W jednym z odcinków „Czterdziestolatka” znajduje się scena z lekcji, kolega córki Karwowskich – Włodarski, opisując wymarzony zawód, wskazał – rencista. Krótkie uzasadnienie : brak pogoni, kontakt z przyrodą, czas na rozmowy z rodziną, zastanowienie się. I konkluzja – u mnie w rodzinie wszyscy są rencistami.
Jak wiecie, od ćwierć wieku cierpię na przewlekłą chorobę. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale kierunek – w dół. Mniejsza wydolność, mniejsza sprawność fizyczna. Teoretycznie (bo wiadomo ZUS), za 2-3 lata, mógłbym rzucić pracę i starać się o rentę. Ile? I tutaj doznałem szoku. Wyliczyłem sobie (w internecie znalazłem kalkulator, da się też samemu podstawić do wzoru) 7700 zł brutto, czyli 6466 zł netto. Niezła kwota. Dlaczego? Ponieważ renta działa jak emerytura w starym systemie, wybierają ci najlepsze lata.
Stąd pojawiło się tytułowe stwierdzenie. Etat, a zwłaszcza dg wymusza na mnie określonego standardu życia. Przyzwoite auto, strój, biuro. Zupełnie inaczej jest w przypadku rencisty. On nic nie musi. Może jeździć starą Dacią, naprawiać ją sam, hodować kozy i tyle. Wydatki spadają. Może nie do poziomu 500 zł/m-c, ale istotnie.
Zyskujemy sporo wolnego czasu, co ma dwa walory. Pierwszy – jesteśmy stale na urlopie. Drugi – jeśli już wyjeżdżamy – damy radę wybrać tańszy i lepszy (temperatury) okres niż wakacje. Czyli ponownie oszczędzamy.
Ocena rzeczywistości opisana przez młodego Włodarskiego wydaje się rozsądna.