kapitał, niż potencjalnie dwukrotnie podnieść sobie koszty budowy i wydłużyć czas jej trwania do 8 lat.

PPK + IKZE na przykładzie osoby poniżej przeciętnego dochodu.

Obiecałem i realizuję. Dzisiaj podam wyniki inwestycyjne mojej żony. Zarabia ona poniżej 70%przeciętnej pensji. Niemniej jednak pozwoliła jej coś odłożyć.

PPK

Dokładnie to samo, prowadzone przez PKO BP. Ze swoich odłożyła 5.6 k. Pracodawca dołożył ok. 4.2k. Suma wpłat (z dopłatami państwowymi) – 10,8k . Wynik finansowy+20% i mamy ok. 13k . Powiedzmy sobie szczerze, przy własnej wpłacie 5.6k w czasie 3.5 roku (przeciętne potrącenie to ok. 133 zł). Tu spory wpływ miały dopłaty państwowe (240 zł/rok = praktycznie 2 miesięczne wpłaty własne co roku).

Wielkiej emerytury z tego nie będzie, ale mówimy o osobie, która zaczyna oszczędzać 13 lat przed uzyskaniem praw do świadczenia. Zakładając utrzymanie trendu (dopłaty bez zmian, utrzymanie wyników inwestycyjnych na poziomie inflacji) wyjdziemy po 35 latach (kobieta od 25 do 60 r. ż) na realne 110k (nominalnie sporo więcej, ale o tym zapomnijmy).

Czy to coś zmieni w życiu młodszego odpowiednika mojej żony? Pewnie niewiele, ale każda dzisiejsza emerytka wolałaby mieć 110k niż ich nie mieć. Emeryturka z tego skromna (400-500 zł/m-c = 1/4 państwowego minimum), ale da się żyć, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wpłaty 133 zł kontra 1400 zł na ZUS (znowu realnie).

IKZE

W tym punkcie dwa zastrzeżenia. Moja żona korzystała z przywileju (i problemu) męża zarabiającego sporo więcej. Dokonywała maksymalnych wpłat na IKZE, czego pewnie nie zrobiłaby większość osób zarabiających w okolicach 5 k netto. Jak to się stało?

Po pierwsze – korzystała z ulgi podatkowej (pomimo rozliczeń ze mną). Z wpłaconych 10.407 zł w 2025 r. od razu odzyskiwaliśmy 32% (3330 zł), więc realna wpłata wyniosła niecałe 600 zł/m-c.

Po drugie – w rzeczywistości, płaciłem ja (ona nie robiła żadnego przelewu).

Wynik? Zebrane 54k z wpłat za 2022-2025 czyli 4 lat (ok. 35k) i zysków za 3,5 roku. Świetnie, a żonie wybrałem tylko zwykły fundusz inwestycyjny. Co to oznacza w praktyce? Zysk sporo powyżej inflacji (zysk skumulowany 50%, inflacja skumulowana ok. 20%), ale i inne skutki.

W ciągu 35 lat odłożyłaby (realnie w dzisiejszych cenach) na IKZE ok. 350k. Do tego wynik inwestycyjny, bijący w długim terminie inflację, da jej ekstra ok. 100 tys. zł realnego zysku. Razem 450k/35 lat. Tu już możemy myśleć o emeryturze na poziomie ok. minimalnego świadczenia 1800 zł/m-c. Przypominam – odkładając realnie (po zyskach podatkowych) ok. 600 zł/m-c.

ZUS kontra IKZE +PPK.

Odkładanie już 1/2 sumy składek ZUS (te wynosiły przy jej dochodzie ca. 1400 zł/m-c) w PPK +IKZE, dałaby mojej żonie (dzięki tarczy podatkowej, dopłatom i zyskom prywatną emeryturę o 25% wyższą niż państwowa. Ponownie kamień do ogródka ZUS.

Przypomnę, stosując powszechnie dostępne narzędzia inwestycyjne, bez „szaleństwa” na poziomie wybierania własnych akcji.