Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
czerwiec 2026 – Oszczędny Milioner

Freedom 55. Jak reklama produktu inwestycyjnego stała się pragnieniem pokolenia.

W 1986 r. ukazała się reklama towarzystwa ubezpieczeniowego London Life, a w zasadzie jego produktu oszczędnościowo-inwestycyjnego „Freedom 55”, popularyzującego ideę emerytury w wieku 55 lat. Film możecie zobaczyć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=RhjEdtfuab8 . Wyprzedził o parę lat książkę Joe Domingueza.

Minęło 40 lat, a wielu dalej idea zakończenia pracy jako 55-latkowie nie mieści się w głowie. Na drugim biegunie znaleźli się 30-letni emeryci. Co z tego wynika?

Wniosek 1. Ludzie lubią sobie tworzyć jakąś ideę i wokół niej budować narrację. Wczesna emerytura, kojarzona z wiecznymi wakacjami (jak w tej słynnej reklamie) i wolnością. My za sterami jachtu (jeśli akurat lubimy ten styl), na górskim szlaku, pod palmami – wyobraźnia pracuje i obraz wygląda świetnie. Zwłaszcza w kontraście z nudnym biurem. Jest do czego dążyć.

Wniosek 2. Dłuższa praca nie jest pragnieniem milionów lecz raczej smutną koniecznością. Znowu odwołajmy się do reklamy. Czy przedstawia 55-latków dziarsko dojeżdżających pociągiem, zjeżdżających do kopalni, lub siedzących na zebraniu do godziny 17? Raczej nie. Pozytywne skojarzenia okazują się oczywiste. Mało kto chce pracować do śmierci, ludzie wolą zdecydowanie właśnie zajęcia, kojarzące się z wolnością. Stąd sukces i ponadczasowość pomysłu na „Freedom 55”.

Wniosek 3. Emerytura o 10 lat wcześniejsza wydaje się nam realna, w przeciwieństwie do takiej, dostępnej 30-40 latkom. W tym miejscu mamy dosyć pragmatyczne spojrzenie na świat. No i ludzie potrafią liczyć. 10 lat funkcjonowania „z oszczędności” ma sens, 35 dostępne jest dla wybranych.

Wniosek 4. Kwaśne winogrona. Wiele osób kontestuje wcześniejszą emeryturę z powodu wielkiej sympatii do swojego zawodu. Dotyczy to raczej: właścicieli firm, lekarzy, oraz innych przedstawicieli klasy co najmniej wyższej średniej ze stabilną pozycją zawodową i społeczną. Rozumiem ich. A co z tymi z klas nieposiadających? Oni często działają na zasadzie mechanizmu „kwaśnych winogron” – nie chcę winogron, bo na pewno okażą się niesmaczne, właśnie kwaśne. Akcentują bezsensowność, niemożliwość, a nawet niemoralność wcześniejszej emerytury. Pisałem też o tym, we wpisie o mentalu, ponieważ „kultura zapierdolu” bazuje po cześci na wyobrażeniach, po części na zaprzeczeniach. Młody emeryt jawi się nie jako człowiek zaradny, planujący, lecz raczej nieudacznik, leń itd. Sam decydujesz czy kupić ten program.

Jeszcze dwa słowa o emeryturze z ZUS. Odpowiedź na pytanie Artura.

Na pytanie dotyczące optymalnej strategii dotyczącej ZUS, odpowiedziałem krótko – zdobyć uprawnienia do emerytury minimalnej, potem minimalizować składki (albo w ogóle przestać wpłacać do tego systemu). Dzisiaj czas na rozwinięcie.

Teza 1. Własną emeryturę trzeba zaplanować. Opieranie się na jednym filarze (ZUS) kompletnie nie ma sensu. Świadczenia okażą się mikroskopijne, homeopatyczne, czy jak tam je nazwać. W każdym razie nie da się za nie wyżyć, ponieważ prawdopodobnie wyniosą:

  • 30% ostatniej pensji dla dzisiejszych czterdziestolatków,
  • 35% ostatniej pensji dla dzisiejszych pięćdziesięciolatków,
  • 20% ostatniej pensji dla dzisiejszych dwudziestolatków,
  • 25% ostatniej pensji dla dzisiejszych trzydziestolatków.

Przełóżmy to na liczby. Skoro mediana wynagrodzenia (połowa zarabia więcej, połowa mniej) wynosi ok. 7200 zł brutto, mówimy o liczbach:

  • 1900 zł dla 40-latków,
  • 2100 zł dla 50-latków,
  • 1500 zł dla 20-latków,
  • 1700 zł dla 30-latków.

Wniosek prosty, chociaż bolesny. Większość urodzonych po 1986 r. dostanie emeryturę minimalną. Do pracowników dojdą przedsiębiorcy, więc w sumie 70% płacących składki nie zasłuży na więcej niż minimalne świadczenie.

Dlatego trzeba je uzupełnić, odkładając w PPK, IKZE, IKE, OKI (projekt).

Teza 2. Stała zmiana zasad wyklucza planowanie. Linkuję artykuł dotyczący zmiany reguł emerytalnych https://www.gazetaprawna.pl/praca/emerytury-i-renty/artykuly/11243361,emerytury-nizsze-od-maja-2026-nowe-tablice-gus-uderzaja-w-kieszenie-przyszlych-emerytow.html.

Wnioski dość proste i niewesołe. W ciągu roku, średnia długość życia wg ZUS i GUS wzrosła o 2.5 miesiąca. W długim okresie klęska, pracowanie rok dłużej, dało nam zysk znacznie mniejszy niż przewidywany.

Do tego szaleństwo z nowelizacjami. Raz było OFE, raz go praktycznie nie ma. Waloryzacje zależą w dużej mierze od widzimisię.

Teza 3. ZUS osiąga słabe wyniki. Kwota bazowa wzrosła od czasu kiedy zacząłem pracę i wystartowała reforma emerytalna o ok. 570%. W tyn samym czasie jednostka OFE NN o 980%, ceny nieruchomości w moim mieście o 700%, ziemia rolna o 2500%. Tegoroczna zaplanowana waloryzacja ZUS wyniesie 9,81%, WIG 20 wzrósł w tym czasie o 24%, a doszły zyski z dywidend.

Nie ma sensu wkładać kasy, w coś co nie przynosi należytego zysku.

Teza 4. Dalsze dopłacanie nie przynosi skutków. Popatrz na 30-latka z medianowym wynagrodzeniem. Podniesienie składek o 10% nic mu nie da. Dalej dostanie emeryturę minimalną. 20-latkowi i 20% nie pomoże. Co więcej, zwiększenie składek o 100% do sporej podstawy – ok. 150% przeciętnego wynagrodzenia (2-krotność mediany) spowoduje, że zapłaci 2x więcej a dostanie emeryturę o 50% wyższą niż najniższa (dzisiaj byłoby to 3000 zł, otrzymywane przez mężczyznę przez 13 lat). Jednocześnie przez 40 lat musiałby wpłacać składki na poziomie 3000 zł (z kosztami pracodawcy). Zupełnie się nie opłaci.

Stąd ogólny wniosek – minimalizować składki, na ile to możliwe.

Czy Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej?

W jednym z komentarzy Bartek postawił tezę „Dochody i zamożność Polaków bardzo odjechała w ostatnich latach”, co zrozumiałem jak w tytule wpisu. Ponieważ wcześniej pojawiał się także temat siły nabywczej naszych dochodów, postanowiłem sprawdzić dane, bazując na ustaleniach portalu Bankier.pl (https://www.bankier.pl/wiadomosc/Polska-to-juz-nie-ubogi-kuzyn-Europy-Sila-nabywcza-pensji-minimalnej-wyzsza-niz-w-Hiszpanii-8960709.html) i Eurostatu. Sęk w tym, że zajmowały się wyłącznie wysokością pensji minimalnej, która w Polsce ostatnio niebezpiecznie idzie w kierunku mediany (a w niektórych branżach staje się medianą, czyli co najmniej połowa zatrudnionych zarabia „najniższą krajową”). W tabeli zestawionej przez Bankiera, Polska pensja minimalna ma 7 siłę nabywczą w UE, wyprzedzając całą Europę Wschodnią, ale i Cypr, Hiszpanię, Portugalię i Grecję.

Ja postaram się wykorzystać raczej średnią pensję. Oto wyniki (dane Eurostat z 2024 r.):

Europa – ok. 40 tys. Euro.

Luksemburg – ok. 83 tys. Euro.

Polska – ok. 21 tys. Euro. Minimalnie wyprzedzamy Rumunów i Słowaków, nieco bardziej Bułgarów, Greków i Węgrów. Ogółem jesteśmy w UE na 22 miejscu (na 27 państw). Słabiutko.

Niewiele zmienia siła nabywcza. Zestawił ją portal dlahandlu.pl (https://www.dlahandlu.pl/raporty-i-analizy/sila-nabywcza-w-europie-rosnie-polacy-nadal-ponizej-sredniej,162934.html). Okazało się, że Polska znacznie odstaje od średniej (a liczono tzw. dochód rozporządzalny), znajdując się na 26 miejscu spośród 42 krajów europejskich (są już państwa poza UE). Polacy mają siłę nabywczą o 30% mniejszą niż średnia europejska – ok. 14 tys. Euro/os. wobec 20 tys. Euro/os.

Podobnie przewidywalnie wychodzą badania dotyczące majątku. Wyliczenia dotyczące państw EU z 2024r., przeliczane na dolary wyglądają tak:

  • 20 miejsce w Europie,
  • średnia Polaka 105 tys. USD, czyli: 1/2 majątku Portugalczyka, Hiszpana, 1/3 Francuza czy Szweda, 1/4 Belga czy Holendra, 1/7 tego co zgromadził mieszkaniec Luksemburga. Istotnie przegrywamy ze Słoweńcami (170 tys. USD).

Podsumowując te dane, Polak ze swoimi przeciętnymi dochodami oraz niewielkim majątkiem, nadal znajduje się w ogonie UE, wyprzedzając wyłącznie biedne państwa postsocjalistyczne i czasem Grecję. Jedynie w dziedzinie „siła nabywcza pensji minimalnej” znaczymy coś w Europie. Jednocześnie jest ona nierynkowo wysoka, co znaczy, że pobiera ją nieproporcjonalnie dużo osób. O czym to wszystko świadczy?

Po pierwsze o silnym rozwarstwieniu w Polsce. Terytorialnym i klasowym. Mamy oazy bogactwa (Sopot), mamy i biedę na krańcach Polski B (tam nadal nie obowiązuje żadna pensja minimalna, bo często płaci się do ręki). Klasa niższa zyskała na wzroście płacy minimalnej, ale środek relatywnie ubożeje, a najbogatsi się bogacą. Stąd wrażenie Bartka, że nasza siła nabywcza dogania Europę i próba porównania podatków przy 120 tys. Euro.

Po drugie, że wzrost obciążeń podatkowych „środka” narasta. Zyskali zarabiający mało (podwyższenie kwoty wolnej), spółki, rentierzy (fundacja rodzinna) itd. Ulżono także lekarzom (niski ryczałt, składka zdrowotna niezależna od odchodu, brak VAT), informatykom itd. Z drugiej strony, liczba płacących podatek dochodowy w II-gim progu podatkowym wzrosła z 2% do 9% na przestrzeni kilku lat, obejmując np. nauczycieli.

Po trzecie ludzie tego środka są wkurzeni ciągłymi opowieściami (obu wielkich partii) jak to żyje się świetnie. Czytam o tym w Newsweeku, dostrzegam w rozmowach z klasą średnią. Nawet Onet.pl pisze o „elektrycznej klasie średniej”. Zawody rzemieślnicze zdecydowanie wyprzedzają dochodem typowe dla starej klasy średniej (szeregowy w korpo, nauczyciel, urzędnik).

Stąd ogólny wniosek – o ile w niektórych punktach (likwidacja ubóstwa) poradzono sobie nieźle, a bogaci się bogacą, o tyle polskiej klasie średniej nadal daleko do choćby przeciętności UE.

Ile trzeba, aby utrzymać 3-osobową rodzinę na wsi?

Dzisiaj, o podstawach podstaw, czyli minimum, które pozwoli się nam utrzymać na wsi. Nie o singlach, bezdzietnych parach, ale trzyosobowej rodzinie.

Niesie to ze sobą wiele problemów, których singiel ani DINKS nie spotka. Dorośli ludzie zwykle są znacznie bardziej odporni na trudne warunki, co potwierdzał zarówno mój eksperyment „życie za 300 zł”, jak i przede wszystkim przywoływane przeze mnie blogi działkowców-samotników oraz gazetowa opowieść tej zimy o człowieku, który 15 lat żył w ziemiance na Pradze. Z dziećmi się tak nie da. Potrzebują pewnego minimum: odżywczego jedzenia, ciepła, ubrań na wiele okazji, szkoły (i wszystkich związanych z nią nakładów na „bezpłatną edukację”), dojazdu do tej szkoły, dostępu do leczenia. A z tego rodzą się wydatki. Wyliczam je zatem:

  1. Dom – z oddzielnym pokojem dziecka, temperaturą wewnątrz nie spadającą poniżej 19 st. C, kuchnią i łazienką oraz internetem.
  2. Życie – chemia, jedzenie, leki, kosmetyki.
  3. Ubranie – dość proste: buty i okrycie.
  4. Zdrowie – lekarz, dentysta, ubezpieczenie zdrowotne.
  5. Nauka – szkoła, zajęcia dodatkowe.
  6. Auto – przy dziecku na wsi – przynajmniej jeden samochód okaże się niezbędny.

Tyle, ale każdy z nich kosztuje.

Dom. Załóżmy, że nim dysponujemy. Dzisiaj da się kupić takie domy za 100-300 tys. zł. Jeżeli mamy działkę po rodzinie, zbudujemy tam dom na zgłoszenie albo postawimy tzw. Tiny house (20-35 m2 + antresola, 3 pokoje za 200 tys. zł). Utrzymanie takiego budynku kosztuje grosze. Moje poniższe wyliczenia odnoszą się jednak do całkiem innego przypadku – własnego i droższego. Posiadam na wsi, 30 km od miasta, pięciopokojowy, stary, murowany budynek mieszkalny z mieszkalnym poddaszem. Płacę za niego następujące kwoty:

  • prąd – 60 zł (abonament – mam FV),
  • woda+kanalizacja – 100 zł,
  • śmieci – 100 zł,
  • ogrzewanie (drewno do kominka, po ociepleniu domu) – 200 zł,
  • podatek – 100 zł,
  • internet – 95 zł,
  • komórki – 130 zł,

Suma: 785 zł.

Niektórych z Was zaskoczy niewielki wydatek na ogrzewanie. Zakładam tutaj ocieplenie domu, w stopniu gwarantującym zużycie 10 m3/rok (ok. 7t czyli 28.000 KWh), zakup drewna wstępnie pociętego w długie wałki, oraz uzupełnienie własnymi zasobami. Te 28.000 KWh/rok okaże się abstrakcyjnie wysokie w przypadku nowoczesnego domku o powierzchni użytkowej 30m2 i kubaturze ok. 75 m3. Tam spokojnie możemy przyjąć 4000 KWh. I wtedy da się ogrzać 1 toną drewna (1,5 m3), pozyskiwanym za 100-150 zł/rok albo z własnego lasu o powierzchni 1000 m2. Ale moje własne wydatki można przyjąć jako miarodajne, ewentualnie zwiększyć je o 200-300 zł, bo nie każdy posiada FV.

Życie. Nasze, zmierzone w kwietniu/maju własne wydatki na tzw. życie (jedzenie, chemia) – 2500 zł/4 osoby (w tym 3 osoby dorosłe i jeden szybko rosnący nastolatek). Celowo nie oszczędzaliśmy. Możemy zatem spokojnie założyć 1800 zł/3 osoby. Razem dwie pozycje 2565 zł.

Ubranie. Temat-rzeka. Osobiście widzę kilka rozwiązań. Da się pójść w całkowity minimalizm (ciuchland+dyskonty) i wydać 150 zł/m-c. Na drugim biegunie pozostają markowe produkty. Jestem zwolennikiem środka i wskazanie kwoty 300 zł. Łącznie z poprzednimi 2865 zł.

Zdrowie. Dokładne powtórzenie problemu leków. Kto choruje, wyda więcej. Zdrowy – znacznie mniej. W moim przypadku (dwie osoby z chorobami przewlekłymi + nastolatek), lecząc się częściowo prywatnie – na wizyty lekarsko-stomatologiczne wydajemy 200 zł/m-c. Ubezpieczenie zdrowotne mamy w pracy. Przenosząc się całkowicie na wieś – w grę wchodzi KRUS – ok. 250 zł/3-os/m-c. Gdybyśmy przenieśli się na wieś na 100%, oboje rzucając pracę, zyskamy mnóstwo czasu i przejdziemy na leczenie publiczne. A zatem, przyjmuję 250 zł. Suma – 3115 zł.

Nauka. Edukacja w teorii jest bezpłatna. W rzeczywistości płacimy za: jedzenie, książki, zeszyty, materiały dodatkowe, wycieczki, składki itd. Warto zapewnić zajęcia dodatkowe. Stąd przyjmowana przeze mnie kwota 700 zł. Z własnych doświadczeń. Razem 3815 zł.

Auto. Kolejny temat-rzeka. Ubezpieczenia podrożały i teraz płacę ok. 600 zł/auto. Przegląd obowiązkowy podrożał – 150 zł. Usługi mechaników, także. Sporo zależy od rocznika, marki, modelu, wielkości i naszych chęci i wiedzy. Za przeglądy, ubezpieczenia, naprawy, przyjmuję ok. 2000 zł/rok. Teraz paliwo. W tej kwestii pytamy o przebieg. Moja własna wizja – przeciętne dojazdy i ok. 10.000 km /rok. Hybryda i mały diesel 3200 zł/rok. Elektryk tankowany z gniazdka domowego – połowę mniej (1600). Suma 300 zł/m-c. Wszystkie dotychczasowe pozycje 4165 zł.

W teorii starczy nam 5000 zł, de facto jedna pensja. Gdybyśmy zostali w 100% na wsi, w wersji minimalistycznej – damy radę. W miejskim pomyśle na życie na wsi – nie. Tam trzeba jeszcze 3000 zł (w sumie 8000 zł). Dlaczego? Otóż pojawiają się kategorie, których nie wymieniłem.

Rozmontowywania systemu emerytalnego „ile płacisz, tyle masz”. Projekt ustawy – dopłaty do emerytur artystów.

Kiedy przeczytałem zajawkę na jednym z portali nie chciałem wierzyć. Rząd przyjął założenia ustawy o dopłatach składek dla mało zarabiających artystów. Dokładnie. Oto lista profesji z oficjalnej strony gov.pl:

Z badań wynika następująca szacunkowa liczebność poszczególnych profesji artystycznych: 
– architektura 13.693 osób,
– film 6.996 osób,
– literatura 3.010 osób,
– muzyka 16.346 osób,
– taniec 3.222 osób,
– teatr 3.960 osób,
– sztuki wizualne 13.176 osób,
– twórczość ludowa 2.020 osób.
Łącznie: 62.423 osób.

Warto zapamiętać te liczby, bo niedługo znacząco wzrosną. Ten, kto pracować nie chce, zacznie uprawiać np. twórczość ludową, osiągać niskie dochody (warunek dopłaty), a żyć dalej z pracy na czarno. W nagrodę dostanie dopłatę składek, jak przy pensji minimalnej. No i oczywiście preferencje podatkowe (przy umowie o dzieło, koszty uzyskania przychodów mogą sięgnąć 50%). Przecież to jest jakieś szaleństwo (zwłaszcza architekci) i zachęcanie do zejścia do szarej strefy. Czas na wskazanie założeń (cytaty pochodzą ze strony z rozszerzeniem .gov.pl).

„W sprawie statusu artysty zawodowego orzekać ma Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, zwane dalej „CEiPA”, powstałe w wyniku przekształcenia Centrum Edukacji Artystycznej, które funkcjonuje obecnie na podstawie rozporządzenia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z dnia 27 marca 2019 r. w sprawie specjalistycznej jednostki nadzoru (Dz. U. z 2024 r. poz. 329). Decyzja wydawana będzie jednak w oparciu o opinię środowiska artystycznego, uczestniczącego w tym procesie w ramach Komisji Opiniującej.” Czyli jak śpiewał Kult „Komisja zadecyduje, kto dziś otrzyma weryfikacje”, wracamy do PRL-u.

„Artysta zawodowy będzie mógł uzyskać prawo do dopłaty, jeśli będzie posiadał ostateczną decyzję administracyjną stwierdzającą nabycie statusu artysty zawodowego, a jego dochód osiągany w 3 poprzednich latach podatkowych nie przewyższa średniorocznie 125% wynagrodzenia minimalnego w roku złożenia wniosku, oraz w każdym z poprzednich 3 lat podatkowych osiągnął dochody z związku z wykonywaniem zawodu artystycznego.” Czyli – ukrywaj dochody, pracuj na czarno, a my opłacimy ci składki. Pod warunkiem, że jesteś artystą, bo szewc musi płacić, nawet gdy w ogóle nie osiąga dochodu.

Nie wierzycie? Projekt macie tutaj: https://legislacja.gov.pl/docs//2/12397303/13124561/13124562/dokument715625.pdf

A jego skutki? Pierwszy – drastyczny wzrost liczby artystów. Drugi – spadek ich dochodów poniżej progu. Trzeci (najważniejszy) – dalsza erozja ubezpieczeń społecznych. Jeżeli nie przekonały Cię liczby, które regularnie publikuję, popatrz tylko na system. Prezes ZUS i jego płatni doradcy opowiadają, jak przedsiębiorcy zaniżają składki i dostaną niskie emerytury, a tutaj – w ogóle nie musisz nic płacić, a emerytura wpada. Lepiej niż w KRUS. Kiedy za parę lat przejdę na FIRE, kupicie moje fujarki z drzewa lipowego, albo zobaczycie na rynku w Kazimierzu Dolnym, grającego disco polo zmiksowane z muzyką Chopina, zbierającego kasę do czapki.  Praca etatowa to kiepski interes.

Na koniec parę mądrości MKDiN z wywiadów, gdy próbowała bronić swojego pomysłu:

  • do muzeów też mamy przestać dopłacać?
  • jestem Ministrem Kultury to walczę o ludzi kultury,
  • o przyznaniu dofinansowania zdecyduje 145-osobowa komisja. Nie wyznaczyliśmy żadnych kryteriów „sztuki”, bo komisja wie najlepiej.

Oceńcie, czy te argumenty Was przekonały. Mnie niekoniecznie.

 

Czy stać Cię na mieszkanie we Wrocławiu? Opisuję swój zakup dla syna.

Jeden syn dostał mieszkanie, kiedy poszedł do pracy w innym mieście. Teraz czas na drugiego, ponieważ ma poważne plany matrymonialne. Jak zwykle, podszedłem do sprawy metodycznie. Ustalając must have i to, z czego możemy zrezygnować.

Must have:

  • nie mniej niż 2 pokoje,
  • lokalizacja 20 minut tramwajem od Uniwersytetu (Rynku),
  • nie na terenach, które ucierpiały w powodzi,
  • do 2 piętra (mieszkania zlokalizowane wyżej będą tanieć, albo wolniej drożeć, w miarę starzenia się społeczeństwa),
  • cena do 0,5 mln na gotowo.

Do dyskusji:

  • brak konieczności remontu,
  • wielkość pokoi,
  • rok budowy bloku.

Poszukiwania chwilę trwały, bo albo było za drogo, albo za wysoko, albo nie takie miejsce. Ale w końcu, przybyłem, zobaczyłem, kupiłem.

I teraz czas na odpowiedź na tytułowe pytanie. 45 m2, 3 pokoje = 402 tys. zł. Blok PRL, niski parter, ale za to 100 m od Pl. Powstańców Śląskich (i znanego wszystkim Sky Towera). Brak konieczności natychmiastowego remontu (aczkolwiek go zrobię), łatwe do wynajmu i sprzedaży. Wady? Nowe nie jest, małe dwa pokoje, a i trzeci nie powala na kolana. Wszystkie jednak dopuściłem i właśnie rozpocząłem szukanie najemców.

Wróćmy jeszcze do ceny. 450 tys. zł (z kosztami zakupu i odświeżenia, bo nominalnie 402k). Żeby kupić podobnej wielkości w nowym bloku, musiałbym wydać: 800 tys. na Nowym Dworze, 1 mln w centrum. Przyjęte rozwiązanie gwarantuje więcej sensu (tym bardziej, że poprzednie kupiłem drugiemu prawie 4 lata temu, ale na tyle tanio, że widać różnicę).

A za ile da się je wynająć? Biorąc pod uwagę ceny wrocławskie ok. 3000 zł. Gdyby wynajmować pojedyncze pokoje, byłoby „na czysto”. Jako całość – trzeba odliczyć 400 zł czynszu i podatek. ROI=8% (na pokoje). Całkiem nieźle.

Po co nam fundusz awaryjny?

O funduszu awaryjnym aka poduszce finansowej, czyli szybko dostępnym kapitale w wysokości 6 miesięcznych wydatków, opowiem Wam w sposób nietypowy. Nie będzie moralizowania (prawie), tylko konkrety. Przykłady.

Gdy popsuje się pralka, nie zaciągasz kredytu. Ile razy widziałem ten scenariusz – rodzina z dochodami w okolicach średniej i nagle następuje niespodziewany wydatek. Psuje się samochód, pralka, trzeba zostawić pewną kasę u dentysty. Wynik? -2000 zł w portfelu. Ale niewiele „typowych” rodzin posiada w budżecie luz w wysokości kilkunastu procent budżetu. Czym pokryć deficyt? Dostępna jest tylko jedna metoda – kredyt, czyli:

  • obniżanie przyszłych budżetów o kwotę raty,
  • płacenie odsetek (nie zawsze),
  • ryzykowanie grubej wpadki, gdy w przyszłym miesiącu popsuje się coś innego.

W typowej rodzinie szybko z -2000 zł na pralkę robi się -6000 zł. I koszty rosną, zwłaszcza jeśli dziury łatamy kartą kredytową.

Fundusz awaryjny daje nam luz „brania z oszczędności”. W typowej rodzinie finansowych planistów (dwie średnie krajowe dochodu, wydatki ok. 9000 zł/m-c), poduszka finansowa wyniesie 54.000 zł (6 x 9000 zł), podebranie 6000 zł, niewiele zmieni. Kredyt 6000 zł przy budżecie 13.000 zł dochodu i 13.000 zł wydatków, wymaga kombinowania i często staje się początkiem problemów.

Śpisz spokojnie. Znaczna grupa Polaków ma podobno ujemną wartość netto (majątek – zobowiązania). Aż 46% nie posiada oszczędności wyższych niż 30 tys. zł. Znając matematykę, pewnie w grupie 40- wynik pozostaje sporo gorszy. W takich warunkach, nawet drobne zachwianie równowagi, uruchamia kostki domina. Kto ma świadomość kruchości podstaw, czasem nie śpi po nocach. Dysponując oszczędnościami równymi 6-miesięcznym wydatkom nie mamy tego problemu. Snu nic nam nie zakłóca, bo wiemy, jak przeskoczyć drobne zawirowania, a i z grubszymi sobie poradzimy. A zdrowy sen pozwala żyć dłużej i ciekawiej.

Niespodziewana utrata pracy, nie wywraca Ci życia. Powiedzmy sobie szczerze, nagła strata źródła dochodu do przyjemnych nie należy. Amortyzacja upadku w postaci np. 3-miesięcznego okresu wypowiedzenia, niewiele zmieni. W końcu to tylko 3 miesiące od katastrofy finansowej. Zupełnie inaczej wygląda nasze życie, gdy wydłużamy czas na znalezienie nowego zajęcia do 9 miesięcy (a biorąc pod uwagę pary – nawet sporo więcej). A pracujący na czarno? Świeżo zatrudnieni? Tutaj wyglądamy jeszcze gorzej. 0 miesięcy dzieli nas od katastrofy, wywrócenia życia, przed którym przestrzegam. Dodatkowe pół roku, daje nam bezcenny czas na ponownie poukładanie spraw finansowych.

Odnosisz zwycięstwo na prywatnym Campo di Fiori. Moje pokolenie katowano w liceum wierszem Czesława Miłosza „Campo di Fiori”, w którym poeta zestawia śmierć Giordana Bruno i getta w Warszawie, w zasadzie obok toczącego się życia, zwykłych ludzkich spraw. I my mamy swoje prywatne klęski na tym polu. Ktoś milczał, bo „pilnował własnego nosa”, nie stanął w obronie krzywdzonego, ba nawet nie wsparł go dobrym słowem. Częste w korporacji. Dlaczego? Patrz poprzedni punkt – ponieważ niespodziewana utrata pracy wywraca życie, a na to w świecie powszechnych kredytów pozwalają sobie nieliczni – właśnie tacy, którzy dysponują pewną niezależnością, wynikającą z poduszki finansowej. Ten interpretowany przez polonistę wiersz wrócił do mnie, gdy słyszałem śmiech kolegi, który planował wakacje za nagrodę otrzymaną za rozjechanie dawnego kumpla. I spokojnie mogłem mu tę nagrodę symbolicznie wepchnąć do gardła, publicznym (albowiem sprawa rozgrywała się w grupie) dopowiedzeniem drugiej części historii znanej akturat nielicznym. Otóż ten niszczony – dostał w pracy zawału serca i przebywa na długim zwolnieniu, prawdopodobnie z tego powodu (dezorganizacja pracy) zostanie zwolniony, a wyobraźcie sobie człowieka, który całe życie wykonywał proste prace biurowe, szukającego nowej roboty w wieku 55+ i po przebytym zawale (długie L4 w świadectwie pracy). I tutaj wraca nam poduszka finansowa. Mogłem sobie pozwolić na komentarz głównie dlatego (pomijam różnice indywidualne we wrażliwości), że dysponuję oszczędnościami. Wielu w tej sytuacji nie otworzyłoby ust, nie z powodu braku odwagi, albo podobnych myśli, ale ponieważ bliższe im dobro własnych dzieci niż sprawiedliwość. Niektórzy na komfort honorowej odmowy uczestnictwa linczu pozwolić sobie nie mogą, muszą przełykać upokorzenia, albowiem ich „poduszka finansowa” po 30 latach pracy wynosi … 15 tys. zł, przy miesięcznych wydatkach 25k. Warto to zmienić. 6-krotność budżetu to minimum funduszu awaryjnego.

O inwestowaniu. IPO i debiut SpaceX. Świetne studium przypadku.

Miałem zacząć pisać o inwestowaniu od lipca, ale zacząłem w czerwcu, bo pojawiła się gratka. Kiedy Elon Musk zapowiedział ustąpienie części akcji SpaceX rynek finansowy oszalał. Pomimo, że na rynek weszło poniżej 5% walorów, ludzie i firmy ruszyli do podmiotów prowadzących emisję. Sprzedano akcje za 135 USD. Debiut giełdowy następił z kursem ok. 150 USD. Ludzie i firmy zarobili szybko kilkanaście procent, wprowadzono duże redukcje, Musk stał się zdecydowanie najbogatszym człowiekiem świata. Nie wszedłem w to, co więcej osobiście odradzam zakup, a nawet uważam go za świetny przykład jak nie należy inwestować. Zaczynamy.

Pytanie nr 1. Czy rozumiem biznes?

SpaceX zajmuje się trzema segmentami: połączeniami satelitarnymi (słynny Starlink), AI+Twittera, oraz technologiami kosmicznymi (satelity, plany kolonizacji Marsa, rakiety). Idę o zakład, że z tych trzech większość z „inwestorów” rozumie model Starlinka i może Twittera. Ocena powodzenia konkretnej AI, jak i podbój kosmosu, kompletnie nam nie wyjdzie.

W efekcie, odpowiedź negatywna.

Pytanie 2. Jak wyglądają współczynniki finansowe?

Szczerze mówiąc, fatalnie. Zarabia jedynie Starlink (4.4 mld USD zysku operacyjnego przy przychodach 11 mld USD przychodów). Jest to biznes mega rentowny, a liczba subskrybentów wzrosła o 400% na przestrzeni nieco ponad 2 lat. Nadal nie oszałamia (10 mln).

Segment AI+Twitter, generuje straty 3.2mld USD, przy przychodach 6.4 mld.

Segment kosmiczny wygląda niewiele lepiej. 4.1 mld USD przychodów przy 650 mln straty.

W tej sytuacji wskaźnik cena/zysk pozostaje ujemny, a przy przychodach 18.3 mld USD i kapitalizacji ok. 1.7 mld z IPO mamy cena/przychód na poziomie ok. 92 (w trakcie debiutu giełdowego przebito 100). Microsoft ma te wskaźniki na poziomie zysk: ok. 120 mld/rok przychody 330 mld/rok, C/Z 23, cena przychody 63.

Czy to w ogóle ma sens? Moim zdaniem kompletnie nie. Wyceny spółki pozostają absurdalnie wysokie w relacji do wyników. Nawet, gdyby pominąć brak zysku, wycena poszybowała w kosmos. Jedyny rentowny biznes to Starlink i gdyby brać pod uwagę tylko jego wyniki byłby gorszy od Microsoftu. C/Z wyniosłaby 386, a cena/przychody 965. Pozostałe segmenty to wielka niewiadoma. AI wydaje się bardzo konkurencyjna, a segment kosmiczny niepewny (jeśli na rynek wejdą państwa, inwestycja roczna 3 mld USD, potężna dla firmy, wyda się śmieszna).

Znowu – odpowiedź negatywna.

Pytanie 3. Czy akcje są tanie?

Nie, w stosunku do rynku i wszystkich wyliczeń spółka jest zadłużona, osiąga fatalne wyniki finansowe (z wyjątkiem Starlinka), a wyceny szybują nomen omen w kosmosie. Dość powiedzieć, że przy przychodach 1/16 Microsoftu akcje wycenia się wielokrotnie wyżej. Akcje są horrendalnie drogie. Nawet patrząc na możliwą dynamikę zysków, żeby C/Z osiągnęły relacje jak Microsoft, spółka musiałaby mieć 90 mld zysku rocznego. Wymagałoby to dynamiki niespotykanej w historii.

Odpowiedź negatywna.

Pytanie nr 4. Czy założyciel ma akcje i czy jest zdeterminowany oraz stabilny?

Elon Musk budzi moje mieszane uczucia. Z jednej strony ma wyjątkową rękę do zakładania biznesów i sam w nich uczestniczy (zachował kontrolę). Z drugiej….to niestabilny świr, który jednym wpisem na X potrafi wywołać panikę na akcjach. Jeśli popatrzmy na jego główne firmy, no cóż, bardzo nierówno.

Tesla po wielu latach nie podbiła rynku w stopniu, który zapowiadała (zdominowanie wszystkich innych firm samochodowych). Sprzedała w 2025 r. ok. 1.640 mln samochodów, podczas gdy lider rynku 11 mln, a 10-ty na liście (3,3 mln). Daje jej to 17-te miejsce z perspektywą wypadnięcia do trzeciej dziesiątki (za nią czai się chińska koalicja). Nawet na rynku elektryków jest obecnie druga (pierwsze BYD). Cena/zysk po wielu latach prowadzenia biznesu (dzisiaj nazwałbym go „ugruntowanym”) dalej budzi śmiech wynosząc prawie 400. Cena przychody to ok.7, przy średniej w branży 1-2.

Starlinka – omówiłem. Podobnie jak Twittera/Groka oraz biznes kosmiczny.

Mówiąc krótko, więcej obiecuje niż daje akcjonariuszom. Wynik pół na pół.

Pytanie 5. Czy spółka ma konkurencyjną przewagę?

Buffet nazywał ja fosą. W Starlinku – tak, w pozostałych częściach – nie. Grok i Twitter mocno konkurują z innymi firmami ze swoich dziedzin (media społecznościowe, AI) i wcale nie zwyciężają. Technologie kosmiczne SpaceX wyglądają imponująco, ale przy potencjale państw, nakręcającym wyścig zbrojeń, trudno mówić o fosie.

Wnioski.

Już te 5 pytań, klasyka inwestorów fundamentalnych przesądzają, mamy do czynienia z wykorzystaniem momentu – bańką. SpaceX może i zarobi w przyszłości pieniądze, ale posiada mocne zadłużenie, generuje ogromne straty i w zasadzie ma szanse na bycie „silnym przeciętniakiem”. W dodatku sytuacja globalna wymusza wniosek o chińskiej dominacji w sektorze technologii oraz silnych tendencjach ograniczenia wolnego handlu. W takim świecie SpaceX może i zawalczy na rynku amerykańskim (pewnie i europejskim), natomiast tzw. kraje rozwijające się zwiążą się z kapitałem chińskim (znacznie niższe koszty).

Skoro jest tak słabo, dlaczego ludzie rzucili się na akcje? Miraż zysku, chciwość, czy jak to tam nazwiecie. IPO zwykle się udają. Tutaj przy funkcjonujących w obrocie 560 mln akcji, pierwszego dnia handlowano …. 580 mln (część zmieniło właściciela wielokrotnie stąd wynik ponad 100%). Czysta spekulacja.

Kto więc zarobił? Najpierw sam Musk. Potem pracownicy spółki (dostawali tanie akcje, ale nie mogą ich jeszcze sprzedać), banki, firmy inwestycyjne.

Oczywiście, kurs może dalej rosnąć, ponieważ nic go nie ogranicza (odzwierciedla nastroje rynkowe). Natomiast do ocenienia SpaceX jako firmę wartą zauważenia przy „inwestycji w wartość” jeszcze droga daleka.

3 mity o zasiłkach chorobowych.

Umieszczenie zasiłku chorobowego w przegródce „socjal” skłoniło mnie do napisania o 3 mitach związanych z tym świadczeniem.

Mit 1. Zasiłek chorobowy to socjal.

Zacznijmy od definicji socjalu – świadczenie niepowiązane ze składkami. Czyli nie zapłacisz, a dostaniesz. Tymczasem w zasiłku chorobowym każdy zatrudniony buli te 2.45% od wynagrodzenia. I teraz policzmy. Jeżeli świadczenia wynosi 80% pensji, a wpłata na fundusz chorobowy prawie 30% pensji rocznie, wpłacona kasa wystarcza na ok. 2 tygodnie chorowania/rok. Zakładając zatrudnienie 40 lat, każdy z nas ma do „wychorowania” 80 tygodni. Ponieważ ludzie młodzi przebywają na L4 mniej, załóżmy – 1 tydzień do 45 r.ż. i 3 tygodnie po 45 r.ż. Jeżeli mieszczę się w tych granicach (a tak jest) systemu nie wykorzystuję. Powyżej – biorę socjal. Kiedyś miałem całe lata bez L4, moja długoterminowa średnia nawet nie zbliża się do 2 tygodni.

Mit 2. System zasiłkowy wykorzystują białe kołnierzyki.

Cytowana przeze mnie czasem firma Conperio podaje prosto – niebieskie koszule biorą 2 razy więcej L4 niż białe. Robotnik 2-krotnie więcej od pracownika biurowego w tej samej firmie. Wynik 15 dni kontra 30 dni przy tej samej składce. Do tego wśród robotników znacznie więcej jest zwolnień wykorzystywanych niezgodnie z celem na fuchy, pomoc w polu itp. Dlaczego? Ponieważ L4 białego kołnierzyka nie odejmie mu roboty (po powrocie musi lwią jej część i tak wykonać), a pracownikowi przy taśmie już tak.

Mit 3. Pracodawca traci na długich L4 pracownika.

Kolejna nieprawda. Powyżej pewnej liczby dni L4 przejmuje ZUS. Długie zwolnienia pozwalają pracodawcy obniżyć koszty pracy. Od L4 nie płaci składek. Wiele razy słyszę od dyrektora finansowego „długie zwolnienia to wyższe nagrody”. Niech ludzie łamią ręce i nogi, niech idą na psychiatryczne, zachodzą w ciąże wtedy firma zaoszczędzi. Dlatego pracodawcy kalkuluje się mobbing – 6 miesięcy psychiatrycznego oznacza czysty zysk. Firma traci tylko na kimś kto weźmie 3 dni, gdy się przeziębi.

Gdyby ktoś podarował mi mieszkanie. Opowieśc o pragnieniach młodych i możliwościach starych.

Tytułowe słowa, wypowiedziała pewna dwudziestolatka rodziców z klasy średniej, gdy w jej obecności opowiadałem o planach zakupowych dla syna. Nie stanowi wyjątku, lecz regułę. W moim otoczeniu (dorabiająca klasa średnia 45-55) tylko znikomy procent kupuje/planuje kupić dziecku mieszkanie. Niektórzy młodzi (czyli dzieci pięćdziesięciolatków) reagują roszczeniowością, inni, tylko westchnieniem. Gdzie jednak leży prawda?

Moim zdaniem – pośrodku, i tutaj leży przestroga dla kolejnych pokoleń.

Z jednej strony, biorę klasę średnią 45-55 w obronę. Wielu z nas doświadczyło niesamowitego zwrotu akcji, związanego z rolą wykształcenia. Za komuny, dobry majster, zarabiał tyle co inżynier. Miał też sporą możliwość dorabiania „fuchami”. Czas „Planu Balcerowicza” i kolejne 25 lat, przyniosły zmianę. Zmieciono i spauperyzowano robotników. Do rangi mega zalety wyniesiono wyższe wykształcenie. Można było skończyć filozofię i zostać kierownikiem działu VAT w Urzędzie Skarbowym lub w korpo. Liczyły się literki mgr. Stąd moi rówieśnicy i młodsi z rozpędu inwestowali w wykształcenie kolejnego pokolenia. Z różnym efektem. Jeśli zaciskaniem pasa, korkami, wykształcili programistę, lekarza, ok – uznawano to za sukces. Nawet jeśli ceną był brak możliwości kupienia mieszkania. Udało się, dzisiaj dzieci w okolicach 30-tki powyżej średnich krajowych, ale na mieszkanie muszą sobie zarobić sami, bo niestety rodzicom nie starczyło. Moi znajomi, pompowali kasę w dwie córki, które do pewnego momentu spełniały ambicję, potem niestety przyszedł kryzys. I nie będzie ani pensji, ani mieszkania. Mówię tutaj o rodzicach dorabiających i zarabiających 5 średnich krajowych/rodzinę czyli 2 razy więcej niż moja żona i ja.

Niektórzy (w tym ja) przyjęli inną strategię. Gdy dzieci były małe, kupowaliśmy dla nich nieruchomości, które teraz oddajemy. Pomagał kredyt i planowanie. I tutaj leży pies pogrzebany.

Malkontenci powiedzą „Wam pomagali rodzice” i będzie to prawda, chociaż częściowa. Niejedna dobrze sytuowana rodzina nadal mieszka w domu rodziców/teściów. Niektóre opuściły piętro domku „dziadków” w okolicach 40-tki. 25 lat wstecz nie pomoc robiła różnicę, bo z mojego otoczenia 80% dostawało: mieszkanie, możliwość wykupu „komunałki”, działkę budowlaną, ziemię po dziadkach, wreszcie darmowy (za połowę opłat) dach nad głową w domu rodzinnym na 20-30 lat.

I tu dochodzimy do drugiej połowy prawdy. Dzisiaj taka postawa moich rówieśników to rzadkość. Mieszkanie na studia, w ich trakcie, lub bezpośrednio po dostaje może 10-20%. Stąd źródło roszczeniowości i westchnień. Bo jak to, rodzice dostali od dziadków a nam nie chcą kupić?

I dochodzimy do sedna. Znam sporo przypadków drastycznej deklasacji majątkowej. Rynek okazał się bezlitosny. Z 80% istotnie obdarowanych:

  • część zmarnowała (przehulała) własne mieszkanie i teraz wynajmuje,
  • część oddała je małżonkom po rozwodzie,
  • najliczniejsi – włożyli jako wkład własny w mityczny „dom” i do dzisiaj spłacają kredyt,
  • wszyscy – nie posiadają istotnych oszczędności.

Nie mają skąd wytrząsnąć pieniędzy na zakup dwóch mieszkań (wielu posiada dwójkę dzieci). Choćby młodzież sarkała, kwękała, musi wynajmować. Tym samym tworzy się zaklęty krąg najemców (w Niemczech 52%) i landlordów. Jedni biednieją, inni się bogacą (umieściłem na ten temat kilka wpisów z wyliczeniami).

Do tego dochodzi zanik umiejętności społecznych związanych z zakupem lokalu: analizy, targowania się, timingu. Kto przechodził cały proces wiele razy, podejmuje dobre decyzje, „rookie” głównie złe.

„Starzy” nie posiadają możliwości zapewnienia mieszkania „młodym” albowiem przerwali pewien cykl. „Młodzi” nie dadzą nic swoim dzieciom. Zaklęty krąg przeciętności i biedy. Pokażę go w liczbach.

Przypadek 1. Rodzice nie są w stanie pomóc. Młodzi mają 20 lat i jadą na studia do Wrocławia/Krakowa/Gdańska. Rodzice, jedni z przyczyn ideolo („sam się dorobiłem, więc syn też może”), drudzy finansowych nie kupują mieszkania. Trzeba wynajmować. Dzisiaj mamy następujące ceny – 1500 zł za pokój. Kończy się studia, idzie do pierwszej pracy – dajmy na to 5 k na rękę (w tych miastach to możliwe). Para wynajmuje 2 pokoje i płaci landlordowi (zwanemu czule w kręgach lewicowych „czynszojadem”) 3000 zł. Standard się poprawia, bo nie trzeba wspólnej łazienki czy kuchni. Przez 10 lat (5 na studiach, 5 po studiach) razem wyrzucili (wg dzisiejszej wartości pieniądza) – 360.000 zł na najem. Do tego rodzice przez 5 lat wydali na utrzymanie po 1500 zł/m-c. 1500 zł/m-c x 2 osoby x 60 miesięcy = 180.000 zł. W sumie 540.000 zł przejedzonych pieniędzy. Żeby je uzyskać, wielu młodych idzie do pracy. Pracuje całe studia i nadal nie ma nic.

Przypadek 2. Rodzice dają mieszkanie. Dokładnie taki sam układ, ale rodzice kupują mieszkanie. Zamiast płacić za pokój fundują trzy małe pokoje. W jednym mieszka dziecko z parą, dwa wynajmuje (za 2000 zł) i ma na utrzymanie, nawet z górką. Po studiach, nie musi wynajmować. Koszt? 0 zł.

Przypadek 3. Dwie pary rodziców dają mieszkanie. Ekstremum, chociaż możliwe. Młodzi wynajmują jedno mieszkanie za 3000 zł, w drugim dwa pokoje za 2000 zł. W sumie mają 5000 zł przy kosztach na poziomie 3000 zł. Zostaje im 2000 zł, rodzice nic nie dokładają, więc wynik po 5 latach wynosi +110.000 zł. W sam raz na wkład własny do zakupu kolejnej nieruchomosci po studiach, gdy przyjdzie pensja 2 x 5k =10k/m-c. Kula śniegowa rozpędza się.

Różnica pomiędzy przypadkiem 1 (najemca), a 2 (dostał mieszkanie od rodziców), okazuje się gigantyczna. 3000 zł x 12 miesięcy = 36.000 zł/rok. Praktycznie do końca życia. Dużo łatwiej budować nadwyżkę, dużo łatwiej myśleć o kolejnych zakupach. Trzeba, podobnie jak moje pokolenie, mądrze budować zamożność, a nie hulać, marnować przy rozwodzie, porywać się na drogi dom, który może stać się kulą u nogi.