Na początku maja zadzwonił do mnie bardzo dobry kumpel. Zadał mi jedno pytanie: Czy sądzę, iż kasę z Zondacrypto uda się odzyskać? Szczerze powiedziałem, co myślę, że to gruby, od dawna zaplanowany wałek, mówiąc wprost – oszustwo. Wtedy padły trzy słowa: „Ale na YouTube różnie mówią.” Już wiedziałem. Wszedł w to, powierzył im swoją ciężko zarobioną kasę.
Sylwetka „inwestora”. Do tej pory miał najwyżej lokatę i to w tym „najbezpieczniejszym banku”. Do tego nieruchomość na wynajem. Trzymał się z dala od gięłdy „bo ryzykowna”. Dochód czerpał z ciężkiej, obciążającej psychikę pracy po 10 godzin dziennie z niepłatnymi nadgodzinami w biurze-Januszexie. Zainwestował w krypto około 20k, efekt 4 miesięcy spędzonych nad papierami, a w zasadzie, odejmując wydatki (z czegoś przecież musiał żyć) – 8 miesięcy. Jak spotkał się z krypto?
Przyczyny inwestycji. Namówił go młodszy kolega z biura. Nie widziałem tej sceny, ale znając mechanizm jestem w stanie dość precyzyjnie ją odtworzyć. Słyszałem o nim wielokrotnie: w 1993 r., 2001 r., 2008 r., słyszę i teraz. Otóż jest sobie konserwatywny starszy pracownik, obok niego siedzi „młody”, ubrany w dobry garnitur. Z rozmowy wynika, że „młody” inwestuje w super zyskowne akcje, które idą do góry, albo, jak w tym przypadku w krypto. Pojawiają się opowieści o zyskach: 3-4 razy większych niż możliwe do osiągnięcia z lokat. I włącza się schemat chciwości. Po długich namowach „stary” całkowicie ignoruje (bo nigdy o nich nie słyszał) typowe zabezpieczenia: dywersyfikacja, wybór sensownego brokera, koszty transakcji, wreszcie coś, co powtarzam jak mantrę „kupuj, gdy jest tanio”, zakłada rachunek, którego działania nie rozumie (a w zasadzie zakłada mu go „młody”) i składa pierwsze zlecenie.
Przebieg inwestycji. Stary trochę zarobi i łapie haczyk. Już jest kupiony. Przecież od tych 20k zyskał 4-5k, a więc kwotę, na którą lokatami pracowałby przez kilka lat. Wtedy pojawiają się problemy. Spadek. Pogłoski o trudnościach z wycofaniem pieniędzy (jak w historii kumpla z Zondacrypto). „Młody” tłumaczy: Nie słuchaj panikarzy i zawistników. Ale złych informacji przybywa. „Stary” wreszcie włącza schemat „strach” i sprzedaje. Co z tego, skoro nie może wycofać pieniędzy, dodatkowo traci na spadkach.
Szukanie dowodów, że coś da się uratować. Klasyka. Ile razy słyszałem: „Nie jest tak źle”, „Jeszcze się odbije”, „Na YouTube różnie mówią” etc. Tymczasem pieniądze istnieją na papierze, bo firma/giełda jest wydmuszką. Właściciel siedzi sobie daleko z pieniędzmi klientów. Do końca zapewniał o „przejściowych trudnościach”. Teraz razem z wyznawcami pompuje teorię o spisku. Prawda brzmi brutalnie – nic nie uda się uratować, wszystko przepadło. Oczywiście, mega szkoda mi kumpla, gdyby przyszedł do mnie wcześniej (a zadziałał kolejny mechanizm „Przyznam się dopiero wtedy, gdy dużo zarobię, żeby przekonać ludzi, że ja też potrafię,”), wyjaśniłbym mu o co chodzi i może zdążyłby wyjść w odpowiednim momencie. Albowiem przez lata uniknąłem wtopy z takimi „złotymi interesami” dzięki stosowaniu kilku zasad.
Zasada 1. Nie inwestuj w coś, czego nie rozumiesz. Nie kupuje kontraktów na zboże, akcji kopalni złota w Australii, spółek biotechnologicznych, ponieważ tych rynków nie rozumiem. Mój kumpel kryptowalut nie rozumiał, nie wiedział jak działa jakakolwiek giełda, nigdy nie inwestował.
Zasada 2. Omijaj podejrzane inwestycje. Inwestycje ulokowane w obcych krajach, tworzących sprawozdania w nieznanych językach. Estoński, dość podobny do węgierskiego, zna niewielka liczba osób, do tego raczej nie łączą oni tej umiejętności z czytaniem sprawozdań finansowych. Dlatego tak długo opinia publiczna nie wiedziała, że giełda Zondacrypto łamie podstawową zasadę bezpiecznej inwestycji – wykorzystuje rachunki swoich klientów (a w zasadzie ich aktywa) do spekulacji, nie oddziela środków spółki od powierzonych. W razie odwrócenia trendu, traci wszystko. Mój kumpel w teorii nie był mocno „do tyłu”, ale w praktyce pieniądze były tylko zapisami na wydruku. Jego kryptowaluty najprawdopodobniej pożyczono niewypłacalnym inwestorom z całego świata. Zniknęły. Podejrzane były też powiązania: właściciel nr 1 zginął bez wieści z kluczami do portfela, właściciel nr 2 siedział sobie w raju podatkowym, sponsoring polityków itp. I na koniec – zero nadzoru finansowego, pełna wolna amerykanka. Brzmi jak przepis na katastrofę. Tak upadał Enron, wywracał się Janusz Palikot, no i Zondacrypto.
Zasada nr 3. Nie kupuj na górce. Oczywista oczywistość. Krypto miało sens, gdy BTC kosztował 0,2 zł, no dobrze do 10k. Potem pojawiła się czysta spekulacja. Za tymi wirtualnymi walutami nie stoi żadna ekonomia, stąd trudności w wycenie i silne wahania kursu. Kupowanie jakiś ułamków jednostki, przy cenie po 300k zł/BTC zakrawa na szaleństwo. Wybieranie jakiś innych …coinów przypomina mi zabawę zapalniczką na stacji benzynowej. Albo zdobędziemy sławę nieustraszonego wśród kolegów, albo wylecimy w powietrze.
Zignorowanie tych trzech, dość prostych zasad, kosztowało mojego kumpla 20k. Kiedy usłyszał ode mnie „dobrze, że tylko 20k” prawie się obraził. Wtedy wytłumaczyłem mu te mechanizmy i opowiedziałem historię, o adwokacie, który w 1992 r., żeby inwestować na GPW stracił dom (sprzedał i stracił 2/3 kapitału), o nauczycielce, pragnącej udowodnić wszystkim swój inwestycyjny geniusz, gdy w 2007 r. kupiła fundusze inwestycyjne za pożyczone na hipotekę mieszkania 70k „bo młodemu, tak dobrze żarło”, o pewnym zamożnym, uczciwym biznesmenie, który próbował mnie przekonać „Palikot jeszcze się odbije, tam nie ma żadnego wałka”. Ponieważ szczegóły bywają różne, ale schemat podobny – złamanie powyższych trzech zasad, które kończy się finansową katastrofą.
100/100.
Nie inwestuj w coś czego nie rozumiesz, inwestuj w coś za czym stoi coś realnego ( albo -jak obligacje- gwarancje rządów).
Dla mnie rynek krypto to przykład holenderskich tulipanów, tylko wtedy nie było mediów społecznościowych, które sprowadziły te inwestycje pod strzechy. A że „strzech” mamy obecnie dużo więcej…
100% racji z tulipanami. Na krypto łatwiej o bańkę (bo czym jest wzrost o 160 mln% w ciągu 16 lat?), pierwsi zarabiają najwięcej (przypominam w maju 2010 r. dwie pizze kosztowały 10.000 BTC), a wchodzący na górce stają się owcami do golenia. Do tego na notorycznie pojawiają się oszustwa, a wyceny w żaden sposób nie można zweryfikować. Przepis na kłopoty. O ile jeszcze mogę zrozumieć kogoś, kto z ciekawości wszedł w krypto przy cenie poniżej dolara, o tyle przy 100k USD/BTC łamiemy wszystkie zasady.