Czy da się wycisnąć z życia więcej niż pracując w korpo lub na zwykłym etacie? Trzy sposoby na funkcjonowanie poza utartymi szlakami.

Historia dwóch panów – warszawskiego człowieka sukcesu i moja, każe nam spróbować odpowiedzieć na pytanie, którym kończył się poprzedni wpis. Czy istnieje trzecia droga, dla kogoś, kto nie chce się szarpać, pracować ponad siły, a przede wszystkim nudzi go biuro.

Oczywiście. Ścieżki zawodowe moja i opisywanego syna trenera nie pozostają jedynymi. Możemy jeszcze spróbować zupełnie innych sposobów na życie.

Pomysł pierwszy. Rzemiosło. Nie czarujmy się, dzisiaj nie trzeba być wybitnym, nie trzeba nawet kapitału. Wystarczy gotowość do ubrudzenia się od czasu do czasu, którą ma coraz mniej młodych ludzi. Ostatnio powtarzam mojemu szefowi – jak mnie zwolni – założę firmę wywożącą zawartość szamba lub przepychającą rury. Inwestycja początkowa – kilkadziesiąt tysięcy (beczka lub elektrożmijka). Konkurencja – niewielka. Potrzeby – spore. Stawki? 400-500 zł za godzinę. Można (inaczej niż w doradztwie) nie być VAT-owcem, opodatkować się ryczałem. Mili ludzie, fajne klimaty (chociaż trochę gorzej zasysać gówna w deszczu lub na mrozie). Kupuję to. A kto ma wrażliwe powonienie? Temu zostaje robota stolarza, zduna, serwisanta rowerów, masztalerza, psiego trenera lub hodowcy.

Pomysł drugi. Niebieskie ptaki i artyści. Jeśli wystarcza ci niewiele, nie chcesz pracować w regularnych godzinach? No cóż, idziesz w zawód niebieskiego ptaka. Musisz mieć tylko względnie tani dach nad głową i chęć do kombinowania. Jako artysta-freelancer z głodu nie zdechniesz. Jeśli masz bajerę, przekonasz samorządowców, że warto właśnie Ciebie wspierać. Hodujesz kozy, tu kupisz taniej, tam drożej sprzedasz (bez podatku). Dostaniesz zasiłki, zapomogi itp. Wyślesz żonę do jakiejś pracy i już masz ubezpieczenie zdrowotne.

Pomysł trzeci. Życie na obrzeżu systemu. Praca tylko tyle co potrzeba – do 10 godzin tygodniowo.I to nawet nie praca – jakieś zlecenia, coś dorywczego, może „z ręki do ręki”. Posiadanie hektara ziemi i prowadzenie gospodarstwa rolnego, żeby móc legalnie dorobić na KRUS i płacić niskie składki. W takim przypadku, warunek jest jeden, niskie koszty życia. Jak niskie? W lipcu będę testował zapowiadany model życia za 500 zł miesięcznie. Realnie i długoterminowo, może nie 500 zł, a 1000 zł. To już jest kwota, za którą, produkując żywność, da się przeżyć miesiąc. Nie posiadamy samochodu, albo jakiegoś złomka, niewielki lub stary dom, własny kawałek lasu, staramy się pozyskiwać prąd ze słońca. Nazwałem to „życiem na obrzeżach systemu” a nie pozasystemowym z dwóch powodów. Pierwszy -doświadczenia z pozasystemowcami. Większość z nich twierdzi, że posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego, oznacza kontakt z systemem. Drugi – niechęć do stygmatyzowania kogokolwiek. Niektórzy, jeśli przyjdzie im żyć w ten sposób, czują się wyrzutkami społeczeństwa, źle im z całą sytuacją. To błąd, ale nie chcę nikogo piętnować. Każdy żyje, jak chce i tym, co mu przyniósł los. Wybór obrzeży systemu najczęściej oznacza wieś. Dlaczego? Ponieważ tylko na wsi da się tak radykalnie obniżyć koszty.

Rzeczywiste obciążenia podatkowe. Jak państwo zniechęca do pracy.

Miało być o czym innym, ale kwiecień to miesiąc rozliczeń PITó-ów. Zrobiłem go i ja. Popatrzyłem na liczby i przemówiły do mnie doskonale. Wnioski? Zacznijmy od danych.

Tak się składa, że zarabiam całkiem przyzwoicie. Szczerze mówiąc – głównie dzięki inflacji. w 2013 r., gdy zrobiłem papiery miałem pensję o połowę niższą i lokowałem się, dzięki rozliczeniom z żoną, w pierwszym progu podatkowym lub delikatnie wchodziłem w drugi. Teraz pomimo reform podatkowych mam gorzej. Pensje wzrosły, ale koszty też, w odpowiedniej proporcji. Jak dużej. Już pokazuję.

Najpierw my. Jak wiecie, pracuję na dwóch, nieźle płatnych etatach + dg, a żona na jednym poniżej średniej. Łącznie daje to całkiem spory dochód. Ja sam mam ponad 3 średnie krajowe (co ogólnie wygląda super, ale nie zapominajmy – to są trzy źródła). Tendencja się utrzymuje. W 2015 r. było podobnie. Tylko, że wtedy średnia wynosiła ok. 3900 zł brutto, a dzisiaj 7500 zł miesięcznie (wzrost o 92%). Drugi próg podatkowy – wtedy 85 tys. zł, a teraz 120 tys. zł (wzrost o 41%). Ba, pensja minimalna wzrosła z 1750 zł do 4242 zł o 142%. Gigantycznie i skokowo wzrosły też ceny:

  • prąd podrożał o 100%,
  • chleb o 120%,
  • metr nowego mieszkania o 100% (zależy od miejsca i wielu czynników, w górach nawet o 120%),
  • nowe najtańsze auto Dacia Sandero o 125% (z 29 do 65 tys. zł i nie jest już najtańsza),
  • gaz o ponad 50%,
  • węgiel o 200%,
  • drewno kominkowe o 150%,
  • jajka o 100%.

Przykłady mógłbym mnożyć. Zatem pozornie zarabiamy więcej, ale nasza siła nabywcza nie rośnie. Pisałem o tym wielokrotnie. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie wzrost obciążeń podatkowych.

W 2015 r. dzięki uldze na 3 dzieci, zaliczyłem spory zwrot podatku, przypomnę – zarabiając wraz z żoną ok.400% średniej krajowej.Dlaczego? Drugi próg zaczynał się od 181 % średniej krajowej.

W 2023 r. już tak nie było. Dopłacimy spore pieniądze pomimo, że zarabiamy podobnie w relacji do średniej krajowej. Jednak drugi próg zaczyna się od 131% średniej krajowej.

To jeszcze nie wszystko. Wzrosły łączne obciążenia podatkowo-składkowe. W 2015 r. płaciłem 18% podatku, 13% składek społecznych i 1,25 % zdrowotnej. Razem ok. 30% (różne podstawy). Dzisiaj od drugiego etatu płacę 13% składek społecznych, 32 % podatku i 9 % zdrowotnej. Razem ok. 52% ekstra dochodu oddaję w podatkach bezpośrednich i składkach. W praktyce nie ratuje mnie nawet ogromna liczba ulg (IKZE x 2, związkowa, na dzieci), bo żeby zaoszczędzić 30% podatku musiałbym wydać 100%, i sporo (ok. 10 tys. zł) dopłacę. Ten problem dotyka prawie całej klasy średniej.

W efekcie praktycznie nie opłaca się więcej pracować, skoro państwo zabiera mi ponad 50% dochodu w podatkach. Warto robić minimum. W tym roku trend się pogłębi, gdyż otrzymałem sporą podwyżkę (obiektywnie – rośnie też pensja minimalna o ok. 20%, a średnia o 10-15%). Progi podatkowe są zamrożone. Co to oznacza? W 2024 r. drugi próg podatkowy zacznie się na poziomie średnia krajowa +13%. Czyli modelowe gospodarstwo domowe (2 razy średnia +20%) wpadnie w drugi próg. Przeciętniacy zaczną płacić ponad 50% podatko-składki. Bez możliwości sensownej ucieczki. Nie żadni bogacze,Rockefellerowie. To jest efekt 8 lat rządów PiS, ich pomysłów na gospodarkę.

Jeszcze gorzej mają przedsiębiorcy. W 2015 r. przedsiębiorca wykazujący dochód na poziomie 150% średniej krajowej (co stanowi premię za ryzyko, w stosunku do etatowca), rozliczający się wg skali podatkowej, płacił 850 zł składek ZUS i NFZ miesięcznie i w nawet w grudniu 18% zaliczki na podatek. W 2023 r. – składki wyniosły dobrze ponad 2000 zł a grudniowy podatek 32%. Łączne obciążenia podatkowo-składkowe jego dg wzrosły drastycznie (składki prawie o 200%, podatek o blisko 100%).

Konkluzja. Państwo zniechęca do pracy. Poważnie rozważam rzucenie drugiego etatu, ponieważ z niego zostaje mi faktycznie mniej niż 50% kwoty z angażu. Powoli dorabianie przestaje to mieć sens. Zarobię (w tym roku) ok. 120 tys. zł dostanę 60 tys. zł. Całą podwyżkę zje mi podatek. Co gorsza, nie mam wielkich szans na reakcje. W DG robiąc większy zakup zyskuję (od „góry”): 19% VAT (lub 7% gdy stawka 8%), 9% zdrowotnej, 29% podatku czyli zostaje mi w kieszeni 47-59% pierwotnej faktury brutto – super. Przy etacie – zaoszczędzę maksymalnie 32% podatku, a biorąc pod uwagę wypłatę brutto (składek mi nie potrącą) w efekcie ok. 30% zakupu/wydatku brutto. Słabiuteńko. Więc logiczne będzie dociążenie czasowe DG, zamiast pozostawanie w drugim stosunku pracy. Uwolnienie się z jednego etatu oznacza 2 dni wolne w tygodniu (a de facto 4 dniowy weekend). W DG mogę sterować kosztami (w granicach rozsądku) i płacić minimalne podatki oraz składki zdrowotne (społecznych nie płacę, ponieważ jestem etatowcem). Klasyka – zostaje kombinacja. A Ty – szary przeciętniaku, jeśli dorabiasz – płać. Teraz dowalą jeszcze składki ZUS od każdej kolejnej umowy zlecenie.

Patrząc na podatko-składkę widzę jeszcze jeden wniosek. Państwo zachęca do konsumpcji. Dokładnie tak jest. Skoro pracując, te 30% mogę urwać z ulgi (np. termomodernizacyjnej), wydam. Skoro w firmie kupując kolejny komputer albo telewizor zyskam 59%, to przecież racjonalnie rzucić tę kwotę na ladę. Szaleństwo.

I wreszcie ostatnia myśl. Państwo zachęca do kombinowania. Nazwijmy elegancko – optymalizacji. Skoro na etacie mam obciążenie 112 godzin miesięcznie (w tym na dotarcie) i dostaje za to netto 7500 zł , może lepiej zarobić, poświęcając 45 godzin np. 6 tys. zł brutto z wynajmu, płacąc 12,5% ryczałtu i zero składek, na rękę 5500 zł? Albo wynająć człowieka i poświęcić 10 godzin zarabiając 4 tys. zł. Albo zapłacić 19% podatku od dywidend. Ciągle myślę. Kombinuję. Bo do tego namawia mnie państwo. Tu warunek jest jeden – trzeba mieć kapitał.

Chciwość.

Z jednej strony Gordon Gekko i jego „Chciwość jest dobra. Chciwość działa, chciwość jest w porządku. Chciwość oczyszcza, uszlachetnia i ucie­leś­nia ducha ewolucji. Chciwość w każdej formie: chciwość życia, pieniędzy, miłości, wiedzy doprowadziła do rozwoju ludzkości.” Z drugiej nauki różnych filozofów i kościołów. Co moim zdaniem jest prawdą?

Gordon Gekko się mylił. A konkretnie pomylił chciwość (chorobliwą żądzę pieniądza, za każdą cenę) z ambicją, miłością, pasją. Chciwość niszczy relacje międzyludzkie, międzynarodowe i absolutnie nie doprowadza do rozwoju. Chciwość życia prowadzi do nadmiernego ryzyka, a nawet śmierci (himalaiści, Balzak). Chciwość pieniędzy do samotności i nieszczęścia (słynny przykład Cecila Rhodesa). Chciwość miłości doprowadziła Freddiego M. do przedwczesnej śmierci, a Piotra Abelarda do kalectwa. Ofiar chciwości wiedzy znamy stosunkowo najmniej, ale taki dr Mengele, proszę bardzo.

Chciwym przedsiębiorcą był Jan Kulczyk. Czy „żył długo i szczęśliwie”? Oj, chyba nie. Chciwym władcą pozostał Jerzy III. Jego chciwość doprowadziła kraj do utraty kolonii północnoamerykańskich. Wreszcie, chciwymi pozostają Soros i Trump. Czy stworzyli coś wielkiego, czy tylko pasożytują na społeczeństwie? Czy są szczęśliwsi niż Buffet, Branson czy Ferriss? Czyje idee przetrwają dłużej i będą inspirować? Czy ta druga grupa nie ma „wystarczająco” pieniędzy, szacunku, pasji? Czy nic nie stworzyli?

Dlatego nikomu nie polecam chciwości. Ona karze pracować ponad siły i skraca życie, w efekcie – unieszczęśliwia, nie pozwala w pełni smakować życia. Konieczny jest umiar. Ot taki Colas Breugnon, ideał praktycznego rzemieślnika, miłośnik śpiewu, jadła i napoju. Ani ktoś miotający się od jednej skrajności do drugiej (Ignacy Loyola, Karol V, Henryk VIII). Ni typowy asceta, ni hulaka.

Pieniądze często uzależniają. Chciwcowi trudno się z nimi rozstać. Niektórzy (tytułowy Skąpiec), żałują ich własnym dzieciom, nie są w stanie przestać zarabiać. Jednocześnie, przecież potrzebujemy ich do życia, dobrze jest spełniać marzenia.

Jak zreorganizować życie – rzeczywisty przypadek millenalsa.

Całkiem niedawno zwrócono się do mnie, jako „Wujka Sknerusa” o radę dotyczącą zaplanowania dalszego życia finansowego warszawskiej 40-letniej singielki.

Nasza bohaterka wiedzie pełen sukcesów życie zawodowe humanistki. Pracuje w dużym wydawnictwie, jej własne książki i artykuły sprzedają się całkiem nieźle. Ale…. niestety, rynek w branży księgarsko-literackiej mamy wilczy. Rzeczywiste dochody b2b za miesiąc pracy (głównie zdalnej, na miejscu 1 dzień w tygodniu) wynoszą netto (po odliczeniu składek i podatków) 5000 zł. Do tego pozycja pozwala od czasu do czasu (raz w miesiącu) dorobić na artykule przeciętnie 700 zł netto. Wynik dochodowy +5700 zł.

W warunkach wiejskiego slow-life-u fantastyczny pomysł na życie. Niestety mówimy o kompletnie odmiennych realiach. Nasza bohaterka żyje w wynajętym mieszkaniu w Warszawie, na granicy Śródmieścia i Mokotowa. Cena wynajmu małego mieszkania 3500 zł + opłaty. Cóż powiedzieć, na wszystkie inne potrzeby zostaje ok. 1800 zł. Dla kogoś, kto lubi karmelowe latte w Starbuniu (26 zł za dużą porcję, sprawdzałem), powinien raz w tygodniu dojechać pociągiem do Krakowa – żałośnie mało. Millenalsce trochę, dopóki mogą, pomagają rodzice. Nie ukrywają, że obecny stan rzeczy nieco ich niepokoi. Czwarty krzyżyk, czas na stabilizację, a tej nie widać. Szans na kredyt w Warszawie (cena wynajmowanego mieszkania ok. 1,5 mln), patrząc przez najbardziej różowe okulary nie widzę. Rata (zero opcji kredytu 0% z uwagi na wartość początkową), przy wpłacie pierwszej 20% (300 tys. zł) wynosi 9600 zł (800 zł x 12), nawet rodzice-współkredytobiorcy nie ratują sytuacji. Przebranżowienie – nie wchodzi w grę. Co robić? Oto opcje, które widzę:

  1. Skoro praca ma charakter zdalny, zamiast drogiej Warszawy wybrać np. Kielce, położone dokładnie w połowie drogi pomiędzy dwoma głównymi centrami życia. Tam ten wkład własny 300 tys. zł (rodzice z bólem go wyłożą) starczy na całe mieszkanie. Drastycznie spadną koszty dachu nad głową, a przede wszystkim, będzie własny.
  2. Wybrać mieszkanie w Umbrii i raz w tygodniu pokonywać samolotem drogę Rzym-Warszawa lub Rzym-Kraków, a Umbria-Rzym- pociągiem. Ponownie, 300 tys. zł wystarczy na zakup i remont. W pakiecie dostaje się kontakt z inną kulturą, który dla twórcy zawsze jest inspirujący.
  3. Przenieść się do innych krajów z tanim życiem i tam wynajmować za odsetki od 300 tys. zł.
  4. Wybudować domek, na działce niedaleko linii kolejowej (rodzice mają taki grunt) za 200 tys. zł. Własny, tanie utrzymanie, nowoczesne budownictwo nie zje zysków.
  5. Przyjąć ofertę pracy za granicą, np. w ambasadzie jako „attaché kulturalny”, a w zamian dostać mieszkanie służbowe.

Rozmowa z wieloletnim kadrowcem. Kto ma gorzej, przedsiębiorca czy pracownik?

Ten wpis powstał na kanwie mojej dyskusji z osobą zajmującą się kadrami i płacami u pracodawcy. Koleżanka nigdy nie przepracowała godziny na swoim, rodzice całe życie w budżetówce. Niemniej jednak z racji zawodu, wydawało się, że ma świadomość, jak funkcjonuje system podatkowo-składkowy. Jak widać nie do końca.

Zaczęło się od jej stwierdzenia, jak to właściciel firmy ma dobrze, płaci niskie podatki niż pracownik, a jeszcze wszystko „wrzuca w koszty”. Pracownik, w trudzie i znoju pomnaża dochód innych, a do tego płaci większość podatków i składek. I to niesprawiedliwe. Ponieważ mam zwyczaj prowadzenia dyskusji poprzez pytania, zadałem pierwsze:

Ja: A ile składek i podatków płaci pracownik? Padła odpowiedź – 23,75% plus 12/32% podatku (poza kwotą wolną). Od 90 tys. zł (średnia krajowa) ok. 26 tys. zł (21,4+4,6). Zostanie mu 64 tys. zł. Od minimalnej ok. 50 tys. zł. – już 13 tys. zł(12+1), a na rękę 37 tys. zł.

I wtedy wyliczyłem sytuację mikroprzesiębiorcy z wysoką marżą. Gdybym zarobił 90 tys. zł, musiałbym zapłacić – 23% VAT (17 tys. zł), do tego składki ZUS – 18 tys. zł, lokal (niech będzie 12 – minimum), telefon, internet (2), komputer i oprogramowanie (6) zdrowotną 9% (3), podatek dochodowy (0,5). Zostanie mi nie 63 tys. zł, a 31,5 tys. zł.Połowa dochodu pracownika. A przy pensji minimalnej? 50 tys. zł – VAT (9,5) ZUS (nadal 18), lokal i reszta – 20, zdrowotna 1, dochodowy 0. W kieszeni zostaje …. 1,5 tys. zł. Pracownikowi 24 razy więcej.

A ile zapłacą podatków i składek? Pracownik na średniej pensji – 26 tys. zł. Przedsiębiorca na podobnej – 38,5 tys. zł. Jeśli porównamy minimalne – odpowiednio – 13 tys. zł i 28,5 tys. zł. Tyle o opodatkowaniu biznesu i pracy. Idźmy jeszcze dalej. A gdyby obaj zarabiali po 300 tys. zł? Pracownik opodatkowanie 32% (minus kwota wolna) zmieni w pewnym momencie na 56% (drugi próg), a następnie na 41% (odcięcie składek). Właścicielowi firmy VAT pozostanie na stałym poziomie (liczony od góry ok. 19%), dojdzie 9% zdrowotnej i stawka liniowa 19% (tu ma kwoty wolnej) czyli w sumie 41% od całości i jeszcze śladowy ZUS (zrównoważony kosztami). Wyliczmy na liczbach. Przedsiębiorcy zabiorą 41% czyli 123 tys. zł. Pracownikowi: 34 tys. składek ZUS, 24 tys. zł zdrowotnej, oraz 68 tys. zł podatku. Razem 126 tys. zł. Dopiero na poziomie 300 tys. zł brutto obciążenia podatkowe mniej-więcej zrównają się.

Nadal jednak przedsiębiorca nie ma płatnego urlopu, ponosi ryzyko, wreszcie urządza sobie sam stanowisko pracy (w moim zawodzie minimum kilkanaście tysięcy zł rocznie). Tego koleżanka nie była świadoma. Można oczywiście optymalizować, iść w spółkę, nie płacić zdrowotnej. Są zwolnienia z VAT-u (akurat nie w mojej doradczej branży).

I jeszcze jedno. Pracownik z 300 tys. zł dochodu dostanie emerytury ok. 4 tys. zł przy przepracowanych 40 latach, a właściciel firmy – minimalną (1,5 tys. zł). Pomimo, że płacili identyczne podatki. Tyle było gadki.

Jednak, jak wielokrotnie pisałem, nie pracownicy, lecz przedsiębiorcy mają ostatecznie większe prawdopodobieństwo zostania ludźmi zamożnymi. Uczciwie mówiąc, również w drugą stronę, prawdopodobieństwo bankructwa także. Dlaczego tak się dzieje?

Powód pierwszy. Pracownicy zarabiają mniej za godzinę. W mojej branży stawka godzinowa stawka zaczyna się od 100 zł/h+VAT na fakturze. Pracownik dostaje mniej bo nawet 50 zł brutto. Przecież pracodawcy też musi coś zostać. Znajdę oczywiście firmy doradcze, które kasują klienta na 500 zł/h+VAT, a pracownikowi płacą 100 zł brutto.

Powód drugi. Związany z pierwszym. Jeżeli ktoś robi sam i zatrudnia jeszcze 5 pracowników dostaje zysk ze swojej godziny i godziny każdego zatrudnionego. W ten sposób zarabia 100 (swoje) + 5*50 (pracownicy) tj. 350 zł za godzinę. Swoista premia za ryzyko.

Powód trzeci. Przedsiębiorcy pracują wydajniej. Jeżeli rozliczają się nie za godzinę lecz za efekt, umieją zrobić więcej w krótkim czasie. Ja, jako pracownik wykonuje zadania przydzielone. Byłbym głupi, gdybym domagał się kolejnych, bo to oznaczałoby, że pracuję za innych. I pracodawca płaci mi za 8 h dziennie, a ja te zadania wykonuję w 2-3 godziny, pozostałe 5-6 siedzę lub robię inne rzeczy. W firmie kliencie rozliczają się za efekt, więc jeśli zrobię coś w 2 godziny, to sześć godzin mam wolnego. To motywuje do wydajności.

Powód czwarty. Możliwa optymalizacja podatkowa jest większa niż dla pracownika. Ryczałt, liniowy, skala. Tylko ta trzecia forma dostępna jest pracownikowi. No i nawet jeśli ponosi koszty uzyskania przychodu większe (bo np. dojeżdża 60 km dziennie, a to oznacza benzynę i parkowanie) dostanie je w wysokości zryczałtowanej. Standardowo – 250 zł/m-c. A wydaje znacznie więcej (sam bilet parkingowy 300 zł). Tu mikrofirma ma lepiej.

Dwie drogi. Porównanie korpokariery ze względnym slow life.

Dzisiaj dzielę się refleksją wywołaną rozmową z trenerem sportowym, który wychował syna, pracującego w moim zawodzie, ale kilka lat młodszego. Ten, nazwijmy go „chłopak” wybrał zupełnie inną drogę niż moja. Teraz będzie o skutkach.

Zarabia 2-10 razy więcej ode mnie (kwoty mogę tylko szacować), jako partner w warszawskiej spółce, zajmującej się inwestcjami nieruchomościowymi. Skończył studia w Wielkiej Brytanii i Polsce. Jest kilka lat młodszy ode mnie, ale ma świeżo urodzone dziecko i nowo wybudowanego bliźniaka na Saskiej Kępie. A praca? No cóż, po 12-16 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu.

Ja znajduje się w innej rzeczywistości. Studia na lokalnym uniwersytecie, papiery zawodowe zrobiłem późno, przed 40-tką. Dzieci mam trójkę, najmłodszy – młody nastolatek. Praca – dwa przewidywalne, stabilne etaty plus mała firma – w sumie niezły dochód, ale gdzie mi tam do warunków warszawskich. Pracuję po 40-50 godzin tygodniowo (częściowo na urlopach). W porównaniu do warszawskiego, błyskotliwego, pnącego się po szczeblach kariery gościa, słabo.

Skutki? Większość z Was pewnie oglądało film „Firma” z Tomem Cruis’em, oddający dobrze życie w zamożnej lecz wymagającej korpo. Trzeba codziennie dawać z siebie wszystko, klient nasz pan. Nie ma czasu na luz. Dobrze opisał to Tim Ferriss w „Czterogodzinnym tygodniu pracy”, powtarzając scenę w „Narzędziach tytanów”. Uzyskujemy bardzo dobry dochód, stać nas na wszystko, ale… dopóki pracujemy. Młodzi wpadają w pułapkę, sami pchają się na lep. Bo oczywiście, da się „wykorzystać korpo”, popracować 10 lat za sutą pensję, odkładać 70% dochodów, a potem „uciec w Bieszczady”. Powiedzmy sobie prawdę – ile osób tak zrobi? Garstka. Reszta zachwyci się blichtrem. Zresztą, żeby wejść na poziom partnera spółki, trzeba łączyć zdolności z ciężką pracą. Tam nie ma luzu, ani drogi na skróty. Korpo na bieżąco bada wydajność. A praca nie „nine to five” lecz „nine to nine”, sześć dni w tygodniu, z 26 dniami urlopu, wyniszcza.

Przy odrobinie szczęścia, da się inaczej. Niższa pensja, mała własna firma, bezpieczeństwo płynące z różnorodności źródeł dochodów. I znowu, większość moich kolegów z zawodu, owszem przyzwoicie zarabia (tzn. 2-3 średnie krajowe), ale majątku nie gromadzi. Ja, jakoś się wyrodziłem, ograniczając konsumpcję, a zwłaszcza idąc w nieruchomości (nieopodatkowany zysk). Kiedy rodził mi się najstarszy syn, miałem 25 lat, błyskotliwy korposzczur, robil zagraniczne studia i o potomstwie nie myślał. On, co jasne, przez te 20 lat zwiedził świat w większym stopniu i wyższym standardzie. Za 5 lat, ja może będę bawił już wnuki na prywatnej emeryturze, siedząc pod orzechem, on przemieszczał się Volvo za 0,5 mln pomiędzy klubem golfowym, a przedszkolem własnego dziecka. Tak więc dwie drogi. Którą wybierzesz?

I pamiętaj. Obu nam się udało. Przeszliśmy studia, zdaliśmy egzaminy zawodowe, mamy żony, domy itp. Ilu odpadło, próbując to osiągnąć? Z mojego roku na studiach, pewnie połowa. Utknęli ze średnią krajową w urzędzie skarbowym lub z nieco wyższymi poborami lecz 3000 zł raty hipoteki na średnim poziomie w korpo, może w głęboko nieszczęśliwym małżeństwie. A może parafrazując Szymona Hołownię i Władysława Kosiniaka-Kamysza istnieje „trzecia droga”?

Jako drwal.

Wczoraj po rannej pobudce i przejrzeniu prognozy pogody, podjąłem decyzję – biorę „kacowe” i zamiast do biura jadę na działkę. Zapowiadali 11 stopni na plusie no i słonecznie. Tak też wyglądał dzień. Rano chłodne +2, ale potem coraz lepiej.

Zaplanowałem sobie ścinkę drzewa. Powalone dwa tygodnie temu, teraz pozostało pociąć, wyczyścić i zwieźć. Na miejscu pojawiłem się trochę po 8.00. Wiadomo, trzeba otworzyć, obejść stare kąty, rozpalić w kominku. W międzyczasie zadzwonił klient i pogadałem z nim pół godzinki.

Robota nie mogła jednak za długo czekać, a i kupiona niedawno ostrzałka do piły domagała się wypróbowania. Chciałem sprawdzić, jak mają się moje możliwości do zawodowego drwala. Wiadomo, sprzęt nie ten, tnę nie na metrowe kawałki lecz na okrąglaki 25-40 cm akurat do pieca (po porąbaniu na ćwiartki, rzecz jasna). Jak podali mi koledzy na forum norma drwalska wynosi 2-3 mp drewna dziennie, przy czym ich dzień pracy zaczyna się rano (7), a kończy ok. 16, z krótką przerwą na obiad (w okolicach 16.30 zapada zmrok).

Zatem co mi, przy pomocy piły mocno rekreacyjnej (Stihl 181 z prowadnica 35 cm) udało się zrobić? Od 8 do 15 wyrobiłem ok. 1,5 mp drewna. Na chleb nie zarobię w ten sposób, ale do materiał do kozy będzie. Taka ilość daje ok. 3000 KWh energii, dla mnie wystarczy na 4 tygodnie, gdybym tylko własnym miał palić. Żeby uzbierać te 20.000 KWh musiałbym robić przez tydzień , ścinając ok. 6-7 drzew. Pocięte kawałki od razu wiozę pod garaż i tam układam. Osobno cienkie, osobno grube do łupania. Z nimi rozprawię się w przyszłym tygodniu, albo w niedzielę, jeśli nie będzie padało. Zobaczymy. Muszę pamiętać o siekierze, która została w mieście.

Skutki rosnącej pensji minimalnej.

Gdy oglądaliśmy TVP widzieliśmy państwo odnoszące same sukcesy. Jako jeden z nich, przedstawiany jest stały wzrost pensji minimalnej. Czy faktycznie ten proces ma wyłącznie dobre strony?

Najpierw informacje. W latach 2008-2016 (decyzje PO) – pensja minimalna wzrosła z 1126 zł do 1850 zł. Następnie (8 lat władzy PiS) do 4242 zł. Ogromny skok – blisko x 4 przez 16 lat. Jeśli uwzględnimy inflację, obie partie przeskoczyły ją znacznie. Za PO wynosiła ok. 15 % a minimalne wynagrodzenie o 64%. Za PiS inflacja skumulowana kształtowała się na poziomie 55% (oficjalnie), a wzrost „najniższej krajowej” – 130%.

Teraz nie chodzi o rozmowę „co lepsze” lecz pokazanie pewnego procesu, a ten jest jasny – minimalne pensje rosną znacznie szybciej niż średnie (z 2800 do 7300). W efekcie od 1 stycznia 2024 r. na „najniższej” znajdzie się 1/4 zatrudnionych. To wynik znacznie gorszy niż w rozwiniętych państwach europejskich, które czasem jak np. Włochy czy podobno socjalistyczna Szwecja w ogóle nie ustalają dolnego pułapu wynagrodzeń. Podwyżki pozostają bez związku z wydajnością.

Teraz czas na skutki.

Spadek motywacji średnio zarabiających. W dzisiejszej szkole młoda sprzątaczka dostanie tyle co młody nauczyciel – dokładnie minimalną. Młody adwokat, tyle co sekretarka w kancelarii. Urzędnik bankowy, tyle co portier. Zacierają się luki pomiędzy specjalistą a świeżakiem przy produkcji, bo mówimy o 100-200 zł miesięcznie. Co więcej, np. w kulturze wszyscy poza szefem biblioteki dostają identyczne pobory – najniższe: księgowa, bibliotekarze, konserwator. Spadek motywacji oznacza obniżenie wydajności.

Kurczenie się legalnego rynku pracy. „Na czarno” czyli pod stołem – nie ma limitów. Na kontrakcie b2b – można kombinować. Przy umowie zlecenia zaniża się liczbę godzin, żeby wyszła minimalna stawka godzinowa. W efekcie, tam gdzie legalnej pracy jest mało, pojawia się jej jeszcze mniej.

Likwidacja małych firm.Budżetówka i korpo sobie poradzą. Tracą najmniejsi. Zamyka się sklepy, bary, zakłady usługowe, produkcyjne. W ich miejsce wchodzi albo szara strefa albo korpo. Biedronka zastępuje sklepik „U Zosi”.

Sztuczne pompowanie wskaźników. Rośnie pensja minimalna – rośnie i średnia. A od jednej z nich liczy się np. składki ZUS małych firm, różne odpisy i daniny. Skutek – poniżej.

Wzrost wpływów ZUS i państwa. Kto zyskuje na podwyżkach i inflacji? Państwo. Nagle ma więcej kasy do dyspozycji – rosną wpływu podatkowe i składki ZUS. Skoro pensja jest x 4 to i składek będzie 4 razy tyle – proste. A to że za 4 razy większą emeryturę kupimy sobie potem tylko 2 razy więcej towarów, to inna historia. Podobnie, pomimo skokowego zwiększenia składki zdrowotnej – czas oczekiwania na zabiegi lekarskie wcale się nie skrócił.

Wzrost cen. Rosną koszty – rosną i ceny. Proste. W gospodarce zdominowanej przez usługi i budżetówkę, poziom wynagrodzeń ma kapitalne znacznie. Zresztą nawet w produkcji nie pozostaje bez znaczenia. Silny i niepowiązany z wydajnością wzrost pensji minimalnej wywołuje spiralę cenowo-płacową. Widać to najlepiej w latach 2021-2023 r., kiedy skokowo rozwijała się inflacja, w zasadzie nie było segmentu, w którym ceny nie rosły od opłat bankowych do wizyty u specjalisty. Do pewnego poziomu można to próbować ograniczać kombinowaniem (łączenie dwóch firm rodzinnych to jedne składki ZUS, a właściciel-syn na KRUS-ie nawet 0, nowa firma często nie płaci VAT-u), ale takie sposoby dostępne są dla „mikro” a nie przedsiębiorców zatrudniających ludzi – trzeba płacić minimalną i już.

Spadek konkurencyjności polskiej gospodarki. Szukajac mieszkań we Włoszech byłem w szoku. Pensja dostępna na już (bo minimalnej tam nie ma) w biednym Bari (odpowiednik Białegostoku, Kielc, Lublina, Olsztyna) wynosi 1000 Euro. Niewiele więcej niż najniższa krajowa w Polsce. A przecież Włosi mają silne marki, zwłaszcza odzieżowe i PKB na głowę mieszkańca istotnie wyższe. Nasz schemat – tanie usługi i produkcja (montownia) wymaga niskich płac. Inaczej zastąpią nas (i już to się dzieje) – Rumuni, Chińczycy, Uzbecy itp.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część III -W jakim kierunku skierować karierę zawodową, żeby przyzwoicie zarabiać za 10-15 lat.

Kiedy zacząłem myśleć o tym wpisie, przez głowę przeszły mi rady pokolenia moich rodziców i teściów. Brzmiały one: Kończ studia i dostaniesz dobrą pracę. Trzymaj się jej, a będziesz miał dostatnią emeryturę. Jako przyszłościowe kierunki wskazywano: medycynę, prawo, zarządzanie, ale każdy dyplom magistra gwarantował, według tej filozofii, powodzenie. W efekcie młodzi szli na prywatne uczelnie, kształcące humanistów (najtaniej), socjologów, psychologów, z których większość nie miała pracy. Stąd stereotyp absolwenta socjologii na zmywaku w knajpie lub na kasie w markecie. Dlaczego?

Ponieważ ta rada bazowała na czasie przeszłym. Ludzie wchodzący na rynek pracy w latach 90-tych, jeśli zdobyli magistra i umieli angielski robili bajeczne kariery w korporacjach. Szybko, przed 30-tką zarabiali lepiej od rodziców. Sam miałem kolegę, który rzucił studia na SGH, bo jako student dostał pracę w funduszu inwestycyjnym jako zarządzający. Tak to działało. Ale już nie działa. Od 20 lat nie działa.

Dlatego, trzeba wymyślać własną drogę na nowo. A zatem moje rady.

Raczej zapomnij o medycynie i prawie.

Oba te kierunki wymagają poziomu wiedzy i dyscypliny niespotykanego gdzie indziej. Żeby dostać się na medycynę musisz mieć dwa-trzy rozszerzenia na poziomie 80%. Ile znasz takich osób? Oczywiście możesz zawsze pójść do Rydzyka lub na inną „słynną” uczelnię. Tam przyjmują wszystkich. Tylko albo poziom dramatyczny (nie zdasz na specjalizację, a bez niej jesteś nikim), albo wywalą połowę po 1 roku.

Kierunki medyczne nielekarskie mają się nieco lepiej. Poziom odrobinę niższy (choć dalej wysoki) na takiej fizjoterapii, pielęgniarstwie itp. Pensje niezłe, ale roboty multum. Większość pracuje po 250-300 godzin w miesiącu (standardowy miesiąc to 170 godzin). Takie są standardy – także wśród lekarzy. Albo pracujesz jak robot i zarabiasz kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, albo dostajesz trochę powyżej średniej.

Prawo – tragedia. Dostać się łatwiej, ale… bez aplikacji na rynku zarabiasz niewiele (jak lekarz bez specjalizacji), chyba że pracujesz na uczelni (ułamek absolwentów – 3-4 osoby z 300-osobowego roku).Z aplikacją radcowską/adwokacką na początku klepiesz biedę. Przyzwoicie zaczynasz zarabiać po 35 r.ż i tylko wtedy, gdy jesteś dobry (oraz masz szczęście). Rynek został zabetonowany. Podobnie w sądach, prokuraturach, notariacie. Albo masz rodzinę, wielki łeb (jak prof. Matczak), albo nie próbuj.

Kierunki matematyczne.

Jeśli masz zdolności – rozważ. Coraz mniej osób uczy się matmy, a w niej jest przyszłość. Można pracować jako w IT, w sektorze finansowym, ubezpieczeniach. W każdej z tych branż pensje są ponadprzeciętne. Zresztą nawet dobry nauczyciel matematyki spokojnie żyje z korków, a bez większego stresu. Każde korpo przyjmie matematyka z otwartymi rękami i… nieźle mu zapłaci.

Orientując się w liczbach łatwiej odnajdziesz się we własnych inwestycjach. Klucz do oceny ryzyka – rachunek prawdopodobieństwa – przecież czysta matematyka.

IT

Branża IT, zwłaszcza programowanie stale się rozwija. Oferuje, w największym chyba procencie, pracę zdalną. Czyli dasz radę dokonać optymalizacji geolokalizacyjnej – zarabiać w dolarach, funtach, euro, a wydawać w złotówkach, a nawet bahtach. I ta pensja. Nie jest niczym nadzwyczajnym trzydziestolatek z dochodami 10-20 tys., ale Euro.

Nie każdy jednak ma zdolności do skończenia powyższych kierunków. Co wtedy robić?

Skup się na byciu doskonałym rzemieślnikiem

Gdybym nie miał szkoły lub zaczynał teraz – poszedłbym właśnie w tym kierunku. Rzemieślników brakuje, nie ma komu robić. Tak zapomniane zawody jak kowal czy stolarz, świetnie sobie radzą.

Podobnie warto starać się zostać dobrym mechanikiem samochodowym, blacharzem itp. Wszelkie zawody budowlane także nie umrą z głodu.

Pamiętaj o złotej zasadzie inwestycji

Wszyscy wielcy rozwoju osobistego podkreślają – najlepszą inwestycją z najwyższą stopą zwrotu i najmniejszym ryzykiem jest inwestycja w siebie. W sensowne kwalifikacje, rozwój intelektualny, zdobywanie nowego, dobrego i interesującego zawodu. Ona będzie procentować przez dziesięciolecia (czasami 30-40 lat). Mój kumpel ma ojca lekarza, który przestał pracować w wieku 85 lat i tylko dlatego, że zaczął mieć problemy z chodzeniem. Dalej miał propozycje zawodowe, dalej działa mu głowa. Ja, zdobywając kwalifikacje w wieku 37 lat (czyli minęło już 10 lat), zarobiłem dodatkowo +100% rocznie, w tym samym czasie, oraz znacznie ułatwiłem sobie prowadzenie działalności gospodarczej.

Ile przedsiębiorca ma z każdej faktury, a ile zabiera mu fiskus?

Dzisiejszy wpis wynika z rozmowy, którą przeprowadziłem z kolegą, całe życie pracującym na etacie. Zaczął on wyrzekać na wysokie ceny w knajpach i zdzierstwo gastronomii. Czy ma rację? Czy faktycznie gros kwoty z paragonu lub faktury trafia do kieszeni przedsiębiorcy?

Wariant I. Knajpa.

Z kilkoma właścicielami restauracji przyszło mi rozmawiać, stąd nieźle znam proporcje. Wezmę ceny wakacyjne tj. z mojego miejsca w górach. Napiszę o zestawie obiadowym i piwie.

Zestaw obiadowy obejmuje kotleta (130 g) ziemniaki (200g) oraz surówkę (150 g). Razem ok. 450g posiłku za 30 zł. Tyle ubywa nam z portfela. A jak to wygląda z drugiej strony baru?

Przygotowanie i podanie posiłku wymaga: zakupu towaru, pracy ludzkiej, mediów, czynszów, podatków i składek.

Zacznijmy od wsadu do kotła. Bierzemy 130 g mięsa (kurczy się podczas smażenia, ale dochodzi panierka) za cenę 2 zł. Do tego 200g ziemniaków za 4 zł tj. 0.8 zł, oraz jarzyny na surówkę 1 zł. W sumie produkty kosztują 3.8 zł.

Trzeba je przygotować (posiekać, obrać, usmażyć). Niech trwa to 15 minut. Przy dzisiejszej stawce minimalnej – 8 zł (bo są i koszty pracodawcy). Już straciliśmy prawie 12 zł.

Do tego kelner/ktoś kto siedzi za barem. Czasem dosłownie – siedzi, a czasem zwija się jak w ukropie. Niech będzie, że poświęci nam 2 minuty czyli kolejna złotówka. Już 13 zł.

Teraz media. Kotleta usmażymy, ziemniaki gotujemy. Niech będzie 15 minut na naszą porcję. Mięso trzeba było trzymać w lodówce – niech wyjdzie kolejna złotówka – 14 zł.

Czynsz/podatek lokalny. W tym punkcie mogą być spore różnice. Załóżmy, że zajmujemy stolik w górach, gdzie czynsz wynosi w lecie 5000 zł za 50m2 pod budę i stoliki. Podatek za taką powierzchnię to kolejne 120 zł/miesiąc. My zajmujemy (ze stolikiem) 1 m2 przez 1 godzinę. Koszt łączny 1 zł. Doszliśmy do połowy rachunku.

Teraz koszt amortyzacji. Właściciel budy kupił ją z wyposażeniem za 150 tys. zł. Posłuży mu 10 lat. Rocznie (a w zasadzie przez 3 miesiące w roku) potrzebuje kolejnych 15 tys. zł. Znowu przeliczamy na naszą przestrzeń – 1 zł. Dla właściciela knajpy zostaje 14 zł. Sporo? Jeszcze nie opłacił podatków. Dla równego rachunku zaniedbaliśmy dowóz, księgową itp.

Podatki. Liczmy tylko VAT, dochodowy, ZUS, składkę zdrowotną. VAT 8% od 20 zł (resztę odliczamy) ok. 1,5 zł, dochodowy – 1,7 zł, ZUS 0,3 zł, zdrowotna 1,4 zł. Tym sposobem doszliśmy do 4,9 zł. Dla właściciela zostanie 9,1 zł – niecała 1/3 rachunku. I to tylko wtedy, gdy płaci minimalną. Zawsze tak było, zysk to te 30%, tylko teraz wszystko droższe.

Może odbije sobie na piwie? Pół litra kosztuje 10 zł. Koszt 2 zł. Zostaje 8 zł. Wszystkie koszty pozostałe (mniej czasu, zamiast podgrzania schłodzenie, piwo zamówione do stolika) – 2 zł. Czy 6 zł idzie do kieszeni? Nie – bo zostają podatki. Kolejne 4 zł. Właściciel zarobił 2 zł.

Wariant II. Usługa.

To znam najlepiej. Niech będzie 200 zł za 1 godzinę pracy. Z tego 38 zł to VAT. Koszty? Czynsz za lokal 30m2/osobę – 1200 zł czyli 5 zł/h.Do tego wyposażenie 2 zł/h, media, samochód, program komputerowy, książki, składki – niech będzie jeszcze 10 zł/h. Zostaje 145 zł. Od tego płacę składki i podatki: zdrowotna 13 zł, ZUS 6 zł, dochodowy 17 zł. W kieszeni zostaje mi 109 zł. To trochę lepiej niż u knajpiarza (55% a nie 30%), ale daleko od kwoty z paragonu.

Pokazałem dwie drogie usługi, a co ma zrobić właściciel sklepu spożywczego?