Po raz kolejny wracam do idei FIRE czyli wcześniejszej emerytury. Spotkałem się z tezą, że FIRE od 40-tki dostępne jest w wielkim mieście, bo wystarczy odkładać 70% dochodów (16 lat odkładania 40 lat życia na takiej emeryturze). Dzisiaj skupię się na trzech powodach, dla których jest to niemożliwe w przeciętnych warunkach ( nie FIRE, tylko 70% oszczędności). Przy czym myśląc FIRE, skupiam się na klasycznym rozumieniu tego pojęcia – całkowity zanik zajęć zarobkowych (wyłączone barista FIRE itp.).
Powód 1. Polacy za mało zarabiają. Oczywiste. Dzisiaj przeciętne pobory to 9.5k i blisko 13k brutto w stolicy. Gdy odejmiemy podatki i składki – 6.5k i 9k netto.
Singiel, wydając 30% musiałby żyć za 2200/3000 zł. Bez szans.
W przypadku pary (zwykle z dzieckiem) 30% od podwójnej średniej wynosi 4400/6000 zł. No i powiedzmy sobie szczerze, w przypadku DINKS – możliwe, chociaż bez sensu. W przypadku pary z dzieckiem – raczej nierealne (same opłaty za własne mieszkanie 1.5-2k). Gdyby doszedł kredyt z ratą nawet 1400 zł, sam dach nad głową pochłonie 2.9-3.4k z … 4.4 k poza największymi miastami. A gdzie reszta?
W efekcie takie zarobki dają szansę przeżycia za 30% wyłącznie przy prowadzeniu mocno autarkicznej gospodarki i znacznie wyższych zyskach.
Powód 2. Wydatki, których nie wzięto pod uwagę. Założenie życia za 5k (i 800+) mówi o sytuacji idealnej tzn. wszyscy zdrowi, dziecko mądre, ale nie zbytnio uzdolnione, brak pomocy członkom rodziny. Niestety, nie zawsze tak jest. Leczenie w Polsce kosztuje, wspomaganie wybitnego lub niezdolnego dziecko także.
Linia życia co raz funduje nam niespodzianki, często dość powszechne. Nauka studenta w innym mieście 3k. Aparat ortodontyczny 12-17k. Głupia naprawa auta 3k. A nie wspomnę o rozwodach, podziałach majątku, albo kryzysach wieku średniego. Ktoś traci pracę i nie może jej znaleźć. Przy normalnym oszczędzaniu, mamy jeszcze bufor bezpieczeństwa, przy życiu za 30% dochodu – już nie.
Jeżeli zaś dodamy te wydatki nadzwyczajne, koszt życia w mieście z pewnością przekroczy 5k na trzy osoby.
Powód 3. Natura ludzka. Prosta sprawa. Do odroczenia gratyfikacji zdolny jest pewien procent populacji. Do życia jak mnich przez 16 lat, żeby potem żyć jak …. bezrobotny mnich, jeszcze mniejszy procent. Przecież jesteśmy tylko ludźmi, lubimy czasem zaszaleć, a a nie wydawać 3k, gdy zarabiamy 10k . Umiar wskazany we wszystkim.
Na koniec – mam dobrą wiadomość. Jeżeli odłożysz i dobrze zainwestujesz 30% (3k), może nie rzucisz pracy, ale przy przeciętnych poborach, nadal żyjesz przyzwoicie (za 7k) lecz bez skąpienia na wszystkim. Dysponujesz sporymi oszczędnościami już w okolicach 50-tki. Gdy masz w mniejszym mieście średnią+20%, dasz radę zostać milionerem (4k na 8% netto przez 20 lat da 2.3 mln, a przez 25 lat nawet 3.8 mln). I tak wygląda właściwa droga, którą promuję na tym blogu.
Znam człowieka który w wieku 21 lat rzucił studia i mieszkając u rodziców mocno tyrał a w wieku 24 lat miał odłożone na kawalerkę. Później do 27 roku życia bawił się co weekend na każdej dostępnej mu dyskotece (nie zapominając o pracy). Następnie poznał żonę, ustatkował się i razem tyrali na kolejne, większe mieszkanie. Po kupnie większego, kawalerkę wynajęli i proces powtarzali kilkukrotnie. W międzyczasie pojawiły się dzieci. Dziś są przed 50tką i są FIRE. No może nie do końca, bo małżonka mimo, że nie musi to pracuje, dla tzw. sportu.
Pytanie co rozumiemy, albo raczej: ile miesięcznie rozumiemy jako FIRE. Bo kilka kawalerek ( dajmy na to średnio -pięć) nie da jeszcze luzu FIRE. ( to co napisał Autor bloga- nie ma sensu być na FIRE, jeżeli mamy żyć jak mnich).
Dla mnie FIRE to po prostu rentier. Nie bardzo oglądasz każdą złotówkę i żyjesz wygodnie z kapitału.
Jeżeli ma się wyliczać każdy wydatek bo jest się na FIRE to nie ma sensu ta koncepcja- warto dalej pracować i mieć na emeryturę super dodatek z majątku.
Jak to mawiają młodzi : albo grubo albo wcale.:-)
Odpowiadając samemu na zadane przeze mnie Tobie pytanie:-) :
Uważam, że okolice 7 milionów złotych w aktywach i własny dom/spore mieszkanie spłacone w wieku około 50 lat z 1-2 dziećmi w wieku studenckim i pracującą ” hobbystycznie” ( średnia krajowa) żoną to początek FIRE czyli rentierstwa w polskich warunkach. Daje to realnie 25 tysięcy złotych miesięcznie netto z kapitału z możliwością zwiększania sobie „wypłaty ” rocznie o 1-2% plus 6 tysięcy wypłaty żony. Można fajnie żyć ( ale nie rozrzutnie ) i ….jeszcze coś odłożyć;-)
Żyjemy w nieco różnych bańkach. W mojej miejskiej, ludzie zarabiają 5k/m-c i jeżeli dysponują mieszkaniem bez kredytu, kasy wystarcza im na życie (2×5= 10k). Średnia krajowa wychodzi nieco więcej 6.5 x 2= 13k. W wiejskiej, realne dochody wypadają jeszcze niższe, bo są nieregularne dla większości, utrzymującej się z saksów i dorywczych prac (50k na rodzinę DINKS). Nie pamiętam czy opisywałem – dla tych ludzi 35k kredytu do spłaty = ogromna suma.
Dokładnie w takich warunkach 5 kawalerek nawet w moim mieście, przyniesie ok. 6-10 tys. zł. Za te pieniądze spokojnie da się żyć nie jak mnich, zwłaszcza na wsi. Co więcej dokładnie w kierunku tego modelu zmierzam. Eliminacja wielu wydatków, ograniczenie kolejnych, korzystanie z możliwości produkcji, kupienia tanio pozwala rodzinie 2+1 żyć za 6k (plus 1k świadczeń od państwa) na przeciętnym poziomie.
Marzenie, o nieoglądaniu wydawanych pieniędzy odkładam na półkę z zupełnie innym stylem życia, dostępnym dla garstki (chociaż nie zaprzeczę, w innych bańkach to może być standard).
Albo grubo, albo wcale – mówią zwykle młodzi i to ich napędza. Natomiast koncepcje dochodu podstawowego, jego wyliczenia, pokazują że istnieje pewna grupa, która przy dzisiejszych cenach byłaby w stanie zrezygnować z pracy dla życia za 6-8k na rodzinę. Podobnie ludzie starsi (a w tym kierunku nieuchronnie zmierzam) potrafią patrzeć realnie. Skoro państwo oferuje mi 1750 zł emerytury minimalnej i będzie to nadal poniżej minimum socjalnego i ludzie z głodu nie umierają, prawdopodobnie za taką sumę dwie osoby spokojnie sobie żyją, chociaż bez luksusów. Na wsi – jeszcze wspomogą dzieci i wnuki. Dlaczego? Ponieważ życie FIRE jest tańsze niż standardowe. Podam prosty przykład (który jeszcze rozwinę we wpis) – dotyczący wakacji. Pracując na etacie główny urlop biorę w lecie, z uwagi na dzieci i liczbę dni wolnego, płacę 12k i jeszcze męczę się w upale. Natomiast poza sezonem pojadę sobie na 1-2 tygodnie w ciepły kraj za połowę tej sumy, a jak będę miał szczęście to i za 1/4. Z niczego nie rezygnuję, po prostu optymalizuję.
Opowieść o jedzeniu, też muszę ubrać w oddzielny wpis, bo widzę mojego kumpla, który żyje sobie za te 10-12k z dwójką dzieci, w pięknym domu. I tak będzie w każdej kategorii wydatków.
Życie na grubo – to Fat FIRE, dostępne dla garstki.
Znam sporo osób, które wykonały taki ruch (kilka mieszkań, kupowanych przez lata) i nadal pracują. Pojawiają się tylko dwa pytania:
1) Czy dzisiaj takie kroki da się powtórzyć?
2) Czy warto je zrobić?
Na pierwsze – we wpisie młodzi/starzy wyraziłem swoje wątpliwości. Dzisiaj zarobienie przez 3 lata na kawalerkę w Big Five (a tylko taka ma sens w kontekście wynajmu) przez 21-latka bez doświadczenia? No cóż, załóżmy 300k. 100k/rok. W teorii możliwe, w niektórych zawodach także, jako zasada – raczej niewykonalne.
Na drugie – jestem właśnie po pewnych analizach finansowych. Dla młodego człowieka lepiej nauczyć się giełdy niż iść obecnie w nieruchomości. Zbyt duża niepewność demograficzna (pisaliśmy – w Big Five sensownie, poza – może skończyć się różnie), polityczna (ochrona praw lokatorów, dopłaty dla kupujących), ekonomiczna (wejście funduszy mieszkaniowych przeora rynek, już widać istotne zmiany). Posiadanie lokalu, który drożeje 3%/rok (poziom inflacji), z czynszem 4% ceny (a taki będzie, gdy kupimy w cenie rynkowej) da ROI 7%. Akcje, zwłaszcza dobrze timingowane spokojnie dadzą 10% bez tego całego zamieszania.
Autor bloga ujął w punkt w trzech punktach temat FIRE.
Zaczynam się zastanawiać nad sensem FIRE…. ludzie, którzy zarabiają średnio, średnio plus w praktyce nigdy go nie osiągną ( ale zdecydowanie warto oszczędzać i inwestować- dla dobrostanu i poczucia bezpieczeństwa). Ludzie, którzy osiągają najlepsze dochody około 45-55 roku życia- lekarze, dobrzy prawnicy, architekci, przedsiębiorcy, którzy nie zarabiają milionów rocznie, ale zbudowali solidne biznesy po wielu latach walki- po co im FIRE..?
To jest moment właśnie w życiu na zbieranie owoców- osiągają wysokie dochody relatywnie małym wysiłkiem. Rzucić to, żeby… nic nie robić..? Idiotyczne w 95% przypadków.
Jeszcze raz powtórzę, dla ludzi, którzy zarabiają średnio+ (czyli 100% średniej+20% na boku – 8k/m-c), FIRE jest osiągalne, aczkolwiek nie będzie to Fat FIRE, ani tym bardziej do 30-tki. Trzeba zejść na ziemię. 45-55 lat, lepiej być emerytem w tym wieku niż nigdy.
Obserwuję styl życia ludzi w moim wieku, w tym takich, z którymi zaczynałem pracę 26 lat temu. Dzisiaj zarabiają te 5k i im starcza. A inni? No cóż rozmawiałem z koleżanką, która zadała mi pytanie: Jak to jest, że niektórzy mają dochód 600k na rodzinę/rok (widzi PIT), a oszczędności 10k? Wytłumaczyłem zależność pomiędzy zarabiam, oszczędzam, inwestuję oraz inflację trybu życia. I tu dochodzimy do Twojego pytania: Po co FIRE lekarzowi, architektowi i innemu właścicielowi solidnego biznesu?
Z tego zrobię wpis. Ty udzieliłeś odpowiedzi po 15 minutach, ale skupiłeś się na aspekcie finansowym.
Po co FIRE lekarzowi? A po co dyżury po 48h i spanie na kanapie w różnych przychodniach? Jakiś czas temu na wizycie wieczornej u lekarza (na oko 65 lat) sam mi się przyznał że od 40 godzin nie był w domu tylko jeździ z po dyżurach w różnych miejscach. Znam ludzi, którzy zarobili duże pieniądze ale nie potrafią z nich korzystać. FIRE jest dla osób, które mają na siebie pomysł. Samo zarabianie i odkładanie nawet 70% nie zmusi Cię do porzucenia pracy. Jeśli nie będziesz miał pasji czy innego zajęcia to zdziadziejesz na „emeryturze” w domu nawet mając co miesiąc pieniądze z niczego.
Nie chciałem tego tak mocno napisać, ale masz rację.Miałem kiedyś klienta-lekarza. Pojawiał się na spotkaniu po całym dniu pracy a potem 24-godzinnym dyżurze. Nie mógł sobie pospać jako anestezjolog, czyli pracował 32 godziny bez przerwy plus 2 godziny dojazdu między powiatowymi szpitalami. Dokładnie to, o czym piszesz – kompletny brak pomysłu poza sferą pracy i zarabiania, więc do śmierci pracują, bo akurat w tym czują się komfortowo.
Zdziadzienie – odrębny temat. Można mieć 40, 50, 65, 80 lat i na emeryturze klapnąć w fotel. Włączyć TV, otworzyć flaszkę i doczekać do śmierci. Ale da się i inaczej. Nakreślić sobie jakiś plan i go realizować. Pamiętam gościa, który po 40-tce zbudował campera z miejskiego autobusu (całe życie na warsztacie w wojsku, więc umiał) i jeździł nim po Europie z żoną. Ludzie wykonujący wolne zawody, przechodzili na emeryturę jako 55-latkowie (do 2008 jeszcze się dało), spotykali się, grali w brydża, razem zwiedzali świat, albo działali charytatywnie. Ile osób, tyle koncepcji.
Druga strona medalu. Ludzie są uzależnieni od adrenaliny i wysokich zarobków. Fajnie dostaje się przelewy 30, 50 czy 100k miesięcznie, nawet jak tych pieniędzy nie potrzebujesz w takiej ilości. Tak jak piszesz, bez pasji i celu w życiu skończymy przed tv z puszka piwa. Z jednej strony czekam na koniec pracy a z drugiej czy podołam?
Kiedyś czytałem sporo analiz psychologicznych pracoholika: mechanizm uzależnienia jest dokładnie taki sam jak przy alkoholu. Jedna różnica – z pracoholizmu trudniej wyjść, bo posiada silną akceptację społeczną. Praca, dla uzależnionego od niej, pełni rolę zagłuszacza innych problemów, staje się sposobem radzenia sobie z życiem.
Wtedy, ponieważ jednak dużo pracowałem, wymyśliłem koncepcję „lenia, którego życie zmusiło do ciężkiej pracy” .I uświadomiłem sobie, że właśnie leń pracoholikiem nigdy nie zostanie, albowiem praca nie uruchamia w nim tego mechanizmu uzależnienia. Leń pracuje dla pieniędzy, bez zbędnego sztafażu i całej tej otoczki.
Przelewy po 30-100k dostaje się fajnie, dopóki człowiek nie uświadomi sobie, że wolny zawód pracujący po 300 godzin/m-c, niczym (poza stawką godzinową) nie różni się od robotnika-stachanowca. Ma dokładnie taki sam organizm, uruchamia te same ścieżki uzależnienia i … może zejść na zawał, nie skosztowawszy owoców swojego wysiłku. Coraz częściej, staje się dokładnie takim samym trybem maszyny.
Każdemu, kto zastanawia się czy podoła, polecam „Pieniądze albo życie” Joe Domingueza i Vicki Robin.Ja mam jeszcze angielskiego ebooka i papierowe wydanie po polsku, regularnie do tej książki wracam. Parę rzeczy układa w głowie. I uwierz, dasz radę, bo potrafisz myśleć samodzielnie. Najtrudniej tym, którzy muszą zmienić cały mental tzn. przestać kopiować poprzednie pokolenia.