Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Własna firma – Strona 2 – Oszczędny Milioner

7 tygodni wolnego rocznie.

Dzisiaj wracam do tematu mojej rzuconej pracy i czasu, który dzięki temu odzyskałem.

Punkt wyjścia – poniedziałek i piątek w każdym tygodniu tj. 8,5 dnia w miesiącu. Pomniejszone o urlop i dni ustawowe (przerywany telefonami i mailami, ale mniejsza) 7 dni/m-c.

A w firmie? Średnio 5 dni/m-c rzeczywistej pracy. I to lżejszej. Bo wyszło tak:

  • marzec 31 godziny kontra 56 godziny,
  • kwiecień 26 godzin kontra 56 godzin.

Teraz dodaję czas dojazdu/dojścia. 8 godzin kontra 10.

Nawet biorąc pod uwagę te 5/7 dni wychodzi średnio 31 godzin różnicy. Przy standardowej pracy – ponad 3 pełne dniówki robocze (celowo zaniżam, zaokrąglając w dół i pomijając pracę w dni teoretycznie wolne).

I tak dochodzimy do sedna 3 dniówki miesięcznie = 36 dniówek rocznie, co podzielone przez roboczy tydzień (5 dni), daje 7 tygodni wolnego rocznie. Tyle zyskałem. Dodam przy tym, że zarobki wyszły znacznie lepiej – jestem +10-100% na plusie. A, i nie policzyłem tym razem zbierania się do pracy i dekompresji po niej.

Niska składka zdrowotna dla przedsiębiorcy. Niesprawiedliwość czy przywrócenie równowagi?

Prezydent Andrzej Duda zawetował nowelizacją ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Argument zabrzmiał jeden – brak konsultacji. Mamy szansę się zastanowić nad sprawiedliwością rozwiązania.

Pracownik płaci tę akurat składkę (przy obecnej dostępności – raczej podatek, bo nie gwarantuje usługi) w wysokości 9% dochodu. Zatrudniony na zleceniu – podobnie. Na umowie o dzieło – 0. Rolnik – 0 zł przy gospodarstwie do 6 ha i 1 zł/ha/osobę jeśli ma gospodarstwo rolne większe (pominąłem działy specjalne, bo tam zasady są jeszcze bardziej skomplikowane. Jak widzicie, spore różnice (0 zł – 9%).

Przedsiębiorcom rozliczającym się podatkiem liniowym i według skali dedykowano system następujący (ten właśnie zawetował Prezydent RP):

  • do 1,5 krotności miesięcznego wynagrodzenia 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę,
  • pow. 1.5 krotności jeszcze 4.9% od nadwyżki.

Ryczałtowcy:

  • 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę do 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, ale tu liczymy przychody, a nie dochody.
  • od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka dodatkowa- 3,5 proc.).

Niedobitki na karcie podatkowej – 9 proc. z 75 proc. minimalnego wynagrodzenia

W przypadku zaś przedsiębiorców rozliczających się ryczałtem druga część składki miała być naliczana od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka – 3,5 proc.).

Weźmy dwóch „przeciętniaków” – dochód/przychód roczny ok. 120 tys. zł (zarobek 10 tys. zł brutto). I co zobaczymy (stawki miesięczne)?

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 15 ha) – 15 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 777 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A teraz oceńmy osoby o dochodzie/przychodzie rocznym równym 30 tys. zł (2500 zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 5 ha) – 0 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 225 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

I dla równowagi 240 tys. zł/rok (20 tys. zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 30 ha) – 30 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 1800 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 855 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A wnioski? Wcale niejednoznaczne. Nie jest prawdą, że przedsiębiorcy, nawet po zmianach mieliby być szczególnie uprzywilejowani. Przy niskich dochodach – płacą więcej niż wszystkie inne grupy. Przy średnich – zyskują przewagę, ale tylko nad pracownikami/zleceniobiorcami, nadal uiszczając składkę znacznie większą niż rolnicy, czy rzemieślnicy na umowie o dzieło czy, o dziwo, prezes zarządu żyjący z dywidendy. Wysokie dochody – tu kwoty dalej się rozjeżdżają. Pracownik musi ponieść największy ciężar.

Czy to sprawiedliwe? Kiedyś mówiono „sprawiedliwie, nie znaczy po równo”. Niewątpliwie w stosunku do rolników, twórców (aktorów, zawodowych pisarzy, reżyserów, ale i rzemieślników, architektów, projektantów) na umowie o dzieło – kwota jest istotnie wyższa. W przypadku „burżujów” żyjących z dywidendy, wręcz obrażająco wysoka. Dlaczego media akcentują różnicę: pracownicy/prowadzący dg na własny rachunek, a zapominają o innych grupach? Doprawdy, nie wiem. Pracownik ponosi zerowe ryzyko swoich działań, płaci od dochodu, nie zarabia -nie płaci. A właściciel małej jdg niezależnie czy osiągnął dochód, ba nawet przychód, czy kontrahent mu zapłacił, czy nie – musi zanieść w zębach te 315 zł, nigdy mniej. Czym różni się od architekta (prywatna umowa o dzieło) – też nie pojmuję.

A argument o „równym dostępie do świadczeń”? Bez żartów. Najlepiej być … bezrobotnym lub emerytem, ponieważ oni mają czas leczyć się „na NFZ”. Przedsiębiorcy – płacą prywatnie, gdyż zależy im na czasie. Ile? Standard 300-500 zł za 15-minutową wizytę. I tego faktu jakoś nikt nie akcentuje.

Mój typowy poniedziałek po odejściu z jednej pracy.

Dzisiaj kolejny dowód na to, że czasami trzeba ograniczyć pracę etatową – zapis typowego dnia na działalności gospodarczej (31.03.2025) i jego porównanie z dotychczasowym doświadczeniem.

Zacznijmy od czasu.

Etat:

– Pobudka 5.30,

– Wyjście do pracy 6.10,

– Powrót z pracy 16.00.

Firma:

  • Pobudka 4.30.
  • Praca nad książką i blogiem 4.30-6.00,
  • Ponowny sen 6.00-7.20,
  • Rozmowa z teściem – 7.40-8.30,
  • Działalność plus pomoc przyjaciołom – 8.30-12.10,
  • Pisanie – 12.10 – 13.00,
  • Wizyta na poczcie, w piekarni, w sklepie elektronicznym – 13.00-14.00,
  • Ponownie działalność (jedno niewielkie zadanie) – 14.00-15.00
  • Obiad – 15.00-16.00.

Jak widzicie, w przypadku etatu odpadło wiele ważnych czynności (przede wszystkim pisanie bloga i książki), na które zwyczajnie nie mogłem sobie pozwolić. Także moja możliwość pomocy przyjaciołom okazywała się ograniczona. Dochodziła za to droga – 1h 50 minut.

Dodatkowo „w firmie” jestem po obiedzie o 16, a na etacie dopiero wchodziłem w drzwi, popołudniem zostaje jeszcze 0,5 godziny luzu.

Nie mniej ważny był aspekt pieniężny.

Na etacie zarabiałem ok. 600 zł netto/dzień. W firmie – pracując o połowę mniej, bo 4h – ok.1100 zł.

Na koniec drobna uwaga dla zachłystujących się działalnością – na etacie płacili mi za obecność, co czasami oznaczało 2h efektywnej pracy, a czasami 8h. Własna dg – działa inaczej – wyfakturowuję czas faktycznie przepracowany. Muszę zatem powściągnąć wrodzone lenistwo i zakasywać rękawy. Nie każdemu takie rozwiązanie pasuje.

Ile zarobisz, pracując 2-3 dni w tygodniu.

Najprostsza odpowiedź – to zależy, nikogo chyba nie zadowoli. Czas na dokładniejsze analizy.

Obecnie tkwimy w paradygmacie pracy 40 godzin/tydzień czyli 5 x 8 godzin, z wolnym weekendem, czyli w klasycznym korpoświecie. Czy da się ułożyć wszystko inaczej? Ile wtedy zarobimy?

Przykład 1. Praca 3 x 12 godzin lub 2 x 24 godziny. Są zawody, w których da się pracować systemem 12, a nawet 24 godziny ciągiem. W ten sposób w 2-3 dni wypracujemy równoważnik pełnego etatu. Często nawet za więcej niż średnią pensję (lekarze, pielęgniarki) , ale załóżmy ją – ok. 6000 zł netto.

Przykład 2. Niektóre uprzywilejowane zawody, z krótszym systemem czasu pracy. Przyczyną mogą być czynniki szkodliwe, albo po prostu wola ustawodawcy (nauczyciele). Ci ostatni mają 18 godzin lekcyjnych przy tablicy – bez problemu zmieścisz się w 3 dniach i dostaniesz długi urlop w bonusie. Nauczyciel ze stażem pracy i dodatkami, w praktyce średnią krajową zarobi.

Przykład 3. Kontrakt. Tracisz przywileje z umowy o pracę, ale zyskujesz wolność. Umawiasz się z pracodawcą, że będzie ci płacił za efekty. Tak robią lekarze, prawnicy, ale i IT, sprzedawcy, budowlańcy itp. Nazywamy ich wolnymi zawodami lub precyzyjniej freelancerami. Status pośredni pomiędzy jednoosobową firmą, a pracownikiem. I tutaj zarobki zależą od umiejętności – zawodowych i negocjacyjnych. Znam ludzi z rzeczywistą stawką 50 zł/h brutto, jak i 1000 zł/h brutto (lekarze). W efekcie pracując tyle co 3 standardowe dni (24 h/tydzień, ok. 100 h/m-c) zarobimy 5000zł -100.000 zł/m-c.

Przykład 4. Własna firma. Tutaj już pełne warunki rynkowe. Znam ludzi harujących przez 3 dni w tygodniu po 12 h/dobę, a potem leżących na luzie, znam i takich, którzy pracują przez 1,5 tygodnia, a potem mają wolne. Stawki? Znowu – zorientuj się we własnym zawodzie. W wielu budowlanych 100 zł/h plus. Pisałem już o serwisancie pieca c.o. – z fakturą 500 zł/godzinę (realnie 300 zł netto). Ale np. właściciele małych sklepów na wsi – ich dochody w stosunku do czasu są bliskie pensji minimalnej.

Wnioski. Generalnie celem powinna być przynajmniej średnia krajowa zarobiona w 3 dni, ale szukaj punktu odniesienia we własnym zawodzie.

Własna firma kontra etat. Czas.

Do tej pory odnosiłem się do psychologicznych i podatkowych aspektów własnej firmy. Dzisiaj skupię się na innym aspekcie – czasowym. W obiegu istnieją bowiem dwie szkoły, według jednej – jeśli chcesz oszczędzić czas, załóż firmę, a druga mówi coś wręcz przeciwnego – przedsiębiorca pracuje od rana do wieczora i … do śmierci, a pracownik przynajmniej ma urlop.

No dobrze, przedstawiłem poglądy, a co sam o tym sądzę? W każdej plotce jest ziarnko prawdy.

Przypadek 1. Leń i kombinator. Mój własny kuzyn, wolny ptak. Prowadzi firmę budowlaną i ma czas na mnóstwo pozafirmowych aktywności. Jak on to robi? Ano pracuje na luzie. Bierze dobrze płatną i prostą fuszkę, po znajomości, otwiera front robót i przez 2-3 miesiące cyka po 1-2 dni w tygodniu. Niby coś się dzieje, ale mówimy o 20 godzinach/tydzień (85 godzin/miesiąc) czyli odpowiedniku pół etatu. Potem wystawia fakturę na 20 tys. zł + refakturuje materiały i ma luz. Oczywiście wystawienie faktury odbywa się wtedy, gdy ma aktywną dg, bo przez 2/3 roku ona sobie wisi lub jest zamknięta. Dzięki temu mamy:

  • 20 tys. zł przychodu,
  • 5 tys. podatków i składek,
  • 15 tys. zł zysku.

Bilans? 5 tys. zł netto miesięcznie głowy nie urywa, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że za pracę 2 dni w tygodniu – całkiem nieźle. Tak, ten człowiek ma mnóstwo czasu na życie. Pójście na etat, kompletnie mu nie w głowie.

Przypadek 2. Pracuś. Prowadzi biznes tak – pobudka o 5, od 5.30 do 22 w warsztacie, ciągle telefony i tak 6 dni w tygodniu. 10 dni w miesiącu spędza na wakacjach i etatowcy widzą właśnie tę część (oraz ogromne dochody), myśląc – „przedsiębiorca, to ma dobrze”. Natomiast ten gość pracuje 16,5 godziny dziennie, przez 17 dni w miesiącu, de facto 280 godzin/m-c, podczas gdy pełny etat zawiera ich 170 oraz 20 dni roboczych. Kiedy widzą te liczby, ludzie zazdroszczący firmy i zysku, trochę spuszczają z tonu, wcale nie mają ochoty tak harować.

Przypadek 3. Proste prace. Na etacie w markecie zarobisz minimalną. W wielu biurach – podobnie. Dopóki nie masz 26 lat – ok, da się za to żyć, ale schody zaczynają się po przekroczeniu progu. 170 godzin i ca. 3500 zł na rękę, daje 20 zł/godzinę. Niewiele lepiej wypadają ci, którzy mogą się pobrudzić lub nabyli doświadczenia. Może dostaną bonus +20%. Niby jest płatny urlop (2 dni/m-c), niby można pójść na zwolnienie (ale średnia, która budzi wątpliwości przedsiębiorcy wynosi (0,5 dnia/m-c). W efekcie mamy 20 dni/m-c i 160 godzin (już po L4). Pracujemy 2/3 tygodnia/miesiąca/roku. W firmie da się to rozwiązać inaczej. Najpierw pracujemy brygadą. Właściciel ma dajmy na to 40 zł/godzinę z własnej pracy i po 10 zł z pracy każdego pracownika. Jeśli pracują równo, te 160 godzin właśnie, zarabia 70 zł/h (przy trzech zatrudnionych). A może też zostać sam lub „ze szwagrem” i pracować 15 dni w miesiącu, ale intensywnie. Wtedy nadal przerabia 150 godzin, ale wyższa stawka godzinowa pozwala mu żyć lepiej, pracując mniej. Nawet jeśli dołoży 10 godzin na biurokrację i zapłaci składki.

Przypadek 4. Prace wymagające wiedzy i doświadczenia. Od rzemieślnika do wolnego zawodu. Tutaj następuje pełna dowolność. W teorii. W praktyce większość pracuje w modelu: 10 godzin dziennie od pn -soboty, bez urlopu. W ten sposób 60 godzin tygodniowy = 1,5 etatu (a jeśli wyłączymy zwolnienia i urlopy, nawet więcej). Czy jednak da się inaczej?

I tutaj zatem nie mamy oczywistej odpowiedzi, chociaż stawki godzinowe w firmie mam nadal lepsze niż za dupogodziny na etacie.

Natomiast skupiając się na czasie widzę jedną prawidłowość – w firmie zyskujemy często dość elastyczne możliwości kształtowania czasu pracy. Mogę pracować w nocy, na urlopie (tak zresztą robię), natomiast etat ogranicza nas ramami czasowymi i wymaganiami pracodawcy (zazwyczaj). Dlatego przedsiębiorcy sprawiają wrażenie wyluzowanych, ponieważ spokojnie mogą w południe pójść sobie do parku, a nikt nie widzi, że mają już za sobą 6-7 odpracowanych godzin. Podobnie będzie z urlopem. W biurach miałem go sporo, ale to tylko pozór, bo za każdym razem muszę prosić, dopasowywać się do współpracowników itp. We własnej firmie chce wolne, biorę wolne, tylko… muszę je odpracować wcześniej lub później.

Zakończę jednak jeszcze inną konkluzją. Najlepszą optymalizację czasową gwarantuje kapitał (żeby zarobić 5 tys. zł miesięcznie na obligacjach, muszę poświęcić 2 godziny rocznie i dysponować ok. 0,75 mln zł) . I o tym staram się pisać na blogu. Ani własna firma, ani etat nie zagwarantują takich stawek, trzeba jednak przekroczyć pewien próg.

Oszustwo „instagramowego życia”.

W lecie tego roku Noizz.pl, odwiedzane przeze mnie z uwagi na serię „Ruinersi” (opowieści o ludziach, którzy kupili stare domy i przeprowadzili remont) rozpoczęła nowy cykl – historie emigrantów. Bazowały one często na stałym schemacie: wyjazd na studia, miłość do obcokrajowca, początkowe trudności, szczęśliwe zakończenia i własny biznes na miejscu. Jednocześnie odnośnik do bohatera odcinka, a w zasadzie jego biznesu (organizacja wakacji dla Polaków, szukanie im nieruchomości na miejscu).

Nie byłaby to rzecz warta wzmianki, gdyby nie konwencja „instagramowego oszustwa”, a więc skupiania się na „sukcesie”, a pomijania realności scenariusza (kosztów, źródeł finansowania). Osobiście, staram się tępić taką metodę opisu cudzego i własnego życia, ponieważ tworzy fałszywy obraz świata. A ten skusi naśladowców, podejmujących decyzje bez świadomości możliwych kłopotów.

Pierwszy przykład. Polka poznaje Francuza, wyjeżdża do Prowansji, nie znając języka, rejestruje się jako bezrobotna, dostaje za darmo kurs francuskiego oraz 700 E stypendium. Mieszka z rodzicami wybranka, nie znającymi z kolei angielskiego, ale przyjmującymi ją z otwartymi rękami. W ogóle wszyscy są mili i przyjemni, krajobrazy piękne, jedzenie smaczne i tańsze niż w Polsce (sic!). Już ta część historii wydaje się nazbyt optymistyczna, albo wręcz nieprawdziwa. W Prowansji tańsze mogą być wybrane lokalne produkty żywnościowe i tylko w sezonie, który tam przypada wcześniej (czyli np. truskawki albo czereśnie w kwietniu). Podobnie jest we Włoszech – taniej kupimy oliwę, kawę w knajpie i… koniec. Gdyby na tym się skończyło, jeszcze można wybaczyć różowe okulary, natomiast to dopiero początek. Potem pojawiają się filtrowane zdjęcia pensjonatu Polki, wybudowanego na miejscu. I stawiamy sobie pytania? Jak ktoś, kto zarabia 700 E (potem może 1500 E) jest w stanie zbudować dom? Oczywiste będzie, że przyczyny mogą być dwie, a artykuł o nich milczy:

  1. dziewczyna przywiozła kasę z Polski (i raczej powyżej 250k Euro, może i 2 razy tyle),
  2. wszystko sfinansowali partner lub jego rodzice, czyli dom nie należy do Polki.

I na tym można zakończyć. Mówimy o scenariuszu nierealnym dla większości emigrantów, ewentualnie o pakowaniu się w kłopoty. Sam znam dziewczynę, która pojechała na wycieczkę, poznała starszego o dekadę Włocha, pomagała mu w knajpie (taki sam raj), a po 15 latach wyrzucił ją z domu z niczym (wypłacił nawet wspólne oszczędności z konta). Wróciła do Polski po 40-tce, bez prawa wykonywania zawodu (nie miała szkoleń, za to długą przerwę), oszczędności, znajomości itp. Próbowała jakiś interesów (import wina), ale wyłożyła się na braku kapitału i doświadczenia. I tak wygląda rzeczywistość bez lukrowania. Oczywiście pewnej liczbie może się udać (jak zawsze), inni przebiją się ciężką pracą, ale emigracja nie stanowi (i nigdy nie stanowiła – wystarczy poczytać Gombrowicza czy Marai) lekkiego chleba. Instagram o tym nie wspomina.

Jeszcze raz o idei „życia bez pracy”.

Wyjaśnijmy sobie na początku – nie zamierzam pisać o błogim lenistwie na leżaku, lecz o rezygnacji ze stałej pracy zawodowej. Wszelki freelance, dorabianie, okazjonalna działalności gospodarcza – ok. Fizyczne zajęcia wokół własnych potrzeba (wytwarzanie jedzenia) – jak najbardziej. W rozważaniach wykluczam wyłącznie etat i dg w godzinach od-do, 5 dni w tygodniu, 170 godzin w miesiącu. Czy we współczesnym społeczeństwie, taka idea pozostanie utopią, a może są ludzie, którzy tak żyją?

Tak – są. I dzielą się na kilka grup.

Zacznijmy od rentierów. Rentier, posiadacz kapitału, ulokowanego w akcjach, obligacjach, pożyczkach, funduszach itp. przynoszącego mu dywidendę, odsetki, wzrost wartości. Tu rachunek wydaje się prosty. Trzeba posiadać 25-krotność rocznych wydatków, żeby żyć z kapitału. Proste. Czy znam rentierów? Jasne. Część z nich spieniężyła własne firmy, część odziedziczyła kapitał.

Następnie posiadacze nieruchomości. Radykalna lewica nazywa ich „czynszojadami”. Całkiem spora grupa. Środki potrzebne na przeżycie czerpią z wynajmu czy dzierżawy. Wielu wykonuje nisko płatne zawody, a radzi sobie całkiem nieźle. Jak to możliwe? Po pierwsze dobra nieruchomość daje całkiem niezły zwrot bieżący. Z domu wartego 1,2 mln zł, dostanę 60 tys. zł rocznego czynszu netto. Niskie opodatkowanie (ryczałt 8,5%) im sprzyja. Struktura rodzinna ludzi zamożnych bywa następująca – 4 dziadków, 2 rodziców, 1 dziecko. Czasem pojawiają się różne ciotki/wujkowie, po których coś tam się dziedziczy. W efekcie scenografka teatralna posiada 3 mieszkania w Warszawie, dochód z najmu ok. 10 tys. zł (w jednym mieszka sama), czyli znacznie wyższy niż pensja. Czy taką drogę da się powtórzyć? No cóż. Czasem tak (mamy zamożnych krewnych, dobre zarobki, możemy skupować lub odziedziczyć), czasem nie (przy obecnych cenach, znam efektywniejsze sposoby zarabiania niż czynsz najmu). Niewątpliwą zaletą pozostają preferencje podatkowe.

Wolni strzelcy. Zwani też z angielskiego freelancerami. Od zawodów stricte inteligenckich (pisarz, dziennikarz, lekarz, adwokat) do zupełnie fizycznych (stolarz, robotnik rolny). Kluczem pozostaje wysoka (znacznie wyższa niż przeciętna) stawka godzinowa. Tę uzyskamy albo w Polsce, albo na saksach. Wtedy da się żyć, nie czerpiąc dochodu ani z kapitału, ani z nieruchomości. Dlaczego? To proste. W jednym z wpisów pokazałem, jak za 4.5 tys. zł/m-c może żyć rodzina trzyosobowa (trzeba mieć tylko własne budynki i kawałek ziemi na wsi). Jeżeli nasza stawka godzinowa wynosi 100 zł brutto (ok. 70 zł netto), potrzebujemy 64 godzin pracy miesięcznie, gdy zarabia 1 osoba, i 32 godzin, gdy dwie. Tak, nie ściemniam – 32 godziny miesięcznie, ok. 1 dnia w tygodniu. Chyba warto powalczyć o taką niezależność?

Opisywałem też na blogu historię mojego kumpla z dzieciństwa – 3 miesiące „na szparagach” zapewniają mu kasę na rok. No i dostanie dwie (śladowe) emerytury. Zamiast „u Niemca” może być sezonowa praca w Polsce (choć rodak łatwiej oszuka).

Handlarze. Jak śpiewał zespół mojej młodości Big Cyc „Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie Cię bieda”. Handel to najlepszy sposób na lekkie życie, tylko nie każdy ma w sobie tę żyłkę. No i trzeba dysponować kapitałem obrotowym. Jednak potencjał jest. Jeżeli za kg jabłek producent dostaje 1 zł, a w mieście płacą 3.5 zł, za kg malin rolnik otrzyma 10-15 zł, a 40 km dalej 10 zł kosztuje 200-gramowe pudełko, przebitkę da się zrobić. Jeżeli na aucie za 50 tys. zł, zarabiam bez podatku, po pół roku, całe 5 tys. zł, to potencjał istnieje (mogę też sprzedać po miesiącu i podatek zapłacić). Pomijam zakup i sprzedaż nieruchomości, bo o fliperach pisała już chyba cała popularna prasa.

Każda z wymienionych wyżej grup, poświęcając od 1 godziny miesięcznie do 32 godzin, potrafi zarobić na życie zamiast chodzić do roboty 170 godzin. Dlaczego więc większość wybiera etat? O tym w kolejnym wpisie.

Wakacyjna rozmowa trzech przedsiębiorców o składkach i … emeryturze.

Ostatnio na jednym z mainstreamowych portali widziałem łzawy tekst jakieś aktora, który opowiadał jaką ma wysoką emeryturę, bo uczciwie płacił składki od pełnego przychodu (były dobrowolne). Teraz ma emeryturę „w okolicach średniej krajowej” i opowiada jaki złoty interes zrobił. Opowiedziałem tę historię w czasie górskiego spotkania moim kumplom-przedsiębiorcom i… najpierw zaczęli się śmiać, a potem wspólnie roztrząsaliśmy problem – na ile warto płacić wysokie składki.

Obecnie tylko przedsiębiorca ma taki wybór – może albo iść w składki ZUS minimalne (+dobrowolne chorobowe), albo płacić od dochodu, aż „do odcięcia” – 250% średniej krajowej. Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie.

Przykład 1. Mój nieżyjący Tato. Przez cały czas bycia przedsiębiorcą (własna spółka przez 13 lat) wypłacał sobie pensję (250% średniej krajowej) i kiedy przechodził na emeryturę w wieku 60 lat – dostał ją całkiem sporo – 150% przeciętnego wynagrodzenia. Kiedy umierał, po osiemdziesiątce, dzięki mechanizmowi „starego portfela” miał ok. 80% średniej pensji krajowej (czyli realnie o połowę mniej) . Z tym, że w w Jego przypadku, mówiono jeszcze o „starych zasadach” i można było wybrać do obliczeń podstawy świadczenia 10 kolejnych, najlepszych lat. No i Tato wybrał spółkę. Ile straciłby, płacąc mniej? Jakieś 30%. Ponieważ w poprzednich latach zarabiał dobrze, lecz nie tak. Całe życie uważał, że zyskał na tym. A jak było? Kiedyś to sprawdzę. Dzisiaj nie, bo wymaga to do sięgnięcia do starych przepisów – np. jaki procent w latach 1987-1999 r. potrącano na emeryturę i jaka była średnia pensja (co pozwoli mi ustalić, ile w rzeczywistości Tato płacił i ile dostałby inwestując samodzielnie).

Przykład 2. Tato jednego z kumpli. Żyje – ma ok. 70-tki. Całe życie prowadził firmę, płacąc składki minimalne. Teraz pomaga synowi, jako cichy wspólnik i otrzymuje emeryturę minimalną. Czy brakuje mu na życie? Nie. Od syna i tak dostałby kasę (firma całkiem spora), ale nie wyobraża sobie życia bez pracy.

Przykład 3. Ojciec drugiego kumpla.Składki płacił minimalne. Zmarł nagle po 3 latach na emeryturze. Nigdy nie odebrał tego, co wpłacił.

Przykład 4. Opisywany na blogu dyrektor. Żyje ma po 80-tce. Kiedy przechodził na emeryturę, w wieku 67 lat, zgromadził 4 mln kapitału emerytalnego. Zarabiał doskonale, dostał emeryturę dobrą (czyli 4 razy więcej niż ówczesna emerytura minimalna). Dzisiaj dostaje ok. 6000 zł „do ręki”. Gdyby 4 mln włożył w obligacje dostałby dzisiaj samych odsetek 17.280 zł netto. Oczywiście kapitału nikt mu nie wypłaci, mimo że napisał oficjalne pismo – zrzekam się emerytury, wypłaćcie mi moje 4 bańki..

Przykład 5. Jeden z kumpli – przedsiębiorca. Płaci składki minimalne, a oszczędności (w stosunku do maksymalnych) – inwestuje. O jakich kwotach mówimy? Przy składkach rzędu 30% podstawy mieliśmy w 2021 r.:

  • minimalne – ok. 11.100 zł/rok,
  • maksymalne 46.350 zł/rok.

Łatwo obliczyć, że różnica wychodziła ok. 35 tys. zł/rok. Teraz? Nawet o 50% więcej czyli ponad 50.000 zł (czyli ok. 6,25 średnich pensji). Co to oznacza w praktyce? Inwestując rocznie te 50 tys. zł na 3% ponad inflację, mamy po 40 latach oszczędzania – 3.3 mln zł według wartości realnej (dzisiejszej), jeśli inwestujemy i płacimy podatek od zysku (jeśli nie – nawet ok. 4 mln zł).

Przykład 6. Drugi z kumpli – przedsiębiorca na KRUSie. Płaci składki – 2400 zł/m-c. Gdyby był dzisiaj na pełnym (250%) ZUS-ie – 72 tys. zł. Różnica ca. 70.000 zł. Patrząc na jego poprzednika -oszczędności po 40 latach – 4,6 mln zł (bez podatku ok. 5,4 mln).

Teraz popatrzmy sobie jakie emerytury państwowe i „prywatne” dostaliby obaj panowie?

Wersja państwowa. Zakładając 30% ostatniej pensji – realnie jakieś 6000 zł netto (co jak widzicie pokrywa się z aktualnym emerytem płacącym wysokie składki). Dobijając do 40% – 8000 zł netto.

Wersja prywatna ZUS. Same odsetki to 5,19% netto. Dla ZUSowca-minimalisty – ok. 14.300 zł miesięcznie. Dodając państwowe świadczenie (które przecież się należy) – 16 tys. zł. 2 razy więcej niż państwowe w wariancie „wypas” – 250% średniej.

Wersja prywatna KRUS. Tu dodajemy jeszcze 40% (bo składki KRUS są drastycznie niższe) i mamy ponad 21.000 zł. Państwowa przypominam – 8000 zł max. na co będą mogli liczyć dzisiejsi przedsiębiorczy dwudziestolatkowie.

Dobrze, dobrze, ale dlaczego liczyłem same odsetki? Przecież został jeszcze kapitał. Założyłem spory margines błędu. Na dewaluację kapitału (obecnie inflacja ok. 3%/rok oznacza stratę połowy wartości po 24 latach, ale już 6% po 12 latach) oraz długie życie. Średnia wychodzi niska – facet żyje ok. 75 lat, czyli pobiera emeryturę przez 10. Jeśli umrze wcześniej (ale po 3 latach emerytury), całe wpłacone składki ZUS przepadają. Ja mogę sobie zakładać, że opłaca mi się nieskończenie długi okres emerytury państwowej (moi męscy przodkowie przekraczali 80-tkę), ale już kumpel z ojcem zmarłym w 68 r.ż. – nie powinien.

Jednak nawet mnie się to nie opłaca. Gdybym nadal płacił te 72 tys. zł składek emerytalno-rentowo-wypadkowych, czyli łącznie 75% przeciętnego rocznego wynagrodzenia Polaka, dostanę (to kalkulacja ZUS) ok. 80% realnie tej średniej pensji. Ile musiałbym żyć, żebym zyskał (ja akurat nie mam wyboru, pobory obciążają z automatu)? Prawie drugie tego, przez ile wpłacałem składki czyli…..ponad 100 lat. Niewielkie prawdopodobieństwo. Wypłacając tylko kwotę ponad inflację (3%, ale nie mając podatku) – wyszedłbym na zero żyjąc 85 lat i… jeszcze zostawiłbym po sobie kapitał. No i do śmierci (choćby jako 150-cio latek) dostawałbym ZUS-owską emeryturę minimalną.

Przedsiębiorca, pracownik, rolnik, alkoholik. Kto ma gorzej? Licytacja trwa.

Całkiem niedawno trafiłem na ten artykuł: https://wir.org.pl/asp/renta-alkoholowa-a-rolnicza-emerytura,1,artykul,1,4645 . Sygnowany: „Biuro WIR” zawiera m.in. takie zdania „W kontekście tego niebywałym jest fakt, że najniższa emerytura rolnicza po co najmniej 25-letnim okresie ciężkiej pracy na roli i opłacaniu w tym czasie składek na rolnicze ubezpieczenie emerytalno-rentowe od 1 marca 2024 r. wynosi tyle samo, czyli 1 780,96 zł! Środowisko rolnicze tym faktem mocno zbulwersowane. Przekazujemy to pod rozwagę decydentom. Jeśli nie docenia się w Polsce ciężkiej pracy, to wkrótce nie będzie komu pracować. To wysoce demoralizujące dla społeczeństwa.”

Wielokrotnie na blogu pisałem o „drodze KRUS”, tak więc czas odpowiedzieć na stanowisko WIR.

Po pierwsze – emerytura rolnicza należy się nie za 25 lat ciężkiej pracy, lecz stażu ubezpieczeniowego (płacenia składek). Uświadamiam panów z biura WIR – żeby ubezpieczyć się w KRUS wcale nie trzeba ciężko pracować. Można kupić hektar przeliczeniowy, zarejestrować gospodarstwo w gminie, zgłosić się do KRUS, płacić te 160 zł miesięcznie (jeszcze 10 lat temu było to 84 zł/m-c) i po 25 latach dostać emeryturę. Żadnego obowiązku prowadzenia jakiejkolwiek działalności rolniczej, nikt tego nie sprawdza.

Po drugie – jak widać z powyższego, taki rolnik przez 25 lat wpłacił tyle, ile wybierze w jednym roku. Obliczenia są proste, chociaż nie udało mi się dotrzeć do składek za całe 25 lat. Skoro 10 lat temu rocznie wpłacono ok. 1000 zł, a teraz 1960 zł, wpłacone przez 25 lat składki (nominalnie) równają się (lub nawet są mniejsze) niż roczne świadczenie. Dalej uważacie to za zły interes? I mówimy o człowieku, który może mieć 49 ha sadu i zarabiać de facto miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Po trzecie – rolnik też może dostać tzw. rentę alkoholową. Dlaczego nie? Przypuszczam, znając realia, że całkiem spora beneficjentów świadczenia ubezpieczyła się w KRUS, a nawet była rolnikiem.

Po czwarte – rolnicy nie płacą podatku dochodowego a składki KRUS wystarczają na ułamek świadczeń, co oznacza, że na tzw. renty alkoholowe składają się pracujący, zleceniobiorcy i przedsiębiorcy, a nie rolnicy. Głównymi dawcami kasy na system emerytalno-rentowy są pracujący, przedsiębiorcy i zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych. Dokładnie w takiej kolejności. Zatem, kto nie płaci, niech zamilknie.

Po piąte – alkoholicy akcyzą i VAT-em pracują na swoje renty. Wiecie ile jest podatków w butelce wódki? 80%. Jeśli pijak wypija flaszkę dziennie – odprowadza tym samym 600 zł podatków miesięcznie. 4 razy tyle co rolnik składki emerytalno-rentowej. Jeszcze jakieś pytania, działacze Wielkopolskiej Izby Gospodarczej?

Po szóste – renty nie dostaje się za pijaństwo, lecz trzeba wykazać ciężką chorobę. Idźmy do źródeł. Chorobami poalkoholowymi są schorzenia psychiczne, marskość wątroby, zapalenie trzustki, nowotwory i problemy z sercem. Nie zazdroszczę i wiem jak wygląda walka z ZUS-em – droga przez mękę.

Po siódme – żeby dostać rentę należy wykazać się stażem pracowniczym, a to kosztuje składki. Podstawowym warunkiem renty jest staż pracy (różny w zależności od wieku) i powstanie niezdolności w czasie ubezpieczenia. Tłumacząc na polskie – jeśli zostałeś schorowanym alkoholikiem w wieku 35 lat musiałem przepracować (lub mieć inny okres składkowy) minimum 5 lat, a tak naprawdę pewnie z 10. A jeszcze alkoholik z marskością wątroby żyje krócej niż rolnik.

Po siódme – porównajmy rolnika z przedsiębiorcą. Dla przedsiębiorcy te 10 lat oznacza jedno – ok. 130 tys. zł odprowadzonych składek na dg plus pewnie drugie tyle podatków dochodowych. Policzcie – 26 tys. zł/rok plus te 7200 zł od wódki czyli 32 tys. zł. Może nie był Vatowcem. Ile odprowadza rolnik ? Średnio ok. 25 razy mniej. Czyli przedsiębiorca-pijak przez rok włożył do budżetu niż ten rolnik przez 25 lat. I rolnik nadal płacze. A porównuję go z pijakiem na minimalnym ZUS-ie.

Po ósme – porównajmy rolnika ze mną. Zarabiam dobrze, pije umiarkowanie, ale gdybym pił na ostro? Jak wyglądałbym?Tylko w 2023 r. odprowadziłem ok. 80 tys. zł składek plus 25 tys. zł podatku dochodowego (VATu nie liczę, mimo, że jestem VATOWCEM). 105 tys. zł w ostatnim roku. Jak to się ma do rolnika? W tym samym roku (2023) zapłacił ok. 1800 zł czyli 1/58 moich składek i podatku dochodowego. Już przepracowałem 25 lat, czyli tyle ile ten rolnik. Gdybym teraz szedł na rentę dostanę świadczenie rentowe w wysokości 6500 zł czyli 78 tys. zł/rok. Czyli rolnik przepracował 25 lat i dostanie emeryturę w wysokości 27% mojej renty, ale ja tylko przez rok odprowadziłem 4 razy więcej podatków dochodowych i składek niż on przez całe ćwierćwiecze. Wygląda sprawiedliwie?

CBDU. Przedsiębiorca i pracownik to w Polsce dojna krowa. Ten ostatni ma chociaż szansę na L4, a właściciel jednoosobowej firmy, nawet tego nie dostanie, bo wtedy nie zarabia. Poza okresem pandemii, przedsiębiorca nie dostaje żadnych dopłat, żadnego klęskowego. A zatrudniony – zawsze figę. Pracownik-pijak i przedsiębiorca-pijak na minimalnym ZUS-ie przez ostatni rok odprowadzili więcej składek i podatków dochodowych niż rolnik przez cały okres niezbędny do emerytury minimalnej. Ba, ich akcyza i VAT od wypitej wódki były 4 razy większe niż składki rolnicze. Natomiast rolnicy najwięcej płaczą. Zapraszam na bloga krzykliwi panowie z WIR-u. Czas zobaczyć twarde liczby.

Prof. Modzelewski – opowiada o rzeczywistości.

Ciekawy wywiad z prof. Modzelewskim na temat funkcjonowania państwa: https://www.youtube.com/watch?v=_kmVPxZqnCo Od 13.09 o dyskryminacji małych przedsiębiorstw. Będzie też o podatkach i likwidacji gotówki.

I jeszcze jedno – o amerykańskim śnie https://isp-modzelewski.pl/serwis/szkice-polsko-rosyjskie-white-trash-po-polsku .