Ile można zaoszczędzić na kuponach w Lidlu czy Biedronce?

Kiedy w okolicach 2005 r. czytałem pierwsze amerykańskie książki o oszczędzaniu, w USA królowała jeszcze ekonomia starej szkoły oparta o The Tightwad Gazette, newsletter Amy Dacyczyn, z początku lat 90-tych. Nie pisano wtedy jak David Bach o „czynniku latte”, ani o wyborze emerytury zamiast wycieczek zagranicznych. Picie kawy w domu, a spędzanie wakacji nad krajowym jeziorem (jak główna bohaterka „Dirty Dancing” i jej ojciec – lekarz) uchodziło za oczywisty styl życia klasy średniej. Głównym sposobem na obniżenie wydatków było obniżenie kosztu zakupów spożywczo-chemicznych, które z jednej strony pochłaniały sporą część budżetu, a z drugiej dawały się racjonalizować. Królował pomysł, aby wycinać kupony drukowane w gazetach i łączyć je w sekwencje (np. -20% na mące i jeszcze -10% na całości rachunku) oraz używać dużych sklepów (odpowiedników naszych hipermarketów) zamiast małych sklepików.

Dzisiaj po serii wpisów emerytalnych (od bajek ZUS przez FIRE i Freedom 55) postanowiłem i ja wrócić do źródeł – analizując sposób oszczędzania na wydatkach zakupowych. Pokażę przy tym, jak zmniejszyć wydatki na podstawowych, lecz dobrze przechowujących się produktach: maśle, mleku, herbacie, mące, proszku do prania, czy płynie do czyszczenia łazienki ( coś opartego o chlor).

Przeciętna rodzina kupuje: 6 l mleka, 6 kostek masła, 2 kg mąki, 1 proszek do prania, 1 herbata (100 torebek) i Domestos. Wiadomo, że chodzi o zasadę, bo nie każde zakupy obejmą dokładnie taką chemię.

Cena nr 1. Osiedlowy sklep. Nie żadna Żabka, lecz z sieci spółdzielczej niedaleko mojego domu.

Masło – 7 zł/kostka x 6= 42 zł.

Mleko 3.2- 4 zł/litr x 6 = 32 zł.

Mąka 4 zł/kg x 2 = 8 zł.

Herbata lipton – 25 zł.

Proszek do prania – 60 zł/szt.

Płyn do toalet – 12 zł.

Suma: 179 zł.

Cena nr 2. Biedronka.

Mleko – 3.29 zł/litr x 6 = 19,74 zł.

Masło 4.99 zł/kostkę x 6= 29,94 zł.

Mąka 2.2 zł/szt x 2 szt = 4,4 zł.

Herbata litpon 20 zł.

Proszek do prania – 50 zł/szt.

Płyn do toalet – 9 zł.

Suma: 133.8 zł.

Cena nr 3. Biedronka z kuponem.

Mleko – 6 zł/6 litrów.

Masło – 12 zł/6 szt.

Mąka – 2+1 gratis = 4.4 zł/3 szt. czyli 2.92 zł/2 szt.

Herbata Lipton 100t 21 zł/2szt = 10,50 zł/szt.

Proszek do prania – 55 zł/2 szt. czyli 27.50 zł/szt.

Płyn do toalet 2+1 gratis = 18 zł/3 szt. czyli 6 zł/szt.

Suma: 64,42 zł za ten koszyk, a uwzględniwszy zakupy pełne (czyli 1 dodatkową mąkę, 1 herbatę więcej podobnie jak proszek oraz 2 płyny do toalet) – 116.4 zł.

Cena nr 4. Lidl.

Mleko 3,3 zł x 6 szt. czyli 19, 80 zł.

Masło 4,99 x 6 szt. – 29,94 zł.

Mąka 7,69 zł/2,5 kg

Herbata Lipton 20 zł/szt.

Proszek do prania – 60 zł.

Domestos 12.49 zł/1,25 l czyli 10 zł/litr.

Suma:129,62 zł (ale będzie nieco więcej mąki i Domestosa).

Cena nr 5. Lidl z kuponami.

Mleko 6 zł/6l.

Masło 8,94 zł/6 szt.

Mąka 7,69 zł/2,5 kg

Hebata Lipton 1+1 gratis = 20 zł/2szt. = 10 zł/szt.

Domestos 12.49 zł/1,25 l i drugi 70% taniej czyli 16,24 zł/2.5 litra i 6,5 zł/litr.

Proszek do prania 50 zł/szt.

Kupon minusujący na całe zakupy 15 zł pow. 150 zł.

Suma: 89,13 zł za koszyk, a uwzględniwszy zakupy pełne (dodatkowo 1 herbata i 1 Domestos) – 108.87 zł. Dokładając jeszcze coś z promocji (np. owoce, kawę itd.) do 150 zł mielibyśmy więcej produktów za 135 zł, bo dopiero wtedy uruchamia się kupon -15 zł.

Podsumowanie. Jak widzicie, dyskonty biją na głowę osiedlowe sklepiki, nawet bez promocji (o 25-30% taniej). Jeżeli dobrze pożonglujemy kuponami kupimy sporo więcej za niższą cenę (-30%). Wtedy cena jednostkowa (chociaż musimy mieć miejsce na zapasy) wyniesie zejdzie w dół o 60%.

Mogę zatem spokojnie powiedzieć, że odrzucając mięso, owoce, wędliny i pieczywo (tych nie warto kupować z uwagi na jakość), w dyskoncie z kuponami zaoszczędzicie od 30 do 60%. Sporo.

Kłamstwo produktu pod nazwą „tradwife”.

Na wstępie zaznaczam – odróżniam faktycznie życie zgodne z tradycyjnymi rolami płci od produktu internetowego nazwanego „tradwife”.

Tradycyjne życie, znane mi z kręgu znajomych oznacza: mężczyznę zarabiającego pracą fizyczną/biurową w klasie średniej oraz żonę zajmującą się dziećmi w domu, nie podejmującą aktywności zawodowej.

Produkt istotnie się różni, prezentując kłamstwo. Oficjalnie chodzi o pokazanie życia amerykańskiego przedmieścia 70 lat później. Nieoficjalnie – o zasięgi oraz promowanie kobiecej uległości. Nieprawda ogniskuje się w kilku płaszczyznach, które czas zdemaskować.

Kłamstwo 1. Model tradycyjny to klasa średnia – produkt tradwife klasa wyższa. Nie wdając się w socjologiczne przepychanki. Amerykańskie przedmieście lat 50-tych XXw. dawało szansę utrzymania się z jednej pensji klasie średniej, czyli od wykwalifikowanego robotnika do specjalisty w korpo. Dzisiejsze instagramowe tradwife to żony polityków, przedsiębiorców z większymi firmami, dziedziców, lekarzy. Krótko mówiąc – klasa wyższa.

Kłamstwo 2. Tradycja to życie proste – produkt tradwife – wymuszona konsumpcja. Wiadomo, żeby utrzymać się z jednej pensji (odpowiednik dzisiejszej 10k netto), trzeba kombinować. Tu coś kupić taniej, tam z czegoś zrezygnować, zrobić samemu. I dzisiaj, za 10k przeżyjemy, chociaż oszczędnie. Ale produkt tradwife wygląda inaczej. Sukienki po 500 zł (z blogiem połączony sklep), ubranka dzieci, designerskie meble kuchenne, drogie sprzęty. Trzeba konsumować, nawet więcej niż dwie pracujące osoby.

Kłamstwo 3. Tradycja=domowa praca kobiet, tradwife = freelance twórczyni. W normalnym tradycyjnym modelu przedmieścia, kobieta sprzątała, gotowała, zajmowała się dziećmi. Nie zaprzątała sobie głowy osiąganiem dochodu. Tradwives żyją inaczej. One 4-5 godzin dziennie produkują kontent, kręcą filmy, rolki, produkują, piszą scenariusze, dopinają kontrakty na sprzedaż produktów. Normalne życie przedsiębiorcy, a nie żadna tradycyjna żona.

Kłamstwo 4. Idealizacja życia, które idealne nie było. Wystarczy poczytać powieści lub opowiadania amerykańskich twórców lat 50-tych XX w. Przemoc, nuda, alkoholizm, przebijają się z każdej strony. Życie mieszkanki przedmieść polegało na ogarnianiu domu, dzieci, męża. Dzisiaj żyje się inaczej – spotkania z przyjaciółkami, knajpki, a dziećmi, sprzątaniem a nawet gotowaniem zajmują się wynajęci pracownicy.

Kłamstwo 5. Promowanie uległości i zależności kobiet, a nie ich wolności. W rolkach życie tradwife przedstawiano jako synonim wolności: nie masz szefa, nie masz pracy od-do, nie potrzebujesz martwić się zarabianiem. Tylko w takim układzie da się żyć parze z jakimś majątkiem, dorobkiem wspólnym, a nie dwudziestolatce. Wciskanie w sztywny model młodych dziewczyn w rzeczywistości niesie uległość i zależność. Szefa można zmienić, „męża-dostarczyciela gotówki” znacznie trudniej, nawet jeśli będzie nieudany. Oczywiście instagramerkc, tiktokerki żyją inaczej, one przez swoje marki, zależne nie są. Ale o tym się milczy.

Kłamstwo ostateczne. Życia jak Instagrama nie da się prowadzić „za jeden średni dochód” a tak brzmiało główne założenie przedmiejskich gospodyń. W rzeczywistości osoby prowadzące te profile zarabiają nierzadko po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Dodając dochody męża, żyją za 8-10 przeciętnych pensji. Nie znaczy to rzecz jasna, że nie da się żyć jak na przedmieściach, ale to temat na inny wpis.

Auta premium w Polsce. Jak konsumuje Polak i firmy.

W czerwcowej dyskusji z Bartkiem, przedstawiłem nieco danych z tego artykułu: https://www.autobaza.pl/page/news/samochody-klasy-premium-coraz-popularniejsze/. Teraz poddam je interpretacji.

Otóż w Polsce 135k sztuk aut pochodzi z klasy premium. 23% sprzedaży ogółem. Jednak wśród osób fizycznych (w tym dg) – tylko 12% (i 20 tys. sztuk).

O ile trzy niemieckie marki (BMW, Audi, Mercedes) zdominowały rynek premium ogółem (pożerają ok. 2/3 tortu), o tyle w segmencie prywatnym lideruje Volvo z Lexusem (pełne dane za połowę 2025 r. tutaj: https://www.facebook.com/AutoCentrumPL/posts/instytut-badań-rynku-motoryzacyjnego-samar-podsumował-pierwsze-półrocze-2025-rok/1179896240844816/, spychając „Niemców” na dalsze pozycje. Spośród 93 tysięcy rejestracji Volvo zaliczyło ok. 2600, Lexus 2500, Audi 2200, Mercedes 1900, a BMW 1800. Tylko ta 5-tka zmieściła się w Top 25 klientów indywidualnych.

Cały prywatny rynek premium to praktycznie 10 marek, z których trzy mniej istotne uznałbym za wątpliwe (Alfa Romeo, DS, Land Rover), ponieważ produkują także samochody nieprestiżowe. Poza tym nie uważam za premium każdego wozu najwyższej submarki popularnego koncernu, a AutoBaza dane podaje niekonsekwentnie (skoro jest DS od Citroena, dlaczego nie pokazują Cupry od Seata?). Ograniczam się jednak do „BigFive” czyli podanych wyżej firm (3 niemieckie, jedna szwedzka, jedna japońska), ponieważ nie mam danych Mini czy Porsche dla klientów indywidualnych, a pięć marek = 90% rynku premium (licząc już i firmy). Wracam zatem do analiz.

W segmencie prywatnym, premium miało 12% udziału. Niby wygląda dobrze, ale w firmowym 50%, a ogółem 23%. Dlaczego taki wynik? Polacy są biedniejsi niż firmy, a prywatne pieniądze wydają z rozwagą. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że 1.5 mln najlepiej zarabiających kupuje rocznie 20 tys. aut premium, mamy już pogląd na sprawę. Luksus w Polsce ma ograniczony zasięg. Nawet w wyższej klasie średniej.

Rozglądam się po menedżerach w mojej firmie, których auta widzę na parkingu. Najwyższy szczebel – zarząd jeździ służbowymi. Średni (dyrektorzy) liczący 30 osób ma cztery prywatne auta premium – Mercedesa E-klasę, BMW 1, Audi A6 i A3. Moich dwóch szefów: salonowa Toyota C-HR i nastoletni Opel Insignia. Najniższy (kierownicy) – same marki popularne, chociaż zdarzają się perełki jak Ford Mustang. Z pracowników, świetny specjalista ma Mercedesa GLC.

Jak to się ma do zarobków? Generalnie, przy średniej kierowników u mnie w firmie na poziomie 150k rocznie (brutto), nic dziwnego. Skoro amerykańska reguła mówi: kupuj samochód za max. 3-miesięczne zarobki (niech będzie nawet brutto), za 45k nie trafimy nic wielkiego. Dlatego na parkingu stoją: VW Tiguan I, Skoda Octavia, Suzuki SX4, a spora grupa przyjeżdża autobusem (zwłaszcza młodzi z pensją: minimalna +10-20%). Moja elektryczna Kona, podobnie jak Toyota RAV4 kolegi daje obraz pewnej ekstrawagancji, zwłaszcza jeżeli ktoś nie wie, że intensywnie dorabiamy. Istnieje też spora grupa fajnych aut posiadanych przez osoby, które zarabiają mało, ale ich małżonkowie dużo lepiej.

Na ulicy mam pełny przekrój aut. Para lekarzy lubi wypas (Porsche 911, Toyota Land Cruiser), podobnie jak dentysta (XC60). Poza nimi jest jeszcze salonowy Superb właścicielki prywatnego żłobka i Lexus NX szefa w firmie produkcyjnej. Na drugim biegunie radca prawny z Fiatem Tipo i dwóch inżynierów z Hyundaiami I20. Do tego kilka osób bezsamochodowych albo ze służbówką.

Nadal jednak omawiałem spore miasto. Na wsi, na której mam dom, królują: Opel Astra II, Audi A3 i A4, wszelkie Volkswageny. Generalnie poza kierownikami w zakładzie produkcyjnym, dużymi rolnikami, właścicielami firm – 15-20-letnie wozy produkcji niemieckiej i francuskiej.

Skąd więc bierze się obraz „konsumpcji nad miarę” i „Polski premium”? Te 20k rocznie sprzedaży buduje obraz dużych miast. Obaj z Bartkiem w nich mieszkamy, obaj widzimy codziennie na ulicy sznur nowych SUV-ów i limuzyn z „wielkiej piątki”: Lexus, Volvo, BMW, Audi, Mercedes. Premium jeżdżą nasi kontrahenci, przyjaciele, znajomi. Żyjemy w bańce i dopóki nie siądziemy do analiz, tkwimy w tej bańce. Gdy wyjdziemy się rozejrzeć, dostrzeżemy budowlańca z dochodem 0,5-1 mln rocznie, dojeżdżającego na budowę VW T4 (następca w Europie od 2004 r.), członka zarządu niewielkiej firmy handlowej w Fordzie Turneo rocznik 2008 itd., czy handlowca w polskim korpo (deweloperka i handel materiałami budowlanymi) – inżyniera, wysiadającego ze służbowej Toyoty Proace, którą określa po prostu „białą Toyotą”, bo nawet nie zna nazwy modelu. A za nimi chłopaków od tego budowlańca, z pensją oficjalną – minimalna, a drugie tyle pod stołem, z Audi A3 rocznik 2001, Fordem Focusem II, czy Toyotą Corollą IX (wszystkie powyżej 20 lat).

Emerytura Prezesa ZUS i Oszczędnego Milionera. Porównanie.

Tak się składa, że z obecnym Prezesem ZUS urodziliśmy się dokładnie w tym samym roku. Nasze emerytury wskazują zatem na przyszłe świadczenia osób, które przez pewną część życia zawodowego zarabiały powyżej średniej (jak wskazał Liwiusz Laska, w jego przypadku „wielokrotnie więcej”). A wyniki:

Emerytura Prezesa ZUS. Nie trzymam Was dłużej w napięciu – planowana niecałe 4200 zł brutto. Cały wywiad, pod tym linkiem: https://biznes.interia.pl/gospodarka/news-liwiusz-laska-kazdy-powinien-marzyc-o-tym-zeby-moc-wplacic-p,nId,23540971#google_vignette. Jak to się stało, że człowiek, który dzisiaj zarabia w okolicach 36k/m-c, był członkiem Państwowej Komisji Wyborczej, a wcześniej prowadził sporą kancelarię adwokacką, dostanie 4200 zł/m-c, po 41 latach pracy? Wyjaśnię we wnioskach.

Do tego dochodzi pewna niedoskonałość systemu (albo celowe skalibrowanie go). Otóż, jeżeli Kowalski w warszawskim korpo zarabia 15k/m-c brutto, odprowadza ca.3k składek emerytalnych (20%). Prezes ZUS z pensją 36k/m-c brutto – niecałe 20% (na poziomie 282.600 zł czyli po ok. 8 miesiącach) następuje odcięcie. W efekcie Ty i ja płacimy 9.76% (drugie pół pracodawca), Liwiusz Laska 6,37% (drugie pół ZUS), a „bardzo drobny przedsiębiorca” – 19,76%.

Emerytura Oszczędnego Milionera. Całe życie na etacie. Rok więcej płacenia składek. 11 dobrych lat i 16 nieco chudszych pod względem składek. ZUS wyliczył mi w prognozie 5600 zł.

Dlaczego nasze emerytury tak się różnią?

Powód 1. Ponieważ Prezes ZUS prowadził dg i przez 18 lat odprowadzał składki minimalne (od 60% przeciętnego wynagrodzenia). Ja cały czas pracowałem na etacie, oskładkowując się na takim poziomie tylko przez 5 lat. Nie pomogły mu świetne lata na grubych posadach, bo było ich zwyczajnie mało (kilka). W moim przypadku – 11.

Powód 2. ZUS przyjmuje, że nasze przyszłe składki (a mamy przed sobą jeszcze potencjalnie 15 lat pracy), będą uśrednieniem z historii ubezpieczeniowej. Tym sposobem moją prognozowaną emeryturę ZUS zawyża (albowiem nie będę zarabiał sporo), a Liwiusza Laski – zaniża (przed nim wiele lat dobrej pensji).

W czym jesteśmy podobni? Obaj oszczędzamy na IKZE i w PPK. Robi tak większość przedsiębiorców i ludzi z wysokimi poborami, jeżeli mają świadomość przyszłej klęski systemu publicznego.

W czym się nie zgadzamy?

Punkt 1. Ja prognozuję katastrofę ZUS (wyrównanie większości do najniżej emerytury), a Prezes tej instytucji kreśli świetlane perspektywy, opowiadając o 10% waloryzacjach.

Punkt 2. Liwiusz Laska zataja wzrost prognozowanej długości życia na przestrzeni ostatnich lat i wpływ tej zmiennej na wysokość przyszłej emerytury. Ani słowem nie wspomina o bombie demograficznej. Ja piszę o tym wprost, podając konkretne liczby.

Punkt 3. Prezes ZUS żałuje, że płacił tak niskie składki, ja odwrotnie – że wysokie, wolałbym tę kasę dostać do ręki. Nie wspomina, że jego obecna składka to nieco ponad 6%, bo wchodzi „w próg odcięcia”.

Punkt 4. Liwiusz Laska opowiada o składkach jako „najlepszej inwestycji przynoszącej 10% rocznie”, Oszczędny Milioner podaje Wam konkretne liczby i benchmarki (wartości porównawcze). Sprawdźmy je zatem. Wg Prezesa ZUS (co już jest manipulacją, bo wcześniej wyniki były znacznie gorsze), waloryzacja za ostatnich 10 lat (2016-2025) wyniosła średnio 10% rocznie. Sprawdziłem – skumulowana na kapitale początkowym i zasadniczym – 161%. Ale już na subkoncie (gdzie przeniesiono składki z OFE) – 86%. Ponieważ część naszych środków leży na ZUS (63%) a 37% trafia na subkonto (jeżeli nie należymy do OFE) – średnia ważona wyjdzie 117%. Gdyby wzrost wynosił 10%, powinno być 160%. Zatem nieprawda. Sprawdźmy więc benchmarki:

  1. Samo OFE. 156%.
  2. indeks WIG. 158%.
  3. Cena m2 w Warszawie z zyskami z wynajmu – 167%.

Każda z ww. inwestycji biła na głowę ZUS, a mówimy o jego najlepszych latach. No i OFE, środki na giełdzie i mieszkania w stolicy dziedziczymy (w ZUS tylko subfundusz).

Czy potrafisz samodzielnie przygotować opał? Jak zrobić to sensownie.

Mam o parę lat młodszego kolegę, który co roku raczy mnie opowieścią o wyprawie do własnego lasu, ścinaniu kilku buków, wynoszeniu ich na przyczepę traktora (w kawałkach, nie jak Arnold w „Commando” w całości), po ścianie zbocza, a potem systematycznym rąbaniu przez kilka weekendów. Podziwiam, ale nie dla mnie takie szarpanie się. Już nie mam zdrowia.

Dlatego wybieram zupełnie inny wariant: wycinam zbędne drzewa owocowe na działce, tnę je i kawałki. Nie ma tego wiele (2-3 sztuki rocznie). Dlatego, gdy planuję dłuższy pobyt na miejscu, muszę działać inaczej – kupuję drewno w wałkach (1,5m długie, w miarę proste kawałki) z dowozem (gdy miałem pick-upa, woziłem sam).

Dlatego w 2/3 moje działanie zaczyna się od kroku nr 3.

Krok. 1. Ścięcie. Praca piłą spalinową w lutowy dzień jeszcze nie wygląda strasznie, dla kogoś, kto ma siłę. Dobry sprzęt, ostry łańcuch i metal sam wgryza się w drewno. Pierwsze cięcie (obalenie) przedstawia nieco trudności, żeby nie zakleszczyć prowadnicy, ani nie dopuścić do wywrócenia drzewa w niepożądanym kierunku.

Krok 2. Okrzesywanie i wałki. Potem tniemy na 1.5 metrowe kawałki, odcinając wcześniej gałęzie. Bułka z masłem, o ile przestrzegamy zasad. Teraz zwożę taczką na dół, gdzie mam kozioł do cięcia i miejsce na łupanie.

Krok 3. Cięcie na 30-45 cm polana. Długość zależy od rozmiarów paleniska. Ja mieszczę te większe, więc nie ma sensu rozdrabniać zbyt wiele. Krótsze, to końcówki, albo sęki. Znowu podstawowe narzędzie – łańcuchowa piła spalinowa. Są osoby, które wykorzystują piłę tarczową, ale moim zdaniem sprawdza się słabiej.

Krok 4. Rąbanie. Teraz czas na … siekierę lub łuparkę. Kiedyś, gdy miałem do przerobienia 1 m3 na raz – wystarczyła ostra siekiera Fiskarsa. Teraz, gdy przygotowuję 10 razy tyle planuję kupić łuparkę.

Krok 5. Suszenie. Świeżo ścięte drewno ma nawet 40% wody. Trzeba ją odparować, co zwykle trwa 2 sezony (ścięte w styczniu 2027 r., będzie gotowe do użycia w październiku 2028 r. czyli schło przez 2 okresy letnie) i schodzimy do 15%. Jeżeli tego nie zrobimy, odparuje w palenisku, a to oznacza:

  • czarną szybę i zapchany komin (z czasem również zniszczony),
  • znacznie więcej zużytego drewna,
  • większa emisja szkodliwych substancji,
  • mniej ciepła z tego samego wsadu.

Rachunek jest prosty. 1kg buka suchego (15%) daje 4KWh energii, mokrego (40%) – ok. 2 KWh. Różnica widoczna gołym okiem. I warto o tym pamiętać.

Inflacja stylu życia. Wakacje.

Dość często na blogu poruszam temat zjawiska inflacji stylu życia. Mówiąc po ludzku ciągłego podnoszenia poprzeczki w konsumowaniu. Nie rzucam kamieniem, bo sam nie jestem od niego wolny. Wytłumaczę na przykładzie wakacji.

Wczoraj rozmawialiśmy z synem o Górach Świętokrzyskich, bo taki miał temat w szkole. I zdałem sobie sprawę, że w 2009 r. spędziliśmy wakacje (najmłodszego nie było jeszcze na świecie), w agroturystyce w Bodzentynie, jeżdżąc po całym regionie od Zagnańska, Chęcin, Kielc po Łysicę. Wtedy było ok, dzisiaj, no cóż sam chyba uznałbym, że trochę słabo. Przez inflację stylu życia właśnie.

Dlaczego? Kiedy przez kilka lat jeździliśmy do Chorwacji (w coraz droższym wydaniu), nagle Macedonia wydała się oszczędnością, a to 1.600 km od domu, a nie niecałe 200 km. Ba, Bałtyk oznaczałby wyrzeczenie się ambicji. No i tylko jeden wyjazd w roku.

Ten proces stałego podnoszenia poprzeczki, zachodzący w mózgu, posiada wymierny skutek finansowy. Sam wyjazd do Makarskiej w 2024 r. kosztował nas ponad 12 tys. zł (we trójkę), podczas gdy w tym samym roku, za 4 osoby zapłacilibyśmy w tej agroturystyce ok. 1750 zł za tydzień plus 1000 zł za wyżywienie. Razem z paliwem i atrakcjami, zmieścilibyśmy się dzisiaj w 4000 zł. Jeszcze raz podkreślę – dzisiaj. Wtedy wydaliśmy połowę, tu akurat zadziałała prawdziwa inflacja.

Wnioski? Większość z nas, także bardzo oszczędnych, doświadcza tego zjawiska. Po prostu lubimy coraz lepiej, coraz wygodniej.

Życie na abonament. Czy takie podejście ma jakikolwiek sens?

Wielkie amerykańskie korporacje próbują przekonać generacje Z i A, że nie trzeba niczego posiadać. Znacznie lepiej wybrać wynajem, tytułowe „życie na abonament”. Teraz dołączyli do nich … Chińczycy. Oto kilka przykładów.

Abonament książkowy. Zaczynam od rzeczy najbardziej oczywistej – książki. Kiedyś szło się do księgarni, kupowało fizyczny egzemplarz. Teraz modne są: książki Google, gdzie kupujemy prawo do konkretnego tomu na zawsze (podobnie działa projekt Apple), ale także abonament – bierzesz dowolną książkę za miesięczną opłatą 50 zł. Wygląda świetnie, tylko…

  • jeżeli przestajesz płacić, tracisz dostęp do wszystkich książek,
  • w abonamencie nie ma nowości i wielu tytułów z ulubionych przeze mnie dziedzin (np. finanse osobiste),
  • abonament stopniowo idzie w górę i obejmuje coraz mniej (typowa korporacyjna technika salami, czyli stopniowego obcinania produktu).

W efekcie, zupełnie bez sensu. Za 50 zł kupuję 2-3 używane książki na Allegro. Za 2 dni mam je w paczkomacie pod nosem, są moje na zawsze. Jeśli mnie nie zachwycą, mogę odsprzedać z niewielką stratą. Spodobają się, zostają i wracam do nich wielokrotnie. Gdy potrzebuję czegoś ekstra (np. kanadyjskiego tytułu zwolenników FIRE, albo niemieckiego reportażu o cenach mieszkań w Berlinie), wchodzę na książki Google i kupuję na zawsze. Obecnie wracam do „Fat, forty and fired” australijskiego tytułu, kupionego w 2012 r. W danym miesiącu nie mam kasy? Idę do biblioteki. W efekcie na książki wydaję (pomijam zawodowe), wydaję mniej niż 600 zł/rok abonamentu Legimi.

Muzyka. Gdy byłem młody, kupowałem płyty. Dzisiaj prawie nie ma takiej opcji (poza muzyką klasyczną). Można wybrać dwa wyjścia – płatny abonament na Spotify (lub podobnych) albo … darmowe YouTube. Skoro coś jest za darmo (najwyżej trzeba odczekać reklamę), po co mam płacić abonament?

Samochód na telefon. Uber, Bolt. W teorii mają spowodować, że auto nie będzie potrzebne. A faktycznie? Wpadka. Wyobraź sobie taki rachunek modny wśród pracowników korpo w Warszawie. Zamiast biletu za 5 zł (metro, tramwaj), biorę Bolta za 15. Dziennie (w dwie strony), wychodzi 30 zł. Miesięcznie – 600 zł. Tramwajem 200 zł. Własnym samochodem (np. Fiatem 500) – 400 km/m-c (20 km/dzień): 150 zł opłat stałych oraz 140 zł na „paliwo”. W sumie 290 zł. Połowa, a pojedziemy jeszcze do rodziny, zrobimy zakupy. No i konia z rzędem temu, kto płaci w godzinach szczytu w Warszawie 15 zł/10 km. W sumie istnieje tylko jeden lepszy samochód – służbowy.

Wynajem samochodu. Proszę bardzo, Chińczycy uczą się szybko. BAIC proponuje – nowe auto za 199 zł netto/m-c. Świetna cena. Tylko brać. Aż przeczytamy małym druczkiem. Wpłacasz na start 25% wartości, używasz za 245 zł brutto/m-c przez 25 miesięcy i albo wykupujesz, albo oddajesz. Wybierając drugą opcję, tracisz … 25% ze 120.000 zł czyli 30 tys. zł. Realny koszt (umowa na 24 miesiące) – ok. 1500 zł/m-c. Sporo jak na chiński wynalazek. Uznane marki mają tylko nieco lepsze propozycje – 1.23% m-c plus 20% na start. Przez 36 miesięcy – prawie 65 % ceny nowego auta (np. 150k) czyli 100.000 zł/3 lata, czyli ca. 3000 zł/m-c. Do tego ubezpieczenie, przeglądy.

Znacznie lepiej kupić coś używanego. Wyjdzie taniej.

Wynajem mieszkania. Załóżmy, że nowe mieszkanie kosztuje 600k. Wynajem go 3000 zł/m-c. Rata kredytu (po 20% wpłacie własnej) ok. 3000 zł/m-c. Pozornie wynajem wychodzi lepiej, właściciel wyposaża, robi remonty. W praktyce, na długi termin lepiej kupić na kredyt (bo 10% ma rodziców, którzy sfinansują taki zakup). Poza wyjątkowymi wypadkami, rata 3000 zł dzisiaj, to 3000 zł za 15 lat. A najem: dzisiaj 3000 zł, za 15 lat już 4500 zł. No i płacimy do śmierci.

Jak widzicie „życie na abonament” w długim okresie drenuje portfele. Paradoksalnie najbiedniejszym, młodym ludziom bez kapitału. Nie znam żadnego 60-latka, który wziął auto w leasing, a w wieku 30-50 takie zjawisko jest powszechne. Pieniądze wyrzucone w błoto, nie zostaną wydane na inwestycje.

Dom pod miastem. Letnisko. Dwa symbole statusu sprzed 25 lat.

Odnoszący sukcesy przedstawiciel klasy średniej z przełomu wieków musiał mieć:

  1. podmiejski dom.
  2. letnisko czyli dom weekendowy w atrakcyjnym miejscu.

Pierwszego nie trzeba nikomu tłumaczyć. Duża działka, a nie miejska chusteczka do nosa, spokój, cisza, pies (nie w budzie, lecz na salonach). Wystarczy przejrzeć magazyny kolorowe tamtych lat dla aspirantów (Pani, Sukces itp.), żeby nie mieć wątpliwości – dom na przedmieściach, ucieleśnienie amerykańskiego snu, stał się także polskim.

Letnisko, nad jeziorem, w lesie, w górach czy nad morzem, albo po prostu w uzdrowisku (znacznie lepiej domek niż mieszkanie) także wypadało mieć. Niezależnie czy byłeś lekarzem, prawnikiem, naukowcem, drobnym przedsiębiorcą – szedłeś w tym kierunku, gdy tylko było Cię stać.

A teraz? No cóż. Przeglądając oferty sprzedaży nieruchomości, zauważyłem pewną prawidłowość – dzieci tych ludzi sukcesu właśnie wyprzedają tak charakterystyczne domy: królowało ciemne drewno, białe ściany, spadziste czerwone dachy. Wersja Lux – basen lub kort tenisowy. Forma – obowiązkowo coś na kształt dworku (przedmieścia). Tylko bogacze (oferowany niedawno za 17 mln zł dom R.Lipki w Kazimierzu Dolnym) mogli sobie pozwolić na bardziej ekstrawagancką formę. A teraz kolejne pokolenie sprzedaje. Czy warto kupić? Czy robią dobrze?

Na pierwsze pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Niewątpliwie styl dworkowy wyszedł z mody, a to co było dobre 25 lat temu (np. 10 cm ocieplenia, plastikowe okna Rehau) dzisiaj już nikogo nie przyciągnie. Wręcz przeciwnie.Ogromne metraże (reakcja na normy PRL-u) wręcz odstraszają. Pamiętam jeden z takich domów, siłami całej rodziny, wybudowali go znajomi naukowcy. Teraz zostali sami w budynku 10-pokojowym, z podwójnym garażem, trzema kuchniami, trzema łazienkami, jadalnią itp. Oraz z emeryturą na miarę ówczesnych pensji akademickich (wszystkie ekstra „obrywy” szły na umowy o dzieło i nie były oskładkowane). Na razie właściciele trzymają fason (i służy im zdrowie), przekroczyli 75 r.ż., ale gdy odejdą z tego świata, niewątpliwie ich jedyna córka także wrzuci nieruchomość na rynek. Koszty utrzymania – ekstremalne. Wzornictwo – niewspółczesne. A zalety? Poza tymi nieszczęsnymi oknami – świetne materiały. Granit strzegomski, nie żaden plastik udający granit, ani chińskie cuda. Drewno – doskonały dąb, rzemieślnicza robota na podłogach, drzwiach, w kuchni. Często piękne antyki i najwyższej jakości dywany, trochę obrazów. Dla wyjątkowego konesera. Przedmieście stało się praktycznie miastem. Tam, gdzie dojeżdżał 1 autobus na 3 godziny, dzisiaj na przystanku spory ruch. Rano busy i miejskie Solarisy co 15 minut. Ostatni – po 22. Dobra droga.

A letniska? Do dzisiaj czuję zapach takiego drewnianego domku nad jeziorem. Drewno pomieszane ze środkiem do konserwacji (smród nie do zabicia, podobnie pachniały podkłady kolejowe). Te nieruchomości przeżywały swój złoty wiek ponownie w czasie COVID-u, ale potem, wraz z poluzowaniem restrykcji, przygasły po raz ostatni. 90% użytkowników to ludzie 70+, ew. z wnukami. Dzisiaj, w wersji całorocznej (ocieplenie, ogrzewanie) kupimy je za równowartość miejskiej kawalerki. Dlaczego? Ponieważ istnieje szereg ciekawszych sposobów spędzania wolnego weekendu niż wyjazd nad jezioro. Zmienił się styl życia klasy średniej. Królują: spa, city breaki itp. Po co dodatkowy obowiązek (kwiaty, koszenie) i koszt (naprawy), skoro można zapłacić i mieć luksus? Nie na zawsze, ale na kilkanaście dni w roku. Jeśli taka nieruchomość kosztuje 300k, same odsetki do uzyskania (dzisiaj minąłem bank, który proponował 6%) wyniosą 18.000 zł rocznie, dodajmy koszty utrzymania (4000-5000 zł), oraz kapitał (na ile lat potrzebuje go 70-latek?).

Czy to sensowne? Wątpię. Ale tylko głupiec dyskutuje z faktami. W pokoleniu moich rodziców/teściów praktycznie każdy przedstawiciel klasy średniej starał się mieć „daczę” na miarę własnych możliwości (od pięknego domu w Kazimierzu Dolnym czy na Mazurach do wiejskiej chaty po dziadkach). Bez znaczenia: lekarz, weterynarz, inżynier, prawnik, urzędnik, nauczyciel. Większość z tych ludzi spędzała tam każdy weekend lata, nierzadko miesiąc wakacji. Obowiązkowo z rodziną. A dzisiaj? No cóż. Rozglądam się dookoła. Jeśli wyłączę „apartamenty wakacyjne” to takim miejscem w mojej bańce towarzysko-wiekowej dysponuje znajomy naukowiec (dom na Roztoczu po dziadkach), urzędniczka skarbowa (zakup w pandemii) oraz … ja. Ani moje dorosłe dzieci, ani dorosłe dzieci moich kuzynek nie są zainteresowane. Wolą tydzień na Kanarach, w Grecji czy w weekend Paryżu. Jeszcze czasem przyjadą do dziadków nad jezioro (bo jest woda i nie chcą robić starszym przykrości).

Wracam do pytania o sens. Dla kogoś, kto takie miejsce traktuje inwestycyjnie – odradzam. Za chwilę „boomersi” zaczną masowo umierać i mnóstwo podobnych gniazdek trafi na rynek, ciągnąc w dół ceny. Więc dla kogo? Widzę dwie grupy docelowe, obie nieliczne. Jedna – mogący sobie pozwolić na mieszkanie 30-50 km od miasta i pracę zdalną/dojazdy. Wtedy mają szansę korzystać z atrakcji długiego dnia, przyrody, wody, atmosfery od maja do października. Druga – tacy, jak ja, odrobinę niedzisiejsi. Siądą z książką na bujaku, zapatrzą się w las, albo lustro pamiętające prababcię. Zetną różę i wstawią ją do wazonu. Posłuchają Liszta, Wieniawskiego lub Chopina, albo nawet, choć to trudne, spróbują go sami zagrać. Oglądając instagramowe profile dostrzegam jeszcze trzecią grupę i w niej upatruję szansę. Miłośnicy sielskości. W wersji „do zdjęcia”. Zmienią te miejsca w perełki Bookingu. Wrzućcie sobie na pulpit „Morelówkę” w Kazimierzu Dolnym, albo najlepiej tam pojedźcie, jeśli tylko znajdziecie termin. Tak wygląda siedlisko z Weranda Country. Dopracowane w każdym calu. Tylko właścicielka należy zdecydowanie do klasy wyższej.

Ponieważ jednak to blog o finansach, przejdźmy do liczb. Tak jak napisałem, podmiejskie domy klasy średniej sprzed 25 lat skreśliłbym. Mogą być tanie (równowartość 3 pokoi w apartamentowcu) w zakupie, ale w utrzymaniu drogie. Taka 250-300 metrowa, dziesięciopokojowa willa potrzebuje kosztownych remontów (3 duże łazienki – 150 tys. zł, 2 kuchnie z wyposażeniem – drugie tyle, ocieplenie, wymiana źródła ogrzewania) i energii zimą. Ile? Np. 40 tys. KWh. Jeśli mówimy o gazie ziemnym 18 tys. zł rocznie. Gdyby ktoś w międzyczasie zamontował pompę ciepła – pewnie 30 tys. zł/rok. Porównajmy z nowym, dobrze ocieplonym domem stumetrowym: 4000 KWh – 1/10 powyższej wartości. Padnie drugie pytanie – po co komu dzisiaj, w klasie średniej 10 pokoi na 2-3 osoby?

A letnisko? Cóż tutaj nie byłbym taki kategoryczny. Wszystko zależy od miejsca, układu, stanu technicznego. Gdyby ktoś dzisiaj zaoferował mi 100-metrowy dom wakacyjny nad jeziorem w dobrej cenie (200-250 tys. zł) na pewno wziąłbym pióro do ręki i zrobił rachunek sumienia: ile i jak zamierzam korzystać. Pamiętacie wyliczenia dotyczące „miejsca w górach”?

Własny domek w promieniu 30-70 km w ciekawym miejscu (woda, góry, las, ładne miasteczko) stanowi pewną wartość dla określonego typu ludzi. I dla nich ma wiele zalet. Popatrzcie. W swoim siedlisku jestem po 35 minutach od wyjazdu z domu. Przed 17 w piątek rozpalam już grilla. Okiennice mogę zamknąć w niedzielę o 21 (w lecie jeszcze wrócę za dnia). Gdy miałem mieszkanie w górach, dojeżdżałem o 22 w piątek, a pakowałem bambetle o 14 w niedzielę, tracąc 10 godzin. Nie muszę dodawać, że w pewnym wieku istnieje zasadnicza różnica pomiędzy 35-minutowym dojazdem a 5 godzinami – x 2 w jeden weekend. Ale – trzeba lubić stale bywać w jednym miejscu (i mieć tam towarzystwo), cenić sobie własny fotel, kubek itp. Jeśli chcemy wynajmować, znacznie łatwiej ogarnąć sprzątanie, wydanie kluczy, gdy jesteśmy 30 km od lokalizacji niż 375 km. Proste.

W przypadku domu na wsi dochodzi sentyment. Na moim siedlisku spędzałem wakacje jako dziecko, mam tam kumpla, rodzinę, budynek stawiał mój pradziadek. To wszystko nie da się porównać z anonimowym 45-metrowym mieszkaniem w bloku, ani piętrem w „domku góralskim”. W żadnym razie.

Natomiast dla kogoś, kto lubi być dziś tu, jutro tam – taka „miejscówka” staje się ciężarem, trudnym do udźwignięcia. Bo wszystko trzeba ludziom zlecić. Spuszczać wodę przed zimą, zabezpieczyć rośliny, kosić. A pobędziemy tam 5 weekendów i tydzień w roku (łącznie 15 dni). Całkowity bezsens. Do czasu, aż zmieni nam się optyka. 750 km w weekend stanie się ciężarem, emerytura wyniesie 30% pensji. Wtedy lepiej mieć coś bliżej.

Obserwuję moich teściów, wiele lat temu kupili sobie domek nad jeziorem. Na początku spędzali tam tylko weekendy. Po 70-tce siedzą od maja do końca września, pomimo, że brak stałego ogrzewania. Płacą podatek, wodę, ścieki, prąd (jak w mieście i tak płaciliby plus abonamenty). De facto dom kosztuje ich ok. 3000 zł/rok plus jakieś udoskonalenia. Jeśli przeliczymy wg stawek rynkowych – 150 zł/dzień ( po rabacie na długi termin), wyszłoby 5×4500 zł czyli 22.500 zł/rok. A tak żyją sobie za 1/7. 3000 zł/rok i jako emeryci nie wyjadą nigdzie na dłużej niż weekend, więc mają wybór weekend kontra 5 miesięcy. Co lepsze? A wnuki? A przyjaciele?

Ponownie, dla kogoś kto ma pieniądze, lubi zmiany, może argumenty z czapy, ale dla posiadaczy niewielkiego budżetu, warte rozważenia. Podobnie dla kogoś, kto patrzy dalej i wie jak wygląda starość. Obserwuję w rodzinie. Jeszcze 10 lat temu mój teść wsiadał i w weekend odwiedzał swoją chrześnicę (600 km w obie strony), a w następny siostrę (kolejne 600 km). Teraz, gdy boli kręgosłup, oczy nie te, wycieczka do Warszawy stanowi wyzwanie. O dojeżdżaniu 750 km raz w miesiącu, nawet nie myśli.

Pomiędzy Dacią Bigster a Toyotą RAV4. Czy takie porównanie faktycznie ma sens?

W jednym z portali motoryzacyjnych, sprzyjających producentom francuskim zobaczyłem taki artykuł: Dacia Bigster lepsza od Toyoty RAV4, a nadal sporo tańsza. Po czym następowało porównanie hybrydowej Dacii Bigster w topowej wersji (aktywny tempomat, dach panoramiczny itd.) z podstawową Toyotą RAV4. No i wyszło, że lepiej wyposażony Bigster po rabacie kosztuje o 20k mniej niż podstawowa RAVka w cenie regularnej.

Pierwszy problem jaki dostrzegam – nie da się porównać gruszek z jabłkami, chociaż niejeden próbował (naście lat temu zestawiano Opla Insignię w topowej wersji z BMW serii 3, albo Skodę Superb II z Mercedesem E-klassą). Dlaczego?

Nabywcy aut przyzwyczajeni są do pewnej hierachii. Według niej jest klasa budżetowa (Dacia), popularna (Toyota, Skoda, Opel) oraz premium (Mercedes, BMW). Osobiste preferencje determinują wybór klasy. 95% lekarzy wybierze premium, samorządowcy na służbowe klasę popularną (żeby zbyt nie kłuć w oczy, ale i nie wyglądać na klasę niższą), a nad budżetową zastanowi się grupa, traktująca auto jako środek transportu lub szukająca (jak ja) maksimum auta za najniższą cenę.

Ale nie tylko o hierarchię idzie. Hybryda Dacii to Renault, a Renault mieści się w grupie samochodów na F (Fiat, Ford, francuskie). Powiedzieć, że postrzeganych jako niepewne, to nic nie powiedzieć. Renault po Lagunie II, 1.9Dci stanowi synonim awaryjności (pomimo niewątpliwie bardziej udanych modeli) a Toyota = niezawodność.

Wreszcie, pewne tradycje. Tak jak VW Phaeton nie zrobił kariery, bo nie pasował do wizerunku marki, tak duża Dacia ma problem, bo marka kojarzy się z małymi, tanimi autami oraz modelami użytkowymi. Dlatego RAV4 podbija rynek, a Bigster dopiero się przebija. Nie wiadomo czy z sukcesem.

A hybrydy? Jedna drugiej nierówna. Bigster jest w miarę oszczędny, ale gdzie mu tam do Toyoty. Brakuje ponad 60 KM (218 kontra 155), co przy tej masie robi różnicę. Jakość – wielka niewiadoma. Wyposażone w podobny motor Renault Arkana, kariery nie zrobiło. Wrażenia zupełnie inne. Wiadomo, bywają nieodkryte perły, jak chociażby mój Ioniq (akurat tutaj robotę robi skrzynia biegów nie-CVT), ale wyjątki tylko potwierdzają regułę. Toyota pracuje nad hybrydami od kilkunastu lat, a Renault/Dacia dopiero raczkuje.

Ostatnia kwestia – jakość. Siedziałem w Bigsterze. Ten wóz ma plastiki na poziomie Sandero, czyli pojazdu za 60k, a nie 145k. Twarde, nieprzyjemne, tylko ładnie wyglądające (bo tłoczone a nie gładkie). I nie, nie może równać się nawet z Toyotą. W trasie taki podłokietnik – koszmar.

Z tych względów kompletnie nie porównywałbym RAV4 z Bigsterem. Jego rywalami są raczej „chińczyki” – może i auta ładniej wykończone, ale droższe w naprawach, z większą utratą wartości, posiadające dziwne patenty. A jednocześnie z tej samej klasy budżetowej, oraz na podobnej półce cenowej.

Jeszcze raz przykład na oszustwo ZUS. Moja własna teściowa i emerytura 55-latki wyższa niż 60-latki.

Moja teściowa, słynny medialnie rocznik 1953 (kilka wyroków TK, ostatni, który mógł pobrać wcześniejszą emeryturę), przeszła na „stypendium ZUS” w 2008 r. (jako 55-latka). Dzisiaj nieosiągalne, ale skupmy się na faktach z przeszłości, bo pokazują wartość „obliczeń” ZUS. .

ZUS wyliczył jej emeryturę w kwocie 2.400 zł i zaczął wypłacać. Zwolniła się z pracy na 1 dzień i zatrudniła od nowa, aby wykonać ruch, do którego nieodmiennie namawiam jako optymalnego: brać emeryturę i zarabiać.

W 2013 r. osiągnęło tzw. ustawowy wiek emerytalny, i wystąpiła o świadczenie tzw. pełne. Liczyła, że 5 lat pracy ekstra (dodatkowe składki) podniosą jej wysokość emerytury. Nic z tego, bo wyliczono 30% mniej (ok. 1700 zł). Odjęto wypłacane przez 5 lat sumy, a doliczono składki. Pozostała więc przy wysokości 2400 zł (tzw. korzystniejsza opcja).

W 2021 r. ZUS po wyroku TK przeliczył jej jeszcze raz, tym razem prawidłowo (kapitał początkowy+składki+potrącone wcześniej wypłaty) i podzielił przez 253 miesiące. Wyszło 1950 zł. Dalej sporo mniej niż „wcześniejsza emerytura”.

W 2024 r. zapadł kolejny wyrok TK i w 2026 r. ZUS znowu wszystko policzył od nowa. Wyszło 1840 zł. Jeszcze mniej i sporo niżej niż „wcześniejsza emerytura” (2400 zł). Jak to możliwe?

  1. Tabele średniej długości życia. W 2013 r. kobieta 60-letnia miała przed sobą 253 miesiące życia. W 2026 r. aż 268,9 miesięcy. Dokładnie ta manipulacja, którą karmi nas ZUS. Staram się ją obalać. O 6,2% zaniżone świadczenie.
  2. Dłuższa praca nic nie dała. Słyszycie co ZUS nam wciska – 5 lat dłuższej pracy, to emerytura wyższa o 80%. Bzdura. 5 lat dłuższej pracy i 23% niższa emerytura.
  3. Zmiana zasad. Powoli docieramy do sedna. W 2008 r. emeryturę liczono „po staremu” wybierano korzystnych 10 lat. Teraz liczy się kapitał początkowy + zgromadzone składki. I nagle z 2400 zł zrobiło się 1840 zł.
  4. Wnioski. Moja teściowa jest mądrą kobietą, wzięła świadczenie od razu, zanim Sejm zmienił zasady. Dzięki temu ma o 23 % wyższą emeryturę, niż jej koleżanki pracujące do 60-tki, bo uwierzyły Prezesowi ZUS.

Na koniec ciekawostka. Gdybym dzisiaj poszedł na rentę, dostanę ją w wysokości podobnej do emerytury za 15 lat. Ale to już temat na następny wpis.