Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Praca – Oszczędny Milioner

Żywot 50-latka. Opowieść o sensie oszczędzania.

Piękną historię o przemijaniu z punktu widzenia 50-latka opowiedział nam Artur Nowak w pewnym felietonie pod koniec kwietnia tego roku. Nie dorównam mu brutalnej szczerości przy jednoczesnym poetyckim opisie, więc koncentruje się na nieco innej działce.

W jednym zdaniu – w finansach 50-tka oznacza czas zbierania owoców pracy poprzednich lat. Rozłóżmy ten temat na czynniki pierwsze.

Praca. Kto lenił się przez 25-30 lat, ten dzisiaj, w najlepszym przypadku (biurowe warunki lubelskie), pracuje sobie za 5000 zł netto – mediana pensji netto w Polsce. Wyżej mediany nie podskoczy. W zupełnie innym układzie znajdują się Ci, którzy jednak postawili na pewien rozwój. Albo poszli w specjalizację, albo kierowanie ludźmi. Efekt? Minimum 2000 zł/m-c netto więcej. 2000 – 5000 zł miesięcznej różnicy robi istotną robotę. Oddziela człowieka żyjącego przyzwoicie, od oszczędzającego na wszystkim.

Drugi aspekt pracy, nie wypada tak rewelacyjnie. Zwolnienia grupowe, likwidacja stanowisk pracy, zaczynają się od najmniej wnoszących (więc tych, którzy lenili się), oraz najlepiej zarabiających (stawiających na rozwój). Ci ostatni, dużo kosztują, a jednak, podobnie jak ja, mają jeszcze co najmniej kilka opcji np.:

  • prowadzić JDG,
  • dojeżdżać do Warszawy,
  • rzucić biuro i zająć się dobrze płatną pracą fizyczną.

Alternatywa lenia – zasiłek.

Majątek. Ten aspekt dobrze odrobionej lekcji życia dostrzegam każdego dnia. Ktoś, kto przez ok. 25-30 lat pracował, oszczędzał, inwestował, kombinował widzi efekty swoich starań. Dochód z pracy powoli zastępuje mu dochód z kapitału. Majątek rósł, aż osiągnął wartości zdecydowanie ponadprzeciętne. Kiedy na początku lat 90-tych XX w. doktorzy Stanley i Danko wprowadzali do popularnego obiegu swoje słynne „równanie zamożności”, wreszcie dało się obiektywnie zmierzyć, jak dobrzy byliśmy w budowaniu bogactwa. Podstawmy wartości i sprawdźmy. Równanie bierze pod uwagę wiele zmiennych (inflację, stopę zwrotu), ale niezmiernie je upraszcza, a wygląda tak:

oczekiwany poziom zamożności (majątek, który powinniśmy zgromadzić) = roczne zarobki netto x wiek w latach x 10%.

Dla rodziny pięćdziesięciolatków, zarabiających, podobnie do mojej żony i mnie wynik wynosi ok. 0,9 mln. Gdybyśmy mieli majątek mniejszy – powinniśmy się martwić, przy co najmniej 2-krotnie większych (czyli 1,8 mln) moglibyśmy się uznać za „przodowników w budowie bogactwa”. W rzeczywistości zdecydowanie wyprzedziliśmy i te „podwójne” oczekiwania, a sporo już rozdaliśmy.

Patrząc na warunki mojego miasta i mojego miejsca pracy, niewiele osób osiąga ten poziom minimalny, zwłaszcza jeżeli odejmiemy od ich dochodu netto wartość spadków i większych darowizn. Dlaczego?

Decydują dwa czynniki:

  • konsumpcja (czyli niezdolność do oszczędzania 10% rocznego dochodu). Możesz być zdziwiony, bo oznacza to, że ludzie zarabiający ok. 180 k netto na rodzinę (2,5 średniej krajowe u szczytu możliwości zarobkowych), nie są w stanie odłożyć 18 tys. zł/rok.
  • nieumiejętność inwestowania. Ta z kolei sprowadza się do braku uzyskiwania z kapitału przynajmniej równowartości inflacji.

Jeżeli nie spełnili tych dwóch założeń, moi rówieśnicy i koledzy doszli do stanu majątkowego, w którym dysponują np. jednym starym mieszkaniem, wartym 450k i odrobiną (czyli np. 50k) funduszu awaryjnego, samochodem o wartości 50k i… to w zasadzie wszystko. Pięćdziesięciolatkowie, których dochód nadal pozostaje ponadprzeciętny, wybudowali wprawdzie dom za 1,2 mln zł, ale nadal ciąży na nim 400k kredytu, a 400k pojawiło się w wyniku sprzedaży darowanego mieszkania, samodzielnie zgromadzili 400k, więc zgromadzona osobiście wartość netto = 400k, znacznie mniej niż moglibyśmy oczekiwać . Co więcej, znam ludzi, którzy mają tylko odziedziczoną działkę i 400k ze sprzedanego prezentu ślubnego (darowanego mieszkania) czyli pozornie wykazują spory majątek (ok. 1.2 mln zł), ale sami nie dorobili się nic. Po co o tym wszystkim piszę?

Ponieważ zdolność do oszczędzania (anty-konsumpcji) oraz inwestowania (osiągania wysokich stop zwrotów), prowadząc do budowania majątku, tworzy podbudowę komfortu i bezpieczeństwa. Zaniedbując te dziedziny, narażamy się na pracę do końca życia, żmudną pracę, stwarzającą wrażenie, jakbyśmy podobnie do chomika, kręcili się w kółko, bez widocznych efektów. Dbając o dobre zwroty i przyzwoity poziom inwestycji, zapewniamy sobie luz w wieku średnim, czyli właśnie około 50-tki. Dzięki tej kombinacji, nie drżę o pracę, bo po prawdzie, mógłbym już w ogóle nie pracować. Dotrwałbym do emerytury, żyjąc sporo lepiej niż skromnie (na trzy osoby 10k/m-c = 120k/rok) tylko przejadając zasoby, a dokładając symboliczne odsetki od obligacji (1-5% netto) bez żadnego ryzyka. Wielu zarabiało znacznie lepiej i dzisiaj znajdują się na poziomie fat FIRE czyli 30-40k/m-c.

Tym razem jednak w ogóle nie chodzi o FIRE (wcześniejszą emeryturę), tylko powrót do prostej oceny – podobnej do bilansu zdrowotnego – odpowiadającej na pytanie: Na jakim miejscu na linii zamożności (od 0 do wielokrotności oczekiwanego majątku), znajduję się wraz z rodziną? Odpowiedź świadczy bądź o poważnej chorobie, bądź zdrowiu. Finansowym, rzecz jasna. O tym, że lata dorosłości nie przeminęły bez echa, lecz przyniosły namacalny efekt.

50-tka i związany z nią obrachunek, przynosi czasem jeden efekt, opisany w książce Davida Bacha „Start late, finish rich” – próba wyrwania się z finansowej zapaści lub przeciętności, do lotu na ostatniej prostej. Wielu ta sztuka się uda. Wprawdzie procent składany podziała tylko przez kilkanaście lat, ale lepsze to niż przetrwanie z dnia na dzień lub martwienie się, co będzie jeśli jutro stracę zdolność zarabiania. Oszczędzając 30% dochodu (54 tys. zł/rok), w 15 lat, przy 10% stopie zwrotu zbierzemy 1.8 mln zł. Nawet, jeśli dzisiaj nie mamy literalnie nic (wartość netto = 0 zł), po półtorej dekady możemy wyprzedzić wartość oczekiwaną z całego życia, która wyniesie 1,17 mln zł. Oszczędzanie, nawet w późnym wieku ma sens.

A gdyby podatkowo zrównać pracowników i przedsiębiorców z duchownymi? Ile płacilibyśmy podatku?

Jakiś czas temu Piotr zgodził się ze mną na temat „chorego systemu” w przypadku duchownych. Obiecałem wyjaśnić ich system podatkowy. Właśnie nadszedł na to czas.

Generalnie zasada jest prosta – duchowni, i to wyłącznie na określonych stanowiskach, płacą kwartalny podatek zryczałtowany, coś na kształt umierającej karty podatkowej. Stawki zależą od ludności parafii i wielkości miejscowości, w której parafia się znajduje. A ile wynoszą?

Proboszcz płaci od ludności parafii. Od ok. 600 do 2200 zł kwartalnie czyli 2400-8800 zł rocznie. Czy to dużo? Odpowiada opodatkowanego „zwykłym ludziom” :

  • 50.000 – 93.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • ok. 29.000-103.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • ok.13.000-46.000 zł dochodu na liniówce.

Dużo? To uwzględnijmy nieopodatkowane świadczenie z tytułu dostarczenia przez „pracodawcę” mieszkania i wyżywienia. Niech będzie to, lekko licząc, 36.000 zł/rok. Co nam wtedy wyjdzie?

  • 14.000-57.000 zł rok dochodu na zasadach ogólnych,
  • 3000-67.000 zł przychodu na ryczałcie 8.5%,
  • 0-13.000 zł dochodu na liniówce.

Wikary płaci od lokalizacji parafii i jej ludności. Od 724 zł/rok do 2.832 zł/rok. Ponownie odnieśmy to do pracownika lub przedsiębiorcy:

  • 36.000- 45.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 8500-33.000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 3800-15.000 zł dochodu na liniówce.

Jeśli uwzględnimy wikt i dach nad głową, jako nieopodatkowane świadczenia od pracodawcy (24.000 zł/rok), uzyskujemy:

  • 12.000-21.000 zł dochodu na zasadach ogólnych,
  • 0-9000 zł przychodu na ryczałcie 8,5%,
  • 0 zł dochodu na liniówce.

Jak wiadomo są to kwoty nierealne.

Załóżmy na chwilę, że proboszcz uzyskuje 1,5 średniej pensji krajową , a wikary minimalną. Ile rocznie „normalnego” podatku zapłaciliby, nie uwzględniając opodatkowanego przychodu od świadczeń a jedzenie i mieszkanie?

  • proboszcz – 12.000 zł (plus nie zapłaciłby 80% składek ZUS czyli 28000 zł)
  • wikary – 1300 zł (i zaoszczędziłby 10.000 zł na składkach ZUS).

A uwzględniając nieopodatkowany przychód ze świadczeń:

  • proboszcz 16.000 zł,
  • wikary – 4000 zł.

Porównując z ryczałtem (proboszcz 2400-8880 zł), wikary (724-2832 zł) – sporo więcej. Razem z ZUS-em – gigantyczne kwoty.

Teraz wyobraźmy sobie przedsiębiorcę. Zatrudniający pracowników to proboszcz, a niezatrudniający (jak ja) – wikary. Szczerze, chciałbym płacić nawet 2832 zł podatku (bo mieszkam w sporym mieście na terenie dużej parafii) rocznie.

Na koniec pomysł na ordynarną optymalizację podatkową. Zakładasz sobie wyznanie, albo przyłączasz się do istniejącego. Działalność gospodarczą prowadzisz, jako działalność związku – od tego nie ma podatku, ani składki. Jednym obciążeniem zostaje ten śmieszny ryczałt kwotowy oraz żałosne niecałe 4% od minimalnej. Przy sporych dochodach z dg – to miałoby sens.

Wystarczy. Opowieść o Warszawie i prowincji.

W moim dotychczasowym miejscu pracy działo się źle, pisząc wprost – pachniało masowymi zwolnieniami. A wstępem do nich jest zwykle „dokręcanie śruby” – podnoszenie norm, zmiana zasad, te wszystkie metody a’la Wojewódka, aby zmusić ludzi do samodzielnego odejścia, przestraszyć karami i uniknąć płacenia odpraw, ekwiwalentów i kasy za okres wypowiedzenia. I właśnie byliśmy na tym etapie. Ilość zlecanej mi (i wykonywanej) pracy wzrosła o 40% w ciągu dwóch lat. Kilka osób dostało dyscyplinarki, dwóch panów w różnym wieku (jeden po trzydziestce, drugi po pięćdziesiątce), pragnąc nadążyć, nie tylko siedziało po godzinach, ale wręcz przychodziło do pracy w weekend. Skończyło się na ciężkich epizodach sercowych i wprost zza biurek pojechali karetką do szpitala. Krótko mówiąc, czas się zwijać.

Pierwszy pomysł – szukać na miejscu. Od razu zderzenie ze ścianą. Niby byłem świadomy, że naście lat od czasów, gdy zdobyłem uprawnienia, sporo zmieniło, ale nie aż tak. Ogłoszeń o pracę widziałem mało, a wszystkie za kwoty kompletnie mnie nie satysfakcjonujące. Moja stawka godzinowa musiałaby spaść …. o połowę, a w niektórych miejscach o 2/3. I wtedy pojawiła się Warszawa.

W Warszawie roiło się od propozycji o 15-20% wyższych niż miałem teraz. Pomiędzy nimi – podwyżki o 100% za sprzedanie duszy diabłu (tj. pracy po 12 godzin przez 6 dni w tygodniu). W końcu zdecydowałem się na rozmowę, w miejscu kuszącym pracą zdalną przez 3/5 czasu i konieczności przyjazdu na 2 dni w tygodniu. Dodatkowym atutem stawał się elastyczny czas pracy. Mogłem przychodzić na 7 albo na 10, wcześniej wracać lub dłużej pospać. Ponieważ grupa moich kumpli wykonała ten ruch już parę lat temu, wiedziałem jak się urządzić. Np. w poniedziałek wyjazd pociągiem o 6.45, w biurze o 8.30 i 16.30 do domu, znaczy do wynajętego w kilku mieszkania. Następnego dnia do biura na 7, żeby wyjść o 15 i zdążyć na pociąg, który wiezie mnie do domu na 17. Od środy do piątku – na wsi i praca z hamaka (w lecie), albo kanapy przy kominku (w zimie).

Nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił udoskonalić modelu. A gdyby tak, kupić mieszkanie w Warszawie, kredyt „sam by się spłacał”, a współpracownicy rezerwowali nocleg bezpośrednio u mnie. Przyjemne z pożytecznym. I wtedy nastąpiło zderzenie ze ścianą – cenami nieruchomości. Otóż, pisałem na blogu, że w takim Wrocławiu (co sam sprawdziłem) da się kupić, w dobrej lokalizacji (tj. 10 minut jazdy tramwajem od centrum), mieszkanie 3-pokojowe, 45m2 za 8900 zł za m2. Wiecie, ile podobny lokal kosztuje w Warszawie? Patrząc na proporcje w inwestycjach deweloperskich – 20-15, powinno być o 1/3 drożej, czyli niespełna 12 tys. zł/m2. W praktyce ceny zaczynają się od 16 tys. zł/m2, co doprowadza je w okolice 720-750 tys. zł. Cały czas mówimy o wieżowcu z wielkiej płyty, w stanie do remontu. Jeśli chcemy coś mniejszego – proszę bardzo 20 m2 kawalerki – 400 tys. zł = 45 m2 we Wrocławiu. Czyste szaleństwo. Dopiero znaczne oddalenie się od centrów biurowych (Śródmieście, Mordor), a zwłaszcza przeniesienie się na drugą, praską stronę Wisły, sprowadza ceny na ziemię. W okolicach dworca PKP Warszawa Wschodnia, da się za te 400-450 tys. zł kupić nową, zrobioną kawalerkę, albo niewyremontowane 3 małe wielkopłytowe pokoje za 550 tys. zł. Na drugim biegunie pozostają 70-80m2 lokale w kamienicach Śródmieścia z cenami zupełnie nieadekwatnymi do średnich poborów (kiedyś mieszkali w nich urzędnicy, odpowiadający dzisiejszemu managerowi środkowego szczebla w korpo) za 2.5 mln zł. Popatrzmy na wyliczenia.

  • 3 pokoje na Nowolipkach z remontem i początkowym nakładem (podatki, prowizje, notariusz) – 850 k, co oznacza 250k gotówką i 600k kredytu. Rata 3600 zł.
  • kawalerka 20m2 w dalszym Śródmieściu – (cena 400k, początkowy nakład 60k) w sumie 460k, czyli 140k gotówką i 320k kredytu. Rata 1920 zł.
  • 80 m2 w ścisłym Śródmieściu – 2.7 mln zł, co daje 700k gotówką i 2 mln kredytu. Rata 12.000 zł.

Te sumy już powoli przerażają, ale popatrzmy na ceny najmu.

  • Nowolipki 45 m2 – 5000 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 20 m2 – 2500 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 80 m2 – 8.000 zł plus wszystkie opłaty.

Jak widać, o ile jeszcze kawalerka i 3 małe pokoje mają szansę domknąć się ekonomicznie nawet z kredytu, o tyle duże lokale już nie. Za gotówkę, po opłaceniu podatków i drobnych napraw ROI wyniesie:

  • 3 pokoje na Nowolipkach – 6%,
  • kawalerka w Śródmieściu (dalszym) – 5,5%,
  • duże mieszkanie w Śródmieściu – 3%.

A jak wyglądałoby to w opcji Oszczędnego Milionera?

Wynajem kawalerki od kogoś na dojazdy – 150 zł x 4.25 tygodnia = 637 zł lub ok. 320 zł/m-c, gdybyśmy brali we dwóch.

Wynajem kawalerki kolegom z biura, weekend na AirBnb i korzystanie własne (tutaj liczę te niewydane 320 zł):

  • 150 zł/dzień x 22 dni robocze = 3300 zł
  • 150 zł/dzień x 8 dni weekendów= 1200 zł.

Suma przychodów = 4500 zł. Suma kosztów: 1500 zł ( 600 zł czynszu, 400 zł opłat, 500 zł podatków). Zostaje mi 3000 zł, co daje ROI 5.5%.

Teraz wróćmy na ziemię czyli do Lublina. Tutaj ceny mieszkań są niższe w teorii o połowę (10k/m2), a w praktyce rodziny (duże mieszkanie w Śródmieściu) o 2/3 (identyczne jak w stolicy 80 m2 z 3-pokojami w kamienicy, wyremontowane – 800 tys. zł). Stare kawalerki okażą się o 1/3 tańsze tzn. da się je kupić za 250 tys. zł. Jednocześnie, za cenę 1 mln zł trafimy na 100-metrowy dom z 5 pokojami, piwnicą, garażem i działką, w odległości dokładnie takiej samej, jak 45m2 w Warszawie, licząc od centrum biurowego.

Czyli nadal opłaca się dojeżdżać? Tutaj widzę dwa problemy. Pensja wyższa o 20-45% rekompensuje nam koszty dojazdu (i noclegów) oraz niedogodności związane z trasą, o ile nie musimy pojawiać się w Warszawie codziennie. 2-3 dni/tydzień jeszcze ma jakiś sens. Natomiast różnica w cenach mieszkań powoduje, że przeprowadzka na stałe sensu już nie ma. Nawet dostając 6000 zł brutto więcej na dwie osoby pracujące (4000 zł netto), nie uzyskamy sensownych relacji: czas dotarcia+nakłady/wzrost wynagrodzenia. Wystarczy, że mamy małe dziecko i już wzrost pensji jednej osoby pożera prywatny żłobek/różnica w koszcie opiekunki. 2000 zł czyli różnica w pensji drugiej osoby idzie na większą ratę. Dlaczego więc tak wiele osób wyjeżdża do Warszawy? Wyjaśnił nam to Bartek w komentarzu i w 100% podzielam tę diagnozę. Otóż różnica 2000-3000 zł netto występuje na średnim szczeblu, powyżej kwoty rosną 2-3 krotnie. Każdy junior, wbrew statystyce, wierzy, że dojdzie do menedżera. Ten w Lublinie zarobi 20 k netto, a w Warszawie aż 60k. Im wyższą masz pozycję zawodową, tym Warszawa oferuje więcej. Tylko takie analizy dotyczą 10-20% grupy „słoików”. W rzeczywistości, Warszawa przynosi zysk w modelu „praca w Warszawie, mieszkanie w Puławach”. Z tego względu juniorzy lądują nie w Śródmieściu, czy na Nowolipkach, tylko na Białołęce czy w Falenicy. I pogarszają swoją sytuację materialną.

Dlaczego jeszcze Lublin i Puławy przegrywają z Warszawą na płaszczyźnie ekonomicznej? Odpowiedź na pytanie znajduje się w pierwszym akapicie wpisu. Jeżeli w Lublinie, ktoś taki jak ja po 50-tce straci dobrą pracę, trudno mu znaleźć nową na podobnych warunkach (a nawet bywa to niemożliwe) i albo zaakceptuje obniżkę od 30-50% albo będzie pracował dłużej na tę samą kasę, albo założy JDG. Dlatego często kończy się na tym ostatnim punkcie. W Lublinie tylko w mojej JDG pracując tyle, co dotychczas w biurze na etacie, zarobiłbym lepiej w skali miesiąca.

„Wystarczy” w tytule ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, wystarczy przyjechać do Warszawy, by spróbować kupić tam mieszkanie i często uciekać z przerażeniem na prowincję. Z drugiej – wystarczy sprowadzić lepszą pracę (lepiej płatną i mniej toksyczną) do miast prowincjonalnych, aby Warszawa straciła większość swojego uroku.

Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.

Jak żyją na wsi moi koledzy z dzieciństwa? Inny świat.

W marcu-kwietniu miałem możliwość przekonać się, jak bardzo różni się miejski styl życia od wiejskiego. Nie piszę przy tym o „wsi zabitej deskami” ani o „ludziach z pensją menedżera z IT tylko o przeciętniakach.

Przypadek 1. Mój kumpel „zza płota.” Nieco młodszy ode mnie, w dzieciństwie bawiliśmy się razem. Przyjął styl 3-4 miesiące intensywnej pracy „na szparagach”, reszta w domu, dorabiając. Starą stodołę rodziców przerobił na dom i ma lokal nie 35-60 m2 (standard deweloperski), ale 120 m2. Mówimy o człowieku, który zarabia obecnie z żoną ok. 50k rocznie, do tego dorabia sobie 4-5k dzierżawiąc pole. W sumie niecałe 5k/2 os. Auto? Dwudziestoletnie. Działalność rolnicza? Żadna – tylko warzywnik przy domu. Bezdzietny.

Przypadek 2. Kolega „z mojej wsi.” Starszy o 5 lat. Akurat on żyje z pola. Próbuje małych (nieudanych) biznesów, w stylu umowa na kurierkę, skup owoców. Zdrowie nie pozwala mu już ciężko pracować. Realnie zarabia 25k. Na kawalerskie życie – wystarcza. Auto? Stary Opel Astra rocznik 2004 r.

Przypadek 3. Mieszkaniec sąsiedniej miejscowości. Niewielkie (4ha) pole, praca w miejscowym zakładzie przemysłu spożywczego, niepracująca żona i 4-ka dzieci. Firma płaci minimalną plus za nadgodziny. MOPS daje 800+ i zasiłki.Razem 4,2 k pensji (na 6 osób) i 4k od państwa. 8.2 k. Wystarcza. Auto? Także dwudziestoletnie.

Generalnie, ludzie którzy nie opuścili tej grupy wsi, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza – bardzo nieliczna, utrzymuje się z ziemi (np. rówieśnik mojego starszego brata 30ha własnej + drugie tyle w dzierżawie) i małych firm (budowlanka, tartak itd.). Oni radzą sobie bezproblemowo. Druga – zarabia w okolicach minimalnej. Obie żyją znacznie poniżej poziomu, do którego przywykliśmy. Widzę to na pogrzebach. Mój 9-letni Ioniq, wiekiem i klasą znajduje się zawsze w top 10 na kościelnym parkingu, a bywa że i w pierwszej trójce. Trzon stanowią 20-letnie Audi, VW, Ople. Roczne przebiegi? Tylko 500 km. Za to znacznie droższe bywają traktory.

Nikt nie szaleje z wydatkami, sporo się oszczędza (bogatsi – by dokupić ziemi, biedniejsi – na czarną godzinę do skarpety). Domy ogrzewa się drewnen/węglem. Żywność kupuje w Biedronce. W niedzielę nadal pachnie rosół i domowe ciasto. Praktycznie nikt nie jeździ na wakacje.

O dziwo, mało rodzi się dzieci. Znam rodziny, w których trójka moich rówieśników dała dziadkom tylko jednego wnuka. Sporo osób (kawalerowie, niektóre małżeństwa) nie ma dzieci w ogóle i nie będzie ich mieć. Modele rodziny: singiel, DINKS, 2+1 pojawia się znacznie częściej niż zechce przyznać prawica. Jednocześnie, przywołany wyżej jako „przypadek nr 2”, głosuje na Brauna, uważając PiS za „sługę Ukrainy”, lajkuje posty Ewy Zajączkowskiej-Hernik itd. Konserwatyzm w głowie, nie idzie w parze z konserwatyzmem w życiu (poza typową chłopską oszczędnością).

PPK + IKZE na przykładzie osoby poniżej przeciętnego dochodu.

Obiecałem i realizuję. Dzisiaj podam wyniki inwestycyjne mojej żony. Zarabia ona poniżej 70%przeciętnej pensji. Niemniej jednak pozwoliła jej coś odłożyć.

PPK

Dokładnie to samo, prowadzone przez PKO BP. Ze swoich odłożyła 5.6 k. Pracodawca dołożył ok. 4.2k. Suma wpłat (z dopłatami państwowymi) – 10,8k . Wynik finansowy+20% i mamy ok. 13k . Powiedzmy sobie szczerze, przy własnej wpłacie 5.6k w czasie 3.5 roku (przeciętne potrącenie to ok. 133 zł). Tu spory wpływ miały dopłaty państwowe (240 zł/rok = praktycznie 2 miesięczne wpłaty własne co roku).

Wielkiej emerytury z tego nie będzie, ale mówimy o osobie, która zaczyna oszczędzać 13 lat przed uzyskaniem praw do świadczenia. Zakładając utrzymanie trendu (dopłaty bez zmian, utrzymanie wyników inwestycyjnych na poziomie inflacji) wyjdziemy po 35 latach (kobieta od 25 do 60 r. ż) na realne 110k (nominalnie sporo więcej, ale o tym zapomnijmy).

Czy to coś zmieni w życiu młodszego odpowiednika mojej żony? Pewnie niewiele, ale każda dzisiejsza emerytka wolałaby mieć 110k niż ich nie mieć. Emeryturka z tego skromna (400-500 zł/m-c = 1/4 państwowego minimum), ale da się żyć, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wpłaty 133 zł kontra 1400 zł na ZUS (znowu realnie).

IKZE

W tym punkcie dwa zastrzeżenia. Moja żona korzystała z przywileju (i problemu) męża zarabiającego sporo więcej. Dokonywała maksymalnych wpłat na IKZE, czego pewnie nie zrobiłaby większość osób zarabiających w okolicach 5 k netto. Jak to się stało?

Po pierwsze – korzystała z ulgi podatkowej (pomimo rozliczeń ze mną). Z wpłaconych 10.407 zł w 2025 r. od razu odzyskiwaliśmy 32% (3330 zł), więc realna wpłata wyniosła niecałe 600 zł/m-c.

Po drugie – w rzeczywistości, płaciłem ja (ona nie robiła żadnego przelewu).

Wynik? Zebrane 54k z wpłat za 2022-2025 czyli 4 lat (ok. 35k) i zysków za 3,5 roku. Świetnie, a żonie wybrałem tylko zwykły fundusz inwestycyjny. Co to oznacza w praktyce? Zysk sporo powyżej inflacji (zysk skumulowany 50%, inflacja skumulowana ok. 20%), ale i inne skutki.

W ciągu 35 lat odłożyłaby (realnie w dzisiejszych cenach) na IKZE ok. 350k. Do tego wynik inwestycyjny, bijący w długim terminie inflację, da jej ekstra ok. 100 tys. zł realnego zysku. Razem 450k/35 lat. Tu już możemy myśleć o emeryturze na poziomie ok. minimalnego świadczenia 1800 zł/m-c. Przypominam – odkładając realnie (po zyskach podatkowych) ok. 600 zł/m-c.

ZUS kontra IKZE +PPK.

Odkładanie już 1/2 sumy składek ZUS (te wynosiły przy jej dochodzie ca. 1400 zł/m-c) w PPK +IKZE, dałaby mojej żonie (dzięki tarczy podatkowej, dopłatom i zyskom prywatną emeryturę o 25% wyższą niż państwowa. Ponownie kamień do ogródka ZUS.

Przypomnę, stosując powszechnie dostępne narzędzia inwestycyjne, bez „szaleństwa” na poziomie wybierania własnych akcji.

Dostęp zamiast własności. Czy faktycznie jest tak źle?

Jedną z tez współczesnej klasy wyższej stało się promowanie posiadania (wynajmu, leasingu) zamiast własności. Wielkie firmy udzielają tylko czasowego dostępu do dóbr i usług i każą płacić coraz więcej.

Ba, nawet autorzy piszący o finansach (np. Tony Robbins) promują „wynajmij zamiast kupić”. Tak działają platformy takie jak Booking, Netflix, firmy leasingowe, wreszcie fundusze nieruchomościowe.

Z kolei lewicujące gazety, krytykują obecnie ten standard, ponieważ doprowadził do zubożenia wielkomiejskiej klasy średniej. Jak to? Przecież oni mają mieszkania po 1 mln zł. No cóż, na kredyt i nie wszyscy. Twarde dane wyglądają nieubłaganie. Liczy się wartość netto. I znacznie bogatszy jest przeciętny rolnik z Mazur niż właściciel skredytowanego mieszkania w stolicy (z 70% wartości do spłaty). Liczby nie kłamią.

Teraz wszyscy miłośnicy dyniowej latte szeroko otwierają oczy. Przy czym wiele rzeczy jeszcze da się odwrócić. Jak pisał Dave Ramsey „Start late, finish rich”. Znam kilka przypadków ludzi, którzy obudzili się po 40-tce i z najemców stali się właścicielami. Więc tragicznie nie jest, chociaż trend widzę nieubłagany. Napędzają go dwie siły: metropoliocentryzm oraz fałszująca rzeczywistość reklama.

Pierwsze ze zjawisk polega na przenoszeniu się do wielkich miast. Tylko w nich życie ma być ciekawe, satysfakcjonujące, piękne, prawdziwe i wartościowe. Dopóki nie przeniesiesz się do Big Five, jesteś z boku ważnych spraw. Największy pęd do translokacji mają zupełnie przeciwstawne grupy: mega ambitni wykształceni, oraz ambitni niewykształceni. W założeniu bowiem znacznie łatwiej zarobić (pracą fizyczną czy umysłową) w Warszawie niż w Siedlcach czy Strzegomiu. Prawda, tylko w połowie. Ambitni zapominają bowiem o kosztach. A te potrafią być ogromne. Skoro przedstawiciel specjalistów i managerów z wielkich miast, bloger finansowy mówi o „rozsądnym kredycie 0,5 mln zł”, mający ciśnienie na sukces wpadają w pułapkę. A nazywa się ona „kosztem życia w wielkim mieście”. Popatrzmy na modelową rodzinę z Warszawy. Ich dochody (mediana) są wyższe o 7k brutto od analogicznych w Łukowie. Co to oznacza? Że mają do dyspozycji 5k/m-c więcej. I co z tego? W Łukowie trzypokojowe małe (ok. 50m2) mieszkanie w bloku kosztuje 300k. W Warszawie podobne w Ursusie, Wawrze czy na Pradze – 800k. I już z 5k ubywa 3 k na ratę. Zostaje 2k nadwyżki. Super? Niekoniecznie. A gdzie koszty prywatnej opieki nad dzieckiem (opiekunka weźmie więcej), nauki, dojazdu do pracy? W Łukowie wystarczyło 10 minut dojazdu (a czasem i spaceru), z Ursusa do Mordoru jedziemy 45 minut (komunikacją publiczną). Z Wawra już prawie godzinę. Gdzie koszty stylu życia? W efekcie „średniak” ma się znacznie gorzej.

Ale to nie wszystko. Dlaczego ludzie łapią się na tę fałszywą narrację? Ponieważ stoi za nią ogromna machina reklamowa. Od bezpośredniej do ukrytej (np. seriale). Przemysł reklamowy deweloperów (głównie wielkie miasta) fałszuje rzeczywistość. Subtelnie („Osiedle Eko Park” – cztery bloki obok ogólnodostępnego skweru na nowym blokowisku), albo na rympał (z tej samej oferty) „Centum miasta na uboczu” przy lokalizacji 8 km od centralnego punktu miasta, niedaleko jego granicy, bez infrastruktury takiej jak publiczne szkoły, komunikacja miejska (najbliższy przystanek 15 minut spaceru) itp. Jest też reklama negatywna. Małe miasta przedstawia się jako siedliska ciemnoty, zacofania, bezrobocia. Ludzi tam żyjących jako nieudaczników. W mediach zamawia artykuły o ciężkich dojazdach z Mińska Mazowieckiego czy innego Grójca, zapominając, że wcale nie trzeba dojeżdżać do Warszawy. I wielu złapie się na ten lep.

A poza wielkimi miastami wcale nie jest tak źle. Króluje bezkredytowa własność, a nie kredyt lub wynajem. Babcie nadal zajmą się wnukami. W zasięgu krótkiego spaceru mamy prawdziwy park. Oczywiście, brakuje galerii, knajpek i sal zabaw, ale za dwie medianowe pensje da się utrzymać rodzinę. Tu „kultura dostępu” jeszcze nie przeorała głowy.

I biorąc pod uwagę, że w średnich i małych miastach żyje ponad połowa ludności Polski istnieje nadzieja, że trend może się odwrócić. Młodzi w końcu złapią za Excela i zobaczą – nie da się żyć w miejscu, w którym wynajem zabiera połowę pensji. Udostępniony (służbowy) samochód pozbawia mnie szans na wyjazd następnego dnia po zwolnieniu. Wreszcie, budowanie majątku prowadzi do niezależności. A nikt go nie zbuduje płacąc 4k za wynajem dwóch pokoi oraz 2k raty leasingowej. Zwłaszcza jeśli zarabia nieco ponadprzeciętnie.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Dlaczego walka o ograniczenie umów śmieciowych jest taka ważna? Czego nie zrozumiał premier Tusk (i większość polityków innych partii).

Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:

  1. pracę dzieci,
  2. 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.

A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.

Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.

Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, że ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc nawet nie budżetówka.

Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.

Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, że nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.

Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. Jeżeli działa, jak obecnie sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. Jeśli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.

A teraz argumenty pracodawców?

Pierwszy, że nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już obecnie może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.

Drugi, że wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. Jeśli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. Jeśli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba że mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeśli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, że „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.

Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację szybko zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) lecz wcześniejszego bezprawia pracodawcy.

Co ma zrobić trzydziestolatek pracujący w korpo na niższych i średnich stanowiskach?

Bartek w jednym z komentarzy do wpisu o sposobie działania korpo, postawił tezę, że tytułowy trzydziestolatek powinien mieć poduszkę finansową na 3 lata życia, ponieważ jest 85 % szans, że zostanie zwolniony, 12%, na utrzymanie pracy i 3% na awans. Jeszcze dwa lata temu, podpisałbym się pod taką tezą w 100%. Ale dzisiaj patrzę już na życie nieco inaczej. Co uległo zmianie?

W „Opowiadaniach z Doliny Muminków” możemy przeczytać rozdział „O Filifionce, która wierzyła w katastrofy”. Dzisiaj powiedzielibyśmy – zaburzenia lękowe, ale gdy jako nastolatek zapoznałem się z historią Filifionki, kompletnie nie mogłem jej zrozumieć. Dopiero dorosłość odsłoniła drugie dno opowiadania. Otóż, warto mieć plan, ale nie warto być Filifionką czyli popadać w paranoję. Bliski jest mi Szwejk, który w trudnej sytuacji mówił „Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Filozoficznie – bliżej mi do Seneki czy Tima Ferrissa niż właśnie do Filifionki.

Ale wracając do naszego trzydziestolatka. Prawdopodobnie straci pracę. Może nie chodzi o 85%, ale o 50%. Mniejsza o liczby. Pewnie 90% nie awansuje, albo zrobi to zbyt późno. I co z tego? Ano nic. Miliony (żeby nie powiedzieć miliardy) ludzi przed nim traciły pracę. Większość przeżyła. Niewielu awansowało i też żyją.

Oczywiście korposzczur lat 30, ma pod pewnymi względami gorszą sytuację. 50% nie posiada „twardych”, czyli praktycznych umiejętności. Większość trwała w Matrixie parę lat i jest od niego stuprocentowo zależna. Widzę to codziennie i u pięćdziesięciolatków, którzy idą na grube kompromisy z uczciwością, żeby tylko utrzymać robotę. Dość jednak czarnowidztwa, zacznijmy wyliczenia.

Zastrzeżenie nr 1. Trzydziestolatek ma niewielką szansę na 36-miesięczną poduszkę. Tworzymy model – 34-lata, 10 lat pracy, pensja=wydatki i wynosi 8-10k netto. Ilu znamy ludzi, którzy odkładali 30% pensji? My może i sporo, ale obiektywnie – marne szanse. Ta poduszka 288-360k jest mu zresztą zbędna.

Zastrzeżenie nr 2.Korpo sporo płaci przy odprawie i mamy jeszcze osłonowe. Może nie jak kopalnie, ale uczciwe 3 miesiące wypowiedzenia, 3 miesiące ze zwolnień grupowych (w dużej firmie kończy się zwykle likwidacją działu), 6 miesięcy L4. Wychodzi prawie rok, na ćwiczenia, o których poniżej.

Zastrzeżenie nr 3. Państwo też nam coś da. Może „zasiłek” nie brzmi dumnie, ale istnieje. 1700 zł przez pół roku. No i mamy parę złotych. Kolejna pozycja żeby zmniejszyć poduszkę.

Ćwiczenie nr 1. Możesz wydać mniej a osiągnąć podobny efekt. Nauczyłem się go od wybitnego specjalisty zmiany w życiu – Tony’ego Robbinsa. Polega na tworzeniu znacznie mniej kapitałochłonnego scenariusza. Otóż, w jaki sposób można sobie zapewnić spokojny sen (dochód 8-10k, który szybko się nie kończy)? Wydając 10-20k na praktyczne umiejętności i narzędzia. W zeszłym roku kupiłem dwie maszyny: elektrożmijkę i rozdrabniacz do gałęzi. W sumie wydałem 9k. Pierwsze – pozwala mi zarabiać ekstra te 350 zł/h, drugie 400 zł dniówką. Obsługa tych sprzętów jest dziecinnie prosta, potrafi je obsługiwać ktoś na granicy inteligencji 80 pkt. A pozwalają zarobić te 10k/m-c na spokoju. Trzydziestolatkowie!!! Nie lubicie ścieków? Nie bawi Was wciąganie gałęzi? Może zostaniecie cukiernikami, zaczniecie produkować świeczki, pójdziecie na kurs mechatroniki? Albo zgłosicie się do WOT. Na każdym z tych zajęć zarobicie 5-8k, a może i sporo więcej. Odróbcie ćwiczenie.

Historia nr 1. Jak poszedłem na urlop bezpłatny, żeby zarabiać 3 razy tyle. Moja własna historia sprzed 17 lat. Pracodawca nie chciał finansować mi szkolenia. Nie dość, że musiałem zapłacić, to jeszcze potrzebowałem czasu. Co robić? Ano zakładać dg, prowadzić szkolenia, opracowywać procedury – na swoim. W efekcie po pół roku zarabiałem x3.

Historia nr 2. Jak rzuciłem stałą pracę, żeby mieć więcej czasu i nie zarabiać mniej. Znowu o mnie, tylko sprzed roku. 2 lutego 2025 r. cisnąłem na biurko Szefa natychmiastowe wypowiedzenie, bo Nowy chciał mi dołożyć 100% pracy (bez podwyżki). Od 3-go byłem wolny (tzn. miałem jeszcze jeden etat). Zamieniłem 50 godzin w miesiącu (albo 68 godzin, gdyby, się zgodził) na średnio 14 godzin miesięcznie, jednocześnie nie tracąc na dochodzie. Jak to możliwe? Zoptymalizowałem pracę i podniosłem stawki o 20%. Dzięki temu nie tylko robię więcej w podobnym czasie (o 20%), ale i na wszystkich godzinach (a nie tylko dodatkowych) uzyskuję 20% nadwyżki. Gdybym poszedł w 100% w kierunku czyszczenia kanalizacji wyglądałoby to jeszcze lepiej, chociaż mniej prestiżowo.

Ćwiczenie nr 2. Zastąpimy poduszkę obniżeniem wydatków. Tutaj nie mam co wiele pisać, bo wylałem już morze atramentu. Obniżając wydatki o 30% (dość łatwo, gdy zdejmuje się garnitur, wyrzuca z głowy kawiarnie i Pana Kanapkę itd.) zmniejszamy poduszkę do 6-12 miesięcy. Typowo. Robotę za 5-7k/m-c raczej znajdziemy. Pierwszy krok – zamknąć leasing/kredyt auta i przesiąść się do gorszego, drugi krok – poduszkę przeznaczać na raty kredytu.

Ćwiczenie nr 3. Zacząć szukać pracy już dziś. Brzmi szokująco? Niekoniecznie. Otóż siądźmy na spokojnie i zastanówmy się – skoro klepanie Excela zastąpi AI, to czego nie zastąpi? Co możemy robić? Z czego żyć? I szukać takiej pracy, może na początek na sobotę, 2 popołudnia. Zdobywać doświadczenie. Wtedy wypowiedzenie niewiele zmienia.

Ćwiczenie nr 4. A może coś sprzedać? Nie każdy jest pewnie takim zbieraczem jak ja, ale widziałem parę piwnic, garaży, ba całe hale ze szmelcem. Dzisiaj mamy dobrą cenę na złom, zwłaszcza miedziany. Mój plan na 2026 r. stworzyć „ekstra poduszkę” z porządkowania kilku garaży. Tak na szybko – 2-3 pensje pewnie uzbieram.

Jak widzicie, gdy zdejmiemy garnitur (albo jak w moich historiach nawet nie musimy go zdejmować), a przede wszystkim zmienimy paradygmat, wystarczy nam 6-miesięczna poduszka. Spokojnie, będzie dobrze.