Zwolnienia w korpo. Scena opisana w Wyborczej.

W czerwcu 2026 r. w moim agregatorze treści pojawił się artykuł https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,32869489,najwiekszy-pracodawca-dla-it-w-krakowie-rozpoczal-grupowe-zwolnienia.html dotyczący zwolnień w korporacji, a konkretnie w HSBC. Całość pokazuje „korzyści” z globalizacji, ale zawiera też, znacznie bardziej interesujące wnioski. Mnie uderzyło kilka fragmentów.

„Mój dział został zlikwidowany w całości z dnia na dzień. Poleciały osoby zarówno z dwuletnim, jak i dziesięcioletnim stażem, bez różnicy. Było dużo łez i stresu, bo są wśród nas samotne matki i osoby z wysokimi kredytami – opowiada zwolniona pracownica.” Co to znaczy w praktyce? Ano dokładnie tyle, ile wbijam na tym blogu do różnych głów, zadurzonych w „matce-korpo”, „przedsiębiorcy-dobrym ojcu” , „firmie-rodzinie” oraz „urzędzie dawcy lekkiej pracy do emerytury”. Żadna praca nie jest dana na zawsze, pracodawca ma swoje interesy, a pracownik swoje. Ten pierwszy płaci okres wypowiedzenia i odprawę, ten ostatni ma kilka miesięcy na znalezienie „kolejnej rodziny” . Ktoś kto pracuje 2 lata, dostanie w sumie 2 miesiące (1 miesiąc wypowiedzenia, 1 miesiąc odprawy), w przypadku stażu w danej firmie 10 lat będzie to 6 miesięcy (3 miesiące wypowiedzenia i 3 miesiące odprawy). Kto nie zorganizuje w tym czasie alternatywy (a przy 2 miesiącach, raczej trudno), dostanie przez parę miesięcy 1500 zł zasiłku, o ile nie zaryzykuje L4. Trzeba mieć fundusz awaryjny. Trzeba dysponować oszczędnościami. Kredyty warto brać z rozwagą, a spłacać przed terminem. W wieku poważnym (45+) stajemy się obciążeniem dla firmy (wysokie zarobki, jakieś oczekiwania lojalności), którego ktoś po analizie arkusza, postanawia się pozbyć. Dlatego 50-tka powinna być granicą życia bez kredytu, chyba że pracujemy na swoim, albo mamy spore zapasy.

„Na drugi dzień pod biuro podstawiono karetkę. Robią tak zawsze, jak zwalniają, bo reakcje ludzi są różne.”  Dwa zdania i istota uchwycona idealnie. Karetka oznacza, że firmie zależy nie na naszym zdrowiu (wtedy nie robiono by zwolnień nagle, tylko jakoś przygotowano ludzi), ale na braku skandalu. Chodzi o uniknięcie nagłówka „Zwolniony pracownik HSBC zmarł na zawał, gdy go zwalniano. Zostawił dwójkę dzieci i 600 tys. kredytu”. Niech zdycha, ale w szpitalu lub karetce, a nie w gabinecie szefa, albo w hallu – tak myśli HR korpo. Druga strona, nagłe zwolnienie to tragedia. Ludziom świat wali się na głowę. Dlatego życie ze świadomością „praca, jak wszystko na świecie, nie jest dana raz na zawsze” leczy nas ze złudzeń, błędnych oczekiwań. Walczymy o własne interesy.

Na koniec osobista refleksja, dokładnie z tego samego gatunku. Zaraz następnego dnia po przeczytaniu artykułu miałem, utrzymaną w podobnym tonie, typową w korpo rozmowę w pracy. Dwóch moich szefów, wręcz z pianą na ustach, zaatakowało w mojej obecności byłą już koleżankę. Za co? Otóż „Nie złożyła wniosku o urlop, poszła na zwolnienie i emeryturę, a teraz my, k…, musieliśmy przez miesiąc tłumaczyć się audytowi z wypłaconego ekwiwalentu”. Mówię im – panowie, ona miała 62 lata i świeżo wykryty nowotwór. Dla nich to nie argument. Bo oni musieli się tłumaczyć. Nieważne, że jeszcze w listopadzie (kiedy złożyła wypowiedzenie, wniosek o odprawę, po 30 latach pracy w firmie), nikt jej nie dał zaległego urlopu z zeszłego roku. Nikt nie przypomniał, nie egzekwował, nie wysłał (ostateczny termin ustawowy mijał we wrześniu). Ona z rakiem, chora, w trakcie leczenia, zwolnienia, powinna przyjść i złożyć wniosek urlopowy. No i jeszcze uporządkować papiery. Kompletna odklejka. Z drugiej strony, co w głowie miał ten audytor. Cała trójka faktycznie uznałaby za szczyt humanitaryzmu wezwanie karetki. Wracam zatem do apelu – twórzcie fundusze awaryjne, oszczędzajcie, inwestujcie, bo współczesny świat pracy wcale nie działa wiele lepiej niż 100 lat temu. HSBC, Szpital Południowy w Warszawie, a także moja korpo pokazują ten fakt codziennie.

Czas dojazdu do pracy. O granicy rozsądku?

Dzisiaj zastanowię się nad sensem dojeżdżania do pracy, w aspekcie finansowym i czasowym.

Wyobraźmy sobie, że jestem przeciętnym mieszkańcem mojej wsi. Mam do wyboru:

1/ Pracować na swojej wsi za minimalną (3.7k netto),

2/ Dojeżdżać do miasta wojewódzkiego, żeby dostać 5k netto.

3/Dojechać do Warszawy za 7k netto (mediana warszawska).

Co robić?

Zacznijmy od czasu. W miejscowym zakładzie jestem po 3 minutach i przejechaniu 2km (a mieszkam na skraju wsi). W mieście wojewódzkim sprawy komplikują się. Jeżeli jadę własnym autem i pracuję „po swojej stronie” liczę 30 minut jazdy. Jeżeli muszę okrążyć miasto obwodnicą – 45 minut. Gdybym do tego poruszał się komunikacją publiczną nieco ponad godzinę. Mnożąc razy 2 (dojazd plus powrót). Otrzymuję od 6 minut (lokalnie) do 2 godzin 20 minut. Krótko mówiąc, podejmując pracę w wielkim mieście tracę na dojazdy średnio 1,5 godziny dziennie. Miesięcznie to 30 godzin.

Wybierając Warszawę, znajduję się w jeszcze trudniejszej sytuacji. Dojazdy i powroty pochłaniają mi od ok. 3 g (własne auto, dobra strona) do 4,5 godziny dziennie. Miesięcznie 60-90 godzin.

W efekcie poświęcam na pracę już nie 8, ale nawet 12,5 godziny, przez 5 dni w tygodniu. Za te dodatkowe, nikt mi nie płaci.

A teraz pieniądze. Fajnie jest zarabiać prawie 2 razy więcej. Tylko chyba nie przebywając poza domem po 12 godzin? Zobaczmy, ile realnie zyskujemy.

Warszawa. 3.7 tys. zł za 174 godziny/m-c, albo 7 tys. zł za 250 godzin. A odejmijmy dojazdy. W pierwszym przypadku – 2 km – pomijalne. W drugim już nie. Komunikacja publiczna to koszt ok. 1 tys. zł/m-c (miesięczny w mieście i kolejowy). I już robi się 3,7 tys. zł za 174 godziny/m-c przeciwko 6 tys. zł za 250 godzin. Stawka godzinowa netto 21,26 zł vs. 24 zł.

Miasto wojewódzkie. Zyskujemy 1.3 tys. zł, a dostajemy o 500 zł wyższe koszty i 215 godzin pracy. Stawka godzinowa 20,93 zł (4.5 tys. zł/215 godzin), wypada nam nawet gorzej niż na wsi.

Podsumowanie. We wszystkich przypadkach policzyłem tylko koszty dojazdu i jego czas w wersji nieoptymalnej. Pominąłem koszty społeczne (brak kontaktu z rodziną i znajomymi), a różnice okazały się niewielkie, nawet jeśli Warszawa oferowała nominalnie prawie 100% podwyżkę. Oczywiście, im wyższe mamy kwalifikacje, tym różnica rośnie – i właśnie tu psa pogrzebano, większość dojeżdżających, ma alternatywę „minimalna przy produkcji na miejscu” kontra „średnia w dużym mieście w biurze albo 140% średniej w Warszawie”.

Czy warto rezygnować z klasycznej pracy?

Zacznijmy od definicji – klasyczna praca to wykonywana w siedzibie pracodawcy, w ustalonych godzinach, 40h/tydzień na podstawie umowy o pracę, bądź stałego zlecenia.

I teraz ponawiam pytanie – Czy warto z niej rezygnować?

Sporo zależy od sytuacji. Jeśli wyrabiamy się na zakrętach, atmosfera sympatyczna, fajni ludzie, dobra pensja – nigdzie nie będzie nam lepiej. Natomiast takich miejsc dostrzegam mało. Niskie pensje (czyli poniżej nie tylko średniej, ale i mediany), dużo pracy, zostawanie w niepłatnych nadgodzinach, wieczna walka i niestabilność potrafią zabić każdą osobę z inicjatywą. Bezpieczeństwo? W praktyce – mamy 3 miesiące wypowiedzenia i może jeszcze pół roku L4, jeśli na coś chorujemy. Widziałem zwolnienia, bo spółki się łączą i nie potrzebują dwóch działów handlowych, bo zmienił się szef i nie ma już chemii, bo na kiepskim produkcie nie da się zrobić wyników, bo ktoś dostał raka, bo chodził na zwolnienia. Tysiące różnych powodów, a ostatnio byłem nawet świadkiem rozmowy, w trakcie której szef powiedział na forum o zwolnionym pracowniku, próbującym się bronić „Co on chce, jednostka nie ma szans z dużą firmą”. Istotnie. Nawet jeśli wygra (obecnie 3-4 lata), przegra: wypadnie z zespołu, musi szukać roboty (nie będzie czekać na pensje przez ten czas) i sąd przyzna jej na osłodę 3 miesięczną pensję, jako odszkodowanie. Tyle. Ochrona pracownika to fikcja.

Drugi argument – podatki i składki. Praca jest najwyżej opodatkowanym dobrem. Pisałem o moim bonusie – zostaje mi mniej niż połowa wynagrodzenia brutto. Szaleństwo.

Wreszcie – uwiązanie. Musisz prosić o urlop lub go planować. Nigdzie nie wyjedziesz spontanicznie. Może nie pańszczyzna, bo możesz zmienić pana, ale …to nic nie zmienia. 2 tygodnie max i szlus. Jak zakład ma przerwy technologiczne na wiosnę, dostaniesz wolne w marcu. Szkoła, niby więcej urlopu, lecz tylko w wakacje. Wiadomo są firmy bardziej lub mniej liberalne, ale zawsze potrzebny zastępca, trzeba prosić, powstają kwasy, kto kiedy. Jeden ma żniwa u rodziców, drugi wakacje dzieci i ktoś jest przegrany.

Istnieje tylko jeden plus – raz na miesiąc kasa wpływa na konto. Czasami niezła kasa. Ale powiedzmy sobie szczerze, obecnie gospodarkę skonstruowano tak, aby dać przewagę korpo, czyli utrudnić większości wyrwanie się z kieratu. Można więc płacić tak, aby ledwie starczyło na podstawowe potrzeby (jedzenie, transport, ubranie, mieszkanie) rodziny. Czym jest bowiem w Warszawie pensja minimalna jak nie ekwiwalentem za zamieszkanie, ubranie i wyżywienie niewolnika? Dostajesz niecałe 4000 zł netto, a wynajem kawalerki w pobliżu Twojej pracy kosztuje – 2700 zł. Do tego opłaty (500 zł). I już niewiele zostaje. Tak ok. 800 zł na transport i ubranie. Ktoś inny powie – możesz kupić za gotówkę, możesz dojeżdżać spod Grójca. No wiele możesz, jak opisany przez Marię Konopnicką „Wolny najmita”.

Nikt zatem nie powiedział, że łatwo wyrwać się z kieratu. Wielu z pewnością się nie uda. Wchodzą w grę koszty wejścia. W usługach – niewielkie. W handlu już spore. W produkcji – gigantyczne. Kasjerka z Żabki, albo ze sklepu w galerii – nie da rady, o ile nie dostanie sporego spadku. No i trzeba mieć zupełnie inne umiejętności. Reszta – zwyczajnie się boi. I nie zrezygnuje z „pewnego” zatrudnienia.

Jednak, o ile nie jesteśmy pod ścianą, o ile nie wykonujemy typowego prostego zawodu (sprzedawca w sklepie) – warto. Jestem najlepszym przykładem. Jeszcze w styczniu 2025 r. pracowałem na dwa etaty i popołudniami ciągnąłem niewielką firmę. Teraz jedną nogą siedzę na swoim.

Czy każdy tak może? Z pewnością, nie. Ale wielu da radę pracować zdalnie, zmienić zawód na bardziej fizyczny, robić coś pożytecznego i nieźle płatnego. A przede wszystkim, zerwać z paradygmatem stałych godzin i wysokiego składko-podatku. Warto.

Biedni-pracujący, czy Polsce grozi ten amerykański trend?

W literaturze zaangażowanej współczesnej Ameryki pojawia się pojęcie „working poor” czyli „biedni-pracujący”, albo „biedni pomimo pracy”. Zjawisko dotyczy faktu, że pensja albo nawet kilka źródeł dochodu nie starcza na życie w miejscu, gdzie takie wynagrodzenie się wypłaca.

Popatrzmy praktycznie. W wielu branżach królują „umowy śmieciowe”, gwarantujące tylko minimalną stawkę godzinową (31.40 zł brutto), ale już nie pełne zatrudnienie (170 godzin w miesiącu). W efekcie spora, pomimo chęci, pracuje 20 godzin/tydzień czyli na pół etatu. Zarabia wtedy ok. 2000 zł netto/m-c. Za taką sumę, nawet powiększoną o świadczenia, nie da się utrzymać dwóch osób (samotna matka). Cóż robić, podejmuje się drugą, taką samą pracę. Niby wszystko się zgadza, zostaje pełny etat, ale w takiej konfiguracji:

  • Poniedziałek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B,
  • Wtorek – 9-13 sprzątanie w A,
  • Środa 10-14 sprzątanie w A,
  • `Czwartek 7-11 sprzątanie w A,
  • Piątek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B
  • Sobota 12-18 zmywak w B,
  • Niedziela 12-16 zmywak w B.

Konsekwencje? Codzienna praca, bez wypoczynku, urlopu (na śmieciówce go nie masz), brak pewności (w tym tygodniu sprzątanie 7-11, w innym 15-19, których nie da się pogodzić ze zmywakiem), wreszcie marnowanie czasu na dojazdach.

Takim sposobem nie da się żyć na wynajmie. Dlaczego? Już pokazuję.

Samotna matka musi zapewnić opiekę dziecku, zaprowadzić je na zajęcia, pójść na zebranie, odrobić lekcje. Jak ma to zrobić, skoro z dojazdami spędza w pracy 10-12 godzin dziennie i to w czasie, gdy inni już dawno wrócili do domu? Z pensją ok. 4000 zł netto w dużym mieście (dodając alimenty i 800+ dysponuje ok. 5400 zł/m-c).

Otóż, jeśli 3500 zł kosztuje mieszkanie+opłaty, 500 zł dojazdy, na pozostałe wydatki zostanie 1400 zł i to tylko dlatego, że pomaga państwo. Za tyle da się przeżyć, ale nic więcej.

W efekcie w Polsce, zjawisko biednych-pracujących, dzięki pomocy państwa (te 800 zł faktycznie robi różnicę) ma znacznie mniejszy zasięg, ponieważ ogranicza się do wielkich miast. W USA, gdzie państwo abdykowało z funkcji społecznych, problem stał się powszechny (z pensji minimalnej ok. 17.000 USD rocznie, trzeba jeszcze zapłacić 8000 USD ubezpieczenia zdrowotnego, stąd biedni-pracujący po prostu go nie wykupują).

Ale perspektywy amerykanizacji polskich realiów wyglądają nieciekawie. W debacie publicznej pojawiają się głośne opinie (np. Ludwika Koteckiego), że z uwagi na zagrożenie wojenne trzeba wycofać 800+. Skutek – powtórzenie opowieści z USA. Kto nie wierzy, proponuję lekturę 'Nomadlandu”, albo innych reportaży z nurtu „praca za grosze”.

Po co nam fundusz awaryjny?

O funduszu awaryjnym aka poduszce finansowej, czyli szybko dostępnym kapitale w wysokości 6 miesięcznych wydatków, opowiem Wam w sposób nietypowy. Nie będzie moralizowania (prawie), tylko konkrety. Przykłady.

Gdy popsuje się pralka, nie zaciągasz kredytu. Ile razy widziałem ten scenariusz – rodzina z dochodami w okolicach średniej i nagle następuje niespodziewany wydatek. Psuje się samochód, pralka, trzeba zostawić pewną kasę u dentysty. Wynik? -2000 zł w portfelu. Ale niewiele „typowych” rodzin posiada w budżecie luz w wysokości kilkunastu procent budżetu. Czym pokryć deficyt? Dostępna jest tylko jedna metoda – kredyt, czyli:

  • obniżanie przyszłych budżetów o kwotę raty,
  • płacenie odsetek (nie zawsze),
  • ryzykowanie grubej wpadki, gdy w przyszłym miesiącu popsuje się coś innego.

W typowej rodzinie szybko z -2000 zł na pralkę robi się -6000 zł. I koszty rosną, zwłaszcza jeśli dziury łatamy kartą kredytową.

Fundusz awaryjny daje nam luz „brania z oszczędności”. W typowej rodzinie finansowych planistów (dwie średnie krajowe dochodu, wydatki ok. 9000 zł/m-c), poduszka finansowa wyniesie 54.000 zł (6 x 9000 zł), podebranie 6000 zł, niewiele zmieni. Kredyt 6000 zł przy budżecie 13.000 zł dochodu i 13.000 zł wydatków, wymaga kombinowania i często staje się początkiem problemów.

Śpisz spokojnie. Znaczna grupa Polaków ma podobno ujemną wartość netto (majątek – zobowiązania). Aż 46% nie posiada oszczędności wyższych niż 30 tys. zł. Znając matematykę, pewnie w grupie 40- wynik pozostaje sporo gorszy. W takich warunkach, nawet drobne zachwianie równowagi, uruchamia kostki domina. Kto ma świadomość kruchości podstaw, czasem nie śpi po nocach. Dysponując oszczędnościami równymi 6-miesięcznym wydatkom nie mamy tego problemu. Snu nic nam nie zakłóca, bo wiemy, jak przeskoczyć drobne zawirowania, a i z grubszymi sobie poradzimy. A zdrowy sen pozwala żyć dłużej i ciekawiej.

Niespodziewana utrata pracy, nie wywraca Ci życia. Powiedzmy sobie szczerze, nagła strata źródła dochodu do przyjemnych nie należy. Amortyzacja upadku w postaci np. 3-miesięcznego okresu wypowiedzenia, niewiele zmieni. W końcu to tylko 3 miesiące od katastrofy finansowej. Zupełnie inaczej wygląda nasze życie, gdy wydłużamy czas na znalezienie nowego zajęcia do 9 miesięcy (a biorąc pod uwagę pary – nawet sporo więcej). A pracujący na czarno? Świeżo zatrudnieni? Tutaj wyglądamy jeszcze gorzej. 0 miesięcy dzieli nas od katastrofy, wywrócenia życia, przed którym przestrzegam. Dodatkowe pół roku, daje nam bezcenny czas na ponownie poukładanie spraw finansowych.

Odnosisz zwycięstwo na prywatnym Campo di Fiori. Moje pokolenie katowano w liceum wierszem Czesława Miłosza „Campo di Fiori”, w którym poeta zestawia śmierć Giordana Bruno i getta w Warszawie, w zasadzie obok toczącego się życia, zwykłych ludzkich spraw. I my mamy swoje prywatne klęski na tym polu. Ktoś milczał, bo „pilnował własnego nosa”, nie stanął w obronie krzywdzonego, ba nawet nie wsparł go dobrym słowem. Częste w korporacji. Dlaczego? Patrz poprzedni punkt – ponieważ niespodziewana utrata pracy wywraca życie, a na to w świecie powszechnych kredytów pozwalają sobie nieliczni – właśnie tacy, którzy dysponują pewną niezależnością, wynikającą z poduszki finansowej. Ten interpretowany przez polonistę wiersz wrócił do mnie, gdy słyszałem śmiech kolegi, który planował wakacje za nagrodę otrzymaną za rozjechanie dawnego kumpla. I spokojnie mogłem mu tę nagrodę symbolicznie wepchnąć do gardła, publicznym (albowiem sprawa rozgrywała się w grupie) dopowiedzeniem drugiej części historii znanej akturat nielicznym. Otóż ten niszczony – dostał w pracy zawału serca i przebywa na długim zwolnieniu, prawdopodobnie z tego powodu (dezorganizacja pracy) zostanie zwolniony, a wyobraźcie sobie człowieka, który całe życie wykonywał proste prace biurowe, szukającego nowej roboty w wieku 55+ i po przebytym zawale (długie L4 w świadectwie pracy). I tutaj wraca nam poduszka finansowa. Mogłem sobie pozwolić na komentarz głównie dlatego (pomijam różnice indywidualne we wrażliwości), że dysponuję oszczędnościami. Wielu w tej sytuacji nie otworzyłoby ust, nie z powodu braku odwagi, albo podobnych myśli, ale ponieważ bliższe im dobro własnych dzieci niż sprawiedliwość. Niektórzy na komfort honorowej odmowy uczestnictwa linczu pozwolić sobie nie mogą, muszą przełykać upokorzenia, albowiem ich „poduszka finansowa” po 30 latach pracy wynosi … 15 tys. zł, przy miesięcznych wydatkach 25k. Warto to zmienić. 6-krotność budżetu to minimum funduszu awaryjnego.

3 mity o zasiłkach chorobowych.

Umieszczenie zasiłku chorobowego w przegródce „socjal” skłoniło mnie do napisania o 3 mitach związanych z tym świadczeniem.

Mit 1. Zasiłek chorobowy to socjal.

Zacznijmy od definicji socjalu – świadczenie niepowiązane ze składkami. Czyli nie zapłacisz, a dostaniesz. Tymczasem w zasiłku chorobowym każdy zatrudniony buli te 2.45% od wynagrodzenia. I teraz policzmy. Jeżeli świadczenia wynosi 80% pensji, a wpłata na fundusz chorobowy prawie 30% pensji rocznie, wpłacona kasa wystarcza na ok. 2 tygodnie chorowania/rok. Zakładając zatrudnienie 40 lat, każdy z nas ma do „wychorowania” 80 tygodni. Ponieważ ludzie młodzi przebywają na L4 mniej, załóżmy – 1 tydzień do 45 r.ż. i 3 tygodnie po 45 r.ż. Jeżeli mieszczę się w tych granicach (a tak jest) systemu nie wykorzystuję. Powyżej – biorę socjal. Kiedyś miałem całe lata bez L4, moja długoterminowa średnia nawet nie zbliża się do 2 tygodni.

Mit 2. System zasiłkowy wykorzystują białe kołnierzyki.

Cytowana przeze mnie czasem firma Conperio podaje prosto – niebieskie koszule biorą 2 razy więcej L4 niż białe. Robotnik 2-krotnie więcej od pracownika biurowego w tej samej firmie. Wynik 15 dni kontra 30 dni przy tej samej składce. Do tego wśród robotników znacznie więcej jest zwolnień wykorzystywanych niezgodnie z celem na fuchy, pomoc w polu itp. Dlaczego? Ponieważ L4 białego kołnierzyka nie odejmie mu roboty (po powrocie musi lwią jej część i tak wykonać), a pracownikowi przy taśmie już tak.

Mit 3. Pracodawca traci na długich L4 pracownika.

Kolejna nieprawda. Powyżej pewnej liczby dni L4 przejmuje ZUS. Długie zwolnienia pozwalają pracodawcy obniżyć koszty pracy. Od L4 nie płaci składek. Wiele razy słyszę od dyrektora finansowego „długie zwolnienia to wyższe nagrody”. Niech ludzie łamią ręce i nogi, niech idą na psychiatryczne, zachodzą w ciąże wtedy firma zaoszczędzi. Dlatego pracodawcy kalkuluje się mobbing – 6 miesięcy psychiatrycznego oznacza czysty zysk. Firma traci tylko na kimś kto weźmie 3 dni, gdy się przeziębi.

Żywot 50-latka. Opowieść o sensie oszczędzania.

Piękną historię o przemijaniu z punktu widzenia 50-latka opowiedział nam Artur Nowak w pewnym felietonie pod koniec kwietnia tego roku. Nie dorównam mu brutalnej szczerości przy jednoczesnym poetyckim opisie, więc koncentruje się na nieco innej działce.

W jednym zdaniu – w finansach 50-tka oznacza czas zbierania owoców pracy poprzednich lat. Rozłóżmy ten temat na czynniki pierwsze.

Praca. Kto lenił się przez 25-30 lat, ten dzisiaj, w najlepszym przypadku (biurowe warunki lubelskie), pracuje sobie za 5000 zł netto – mediana pensji netto w Polsce. Wyżej mediany nie podskoczy. W zupełnie innym układzie znajdują się Ci, którzy jednak postawili na pewien rozwój. Albo poszli w specjalizację, albo kierowanie ludźmi. Efekt? Minimum 2000 zł/m-c netto więcej. 2000 – 5000 zł miesięcznej różnicy robi istotną robotę. Oddziela człowieka żyjącego przyzwoicie, od oszczędzającego na wszystkim.

Drugi aspekt pracy, nie wypada tak rewelacyjnie. Zwolnienia grupowe, likwidacja stanowisk pracy, zaczynają się od najmniej wnoszących (więc tych, którzy lenili się), oraz najlepiej zarabiających (stawiających na rozwój). Ci ostatni, dużo kosztują, a jednak, podobnie jak ja, mają jeszcze co najmniej kilka opcji np.:

  • prowadzić JDG,
  • dojeżdżać do Warszawy,
  • rzucić biuro i zająć się dobrze płatną pracą fizyczną.

Alternatywa lenia – zasiłek.

Majątek. Ten aspekt dobrze odrobionej lekcji życia dostrzegam każdego dnia. Ktoś, kto przez ok. 25-30 lat pracował, oszczędzał, inwestował, kombinował widzi efekty swoich starań. Dochód z pracy powoli zastępuje mu dochód z kapitału. Majątek rósł, aż osiągnął wartości zdecydowanie ponadprzeciętne. Kiedy na początku lat 90-tych XX w. doktorzy Stanley i Danko wprowadzali do popularnego obiegu swoje słynne „równanie zamożności”, wreszcie dało się obiektywnie zmierzyć, jak dobrzy byliśmy w budowaniu bogactwa. Podstawmy wartości i sprawdźmy. Równanie bierze pod uwagę wiele zmiennych (inflację, stopę zwrotu), ale niezmiernie je upraszcza, a wygląda tak:

oczekiwany poziom zamożności (majątek, który powinniśmy zgromadzić) = roczne zarobki netto x wiek w latach x 10%.

Dla rodziny pięćdziesięciolatków, zarabiających, podobnie do mojej żony i mnie wynik wynosi ok. 0,9 mln. Gdybyśmy mieli majątek mniejszy – powinniśmy się martwić, przy co najmniej 2-krotnie większych (czyli 1,8 mln) moglibyśmy się uznać za „przodowników w budowie bogactwa”. W rzeczywistości zdecydowanie wyprzedziliśmy i te „podwójne” oczekiwania, a sporo już rozdaliśmy.

Patrząc na warunki mojego miasta i mojego miejsca pracy, niewiele osób osiąga ten poziom minimalny, zwłaszcza jeżeli odejmiemy od ich dochodu netto wartość spadków i większych darowizn. Dlaczego?

Decydują dwa czynniki:

  • konsumpcja (czyli niezdolność do oszczędzania 10% rocznego dochodu). Możesz być zdziwiony, bo oznacza to, że ludzie zarabiający ok. 180 k netto na rodzinę (2,5 średniej krajowe u szczytu możliwości zarobkowych), nie są w stanie odłożyć 18 tys. zł/rok.
  • nieumiejętność inwestowania. Ta z kolei sprowadza się do braku uzyskiwania z kapitału przynajmniej równowartości inflacji.

Jeżeli nie spełnili tych dwóch założeń, moi rówieśnicy i koledzy doszli do stanu majątkowego, w którym dysponują np. jednym starym mieszkaniem, wartym 450k i odrobiną (czyli np. 50k) funduszu awaryjnego, samochodem o wartości 50k i… to w zasadzie wszystko. Pięćdziesięciolatkowie, których dochód nadal pozostaje ponadprzeciętny, wybudowali wprawdzie dom za 1,2 mln zł, ale nadal ciąży na nim 400k kredytu, a 400k pojawiło się w wyniku sprzedaży darowanego mieszkania, samodzielnie zgromadzili 400k, więc zgromadzona osobiście wartość netto = 400k, znacznie mniej niż moglibyśmy oczekiwać . Co więcej, znam ludzi, którzy mają tylko odziedziczoną działkę i 400k ze sprzedanego prezentu ślubnego (darowanego mieszkania) czyli pozornie wykazują spory majątek (ok. 1.2 mln zł), ale sami nie dorobili się nic. Po co o tym wszystkim piszę?

Ponieważ zdolność do oszczędzania (anty-konsumpcji) oraz inwestowania (osiągania wysokich stop zwrotów), prowadząc do budowania majątku, tworzy podbudowę komfortu i bezpieczeństwa. Zaniedbując te dziedziny, narażamy się na pracę do końca życia, żmudną pracę, stwarzającą wrażenie, jakbyśmy podobnie do chomika, kręcili się w kółko, bez widocznych efektów. Dbając o dobre zwroty i przyzwoity poziom inwestycji, zapewniamy sobie luz w wieku średnim, czyli właśnie około 50-tki. Dzięki tej kombinacji, nie drżę o pracę, bo po prawdzie, mógłbym już w ogóle nie pracować. Dotrwałbym do emerytury, żyjąc sporo lepiej niż skromnie (na trzy osoby 10k/m-c = 120k/rok) tylko przejadając zasoby, a dokładając symboliczne odsetki od obligacji (1-5% netto) bez żadnego ryzyka. Wielu zarabiało znacznie lepiej i dzisiaj znajdują się na poziomie fat FIRE czyli 30-40k/m-c.

Tym razem jednak w ogóle nie chodzi o FIRE (wcześniejszą emeryturę), tylko powrót do prostej oceny – podobnej do bilansu zdrowotnego – odpowiadającej na pytanie: Na jakim miejscu na linii zamożności (od 0 do wielokrotności oczekiwanego majątku), znajduję się wraz z rodziną? Odpowiedź świadczy bądź o poważnej chorobie, bądź zdrowiu. Finansowym, rzecz jasna. O tym, że lata dorosłości nie przeminęły bez echa, lecz przyniosły namacalny efekt.

50-tka i związany z nią obrachunek, przynosi czasem jeden efekt, opisany w książce Davida Bacha „Start late, finish rich” – próba wyrwania się z finansowej zapaści lub przeciętności, do lotu na ostatniej prostej. Wielu ta sztuka się uda. Wprawdzie procent składany podziała tylko przez kilkanaście lat, ale lepsze to niż przetrwanie z dnia na dzień lub martwienie się, co będzie jeśli jutro stracę zdolność zarabiania. Oszczędzając 30% dochodu (54 tys. zł/rok), w 15 lat, przy 10% stopie zwrotu zbierzemy 1.8 mln zł. Nawet, jeśli dzisiaj nie mamy literalnie nic (wartość netto = 0 zł), po półtorej dekady możemy wyprzedzić wartość oczekiwaną z całego życia, która wyniesie 1,17 mln zł. Oszczędzanie, nawet w późnym wieku ma sens.

A gdyby podatkowo zrównać pracowników i przedsiębiorców z duchownymi? Ile płacilibyśmy podatku?

Jakiś czas temu Piotr zgodził się ze mną na temat „chorego systemu” w przypadku duchownych. Obiecałem wyjaśnić ich system podatkowy. Właśnie nadszedł na to czas.

Generalnie zasada jest prosta – duchowni, i to wyłącznie na określonych stanowiskach, płacą kwartalny podatek zryczałtowany, coś na kształt umierającej karty podatkowej. Stawki zależą od ludności parafii i wielkości miejscowości, w której parafia się znajduje. A ile wynoszą?

Proboszcz płaci od ludności parafii. Od ok. 600 do 2200 zł kwartalnie czyli 2400-8800 zł rocznie. Czy to dużo? Odpowiada opodatkowanego „zwykłym ludziom” :

  • 50.000 – 93.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • ok. 29.000-103.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • ok.13.000-46.000 zł dochodu na liniówce.

Dużo? To uwzględnijmy nieopodatkowane świadczenie z tytułu dostarczenia przez „pracodawcę” mieszkania i wyżywienia. Niech będzie to, lekko licząc, 36.000 zł/rok. Co nam wtedy wyjdzie?

  • 14.000-57.000 zł rok dochodu na zasadach ogólnych,
  • 3000-67.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • 0-13.000 zł dochodu na liniówce.

Wikary płaci od lokalizacji parafii i jej ludności. Od 724 zł/rok do 2.832 zł/rok. Ponownie odnieśmy to do pracownika lub przedsiębiorcy:

  • 36.000- 45.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 8500-33.000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 3800-15.000 zł dochodu na liniówce.

Jeśli uwzględnimy wikt i dach nad głową, jako nieopodatkowane świadczenia od pracodawcy (24.000 zł/rok), uzyskujemy:

  • 12.000-21.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 0-9000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 0 zł dochodu na liniówce.

Jak wiadomo są to kwoty nierealne.

Załóżmy na chwilę, że proboszcz uzyskuje 1,5 średniej pensji krajową , a wikary minimalną. Ile rocznie „normalnego” podatku zapłaciliby, nie uwzględniając opodatkowanego przychodu od świadczeń a jedzenie i mieszkanie?

  • proboszcz – 12.000 zł (plus nie zapłaciłby 80% składek ZUS czyli 28000 zł)
  • wikary – 1300 zł (i zaoszczędziłby 10.000 zł na składkach ZUS).

A uwzględniając nieopodatkowany przychód ze świadczeń:

  • proboszcz 16.000 zł,
  • wikary – 4000 zł.

Porównując z ryczałtem (proboszcz 2400-8880 zł), wikary (724-2832 zł) – sporo więcej. Razem z ZUS-em – gigantyczne kwoty.

Teraz wyobraźmy sobie przedsiębiorcę. Zatrudniający pracowników to proboszcz, a niezatrudniający (jak ja) – wikary. Szczerze, chciałbym płacić nawet 2832 zł podatku (bo mieszkam w sporym mieście na terenie dużej parafii) rocznie.

Na koniec pomysł na ordynarną optymalizację podatkową. Zakładasz sobie wyznanie, albo przyłączasz się do istniejącego. Działalność gospodarczą prowadzisz, jako działalność związku – od tego nie ma podatku, ani składki. Jednym obciążeniem zostaje ten śmieszny ryczałt kwotowy oraz żałosne niecałe 4% od minimalnej. Przy sporych dochodach z dg – to miałoby sens.

Wystarczy. Opowieść o Warszawie i prowincji.

W moim dotychczasowym miejscu pracy działo się źle, pisząc wprost – pachniało masowymi zwolnieniami. A wstępem do nich jest zwykle „dokręcanie śruby” – podnoszenie norm, zmiana zasad, te wszystkie metody a’la Wojewódka, aby zmusić ludzi do samodzielnego odejścia, przestraszyć karami i uniknąć płacenia odpraw, ekwiwalentów i kasy za okres wypowiedzenia. I właśnie byliśmy na tym etapie. Ilość zlecanej mi (i wykonywanej) pracy wzrosła o 40% w ciągu dwóch lat. Kilka osób dostało dyscyplinarki, dwóch panów w różnym wieku (jeden po trzydziestce, drugi po pięćdziesiątce), pragnąc nadążyć, nie tylko siedziało po godzinach, ale wręcz przychodziło do pracy w weekend. Skończyło się na ciężkich epizodach sercowych i wprost zza biurek pojechali karetką do szpitala. Krótko mówiąc, czas się zwijać.

Pierwszy pomysł – szukać na miejscu. Od razu zderzenie ze ścianą. Niby byłem świadomy, że naście lat od czasów, gdy zdobyłem uprawnienia, sporo zmieniło, ale nie aż tak. Ogłoszeń o pracę widziałem mało, a wszystkie za kwoty kompletnie mnie nie satysfakcjonujące. Moja stawka godzinowa musiałaby spaść …. o połowę, a w niektórych miejscach o 2/3. I wtedy pojawiła się Warszawa.

W Warszawie roiło się od propozycji o 15-20% wyższych niż miałem teraz. Pomiędzy nimi – podwyżki o 100% za sprzedanie duszy diabłu (tj. pracy po 12 godzin przez 6 dni w tygodniu). W końcu zdecydowałem się na rozmowę, w miejscu kuszącym pracą zdalną przez 3/5 czasu i konieczności przyjazdu na 2 dni w tygodniu. Dodatkowym atutem stawał się elastyczny czas pracy. Mogłem przychodzić na 7 albo na 10, wcześniej wracać lub dłużej pospać. Ponieważ grupa moich kumpli wykonała ten ruch już parę lat temu, wiedziałem jak się urządzić. Np. w poniedziałek wyjazd pociągiem o 6.45, w biurze o 8.30 i 16.30 do domu, znaczy do wynajętego w kilku mieszkania. Następnego dnia do biura na 7, żeby wyjść o 15 i zdążyć na pociąg, który wiezie mnie do domu na 17. Od środy do piątku – na wsi i praca z hamaka (w lecie), albo kanapy przy kominku (w zimie).

Nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił udoskonalić modelu. A gdyby tak, kupić mieszkanie w Warszawie, kredyt „sam by się spłacał”, a współpracownicy rezerwowali nocleg bezpośrednio u mnie. Przyjemne z pożytecznym. I wtedy nastąpiło zderzenie ze ścianą – cenami nieruchomości. Otóż, pisałem na blogu, że w takim Wrocławiu (co sam sprawdziłem) da się kupić, w dobrej lokalizacji (tj. 10 minut jazdy tramwajem od centrum), mieszkanie 3-pokojowe, 45m2 za 8900 zł za m2. Wiecie, ile podobny lokal kosztuje w Warszawie? Patrząc na proporcje w inwestycjach deweloperskich – 20-15, powinno być o 1/3 drożej, czyli niespełna 12 tys. zł/m2. W praktyce ceny zaczynają się od 16 tys. zł/m2, co doprowadza je w okolice 720-750 tys. zł. Cały czas mówimy o wieżowcu z wielkiej płyty, w stanie do remontu. Jeśli chcemy coś mniejszego – proszę bardzo 20 m2 kawalerki – 400 tys. zł = 45 m2 we Wrocławiu. Czyste szaleństwo. Dopiero znaczne oddalenie się od centrów biurowych (Śródmieście, Mordor), a zwłaszcza przeniesienie się na drugą, praską stronę Wisły, sprowadza ceny na ziemię. W okolicach dworca PKP Warszawa Wschodnia, da się za te 400-450 tys. zł kupić nową, zrobioną kawalerkę, albo niewyremontowane 3 małe wielkopłytowe pokoje za 550 tys. zł. Na drugim biegunie pozostają 70-80m2 lokale w kamienicach Śródmieścia z cenami zupełnie nieadekwatnymi do średnich poborów (kiedyś mieszkali w nich urzędnicy, odpowiadający dzisiejszemu managerowi środkowego szczebla w korpo) za 2.5 mln zł. Popatrzmy na wyliczenia.

  • 3 pokoje na Nowolipkach z remontem i początkowym nakładem (podatki, prowizje, notariusz) – 850 k, co oznacza 250k gotówką i 600k kredytu. Rata 3600 zł.
  • kawalerka 20m2 w dalszym Śródmieściu – (cena 400k, początkowy nakład 60k) w sumie 460k, czyli 140k gotówką i 320k kredytu. Rata 1920 zł.
  • 80 m2 w ścisłym Śródmieściu – 2.7 mln zł, co daje 700k gotówką i 2 mln kredytu. Rata 12.000 zł.

Te sumy już powoli przerażają, ale popatrzmy na ceny najmu.

  • Nowolipki 45 m2 – 5000 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 20 m2 – 2500 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 80 m2 – 8.000 zł plus wszystkie opłaty.

Jak widać, o ile jeszcze kawalerka i 3 małe pokoje mają szansę domknąć się ekonomicznie nawet z kredytu, o tyle duże lokale już nie. Za gotówkę, po opłaceniu podatków i drobnych napraw ROI wyniesie:

  • 3 pokoje na Nowolipkach – 6%,
  • kawalerka w Śródmieściu (dalszym) – 5,5%,
  • duże mieszkanie w Śródmieściu – 3%.

A jak wyglądałoby to w opcji Oszczędnego Milionera?

Wynajem kawalerki od kogoś na dojazdy – 150 zł x 4.25 tygodnia = 637 zł lub ok. 320 zł/m-c, gdybyśmy brali we dwóch.

Wynajem kawalerki kolegom z biura, weekend na AirBnb i korzystanie własne (tutaj liczę te niewydane 320 zł):

  • 150 zł/dzień x 22 dni robocze = 3300 zł
  • 150 zł/dzień x 8 dni weekendów= 1200 zł.

Suma przychodów = 4500 zł. Suma kosztów: 1500 zł ( 600 zł czynszu, 400 zł opłat, 500 zł podatków). Zostaje mi 3000 zł, co daje ROI 5.5%.

Teraz wróćmy na ziemię czyli do Lublina. Tutaj ceny mieszkań są niższe w teorii o połowę (10k/m2), a w praktyce rodziny (duże mieszkanie w Śródmieściu) o 2/3 (identyczne jak w stolicy 80 m2 z 3-pokojami w kamienicy, wyremontowane – 800 tys. zł). Stare kawalerki okażą się o 1/3 tańsze tzn. da się je kupić za 250 tys. zł. Jednocześnie, za cenę 1 mln zł trafimy na 100-metrowy dom z 5 pokojami, piwnicą, garażem i działką, w odległości dokładnie takiej samej, jak 45m2 w Warszawie, licząc od centrum biurowego.

Czyli nadal opłaca się dojeżdżać? Tutaj widzę dwa problemy. Pensja wyższa o 20-45% rekompensuje nam koszty dojazdu (i noclegów) oraz niedogodności związane z trasą, o ile nie musimy pojawiać się w Warszawie codziennie. 2-3 dni/tydzień jeszcze ma jakiś sens. Natomiast różnica w cenach mieszkań powoduje, że przeprowadzka na stałe sensu już nie ma. Nawet dostając 6000 zł brutto więcej na dwie osoby pracujące (4000 zł netto), nie uzyskamy sensownych relacji: czas dotarcia+nakłady/wzrost wynagrodzenia. Wystarczy, że mamy małe dziecko i już wzrost pensji jednej osoby pożera prywatny żłobek/różnica w koszcie opiekunki. 2000 zł czyli różnica w pensji drugiej osoby idzie na większą ratę. Dlaczego więc tak wiele osób wyjeżdża do Warszawy? Wyjaśnił nam to Bartek w komentarzu i w 100% podzielam tę diagnozę. Otóż różnica 2000-3000 zł netto występuje na średnim szczeblu, powyżej kwoty rosną 2-3 krotnie. Każdy junior, wbrew statystyce, wierzy, że dojdzie do menedżera. Ten w Lublinie zarobi 20 k netto, a w Warszawie aż 60k. Im wyższą masz pozycję zawodową, tym Warszawa oferuje więcej. Tylko takie analizy dotyczą 10-20% grupy „słoików”. W rzeczywistości, Warszawa przynosi zysk w modelu „praca w Warszawie, mieszkanie w Puławach”. Z tego względu juniorzy lądują nie w Śródmieściu, czy na Nowolipkach, tylko na Białołęce czy w Falenicy. I pogarszają swoją sytuację materialną.

Dlaczego jeszcze Lublin i Puławy przegrywają z Warszawą na płaszczyźnie ekonomicznej? Odpowiedź na pytanie znajduje się w pierwszym akapicie wpisu. Jeżeli w Lublinie, ktoś taki jak ja po 50-tce straci dobrą pracę, trudno mu znaleźć nową na podobnych warunkach (a nawet bywa to niemożliwe) i albo zaakceptuje obniżkę od 30-50% albo będzie pracował dłużej na tę samą kasę, albo założy JDG. Dlatego często kończy się na tym ostatnim punkcie. W Lublinie tylko w mojej JDG pracując tyle, co dotychczas w biurze na etacie, zarobiłbym lepiej w skali miesiąca.

„Wystarczy” w tytule ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, wystarczy przyjechać do Warszawy, by spróbować kupić tam mieszkanie i często uciekać z przerażeniem na prowincję. Z drugiej – wystarczy sprowadzić lepszą pracę (lepiej płatną i mniej toksyczną) do miast prowincjonalnych, aby Warszawa straciła większość swojego uroku.

Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.