Dylematy właściciela małej firmy. Czy opłaca się wynajmować biuro?

Dzisiaj ponownie analiza z punktu widzenia właściciela małej firmy. Ma do wyboru – prowadzić ją w domu, albo wynająć biuro. To ostatnie rozwiązanie przynosi atuty pozafinansowe.

Biuro w domu. Wszystko zależy, co się pod nim kryje. W większości przypadków – osobny pokój, wykorzystywany do pracy, trzymania dokumentacji, ew. spotkań z klientami. Ponieważ nie ma nic za darmo, musimy uwzględnić koszty:

  • zakupu tego dodatkowego pokoju – 12 m2 x 10.000=-120.000 zł/240 miesięcy (20 lat) =500 zł,
  • ogrzewania i innych mediów = 200 zł/m-c,
  • w sumie 700 zł/m-c,
  • odliczone podatki – 0 zł (wszystko jest bez faktury firmowej),
  • bilans 700 zł/m-c.

Niby nie wygląda to źle, ale weźmy pod uwagę uciążliwość. Klienci plączą się po domu (przynajmniej raz w tygodniu), żona i dzieci przeszkadzają w spokojnej pracy.

Wynajem biura. W końcu tak zrobiłem. Płacę ok. 850 zł i dodatkowo 100 zł za media. W sumie 950 zł. Z tego odliczam 12% podatku (minimum) i 9% zdrowotnej. Zostaje ok. 800 zł. O 100 zł więcej niż w domu, a komfort nieporównywalny. W moim biurze mógłbym nawet spać (jest łazienka z prysznicem na korytarzu).

Biuro lotne. Przez pewien czas próbowałem „lotnego biura”. Z klientami, raz w tygodniu, spotykałem się w kawiarniach. Koszt takiego działania? Ok. 400 zł/m-c. Na dłuższą metę bez sensu, bo tchnie prowizorką, trzeba szukać miejsca, a kelnerzy krzywo patrzą na kogoś, kto przez 2 godziny blokuje stolik przy kawie i ciastku. No i te spożywane kalorie.

Podsumowanie. Kiedy zaczynałem DG, 16 lat temu, biuro kosztowało na rynku 1000 zł, przy średniej pensji na poziomie ok. 3000 zł. Dzisiaj płacę 1000 zł, przy średniej pensji 9000 zł. I powiem szczerze, wybieram wynajem biura. Wygoda z nim związana, daje mi swobodę, dopóki nie przeniosę się na wieś i nie urządzę firmy w budynku gospodarczym. Mała firma w domu ma sens tylko wtedy, gdy nie mamy dzieci, zwierząt, a klienci przychodzą sporadycznie. W każdym innym wypadku – biuro.

Czy warto rezygnować z klasycznej pracy?

Zacznijmy od definicji – klasyczna praca to wykonywana w siedzibie pracodawcy, w ustalonych godzinach, 40h/tydzień na podstawie umowy o pracę, bądź stałego zlecenia.

I teraz ponawiam pytanie – Czy warto z niej rezygnować?

Sporo zależy od sytuacji. Jeśli wyrabiamy się na zakrętach, atmosfera sympatyczna, fajni ludzie, dobra pensja – nigdzie nie będzie nam lepiej. Natomiast takich miejsc dostrzegam mało. Niskie pensje (czyli poniżej nie tylko średniej, ale i mediany), dużo pracy, zostawanie w niepłatnych nadgodzinach, wieczna walka i niestabilność potrafią zabić każdą osobę z inicjatywą. Bezpieczeństwo? W praktyce – mamy 3 miesiące wypowiedzenia i może jeszcze pół roku L4, jeśli na coś chorujemy. Widziałem zwolnienia, bo spółki się łączą i nie potrzebują dwóch działów handlowych, bo zmienił się szef i nie ma już chemii, bo na kiepskim produkcie nie da się zrobić wyników, bo ktoś dostał raka, bo chodził na zwolnienia. Tysiące różnych powodów, a ostatnio byłem nawet świadkiem rozmowy, w trakcie której szef powiedział na forum o zwolnionym pracowniku, próbującym się bronić „Co on chce, jednostka nie ma szans z dużą firmą”. Istotnie. Nawet jeśli wygra (obecnie 3-4 lata), przegra: wypadnie z zespołu, musi szukać roboty (nie będzie czekać na pensje przez ten czas) i sąd przyzna jej na osłodę 3 miesięczną pensję, jako odszkodowanie. Tyle. Ochrona pracownika to fikcja.

Drugi argument – podatki i składki. Praca jest najwyżej opodatkowanym dobrem. Pisałem o moim bonusie – zostaje mi mniej niż połowa wynagrodzenia brutto. Szaleństwo.

Wreszcie – uwiązanie. Musisz prosić o urlop lub go planować. Nigdzie nie wyjedziesz spontanicznie. Może nie pańszczyzna, bo możesz zmienić pana, ale …to nic nie zmienia. 2 tygodnie max i szlus. Jak zakład ma przerwy technologiczne na wiosnę, dostaniesz wolne w marcu. Szkoła, niby więcej urlopu, lecz tylko w wakacje. Wiadomo są firmy bardziej lub mniej liberalne, ale zawsze potrzebny zastępca, trzeba prosić, powstają kwasy, kto kiedy. Jeden ma żniwa u rodziców, drugi wakacje dzieci i ktoś jest przegrany.

Istnieje tylko jeden plus – raz na miesiąc kasa wpływa na konto. Czasami niezła kasa. Ale powiedzmy sobie szczerze, obecnie gospodarkę skonstruowano tak, aby dać przewagę korpo, czyli utrudnić większości wyrwanie się z kieratu. Można więc płacić tak, aby ledwie starczyło na podstawowe potrzeby (jedzenie, transport, ubranie, mieszkanie) rodziny. Czym jest bowiem w Warszawie pensja minimalna jak nie ekwiwalentem za zamieszkanie, ubranie i wyżywienie niewolnika? Dostajesz niecałe 4000 zł netto, a wynajem kawalerki w pobliżu Twojej pracy kosztuje – 2700 zł. Do tego opłaty (500 zł). I już niewiele zostaje. Tak ok. 800 zł na transport i ubranie. Ktoś inny powie – możesz kupić za gotówkę, możesz dojeżdżać spod Grójca. No wiele możesz, jak opisany przez Marię Konopnicką „Wolny najmita”.

Nikt zatem nie powiedział, że łatwo wyrwać się z kieratu. Wielu z pewnością się nie uda. Wchodzą w grę koszty wejścia. W usługach – niewielkie. W handlu już spore. W produkcji – gigantyczne. Kasjerka z Żabki, albo ze sklepu w galerii – nie da rady, o ile nie dostanie sporego spadku. No i trzeba mieć zupełnie inne umiejętności. Reszta – zwyczajnie się boi. I nie zrezygnuje z „pewnego” zatrudnienia.

Jednak, o ile nie jesteśmy pod ścianą, o ile nie wykonujemy typowego prostego zawodu (sprzedawca w sklepie) – warto. Jestem najlepszym przykładem. Jeszcze w styczniu 2025 r. pracowałem na dwa etaty i popołudniami ciągnąłem niewielką firmę. Teraz jedną nogą siedzę na swoim.

Czy każdy tak może? Z pewnością, nie. Ale wielu da radę pracować zdalnie, zmienić zawód na bardziej fizyczny, robić coś pożytecznego i nieźle płatnego. A przede wszystkim, zerwać z paradygmatem stałych godzin i wysokiego składko-podatku. Warto.

Dylematy właściciela małej firmy. Usługi drukowania czy własna drukarka?

Całkiem niedawno zgłosiła się do mnie firma oferująca wynajem drukarki. Płaci się z dołu (raz w miesiącu) za każdą wykonaną kopię. Skłonili mnie do wykonania obliczeń, którymi dzielę się z Wami. Moja firma drukuje bowiem ok. 500 stron dokumentów miesięcznie, w tym tabele, rysunki, a czasem także kolorowe logotypy.

Dotychczasowy sprzęt. HP LaserJet 110w, kupiony niedawno za ok. 400 zł. Powoli zaczynał nie dawać rady, krzywo pobierał papier, grzał się przy większych plikach (np. 30-40 stron w 2-3 egzemplarzach). Okazał się zwyczajnie zbyt słaby, nie obsługiwał automatycznego duplex-u (druku dwustronnego), ani koloru. Jeśli chodzi o koszty, sprawa wydawała się prosta:

  • papier 18 zł/500 stron/m-c,
  • toner zamiennik 25 zł/1000 stron/2 m-ce,
  • amortyzacja 2 lata =20 zł/m-c,
  • stawka za stronę czarno-białą – 0,1 zł.
  • stawka za stronę w kolorze – niedostępne.

Druk w specjalistycznej firmie. Mieszkam niedaleko dwóch uczelni, do punktu ksero mam 10 minut szybkim krokiem. Ceny?

  • strona czarno-biała – 0,3 zł,
  • strona kolorowa – 2 zł.

Jak widać sporo drożej niż u siebie.

Oferta firmy dostarczającej kserokopiarki. Właśnie ta, z mojej rozmowy.

  • wydruk i kopiowanie cz-b – 100 zł/m-c,
  • wydruk i kopiowanie kolor – 200 zł/m-c.

W moim przypadku:

  • strona czarno-biała – 0,2 zł,
  • strona kolorowa – 0,4 zł.

Własna drukarka kolorowa. Znowu, wybieram urządzenie większe, wydajniejsze. Cena? 1500 zł. Amortyzacja 3 lata (lepszy sprzęt wytrzyma więcej).

  • papier 18 zł/500 stron/m-c,
  • toner czarny zamiennik 25 zł/1000 stron/2 m-ce,
  • toner kolor zamiennik 120 zł/600 stron/6-mcy
  • amortyzacja 2 lata =40 zł/m-c,
  • stawka za stronę czarno-białą – 0,1 zł.
  • stawka za stronę w kolorze – 0,43 zł.

Jak widać, przy moim poziomie wydruku, najbardziej opłaci mi się kupić drukarkę kolorową do wydruków laserowych. Inaczej wyglądałoby, gdybym drukował 1500 stron/m-c. Wtedy wygrywa oferta firmy dostarczającej kserokopiarki (7 gr/stronę cz-b, i nadal 0,4 zł/kolor).

Zostań swoim księgowym. Oszczędny milioner rozlicza małą firmę.

Od kiedy zacząłem prowadzić JDG- czyli od roku 2010, zawsze korzystałem z usług tego samego biura rachunkowego. Aż nadszedł czas rozstania. Po przeprowadzce właścicielki na dalekie przedmieścia, z koniecznością dowozu dokumentów przez 45 minut miałem poczucie straty czasu. Albo stałem w korku, albo musiałem jechać w sobotę lub o 6 rano, co ostatecznie robiłem, żeby z trzech kwadransów, nie zrobiło się pięć. Do samodzielnie wystawiałem faktury, paragony, drukowałem raporty i wszystkie potwierdzenia przelewów. Wytrzymałem wyprowadzkę, przepisanie biura na studenta-rolnika ryczałtowego i utratę możliwości odliczenia VAT, podwyżki. Ostatnim gwoździem do trumny okazała się 32-stronnicowa umowa, w tym 8 załączników, końcową zjebka, że wyciąłem załącznik o sygnalistach oraz wymóg bym akceptował koszty w KSEF. Dla mojej firmy, która w 2025 r. miała ledwie niecałe ponad 200 pozycji KPiR, to było jednak nieco zbyt wiele. Wymiękłem. Postanowiłem uprościć … czyli rozliczać się sam.

Pierwszym miesiącem był czerwiec 2025 r. Kupiłem abonament za 49 zł/m-c (1/6 stawki księgowej) plus próbny miesiąc gratis i przystąpiłem do działań. Firma nie podam jej nazwy, bo nie chodzi o reklamę) umieszcza tutorial video każdej czynności. I nagle to pierwsze rozliczenie, z oglądaniem filmów, wydrukiem i wysyłka deklaracji ZUS, JPK zajęła mi 2 godziny. Kolejna (czerwcowa w lipcu) już 20 minut. Dokładnie połowę czasu, który przeznaczałem na dojazd.

Teraz odpowiedź, na którą pewnie czekacie, czy taki abonament to rozwiązanie dla każdej małej firmy. Moim zdaniem, dla prawie każdej. Jeżeli ogarniasz komputer, sam wystawiasz faktury w KSEF, pilnujesz przelewów, nie zatrudniasz pracowników, oszczędzisz nie tylko pieniądze (z 290 zł/m-c przy 10-ci dokumentach, zrobiło się 49 zł, niezależnie od liczby papierów), to jeszcze czas. Przygotowanie kwitów i przelew dla księgowej zajmowały mi 30 minut, do tego 45 minut na dojazd, w sumie 1 godzina 15 minut. Teraz wyrabiam się w 20 minut (nic nie drukuję, poza paragonami, składką ubezpieczeniową i raportem z kasy, bo faktury wystawiam w aplikacji, tam akceptuję koszty, generuję deklaracje itd).

Na koniec pewna refleksja. Automatyzacja zabija małe biura rachunkowe. Toną one w biurokracji, giną w obowiązkach, jednocześnie ich zysk stale się zmniejsza. Do tego tzw. deregulacja zawodów spowodowała, że takie zajęcia może wykonywać nawet osoba po maturze. W efekcie, podobnie jak wiele tzw. wolnych zawodów, księgowi pauperyzują się.

Wystarczy. Opowieść o Warszawie i prowincji.

W moim dotychczasowym miejscu pracy działo się źle, pisząc wprost – pachniało masowymi zwolnieniami. A wstępem do nich jest zwykle „dokręcanie śruby” – podnoszenie norm, zmiana zasad, te wszystkie metody a’la Wojewódka, aby zmusić ludzi do samodzielnego odejścia, przestraszyć karami i uniknąć płacenia odpraw, ekwiwalentów i kasy za okres wypowiedzenia. I właśnie byliśmy na tym etapie. Ilość zlecanej mi (i wykonywanej) pracy wzrosła o 40% w ciągu dwóch lat. Kilka osób dostało dyscyplinarki, dwóch panów w różnym wieku (jeden po trzydziestce, drugi po pięćdziesiątce), pragnąc nadążyć, nie tylko siedziało po godzinach, ale wręcz przychodziło do pracy w weekend. Skończyło się na ciężkich epizodach sercowych i wprost zza biurek pojechali karetką do szpitala. Krótko mówiąc, czas się zwijać.

Pierwszy pomysł – szukać na miejscu. Od razu zderzenie ze ścianą. Niby byłem świadomy, że naście lat od czasów, gdy zdobyłem uprawnienia, sporo zmieniło, ale nie aż tak. Ogłoszeń o pracę widziałem mało, a wszystkie za kwoty kompletnie mnie nie satysfakcjonujące. Moja stawka godzinowa musiałaby spaść …. o połowę, a w niektórych miejscach o 2/3. I wtedy pojawiła się Warszawa.

W Warszawie roiło się od propozycji o 15-20% wyższych niż miałem teraz. Pomiędzy nimi – podwyżki o 100% za sprzedanie duszy diabłu (tj. pracy po 12 godzin przez 6 dni w tygodniu). W końcu zdecydowałem się na rozmowę, w miejscu kuszącym pracą zdalną przez 3/5 czasu i konieczności przyjazdu na 2 dni w tygodniu. Dodatkowym atutem stawał się elastyczny czas pracy. Mogłem przychodzić na 7 albo na 10, wcześniej wracać lub dłużej pospać. Ponieważ grupa moich kumpli wykonała ten ruch już parę lat temu, wiedziałem jak się urządzić. Np. w poniedziałek wyjazd pociągiem o 6.45, w biurze o 8.30 i 16.30 do domu, znaczy do wynajętego w kilku mieszkania. Następnego dnia do biura na 7, żeby wyjść o 15 i zdążyć na pociąg, który wiezie mnie do domu na 17. Od środy do piątku – na wsi i praca z hamaka (w lecie), albo kanapy przy kominku (w zimie).

Nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił udoskonalić modelu. A gdyby tak, kupić mieszkanie w Warszawie, kredyt „sam by się spłacał”, a współpracownicy rezerwowali nocleg bezpośrednio u mnie. Przyjemne z pożytecznym. I wtedy nastąpiło zderzenie ze ścianą – cenami nieruchomości. Otóż, pisałem na blogu, że w takim Wrocławiu (co sam sprawdziłem) da się kupić, w dobrej lokalizacji (tj. 10 minut jazdy tramwajem od centrum), mieszkanie 3-pokojowe, 45m2 za 8900 zł za m2. Wiecie, ile podobny lokal kosztuje w Warszawie? Patrząc na proporcje w inwestycjach deweloperskich – 20-15, powinno być o 1/3 drożej, czyli niespełna 12 tys. zł/m2. W praktyce ceny zaczynają się od 16 tys. zł/m2, co doprowadza je w okolice 720-750 tys. zł. Cały czas mówimy o wieżowcu z wielkiej płyty, w stanie do remontu. Jeśli chcemy coś mniejszego – proszę bardzo 20 m2 kawalerki – 400 tys. zł = 45 m2 we Wrocławiu. Czyste szaleństwo. Dopiero znaczne oddalenie się od centrów biurowych (Śródmieście, Mordor), a zwłaszcza przeniesienie się na drugą, praską stronę Wisły, sprowadza ceny na ziemię. W okolicach dworca PKP Warszawa Wschodnia, da się za te 400-450 tys. zł kupić nową, zrobioną kawalerkę, albo niewyremontowane 3 małe wielkopłytowe pokoje za 550 tys. zł. Na drugim biegunie pozostają 70-80m2 lokale w kamienicach Śródmieścia z cenami zupełnie nieadekwatnymi do średnich poborów (kiedyś mieszkali w nich urzędnicy, odpowiadający dzisiejszemu managerowi środkowego szczebla w korpo) za 2.5 mln zł. Popatrzmy na wyliczenia.

  • 3 pokoje na Nowolipkach z remontem i początkowym nakładem (podatki, prowizje, notariusz) – 850 k, co oznacza 250k gotówką i 600k kredytu. Rata 3600 zł.
  • kawalerka 20m2 w dalszym Śródmieściu – (cena 400k, początkowy nakład 60k) w sumie 460k, czyli 140k gotówką i 320k kredytu. Rata 1920 zł.
  • 80 m2 w ścisłym Śródmieściu – 2.7 mln zł, co daje 700k gotówką i 2 mln kredytu. Rata 12.000 zł.

Te sumy już powoli przerażają, ale popatrzmy na ceny najmu.

  • Nowolipki 45 m2 – 5000 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 20 m2 – 2500 zł plus wszystkie opłaty,
  • Śródmieście 80 m2 – 8.000 zł plus wszystkie opłaty.

Jak widać, o ile jeszcze kawalerka i 3 małe pokoje mają szansę domknąć się ekonomicznie nawet z kredytu, o tyle duże lokale już nie. Za gotówkę, po opłaceniu podatków i drobnych napraw ROI wyniesie:

  • 3 pokoje na Nowolipkach – 6%,
  • kawalerka w Śródmieściu (dalszym) – 5,5%,
  • duże mieszkanie w Śródmieściu – 3%.

A jak wyglądałoby to w opcji Oszczędnego Milionera?

Wynajem kawalerki od kogoś na dojazdy – 150 zł x 4.25 tygodnia = 637 zł lub ok. 320 zł/m-c, gdybyśmy brali we dwóch.

Wynajem kawalerki kolegom z biura, weekend na AirBnb i korzystanie własne (tutaj liczę te niewydane 320 zł):

  • 150 zł/dzień x 22 dni robocze = 3300 zł
  • 150 zł/dzień x 8 dni weekendów= 1200 zł.

Suma przychodów = 4500 zł. Suma kosztów: 1500 zł ( 600 zł czynszu, 400 zł opłat, 500 zł podatków). Zostaje mi 3000 zł, co daje ROI 5.5%.

Teraz wróćmy na ziemię czyli do Lublina. Tutaj ceny mieszkań są niższe w teorii o połowę (10k/m2), a w praktyce rodziny (duże mieszkanie w Śródmieściu) o 2/3 (identyczne jak w stolicy 80 m2 z 3-pokojami w kamienicy, wyremontowane – 800 tys. zł). Stare kawalerki okażą się o 1/3 tańsze tzn. da się je kupić za 250 tys. zł. Jednocześnie, za cenę 1 mln zł trafimy na 100-metrowy dom z 5 pokojami, piwnicą, garażem i działką, w odległości dokładnie takiej samej, jak 45m2 w Warszawie, licząc od centrum biurowego.

Czyli nadal opłaca się dojeżdżać? Tutaj widzę dwa problemy. Pensja wyższa o 20-45% rekompensuje nam koszty dojazdu (i noclegów) oraz niedogodności związane z trasą, o ile nie musimy pojawiać się w Warszawie codziennie. 2-3 dni/tydzień jeszcze ma jakiś sens. Natomiast różnica w cenach mieszkań powoduje, że przeprowadzka na stałe sensu już nie ma. Nawet dostając 6000 zł brutto więcej na dwie osoby pracujące (4000 zł netto), nie uzyskamy sensownych relacji: czas dotarcia+nakłady/wzrost wynagrodzenia. Wystarczy, że mamy małe dziecko i już wzrost pensji jednej osoby pożera prywatny żłobek/różnica w koszcie opiekunki. 2000 zł czyli różnica w pensji drugiej osoby idzie na większą ratę. Dlaczego więc tak wiele osób wyjeżdża do Warszawy? Wyjaśnił nam to Bartek w komentarzu i w 100% podzielam tę diagnozę. Otóż różnica 2000-3000 zł netto występuje na średnim szczeblu, powyżej kwoty rosną 2-3 krotnie. Każdy junior, wbrew statystyce, wierzy, że dojdzie do menedżera. Ten w Lublinie zarobi 20 k netto, a w Warszawie aż 60k. Im wyższą masz pozycję zawodową, tym Warszawa oferuje więcej. Tylko takie analizy dotyczą 10-20% grupy „słoików”. W rzeczywistości, Warszawa przynosi zysk w modelu „praca w Warszawie, mieszkanie w Puławach”. Z tego względu juniorzy lądują nie w Śródmieściu, czy na Nowolipkach, tylko na Białołęce czy w Falenicy. I pogarszają swoją sytuację materialną.

Dlaczego jeszcze Lublin i Puławy przegrywają z Warszawą na płaszczyźnie ekonomicznej? Odpowiedź na pytanie znajduje się w pierwszym akapicie wpisu. Jeżeli w Lublinie, ktoś taki jak ja po 50-tce straci dobrą pracę, trudno mu znaleźć nową na podobnych warunkach (a nawet bywa to niemożliwe) i albo zaakceptuje obniżkę od 30-50% albo będzie pracował dłużej na tę samą kasę, albo założy JDG. Dlatego często kończy się na tym ostatnim punkcie. W Lublinie tylko w mojej JDG pracując tyle, co dotychczas w biurze na etacie, zarobiłbym lepiej w skali miesiąca.

„Wystarczy” w tytule ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, wystarczy przyjechać do Warszawy, by spróbować kupić tam mieszkanie i często uciekać z przerażeniem na prowincję. Z drugiej – wystarczy sprowadzić lepszą pracę (lepiej płatną i mniej toksyczną) do miast prowincjonalnych, aby Warszawa straciła większość swojego uroku.

Zalety pracy na swoim.

Dzisiaj opowiem z własnego doświadczenia o zaletach pracy na swoim czyli posiadania niewielkiej firmy – zasadniczo jednoosobowej działalności gospodarczej (lub spółki).

Pracujemy, kiedy chcemy. Etat wymaga od nas pojawienia się w uzgodnionym miejscu, w ustalonych godzinach. Kiedy pracujemy „u siebie” możemy wybierać sobie dowolny czas i długość zajęć zawodowych, w granicach określonych jedynie przez kontakty z klientami (nikt nie otworzy sklepu budowlanego w nocy, ale np. hurtownia kwiatów bywa czynna od 4 do 12 rano). Nocne marki działają wieczorami, skowronki – wcześnie. Przeciętny korposzczur też chciałby mieć taką wolność.

Pracujemy dokładnie tyle, ile chcemy lub potrzebujemy. Jeszcze lepiej – bierzemy wolne, ile chcemy . Ja najlepiej widzę to po rzuceniu jednego etatu. Założyłem sobie i spełniam wewnętrzną obietnicę, że wyrabiam w odzyskane 2 dni/tydzień kwotę, którą miałem wcześniej jako pracownik. Takie minimum. A efekt? W marcu 2025 poniedziałki i piątki wyglądały tak (poszczególne dni):

  • 3 – 4 godziny (rano spotkanie z klientem, po południu – drugie – 1 h dojazdu).
  • 7 – luz – wolne,
  • 10 – 6 godzin (ciężka praca w domu)
  • 14 – wyjazd nad morze,
  • 17 – 2 godziny (rano),
  • 21 – 4 godzinne spotkanie u klienta (połączone z 10 godzinami spędzonymi w aucie),
  • 24 – 5 godzin pracy w domu,
  • 28 – wyjazd na wieś,
  • 31 – 6 godzin pracy dla klientów w domu.

Suma: 31 godzin (plus 11 w drodze), pełne 3 dni wolne (z 8-9). Gdybym pracował na etacie, miałbym: 1 dzień wolny, 72 godziny pracy (12 godzin w drodze). A zarobiłem – w 31 godzin o 10% więcej niż na etacie w 72.

Płacimy mniejsze podatki. Na etacie traciłem 52% (13% ZUS, 9% NFZ, 32% US – ale różne podstawy). W firmie, efektywna stawka podatkowa wyszła znacznie mniejsza.

Sami ustalamy stawki. W granicach rozsądku – rzecz jasna. Ja staram się trzymać pewien poziom. Jednak szczególnie męczące prace, wyceniam wyżej. Na etacie – dostawałem tyle, ile płacił pracodawca.

Zarabiamy więcej. Proste – skoro płacimy mniejsze podatki, ustalamy stawki, to nawet pracując mniej zarobimy więcej. . Gdybym pracował jak na etacie – 72 godziny, zarobiłbym 2,5 razy tyle. Ale wolę mieć więcej luzu. Nadrobię jesienią i w zimie.

Dwie opowieści o przedstawicielach wolnych zawodów, które wywrócą niektórym obraz świata.

Miałem ostatnio dwie pogawędki z dwoma kumplami. Obaj wykonują zawód, „długoletniej tradycji, zwłaszcza zaś doświadczeń w wykonywaniu wolnego, niezależnego i samorządnego zawodu” posiadając własne firmy. Obie pogawędki przybrały kierunek, którego się nie spodziewałem. Dlaczego?

Ponieważ dotyczył pieniędzy, a w zasadzie ich braku. Przypomnę – mówimy o 40-50 latkach, funkcjonujących na rynku kilkanaście lat.

Przypadek 1. Własna firma czy etat? Autor tej rozkminy w okresie studenckim był zdolnym informatykiem. Wybrał jednak wolny prestiżowy zawód. Teraz, w okolicach 50-tki mówi „Zrobię jeden certyfikat, pójdę na etat za 12k”. I moja refleksja, bo znam realia dg i pracownika. Chłopie, 12k brutto = 8.5k netto, a w grudniu nawet parę stówek mniej. Faktycznie taki raj, dla kogoś, kto do tej pory siedział we własnej kancelarii? No cóż, faktycznie, prawdopodobnie głównie siedział, jeśli stawka dniówki 400 zł wydaje się atrakcyjna.

Przypadek 2. Skromne realia niezależności. Drugi przypadek – zwierzenie dotyczące liczby spraw – 30 nowych rocznie (i 30 się kończy). 2.5 nowej sprawy w kancelarii oznacza dla niezbyt wziętego „niezależnego”, który ze stawkami nie poszaleje – może 12k +VAT (na fakturze brutto prawie 15k). Od tego odejmijmy lokal (1000 zł), składki ubezpieczeniowe i zawodowe (2200 zł), abonament za program (400 zł), paliwo (200 zł), księgową (250 zł), telefon (50 zł). Zostanie 7900 zł. Od tego już „tylko” zdrowotna (711 zł) i podatek (648 zł) i dochodzimy do 6541 zł. Nic dziwnego, że 8500 zł/m-c wydało się kumplowi szczególnie atrakcyjną stawką. W końcu +2000 zł na ulicy nie leży.

Wróćmy jeszcze do tych 6541 zł – to podobnie jak średnia krajowa. I teraz pytanie, czy warto wykonywać  wolny zawód z dochodem 6541 zł? Jeżeli nie zależy nam na prestiżu, absolutnie nie. Istnieje wiele miejsc (np. IT na państwowym, jak w pierwszym przypadku), gdzie zarobimy sporo więcej. Korpo w nieco większym mieście oferuje takie stawki człowiekowi z pewnym doświadczeniem. Ba, da się je zarobić w szkole. Czy mając 6541 zł/m-c da się mówić o prestiżu? Chyba nie bardzo. Jak mówią młodzi adwokaci – „starzy” zamiast lobbować jak związek zawodowy (podnoszenie stawek, przywileje podatkowe) skupili się na tradycji, która dzieci nie nakarmi. W efekcie prokurator, sędzia nie płaci składek ZUS, a tylko składkę zdrowotną i podatek (średnio nieco ponad 30%), a stojący po drugiej stronie opisany wyżej adwokat ma efektywne opodatkowanie i oskładkowanie dochodu na poziomie 52%.

Oczywiście, ci którym poszło lepiej, zarabiają sporo więcej (zwłaszcza w dużych miastach), ale znałem „młodego” z miasta powiatowego, któremu matka płaciła za lokal i składki ZUS, bo miał miesięcznie jednego klienta za niewielkie pieniądze. Dla niego 2,5 nowej sprawy/m-c każda za ok. 6k brutto, wydawały się marzeniem.

Co więcej, wbrew starej regule, nikt świadomy faktu rzeczywistych zarobków, nie pchał dziecka na prawo, lecz głównie na medycynę. Tam i stawki lepsze i podatki niższe (brak VAT-u, korzystniejszy ryczałt). Jaki bowiem jest sens walki o „prestiż” za 6541 zł, skoro 80% czasu zajmuje czekanie na klienta? Żaden. Niektórym faktycznie wywrócił się obraz świata.

Kiedy kapitał inwestycyjny może zastąpić etat?

Średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw wyniosła ok. 8400 zł brutto. Jeśli weźmiemy pod uwagę pensję „na rękę” mamy ok. 6000 zł. Zakładam, że z takich pieniędzy, spokojnie da się żyć. Więcej, wiem to.

W tym wpisie zamierzam pokazać, jak duży trzeba mieć kapitał inwestycyjny, aby zastąpić nim etat z przeciętną pensją. Obliczenie wydaje się proste.

6000 zł x 12 miesięcy = 72.000 zł. Jeśli umiemy uzyskać stopę zwrotu netto 8 %, potrzebujemy ok. 900.000 zł, żeby przestać pracować. Gdybyśmy chcieli bardziej konserwatywnych wskaźników (reguła 4%) – nawet 2 razy więcej 1.800.000 zł. W ten sposób wyjaśniliśmy sobie, dlaczego tak dużo osób nadal pracuje. Nie dysponują aktywami o takiej wartości.

Pójdźmy jednak dalej. Wyobraźmy sobie, że z każdych 400 tys. zł kapitału obrotowego firmy możemy „wycisnąć” miesięcznie 10 tys. zł minus podatki (czyli de facto – 40%, a więc 6.000 zł). Kwota zmniejsza się o połowę, lecz jednak musimy coś robić. Kapitał obrotowy, jak sama nazwa wskazuje, musi się obracać, czyli pracować. Nie każdy wymyśli taki biznes, nie każdy potrafi go prowadzić. Pokazuję tylko drogę. Takie życie okaże się z pewnością łatwiejsze niż codzienne wstawanie do roboty.

Pomysł na spokojne życie. Pogotowie hydrauliczne. Akt I – zakup elektrożmijki i pierwsza akcja.

Jak wiecie z bloga cały czas kombinuję jak się nie narobić, a zarobić. Dążę do ideału – 4 -godzinnego tygodnia luźnej pracy. A żeby był on realny potrzebne są:

  1. Niewielkie wydatki.
  2. Wysoka stawka godzinowa.
  3. Zawód niestresujący i najlepiej niezależny od koniunktury.

Zwykle piszę o wydatkach – dzisiaj robię wyjątek. Natchnieniem dla mnie były następujące wydarzenia. Dość regularnie zapycha się w moim starym domu jeden z poziomów kanalizacyjnych. Dwa łączą się pod kątem ostrym, gdzieś pod trawnikiem lub chodnikiem. Spadek niewielki, bo ktoś wymyślił łazienkę w piwnicy, czyli pod poziomem gruntu. Teraz łazienka nie działa, ale pion wykorzystuje kuchnia, a w niej zmywarka, czytaj wysokie stężenie tłuszczu w gorącej wodzie, która gwałtownie się ochładza, przechodząc powoli przez rurę o temperaturze 3-5 st. C. Warunki idealne dla zatorów. Do tej pory radziliśmy sobie wzywając pogotowie kanalizacyjne. Raz skasowali nas na 500 zł, raz na 800 zł (z czyszczeniem ciśnieniowym). Potem, gdy tylko zlew bulgotał, żona wlewała jakieś płyny. Aż przestało to pomagać. I cały ten tłuszcz wybijał razem z wodą w łazience, spływając sobie po betonowej posadzce do kratki. W efekcie – dramat. Próbowałem ręczną sprężyną 8mm, ale bezskutecznie. Padł pomysł. – nie będę co pół roku płacił po parę stówek – kupuje elektrożmijkę czyli taką walizkę z silnikiem elektrycznym 20 m grubych sprężyn i różnymi końcówkami. Koszt 5400 zł za sprzęt polskiego producenta wydawał się spory, dopóki nie zobaczyłem cen wiodącej firmy – 13k za taki zestaw. Ponieważ naoglądałem się filmów na YouTube i wiedziałem, że urządzenie wykorzystują profesjonaliści – myślę, tym bardziej ja, amatorsko.

Pierwsza robota u siebie. Zaczynam o 10. Najpierw lektura instrukcji, zniesienie wszystkiego do piwnicy, rozpakowanie, złożenie, podłączenie. Nic nie popsułem – działa. Kręcę godzinę – wyszło trochę tłuszczu i schowała się pierwsza sprężyna (ok. 2 m). Robię przerwę, żeby nie spalić silnika. Druga godzina, zmieniam końcówkę. W pewnym momencie – stop. Silnik pracuje – sprężyna nie kręci się. Z filmików i instrukcji, wiem o co chodzi – końcówka wbiła się w tłuszcz i zablokowała. Wyłączenie i próba wyszarpnięcia. Trzyma. Dopiero po chwili puszcza – całe 10 cm narzędzie nabite białym tłuszczem jak znicz parafiną. Powtórka. Kolejna przerwa na ochłodzenie maszyny. W końcu przebiłem czop. Miał chyba ze 30 cm długości. Woda cofnęła się. Teraz zmiana sprężyny na grubszą i dawaj od nowa. Na koniec poszerzanie otworu i wpuszczenie 4 sprężyn (8m – żeby ew. wyczyścić dalej). Zostało mi jeszcze mycie i sprzątanie.

I pierwsza refleksja. Każdy majster, który przyszedłby do roboty, skląłby mnie od ostatnich. 30 cm zatoru przy średnicy rury 50mm to wiele wpuszczonych zmywarek, aż całkiem się zatkało. Płyn dokończył dzieła, utwardzając i rozlewając tłuszcz w poziomej rurze. A potem wszystko stężało. Zapłaciłbym pewnie z 1000 zł, albo i lepiej (oficjalny cennik przedsiębiorstwa kanalizacyjnego to prawie 3000 zł w tygodniu i jeszcze drożej w weekend), o ile maszyna miałaby odpowiednią moc (moja ma 750W, ale są mniejsze po 450 W) i dałaby radę.

Druga refleksja. Nie święci garnki lepią. Kiedy pierwszy raz posługiwałem się żmijką, mój Tato, inżynier (w dodatku sanitarny) powiedział mi tak: jeśli nie będziesz trzymał dobrze w trakcie kręcenia, załamiesz sprężynę i koniec, do wyrzucenia. Tak działało na ręcznej. Ta profesjonalna ma 16 lub 22 mm średnicy (a nie 8) i pomimo, że obraca ją silnik, załamać się nie da. Do tego instrukcja straszyła – uwaga na odbicia oraz kręcącego się za maszyną węża (sprężyna przechodzi na wylot – wkłada się ją z jednej strony maszyny, a wyjmuje z drugiej). A przede wszystkim nie daj się wciągnąć, bo urwie rękę. Nic złego się nie stało. Sprzęt jest mega bezpieczny, o ile ktoś uważa na BHP.

Refleksja nr 3. Rozmowa z koleżankami i kolegami w pracy – każdy miał taki problem. Fachura przychodził z łaską i brał od 200 zł za proste zatkanie w łazience do 800 zł, gdy trzeba było odtykać domowe przyłącza. Roboty na 15 minut (zlew) albo na 2 godziny. Stawka godzinowa wychodzi niezła – 400 zł. Zero Vatu. Mógłbym robić dg nierejestrowaną na żonę lub syna. Tylko dochodowy (12% plus jakieś koszty). Idealnie. Rachunek wychodzi następujący:

4 godziny x 350 zł (netto) = 1400 zł/tydzień. 2,5 tygodnia x 1400 zł = 3500 zł. Za 10 godzin.

A gdybym chciał na poważnie? Pracować dajmy na to 8 godzin w tygodniu, płacić podatki i zdrowotną. Wtedy z 400 zł robi się 300 zł, ale i wynik inny.

8 godzin x 300 zł x 4 tygodnie =9600 zł. Po co było kończyć studia?

Myślicie, że to drogo? Lokalna firma publikuje cennik: 454 zł za rozpoczęte pół godziny (czyli 908 zł za 35 minut). Plus 160 zł za dojazd. Frezowanie (czyli usuwanie złogów ze ścianek rury) – 1262 zł za godzinę. I sama śmietanka – gdyby usługę wykonali w sobotę/niedzielę lub pomiędzy 22 a 7 – doliczają sobie 50% za każdą godzinę. Krótko mówiąc moja dzisiejsza (sobotnia) robota (3 godziny pracy – nie liczę studzenia sprzętu) – 4.246 zł (908 x 3 x 150% + 160 zł). Jakiś kosmos. Hydraulicy bez faktury i paragonu są tańsi, ale 400 zł za godzinę to taki standard.

Klamka zapadła, w przyszłym tygodniu wieszam ogłoszenia na dwóch sąsiednich osiedlach. Zobaczymy, jaki będzie odzew. Myślę, że spory, bo bloki stare, rury i mieszkańcy dobrze pamiętają Gierka, a fachowców w branży jak na lekarstwo. Nikt nie lubi śmierdzącej, brudnej roboty. Mnie, pomimo 25 lat w biurze, nie przeszkadza.

Warszawa kontra średnie miasto. Specjalista.

Zanim napisałem ten tekst, sprawdziłem dane. Otóż, pracownik na moim stanowisku, może, pracując w średnim mieście dostać ok. 6 tys. zł netto na umowie o pracę, przy wykonywaniu obowiązków 3 dni/tydzień. Ja zarabiam jeszcze 30% więcej, ale to efekt dodatkowych uprawnień. Bierzmy za punkt odniesienia te 6 tys. zł netto.

W podobnym układzie w Warszawie proponowano 12 tys. zł + VAT. Co to oznacza w praktyce? Może Warszawa lepsza?

12 tys. zł + VAT należy pomniejszyć o koszty prowadzenia działalności gospodarczej (350 zł księgowa, 400 zł program specjalistyczny). Zostaje 11.250 zł. I od tego liczymy ZUS, składkę zdrowotną i podatki.

  • ZUS = 1646 zł (minimalna),
  • zdrowotna 9% = 1013 zł,
  • podatek dochodowy (zasady ogólne) – 1050 zł.

Zostanie nam ok. 8140 zł (11.250 zł -3110 zł). Sporo więcej niż w moim mieście. Może zatem przyjąć taką ofertę pracy? Jeśli zdecydujemy się, pozostają nam dwa wyjścia:

  1. Przeprowadzka do Warszawy,
  2. Dojazd.

Przeprowadzka do Warszawy, sprowadza się do cen nieruchomości wyższych o 50% (średnio). Czyli 50% większego kredytu. Przy obecnym przeliczniku +2800 zł. Średnio. A zarobiliśmy 2140 zł więcej. Bez sensu.

Inna opcja – dojazd. Najtaniej koleją. 80 zł/dzień x 12 dni = 960 zł. Ok. 1180 zł na plusie. Nie do końca. Te 1180 zł obciążone zostały ok. 3 godzinami bezpłatnych dojazdów/dzień (36 godzinami/m-c) oraz zwiększonymi wydatkami. Wychodząc z domu o 5, a wracając o 18, nie da się nie wstąpić na gorący posiłek. W Warszawie – 40 zł/szt x 12 = 480 zł. I już zysk spada do 700 zł/m-c przy 36 godzinach darmowego dojazdu. Nie warto.

Czy da się taniej? Oczywiście, tylko koszt będzie spory. Po pierwsze – obniżyć trochę ZUS, albo pracując na etacie w pozostałe 2 dni, albo małym ZUS-em. Potencjalny zysk – jeszcze 1646 zł. Razem 2346 zł/m-c przy dojeździe i ledwie 1000 zł/m-c przy przeprowadzce. Kompletny bezsens.