Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
luty 2025 – Oszczędny Milioner

Własna firma kontra etat. Czas.

Do tej pory odnosiłem się do psychologicznych i podatkowych aspektów własnej firmy. Dzisiaj skupię się na innym aspekcie – czasowym. W obiegu istnieją bowiem dwie szkoły, według jednej – jeśli chcesz oszczędzić czas, załóż firmę, a druga mówi coś wręcz przeciwnego – przedsiębiorca pracuje od rana do wieczora i … do śmierci, a pracownik przynajmniej ma urlop.

No dobrze, przedstawiłem poglądy, a co sam o tym sądzę? W każdej plotce jest ziarnko prawdy.

Przypadek 1. Leń i kombinator. Mój własny kuzyn, wolny ptak. Prowadzi firmę budowlaną i ma czas na mnóstwo pozafirmowych aktywności. Jak on to robi? Ano pracuje na luzie. Bierze dobrze płatną i prostą fuszkę, po znajomości, otwiera front robót i przez 2-3 miesiące cyka po 1-2 dni w tygodniu. Niby coś się dzieje, ale mówimy o 20 godzinach/tydzień (85 godzin/miesiąc) czyli odpowiedniku pół etatu. Potem wystawia fakturę na 20 tys. zł + refakturuje materiały i ma luz. Oczywiście wystawienie faktury odbywa się wtedy, gdy ma aktywną dg, bo przez 2/3 roku ona sobie wisi lub jest zamknięta. Dzięki temu mamy:

  • 20 tys. zł przychodu,
  • 5 tys. podatków i składek,
  • 15 tys. zł zysku.

Bilans? 5 tys. zł netto miesięcznie głowy nie urywa, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że za pracę 2 dni w tygodniu – całkiem nieźle. Tak, ten człowiek ma mnóstwo czasu na życie. Pójście na etat, kompletnie mu nie w głowie.

Przypadek 2. Pracuś. Prowadzi biznes tak – pobudka o 5, od 5.30 do 22 w warsztacie, ciągle telefony i tak 6 dni w tygodniu. 10 dni w miesiącu spędza na wakacjach i etatowcy widzą właśnie tę część (oraz ogromne dochody), myśląc – „przedsiębiorca, to ma dobrze”. Natomiast ten gość pracuje 16,5 godziny dziennie, przez 17 dni w miesiącu, de facto 280 godzin/m-c, podczas gdy pełny etat zawiera ich 170 oraz 20 dni roboczych. Kiedy widzą te liczby, ludzie zazdroszczący firmy i zysku, trochę spuszczają z tonu, wcale nie mają ochoty tak harować.

Przypadek 3. Proste prace. Na etacie w markecie zarobisz minimalną. W wielu biurach – podobnie. Dopóki nie masz 26 lat – ok, da się za to żyć, ale schody zaczynają się po przekroczeniu progu. 170 godzin i ca. 3500 zł na rękę, daje 20 zł/godzinę. Niewiele lepiej wypadają ci, którzy mogą się pobrudzić lub nabyli doświadczenia. Może dostaną bonus +20%. Niby jest płatny urlop (2 dni/m-c), niby można pójść na zwolnienie (ale średnia, która budzi wątpliwości przedsiębiorcy wynosi (0,5 dnia/m-c). W efekcie mamy 20 dni/m-c i 160 godzin (już po L4). Pracujemy 2/3 tygodnia/miesiąca/roku. W firmie da się to rozwiązać inaczej. Najpierw pracujemy brygadą. Właściciel ma dajmy na to 40 zł/godzinę z własnej pracy i po 10 zł z pracy każdego pracownika. Jeśli pracują równo, te 160 godzin właśnie, zarabia 70 zł/h (przy trzech zatrudnionych). A może też zostać sam lub „ze szwagrem” i pracować 15 dni w miesiącu, ale intensywnie. Wtedy nadal przerabia 150 godzin, ale wyższa stawka godzinowa pozwala mu żyć lepiej, pracując mniej. Nawet jeśli dołoży 10 godzin na biurokrację i zapłaci składki.

Przypadek 4. Prace wymagające wiedzy i doświadczenia. Od rzemieślnika do wolnego zawodu. Tutaj następuje pełna dowolność. W teorii. W praktyce większość pracuje w modelu: 10 godzin dziennie od pn -soboty, bez urlopu. W ten sposób 60 godzin tygodniowy = 1,5 etatu (a jeśli wyłączymy zwolnienia i urlopy, nawet więcej). Czy jednak da się inaczej?

I tutaj zatem nie mamy oczywistej odpowiedzi, chociaż stawki godzinowe w firmie mam nadal lepsze niż za dupogodziny na etacie.

Natomiast skupiając się na czasie widzę jedną prawidłowość – w firmie zyskujemy często dość elastyczne możliwości kształtowania czasu pracy. Mogę pracować w nocy, na urlopie (tak zresztą robię), natomiast etat ogranicza nas ramami czasowymi i wymaganiami pracodawcy (zazwyczaj). Dlatego przedsiębiorcy sprawiają wrażenie wyluzowanych, ponieważ spokojnie mogą w południe pójść sobie do parku, a nikt nie widzi, że mają już za sobą 6-7 odpracowanych godzin. Podobnie będzie z urlopem. W biurach miałem go sporo, ale to tylko pozór, bo za każdym razem muszę prosić, dopasowywać się do współpracowników itp. We własnej firmie chce wolne, biorę wolne, tylko… muszę je odpracować wcześniej lub później.

Zakończę jednak jeszcze inną konkluzją. Najlepszą optymalizację czasową gwarantuje kapitał (żeby zarobić 5 tys. zł miesięcznie na obligacjach, muszę poświęcić 2 godziny rocznie i dysponować ok. 0,75 mln zł) . I o tym staram się pisać na blogu. Ani własna firma, ani etat nie zagwarantują takich stawek, trzeba jednak przekroczyć pewien próg.

Łatwiej stać się zamożnym na wsi.

Niedawno pisałem, że „lepiej być biednym na wsi” dzisiaj przechodzę na przeciwny biegun – zamożność. I stawiam odważną tezę – łatwiej stać się zamożnym na wsi.

Część z Was powie, i po części słusznie – co on opowiada. Wykonuje miejski zawód, większość dochodu czerpie z miasta,a tu nagle wieś jako lepsze miejsce na zamożność. Taka argumentacja ma w sobie pewną wagę, natomiast, co ważne – statystyka. A ta działa na korzyść wsi. Jej mieszkańcy, według danych GUS, dysponują przeciętnie większą powierzchnią mieszkalną na osobę oraz większym przeciętnym majątkiem. Jak to w ogóle możliwe?

Ano nie tylko możliwe, ale i do przewidzenia. W „Przestań zgrywać milionera” dr Stanley pokazuje wyniki swoich badań. Jednym z kryteriów prawdopodobieństwa zamożności ustanawia współczynnik milionerów wśród dobrze zarabiających w poszczególnych zawodach. I tak 38% lekarzy osiąga wysokie dochody (200 tys. dolarów i więcej). Analogicznie 24% adwokatów, 8% menadżerów średniego szczebla 3,4% menadżerów farm i rancz oraz 2.5% właścicieli tych gospodarstw. Sytuacja zmienia się, jeżeli pomyślimy ile osób zarabiających tak wiele, zostaje milionerami. Dr Stanley liczy go tak: liczba osób z wysokimi dochodami/liczba milionerów w danym zawodzie x 100%. I jakie osiąga wyniki? Tylko 26% dobrze zarabiających lekarzy zostaje milionerami, 36% adwokatów, 53% menadżerów średniego szczebla 145% menadżerów farmy i rancza. A gdzie są rolnicy? No cóż, osiągają wynik 188%, czyli na 1 osiągającego wysokie dochody, przypada 2 milionerów. Jednak ten procent, to jeszcze nie wynik.

Podano też jaki procent wykonujących zawód zostaje milionerami. W tym miejscu lekarze (10%), adwokaci (prawie 9%), wyprzedzają właścicieli farm i rancz (4,76%) dwukrotnie. Czyli jednak miasto? No cóż, raczej nie. Wyjaśniam, dlaczego.

Po pierwsze – na wsi co 3 jest rolnikiem, a w mieście adwokatów czy lekarzy – garstka. Szansę na zostanie lekarzem czy adwokatem ma więc niewielu, a farmerem, całkiem spora grupa.

Po drugie – 9-10% i 4,76% wcale nie oznacza dramatycznej rozbieżności, zwłaszcza jeśli ocenimy, że tylko co 10-ty lekarz zostaje milionerem.

Po trzecie – Polska to nie USA. O ile nie znam biednych lekarzy o tyle adwokatów żyjących od 1 do 1 już sporo. Podobnie jak zamożnych rolników.

Po czwarte – wiele zawodów da się wykonywać i na wsi i w mieście. Akurat lekarzem czy adwokatem trudno zostaje się na odludziu, natomiast inżynierem, nauczycielem (kolejne profesje o wysokiej koncentracji milionerów), już bez problemu. Dzisiaj, przy pracy zdalnej, da się odłożyć milion pracując w IT, a nawet niektórych korpo.

Po piąte – na wsi żyje się taniej i łatwiej odłożyć. Pisałem o tym wielokrotnie. Niższe ceny nieruchomości (30-40% miejskich za porównywalne powierzchnie i stan), oznaczają znacznie niższe raty kredytów. Na wsi mniej ludzi uwiązało się na pasku banków. Usługi są tańsze. Towary – porównywalne. Przy niewiele niższych przeciętnych pensjach (-20%), odłożymy więc większe sumy.

Po szóste – wieś nie zachęca do wydawania. Nie ma tam galerii, tylu sklepów, restauracji, dyskotek, kasyn czyli generalnie miejsc, w których puszcza się kasę.

Po siódme – na wsi łatwiej o towarzystwo ludzi oszczędnych. Bardzo ważny punkt. Wieś sprzyja oszczędności. Miasto zachęca do wydawania. Znajdziemy tam znacznie mniej ludzi odraczających wydatki lub rezygnujących z nich całkowicie. Auta są starsze i tańsze. Wystroju domu nie zmienia się tak często. Wybiera ciucholand czy targ zamiast modnych marek w galerii. Króluje „zrób to sam”. To wszystko sprawia, że na wsi znacznie prościej o oszczędnych sąsiadów czy znajomych. A wiadomo „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”.

Po ósme – i na wsi nie brakuje dobrze zarabiających. Wprawdzie średni dochód jest niższy o te 20%, ale przecież nie ma tam takich kominów (różnic wynagrodzeń), bankierów z pensjami 0,5 mln miesięcznie, zarządzających inwestycjami w funduszach, prezesów wielkich spółek. Do tego średnią i medianę obniżają ludzie z niskim legalnym dochodem, co nie znaczy, że biednych. Pracują oni albo na czarno w Polsce, albo sezonowo za zachodnią granicą. I dochodu tutaj nie wykazują, zaniżając statystyki.

Po dziewiąte i ostatnie. Zamożność bierze się ze zdolności do generowania nadwyżki dochodów nad wydatkami i umiejętnego jej inwestowania. Nazywam tę zasadę Trójkątem Zamożności. Same dochody nie wystarczą. A na wsi łatwiej generować nadwyżkę i… tak się dzieje. Z inwestycjami też nie ma problemu. Wystarczy wyjazd do miasta od czasu do czasu.

Mentzena kolejne zderzenie ze ścianą – tym razem potknął się na Ćwiku.

Parę tygodni temu głośno było o przemowie posła Ćwika na temat spółki XDD, kandydata na prezydenta Sławomira Mentzena.

Poruszałem wcześniej ten sam temat i tłumaczyłem, dlaczego zaufanie temu panu, kompletnie mija się z celem, albowiem w najlepszym przypadku nie wie co robi. Od tego czasu spółka zaliczyła jeszcze większe wtopy i jej szef nadal mętnie się tłumaczy (brak zmian podatkowych), zamiast przyznać się do błędu (zła strategia).

Teraz rozjechał go poseł Ćwik, który jest prawnikiem. Najpierw sprowokował Mentzena do przyjęcia bitwy na kiepskim polu (tryb wyborczy), a następnie w obu instancjach dał łupnia. O czym to świadczy? Prawnicy Kancelarii Mentzen nie są wcale tacy rezolutni, albo szef ich nie słucha. I znowu jedyną strategią wizerunkową było opowiadanie bajek, o złym (głupim) sądzie, o kłamstwach Ćwika (łatwe do udowodnienia). A wystarczyło chwilę sprawdzić, zamiast gorączkować się i działać na wariata.

Przesłuchałem nagranie z wystąpieniem posła Ćwika, i faktycznie, zaprezentował się zręcznie. Fakty były prawdziwe (cena nominalna, cena sprzedaży, spadek zysków, oszczędności podatkowe). Kontrowersje budziły oceny – przedstawienie Mentzena jako oszusta podatkowego. Bo co do tego, że brak mu chłodnej głowy, a do tego pionu komunikacji (albowiem uwierzył w swoją wielkość), to już wszyscy mogli zobaczyć. W mojej ocenie Mentzen optymalizował podatkowo zakładając fundację rodzinną. Natomiast w jego biznesie – no cóż, perspektywy XDD wyglądają słabo.

Rzuciłem drugą pracę. Co się dzieje, kiedy zmniejszam zobowiązania zawodowe?

Niespełna 3 tygodnie temu cisnąłem papierami i teraz pracuję w systemie wtorek-czwartek oraz prowadzę małą działalność gospodarczą. Ponieważ kilkanaście dni pozwala na wyciągnięcie pewnych wniosków, zrobiłem to i chcę się z Wami nimi podzielić. Co się stało i co się nie stało?

  1. Płacę mniej podatków i składek.

Paradoks systemu podatkowego w Polsce polega na tym, że im więcej pracujesz (zarabiasz), tym wyższe podatki płacisz. Tak działa tzw. progresja w podatku dochodowym od osób fizycznych. Dodatkowo akurat etat jest najgorzej opodatkowaną formą zdobywania pieniędzy. Jak to działało w moim przypadku?

Otóż władza populistów przyczyniła się do gigantycznego wzrostu pensji, za którym nie poszło analogiczne zwiększenie progów podatków i składek . Paradoks zrozumie każdy, kto zna zjawisko inflacji. Wytłumaczę je na moim przykładzie. Od 2014 r. zarabiam nieco ponad 2,5-krotność średniej krajowej, która w 2015 r. wynosiła 4121 zł. Pierwszy próg podatkowy był wtedy na poziomie 85 tys. zł czyli ktoś zarabiający przeciętnie znajdował się na poziomie 0,58 progu zobowiązującego zapłaty 32% podatku. Tym sposobem, rozliczając się z żoną, byłem w stanie zejść pod próg, mając 2,6 krotność średniej krajowej (ona ok. 60% średniej), a więc razem 1,8 kwoty I-go progu podatkowego. Teraz zarabiając podobną krotność średniej krajowej, pomimo podwyższenia progu, w 2024 r. byliśmy na poziomie ponad 2,8 jego wartości, czyli płaciliśmy podatek 32% od prawie 100.000 zł. Stało się tak pomimo iż w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia zarabialiśmy podobnie. Miłośnicy Jarosława powiedzą „Ale obniżono podatek w pierwszym progu skali z 18% do 12% oraz dodano kwotę wolną 30.000 zł zamiast 3091 zł”. I na to mam odpowiedź. Ponieważ jednocześnie wprowadzono zakaz odliczenia składki zdrowotnej od podatku i zmieniono podstawę tej składki (tam ulgi nie ma). Tym samym, nawet ktoś zarabiający przeciętnie zapłacił tych danin….. dwa razy więcej.

Popatrzcie: 4121 x 12 = 49.452 zł -3091 = 46361 zł x 19,25%=8924 zł, podczas gdy teraz:

8900×12=106.800 zł-30.000=76.800 *0,12= 9216 zł (podatek) + 106.800 x 9% = 9612 , a razem 18.828 zł.

Niby zarabia 2 razy więcej, ale faktycznie tyle samo, bo 1 średnią krajową no i wydatki też wzrosły prawie 2-krotnie, podobnie jak obciążenie podatkowe.

Ale wróćmy do mnie. Niekorzystna zmiana systemu opodatkowania oznaczała dla mnie, nie tylko zapłatę ok.32.000 zł dodatkowego podatku dochodowego, ale i 27.000 zł dodatkowej składki zdrowotnej. Razem prawie 60.000 zł więcej (i na składkę nie działają żadne ulgi). W efekcie – cała druga pensja opodatkowana była następująco: 32% podatku (0 zł kwoty wolnej, bo tę już wykorzystałem), 9% składki zdrowotnej, 13,71% składek społecznych. Razem: 54,71% podatków i składek. Niektórzy doliczyliby jeszcze 2% PPK, ale ja uważam je za oszczędność. Co to znaczy w praktyce? Moja pensja netto wynosiła jedynie 45% pensji brutto. Nieźle, prawda? W rzeczywistości nie traciłem zatem ok. 10 tys. zł miesięcznie (brutto), lecz ledwie 4500 zł (54 tys. zł/rok). Kwota zapłaconych podatków i składek spadła przy tym o o 66 tys. zł rocznie.

2. Nie straciłem tak wiele dochodu.

Napisałem o tym powyżej. Realnie moja pensja zmniejszyła się o 4500 zł/m-c (już po uwzględnieniu nagrody rocznej). Gdybym doliczył ponoszone dodatkowo wydatki (składka na zz), dotarcie do pracy (koszt + niezapłacony czas), składki, ubranie, wyjdzie mi ok. 4200 zł. I tę sumę muszę brać pod uwagę w rozliczeniach.

3. Odzyskałem sporo czasu.

Nominalnie 2 razy w tygodniu = 104 dni w roku x 9,5 godziny (dojście + praca+powrót) = 988 godzin/rok = 82,33 h/m-c.

Realnie wygląda to inaczej. Od 104 dni muszę odliczyć urlop (20 dni) oraz dni ustawowo wolne (3) oraz typowe zwolnienia (4 dni). Zostaje 77 dni. Ale…. przychodzenie 2 dni w tygodniu do pracy, wcale nie oznacza, że w inne nie mam żadnej roboty. Pracodawca zawracał mi głowę i w pozostałe, a także w czasie urlopu. Szacuję, że było to dodatkowych 25 dni (4 godziny/tydzień). Stąd wynik wydaje się prosty – 103 dni w roku (978,5h).

Teraz mój weekend zaczyna się w czwartek po południu, a kończy we wtorek rano. .

4. Trzeba było ten czas zagospodarować.

Zagospodarowanie dodatkowych 978,5 h rocznie nie nastręczało wielkich problemów. Mogłem:

  1. znaleźć podobną pracę, ale za wyższą pensję (i płacić jeszcze więcej podatków),
  2. zaliczyć dodatkowo nawet 978,5 h płatnych godzin w firmie (podobny skutek jak etat),
  3. wykonywać w tym czasie prośby innych. Słowa mojego syna: świetnie, to przyjedziesz wyremontować mi mieszkanie. Żona też znalazła dla mnie jakieś zajęcie: będziesz mnie woził do pracy i robił zakupy.
  4. spełniać marzenia (wydanie i promocja książki, przeprowadzka do domu na wsi, stworzenie prawie samowystarczalnego siedliska, inwestowanie itp.).
  5. lenić się.
  6. podzielić czas pomiędzy zajęcia z punktów 2-5.

Co wybrałem? Ponieważ do tego kroku przygotowywałem się od 6 miesięcy, wiedziałem doskonale, że wybiorę pkt 6. I tak (wartości roczne):

  • 260 godzin przeznaczę na firmę,
  • 260 godzin na prośby innych,
  • 400 godzin na własne marzenia,
  • 58,5 godziny na lenistwo.

Dzięki temu i zarobię dodatkowo ok.2 tys. zł/m-c, i zrobię te zakupy do domu, i spełnię marzenia i będę miał statystycznie ok. 1 godzinę tygodniowo na poleżenie do góry brzuchem. Wróćmy do istoty – odzyskałem 978,5h, podczas których zarabiałem 4,5 tys. zł/m-c, a teraz poświęcam na firmę 260 godzin (27%), a zarabiam 2 tys. zł/m-c (44%). Czysty zysk. 12`

5. Wydaję mniej.

Ten paradoks akurat łatwo wytłumaczyć.Do pewnego stopnia, im mniej pracujemy, tym mniej wydajemy. Unikamy bowiem pułapki konsumpcyjnego stylu życia i mamy opcję kupić/zrobić wiele rzeczy taniej, albo całkiem z nich zrezygnować.

Prosta sprawa. Od kiedy ponownie (po 15 latach) przejąłem całkowicie robienie zakupów na tzw. życie, kwota wydatków na nie spadła o 50%. Jak to możliwe?

  • 20% bierze się z metody kupowania. Moja żona idzie i zbiera z półek, co jej się przypomni, a ja wybieram się do sklepu z listą. Nie ma na liście – nie kupuję. Do tego listę spisuję na podstawie planu posiłków (dzięki http://godnezycie.blogspot.com).
  • 20% pochodzi z wytwarzania. Mam czas – zamiast kupować jogurt – robię go. Podobnie z serem, wędliną itp.
  • 10% wynika ze zmiany źródła zaopatrzenia i lepszego porównywania cen. Kto miał do czynienia z marketami, bazarkami, giełdami i zakupem od producenta – ten wie. Da się urwać spory procent.

Do tego dochodzi jeszcze brak wydatków ściśle związanych z drugą pracą: dotarcie do niej, składki, ubranie, II śniadanie, kawa, ubezpieczenie. Miesięcznie ok. 300 zł.

Muszę też zwrócić uwagę na DIY, po polsku „zrób to sam”. Planując remont domu na wsi, w znacznej części samodzielnie, zaoszczędzę ok. 80 dniówek. Według dzisiejszych stawek – kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nieźle. Tym sposobem dojdę do wartości…. mojej pracy etatowej, samą pracą na wsi. Nie chodząc do pracy, będę miał na to siłę i czas.

6. Więcej czasu spędzę z rodziną.

Ważny aspekt. Kiedy szedłem do porzuconej pracy, mój syn jeszcze spał. Czyli dwa razy w tygodniu nie widział mnie z rana. Z żoną mijaliśmy się w drzwiach łazienki. Teraz wygląda to inaczej. Jeśli planuję zakupy, odwożę ją do pracy. Młodemu dam radę zrobić śniadanie, albo wyjść po niego do szkoły z psem. Z teściem na spokojnie wypiję kawę i pogadamy. Brata wyciągnę na rower. Zadzwonię do siostry. Odwiedzę synów na drugim końcu Polski, nie tylko na mecz czy krótkie 2 dni, ale na tydzień (przy okazji jednak zrobię jakiś remont).Wreszcie jest na to czas.

No i na koniec.

7. Bilans czasowo-finansowy wychodzi dodatni.

Jak już pisałem – straciłem ok. 54 tys. zł/rok. Na wydatkach związanych z pracą zaoszczędziłem 3600 zł. Do tego zarobię w firmie dodatkowe 24 tys. zł/rok. Zaoszczędzę na życiu – 12 tys.zł/rok. Wykonam prac za 15 tys. zł/rok (w pierwszym – nawet 4 razy tyle). Dzięki inwestycjom zarobię dodatkowo 8500 zł, a na spełnianiu marzeń – drugie tyle. W sumie wyjdzie mi 72.600 zł na plusie, przy stracie 54 tys. zł. A zyskałem dodatkowo czas dla rodziny.

Kolejna nieprawdziwa opowieść o klasie średniej.

W zeszłym tygodniu przeczytałem ten artykuł https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/polska-klasa-srednia-w-glebokim-kryzysie-zaczynamy-latac-jak-kura-bez-glowy/shz4gbr . Utrzymany w tonie narzekactwa, zawiera kilka nieprawd o klasie średniej, które chciałbym sprostować. To dziwne, bo rozmówczyniami Newsweeka są dwie socjolożki.

Dwa słowa wstępu, bo temat wielokrotnie poruszałem. Istnieją trzy rodzaje definicji klasy średniej. Pierwsza opiera się na kryterium czysto ekonomicznym – wysokości dochodów. To szkoła amerykańska. Druga – koncentruje się na zasadach i sposobie życia, które socjologia nazywa „habitusem”. To szkoła europejska. Jest też trzecia – definicja – marksistowska – oparta o podział proletariat-burżuazja-coś pośrodku. I pośrodku jest właśnie klasa średnia. W warunkach polskich zaliczymy do niej bezspornie: nauczycieli, lekarzy, urzędników-specjalistów, umysłowych pracowników korpo. Z resztą mamy problem. Bo np. profesor geografii wg kryteriów socjologicznych byłby klasą wyższą, a wg ekonomicznych – średnią. Z kolei dr nauk medycznych z zarobkami na kontrakcie 50 tys. zł/m-c raz stanowiłby klasę średnią, innym razem wyższą.

Ale wróćmy do błędów.

  1.  My tak naprawdę przez 30 lat nie wymyśliliśmy, po co się bogacić, piąć po szczeblach kariery, wydawać pieniądze, które zarobiliśmy. Pieniądz i konsumpcja stały się ideologią samą w sobie. Jesteśmy chłopskim, katolickim społeczeństwem, które gdy się wzbogaciło, to pobiegło na bazar i kupiło sobie kolorową chustkę, samochód, mieszkanie, wszystko na pokaz, żeby było widać, że nie jesteśmy gorsi od sąsiada. 

Taka teza w odniesieniu do klasy średniej wydaje się podwójnie nieprawdziwa. Najpierw ponieważ pomimo, że spora część jej przedstawicieli wywodzi się ze wsi, lecz jednak, w wielu wypadkach częściowo, albo bardzo dawno (tzn. w mieście mieszkali już ich dziadkowie). Nadal pewna grupa ma korzenie ziemiańskie i kultywuje ten etos. I wpadamy na drugi błąd. Ani w klasie średniej, ani w chłopstwie, ani w katolicyzmie ani u szlachty pieniądz i konsumpcja nie są ideologią samą w sobie. Każda z tych grup bogaciła się po coś. I tak robi ogromna część klasy średniej. W konsumpcji tkwi jej wąska część – korpointeligencja.

2. Na Zachodzie istotą klasy średniej są ludzie, którzy pracują nie na innych, tylko na siebie. Czyli najpierw gromadzą kapitał, a potem umieją go zamienić w miejsca pracy, zatrudniać innych ludzi i w ten sposób pomnażać pieniądze. A my klasę średnią budowaliśmy, pracując po prostu u innych, i kompletnie nie zauważaliśmy, że jesteśmy na smyczy pracodawców, korporacji i że to od innych zależy, ile zarabiamy albo co będziemy robić za 20-30 lat. 

Teza, nie powiem, chwytliwa, lecz nieprawdziwa. Nawet w najbardziej klasycznej koncepcji klasy średniej, nikt nie mówił, że ma ona mieć stabilnego pracodawcę i to wyłącznie siebie oraz zatrudniać ludzi. W ten sposób, u Marksa, stawała się już burżuazją. Z kolei teorie ekonomiczne – zwracały uwagę na dochód, lecz nie sposób pracy. A socjologiczne – na habitus. Stąd posiadanie warsztatu pracy i zatrudnianie ludzi nigdy nie było cechą klasy średniej. W takim przypadku, musielibyśmy wyrzucić z niej nauczycieli, urzędników, korpointelifencję, wielu inżynierów. Zostałyby tylko ew. wolne zawody – byłby nią zatem np. adwokat, ale już nie sędzia i nie lekarz w szpitalu powiatowym. Całkowity wielbłąd socjologiczny – klasy średniej nigdy nie tworzyła umiejętność pomnażania pieniędzy.

Natomiast, co do smyczy. Fajnie się to czyta. Natomiast, jak widać po mnie, zawsze trzeba spojrzeć na coś innego. Z dnia na dzień rzuciłem papierami, a teraz to „zły pracodawca” ma problem, bo szuka kogoś na już. Smyczą jest konsumpcjonizm, są nią błędne wybory, a nie etat.

3. U nas klasa średnia nawet jeżeli zarabiała dobre pieniądze, to szczytem przedsiębiorczości było kupowanie mieszkań na wynajem. To jest biznes? Nie. To lękowe działanie: chcę zainwestować, ale tak, żeby na 100 proc. nie stracić. 

I znowu błąd na dwóch poziomach. Pierwszy – ludzie inwestowali w mieszkania, ponieważ przynosiły spore zyski (cały czas o tym opowiadam). Drugi – na mieszkaniach oczywiście da się stracić. I przykład „inwestorów we frankach”, którzy nie dotrwali do „sankcji kredytu darmowego” o tym opowiada.

Wreszcie, powtarzam jeszcze raz, bo to ważne, mały biznes to tylko część klasy średniej, a nie jej istota.

4. W mniejszych miejscowościach zostało mnóstwo ludzi, którzy założyli biznesy. Część z nich urosła, a ich właściciele są klasą średnią. I ich byt zależy od nich samych. Wtedy mają większą kontrolę nad tym, co się dzieje z ich życiem, biznesem, pieniędzmi. Wiem, o czym mówię, bo jestem dziewczyną z Radomia i widziałam wiele takich sytuacji. Mam krewnego pod Kielcami. Latami pracował na budowach w Niemczech, aż przyjechał i założył własny biznes, w tym samym czasie, w którym ja zakładałam w Warszawie firmę doradczo-badawczą. I po pięciu latach, gdy do niego jadę, to widzę realny majątek, który zgromadził, a ja wciąż wynajmuję biuro.

Jak ja lubię dowody anegdotyczne naukowców. Zgodzę się tylko z jednym – właściciel biznesu należy do klasy średniej. A opowieść, że jesteś nią jeśli masz własne biuro – kompletna bzdura i nieznajomość historii. W Polsce sprzed 100 lat, domy miała burżuazja i ziemiaństwo, a nie nauczyciele, urzędnicy, oficerowie czyli trzon ówczesnej klasy średniej. Większość firm wynajmowała biura od burżuja. Dlaczego? Ponieważ w zasadzie nie istniał obrót lokalami (do 1934 odrębna własność lokali była marginesem i tylko w tzw. Kongresówce). Mogłeś mieć albo kamienicę albo udział w niej.

A opowieść jak klasa średnia „latami pracuje na budowie w Niemczech” pasuje znowu do wąskiej grupy. Nie ujmuje jej nic, natomiast uznanie przez socjologa takiej drogi do majątku za szczyt klasy średniej? No cóż, polecam jeszcze raz wrócić do lektur akademickich.

5. Piękne macie to biuro, 200 mkw. w przedwojennej kamienicy.

… Została zbudowana w latach 30. XX w. dla inteligencji pracującej, a nie dla burżuazji czy arystokracji. Czyli przed wojną pan, jako dziennikarz, mógłby sobie na nie pozwolić.

Kolejny wielbłąd i potknięcie o własne nogi, tj. zaprzeczenie poprzednim tezom. Bo jak to, klasa średnia ma posiadać czy jednak wynajmować? Jak było 100 lat temu? No właśnie. Kamienica nie powstała z majątku inteligencji pracującej, lecz burżuazji. Inteligencja? Ona wynajęła sobie to mieszkanie. I to właśnie raczej ówczesna elita inteligencji. Ponieważ 200 m2 mieszkanie w dobrej dzielnicy kosztowało ok. 400 zł/m-c – 40% pensji ministra.

Z punktu widzenia „nowej definicji klasy średniej” właściciel 50m2 na Białołęce stoi wyżej niż przedwojenny dziennikarz, ponieważ ten nie posiadał nic, a tylko wynajmował czyli… konsumował. A w pierwszej tezie panie zganiły konsumpcję. Totalny misz-masz pojęciowy.

6. Bogata prowincja, która jest naprawdę klasą średnią: pracuje na swoim, decyduje, na co wydaje pieniądze, i stać ją na wakacje. Tylko że nie jeździ, bo ma swoje biznesy. A my jesteśmy najemnikami.

Prawda – tylko tak było zawsze. Właściciel 300ha majątku na żyznych Kujawach żył lepiej niż dziennikarz w Warszawie. Stać go było na wakacje we Francji, podczas gdy
„gryzipiór” cieszył się z Nałęczowa czy Otwocka (jeśli dostał urlop). Przy czym ziemianin jeździł rzadko, bo pilnował gospodarstwa (pomijam arystokrację). Urzędnik średniego szczebla z pensją 300 zł nie poszalał i na pewno nie mieszkał na Nowym Świecie (chyba, że na ostatnich piętrach oficyny).

Czy warto zainteresować się promocją ORLEN-u – zniżka na paliwo za posiadanie akcji?

Ładnych parę lat temu wyraziłem na tym blogu swój pogląd – nie kupuję akcji spółek Skarbu Państwa. Im dłużej obserwuję rynek, tym bardziej utwierdzam się w tej decyzji. Historie, które wychodzą na jaw, w trakcie kolejnych powyborczych audytów, w prywatnej, dobrze zarządzanej spółce nie mogą się wydarzyć.

Wróćmy jednak do tytułowej promocji. Zniżka za akcje. Pytanie o opłacalność całości przedstawił mi jeden z młodszych czytelników bloga, prosząc o policzenie. Zasady są proste. Masz 50 akcji Orlenu, przysługuje Ci zniżka 10gr na litrze (paliwoEffecta+LPG), 15 gr na litrze (paliwo Verva – premium) i 10% na zakupy w sklepie. Dostajesz kartę i korzystasz. I właśnie, czy to się opłaca?

Zaczynamy od „stopy zwrotu”. Przeciętny użytkownik, przejeżdża rocznie 10.000 km. Jeśli ma oszczędne auto – średnio spala mu ono 6 l/100 km. Oznacza to 600 litrów paliwa rocznie. A zatem zaoszczędzimy w ten sposób… zawrotne 60 zł/rok i 1,20 zł/akcję (zwrot 45 lat). Zyskamy….2,2%. Akcja ORLEN-u kosztowała bowiem 31.01.2025 r. ok. 53 zł. Ale co to 50 akcji? Obecnie ok. 2700 zł. Jeśli mamy ich 100 – zysk spada do 1,1%, 1000 już do 0,11%, ponieważ zniżka nie rośnie wraz z liczbą akcji. Jedyne wyjście – ktoś jeździ więcej. Miesięczny limit na karcie – 300 litrów, co daje 3600 litrów rocznie i 360 zł zniżki.Gra zasadniczo niewarta świeczki, jeśli uwzględnimy ryzyka.

A te są spore. ORLEN to jedna z najbardziej upolitycznionych spółek, silnie zależna od sektora paliwowego i gazowego (przejęcie PGNiG). W ostatnich 10 latach miała dość zmienną dywidendę i zyski (stopa z ostatnich 10 lat – od 2,4% do 8%) oraz kurs (np. spadek w w latach 2019- 2020 r. z ok.80 zł do 30 zł). Niby kurs generalnie rośnie – (wzrost wartości 50% w ciągu 10 lat, ), ale musimy (jak przy wszystkich spółkach surowcowych) dysponować mocnymi nerwami. Do dzisiaj cena nie wróciła do szczytu z 2017 r. (ok. 90 zł), a znajduje się nieco (25%) powyżej wartości sprzed „kryzysu subprime”. Stąd ważna uwaga dla każdego inwestora – takie spółki warto kupować tylko na dołkach.

A gdyby porównać z moją ulubioną ABS? W ciągu 10 lat wzrosła nie 50%, a 700%. Pomimo tego wypłacała dywidendę ok. 5% co roku. Już w tym momencie widać, że zarobienie dodatkowych 22% na ORLEN-ie w ciągu dekady niewiele zmienia. Dzisiaj spółka znajduje się 900% powyżej szczytu z czasów sprzed „kryzysu subprime”. Oczywiście i ją warto kupować na dołkach.

Dla kogoś, kto jeździ przeciętnie, zniżka ORLENu za posiadanie 50 akcji kompletnie nie ma sensu. 50 akcji, to tyle, co nic, a przy 200 (dalej mało dla kogoś, kto kumuluje akcje przez lata) zniżka spada do 0,55%, chyba, że przejeżdżamy 40 tys. km rocznie, albo mamy wyjątkowo paliwożerny samochód. Do tego istnieją inne zniżki na paliwo. W przypadku ORLEN-u: Duża Rodzina 8gr/l Effecta i 10gr Verva, karty flotowe, związki zawodowe itp. Stąd wróćmy do podstaw inwestowania w akcje: opłaci się tylko kupowanie w dołku cenowym i tylko akcji zdrowych, rozsądnych firm. Krótko mówiąc – inwestowanie w wartość.

Sprzedaj dom, uwolnij kapitał i żyj bez pracy.

Na Walentynki w tym roku zamierzałem sprawić Wam szczególny prezent – zdradzenie recepty – jak żyć bez etatu, lub przy minimalnym zaangażowaniu etatowym. Zaprezentowany montaż finansowy wynika z własnych doświadczeń i ustaleń z żoną.

Tytuł wyjaśnia wszystko. Głównym składnikiem naszego majątku, zazwyczaj martwym, więc nie liczonym przez dra Stanleya do spełnienia kryterium zamożności, jest nasze główne miejsce zamieszkania. Ostatnie wzrosty cen nieruchomości wypompowały wartość tego przedmiotu na dość wysoki poziom. Jeżeli macie inną nieruchomość nadającą się do zamieszkania (drugi dom, mieszkanie wakacyjne, dom po dziadkach – jak zwał, tak zwał), sprzedając dom uzyskujecie podstawową wolność finansową tj. stan w którym już nie musicie pracować, bo zasadnicze potrzeby zostają zaspokojone z kapitału. Niemożliwe? Patrzcie na wyliczenia.

Dom w średniej wielkości mieście np. taki jak mój da się spieniężyć za 1 mln zł. W Warszawie, Gdańsku czy Krakowie, większy w dobrej lokalizacji, wart jest kilkukrotnie więcej. Część ma kredyt, wtedy spłata go pomniejsza sumę.

Zostańmy przy pierwszej kwocie. Załóżmy stopę zwrotu 8,4% netto, właściwą dla długoletnich wzrostów rynku akcji, a obecnie obligacji korporacyjnych. I nagle mamy „z niczego” 84.000 zł/rok odsetek, czyli 7000 zł. W polskich, wiejskich warunkach, za taką sumę spokojnie może przeżyć trzyosobowa rodzina. I nie musicie mieć wcześniej żadnych oszczędności.

A teraz pointa. W grudniu zeszłego roku uzgodniłem z żoną, że wykonujemy taki ruch – sprzedajemy miejski dom, wrzucamy kasę w inwestycje, remontujemy posiadany dom na wsi (30 km dalej) i przenosimy się na stałe. Koszty remontu (ok. 200 tys. zł) sfinansujemy z oszczędności. O działaniach i ich skutkach zamierzam Was informować na bieżąco.

O negatywnych skutkach braku wiedzy matematycznej.

Matematyka jest królową nauk. Tę prawdę powtarzano mi od dzieciństwa. W końcu babcia przez lata uczyła tego przedmiotu, a mama przez chwilę go studiowała. Natomiast matematyka nie zrobiły ze mnie nigdy, W podstawówce byłem ledwie średni, a w liceum odpaliłem się… pośród humanistów i skończyło się szóstką. Potem w dorosłym życiu zdałem ważny egzamin zawodowy, ponieważ tzw. test na inteligencję (badanie zdolności intelektualnych) oznaczał w znacznej części sprawdzian z geometrii.

Stąd zawsze mnie dziwił brak elementarnej wiedzy matematycznej, takiej jak: nieumiejętność policzenia procentów, nieznajomość tabliczki mnożenia, ułamków ignorowanie podstawowych praw (np. mnożenie jest przemienne, a dzielenie już nie). Krótko mówiąc zejście na poziom słabego ucznia czwartej klasy podstawówki.

Nie budzi chyba wątpliwości, że taka niewiedza rodzi skutki w życiu prywatnym. Ktoś bierze drogi kredyt. Inny, inwestuje w okazję, która ma zwrócić się w 2 lata. Nie rozumie, jak działa podatek. Albo głosi mądrości, jak ta „W 2022 r w Japonii urodziło się 770 tys. dzieci. Jeśli rocznie 150 tys. jest porwanych to oznacza że co piąte, 20 % ! W życiu nie uwierzę w te dane.” narażając się na ripostę „bo oczywiście porywane są tylko te dzieci, co się w danym roku urodziły.”

Dlatego polecam matmę każdemu. Nie mówię o poziomie akademickim lub rozszerzonym (całki, pochodne, grafy, macierze) lecz zwyczajne podstawy: cztery działania, procenty, tabliczka mnożenia, początkowe działy geometrii (pola powierzchni, objętości), ułamki, proporcje itp. Dzięki nim łatwiej nam będzie w życiu i każdym korpo, ponieważ w lot zrozumiemy formuły Excela. Nie popełnimy błędów w inwestowaniu. Odczytamy sprawozdania finansowe. Zostając na poziomie niezbyt bystrego 10-latka, zwyczajnie utrudnimy sobie życie.

Pierwszy dzień bez pracy. Warto było.

Dokładnie 6 dni temu pożegnałem się z jednym z pracodawców, co od pewnego czasu zapowiadałem na blogu. Zmiany we władzach spowodowały wzrost ilości pracy x2, bez wzrostu wynagrodzenia. Przepracowałem tam prawie ćwierć wieku, więc z decyzją czaiłem się pół roku, ale w końcu spadła kropla, która przelała czarę.

Piątek był pierwszym dniem wolnym i początkiem weekendu, który skończy się we wtorek rano. Wnioski?

Doskonałe. Pod każdym względem. Jak wygladał ten pierwszy dzień?

Budzik zadzownił godzinę później niż zwykle. Spokojnie zebrałem się i zawiozłem żonę do pracy. Potem podjechałem do klienta po dokumenty i od przy okazji kupiłem w pobliżu swojskiej wędliny. O 8.45 wróciłem do domu i po kawie, o 9.15 zabrałem się do pracy. Pierwszą transzę roboty skończyłem o 10.45 i…zrobiłem sobie przerwę. Siadłem do fortepianu, zjadłem II śniadanie, sprawdziłem dokumenty dla koleżanki i o 13.15 znowu wziąłem się do roboty. Na 1 godzinę do 14.15.

Potem pobawiłem się z psem i pojechałem na pocztę nadać i odebrać listy. Wróciłem ok. 15.00 do 15.40 rozmawiając z synem przez telefon. Akurat przyjechała żona, więc z nią wypiłem herbatę i po młodego na trening. Niezmęczony byłem w domu o 17.00.

Zaprezentowałem fotografię dnia, teraz czas na podsumowania:

Praca – 2,5 godziny (zamiast 8),

Podróże związane z pracą – 1 godzina (licząc pocztę) zamiast 1,5 h,

Tematy załatwione dla klientów – 3 (płatne),

Tematy załatwione dla znajomych – 1 (niepłatny),

Zarobiona kasa – 1000 zł, zamiast 600 zł.

Krótko mówiąc, opłacało się pod każdym względem. Dodatkowo, po powrocie do domu, nie odczuwałem wcale zmęczenia i mogłem jeszcze pouczestniczyć w życiu rodzinnym, zamiast drzemać przez pół godziny.

Poniedziałek też mam już zaplanowany (pomoc siostrze ciotecznej, serwis kasy fiskalnej, wyjazd do księgowej, plus zarobienie kolejnego tysiąca złotych).

Opowieść o człowieku, który bał się ryzyka.

Dzisiaj czas na smutną historię. Po prawdzie, podobnych życiorysów widziałem wiele. Opowiem Wam o człowieku, który panicznie bał się ryzyka, a jeśli w końcu je podejmował, robił to źle, ryzykując w obszarach nad którymi nie posiadał żadnej kontroli. Startujemy.

Wybór kobiety. Nasz bohater jako dwudziestolatek poznał na domówce pewną dziewczynę. Nie była specjalnie ładna (no dobrze – wręcz uderzająco brzydka), ale zainteresowała się nim. Wprawdzie już przed ślubem zdradzała objawy lekkiej paranoi, właściwe dla chorobliwie zazdrosnej kobiety, ale miała też zalety: perspektywiczny zawód. No i kochała na zabój. Nic nie ryzykując, wzięli ślub.

Koszmar zaczął się już parę lat później. Jakikolwiek kontakt zawodowy z inną kobietą, nawet nie młodą i piękną, wywoływał sceny. Wszystko w domu musiałoby być tak jak żona chciała, wybierała wszystko od koloru krawata (obrzydliwe!) do przeznaczenia pieniędzy. Zamieszkali z jej rodzicami , w starym domu na wsi, i zamiast pójść na swoje ładowali pieniądze w cudzy budynek, jedynie za obietnicę przepisania.

I teraz uwaga doświadczonego człowieka. Planując małżeństwo nie można patrzeć wyłącznie rozumem. Trzeba dobrać sobie partnerkę/partnera o co najmniej miłej powierzchowności, a przede wszystkim charakterze. Związek z sekutnicą/tyranem nie może okazać się szczęśliwy, ponieważ, gdy jedna strona traktuje drugą jak własność, budzą się demony. Dlatego akurat życie osobiste stanowi ten obszar, w którym wręcz należy podjąć ryzyko. Nie mówię o związaniu się z pustakiem, ale myślenie „ładna, to same kłopoty, wolę zostać z brzydką” prowadzi do nieszczęścia. Jak w tej historii.

Praca. Tutaj akurat podjęto niekontrolowane ryzyko. Obejmując w strukturze korpo stanowisko dość eksponowane i zależne od łaski zarządu, można, jak mawiał Pawlak „z większym hukiem zlecieć”. Co więcej, zanim ta decyzja została wdrożona w życie, padła propozycja – sfinansowanie szkolenia eksperckiego, po którym pensja wyniesie nieco tylko mniej niż dyrektorska, a będzie praktycznie pewna. Wybrano (żona z pkt 1 wybrała) prestiż i nowe drzwi do domu teściów.

Na efekty czekano 15 lat. Zmienił się główny akcjonariusz, wymieniono zarząd i naszemu nie-ryzykantowi podziękowano. Wrócił na posadę za średnią krajową, na podjęcie nauki było już za późno – 10 lat do emerytury, kursy podrożały, a i głowa nie ta. Jako ekspert zarabiałby spokojnie 250% przeciętnego wynagrodzenia.

Auto. Także w tym obszarze, nasz bohater wykazuje się daleko idącą awersją do ryzyka. Po co jakieś piękności, skoro można wybrać klasykę? Nigdy nie spróbował kabrioleta, 4×4, wozu sportowego. Ba, nawet kombi czy SUV wydawały się zbyt ekstrawaganckie. Wybierał do bólu przewidywalnie: Opel Astra, Volkswagen Golf, Toyota Corolla.

Podatki. Ważny element układanki. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Praca etatowa – najwyżej opodatkowana, wydaje się najgłupszym wyborem. Zero ulg – bo jeszcze każą zwracać. A efekt – dochód opodatkowany na poziomie 50%.

Inwestycje. Wreszcie, w końcu to blog o pieniądzach. Dylematy inwestycyjne bohater opowieści rozstrzygał podobnie jak większość. Typowo, standardowo. Nigdy nie wziął kredytu na zakup choćby mieszkania, wolał przy teściach, co spowodowało potem konieczność spłaty w rodzinie (żona nie była jedynaczką). Nie ryzykował w akcjach ani funduszach. Lokaty, obligacje, nawet gdy przynosiły ten zawrotny 1% minus podatek Belki. W ten sposób zgromadził niewiele.

Finał: Skutek? Notoryczne życie bez radości (i z wredną żoną), ze skromnymi oszczędnościami i stresie, popsuło zdrowie i wyhodowało drugiego Golluma. Podsycana przez małżonkę zawiść, dawała znać w postaci braku przyjaciół, lecz tylko kolegów z korpo. Kiedy spadł ze świecznika, na którym wielu bezinteresownie dokuczył, mało kto podawał mu rękę. Powszechnie go nienawidzono. Na emeryturę przejdzie z finansami znacznie poniżej możliwości. Stary dom po teściach, kilkuletnie auto i dzisiejsze 100 tys. zł na lokacie, ot przeciętny zjadacz chleba.

Dlaczego tak smutno? Ponieważ znałem tego faceta jako pełnego życia dwudziestolatka. Z przerażeniem patrzyłem jak się zmienia. Jak osobiste nieszczęście (małżeństwo) zmienia go, zarówno psychicznie (zgorzknienie, cynizm, zazdrość, brak marzeń) jak i fizycznie (fizjonomia urzędnika z nowelek Prusa, tanie szare garnitury). Co zawiniło? Strach przed ryzykiem, przekonanie, że lepiej niewiele zyskać niż podnieść prawdopodobieństwo istotnej straty. Czasami odwiedzam go w małym, ciemnym pokoiku, schowanym w biurowcu na 1200 osób. Pijemy kawę i wspominamy stare czasy. Wychodzę chory, bo on już nawet nie potrafi wspominać bez cienia goryczy.