Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Własna firma – Strona 2 – Oszczędny Milioner

O wyzysku. Etat wyrobnika-specjalisty, specjalisty i własna firma.

Dzisiaj znowu dokonam pewnych porównań. Otóż opiszę moją sytuację i zarobki wyrobnika w tej samej branży.

Wyrobnik-specjalista

Pracuje 200 godzin/m-c za 4500 zł netto miesięcznie. Faktycznie 22,5 zł/netto za godzinę. Nie wierzycie? Dokładnie tyle zarabia mój kolega. Człowiek, który go zatrudnił kasuje 200 zł brutto za godzinę pracy. Wyrobnik wypracowuje 40.000 zł, do ręki bierze 4500 zł, na podatki-składki odliczam 17.000 zł, inne koszty 4000 zł a właściciel firmy dostaje netto 14.500 zł. 3 razy więcej niż wyrobnik. Na tym polega wyzysk.

Specjalista

Czyli ja. Zarabiam ok. 8200 zł netto, a 13.000 zł brutto. W pracy jestem średnio 72 godziny/m-c, a nie 200. A ile wyrabiam? Licząc po cenach rynkowych ok. 28.000 zł. Prawie 2 razy więcej niż kumpel na godzinę (on 200 zł, ja 388 zł). Tu tkwi różnica. 2 krotnie większa wydajność pozwala mi zarabiać 4 razy tyle.

Własna firma

Ponownie ja. Tutaj sprawa jest dość prosta. Cały zysk idzie do kieszeni właściciela. Plus zysk pracowników, o ile ich zatrudnia.

W tym celu przewiduję kilka wariantów.

Firma jednoosobowa ciężka praca – 170 godzin. Wydajność specjalisty i 388 zł/h z VAT. Przychód ca. 54 tys. zł netto minus 1800 składki ZUS, minus 2000 zł biuro, minus 4000 zł auto + inne drobne koszty, minus zdrowotna 4200 zł, minus dochodowy (liniowy 19%) 8700 zł. W sumie netto ok. 33.000 zł ok. 200 zł netto/h. Jak specjalista.

Teraz wariant z dwoma „wyrobnikami”. Prosto. Swoje 33.000 zł plus po 29.000 zł na dwóch wyrobnikach = 62.000 zł.

Podsumowanie

Wszystko wydaje się proste. Wyrobnik zarabia 4500 zł/m-c, pomimo że pracuje najwięcej. Specjalista 8200 zł za 72 godziny, właściciel firmy jednoosobowej 33.000 zł za 170 godzin+ryzyko, a przy trzech osobach 62.000 zł za 170 godzin+ podwójne ryzyko. Wyrobnik, jakich wiele, dostaje zdecydowanie najmniej, chociaż pracuje najwięcej. Specjalista mieści się w środku (4 razy stawka godzinowa netto dla wyrobnika), firma i ryzyko pozwala zwiększyć stawkę (8 razy wyrobnika), a zatrudnianie nawet dwóch osób pozwala jeszcze podwoić pulę (16 razy stawka wyrobnika).

Z jednej strony – uświadamiamy sobie ile warta jest wiedza oraz umiejętności sprzedaży i zarządzania, z drugiej jak wygląda wyzysk – właściciel bierze sobie 3/4 dochodu netto z pracy wyrobnika. I niech to będzie memento dla wielu ciężko pracujących wyrobników.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Załóż własną firmę na boku.

Gdybym miał napisać tylko jeden sposób na wyjście z kieratu, piekielnego kołowrotka:

-5 dni pracy 7-20- weekend,

– 11 miesięcy pracy -2 tygodnie urlopu,

-42 lata pracy -5 lat emerytury,

napisałbym właśnie: załóż własną firmę. Najpierw na boku, potem może zrób z niej podstawowe źródło utrzymania. Dlaczego?

Po pierwsze – sam wybierasz: godziny pracy, klientów, określasz stawki. Ważne, diablo ważne. Nie prosisz nikogo o pracę zdalną, work life-balance.

Po drugie – masz większe dochody. Badania GUS pokazują – przeciętny właściciel firmy zarabia lepiej niż pracownik.

Po trzecie – w konsekwencji – znacznie szybciej budujesz majątek. Wyobraź sobie scenariusz, którego sam doświadczyłem 15 lat temu. 2700 zł netto na etacie i po roku 8100 zł we własnej firmie (przy czym obie 170 godzin). A teraz? Takie same zarobki w 30 godzin, jak wcześniej w 90-100. Przejdźmy do średniaka. Zarabia 6000 zł netto. Oszczędza 10% czyli 600 zł. Gdyby w firmie zarobił dodatkowe 2000 zł (20 godzin pracy miesięcznie – 2 weekendy) i odłożył je, nagle ma ok. 2600 zł/m-c. Oszczędności wzrosły ponad 300%.

Po czwarte – uczysz się. Umiejętności cennych na rynku i samodzielności. Oraz myślenia. Zwiększasz własną wartość.

Po piąte – zyskujesz zabezpieczenie. Wiem, bo ćwiczyłem jakie to ważne. Te dodatkowe 2000 zł oszczędności na miesiąc i szansa na rozwinięcie bazy dochodów, gdy etat nie wypali. Ważna sprawa.

Dlatego, niezależnie czym jest Twój kierat, własna firma, założona z głową, da ci zdolność do zmiany.

Rozważania o współczesnych relacjach pracodawca-pracownik. Jak sobie radzić?

Na blogu pojawiło się trochę rozważań na temat tzw. kultury zapierdolu, roli pracy w życiu. Dzisiaj, zainspirowana rozmową z klientem, lekturą oraz własnymi doświadczeniami ocena zmian i ich wpływu na życie.

Zacznijmy od klienta. Skarżył się, że pracownik podebrał kasę z biletów, a indagowany wypalił „Nic się nie stało, wziąłem żeby kupić sobie śniadanie. Jak chcesz to mnie zwolnij”. Wiadomo, jak mówią zaprzyjaźnieni górale – patologia.

Na drugim biegunie, zapieprzający za minimalną, od których wymaga się doświadczenia, zaangażowania i wykształcenia (autentyk z rozmowy z pewną panią dyrektor). A potem zdziwienie, że kolejna rekrutacja nie wypala. Do tego mnóstwo przypadków mobbingu, nierównego traktowania, oczekiwania, że pracownik wynajęty na 40 godzin w tygodniu odda duszę. Jeśli tego nie zrobi – pretensję.

Osobiście wyznaję zasadę, że ciężko pracować kalkuluje się tylko na swoim, albo gdy mamy stawkę akordową. W przeciwnym wypadku – kompletnie bez sensu. I piszę to z pełnym przekonaniem, po usłyszeniu historii z szefem, który nie widział nic niestosownego w pisemnym wezwaniu do pracownika (list polecony), żeby wykorzystał urlop, bo idzie na emeryturę. Wezwaniu pracownika, który leczył się na raka, a przepracował w firmie kilkadziesiąt lat. Tak szkoda wypłacić ekwiwalent (ponownie – nie ze swoich, szef też tylko pracował na etacie). Ostatecznie i tak zwolnienie zostało przedłużone do dnia emerytury i ekwiwalent poszedł na konto.

I kiedy już diabli mnie biorą, wspominam relacje sprzed 20 lat, bo miałem szczęście pracować w doskonałym zespole. Ja przynajmniej znam inne warunki. Natomiast obecnie, mam wrażenie (to szersza obserwacja), wyzysk osiągnął niebotyczne rozmiary. Oczywiście choroba nazywa się „chciwość”. Właściciel chciwy zysku, najemni poganiacze – premii. Bo trzeba spłacić kredyt, bo żona domaga się prezentu, a i kochance warto coś kupić. Wszystko podlane kłamstwem (typowe, nie tylko w Januszexie – nie stać mnie/nas/firmy na podwyżki). Od kierownika nad trzema pracownikami do najwyższych władz. A gdy ktoś zainteresuje się, jak jest faktycznie, kolejne piętrowe kłamstwa.

Czy na taką sytuację istnieje lekarstwo? W przypadku moich rówieśników – oczywiście – własna firma rozkręcana na boku. Sam coś wiem na ten temat, i już dzieliłem się z Wami. Młodzi mają gorzej i dlatego stają się coraz bardziej antysystemowi. Stąd bierze się 32% Mentzena i 20% Zandberga w grupie do 30 lat. Lewica nie miała takiego poparcia u młodych od czasów prezydentury Kwaśniewskiego.

A jaki będzie finał? Patrząc na USA, południe Europy, Arabską Wiosnę przypuszczam, że smutny. Niektórzy na wiele lat (jak w 1968 r.) wypiszą się z systemu. Dzisiaj o taki krok znacznie łatwiej. Mamy zasiłki, rekordowo tanią (w relacji do dniówki) żywność, możliwość wyprowadzki choćby na koniec świata (np. zamorskie terytoria Francji, będące częścią UE – Martynikę na Karaibach, czy Réunion na Oceanie Indyjskim). Znam takich, którzy wzięli dzieciaki (Szkoła w Chmurze), kampera i pojechali hen daleko. Jeśli kogoś nie uwiera kredyt, ma mieszkanie w dużym mieście, kupuje np. dom nad pięknym, dużym jeziorem na południu Europy za 500 tys. zł. W kraju, gdzie za obiad w knajpce zapłacimy 25 zł, jedzenie jest tanie, a minimalna temperatura w roku to 4 st. C w dzień i -2 st. C w nocy.

Reszta podejmie próbę walki. Albo z systemem, albo w ramach systemu, zamieniając korpo na własną firmę lub działalność nierejestrowaną. I oni ponownie wychodzą najlepiej. Jeśli ktoś ma głowę na karku, umie pracować (i kombinować) znacznie lepiej (finansowo i praktycznie) wyjdzie na kontrakcie b2b niż na umowie o pracę.

Kwartał pracy 3/5.

Właśnie mięły trzy miesiące, od kiedy jestem pracownikiem na jeden etat. Dokładnie 3 lutego rzuciłem papierami poszedłem ostatni dzień do drugiej pracy, w której spędziłem prawie 25 lat. Prowadzę też JDG.

Przyczyny tego stanu rzeczy nie były miłe (a raczej wyjątko niemiłe jazdy nowego szefa), aczkolwiek chwila, gdy w mojej obecności odczytano sam nagłówek wypowiedzenia (natychmiastowego z winy pracodawcy), powinna trafić do „słoja wspaniałości”, gdybym go posiadał. Literalnie nikt się nie spodziewał strzału, no może jakiegoś wypowiedzenia wielomiesięcznego, w czasie którego da się łatwo zewrzeć szyki. A tu taki zonk. Moim celem nie było zdezorganizowanie działań pracodawcy, a skoncentrowanie na swoich planach i zdrowiu. A pozytywne efekty?

Efekt 1. Zdrowie.

Na przestrzeni od „rozpoczęcia jazdy” do końca zatrudnienia (nieco ponad 6 miesięcy) byłem chory 5 razy. W sumie na zwolnieniu kilkadziesiąt dni. A od zwolnienia? Ani razu przez kwartał pomimo przesilenia wiosennego.

Niewątpliwie do poprawy zdrowia przyczyniło się radykalne zmniejszenie stresu. Ale poza nim: wysypianie się (2 razy w tygodniu wstaję godzinę później), brak pracy w weekendy, regularne jedzenie przez 4 dni w tygodniu (od pt do pn włącznie), więcej wolnych dni, brak ekstra telefonów po godzinach. No i wreszcie miałem czas na 4 odkładane wizyty lekarskie.

Efekt 2. Czas.

Na tę pracę poświęcałem 72 godziny (9 dni/m-c, jeżeli brałem urlop, lub wypadało wolne 8 dni x 8 =64h), plus 12 godzin na dotarcie i 8 na ogarnianie się. Potem wracałem i potrzebowałem dekompresji (obiad, drzemka). Kiedy dochodziłem do siebie, często na zegarze była 18 . I tak przelatywał cały dzień. Nawet jeśli pracowałem 8 dni/m-c, telefony, maile poza godzinami powodowały, że na tę pracę „marnowałem”: 100 godzin (72 praca, 12 dojście i powrót, 8 ogarnianie, 8 dekompresja)

Teraz staram się pracować 6 dni w miesiącu (-2-3 dni – wyłączam drugi etat). Do tego mój, nawet pracowity dzień wygląda inaczej. Zaczyna się nie o 6.15 (godzina wyjścia do biura), ale o 8.00 (teść żegna się po wspólnie wypitej herbacie) i trwa nie do 16.00 (powrót do domu), lecz o 13-14. Krótko mówiąc przepracowuje dziennie 5-6 godzin i to z przerwami na kawę, posiłki, rozmowy telefoniczne.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z 3 miesięcy, średnio w poniedziałki i piątki 0- przepracowuję ok. 30 godzin plus 5 na dojście/dojazdy. Ponieważ nie marnuję energii na dekompresję, ogarnianie się – w sumie ze 100 godzin/m-c robi się 35. Kto umie liczyć, ten się dowie odzyskałem 65 godzin/m-c – 65% dotychczas poświęcanego czasu. A ten wykorzystuję: dla rodziny, na odpoczynek, pisanie bloga i wymyślanie kolejnych pomysłów.

A więcej czasu oznacza też brak pośpiechu, nerwów i spokój w kontaktach z innymi.

Efekt 3. Kasa.

O niej jest ten blog. Wyniki? Marzec +10%, kwiecień +40%, maj +50%. Nie żartuję, piszę serio. Ponieważ nie zostałem na etacie, w kwartał (24 dni) zarobiłem średnio 33% więcej. Przypominam, pracując o 2/3 mniej. Niesamowite. A liczę tylko te 5 dni.

Efekt 4. Więzi.

Tego nie da się przeliczyć na kasę. 3 razy odwiedziłem moich synów w ich miejscach i to nie, jak dotychczas, dziś przyjazd, dziś wyjazd (najpóźniej jutro rano), lecz na 2-3 dni. Do tego spokojne spotkanie z siostrą (też mieszka w innym mieście), odwiedziny u przyjaciół (2 razy). Wszystko ogarnięte w przedłużony weekend (w końcu miałem ok. 6-8 dni ekstra).

Spokojnych pogaduszek z teściem, leniwego ranka z żoną, porannych rozmów z najmłodszym synem – nie liczę.

Te cztery czynniki, po zsumowaniu dały prosty efekt – więcej spokoju, radości z życia i pomysłów, co jeszcze można udoskonalić.

7 tygodni wolnego rocznie.

Dzisiaj wracam do tematu mojej rzuconej pracy i czasu, który dzięki temu odzyskałem.

Punkt wyjścia – poniedziałek i piątek w każdym tygodniu tj. 8,5 dnia w miesiącu. Pomniejszone o urlop i dni ustawowe (przerywany telefonami i mailami, ale mniejsza) 7 dni/m-c.

A w firmie? Średnio 5 dni/m-c rzeczywistej pracy. I to lżejszej. Bo wyszło tak:

  • marzec 31 godziny kontra 56 godziny,
  • kwiecień 26 godzin kontra 56 godzin.

Teraz dodaję czas dojazdu/dojścia. 8 godzin kontra 10.

Nawet biorąc pod uwagę te 5/7 dni wychodzi średnio 31 godzin różnicy. Przy standardowej pracy – ponad 3 pełne dniówki robocze (celowo zaniżam, zaokrąglając w dół i pomijając pracę w dni teoretycznie wolne).

I tak dochodzimy do sedna 3 dniówki miesięcznie = 36 dniówek rocznie, co podzielone przez roboczy tydzień (5 dni), daje 7 tygodni wolnego rocznie. Tyle zyskałem. Dodam przy tym, że zarobki wyszły znacznie lepiej – jestem +10-100% na plusie. A, i nie policzyłem tym razem zbierania się do pracy i dekompresji po niej.

Niska składka zdrowotna dla przedsiębiorcy. Niesprawiedliwość czy przywrócenie równowagi?

Prezydent Andrzej Duda zawetował nowelizacją ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Argument zabrzmiał jeden – brak konsultacji. Mamy szansę się zastanowić nad sprawiedliwością rozwiązania.

Pracownik płaci tę akurat składkę (przy obecnej dostępności – raczej podatek, bo nie gwarantuje usługi) w wysokości 9% dochodu. Zatrudniony na zleceniu – podobnie. Na umowie o dzieło – 0. Rolnik – 0 zł przy gospodarstwie do 6 ha i 1 zł/ha/osobę jeśli ma gospodarstwo rolne większe (pominąłem działy specjalne, bo tam zasady są jeszcze bardziej skomplikowane. Jak widzicie, spore różnice (0 zł – 9%).

Przedsiębiorcom rozliczającym się podatkiem liniowym i według skali dedykowano system następujący (ten właśnie zawetował Prezydent RP):

  • do 1,5 krotności miesięcznego wynagrodzenia 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę,
  • pow. 1.5 krotności jeszcze 4.9% od nadwyżki.

Ryczałtowcy:

  • 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę do 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, ale tu liczymy przychody, a nie dochody.
  • od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka dodatkowa- 3,5 proc.).

Niedobitki na karcie podatkowej – 9 proc. z 75 proc. minimalnego wynagrodzenia

W przypadku zaś przedsiębiorców rozliczających się ryczałtem druga część składki miała być naliczana od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka – 3,5 proc.).

Weźmy dwóch „przeciętniaków” – dochód/przychód roczny ok. 120 tys. zł (zarobek 10 tys. zł brutto). I co zobaczymy (stawki miesięczne)?

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 15 ha) – 15 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 777 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A teraz oceńmy osoby o dochodzie/przychodzie rocznym równym 30 tys. zł (2500 zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 5 ha) – 0 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 225 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

I dla równowagi 240 tys. zł/rok (20 tys. zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 30 ha) – 30 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 1800 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 855 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A wnioski? Wcale niejednoznaczne. Nie jest prawdą, że przedsiębiorcy, nawet po zmianach mieliby być szczególnie uprzywilejowani. Przy niskich dochodach – płacą więcej niż wszystkie inne grupy. Przy średnich – zyskują przewagę, ale tylko nad pracownikami/zleceniobiorcami, nadal uiszczając składkę znacznie większą niż rolnicy, czy rzemieślnicy na umowie o dzieło czy, o dziwo, prezes zarządu żyjący z dywidendy. Wysokie dochody – tu kwoty dalej się rozjeżdżają. Pracownik musi ponieść największy ciężar.

Czy to sprawiedliwe? Kiedyś mówiono „sprawiedliwie, nie znaczy po równo”. Niewątpliwie w stosunku do rolników, twórców (aktorów, zawodowych pisarzy, reżyserów, ale i rzemieślników, architektów, projektantów) na umowie o dzieło – kwota jest istotnie wyższa. W przypadku „burżujów” żyjących z dywidendy, wręcz obrażająco wysoka. Dlaczego media akcentują różnicę: pracownicy/prowadzący dg na własny rachunek, a zapominają o innych grupach? Doprawdy, nie wiem. Pracownik ponosi zerowe ryzyko swoich działań, płaci od dochodu, nie zarabia -nie płaci. A właściciel małej jdg niezależnie czy osiągnął dochód, ba nawet przychód, czy kontrahent mu zapłacił, czy nie – musi zanieść w zębach te 315 zł, nigdy mniej. Czym różni się od architekta (prywatna umowa o dzieło) – też nie pojmuję.

A argument o „równym dostępie do świadczeń”? Bez żartów. Najlepiej być … bezrobotnym lub emerytem, ponieważ oni mają czas leczyć się „na NFZ”. Przedsiębiorcy – płacą prywatnie, gdyż zależy im na czasie. Ile? Standard 300-500 zł za 15-minutową wizytę. I tego faktu jakoś nikt nie akcentuje.

Mój typowy poniedziałek po odejściu z jednej pracy.

Dzisiaj kolejny dowód na to, że czasami trzeba ograniczyć pracę etatową – zapis typowego dnia na działalności gospodarczej (31.03.2025) i jego porównanie z dotychczasowym doświadczeniem.

Zacznijmy od czasu.

Etat:

– Pobudka 5.30,

– Wyjście do pracy 6.10,

– Powrót z pracy 16.00.

Firma:

  • Pobudka 4.30.
  • Praca nad książką i blogiem 4.30-6.00,
  • Ponowny sen 6.00-7.20,
  • Rozmowa z teściem – 7.40-8.30,
  • Działalność plus pomoc przyjaciołom – 8.30-12.10,
  • Pisanie – 12.10 – 13.00,
  • Wizyta na poczcie, w piekarni, w sklepie elektronicznym – 13.00-14.00,
  • Ponownie działalność (jedno niewielkie zadanie) – 14.00-15.00
  • Obiad – 15.00-16.00.

Jak widzicie, w przypadku etatu odpadło wiele ważnych czynności (przede wszystkim pisanie bloga i książki), na które zwyczajnie nie mogłem sobie pozwolić. Także moja możliwość pomocy przyjaciołom okazywała się ograniczona. Dochodziła za to droga – 1h 50 minut.

Dodatkowo „w firmie” jestem po obiedzie o 16, a na etacie dopiero wchodziłem w drzwi, popołudniem zostaje jeszcze 0,5 godziny luzu.

Nie mniej ważny był aspekt pieniężny.

Na etacie zarabiałem ok. 600 zł netto/dzień. W firmie – pracując o połowę mniej, bo 4h – ok.1100 zł.

Na koniec drobna uwaga dla zachłystujących się działalnością – na etacie płacili mi za obecność, co czasami oznaczało 2h efektywnej pracy, a czasami 8h. Własna dg – działa inaczej – wyfakturowuję czas faktycznie przepracowany. Muszę zatem powściągnąć wrodzone lenistwo i zakasywać rękawy. Nie każdemu takie rozwiązanie pasuje.

Ile zarobisz, pracując 2-3 dni w tygodniu.

Najprostsza odpowiedź – to zależy, nikogo chyba nie zadowoli. Czas na dokładniejsze analizy.

Obecnie tkwimy w paradygmacie pracy 40 godzin/tydzień czyli 5 x 8 godzin, z wolnym weekendem, czyli w klasycznym korpoświecie. Czy da się ułożyć wszystko inaczej? Ile wtedy zarobimy?

Przykład 1. Praca 3 x 12 godzin lub 2 x 24 godziny. Są zawody, w których da się pracować systemem 12, a nawet 24 godziny ciągiem. W ten sposób w 2-3 dni wypracujemy równoważnik pełnego etatu. Często nawet za więcej niż średnią pensję (lekarze, pielęgniarki) , ale załóżmy ją – ok. 6000 zł netto.

Przykład 2. Niektóre uprzywilejowane zawody, z krótszym systemem czasu pracy. Przyczyną mogą być czynniki szkodliwe, albo po prostu wola ustawodawcy (nauczyciele). Ci ostatni mają 18 godzin lekcyjnych przy tablicy – bez problemu zmieścisz się w 3 dniach i dostaniesz długi urlop w bonusie. Nauczyciel ze stażem pracy i dodatkami, w praktyce średnią krajową zarobi.

Przykład 3. Kontrakt. Tracisz przywileje z umowy o pracę, ale zyskujesz wolność. Umawiasz się z pracodawcą, że będzie ci płacił za efekty. Tak robią lekarze, prawnicy, ale i IT, sprzedawcy, budowlańcy itp. Nazywamy ich wolnymi zawodami lub precyzyjniej freelancerami. Status pośredni pomiędzy jednoosobową firmą, a pracownikiem. I tutaj zarobki zależą od umiejętności – zawodowych i negocjacyjnych. Znam ludzi z rzeczywistą stawką 50 zł/h brutto, jak i 1000 zł/h brutto (lekarze). W efekcie pracując tyle co 3 standardowe dni (24 h/tydzień, ok. 100 h/m-c) zarobimy 5000zł -100.000 zł/m-c.

Przykład 4. Własna firma. Tutaj już pełne warunki rynkowe. Znam ludzi harujących przez 3 dni w tygodniu po 12 h/dobę, a potem leżących na luzie, znam i takich, którzy pracują przez 1,5 tygodnia, a potem mają wolne. Stawki? Znowu – zorientuj się we własnym zawodzie. W wielu budowlanych 100 zł/h plus. Pisałem już o serwisancie pieca c.o. – z fakturą 500 zł/godzinę (realnie 300 zł netto). Ale np. właściciele małych sklepów na wsi – ich dochody w stosunku do czasu są bliskie pensji minimalnej.

Wnioski. Generalnie celem powinna być przynajmniej średnia krajowa zarobiona w 3 dni, ale szukaj punktu odniesienia we własnym zawodzie.

Własna firma kontra etat. Czas.

Do tej pory odnosiłem się do psychologicznych i podatkowych aspektów własnej firmy. Dzisiaj skupię się na innym aspekcie – czasowym. W obiegu istnieją bowiem dwie szkoły, według jednej – jeśli chcesz oszczędzić czas, załóż firmę, a druga mówi coś wręcz przeciwnego – przedsiębiorca pracuje od rana do wieczora i … do śmierci, a pracownik przynajmniej ma urlop.

No dobrze, przedstawiłem poglądy, a co sam o tym sądzę? W każdej plotce jest ziarnko prawdy.

Przypadek 1. Leń i kombinator. Mój własny kuzyn, wolny ptak. Prowadzi firmę budowlaną i ma czas na mnóstwo pozafirmowych aktywności. Jak on to robi? Ano pracuje na luzie. Bierze dobrze płatną i prostą fuszkę, po znajomości, otwiera front robót i przez 2-3 miesiące cyka po 1-2 dni w tygodniu. Niby coś się dzieje, ale mówimy o 20 godzinach/tydzień (85 godzin/miesiąc) czyli odpowiedniku pół etatu. Potem wystawia fakturę na 20 tys. zł + refakturuje materiały i ma luz. Oczywiście wystawienie faktury odbywa się wtedy, gdy ma aktywną dg, bo przez 2/3 roku ona sobie wisi lub jest zamknięta. Dzięki temu mamy:

  • 20 tys. zł przychodu,
  • 5 tys. podatków i składek,
  • 15 tys. zł zysku.

Bilans? 5 tys. zł netto miesięcznie głowy nie urywa, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że za pracę 2 dni w tygodniu – całkiem nieźle. Tak, ten człowiek ma mnóstwo czasu na życie. Pójście na etat, kompletnie mu nie w głowie.

Przypadek 2. Pracuś. Prowadzi biznes tak – pobudka o 5, od 5.30 do 22 w warsztacie, ciągle telefony i tak 6 dni w tygodniu. 10 dni w miesiącu spędza na wakacjach i etatowcy widzą właśnie tę część (oraz ogromne dochody), myśląc – „przedsiębiorca, to ma dobrze”. Natomiast ten gość pracuje 16,5 godziny dziennie, przez 17 dni w miesiącu, de facto 280 godzin/m-c, podczas gdy pełny etat zawiera ich 170 oraz 20 dni roboczych. Kiedy widzą te liczby, ludzie zazdroszczący firmy i zysku, trochę spuszczają z tonu, wcale nie mają ochoty tak harować.

Przypadek 3. Proste prace. Na etacie w markecie zarobisz minimalną. W wielu biurach – podobnie. Dopóki nie masz 26 lat – ok, da się za to żyć, ale schody zaczynają się po przekroczeniu progu. 170 godzin i ca. 3500 zł na rękę, daje 20 zł/godzinę. Niewiele lepiej wypadają ci, którzy mogą się pobrudzić lub nabyli doświadczenia. Może dostaną bonus +20%. Niby jest płatny urlop (2 dni/m-c), niby można pójść na zwolnienie (ale średnia, która budzi wątpliwości przedsiębiorcy wynosi (0,5 dnia/m-c). W efekcie mamy 20 dni/m-c i 160 godzin (już po L4). Pracujemy 2/3 tygodnia/miesiąca/roku. W firmie da się to rozwiązać inaczej. Najpierw pracujemy brygadą. Właściciel ma dajmy na to 40 zł/godzinę z własnej pracy i po 10 zł z pracy każdego pracownika. Jeśli pracują równo, te 160 godzin właśnie, zarabia 70 zł/h (przy trzech zatrudnionych). A może też zostać sam lub „ze szwagrem” i pracować 15 dni w miesiącu, ale intensywnie. Wtedy nadal przerabia 150 godzin, ale wyższa stawka godzinowa pozwala mu żyć lepiej, pracując mniej. Nawet jeśli dołoży 10 godzin na biurokrację i zapłaci składki.

Przypadek 4. Prace wymagające wiedzy i doświadczenia. Od rzemieślnika do wolnego zawodu. Tutaj następuje pełna dowolność. W teorii. W praktyce większość pracuje w modelu: 10 godzin dziennie od pn -soboty, bez urlopu. W ten sposób 60 godzin tygodniowy = 1,5 etatu (a jeśli wyłączymy zwolnienia i urlopy, nawet więcej). Czy jednak da się inaczej?

I tutaj zatem nie mamy oczywistej odpowiedzi, chociaż stawki godzinowe w firmie mam nadal lepsze niż za dupogodziny na etacie.

Natomiast skupiając się na czasie widzę jedną prawidłowość – w firmie zyskujemy często dość elastyczne możliwości kształtowania czasu pracy. Mogę pracować w nocy, na urlopie (tak zresztą robię), natomiast etat ogranicza nas ramami czasowymi i wymaganiami pracodawcy (zazwyczaj). Dlatego przedsiębiorcy sprawiają wrażenie wyluzowanych, ponieważ spokojnie mogą w południe pójść sobie do parku, a nikt nie widzi, że mają już za sobą 6-7 odpracowanych godzin. Podobnie będzie z urlopem. W biurach miałem go sporo, ale to tylko pozór, bo za każdym razem muszę prosić, dopasowywać się do współpracowników itp. We własnej firmie chce wolne, biorę wolne, tylko… muszę je odpracować wcześniej lub później.

Zakończę jednak jeszcze inną konkluzją. Najlepszą optymalizację czasową gwarantuje kapitał (żeby zarobić 5 tys. zł miesięcznie na obligacjach, muszę poświęcić 2 godziny rocznie i dysponować ok. 0,75 mln zł) . I o tym staram się pisać na blogu. Ani własna firma, ani etat nie zagwarantują takich stawek, trzeba jednak przekroczyć pewien próg.

Oszustwo „instagramowego życia”.

W lecie tego roku Noizz.pl, odwiedzane przeze mnie z uwagi na serię „Ruinersi” (opowieści o ludziach, którzy kupili stare domy i przeprowadzili remont) rozpoczęła nowy cykl – historie emigrantów. Bazowały one często na stałym schemacie: wyjazd na studia, miłość do obcokrajowca, początkowe trudności, szczęśliwe zakończenia i własny biznes na miejscu. Jednocześnie odnośnik do bohatera odcinka, a w zasadzie jego biznesu (organizacja wakacji dla Polaków, szukanie im nieruchomości na miejscu).

Nie byłaby to rzecz warta wzmianki, gdyby nie konwencja „instagramowego oszustwa”, a więc skupiania się na „sukcesie”, a pomijania realności scenariusza (kosztów, źródeł finansowania). Osobiście, staram się tępić taką metodę opisu cudzego i własnego życia, ponieważ tworzy fałszywy obraz świata. A ten skusi naśladowców, podejmujących decyzje bez świadomości możliwych kłopotów.

Pierwszy przykład. Polka poznaje Francuza, wyjeżdża do Prowansji, nie znając języka, rejestruje się jako bezrobotna, dostaje za darmo kurs francuskiego oraz 700 E stypendium. Mieszka z rodzicami wybranka, nie znającymi z kolei angielskiego, ale przyjmującymi ją z otwartymi rękami. W ogóle wszyscy są mili i przyjemni, krajobrazy piękne, jedzenie smaczne i tańsze niż w Polsce (sic!). Już ta część historii wydaje się nazbyt optymistyczna, albo wręcz nieprawdziwa. W Prowansji tańsze mogą być wybrane lokalne produkty żywnościowe i tylko w sezonie, który tam przypada wcześniej (czyli np. truskawki albo czereśnie w kwietniu). Podobnie jest we Włoszech – taniej kupimy oliwę, kawę w knajpie i… koniec. Gdyby na tym się skończyło, jeszcze można wybaczyć różowe okulary, natomiast to dopiero początek. Potem pojawiają się filtrowane zdjęcia pensjonatu Polki, wybudowanego na miejscu. I stawiamy sobie pytania? Jak ktoś, kto zarabia 700 E (potem może 1500 E) jest w stanie zbudować dom? Oczywiste będzie, że przyczyny mogą być dwie, a artykuł o nich milczy:

  1. dziewczyna przywiozła kasę z Polski (i raczej powyżej 250k Euro, może i 2 razy tyle),
  2. wszystko sfinansowali partner lub jego rodzice, czyli dom nie należy do Polki.

I na tym można zakończyć. Mówimy o scenariuszu nierealnym dla większości emigrantów, ewentualnie o pakowaniu się w kłopoty. Sam znam dziewczynę, która pojechała na wycieczkę, poznała starszego o dekadę Włocha, pomagała mu w knajpie (taki sam raj), a po 15 latach wyrzucił ją z domu z niczym (wypłacił nawet wspólne oszczędności z konta). Wróciła do Polski po 40-tce, bez prawa wykonywania zawodu (nie miała szkoleń, za to długą przerwę), oszczędności, znajomości itp. Próbowała jakiś interesów (import wina), ale wyłożyła się na braku kapitału i doświadczenia. I tak wygląda rzeczywistość bez lukrowania. Oczywiście pewnej liczbie może się udać (jak zawsze), inni przebiją się ciężką pracą, ale emigracja nie stanowi (i nigdy nie stanowiła – wystarczy poczytać Gombrowicza czy Marai) lekkiego chleba. Instagram o tym nie wspomina.