Czy warto rezygnować z klasycznej pracy?

Zacznijmy od definicji – klasyczna praca to wykonywana w siedzibie pracodawcy, w ustalonych godzinach, 40h/tydzień na podstawie umowy o pracę, bądź stałego zlecenia.

I teraz ponawiam pytanie – Czy warto z niej rezygnować?

Sporo zależy od sytuacji. Jeśli wyrabiamy się na zakrętach, atmosfera sympatyczna, fajni ludzie, dobra pensja – nigdzie nie będzie nam lepiej. Natomiast takich miejsc dostrzegam mało. Niskie pensje (czyli poniżej nie tylko średniej, ale i mediany), dużo pracy, zostawanie w niepłatnych nadgodzinach, wieczna walka i niestabilność potrafią zabić każdą osobę z inicjatywą. Bezpieczeństwo? W praktyce – mamy 3 miesiące wypowiedzenia i może jeszcze pół roku L4, jeśli na coś chorujemy. Widziałem zwolnienia, bo spółki się łączą i nie potrzebują dwóch działów handlowych, bo zmienił się szef i nie ma już chemii, bo na kiepskim produkcie nie da się zrobić wyników, bo ktoś dostał raka, bo chodził na zwolnienia. Tysiące różnych powodów, a ostatnio byłem nawet świadkiem rozmowy, w trakcie której szef powiedział na forum o zwolnionym pracowniku, próbującym się bronić „Co on chce, jednostka nie ma szans z dużą firmą”. Istotnie. Nawet jeśli wygra (obecnie 3-4 lata), przegra: wypadnie z zespołu, musi szukać roboty (nie będzie czekać na pensje przez ten czas) i sąd przyzna jej na osłodę 3 miesięczną pensję, jako odszkodowanie. Tyle. Ochrona pracownika to fikcja.

Drugi argument – podatki i składki. Praca jest najwyżej opodatkowanym dobrem. Pisałem o moim bonusie – zostaje mi mniej niż połowa wynagrodzenia brutto. Szaleństwo.

Wreszcie – uwiązanie. Musisz prosić o urlop lub go planować. Nigdzie nie wyjedziesz spontanicznie. Może nie pańszczyzna, bo możesz zmienić pana, ale …to nic nie zmienia. 2 tygodnie max i szlus. Jak zakład ma przerwy technologiczne na wiosnę, dostaniesz wolne w marcu. Szkoła, niby więcej urlopu, lecz tylko w wakacje. Wiadomo są firmy bardziej lub mniej liberalne, ale zawsze potrzebny zastępca, trzeba prosić, powstają kwasy, kto kiedy. Jeden ma żniwa u rodziców, drugi wakacje dzieci i ktoś jest przegrany.

Istnieje tylko jeden plus – raz na miesiąc kasa wpływa na konto. Czasami niezła kasa. Ale powiedzmy sobie szczerze, obecnie gospodarkę skonstruowano tak, aby dać przewagę korpo, czyli utrudnić większości wyrwanie się z kieratu. Można więc płacić tak, aby ledwie starczyło na podstawowe potrzeby (jedzenie, transport, ubranie, mieszkanie) rodziny. Czym jest bowiem w Warszawie pensja minimalna jak nie ekwiwalentem za zamieszkanie, ubranie i wyżywienie niewolnika? Dostajesz niecałe 4000 zł netto, a wynajem kawalerki w pobliżu Twojej pracy kosztuje – 2700 zł. Do tego opłaty (500 zł). I już niewiele zostaje. Tak ok. 800 zł na transport i ubranie. Ktoś inny powie – możesz kupić za gotówkę, możesz dojeżdżać spod Grójca. No wiele możesz, jak opisany przez Marię Konopnicką „Wolny najmita”.

Nikt zatem nie powiedział, że łatwo wyrwać się z kieratu. Wielu z pewnością się nie uda. Wchodzą w grę koszty wejścia. W usługach – niewielkie. W handlu już spore. W produkcji – gigantyczne. Kasjerka z Żabki, albo ze sklepu w galerii – nie da rady, o ile nie dostanie sporego spadku. No i trzeba mieć zupełnie inne umiejętności. Reszta – zwyczajnie się boi. I nie zrezygnuje z „pewnego” zatrudnienia.

Jednak, o ile nie jesteśmy pod ścianą, o ile nie wykonujemy typowego prostego zawodu (sprzedawca w sklepie) – warto. Jestem najlepszym przykładem. Jeszcze w styczniu 2025 r. pracowałem na dwa etaty i popołudniami ciągnąłem niewielką firmę. Teraz jedną nogą siedzę na swoim.

Czy każdy tak może? Z pewnością, nie. Ale wielu da radę pracować zdalnie, zmienić zawód na bardziej fizyczny, robić coś pożytecznego i nieźle płatnego. A przede wszystkim, zerwać z paradygmatem stałych godzin i wysokiego składko-podatku. Warto.

Koncept talerzykowy, śniadanie kopenhaskie, monoporcja. Jak modą i chciwością wyciągnąć kasę od naiwnych aspirantów?

O „koncepcie talerzowym” usłyszałem wiele lat temu. Pewien zwolennik jednej z odmian nowoczesnej sztuki – konceptualizmu, tłukł talerze, żeby w ramach swojego „artyzmu” poskładać je na nowo z przypadkowych kawałków. I pewnie on zainspirował autorów „konceptów talerzykowych”, które są nowym nurtem w gastronomii. Generalnie chodzi o to, aby nie wybierać z tradycyjnego menu „przystawka, zupa, danie główne” lecz skupić się na „dzieleniu się jedzeniem”, czyli grupa zamawia kilkanaście porcji, a goście knajpy dzielą się nimi, bo każdy może spróbować wielu potraw. Brzmi ciekawie? Posłuchajcie o „największym scamie od czasów Amber Gold” jak określił koncept talerzykowy jeden z blogerów kulinarnych.

W rzeczywistości nie chodzi wcale o „dzielenie się jedzeniem” lecz wyciąganie kasy z kieszeni gości.

Kilkanaście lat temu obowiązywała prosta „zasada 33%. Cena dania w restauracji kształtowała się tak: 33% wsad do kotła, 67% zysk i koszty.

Teraz podobno mamy „zasadę 25%. Wsad do kotła zmalał do 25%.

Ale w koncepcie talerzykowym, czy jego cukierniczej odmianie „monoporcji” obie tradycyjne zasady zostały drastycznie złamane. Dlaczego? Otóż stała pozostaje cena dania, a radykalnie zmniejsza się gramatura (wielkość). Przykłady? Proszę bardzo.

Koncept talerzykowy – jeden ogórek długości 10 cm (raczej gruntowy niż szklarniowy) i wadze ok. 100g, przekrojony wzdłuż na 3 plastry i ozdobiony łyżką sera twarogowego – cena 16 zł. Wartość realna (wsad do kotła) – 1,2 zł.

Kolejny przykład – dwa jajka sadzone oprószone parmezanem – 40 zł. Wartość realna – 3 zł.

Z konceptami talerzykowymi w parze idą tzw. śniadania kopenhaskie, w wielkim skrócie: jedno jajko na miękko (1.5 zł), dwa plasterki sera żółtego (1 zł), dwie kromki chleba (0,4 zł), odrobina twarogu (0,2 zł), łyżeczka (dosłownie) dżemu (0,3 zł), masło (0,2 zł). Ogólna wartość 3,6 zł, sprzedawana za 35-45 zł.

Tatar wołowy – porcja 130g, cena 48 zł, wchodzi 370 zł za kg. Wydaje się Wam sporo? I macie rację. Przypominam, jajko waży ok. 50g, dodajmy 20g jakiś przypraw, cebuli, ogórka i zostaje nam 60g mięsa.

A monoporcja? Niektórzy nazywają ją arcydziełem cukierniczym. Dla mnie – po prostu ładnie przyozdobione małe ciastko. Waży ok. 80g, a kosztuje zwykle 16 zł, czyli ok. 190 zł/kg. Składniki? Dużo cukru, lukru, sztucznych barwników, mąki i bomba kaloryczna.Realna wartość produktów 5-10 zł/kg.

I teraz zastanówmy się nad tymi trendami. Przy porcjach wielkości 80-130g, ile musisz zjeść, aby się najeść, zakładając wartość kaloryczną posiłku na poziomie 500 kcal? 200 kcal to chleb i jajko ze śniadania kopenhaskiego. 100 kcal ser. Reszta – może 100 kcal. Cały posiłek zmienia się w 400 kcal. Jeszcze nie zebraliśmy limitu. A atrakcje w stylu „ogórek +serek twarogowy”? 50 kcal. Tatar wołowy – 200 kcal. Żeby się najeść konceptami talerzykowymi potrzebujemy 100 zł. I nadal mówię tu raczej o niewielkim posiłku pracownika umysłowego (typowy schabowy z ziemniakami i kapustą to 1000 kcal, hot dog na Orlenie – 600 kcal).

Komu to wszystko służy? Otóż głównie nabijaniu kabzy restauratorom, którzy już dawno stracili umiar. Pomijam celowo modne miejsca (słynne pączki Gessler za 26 zł), ale pisze o zwykłych, typowych lokalach. Jeżeli za jedzenie płacimy x 10 rzeczywistej wartości produktów, faktycznie określenie „największy scam od czasów Amber Gold” nie wydaje się przesadą.

Na koniec – kto kupuje, te wszystkie koncepty, śniadania kopenhaskie, monoporcje? No cóż, grupa wariatów, nazywanych „aspirantami” – przedstawicieli klasy średniej, chcących „wyglądać bogato”. Taki stół zastawiony 20 konceptami talerzykowymi (wartość realna 40 zł, wartość rachunku 400 zł plus napoje) dla 4 osób, wygląda dobrze na Instagramie. Nie chodzi bowiem ani o jakość obsługi ani produktów (obie przeciętne) tylko windowanie zysku. Aczkolwiek aspiranci to łapią. I teraz wyobraźmy sobie typowego aspiranta. Zwykle pracuje w korpo. Zarabia ponadprzeciętnie – może 15k netto (ponad 22k brutto/m-c) i wydaje 2000 zł na same lunche w pracy. Pan Kanapka za 30 zł/szt wychodzi przy konceptach talerzykowych bardzo tanio (30% ceny). Skąd brać na oszczędności? Już nie starcza. I tak wyjaśnia się problem mojej koleżanki: Jak rodzina zarabiająca 600k/rok może mieć 10k oszczędności? Ano może. Życie aspiranta okazuje się niezmiernie drogie.

Kłamstwo produktu pod nazwą „tradwife”.

Na wstępie zaznaczam – odróżniam faktycznie życie zgodne z tradycyjnymi rolami płci od produktu internetowego nazwanego „tradwife”.

Tradycyjne życie, znane mi z kręgu znajomych oznacza: mężczyznę zarabiającego pracą fizyczną/biurową w klasie średniej oraz żonę zajmującą się dziećmi w domu, nie podejmującą aktywności zawodowej.

Produkt istotnie się różni, prezentując kłamstwo. Oficjalnie chodzi o pokazanie życia amerykańskiego przedmieścia 70 lat później. Nieoficjalnie – o zasięgi oraz promowanie kobiecej uległości. Nieprawda ogniskuje się w kilku płaszczyznach, które czas zdemaskować.

Kłamstwo 1. Model tradycyjny to klasa średnia – produkt tradwife klasa wyższa. Nie wdając się w socjologiczne przepychanki. Amerykańskie przedmieście lat 50-tych XXw. dawało szansę utrzymania się z jednej pensji klasie średniej, czyli od wykwalifikowanego robotnika do specjalisty w korpo. Dzisiejsze instagramowe tradwife to żony polityków, przedsiębiorców z większymi firmami, dziedziców, lekarzy. Krótko mówiąc – klasa wyższa.

Kłamstwo 2. Tradycja to życie proste – produkt tradwife – wymuszona konsumpcja. Wiadomo, żeby utrzymać się z jednej pensji (odpowiednik dzisiejszej 10k netto), trzeba kombinować. Tu coś kupić taniej, tam z czegoś zrezygnować, zrobić samemu. I dzisiaj, za 10k przeżyjemy, chociaż oszczędnie. Ale produkt tradwife wygląda inaczej. Sukienki po 500 zł (z blogiem połączony sklep), ubranka dzieci, designerskie meble kuchenne, drogie sprzęty. Trzeba konsumować, nawet więcej niż dwie pracujące osoby.

Kłamstwo 3. Tradycja=domowa praca kobiet, tradwife = freelance twórczyni. W normalnym tradycyjnym modelu przedmieścia, kobieta sprzątała, gotowała, zajmowała się dziećmi. Nie zaprzątała sobie głowy osiąganiem dochodu. Tradwives żyją inaczej. One 4-5 godzin dziennie produkują kontent, kręcą filmy, rolki, produkują, piszą scenariusze, dopinają kontrakty na sprzedaż produktów. Normalne życie przedsiębiorcy, a nie żadna tradycyjna żona.

Kłamstwo 4. Idealizacja życia, które idealne nie było. Wystarczy poczytać powieści lub opowiadania amerykańskich twórców lat 50-tych XX w. Przemoc, nuda, alkoholizm, przebijają się z każdej strony. Życie mieszkanki przedmieść polegało na ogarnianiu domu, dzieci, męża. Dzisiaj żyje się inaczej – spotkania z przyjaciółkami, knajpki, a dziećmi, sprzątaniem a nawet gotowaniem zajmują się wynajęci pracownicy.

Kłamstwo 5. Promowanie uległości i zależności kobiet, a nie ich wolności. W rolkach życie tradwife przedstawiano jako synonim wolności: nie masz szefa, nie masz pracy od-do, nie potrzebujesz martwić się zarabianiem. Tylko w takim układzie da się żyć parze z jakimś majątkiem, dorobkiem wspólnym, a nie dwudziestolatce. Wciskanie w sztywny model młodych dziewczyn w rzeczywistości niesie uległość i zależność. Szefa można zmienić, „męża-dostarczyciela gotówki” znacznie trudniej, nawet jeśli będzie nieudany. Oczywiście instagramerkc, tiktokerki żyją inaczej, one przez swoje marki, zależne nie są. Ale o tym się milczy.

Kłamstwo ostateczne. Życia jak Instagrama nie da się prowadzić „za jeden średni dochód” a tak brzmiało główne założenie przedmiejskich gospodyń. W rzeczywistości osoby prowadzące te profile zarabiają nierzadko po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Dodając dochody męża, żyją za 8-10 przeciętnych pensji. Nie znaczy to rzecz jasna, że nie da się żyć jak na przedmieściach, ale to temat na inny wpis.

Czy potrafisz samodzielnie przygotować opał? Jak zrobić to sensownie.

Mam o parę lat młodszego kolegę, który co roku raczy mnie opowieścią o wyprawie do własnego lasu, ścinaniu kilku buków, wynoszeniu ich na przyczepę traktora (w kawałkach, nie jak Arnold w „Commando” w całości), po ścianie zbocza, a potem systematycznym rąbaniu przez kilka weekendów. Podziwiam, ale nie dla mnie takie szarpanie się. Już nie mam zdrowia.

Dlatego wybieram zupełnie inny wariant: wycinam zbędne drzewa owocowe na działce, tnę je i kawałki. Nie ma tego wiele (2-3 sztuki rocznie). Dlatego, gdy planuję dłuższy pobyt na miejscu, muszę działać inaczej – kupuję drewno w wałkach (1,5m długie, w miarę proste kawałki) z dowozem (gdy miałem pick-upa, woziłem sam).

Dlatego w 2/3 moje działanie zaczyna się od kroku nr 3.

Krok. 1. Ścięcie. Praca piłą spalinową w lutowy dzień jeszcze nie wygląda strasznie, dla kogoś, kto ma siłę. Dobry sprzęt, ostry łańcuch i metal sam wgryza się w drewno. Pierwsze cięcie (obalenie) przedstawia nieco trudności, żeby nie zakleszczyć prowadnicy, ani nie dopuścić do wywrócenia drzewa w niepożądanym kierunku.

Krok 2. Okrzesywanie i wałki. Potem tniemy na 1.5 metrowe kawałki, odcinając wcześniej gałęzie. Bułka z masłem, o ile przestrzegamy zasad. Teraz zwożę taczką na dół, gdzie mam kozioł do cięcia i miejsce na łupanie.

Krok 3. Cięcie na 30-45 cm polana. Długość zależy od rozmiarów paleniska. Ja mieszczę te większe, więc nie ma sensu rozdrabniać zbyt wiele. Krótsze, to końcówki, albo sęki. Znowu podstawowe narzędzie – łańcuchowa piła spalinowa. Są osoby, które wykorzystują piłę tarczową, ale moim zdaniem sprawdza się słabiej.

Krok 4. Rąbanie. Teraz czas na … siekierę lub łuparkę. Kiedyś, gdy miałem do przerobienia 1 m3 na raz – wystarczyła ostra siekiera Fiskarsa. Teraz, gdy przygotowuję 10 razy tyle planuję kupić łuparkę.

Krok 5. Suszenie. Świeżo ścięte drewno ma nawet 40% wody. Trzeba ją odparować, co zwykle trwa 2 sezony (ścięte w styczniu 2027 r., będzie gotowe do użycia w październiku 2028 r. czyli schło przez 2 okresy letnie) i schodzimy do 15%. Jeżeli tego nie zrobimy, odparuje w palenisku, a to oznacza:

  • czarną szybę i zapchany komin (z czasem również zniszczony),
  • znacznie więcej zużytego drewna,
  • większa emisja szkodliwych substancji,
  • mniej ciepła z tego samego wsadu.

Rachunek jest prosty. 1kg buka suchego (15%) daje 4KWh energii, mokrego (40%) – ok. 2 KWh. Różnica widoczna gołym okiem. I warto o tym pamiętać.

Inflacja stylu życia. Wakacje.

Dość często na blogu poruszam temat zjawiska inflacji stylu życia. Mówiąc po ludzku ciągłego podnoszenia poprzeczki w konsumowaniu. Nie rzucam kamieniem, bo sam nie jestem od niego wolny. Wytłumaczę na przykładzie wakacji.

Wczoraj rozmawialiśmy z synem o Górach Świętokrzyskich, bo taki miał temat w szkole. I zdałem sobie sprawę, że w 2009 r. spędziliśmy wakacje (najmłodszego nie było jeszcze na świecie), w agroturystyce w Bodzentynie, jeżdżąc po całym regionie od Zagnańska, Chęcin, Kielc po Łysicę. Wtedy było ok, dzisiaj, no cóż sam chyba uznałbym, że trochę słabo. Przez inflację stylu życia właśnie.

Dlaczego? Kiedy przez kilka lat jeździliśmy do Chorwacji (w coraz droższym wydaniu), nagle Macedonia wydała się oszczędnością, a to 1.600 km od domu, a nie niecałe 200 km. Ba, Bałtyk oznaczałby wyrzeczenie się ambicji. No i tylko jeden wyjazd w roku.

Ten proces stałego podnoszenia poprzeczki, zachodzący w mózgu, posiada wymierny skutek finansowy. Sam wyjazd do Makarskiej w 2024 r. kosztował nas ponad 12 tys. zł (we trójkę), podczas gdy w tym samym roku, za 4 osoby zapłacilibyśmy w tej agroturystyce ok. 1750 zł za tydzień plus 1000 zł za wyżywienie. Razem z paliwem i atrakcjami, zmieścilibyśmy się dzisiaj w 4000 zł. Jeszcze raz podkreślę – dzisiaj. Wtedy wydaliśmy połowę, tu akurat zadziałała prawdziwa inflacja.

Wnioski? Większość z nas, także bardzo oszczędnych, doświadcza tego zjawiska. Po prostu lubimy coraz lepiej, coraz wygodniej.

Życie na abonament. Czy takie podejście ma jakikolwiek sens?

Wielkie amerykańskie korporacje próbują przekonać generacje Z i A, że nie trzeba niczego posiadać. Znacznie lepiej wybrać wynajem, tytułowe „życie na abonament”. Teraz dołączyli do nich … Chińczycy. Oto kilka przykładów.

Abonament książkowy. Zaczynam od rzeczy najbardziej oczywistej – książki. Kiedyś szło się do księgarni, kupowało fizyczny egzemplarz. Teraz modne są: książki Google, gdzie kupujemy prawo do konkretnego tomu na zawsze (podobnie działa projekt Apple), ale także abonament – bierzesz dowolną książkę za miesięczną opłatą 50 zł. Wygląda świetnie, tylko…

  • jeżeli przestajesz płacić, tracisz dostęp do wszystkich książek,
  • w abonamencie nie ma nowości i wielu tytułów z ulubionych przeze mnie dziedzin (np. finanse osobiste),
  • abonament stopniowo idzie w górę i obejmuje coraz mniej (typowa korporacyjna technika salami, czyli stopniowego obcinania produktu).

W efekcie, zupełnie bez sensu. Za 50 zł kupuję 2-3 używane książki na Allegro. Za 2 dni mam je w paczkomacie pod nosem, są moje na zawsze. Jeśli mnie nie zachwycą, mogę odsprzedać z niewielką stratą. Spodobają się, zostają i wracam do nich wielokrotnie. Gdy potrzebuję czegoś ekstra (np. kanadyjskiego tytułu zwolenników FIRE, albo niemieckiego reportażu o cenach mieszkań w Berlinie), wchodzę na książki Google i kupuję na zawsze. Obecnie wracam do „Fat, forty and fired” australijskiego tytułu, kupionego w 2012 r. W danym miesiącu nie mam kasy? Idę do biblioteki. W efekcie na książki wydaję (pomijam zawodowe), wydaję mniej niż 600 zł/rok abonamentu Legimi.

Muzyka. Gdy byłem młody, kupowałem płyty. Dzisiaj prawie nie ma takiej opcji (poza muzyką klasyczną). Można wybrać dwa wyjścia – płatny abonament na Spotify (lub podobnych) albo … darmowe YouTube. Skoro coś jest za darmo (najwyżej trzeba odczekać reklamę), po co mam płacić abonament?

Samochód na telefon. Uber, Bolt. W teorii mają spowodować, że auto nie będzie potrzebne. A faktycznie? Wpadka. Wyobraź sobie taki rachunek modny wśród pracowników korpo w Warszawie. Zamiast biletu za 5 zł (metro, tramwaj), biorę Bolta za 15. Dziennie (w dwie strony), wychodzi 30 zł. Miesięcznie – 600 zł. Tramwajem 200 zł. Własnym samochodem (np. Fiatem 500) – 400 km/m-c (20 km/dzień): 150 zł opłat stałych oraz 140 zł na „paliwo”. W sumie 290 zł. Połowa, a pojedziemy jeszcze do rodziny, zrobimy zakupy. No i konia z rzędem temu, kto płaci w godzinach szczytu w Warszawie 15 zł/10 km. W sumie istnieje tylko jeden lepszy samochód – służbowy.

Wynajem samochodu. Proszę bardzo, Chińczycy uczą się szybko. BAIC proponuje – nowe auto za 199 zł netto/m-c. Świetna cena. Tylko brać. Aż przeczytamy małym druczkiem. Wpłacasz na start 25% wartości, używasz za 245 zł brutto/m-c przez 25 miesięcy i albo wykupujesz, albo oddajesz. Wybierając drugą opcję, tracisz … 25% ze 120.000 zł czyli 30 tys. zł. Realny koszt (umowa na 24 miesiące) – ok. 1500 zł/m-c. Sporo jak na chiński wynalazek. Uznane marki mają tylko nieco lepsze propozycje – 1.23% m-c plus 20% na start. Przez 36 miesięcy – prawie 65 % ceny nowego auta (np. 150k) czyli 100.000 zł/3 lata, czyli ca. 3000 zł/m-c. Do tego ubezpieczenie, przeglądy.

Znacznie lepiej kupić coś używanego. Wyjdzie taniej.

Wynajem mieszkania. Załóżmy, że nowe mieszkanie kosztuje 600k. Wynajem go 3000 zł/m-c. Rata kredytu (po 20% wpłacie własnej) ok. 3000 zł/m-c. Pozornie wynajem wychodzi lepiej, właściciel wyposaża, robi remonty. W praktyce, na długi termin lepiej kupić na kredyt (bo 10% ma rodziców, którzy sfinansują taki zakup). Poza wyjątkowymi wypadkami, rata 3000 zł dzisiaj, to 3000 zł za 15 lat. A najem: dzisiaj 3000 zł, za 15 lat już 4500 zł. No i płacimy do śmierci.

Jak widzicie „życie na abonament” w długim okresie drenuje portfele. Paradoksalnie najbiedniejszym, młodym ludziom bez kapitału. Nie znam żadnego 60-latka, który wziął auto w leasing, a w wieku 30-50 takie zjawisko jest powszechne. Pieniądze wyrzucone w błoto, nie zostaną wydane na inwestycje.

Dom pod miastem. Letnisko. Dwa symbole statusu sprzed 25 lat.

Odnoszący sukcesy przedstawiciel klasy średniej z przełomu wieków musiał mieć:

  1. podmiejski dom.
  2. letnisko czyli dom weekendowy w atrakcyjnym miejscu.

Pierwszego nie trzeba nikomu tłumaczyć. Duża działka, a nie miejska chusteczka do nosa, spokój, cisza, pies (nie w budzie, lecz na salonach). Wystarczy przejrzeć magazyny kolorowe tamtych lat dla aspirantów (Pani, Sukces itp.), żeby nie mieć wątpliwości – dom na przedmieściach, ucieleśnienie amerykańskiego snu, stał się także polskim.

Letnisko, nad jeziorem, w lesie, w górach czy nad morzem, albo po prostu w uzdrowisku (znacznie lepiej domek niż mieszkanie) także wypadało mieć. Niezależnie czy byłeś lekarzem, prawnikiem, naukowcem, drobnym przedsiębiorcą – szedłeś w tym kierunku, gdy tylko było Cię stać.

A teraz? No cóż. Przeglądając oferty sprzedaży nieruchomości, zauważyłem pewną prawidłowość – dzieci tych ludzi sukcesu właśnie wyprzedają tak charakterystyczne domy: królowało ciemne drewno, białe ściany, spadziste czerwone dachy. Wersja Lux – basen lub kort tenisowy. Forma – obowiązkowo coś na kształt dworku (przedmieścia). Tylko bogacze (oferowany niedawno za 17 mln zł dom R.Lipki w Kazimierzu Dolnym) mogli sobie pozwolić na bardziej ekstrawagancką formę. A teraz kolejne pokolenie sprzedaje. Czy warto kupić? Czy robią dobrze?

Na pierwsze pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Niewątpliwie styl dworkowy wyszedł z mody, a to co było dobre 25 lat temu (np. 10 cm ocieplenia, plastikowe okna Rehau) dzisiaj już nikogo nie przyciągnie. Wręcz przeciwnie.Ogromne metraże (reakcja na normy PRL-u) wręcz odstraszają. Pamiętam jeden z takich domów, siłami całej rodziny, wybudowali go znajomi naukowcy. Teraz zostali sami w budynku 10-pokojowym, z podwójnym garażem, trzema kuchniami, trzema łazienkami, jadalnią itp. Oraz z emeryturą na miarę ówczesnych pensji akademickich (wszystkie ekstra „obrywy” szły na umowy o dzieło i nie były oskładkowane). Na razie właściciele trzymają fason (i służy im zdrowie), przekroczyli 75 r.ż., ale gdy odejdą z tego świata, niewątpliwie ich jedyna córka także wrzuci nieruchomość na rynek. Koszty utrzymania – ekstremalne. Wzornictwo – niewspółczesne. A zalety? Poza tymi nieszczęsnymi oknami – świetne materiały. Granit strzegomski, nie żaden plastik udający granit, ani chińskie cuda. Drewno – doskonały dąb, rzemieślnicza robota na podłogach, drzwiach, w kuchni. Często piękne antyki i najwyższej jakości dywany, trochę obrazów. Dla wyjątkowego konesera. Przedmieście stało się praktycznie miastem. Tam, gdzie dojeżdżał 1 autobus na 3 godziny, dzisiaj na przystanku spory ruch. Rano busy i miejskie Solarisy co 15 minut. Ostatni – po 22. Dobra droga.

A letniska? Do dzisiaj czuję zapach takiego drewnianego domku nad jeziorem. Drewno pomieszane ze środkiem do konserwacji (smród nie do zabicia, podobnie pachniały podkłady kolejowe). Te nieruchomości przeżywały swój złoty wiek ponownie w czasie COVID-u, ale potem, wraz z poluzowaniem restrykcji, przygasły po raz ostatni. 90% użytkowników to ludzie 70+, ew. z wnukami. Dzisiaj, w wersji całorocznej (ocieplenie, ogrzewanie) kupimy je za równowartość miejskiej kawalerki. Dlaczego? Ponieważ istnieje szereg ciekawszych sposobów spędzania wolnego weekendu niż wyjazd nad jezioro. Zmienił się styl życia klasy średniej. Królują: spa, city breaki itp. Po co dodatkowy obowiązek (kwiaty, koszenie) i koszt (naprawy), skoro można zapłacić i mieć luksus? Nie na zawsze, ale na kilkanaście dni w roku. Jeśli taka nieruchomość kosztuje 300k, same odsetki do uzyskania (dzisiaj minąłem bank, który proponował 6%) wyniosą 18.000 zł rocznie, dodajmy koszty utrzymania (4000-5000 zł), oraz kapitał (na ile lat potrzebuje go 70-latek?).

Czy to sensowne? Wątpię. Ale tylko głupiec dyskutuje z faktami. W pokoleniu moich rodziców/teściów praktycznie każdy przedstawiciel klasy średniej starał się mieć „daczę” na miarę własnych możliwości (od pięknego domu w Kazimierzu Dolnym czy na Mazurach do wiejskiej chaty po dziadkach). Bez znaczenia: lekarz, weterynarz, inżynier, prawnik, urzędnik, nauczyciel. Większość z tych ludzi spędzała tam każdy weekend lata, nierzadko miesiąc wakacji. Obowiązkowo z rodziną. A dzisiaj? No cóż. Rozglądam się dookoła. Jeśli wyłączę „apartamenty wakacyjne” to takim miejscem w mojej bańce towarzysko-wiekowej dysponuje znajomy naukowiec (dom na Roztoczu po dziadkach), urzędniczka skarbowa (zakup w pandemii) oraz … ja. Ani moje dorosłe dzieci, ani dorosłe dzieci moich kuzynek nie są zainteresowane. Wolą tydzień na Kanarach, w Grecji czy w weekend Paryżu. Jeszcze czasem przyjadą do dziadków nad jezioro (bo jest woda i nie chcą robić starszym przykrości).

Wracam do pytania o sens. Dla kogoś, kto takie miejsce traktuje inwestycyjnie – odradzam. Za chwilę „boomersi” zaczną masowo umierać i mnóstwo podobnych gniazdek trafi na rynek, ciągnąc w dół ceny. Więc dla kogo? Widzę dwie grupy docelowe, obie nieliczne. Jedna – mogący sobie pozwolić na mieszkanie 30-50 km od miasta i pracę zdalną/dojazdy. Wtedy mają szansę korzystać z atrakcji długiego dnia, przyrody, wody, atmosfery od maja do października. Druga – tacy, jak ja, odrobinę niedzisiejsi. Siądą z książką na bujaku, zapatrzą się w las, albo lustro pamiętające prababcię. Zetną różę i wstawią ją do wazonu. Posłuchają Liszta, Wieniawskiego lub Chopina, albo nawet, choć to trudne, spróbują go sami zagrać. Oglądając instagramowe profile dostrzegam jeszcze trzecią grupę i w niej upatruję szansę. Miłośnicy sielskości. W wersji „do zdjęcia”. Zmienią te miejsca w perełki Bookingu. Wrzućcie sobie na pulpit „Morelówkę” w Kazimierzu Dolnym, albo najlepiej tam pojedźcie, jeśli tylko znajdziecie termin. Tak wygląda siedlisko z Weranda Country. Dopracowane w każdym calu. Tylko właścicielka należy zdecydowanie do klasy wyższej.

Ponieważ jednak to blog o finansach, przejdźmy do liczb. Tak jak napisałem, podmiejskie domy klasy średniej sprzed 25 lat skreśliłbym. Mogą być tanie (równowartość 3 pokoi w apartamentowcu) w zakupie, ale w utrzymaniu drogie. Taka 250-300 metrowa, dziesięciopokojowa willa potrzebuje kosztownych remontów (3 duże łazienki – 150 tys. zł, 2 kuchnie z wyposażeniem – drugie tyle, ocieplenie, wymiana źródła ogrzewania) i energii zimą. Ile? Np. 40 tys. KWh. Jeśli mówimy o gazie ziemnym 18 tys. zł rocznie. Gdyby ktoś w międzyczasie zamontował pompę ciepła – pewnie 30 tys. zł/rok. Porównajmy z nowym, dobrze ocieplonym domem stumetrowym: 4000 KWh – 1/10 powyższej wartości. Padnie drugie pytanie – po co komu dzisiaj, w klasie średniej 10 pokoi na 2-3 osoby?

A letnisko? Cóż tutaj nie byłbym taki kategoryczny. Wszystko zależy od miejsca, układu, stanu technicznego. Gdyby ktoś dzisiaj zaoferował mi 100-metrowy dom wakacyjny nad jeziorem w dobrej cenie (200-250 tys. zł) na pewno wziąłbym pióro do ręki i zrobił rachunek sumienia: ile i jak zamierzam korzystać. Pamiętacie wyliczenia dotyczące „miejsca w górach”?

Własny domek w promieniu 30-70 km w ciekawym miejscu (woda, góry, las, ładne miasteczko) stanowi pewną wartość dla określonego typu ludzi. I dla nich ma wiele zalet. Popatrzcie. W swoim siedlisku jestem po 35 minutach od wyjazdu z domu. Przed 17 w piątek rozpalam już grilla. Okiennice mogę zamknąć w niedzielę o 21 (w lecie jeszcze wrócę za dnia). Gdy miałem mieszkanie w górach, dojeżdżałem o 22 w piątek, a pakowałem bambetle o 14 w niedzielę, tracąc 10 godzin. Nie muszę dodawać, że w pewnym wieku istnieje zasadnicza różnica pomiędzy 35-minutowym dojazdem a 5 godzinami – x 2 w jeden weekend. Ale – trzeba lubić stale bywać w jednym miejscu (i mieć tam towarzystwo), cenić sobie własny fotel, kubek itp. Jeśli chcemy wynajmować, znacznie łatwiej ogarnąć sprzątanie, wydanie kluczy, gdy jesteśmy 30 km od lokalizacji niż 375 km. Proste.

W przypadku domu na wsi dochodzi sentyment. Na moim siedlisku spędzałem wakacje jako dziecko, mam tam kumpla, rodzinę, budynek stawiał mój pradziadek. To wszystko nie da się porównać z anonimowym 45-metrowym mieszkaniem w bloku, ani piętrem w „domku góralskim”. W żadnym razie.

Natomiast dla kogoś, kto lubi być dziś tu, jutro tam – taka „miejscówka” staje się ciężarem, trudnym do udźwignięcia. Bo wszystko trzeba ludziom zlecić. Spuszczać wodę przed zimą, zabezpieczyć rośliny, kosić. A pobędziemy tam 5 weekendów i tydzień w roku (łącznie 15 dni). Całkowity bezsens. Do czasu, aż zmieni nam się optyka. 750 km w weekend stanie się ciężarem, emerytura wyniesie 30% pensji. Wtedy lepiej mieć coś bliżej.

Obserwuję moich teściów, wiele lat temu kupili sobie domek nad jeziorem. Na początku spędzali tam tylko weekendy. Po 70-tce siedzą od maja do końca września, pomimo, że brak stałego ogrzewania. Płacą podatek, wodę, ścieki, prąd (jak w mieście i tak płaciliby plus abonamenty). De facto dom kosztuje ich ok. 3000 zł/rok plus jakieś udoskonalenia. Jeśli przeliczymy wg stawek rynkowych – 150 zł/dzień ( po rabacie na długi termin), wyszłoby 5×4500 zł czyli 22.500 zł/rok. A tak żyją sobie za 1/7. 3000 zł/rok i jako emeryci nie wyjadą nigdzie na dłużej niż weekend, więc mają wybór weekend kontra 5 miesięcy. Co lepsze? A wnuki? A przyjaciele?

Ponownie, dla kogoś kto ma pieniądze, lubi zmiany, może argumenty z czapy, ale dla posiadaczy niewielkiego budżetu, warte rozważenia. Podobnie dla kogoś, kto patrzy dalej i wie jak wygląda starość. Obserwuję w rodzinie. Jeszcze 10 lat temu mój teść wsiadał i w weekend odwiedzał swoją chrześnicę (600 km w obie strony), a w następny siostrę (kolejne 600 km). Teraz, gdy boli kręgosłup, oczy nie te, wycieczka do Warszawy stanowi wyzwanie. O dojeżdżaniu 750 km raz w miesiącu, nawet nie myśli.

Cztery argumenty przeciwników wsi. Czy faktycznie masz się czego bać?

Zaczęło się od komentarza Marka, który jasno wskazał, że przeprowadzka na wieś nie wygląda tak strasznie, albowiem istnieje wieś, z większością zalet miasta. Potem pojawiła się analiza, z której wynika, że mieszkania pod Wrocławiem są o 40% tańsze niż we Wrocławiu. Wreszcie trafiłem na negatywy, które wskazał w internetowej dyskusji człowiek, który przeprowadził się ze wsi do miasta i z powrotem. Oto one.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca.

Koszty ulepszeń są astronomiczne.

Wożenie dzieci.

Odnoszę się do nich po kolei.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta. Potem pada argument o 30-minutowym dojeździe. Miasta bywają różne. I tak w małym miasteczku, gdzieś na prowincji – kina brak, restauracja to dom weselny, a większych zakupów nie zrobimy, bo jedyne sklepy to Lidl, Biedronka, Dino ew. Rossmann. W mieście średnim (40-100 tys. mieszkańców) znajdziemy zwykle i galerię, i kino, i kilka restauracji do wyboru. Prawdziwy wybór mamy jednak w miastach dużych – dobrze powyżej 100 tys. mieszkańców. Ale w nich marnujemy czas na dojazd, ponieważ np. z takiej Białołęki do Złotych Tarasów, jedziemy dłużej niż ja ze swojej wsi do Lublina. Popatrzmy:

  • duże zakupy spożywcze (dyskont) – moi przyjaciele w górach (miasto ok. 10 tys. mieszkańców, ale turystyczne) – 10 minut (w sezonie 2 razy tyle, bo korek), ja na wsi – 6 minut, ja w Lublinie 6 minut.
  • duże zakupy ubrań (takie zwykły człowiek robi kilka razy w roku) – moi przyjaciele w górach – 2 godziny jazdy do stolicy województwa, ja na wsi – 30 minut do galerii, ja w mieście 15 minut do galerii,
  • duże zakupy budowlane – moi przyjaciele w górach – 40 minut najbliższy powiat grodzki, ja na wsi – 25 minut do Puław, ja w mieście – 10 minut do Obi,
  • kino – moi przyjaciele w górach – 40 minut do miasta 40-tysięcznego, ja na wsi – 30 minut do Lublina, ja w Lublinie 10 minut.
  • restauracje „lepsze” – moi przyjaciele w górach – 5 minut (miejscowość turystyczna), ja na wsi – 10 minut (w Nałęczowie), ja w mieście – 10 minut.

Jak widzicie, mieszkając blisko centrum (20 minut piechotą, 10 minut samochodem) w ósmym co do liczby ludności mieście Polski, mam sporo lepiej, ale w infrastrukturze, z której korzystam może 1 raz w miesiącu. W codziennych zakupach – podobnie. Małe miasto, wypada prawie tak, jak wieś.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca. Marek wyjaśnił to krótko. Chcesz mieć dom i nie robić – buduj nowy. Dodam – nie lubisz koszenia – kup mieszkanie. Aczkolwiek przedstawię obliczenia dość prosto – jeżeli porównujemy porównywalne – dom w mieście będzie 50% droższy niż na wsi (nowy). Im mniejszy, i starszy – różnica większa (ceny działek). Stąd, za te dodatkowe 800k, a w praktyce ratę 4800 zł, zapłacisz komuś, kto zrobi wiele rzeczy za Ciebie.

Jednak, jako właściciel budynku 1929 r. uważam opowieści o „syzyfowej pracy” za mocno przesadzone. Łączna liczba dniówek poświęconych na naprawy nie przekracza 2-3 w roku, a mówimy o domu, który od 1945 r. od września do maja stoi praktycznie pusty.

Zupełnie inna historia dotyczy ogrodu, ale tu mamy kilka wyjść:

Pierwsze – zalesić całą działkę i nie mieć problemu nawet z koszeniem (a często darmowe grzyby).

Drugie – ograniczyć powierzchnię do 1500 m2, co oznacza 4-5 godzin pracy w tygodniu.

Trzecie – zamienić trawnik, na kwietną łąkę, która kosimy 3 razy w roku, ew. rozłożyć maty z włókniny, obsadzić iglakami (zero koszenia), ostatecznie założyć sad i utrzymywać tzw. ugór herbicydowy.

Koszty ulepszeń są astronomiczne. Jako ulepszenia autor wymienił dróżki, płoty, infrastrukturę wypoczynkową. No, cóż, to akurat prawda, natomiast generalnie coś za coś. W mieszkaniu nie mamy płotu, ale i ogrodu. Podobnie basenu, piaskownicy, trampoliny, huśtawki, sauny, bani, a tylko malutki balkonik. I jeszcze jedno, nie ma przymusu budowy drogiego płotu, dróżkę da się wykonać z płytek, kawałków zaimpregnowanego drewna pozyskanego z własnej działki itp.

Wożenie dzieci. Temat-rzeka, dlatego poświęcę mu najwięcej uwagi. Styl wielkomiejskiej klasy średniej, pracującej w mieście, wymusza „zapewnienie dzieciom tego, co najlepsze” także w dziedzinie edukacji. Żyjąc w ten sposób, skazujemy się na dowożenie. I wtedy, zwłaszcza w okresie licealnym i pod koniec szkoły podstawowej, będzie ciężko. Im dalej od ośrodka miejskiego, tym ciężej. Mój syn obecnie, w mieście, do najbliższego liceum (niezłego) ma 10 minut drogi spacerem, do najlepszego, dotrze komunikacją publiczną w 20 minut.

Na wsi, albo pojedzie pociągiem (na który trzeba go zawieźć) i będzie także za 20 minut (kilka liceów do wyboru w Puławach), albo wybierze Nałęczów (gorszy, lecz bliższy 10 minut dojazdu autem), albo musi dotrzeć do Lublina (30 km – ok. 40 minut), dowożony przez rodziców. Życie płata nam figle i pewnie skończy się na szkole sportowej z internatem 200 km od domu, więc o dowożeniu nie będzie mowy.

Ale nasi przyjaciele z gór, także wozili, mimo że mieszkali w mieście. Nie było w nim żadnego liceum. Ulokowano je 8 km dalej. Wyprawa 2 razy dziennie, lub dziecko tłukło się busami. 8 km busem oznacza podobny czas jak 20 km pociągiem – od drzwi domu do drzwi liceum – 20 minut. Sporo dłużej niż przypadkowe liceum w moim mieście, i prawie tyle samo, co najlepsze.

Dojazdy do szkoły to pikuś, ale pozostają jeszcze te, które umożliwiają „życie społeczne”, wszelkie spotkania, imprezy, nocne życie. To ostatnie, już na studiach. I znowu – o ile w Lublinie mam sporo uczelni, o tyle zarówno ze wsi, z miasteczek, jak i ze średnich miast – raczej skończy się dojeżdżaniem tj. akademikiem, stancją itp.

Straszne dowożenie, w rozsądnych warunkach, trwać będzie tylko przez 4 lata, a jeżeli wybierzemy „wieś zabitą dechami”, 12 lat (podstawówka+liceum). W tym drugim przypadku – szmat czasu i kawał życia. Stąd wniosek – nie chodzi o wieś w ogólności, lecz raczej konkretne miejsce. Uwielbiając odludzia, coś zyskujemy (niższe ceny), coś stracimy. Jak to zwykle w życiu. Wieś nie jest bowiem ani jednolita (podobnie jak miasta), ani tragiczna do mieszkania.

Tanie wakacje w Macedonii wersja 2026.

W zeszłym roku opisałem nasz pobyt w Macedonii. Teraz czas na update, cenami z 2026 r.

Tym razem pojechaliśmy tylko we trójkę. Skutkowało to dwoma zmianami:

  • samolot zamiast auta,
  • zamieszkanie u syna, zamiast wynajmu.

Inne były też koszty.

Dojazd: parking przy lotnisku, dojazd do lotniska, tankowanie auta (młodego) na miejscu – 2419z (autem było 1430 zł, ale teraz paliwo istotnie podrożało).

Nocleg: 0 zł (było ok. 3000 zł)

Koszty lokalne: 1356 zł (było 1700 zł, ale na więcej osób).

Suma wydatków: 3775 zł tj. 269 zł/dzień.

Koszty lokalne (jedzenie) wyniosły nas ok. 100 zł/dzień. Dużo? To popatrzcie na szczegóły.

Pieczywo: drożdżówka ok. 2,5 zł, bagietka i chleb – podobnie.

Kawa w lokalu przy miejskim deptaku (mrożona latte ze szklanką wody „kranówki”): 10 zł.

Pizza z truflami (lokal blisko deptaka) plus cola: 42 zł.

Obiad na 5 osób (półmisek z grilla 1 kg – 72 zł stanowił główne danie) w restauracji średniej klasy hotelu z napojami: 171 zł.

Generalnie trzeba przyjąć zasadę: ceny jedzenia w porównaniu do Polski dzielimy przez 2. W Ochrydzie i Skopje – równe polskim ze sporego miasta.

Teraz czas na noclegi. Pokój dwuosobowy nad brzegiem Jeziora Ochrydzkiego (ale 30 km od lotniska i 20 km od miasta) – 120 zł/dzień. Trzyosobowy Apartament w średnim mieście (odpowiednik naszego Płocka) – 160 zł/dzień.

Po analizie cen, czas na spostrzeżenia. Inflacja robi swoje i ceny rosną. Nie jakoś dramatycznie, lecz zauważalnie (oceniam na +10%). Komu to przeszkadza, zapraszam nad Jezioro Prespa, przeżyłem tam szok, na szczęście pozytywny.

Reklamowa nazwa „Macedońska Garda” nie jest ani trochę przesadzona. Jeśli wejdziecie do wody w Pretorze lub Slivinicy patrząc na albański brzeg dostajecie widok podobny jak w Makarskiej (4 razy droższa Chorwacja), obracając się w kierunku lądu za plażą – Toskania. Woda – czysta i ciepła (był koniec sierpnia), plaża piaseczek, płycizny lepsze niż na Helu. Jedyny brak – infrastruktura, tutaj Gardy się nie spodziewajcie. Za to pięknie i tanio, a nocować możecie, jak niektórzy blogerzy – w prawosławnym klasztorze.

Jezioro Prespa przegrywa marketingowo z Ochrydzkim, głównie z powodu swojej dzikości. Brak tam miast, a XVI w. klasztor nie może się równać z pełną zabytków starówką. Sama Ochryda ma urok Chorwacji, lotnisko 10 km od miasta, ale plaże tylko przeciętne (poza obłędną i zatłoczoną Kaneo), wąskie, kamienne i zatłoczone. Dzięki kamieniom (zwłaszcza wapieniom), woda w niej jednak jest krystalicznie czysta (widoczność w dół do 10m).

A inne miasta? Nie mieliśmy warunków do zwiedzania (upały, nie do zniesienia w mieście), ale widzieliśmy przełęcz Baba (wjazd szosą na 1600 m, niech się schowa 2 razy niższa Przełęcz Knurowska w Gorcach), z mekką paralotniarzy i widokiem na Jezioro Ochrydzkie, kilka małych wiosek, obejrzeliśmy kilka meczy, no i siedzieliśmy nad wodą (głównie Prespa, jeden dzień nad Jeziorem Ochrydzkim). Kto planuje city break – polecam 4-5 dni: Ochryda, okoliczne miejscowości i koniecznie plaża Slivnica nad Prespą. Kto chce siedzieć 2 tygodnie, to samo plus dodałbym 1 dzień na Bitolę. Im więcej Ochrydy, tym drożej, im więcej Prespy i Bitoli, tym taniej.

Sześć pomysłów na prywatną emeryturę, gdyby nie było ZUS?

Obiecałem ten wpis Tomsiemu, w jednym z komentarzy. Udzieliłem wtedy krótkiej, hasłowej odpowiedzi. Dzisiaj czas ją rozwinąć.

Pomysł I. Nieruchomości. Składka emerytalna wynosi dzisiaj ok. 19,5% podstawy, czyli naszej pensji. Dla zarabiającego „najniższą krajową” 950 zł/m-c. W rok uzbieramy ok. 11.400 zł. Mało. Pamiętajmy jednak, składki ZUS to nie tylko emerytura, ale całkowicie nieprzydatna renta (8%). I robi się 16.000 zł.

Ale już w przypadku osoby z przeciętnymi poborami 2 razy więcej (32k/rok). Dla kogoś, kto płaci składki maksymalne (250% procent średniej krajowej) – 80k/rok.

Najuboższy kupi sobie udział w nieruchomości (20 lat odkładania wystarczy na kawalerkę), przez 40 lat pracy – 2 kawalerki. Zysk – niech będzie 3600 zł/m-c. Dwa razy minimalne świadczenie. Bogatsi wykorzystają lewar (zdolność kredytową) i na kawalerkę zarobią w 7 lat. Dość proste – prawie 6 kawalerek i 10k zł emerytury. Z ZUS dostaliby za 15 lat ok. 1800 zł.

W tym miejscu wielu podniesie zastrzeżenia. Jak to, kawalerki, w obecnej sytuacji demograficznej? Ależ kawalerka to tylko przykład. Może być udział w magazynie, lokal użytkowy, ziemia rolna, działka budowlana, cokolwiek.

A jak było? W 2005 r. kupiłem kawałek (ok. 2000 m2) ziemi rolnej za 3000 zł (1,5 zł/m2). Składka emerytalna od ówczesnej średniej pensji wyniosła 5574 zł. Ze średniej składki można było kupić 3716 m2 działki. Dzisiaj, kiedy zmienił się plan, wybudowano drogę, jedna działki w tym rejonie kosztują ok. 90 zł/m2. Mnożąc powierzchnię przez obecną cenę, uzyskujemy – 334 tys. zł. Tylko jeden rok? A ile dał nam ZUS. Zakładając skumulowaną waloryzację 534%, dostaniemy…. 29.765 zł.

Jeszcze raz przytoczę historię mojej ciotki. W 2002-2003 r. kupiła parę hektarów ziemi, za astronomiczną wtedy cenę 8000 zł/ha. Wszyscy pukali się w głowy, a ona chciała zwyczajnie mieć spokój za płotem. Dzisiaj wartość 120 tys. zł/ha. Doliczając czynsze dzierżawne – 136.000 zł. 1700%. ZUS 565%. Znowu, w 2002 r. składka od średniej pensji oscylowała wokół 5000 zł. Każdy mógł sobie kupić ziemię rolną – para rocznie ok. 1.2 ha dobrej ziemi, w fajnym miejscu. Pracując tylko 3 lata (2001-2003) – miałaby 3.6 ha – obecnie warte (bez odsetek od czynszu) – ca. 408 tys. zł.

Drugie zastrzeżenie „opisujesz dane historyczne, dzisiaj nie do powtórzenia”. Tego akurat nie wiemy. Natomiast skumulowana waloryzacja ZUS też pewnie nie wyniesie 565% w 23 lata, jak w ostatnich dwóch dekadach. Może się i tak zdarzyć, że wybuchnie wojna. Kapitał emerytalny spadnie do zera, a ziemia rolna pozwoli nam przeżyć.

Pomysł 2. Prywatny fundusz emerytalny. Coś w rodzaju IKZE/IKE, a nawet OFE. Podałem własny przykład – OFE, z wielokrotnie niższą składką osiągnęło wynik prawie połowy oszczędności ZUS. Dobrze zbilansowane inwestycje dają takie rezultaty. Nawet metoda „kup i zapomnij” pozwoli pobić ZUS. Jeszcze raz wracamy do wyliczeń dzisiejsze 500 zł odkładane przez 40 lat na 8% (rynek akcji-podatek), da nam 1 mln oszczędności. 1 mln = 40k/rok (współczynnik FIRE 4%), 3400 zł/m-c. 2x emerytura z ZUS, przy znacznie niższych składkach (średnia pensja przypomnę ok. 2700 zł/m-c).

Teraz ważna kwestia. System ZUS pozornie służy najbiedniejszym. Oni dostaną emeryturę po 25 latach pracy za minimalną i będzie to 1800 zł. Bogatsi włożą 2 razy więcej, a dostaną tyle samo. Ale to tylko pozory. Polski model emerytury jest silnie zależny od klasy społecznej. Ludzie gorzej wykształceni, zwłaszcza mężczyźni, żyją krótko. Dostaną tę swoją minimalną, statystycznie przez 3 lata. Tymczasem bogata kobieta (przykład profesorek z jednego z wpisów) weźmie 1800 zł, ale przez 25 lat. W konsekwencji, zyska znacznie więcej.

Pomysł 3. Ubezpieczenia. Jeżeli opakujemy produkt w ubezpieczenie – osiągniemy 2 plusy: zero podatków, oraz rozproszenie ryzyka, jak w ZUS, ale zawsze coś dostaniemy. I teraz patrzmy na emeryturę niemiecką. Tam wpłacając 300E (odpowiednik naszego 1350 zł, czyli składki od pensji minimalnej) przez 30 lat, dostaniemy ok. 800 E emerytury (2x emerytura minimalna). Jakieś pytania?

W necie są kalkulatory, tylko trzeba znać niemiecki w stopniu nie mniej niż średnim.

Pomysł 4. Dzieci lub obcy ludzie. Ryzykowny, bo wymaga zmiany mentalności. W Polsce dzieci dostają coś za nic, za sam fakt bycia spadkobiercą. W wielu krajach, system działa inaczej – młody wykupuje majątek od rodzica, albo wypłaca mu rentę, w zamian za przekazanie majątku wcześniej. Ryzyko? Nieuczciwość, niepowodzenie młodych.

Popatrz – odłożyłem sobie ten 1 mln. Moje własne dziecko (albo dziecko sąsiada, lub całkiem obcy człowiek) przejmuje kasę i wypłaca mi 5% rocznie – 4800 zł, ok. 3x więcej niż emerytura minimalna. Działa we Francji.

Da się też inaczej. Inwestuję w 4 dzieci (dając im majątek na start), a one dorzucają mi na stare lata po 600 zł (waloryzowane). Wyjdę 20% lepiej niż w ZUS, a każde dziecko dostanie jakieś pieniądze na start.

Albo własna firma. Wyobraźmy sobie prosty rachunek – firma warta 8-letni zysk. Ktoś sprzedaje biznes przynoszący 300k/rok – zyska 2,4 mln. Spokojnie na emeryturę wystarczy (same 4% odsetki – 8k/m-c).

Pomysł 5. Odwrócona hipoteka w wersji cywilizowanej. Nie nasze drapieżne akcje, tylko normalne obliczenia. Nadal mieszkam w mieszkaniu, ale dostaję rocznie 3% jego wartości. Z mieszkania wartego 1 mln – dostaję 2500 zł/m-c (1,5 raza więcej niż w ZUS), ale nie odkładam dodatkowo. Dla tych, którzy uwierzyli, że „mieszkanie jest ich aktywem” oraz nie zamierzają nic oszczędzać.

Do tej pory działa to po bandycku 800 zł/m-c z mieszkania wartego 1 mln.

Pomysł 6. Obniżenie kosztów życia. Tu dochodzimy do sedna. W ZUS (systemie państwowego ubezpieczenia solidarystycznego) i tak nas czeka dokładnie taki sam los. 20-30% stopy zastąpienia (emerytura/ostatnia pensja) nie zapewni nam idealnych warunków. Przecież 20% to 1800 zł ze średniej pensji.

Czy nie lepiej dostać tę kasę do ręki, czasowo obniżyć koszty życia i zainwestować? Oczywiście, że lepiej. Warto zrobić to już dziś, bo za 30-40 lat (a nawet 12 lat, w przypadku kobiet) rzeczywistość okaże się mega smutna. Jeszcze raz powiem – odłożenie 500 zł/m-c w funduszach zrównoważonych, da lepszy efekt niż 1350 zł składki ZUS. Więc obniżmy ten poziom. Gorsze auto, tańsze wakacje i wystarczy.

Na koniec główne zastrzeżenie zwolenników ZUS – ludzka głupota zniszczy system socjalny. Jak napisał Schiller w „Dziewicy Orleańskiej” „Z głupotą nawet bogowie walczą nadaremno”. W społeczeństwie istnieje 10% głupków, którzy wszystko przejedzą, i nic na to nie poradzimy. W wielkim skrócie 3 mln idiotów, kontra 27 milionów myślących. Dzisiaj dopłacamy do ZUS i KRUS z budżetu około 95 mld zł. Wypłacając tym 3 mln symboliczną zapomogę 1000 zł/m-c, potrzebujemy rocznie 36 mld (1000 zł x 3 mln x 12 miesięcy). Nadal niecałe 38% dzisiejszych wydatków.

Po drugie, ci idoci zwykle żyją krócej (bo głupotą wykazują się także w innych dziedzinach życia – patrz „redneck engineering”), więc koszty okażą się jeszcze niższe – załóżmy, że na poziomie 30% dzisiejszych wydatków na system ZUS-KRUS.

Lepiej budować wszystko pod 90% myślących, którzy jednak wybiorą jeden z 6 przedstawionych wyżej sposobów. Zyskają i oni, i budżet państwa.

Teraz popatrzmy na „średniaka” (pomiędzy medianą, a średnią pensją) – miałeś 5500-7000k netto – dostaniesz 1800 zł i żyj sobie wolny najmito. W realu – 90% będzie pracowało do śmierci, ponieważ niewielka grupa potrafi przetrwać za 25% przeciętnej pensji. A gdyby potrafili? To jest to argument za FIRE. Popatrz – 1800 zł to 21.600 zł/rok i 4% od nieco ponad 0,5 mln zł.