Koszty życia, a koszty stylu życia.

Różnicę pomiędzy obydwoma rodzajami wydatków, prawie każdy z nas rozumie intuicyjnie.

Koszty życia ponosimy, aby zaspokoić podstawowe potrzeby, w stopniu minimalnym.

Koszty stylu życia – odnoszą się nie do potrzeb, ale naszych zachcianek. Do tego, co „chcę”, a nie „muszę” lub „powinienem”. Co więcej, wiele wydatków zachciankowych, realnie nam szkodzi, a dokonujemy ich pod wpływem chwili, kompulsywnie, dokonując uruchomienia ośrodka nagrody w mózgu.

Koszty życia, czyli ile człowiekowi potrzeba. Każdy z nas potrzebuje:

  • braku poczucia głodu,
  • dachu nad głową,
  • ubrania,
  • kontaktu z innymi ludźmi,
  • szeroko pojętej kultury,
  • wypoczynku.

To dziwne, jak wielu o tym zapomina. Tylko tyle, i aż tyle. W dawnych czasach ludzie walczyli o te trzy pierwsze podstawowe potrzeby. Pełny żołądek, jakieś schronienie i łach na grzbiet i wystarczy.

Dzisiaj prawie każdy z obywateli naszego państwa we wschodniej Europie ma takie podstawy na wyciągniecie ręki.

Jedzenie dla jednej osoby – spokojnie da się ogarnąć za 500 zł. W ogóle produkty spożywcze są dzisiaj rekordowo tanie. Mleko za 2 zł/litr, masło za 3 zł/kostka (15 zł/kg), mąka – niecałe 2 zł/kg, jajka po 1 zł/szt., tanie mięso po 12-14 zł/kg na tej bazie, plus własne owoce i warzywa da się nigdy nie czuć głodu. Ba, kupimy nawet nieco towarów, które jeszcze 30 lat temu uchodziły za dobro „prezentowe” czyli kawę, herbatę, alkohol.

Podobnie ubranie. Wchodząc w okresie promocji do „sieciówki”, albo dyskontu i kupisz normalne buty za 80 zł/para, majtki za 5 zł, koszulę za 30 zł, a nawet kurtkę za niecałe 200 zł. Nie ma problemu, by ubrać się za 100 zł/m-c.

Najwięcej kontrowersji wywoła „dach nad głową”, bo właśnie on zatrze różnicę pomiędzy „zachcianką”, a „potrzebą”. Dom na wsi, w którym nie leje się nam na głowę, da się kupić za 200k i dostaniemy jeszcze (niewielki) kawałek ziemi. Mieszkanie w mieście, właściwe dla pary (kawalerka) trafimy za podobną cenę. Niby oczywiste, tylko wchodzi nasza „inflacja stylu życia”. Utrzymamy je paląc drewnem za ok. 600-700 zł/m-c. Dom ma być nowy i stylowy. Do tego położony w „dobrej dzielnicy” i „dużym mieście”. W rzeczywistości zbliżamy się do oczekiwania „dobra rzadkiego dla każdego” i „dom w Warszawie prawem nie towarem”. Nierealne. Jeszcze 30 lat temu, dom, który posiadam na wsi, uchodziłby za ponadprzeciętny, a dziś jest tylko wystarczający, a nawet dla wielu „przestarzały”. 5 pokoi, łazienka, dwa odrębne WC, szybki internet. Nowy człowiek, budowany z zachcianek powie:

  • brak nowoczesnego źródła ogrzewania,
  • stare płytki,
  • gdzie gładzie?,
  • łazienkę i kuchnię trzeba urządzić od nowa,
  • nie przy samej drodze,
  • stare okna,
  • szambo,
  • kto dzisiaj robi kamienne podłogi?
  • daleko od miasta (30 km).

Pewnie sporo jeszcze znalazłoby się wad. Natomiast patrząc realnie – jeszcze w latach 90-tych, niezły standard. Dzisiaj wielu potrzebuje nowego (wybudowanego maksymalnie 10 lat temu), wykończonego zgodnie z aktualną modą, zlokalizowanego w mieście – ogólnie – czegoś na poziomie „segmentu” lub „apartamentu”. Nie trzeba nikomu powtarzać – to zachcianka, próba dołączenia do elity, kilkunastu procent mieszkających najlepiej. Za 200k da się na terytorium Polski kupić nieruchomość komfortową dla 3- osobowej rodziny. Utrzymamy takie miejsce za 800 zł/m-c. W sumie za 3 podstawowe potrzeby (jedzenie, ubranie, dach nad głową) – 2600 zł plus 200k na start.

Teraz idziemy dalej. Wiadomo, trzy osoby, w tym dziecko, oznaczają potrzebę kultury, nauki, wypoczynku i kontaktu z innymi. Wszystkie pokryjemy z 800+ i zasiłku na dziecko. Dokładnie za 800 zł, damy radę opłacić szkołę, pojechać na jakiś koncert (jeżeli nie będzie darmowy), jak to kiedyś mówiono „zmienić klimat”. To już 3500 zł.

Na koniec jeszcze małe auto – 250 zł/m-c i ubezpieczenie (KRUS 2 x 250 zł). W sumie 4250 zł. Za taką sumę tj. minimalne wynagrodzenie i świadczenie od państwa, trzy osoby dadzą radę normalnie funkcjonować.

I wtedy wchodzą „koszty stylu życia”, które podbijają nam te wydatki x 2, albo x 3. Zaczynamy.

Najpierw jedzenie. Spokojnie do 2500 zł, a jak ktoś lubi wychodzić, to i 5000 zł może okazać się niewiele. Ubrania mnożymy x 3. Dach nad głową: rata, bezobsługowe ogrzewanie, sieci miejskie i spokojnie damy radę dojść do 4000 zł. W sumie te trzy „podstawowe potrzeby” kosztują już 11.500 zł. Doliczmy festiwal w stylu Open’era, urlopy (narty w zimie, ciepło all inclusive w lecie), 2 auta w leasingu. No i nagle 20k/m-c na te same trzy osoby okażą się „zbyt mało”.

Warto temat przemyśleć. Jak to się stało, że jeszcze niedawno, nasze życie w bloku/na wsi wydawało się nam wystarczające, a teraz już nie. Dlaczego stale podnosimy sobie (i swoim bliskim) poprzeczkę. Czym różni się obiad za 150 zł/osoba (normalna cena za zupę i drugie danie+napój) w centrum Warszawy od domowego dania za kilkanaście zł, albo i kilka zł, jeżeli gotujemy z ołówkiem w ręku?

Koszty stylu życia można stale pompować. Od lepszego domu (studnia bez dna), do auta, wakacji (już nie starcza pojechać „do babci na wieś”, ani nawet nad pobliskie jezioro). Telefon przestaje dzwonić, a nawet dostarczać rozrywki, a staje się narzędziem statusu. Moja Motorola Edge 50 Fusion za 800 zł nie robi na nikim wrażenia, w świecie szklanych cudeniek za 6000 zł. Warto o tym pomyśleć.

Efekt pompowania? Wydatki rosną drastycznie, ponad racjonalny poziom. Ktoś, kto dostał podwyżkę o 100%, nagle wydaje 100% więcej. Masz do dyspozycji +200%, wydasz wszystko. Co gorsza, dyplom ekonomii, co pokazuje przypadek dra Thomasa Stanleya (słynna opowieść o płatkach śniadaniowych), ani świadomość zjawiska, nie chroni przed problemami.

Ja osobiście, wyleczyłem się w znacznej części z choroby statusu. Używany, 9-letni Hyundai Ioniq wiezie mnie równie pewnie, jak parę lat młodszy Mercedes, a kosztuje ułamek jego ceny. Mokasyny z Lidla niosą podobnie jak markowe obuwie za 500 zł/para.

I teraz najważniejsze. Co zyskałem? Spokój. Nigdzie nie muszę gonić. W razie problemów dam radę utrzymać rodzinę z jednej pensji (a ponieważ oszczędzałem wiele lat, nawet bez pensji).

SKI-ing, tym razem o jeździe bez nart. Nowa moda w konfliktowaniu pokoleń.

Było o KIDS (kids in parents pockets eroding retirement savings), teraz o innym akronimie – SKI (spending the kids’ inheritance, „wydawanie dziedzictwa swoich dzieci” – w luźnym tłumaczeniu ). Odnosi się on do emerytów, którzy żyją tzw. pełnią życia, wydając pieniądze na podróże, przyjemności i gadżety, zamiast zostawić kasę (spadek dzieciom).

Taka „szufladka” ma dwa oblicza. W pierwszym, starzy rodzice traktują sprawę żartobliwie, a dzieci podobnie, żartując, że każda podróż w tropiki umniejsza przyszły spadek. W drugim, obie strony podchodzą do sprawy niezmiernie poważnie, a różne grupy żyjące z nakręcania konfliktu, świetnie sobie żyją dostarczając argumentów.

Opcja „rodzice” podkreśla, że „nam nikt nic nie dał, a więc i my nie zostawimy w spadku nic.” Wykształciliśmy, posłaliśmy w świat, nasza rola się skończyła, młodzi mają sobie radzić. Statystycznie, taka narracja pozostaje niezmiernie daleka od prawdy. Niewielu znam dzisiejszych 50-60 latków, którzy od rodziców nie dostali nic. A to sprzedano pole, żeby kupić mieszkanie w mieście. A to sfinansowano samochód, hobby, opiekę nad wnukami. Działa mechanizm wyparcia. Ba znałem młodą emerytkę (babcię koleżanki, więc historia sprzed 40 lat) z kategorii „ja nic nie dostałam”, która wprawdzie spadek otrzymała niewielki, ale za to całe życie żerowała na pracy męża i wiecznie jej było mało. Nie planowała nic zostawić dzieciom, może trochę wnukom. Była SKI, zanim to stało się modne.

Druga skrajna grupa zakłada, że spadek trzeba zostawić „ja miałem kiepsko, niech teraz dzieci zakosztują lepszego życia.” W wersji antagonizacja „Twój ojciec to samolub, bo zamiast dać Ci odziedziczyć, znowu zmienił auto”.

Żadna nie ma racji, obie nie rozumieją mądrości poprzednich XIX-wiecznych pokoleń. Otóż uważano wtedy, że majątek dzieli się na dwie części:

  • odziedziczony, darowany, który trzeba przekazać dzieciom (w wersji skrajnej – nie można nim było dysponować w testamencie),
  • zarobiony samodzielnie – pełna swoboda: zostawić kolejnym pokoleniom, przepuścić, przepisać na kościół, nikomu nic do tego.

I zgodnie z tym postępowano. Jeśli ktoś dostał majątek ziemski, starał się go zachować dla dzieci. Jeśli warsztat, to warsztat, pole to pole itd. Wszystko inne mógł przegrać w ruletę, przepić. Kto przegrał odziedziczone, narażał się na grupową dezaprobatę i łatkę utracjusza. W świecie prostych reguł, ludzie żyli prosto.

Granica pomiędzy klasą średnią, a średnią wyższą. Czy już ją przekroczyliśmy?

W jednym z komentarzy postawiono tezę, że należę do klasy wyższej średniej. Trochę się zdziwiłem, ale postanowiłem pogrzebać w danych socjoekonomicznych. I do czego doszedłem?

Kryteria ekonomiczne.

Że jestem w klasie średniej wyższej i nie jestem. Jeżeli brać pod uwagę tylko moje zarobki, oczywiście mam swoje miejsce w tej grupie. Zarabiam bowiem pomiędzy 150% mediany a 200% dochodów w Polsce (wynosi ona ok. 7200 zł, więc granica to 10.800-14.400 zł).

Jeżeli weźmiemy pod uwagę zarobki małżonków podzielone na dwa, znajduję się poniżej granicy klasy średniej wyższej, bo moja żona zarabia słabo.

Natomiast, gdyby przyjąć kryterium OECD czyli dochód na członka rodziny w tej wysokości, także wypadam z gry. Utrzymuję bowiem dwóch synów, studenta we Wrocławiu i czternastolatka. A wzór na klasę średnią wyższą wygląda tak:

dochód gospodarstwa domowego/ √liczby członków >od 150% mediany dochodów

W moim przypadku, pierwiastek kwadratowy z 4 czyli dwa.

I znowu wychodzę poniżej granicy klasy wyższej średniej.

Kryteria majątkowe

Majątek netto – posiadanie znacznych oszczędności, nieruchomości wolnych od kredytów hipotecznych oraz portfela inwestycyjnego.

I tu oczywiście się mieszczę. Nie mam kredytu, za to spore oszczędności plus inwestycje w różnych aktywach.

Kryteria socjologiczne.

Pierwsze – zajmowane stanowisko. Jako specjalista, mieszczę się w klasie wyższej. Ale moja żona – już nie, bo ekspertem nie jest.

Drugie – styl życia. I tutaj w zasadzie odpadam. Prywatna edukacja nigdy nie była moim konikiem. Częsty wypoczynek zagraniczny (więcej niż raz w roku), też mnie nie dotyczy. Uczestnictwo w kulturze wysokiej – tak. Posiadanie pakietów medycznych – nie.

Wnioski. Jestem jak kot Schrödingera zarówno w klasie średniej wyższej, jak i poza nią. Osobiście, czuje się związany z klasą średnią, przede wszystkim stylem życia. Poza zamiłowaniem do muzyki fortepianowej kompletnie brak mi składników przynależności do klasy wyższej średniej. Podobnie z dochodami – jako rodzina nie przynależymy do poziomu ekspertów, od kiedy porzuciłem drugi etat. Z kolei majątek sytuuje nas zdecydowanie powyżej „zwykłej klasy średniej” – nie mamy żadnych kredytów, za to aktywa finansowe i nieruchomości.

Problemy społeczne przy przeprowadzce na wieś.

Temat analizowałem po raz pierwszy, gdy moja żona rzuciła pomysł przeprowadzki w góry. Inna miejscowość, ale kłopoty dokładnie te same. Chociaż nieco inne dla dzieci i dorosłych. Przy czym omawiam temat z gruntu prawdziwej wsi, a nie przedmieścia. Patrzę z punktu widzenia mieszczucha, a nie kogoś, kto po studiach wraca „na stare śmieci”.

Problemy dzieci. Pierwszy i zasadniczy – zmiana szkoły i całej grupy rówieśniczo-przyjacielskiej. Owszem, na rok, dwa da się go przetrwać, dowożąc dzieci do starej placówki oświatowej, ale na długi dystans nie ma to sensu. Zmiana szkoły = zerwane więzi. I problem. Wiele nieudanych przenosin rozbiło się o tę rafę. Ci, którym się udało, mieli zupełnie inny pomysł. Na wieś wyjeżdżali albo na etapie przedszkolnym dziecka, albo w chwili podjęcia przez nie kolejnego etapu edukacji. Ma to głęboki sens. Mój syn za rok kończy szkołę podstawową. Planuje liceum sportowe, w innym województwie. Co z tego wyjdzie? Nie wiemy. W rezerwie pozostaje dojazd do miasta, razem ze mną/koleją/własnym mikroautem.

Druga kwestia, nieco związana z pierwszą, zupełnie inne wartości obu środowisk, umiejętności, tematy rozmów. Poza wspólnymi w męskiej grupie (sport, samochody, gry), kobiecej (kosmetyki, ubrania), oraz dla wszystkich (płeć przeciwna, muzyka), wpadamy w czarną dziurę zmian. Najpierw zacznijmy od różnic kulturowych. One się zacierają, ale istnieją. Widzę na styku „mój syn a dzieci przyjaciół ze wsi.” I tak, o ile chłopaki wspólnie grają w CS-a, o tyle zwykle mają inne tematy. Rówieśnicy ze wsi rozmawiają o maszynach (rolniczych i nie tylko), samochodami interesują się nie patrząc na wygląd, ale zawartość (silniki, mechanika). Kompletnie nie interesują się ubraniami czy fryzurami. Mieszczuchy odwrotnie. Dziewczyny, ciuchy zaprzątają im głowy. Pojawia się temat praw ucznia i człowieka, wolontariaty, kultura alternatywna i klasyczna. Muzyka? Również obecna, ale inna. Młodzież wiejska jest doroślejsza w jednym aspekcie (praktyka, praca), a bardziej dziecinna w innym (związki, umiejętność nawiązywania relacji). Te światy mają okazję się spotkać na niewielu polach. Stąd „mieszczuch” w wiejskiej szkole, o ile nie spotka bratniej duszy (o co trudniej w małej grupie) będzie zwykle stał z boku. Jeśli uprawia niemasowy sport, może mieć kłopot ze znalezieniem miejsca do treningów. Typowy „mól książkowy” do wsi rzadko pasuje. Niektórzy rodzice wydają się o tym zapominać, i akcentując swoją odmienność, zaogniają sytuację.

Problemy dorosłych. Biorą się również z odmienności światów i niechęci przystosowania. Słynny jest casus Krzysztofa Zanussiego, który próbował zamieszkać w Bochotnicy, wsi pod Kazimierzem Dolnym. Jako przedstawiciel „kina moralnego niepokoju” postanowił włączyć się w budowę kościoła. Publicznie uzasadniał to marnością moralną swojej wsi. No cóż, reżyser wybitny, ale gigantyczny kabotyn. Wieś zawrzała gniewem i skończyło się wyjazdem. Wywyższanie się, opowiadanie o swojej „mega ważnej pracy”, stanowi najgorszy pomysł. Wyróżnianie się ubiorem w zwykłych okazjach (chodzenie w garniturze do sklepu) – również. Na „mojej wsi” nie rozmawiam o doktoracie, religii, ale urodzajach, cenach zboża, szkodnikach, zmianach prawa dotykającego ludzi (zmiana planów zagospodarowania wyłączająca zabudowę, Mercosur). I oczywiście o tym, co zawsze łączy: dzieciach, jedzeniu, alkoholu. Ale wróćmy do problemów dorosłych.

Brak umiejętności praktycznych, cenionych w społeczności. Wieś rządzi się innymi prawami. Umiejętności korporacyjne: kłamanie, podpierdalanie, tworzenie raportów są kompletnie niepożyteczne, a nawet sprowadzą na nas kłopoty. Nie znaczy to jednak, że mieszczuch się nie przyda. Lekarz, prawnik, nauczyciel, o ile nie zaczną się wywyższać wniosą wartość dodaną do społeczności. Podobnie mechanik, informatyk, muzyk. Ale zanim podejmiemy się przeprowadzki, dążymy do nauczenia się prac fizycznych. Lekarz sam odśnieżający podjazd, prawnik rąbiący drewno, muzyk grający na festynie, informatyk-strażak – zdobędzie łatkę „swojego chłopa” podobnie kobieta gotująca, sprzątająca, dbająca o męża i dzieci. Wieś jest tradycyjna i trzeba mieć tego świadomość.

Nieobecność, praca w mieście wyłączają nas ze środowiska lokalnego. Nie tylko z odmienności zawodowych, ale i czasu. Pracując 9-17, przez 5 dni w tygodniu, wyjeżdżamy o 8, wracamy o 18. W zimie, o tej porze wieś zamiera, bo jest ciemno. W lepszej sytuacji znajdzie się ktoś, kto zaczyna o 6 i wraca przed 15. A w najlepszej – wolne zawody, przedsiębiorcy, a zwłaszcza pracujący na 12-tki, bo w niektóre dni jesteśmy na miejscu. Mój system – 2-3 dni w mieście, niepracująca żona, opiera się na takim założeniu.

Wejście na starcie w silne konflikty. Na wsi każdy jest od kogoś. Walcząc z jednym, stajemy naprzeciw całej jego rodziny. Narzędziem zwalczania (jak w korpo), okazuje się plotka, narażanie na śmieszność (np. określenie przyjezdnych z Warszawy „Papuasy”, wspomniane przez Joannę Posoch). Nie mając sojuszników (a na początku ich nie mamy), skazujemy się na przegraną i wykluczenie ze wspólnoty.

Osłabieni relacji z miastem. To jest realny problem. Zaczynamy wisieć pomiędzy. Nowych znajomości jeszcze nie mamy, stare trudniej kultywować. Zostając w kawiarni, wracamy po pracy jeszcze później. Idąc w sobotę do teatru, tracimy czas na wiejski festyn. Sielska wieś przyciąga gości, ale niektórzy przywożą ze sobą miejskie nawyki: pośpiech, oczekiwanie na obsługę. A one do wsi nie pasują. Nie jesteśmy agroturystyką ani „rodziną na wsi” sprzed 50 lat.

Czy dodacie coś jeszcze?

Jeszcze raz starzy o młodych – „roszczeniowe Zetki” i KIPPERS-i.

Wczoraj rozmawiałem przypadkiem z dawno niewidzianym kolegą. Jest menadżerem w knajpie i rzucał pioruny na tytułowe „roszczeniowe Zetki”. Do tego spotkałem się z obraźliwym określeniem młodych ludzi, rodem z USA – akronim KIPPERS czyli „kids in parents’ pocket eroding retiremont savings” czyli „dzieci w kieszeni rodziców, niszczące oszczędności emerytalne”. Jeszcze raz – czy tego już nie grali przez wieki?

Pisałem wiele razy – narzekanie na młodych, nie tolerujących autorytetów, a wymagających uwagi, pieniędzy, dobrej pracy, rozpoczęli starożytni. W literaturze greckiej i rzymskiej pojawia się archetyp młodzieńca „żerującego” na starszych i podważającego ich życiową mądrość. Czyli współcześni „obrońcy wartości” nie wymyśli nic nowego, powtarzają zdartą płytę.

Ale wróćmy do realiów. Najpierw rozmowa z moim rówieśnikiem. „Młodzi źli, bo nie umieją napisać CV, sami nie wiedzą czego chcą, pracują „bare minimum”, nie chcą nadgodzin.” I teraz clou – gość jest nominalnie zarządzającym, ale w rzeczywistości człowiekiem od wszystkiego (jeśli trzeba w kuchni, albo na dowozie), pracującym w interesie przyjaciół (właścicieli) non stop 7 dni w tygodniu (tak otwarte są lokale, spotkaliśmy się w niedzielne popołudnie, w jednym z nich), bezrodzinnym moim rówieśnikiem. Do 40-tki mieszkał z matką, która wychowywała go samotnie. Dostrzegam więc trzy aspekty:

  1. Gość krytykuje za to, za co i jego stawiano pod mur (mieszkanie „u mamusi”, brak stanowczych zobowiązań i szerszych ambicji, zadowalanie się robotą w knajpie, zamiast poszukania zgodnie z kierunkiem studiów), jeszcze 10-20 lat temu. Słowa dezaprobaty pod jego adresem wypowiadali o dekadę starsi członkowie rodziny, odnoszący sukcesy w „poważnych zawodach” (prawnicy, programiści, nauczyciele, policjanci itp.)
  2. Obiektem obecnej krytyki stają się dwudziestoparolatkowie (Zetki), którzy poszukują niekłopotliwej, niewymagającej roboty „na jakiś czas” czyli pracy w gastro. Nie trzeba mieć szczególnych kwalifikacji, praca jest zmianowa, 7 dni w tygodniu. Znowu – specyficzny target. Nie ma w nim mega ambitnych studentów wymagających kierunków, prymusów, którzy w razie życiowej konieczności wybiorą raczej dawanie korków niż stanie za barem.
  3. Nie dostrzega, że młodzi obserwując system pracy szefa (jego), nie chcą tak żyć. U kogoś, na smieciówce (dla niepoznaki zwanej kontraktem menedżerskim), od poniedziałku do niedzieli, bez stałego przytuliska (dwa lokale, pierwszy czynny 10-19, drugi pn-pt 10-18 i w sobotę do 14, ale trzeba jeszcze przygotować coś na otwarcie, więc de facto 10 godzin x 7 dni). Żadna „druga połówka” tego nie zniesie, stąd samotność. Młodzi widzą jądro systemu i wcale nie chcą takiego „awansu”.

Z indywidualnych (moje dzieci powiedziałyby „boomerskich”) przemyśleń trafiamy do grupy, obraźliwie określonej w amerykańskiej prasie – KIPPERS, a oskarżanej o rujnowanie oszczędności emerytalnych rodziców. Skąd taki pomysł?

Nie jest on ani nowy, ani lokalnie amerykański. U nas mówi się „gniazdownicy” we Włoszech „bamboccioni”. Ich życie krytykują i nagłaśniają problem badania sponsorowane przez deweloperów/landlordów. I tak sławetny HREIT twierdzi, że z rodzicami mieszka 52% ludzi pomiędzy 25 a 34 r.ż. a 80% gniazdowników posiada pracę. Problem nazywam rozdmuchanym z wielu przyczyn. Oto one.

Pierwsza – mieszkanie z rodzicami niejedno ma imię. Mieszczą się w nim niewywołujące zdziwienia tradycyjne gospodarstwa wiejskie. Tam młodzi dorośli mieszkają z rodzicami i pomagają w pracach od wieków. Na swoje idą w dniu emerytury rodziców. Tacy ludzie nie są ani pasożytami (pracują, pomagają), ani nie rujnują oszczędności rodziców. Także w miastach układ „młody ze starymi” miewa zalety, a nawet pozostaje obustronnie korzystny. Młodzi dorzucając się do rachunków, pomagają utrzymać duży dom, a dostają „dla siebie” np. całe piętro. Znowu – układ zaczerpnięty z tradycji wiejskich (większość z nas stamtąd pochodzi), ale i miejskiej (syn-rzemieślnik pracował z ojcem, dopóki nie dostał papierów mistrzowskich). Inny model – jedno dziecko zostaje z rodzicami, jako przyszła opieka na starość. Tu nie ma mowy o wykorzystywaniu, tylko rodzinnej wymianie przysług. I pisze to gość, który wyprowadził się w dniu uzyskania pierwszej pracy. Przedstawianie zjawiska typowego dla Polski, Włoch czy innych krajów, jako aberracji uważam za wręcz szkodliwe.

Druga – krytycy pomijają warunki życia. Tu kłaniają się deweloperzy, banki, landlordowie, czerpiący zysk z pompowania cen. Niesparowany trzydziestolatek ma trzy opcje. Wydać na samodzielne mieszkanie (kawalerka) w wielkim mieście 70% dochodów (2800 zł) . Jak student zamieszkać z kolegami (za 40% dochodów – tj. 1600 zł), albo zostać w domu rodzinnym i dokładać rodzicom 500 zł. Wybór trzeci wydaje się z gruntu racjonalny. Mniej stresów, znajome otoczenie, ekonomiczna opłacalność. Na wsi i w małym mieście – jeszcze inna bajka, tam widoków na nowy dom/mieszkanie nie ma, bo nikt ich nie buduje ani nie wynajmuje. Do tego te 500 zł „dokładania” pozwala na pewien luz. W świecie mediów społecznościowych, które stworzyli przedstawiciele pokoleń X,Y, oraz warunków życia panują proste oczekiwania. Od czasu do czasu wyjść coś zjeść. We dwoje z żoną poszliśmy na kawę i ciastko (dwa kawałki ciasta, kawa, shake) do knajpy zarządzanej przez wspomnianego na wstępie kumpla – rachunek 91 zł. Jeśli młody wyda 2800 zł na kawalerkę nigdy nie pozwoli sobie na podobne „szaleństwo”.

Trzeci – mieszkanie z rodzicami nie oznacza pasożytnictwa. Odróżnijmy niebieskiego ptaka, człowieka bez pracy i chęci jej podjęcia, domowego lenia, wymagającego obsługi od pracującego, dokładającego się do rachunków, sprzątającego trzydziestolatka. Dwa różne przypadki. Pasożyta piętnujmy, odpowiedzialnego – szanujmy.

Wreszcie na koniec – rujnacja oszczędności emerytalnych rodziców. Powiedzmy sobie szczerze, typowy X ich nie posiada. W moim otoczeniu, ludzie na zbliżonym do mnie poziomie dochodowym z pracy (nieco powyżej średniej, ale bez szaleństwa – do 3 średniej krajowej/rodzinę, wyłączam populację zarabiających więcej), dysponują łącznymi oszczędnościami max. kilkadziesiąt tysięcy złotych, spłacają jeszcze kredyty hipoteczne. Nie odkładają na emeryturę, która czeka ich za progiem (za 5-10 lat). Wyjątków niewiele. Wiele za to tych, którzy nie kupią dzieciom mieszkania, chociaż sami dostali od rodziców. Nie ma więc czego rujnować. W warunkach amerykańskich, niszczą je zaś krachy giełdowe, chciwi politycy, a przede wszystkim rachunki ze szpitala. Widzę tu niepokojący trend. Millenalsi po terapiach obwiniają za swoje niepowodzenia (także finansowe) rodziców, teraz pięćdziesięciolatkom wmawia się, że winne są dzieci. Zamiast popatrzeć na system polityczno-ekonomiczny i dojrzeć komu służy. Absolutnie nie dajmy się wkręcić. Ja tego nie kupuję. Może dlatego, że pomimo oddania synom mieszkań, dalej posiadam widoki na emeryturę, do tego bardzo bliską.

Jak dewaluuje się pieniądz? Amerykańskie wspomnienia z lat 40-tych XX w.

Czytając nawet dzieła literackie, takie jak „Dziennik 1949-1956” Sándora Márai zwracam uwagę na informacje ekonomiczne. I otóż, słynny Węgier-emigrant pisze, że:

  • 100 USD stanowiło pensję włoskiego radcy ministerialnego,
  • 200 USD kosztował wynajem i opłaty za 3-pokojowe mieszkanie na Manhattanie,
  • 500 USD wystarczyło 3-osobowej rodzinie aktora na przeżycie w warunkach amerykańskich, a 100 USD w Neapolu,
  • wartość dolara na przestrzeni kilkunastu lat (tj. do początku lat 50-tych XXw.) spadła o połowę.

I teraz popatrzmy na obecne warunki, po 70-ciu latach. Siła nabywcza tzw. twardej waluty okazuje się 10-50 razy mniejsza. Pensja włoskiego radcy wynosi pewnie 5000-10000 USD, a czynsz za mieszkanie na Manhatanie 4600 USD – plus opłaty.

Podobnie jest u nas. Od początku mojej pracy (1999 r.), ceny większości produktów wzrosły x 4 (auta, jedzenie), a niektórych (mieszkania) x 8- 10. W przypadku usług jest podobnie, a nawet gorzej (wizyta lekarska x 10, podobnie usługi budowlane).

Sándor Márai pokazuje coś jeszcze – na początku prezydentury Eisenhowera, amerykańska rodzina imigranta faktycznie mogła żyć z jednej pensji – do tego w prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. W „Dziennikach” widać coś więcej – wskazanie winnego zmian – nieokiełznaną chciwość.

Márai myli się tylko w jednym – przewiduje, że USA nie dadzą się wyprzedzić Europie w tworzeniu państwa socjalnego. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Cudowne lata 50-te, gdy moi dziadkowie wychowywali 3 dzieci, z jednej pensji.

Wszyscy kochamy przeszłość. Zwłaszcza odległą. Filmy z Marylin Monroe, piosenki Presleya, krążowniki szos. I opowieść jak nasi dziadkowie z jednej pensji (babcie nie pracowały) wychowali 3-kę dzieci. Z takich opowieści powstał mit „cudownych lat 1950-1968”. O dziwo, nawet w Polsce. A siłą mitu pozostaje jego irracjonalność. Lubię dekonstrukcję mitów.

Zacznijmy od faktów. W latach 50-tych XX w. moi dziadkowie (rodzice Taty) wychowywali trójkę dzieci z jednej pensji. Co więcej, moja babcia nauczycielka-wdowa (mama Mamy), dała radę wykształcić dwie córki. Świetny czas, nieprawdaż? Nie to, co dzisiaj. Dwie osoby pracują, łapią fuchy i nadal im nie starcza, a mają tylko jedno dziecko. Żyjemy w złych czasach, a winni są politycy. No to cofnijmy się do 1950 r. Polską rządzi Bolesław Bierut, ponury morderca, o twarzy przedwojennego urzędnika. W 1956r. zastępuje go Wiesław Gomułka. Dwóch bezdennie prymitywnych aparatczyków, przy których Tusk z Kaczyńskim, wydają się parą przedszkolaków. Zachowajmy jednak skalę.

Wracamy do finansów, czyli tego „wychowywania dzieci za jedną pensję”. Powiedzmy sobie szczerze – dzisiejsze wychowanie i życie, nie ma nic wspólnego z tym sprzed 70-ciu lat, albowiem:

  • ani moi dziadkowie ojczyści ani babcia macierzysta nie mieli nawet jednego samochodu, pralki, zmywarki, telewizora.
  • nie jeździli na wakacje, spędzali je albo u rodziny, albo w swoim przedwojennym domu na wsi,
  • mama opowiadała mi, jak czasem z siostrą chodziły głodne, a tato miał łatane ubrania,
  • w mieszkaniu u babci, zrobionym ze starego sklepu, zamarzała woda, a mama pamiętała kolejki po węgiel,
  • babcia, żeby utrzymać rodzinę całymi popołudniami dawała korepetycje. Jej córki siedziały wtedy ze swoim dziadkiem.,
  • nawet autobusami jeżdżono sporadycznie, do pracy i szkoły chodzono na piechotę,
  • dziadek nie był w stanie kupić papy na przeciekający dach, w ogóle nie dorobiono się niczego nowego,
  • świątecznym rarytasem był zając, przyniesiony przez kumpla dziadka.

Przypominam – nie opisuję rzeczywistości patologii, ale ludzi, których określano wtedy jako „inteligencję pracującą” a według dzisiejszej terminologii klasą średnią. Babcia żyła w mieszkaniu komunalnym, dziadkowie zachowali jedynie (i to w mocno pogorszonym stanie) dwie rodzinne nieruchomości.

Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie nawet, że nauczycielowi brakuje na jedzenie, a pracujący w biurze patrzy jak w domu letnim leje się mu na głowę, bo nie ma kasy na remont. Skąd zatem ten mit?

Otóż, wtedy mieli g,.. no, ale po równo. Poza wąską grupą „pieszczochów władzy” wszyscy cierpieli biedę. Nie dojadali, oszczędzali na wszystkim, mieszkali w domach bez łazienek, albo nawet w ruinach. Z książek znamy narrację ówczesnych elit, ale rzeczywistość była inna. Nie wódeczka „u aktorów”, lecz ciężka rzeczywistość. Dzisiaj różnice okazują się znacznie większe, po prostu doświadczamy nierówności, nawet w obrębie klasy średniej.

Prawda jednak wydaje się prosta – nawet dzisiaj, jeżeli będziemy żyli na poziomie naszych dziadków, a nawet powyżej ich poziomu, damy radę utrzymać się za jedną pensję. Jak to możliwe? Już piszę.

Dach nad głową. Główna bolączka współczesności. Wtedy czynsze były niskie (ok. 10-20% ówczesnej średniej pensji) a media względnie tanie i gospodarowano nimi oszczędnie. Dzisiaj nikt nie wynajmie mieszkania za 600 zł, prawda? Nie ma lokali kwaterunkowych, które wtedy królowały. Otóż i dzisiaj, w standardzie lat 50-tych wynajmiemy mieszkanie, może nie za 600 zł, ale za 1000 zł (chociaż nie w Big Five), jednak nikt na nie nawet nie popatrzy. Na wsi za ten 1000 zł znajdziemy dom.

Ba, mamy szanse na własne. Dostałem ofertę na zakup udziałów w pustej kamienicy za 2000 zł/m2 (cena rynkowa mieszkań – 5.000 zł/m2). Dzielnica zupełnie nieprestiżowa, zwana czule Bronxem, ale blisko centrum. 2 pokoje – 50m2 = 100.0000 zł. Zero czynszu, równoważnik raty 600 zł.

Przypomnijmy sobie uczciwie, w latach 50-tych mało kto kupował. Budowano się na swojej działce, wprowadzano do rodziców. Dzisiaj też wybudujemy dom za 200 tys. zł. Mały i samodzielnie, ale jeśli rodzice dadzą działkę – do zrobienia.

Media? Cała historia. Gdybym poszedł śladem własnej babci (i budowniczych mojego obecnego domu w latach 50-tych), na wiosnę kupiłbym węgla i drewna na cały sezon grzewczy za 2000 zł. O żadnym gazie nikt nie myślał. A potem codziennie rano rozpalałbym w piecu, albo precyzyjniej, jak dziadkowie – w trzech piecach i kuchni węglowej. Prądu używano do oświetlenia. Nie było sprzętu AGD i RTV (poza radiem). Wodę noszono z podwórza, myto się w misce. Dziadkowy dom na wsi (mój obecny) podłączono do prądu w końcu lat 50-tych, a do wodociągu ……w 1995 r. Wcześniej starczała studnia i lampy naftowe. Nie posiadano telefonów, internetu, TV. Gdybym żył tak samo, na całe rodzinne media wydałbym 300 zł/m-c. Razem z ratą/czynszem – 900 zł.

Transport. Własne nogi. Na wieś dziadkowie jechali w lecie – pociągiem. Babcia wakacje spędzała u swojej ciotki, która dysponowała domem w letnisku pod Radomiem. Do pracy, szkoły, kościoła, na targ – spacer. W sumie 50 zł/m-c na 5-osobową rodzinę plus normalne, codzienne jedzenie.

Jedzenie. Pisałem o tym – wtedy relatywnie drogie. Dzisiaj – da się przeżyć za grosze, jeśli porównamy ówczesne ceny. Przyjmuję 1500 zł (dziadkowie mieli przetwory z lata) za 5 osób, wg ówczesnych norm kalorycznych.

Ubranie, nauka. Dziadkowie łatali ubrania, wymieniali tylko mega zużyte. Dzisiaj, w dobie tanich rzeczy – grosze. Powiem tak, piszę te słowa ubrany w T-shirt z Sisnay’a, kupiony przez żonę za 6 zł, w majtkach za 3 zł, skarpetkach za 3 zł i dżinsach za 40 zł. Buty kupiła mi w Lidlu (mokasyny) za 70 zł. Za 100 zł/os. w takich warunkach będę wyglądał o niebo lepiej niż dziadek, który po pracy zakładał długo noszone ciuchy i miał jeden dobry garnitur. Koszty 5-osobowej rodziny 500 zł. Na naukę nie wydawano nic, poza składkami i książkami. Dzisiaj ok. 100 zł/m-c na dzieci w wieku szkolnym. 300 zł przy trójce.

Leki, chemia. Ok. 300 zł, bo nie używano ich wiele.

Wakacje. 0 zł, bo żyli jak w domu.

Jak widzicie, standard życia lat 50-tych kosztuje 5-osobową rodzinę 3550 zł. Pensja minimalna wystarczy. A jeśli uwzględnimy 3 x 800+, stać nas nawet na podniesienie standardu. Dlaczego zatem ja podałem „minimum” na poziomie 5000 zł/3-osoby? Ponieważ wszyscy doznajemy inflacji stylu życia. Dokładnie dlatego wspominamy cudowne lata 50-te, zapominając o szczegółach. A te były takie, że zapewniam Was, nie chcielibyście wracać.

Jak styl życia buduje oszczędności. Wpis z serii „oszczędny milioner w praktyce”.

Mój styl życia, potwierdzony lekturą „Sekretów amerykańskich milionerów” T.Stanleya i T.Danko, opiera się na dwóch założeniach:

  • dochodach nieco większych niż przeciętna,
  • trzymaniu wydatków w ryzach,
  • mnóstwie drobnych oszczędności,
  • inwestowaniu.

Nic wielkiego. Zwracanie uwagi na drobne wydatki weszło mi w krew do tego stopnia, że nauczyłem się automatycznie porównywać współczynniki: cena/jakość, cena/wpływ na moje życie i wybierać optymalnie. Oto kilka przykładów.

Przykład 1. Zakup paliwa.

Na początku czerwca przyszło mi pojechać w interesach do Zamościa, to piękne, renesansowe miasto, położone ok. 95 km od Lublina. Podróż w obie strony 190 km. Wsiadając do auta zobaczyłem, że mam ok. 300 km zasięgu, czyli trzeba zaraz tankować. 500m od domu mam stację benzynową Orlenu – cena na słupku – 5.95 zł/litr. Przy wylotówce minąłem stację hipermarketu – 5.7 mignęło mi z daleka. Pamiętałem (bo w Zamościu byłem nie pierwszy raz), że tanio tankowałem się zawsze w okolicach połowy drogi – w Krasnymstawie. Cena 5.95. Nic mniej, bo obowiązują maksymalne ceny paliwa. W mieście docelowym 5.85 na stacji przy Leclercu. I zmierzam do brzegu. W ostateczności zatankowałem za 5.70 zł po powrocie do Lublina. Niby różnica w cenie niewielka 20 gr/litr (mam zniżkę na Orlenie), czyli 1 zł/5 litrach, ale przy dużych przebiegach robi różnicę (1 zł/100 km =100 zł/10.000 km). No i nie tracę nic z wygody.

Przykład 2. Lody.

Jedną z moich słabości są lody jagodowe. Zbliża się sezon, zrobiło się ciepło, a ja jechałem na działkę. Mogłem zatrzymać się w Nałęczowie i zapłacić 16 zł/50g, albo kupić w Biedronce (mam dwie, bezpośrednio przy trasie) 3 zł/100g. Różnica niby niewielka – 13 zł/raz w tygodniu przez 4 miesiące 234 zł (18 x 13 zł).

Przykład 3. Jajka od zaprzyjaźnionej gospodyni.

Moja żona mając do wyboru płacenie 1 zł/szt jajka L w dyskoncie i 1 zł od gospodyni, wybrała drugą opcję. Poza oczywistymi walorami zdrowotnymi („z wolnego wybiegu” oznacza inną paszę) patrzy też na inne aspekty. 20% więcej „jajka w jajku”, daje przy naszym spożyciu (100 jajek/m-c) ok. 20 jajek gratis. Niby tylko 20 zł/m-c i 240 zł/rok, ale zawsze.

Przykład 4. System wymiany przysług.

Ta historia ponownie dotyczy samochodu. Mam klienta, który prowadzi warsztat samochodowy. Ja mu dwa razy w roku robię gratis drobne analizy, on liczy mi po kosztach przy naprawach. W efekcie za wymianę oleju, filtrów, czyszczenie hamulców w hybrydzie zapłaciłem 350 zł. W ASO lub typowej stacji nieautoryzowanej byłoby +400-600 zł (2 godziny pracy x 200-300 zł). Podobnie wygląda sytuacja z innymi podmiotami.

Przykład 5. Własne warzywa i owoce.

W typowym roku zbieram ok. 150 kg, zwykle droższych owoców i warzyw (czereśnie, maliny, truskawki, fasola, cukinia, orzechy włoskie itd. a nie ziemniaki). Licząc średnią cenę 10 zł/kg nie wydaję 1500 zł. Licząc koszty (150 zł), w kieszeni zostaje mi 1350 zł/rok.

Przykład 6. Przetwory.

To domena mojej żony, mnie pozostaje rola: wyprodukowania/zebrania/kupienia/przywiezienia owoców lub warzyw. I tu ponownie wyliczenia. Dwie torby kwiatów czarnego bzu zmieniły się w 10 l soku. 300 ml soku na OLX-ie kosztuje 10 zł. Łatwo policzyć – za cenę 10 zł mam 10 litrów soku, wartego na rynku 300 zł.

Nieco inne przeliczniki obowiązują w przypadku passaty, na którą pomidory zwykle kupuję (3 zł/kg warzywa i 11 zł/kg słoik w Biedronce), dżemy (2 zł/kg przy produkcji i 50 zł/kg w sklepie) czy suszoną morwę (0 zł/kg kontra 30 zł/kg).

Wnioski. Jak widzicie sumy oszczędności nie porażają – w najlepszym wypadku to kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Złożone jednak „do kupy” dają już setki złotych/m-c. A przypominam 500 zł x 40 lat x 6% netto stopy zwrotu = 1 mln zł.

Kto ma lepiej: prowincja a miejska klasa średnia? Moje spostrzeżenia z podróży na drugi koniec Polski.

Na początku lipca odbyłem kilkudniową wycieczkę na pogranicze Wielkopolski i Dolnego Śląska. Istnieje tam „zagłębie meblarskie” czyli enklawa, w której:

  • największe miasto ma ok. 15 tys. mieszkańców,
  • bezrobocie wynosi 2 %,
  • istnieje kilka zakładów zatrudniających ponad 500 osób,
  • buduje się nowe bloki i mieszkania w cenie 8k zł/m2,
  • praktycznie nie istnieją oferty wynajmu,
  • liczba cudzoziemców (procentowo) jest większa niż w Warszawie,
  • nie tylko rynek, ale i całe miasteczka pełne są odnowionych kamieniczek.

To powinno wystarczyć. Ale warto spojrzeć jeszcze na dwa punkty:

  • tapicer zarabia 10k netto/m-c,
  • miejscowi bogacze (właściciele tych zakładów meblarskich) inwestują w mieszkania, które potem wynajmują swoim pracownikom (w tym cudzoziemcom).

I te dwa ostatnie spostrzeżenia otwierają oczy. Tomsi z Bartkiem pisali o inwestycjach w Big 4 (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto), jako jedynym sposobie na zarabianie na nieruchomościach mieszkalnych. A tu proszę, w powiecie kepińskim (bo o niego właśnie chodzi), nowe mieszkanie 50m2 – 400k, wynajem za 2.5k. Porównajmy go z Krakowem – 1.2 mln zł, wynajem za 3k, czy Wrocławiem cena 800 – wynajem za 3k. Gdzie wolelibyście inwestować? Oczywiście, taki monokulturowy rozwój (meblarstwo, nieruchomości mieszkalne) niesie w sobie ziarno przyszłych problemów (jak Detroit w USA), chociaż dzisiaj wszystko wygląda imponująco. Na moim Dzikim Wschodzie, 500 osób zatrudniają może 2-3 firmy (nie liczę budżetówki) w mieście liczącym ok. 50-70 tys. mieszkańców, a bezrobocia 2% nie ma żaden powiat. Wynajem pracownikom sezonowym (8 Kolumbijczykom w mieszkaniu) musi się opłacić.

W miejscu, w który, tapicer przynosi do domu 10k netto/m-c (cena za 8k/m2), żyje się lepiej niż w Warszawie (nowe mieszkania na Woli po 25k/m2) czy Lublinie (apartamentowce po 12k/m2), ponieważ relacja wynagrodzenia możliwego do uzyskania bez większych problemów (łatwiej zostać tapicerem niż kierownikiem w korpo) do kosztów życia wypada znacznie lepiej. Prowincja po raz kolejny gwarantuje lepszy komfort życia.

Z drugiej strony, problemy okazują się bardzo podobne do warszawskich. Naćpany ganiający z maczetą, grupy podpitych cudzoziemców zaczepiających ludzi wzbudzają protesty społeczne i nastroje antyimigranckie. 39 nacji w jednym miejscu („mamy 100 Kolumbijczyków na twoje miejsce”) ponieważ właściciele fabryk potrzebują taniej siły roboczej i uspołeczniają koszty, także pozafinasowe. Kontrowersje dostrzegłem też w języku, na właściciela zakładu mówi się powszechnie „meblarz” głównie w zwrotach „pracuje u meblarza”. A zatem zachodzi proces językowy dodawania końcówki, która we współczesnej polszczyźnie kojarzy się z niechęcią, a wręcz wyzyskiem, cwaniactwem. Zwróćcie uwagę na podobieństwo do słów „prywaciarz, konfiarz, bikiniarz”. Wiadomo, na -arz kończą się także nazwy zawodów/funkcji zupełnie neutralnych (np. malarz, lekarz) albo wręcz pozytywnych (husarz, cesarz), ale mają one długą tradycję. Tymczasem „meblarz” nawet w kilkudziesięcioletnim słowniku języka polskiego pod redakcją prof. Doroszewskiego zawiera następujący przykład użycia: „Pójdziemy do tego podłego meblarza”.

Lokalnie, z jednej strony „meblarza” podziwia się za zaradność i majątek, z drugiej atakuje za niszczenie lokalnego rynku nieruchomości (brak lokali na wynajem, wysokie ceny gruntów i mieszkań), sprowadzenie cudzoziemców (problem dotarł do mainstreamu czyli portalu money.pl: https://www.money.pl/gospodarka/migracja-ekonomiczna-obcokrajowcy-z-35-krajow-w-wielkopolskiej-gminie-7110628428487392a.html). Pracownicy typowych „korpozawodów” muszą wyjeżdżać do innych miast (Wrocław, Poznań, Warszawa), ponieważ rynek pracy przypomina monokulturę, aczkolwiek bardzo dostatnią. Dzięki dobrym zarobkom meblarstwo ciągnie w górę inne branże i np. widziałem kilka kwiaciarni, których oferta nie różniła się od wielkomiejskiej, w 15-tysięcznym Kępnie jest kilkanaście restauracji, kawiarni, a nawet McDonald’s, przy czym te lokale także odbiegają od typowej lokacji niewielkiego powiatu (głównie kuchnia polska, pizza i kebaby), bo znajdziemy w nich np. dania wietnamskie, sushi itd. Pisałem niedawno o tym, jak „na wsi nie ma gdzie zjeść”, otóż z pewnością nie dotyczy to okolic Kępna. W 5-10 minut z sąsiedniej gminy dojedzie się do miejsc, w których wystrój, otoczenie, jedzenie przypomina spore miasto.

Wiadomo, na prowincji brakuje edukacji (największy wybór ma Wrocław oddalony o 70 km), specjalistycznej ochrony zdrowia (szpital powiatowy ma tylko kilka oddziałów), kultury wysokiej ale jeżeli zsumujemy jakość życia, stosunek potencjalnych dochodów do kosztów, ponownie wniosek jest jeden – Kępno wygrywa z Warszawą. Zwłaszcza, że do Opery Wrocławskiej (nie wiem dlaczego, ale w Wyborczej i Newsweeku zawsze, gdy mowa o klasie średniej pojawia się opera) dojedziemy w niespełna 1.5 godziny.

Kolejny piewca „kultury zapierdolu” zakrzywia rzeczywistość. Poznajcie Jacka Dubois.

Za przyczyną publicznego wystąpienia, do dwójki piewców „kultury zapierdolu” czyli pracy po 16 godzin dołączył trzeci muszkieter – znany medialnie adwokat Jacek Dubois. Nieprzypadkowo, bo ten sposób patrzenia na pracę dotyka przedstawicieli pokolenia boomerów (urodzony w 1962 r.), narażonego najsilniej na opowieści „wystarczy dużo pracować, żeby się dorobić”.

Co powiedział? Broniąc w studio swojego klienta, słynnego lekarza ze Szpitala Południowego w Warszawie – Dawida Kacprzyka, powiedział na wątpliwości Justyny Dobrosz-Oracz takie słowa, „Jak pan Kacprzyk powierzył mi swoją sprawę, pracowałem nad nią przez dzień, 16 godzin, żeby się przygotować do rozmowy z panią”. Pomijam manipulację, bo czym innym jest roczna praca średnio po 11 godzin, 6-7 dni w tygodniu, a czym innym jednorazowy 16-godzinny zryw. Pomijam kolejną, ponieważ media sprawdziły, że dr Kacprzyk w czasie dyżurów uczestniczył w programach, posiedzeniach rady itd. czyli jednak nie pracował, a brał pieniądze, aby potem je zwrócić.

Skupiam się na samej oczywistości pracy przez 2/3 doby. Najlepiej ujęła ją Anna Maria Żukowska „To jest chory mental, który wtłaczało nam w mózgi pokolenie pana Dubois. Że jak ktoś nie pracuje po 2/3 doby, to jest leniem. A jednocześnie to właśnie pokolenie oczekuje od nas, żebyśmy w tym samym czasie mieli dzieci, które będą zasuwać na ich emerytury”. Zgadzam się w 100%. Płakanie nad niską dzietnością i wymaganie pracy po 16 godzin jednocześnie, przecież to czysta hipokryzja. Przy takiej liczbie dzieci, przynajmniej jedna osoba musi pracować normalnie tj. max. 8 godzin dziennie, przy średnio 40 godzinach w miesiącu. No chyba, że mówimy o pomyśle rodem z PRL-u, gdy dzieci odbierano z placówek dopiero na weekend, albo podrzucano dziadkom (którzy też mają pracować 16 godzin dziennie, więc jak mają zająć się wnukami). Patologia. Aż dziwne, bo dziadek bohatera wpisu – Stanisław Dubois, patron ulic w dużych miastach, działał w przedwojennej partii ludzi pracy (PPS).

Kiedy zna się książkę „Adwokaci” Artura Nowaka, nie bez przyczyny dwóch z trzech piewców „16-godzinnego dnia pracy” (Dubois, Matczak) prowadzi kancelarie (Matczak-radca prawny, Dubois – adwokat). Dwaj są naukowcami (Matczak, Balcerowicz). Oba te światy promują całkowite oddanie zawodowi (słynny żart uniwersytecki o żonie i kochance „Żona myśli, że jestem u kochanki. Kochanka, że u żony. A ja sobie spokojnie pracuję w bibliotece”), oba tworzą fałszywy obraz świata, zakrzywiając rzeczywistość, dokładnie tak, jak w opisanej wyżej manipulacji. Z jednego zrywu, robi się regułę. Przypominam, zgodnie z Prawem o szkolnictwie wyższym i nauce, pensum profesora to 180 godzin…rocznie, przy czym mówimy o godzinach dydaktycznych (45 minut pracy głosem), czyli rzeczywiste 135 godzin rocznie, 3 godziny tygodniowo, plus 7-tygodniowe urlopy i sporo godzin wolnych. Stąd profesorowie-politycy, profesorowie-posłowie, profesorowie-ministrowie, profesorowie-dziennikarze, profesorowie-adwokaci. Próba sprzedania przywileju jako standardu i porównanie się np. z młodym budowlańcem, budzi śmiech, nie tylko Z-etek, ale i mnie – X-a. I o tym warto pamiętać, kiedy słuchamy Jacka Dubois.