Korporacje niszczą gospodarkę. Prezes wielkiej spółki o zmianie systemu wynagrodzeń.

Jeszcze całkiem niedawno wszystko było proste. Zatrudniałeś się w korpo, dostawałeś bardzo dobrą pensję i miałeś praktycznie gwarancję zatrudnienia (o ile podejmowałeś starania). Wszystko zmienił Jack Welch CEO GE, ze swoją teorią ciągłego wzrostu (zysk musi rosnąć w każdym kwartale) oraz pędem do fuzji. Wraz ze swoimi apologetami całkowicie zniszczył amerykańską gospodarkę, ponieważ wzrost zysków oznaczał jednocześnie przenoszenie miejsc pracy i zakładów produkcyjnych do Azji i zmniejszanie zatrudnienia w USA. Fuzje zaś kupowanie niezłych firm poza głównym biznesem (GE stało się podobne do koreańskich czeboli) a potem ponownie zwolnienia, szatkowanie i sprzedaż. Ale zaczęło się od dyktatu kwartalnego zysku.

Dzisiaj pogrobowiec Welcha – Philipp Navratil CEO Nestlé, ogłasza, że pensja pracownika zostanie uzależniona od zysku, który przynosi. Nie mówimy oczywiście o samej górze, bo Navratil zamierza brać pobory nawet w przypadku straty. W rzeczywistości – chodzi o to, żeby przykryć ogłoszoną w październiku akcja zwolnień 16 tys. pracowników (spośród 277 tys.), w tym 4 tys. przy produkcji, która ma kosztować 3 mld CHF. Ponownie – metoda Welcha. Nie da się ukryć, że zwolnienie 4 tys. pracowników produkcyjnych oraz 12 tys. biurowych, prawdopodobnie spowoduje spadek sprzedaży. Na razie kurs akcji wystrzelił. Podobnie było za Welcha, a potem przyszły grube kłopoty.

CEO zapominają bowiem starej prawdy Forda – płać tak dobrze, żeby Twoich pracowników było stać na produkty firmy. Potęga firmy produkcyjnej to ludzie, a nie tylko kapitał.

Ten sam trend widać na rynku IT w Polsce. W samym Krakowie ogłoszono kilka tysięcy zredukowanych miejsc pracy w tej branży. Pewnie pojawią się w Indiach, gdzie można płacić mniej. Czy dla firmy oznacza to zyski? Krótkoterminowo może tak. W długim terminie, nie. Nadeszła bowiem era egoizmu gospodarczego, zapoczątkowana przez Trumpa. Już w Polsce pojawiają się przedwojenne hasła „Swój do swego, po swoje” czyli „Kupuj polskie”. Korpo postępuje odwrotnie (stąd np. korniszony z Indii, czy ziemniaki z Maroka), narzucając producentom drakońskie warunki i stale podnosi ceny sprzedaży – skupuje paprykę po 50 groszy, żeby ją sprzedać za 5 zł. Jak to się skończy?

W pewnym momencie wydrenowane państwo musi zainterweniować. Widać tę optykę we wprowadzonym podatku bankowym. Ja także zmieniłem miejsce zaopatrzenia – warzywa i owoce staram się kupować na giełdzie, a nie w markecie.

Ale wracając do Nestlé. W Polsce kiedyś niekwestionowany czołowy sprzedawca kawy, powoli traci rynek na rzecz lokalnych palarni. Nic dziwnego, skoro 7g zapakowanej w plastik zmielonej Dolce Gusto (kapsułki) kosztuje 1,9 zł (Nespresso 2,1 zł), a taka sama ilość dobrej jakości, świeżo palonej kawy z lokalnej palarni 0,7 zł. Czyli płacimy trzykrotnie drożej za gorszy produkt. Tak korpo pompuje ceny i napędza inflację. A jeśli jednocześnie zwolni pracowników… No cóż, wpuszczenie amerykańskich i europejskich korporacji było ceną za wolność. Słoną ceną.

Książki, które przeczytałem w 2025 r.

Obiecany wpis byłby dość długi, gdybym wymieniał wszystkie pozycje – w 2025 r. przeczytałem bowiem 86 tomów. Od bardzo cienkich do liczących po 700-800 stron. Lista nie interesowałaby Was, stąd skupię się na kategoriach prawie ekonomicznych. Resztę podzielę na grupy:

  1. Przewodniki. Lubię czytać o różnych miejscach, które odwiedzam lub odwiedziłem -19.
  2. Historyczne -13.
  3. Biograficzne – 4.
  4. Beletrystyka, poezja, filozofia, Sándor Márai – 22.
  5. Produktywność – 5: Antyprokrastynacja, Powolna produktywność, Jak pracują wielkie umysły, Klub 5 rano, Paradoks produktywności.

I teraz nadchodzi czas na pozycje ekonomiczno-analityczno-wiejskie 23:

Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta. Natalii Sosin-Krosnowskiej. Chyba z 4-ty raz. Must have dla każdego, kto planuje przeprowadzić się na wieś.

Slow west wege. Katarzyna Kędzior. Książka kucharska plus opowieść o prowadzeniu agroturystyki.

Brudna robota. Kristin Kimball. O gospodarstwie i ekologii na amerykańskiej wsi.

Gęsiego. Marcin Wójcik. Historia dziennikarza, który postanowił zamieszkać na wsi.

Powrotnicy, Miastowi – dwie przeciwstawne opowieści o radościach życia na wsi i… konieczności powrotu.

Nomadland, Biedni w bogatym kraju, Hand to mouth, Za grosze. Cztery pozycje pokazujące USA w innym świetle – najbogatszego kraju Trzeciego Świata.

Cześć pracy – podobna opowieść o bullshit jobs w Polsce.

Adwokaci – bieżąca rzeczywistość tego prestiżowego zawodu, plus sporo smaczków obyczajowych.

Pieniądze albo życie. Playing with FIRE. Meet the Frugalwoods. The millionaire teacher. Klasyka ruchu FIRE i nowe pozycje z tej tematyki.

The man who quit money. Offline. Dwie ważne książki o życiu bez pieniędzy i technologii. Druga wydana po polsku.

Quit like a millionaire. The automatic millionaire workbook. The automatic millionaire. Jednominutowy milioner. Dla każdego, kto szuka inspiracji, dochodu pasywnego i automatyzacji.

Jak kontrolować swoje finanse. Sylvia Lim – najlepsza i prosta o planowaniu finansowym. Mam ją 17 lat i ciągle wracam.

Ekonomia współdzielenia. Kolejne absurdy inżynierii społecznej.

Mieszkanie można wynająć. Podobnie auta. Tego byłem świadomy? Ale, że telefon? Jakie ma to długofalowe skutki?

Jesienią wpadłem do marketu elektronicznego po kabel HDMI do nowego komputera (Mac mini za 2500 zł). Węsząc upselling sprzedawca zaproponował mi … wynajem telefonu. W wielkim uproszczeniu – biorę flagowy model, płacę 1/35 ceny miesięcznie. Czyli dysponuję ciągle nowym flagowcem, nigdy go nie mając. Jak to wygląda ekonomicznie?

Wynajem. Wybieram flagowca od Samsunga (S25+). Cena początkowa 4700 zł. Rata 136 zł przez rok. Potem biorę nowy. Zero problemów. No cóż, nie do końca. Trzeba przenosić dane i … wychodzi drożej. Albowiem zakup:

Zakup. 4700 zł. Telefon starcza mi na 6 lat (po pięciu latach wymieniłem baterię za 350 zł). Ile to miesięcznie? 65 zł, ca. 50% mniej. Wady? Jedna. Sześć lat z jednym aparatem. Dla zwolenników wiecznej nowości – zbrodnia.

Teraz czas na inne dobra. Mieszkanie. Warunki Wrocławia. 550 tys. zł na kupno, 3000 zł wynajem, 3500 zł rata (plus 110 tys. zł wkładu własnego). Co jest lepsze?

Część nie ma żadnego wyboru – ponieważ nie posiada zdolności kredytowej na taką sumę. Można się przeprowadzić do Strzegomia, ale nie o to tym razem chodzi. Wróćmy do tych, którzy wybierają:

  • rata 3500 zł (plus nazbierać na wkład własny),
  • wynajem 3000 zł, a 110.000 zł niech sobie pracuje.

Zwolennicy „ekonomii współdzielenia” powiedzą – najem jest tańszy, wygodniejszy, elastyczniejszy. Inni policzą.

Zalety wynajmu. 6% od 110.000 zł wynosi 6600 zł/rok czyli 550 zł miesięcznie. Dobrze mieć taki dodatkowy dochód i poduszkę w jednym. Do tego jesteśmy 500 zł do przodu miesięcznie. Razem 1050 zł/m-c. Nie do pogardzenia. Nikt nie trzyma nas na miejscu, możemy sobie zmieniać, dostosować do warunków.

Tak powiedzą krótkodystansowcy (i Ci, którzy pragną sprzedać nam najem). Powoli przekonują się o tym ludzie młodsi ode mnie o 5-9 lat. Oni wierzyli takim opowieściom. Gdzie dzisiaj są po 15 latach płacenia za najem? Dokładnie w punkcie wyjścia. Czy na pewno? Nie. Są 15 lat do tyłu. Dlatego rozważmy 3 scenariusze.

Scenariusz 1. Historyczny. W ciągu 15 lat inflacja skumulowana ok. 75%, wzrost cen mieszkań o 100%, wzrost cen najmu 75%. A więc, gdyby się powtórzył, w 2040 r. mielibyśmy wynajmując: 227 tys. zł gotówki (procent składany) – to nasz majątek netto, cenę mieszkania 1,1 mln, ratę kredytu nowego 6000 zł, ratę najmu 5250 zł. A gdybyśmy dzisiaj kupili? No cóż, mamy mieszkanie obciążone kredytem w 25 % (czyli spłaciliśmy ok. 1/3 kapitału kredytu i włożyliśmy 20% na start), majątek netto ca.825 tys. zł, miesięczne koszty 3500 zł (z przejściowymi zawirowaniami od 2000 – 4000 zł, ale nadal sporo mniej niż 5250 zł). Ten scenariusz pokazuje dokładnie to, czego doświadczyli millenalsi słuchając pokątnych doradców w 2010 r. Gdyby wtedy kupili, dzisiaj zamiast 120 tys. zł gotówki, mieliby 410 tys. zł majątku netto w wartości mieszkania. I ratę na poziomie z 2010 r. czyli 1500 zł, a nie 3000 zł za najem.

Scenariusz 2. Pesymistyczny. Wszystko stoi, spadło oprocentowanie lokat i skumulowana inflacja do 20% przez 15 lat. W takim przypadku, rok 2040 przyniósł dzisiejszym młodym:

  • wariant wynajmu – majątek 160 tys. zł (zrobione ze 110 tys. zł), wysokość czynszu – stałe 3000 zł,
  • wariant zakupu – majątek 260 tys. zł (20% wkładu i 1/3 spłaconego kredytu), wysokość raty 3000 zł (przy tak niewielkiej inflacji, raty najprawdopodobniej spadną).

Scenariusz 3. Pośredni. Inflacja skumulowana 50%. Wzrost wartości mieszkań – 50%. Wzrost czynszów 50%. Ponownie przeliczmy.

  • wynajem – majątek 190 tys. zł (ze 110 tys. zł), czynsz 4500 zł.
  • zakup – majątek 535 tys. zł (260 tys. zł jak w wariancie 2 + 275 tys. zł wzrostu wartości), rata 3500 zł.

Patrząc nawet na scenariusz pesymistyczny (stagnacji), widzimy przewagę zakupu na przestrzeni 15 lat. Może na bieżąco będzie taniej z najmem, ale majątek gromadzimy kupując. A opisuję najgorsze 15 lat. Ponieważ „sprzedawcy wynajmu” nie pokazują Wam innych danych – tych dotyczących dochodów i emerytury. Otóż patrząc na dochody w grupach wiekowych widzimy dwie prawidłowości – ostre wyhamowanie po 45 r.ż. (krótko mówiąc 50-latek zarabia z pracy mniej niż 45-latek), oraz planowaną emeryturę na poziomie 30% ostatniej pensji. Co się dzieje w tych 3 scenariuszach na emeryturze? Mamy rok 2055 – proszę bardzo:

Scenariusz historyczny. Kredyt spłacony – koszty kredytu wynoszą 0 zł. Koszty najmu? 10.000 zł (nominalnie, realnie to ok. 3000 zł dzisiejszych). Wysokość emerytury 10.000 zł (znowu nominalnie ok.3000 zł obecnych). Krótko mówiąc – 100% emerytury przeznaczamy na wynajem we Wrocławiu. Czas na przeprowadzkę na wieś.

Scenariusz pesymistyczny. Kredyt już spłacony – koszty kredytobiorcy 0 zł. Koszty najmu. 3000 zł, a więc dzisiejsze 1600 zł. Emerytura 3000 zł. Już lepiej, ale nadal właściciel ma przewagę.

Scenariusz pośredni. Także w tym wariancie, kredytobiorca zakończył płatności. Najemca płaci 6700 zł (dzisiejsze 3000 zł). Emerytury dostanie ok. 6700 zł. Znowu – zapraszamy na wieś.

Czy nie przesadzam? Nie. Co więcej obserwuję ten proces w rodzinie. Mam już emerytów z grona boomerów, którzy w pewnym momencie (rozwody) zostali bez mieszkania i rozpoczęli wynajem, zamiast kupić. Wiecie co się stało? Pracują, dopóki mogą, na razie mogą. Potem przyjdzie im przenieść się w tańsze regiony. A oni jeszcze mieli przyzwoitą stopę zastąpienia (czyli ich emerytura przekracza o 20-30% czynsz najmu w mieście z TOP 5, na razie są też w parach). 45-latkowie obudzili się z przysłowiową „ręką w nocniku”. Oni przynajmniej liczą na spadek. Prawdopodobnie przed 65 r.ż odziedziczą wystarczająco dużo, aby kupić coś małego na skraju metropolii.

Na koniec, nasuwa się jedno pytanie, czy istnieje jakikolwiek scenariusz, który zapewniłby wygraną najemcom? No cóż, gdyby państwo zabrało się ostro za mieszkalnictwo komunalne (czyli budowało po 1,5 mln mieszkań na wynajem rocznie), czynsze realnie spadną, wtedy spadną i ceny. Szansa na realizację? 2%. Ale nawet wtedy na emeryturze płacenie czynszu w wysokości dzisiejszych 1500 zł może się okazać zabójcze. Bo kredytobiorcy zapłacą równe 0. I coś zostawią następnemu pokoleniu.

Weźmy jeszcze pod uwagę scenariusze demograficzne. Obecnie rysują się tak: liczba ludności PL spada o 20-30% w ciągu 40 lat. Wieś i małe miasta, zwłaszcza na kresach wyludnia się, a realne ceny nieruchomości spadają drastycznie. Pojawiają się miliony pustostanów i „domy za 1 zł”. Tam też da się tanio wynająć (nawet ostatnio rozmawiałem o ofercie „wynajmu domu murowanego trzypokojowego za 500 zł” w wiejskiej okolicy 60 km na północny wschód od Lublina). Wtedy na emeryturze dostajesz alternatywę.

Jeśli nie będzie Cię stać na zakup/wynajem we Wrocławiu (Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu) jest dla Ciebie jakiś ratunek. Wybierasz mniejsze miasto/wieś i mniejszą ratę. Wtedy Twoje możliwości wzrosną.

Kiedy kapitał inwestycyjny może zastąpić etat?

Średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw wyniosła ok. 8400 zł brutto. Jeśli weźmiemy pod uwagę pensję „na rękę” mamy ok. 6000 zł. Zakładam, że z takich pieniędzy, spokojnie da się żyć. Więcej, wiem to.

W tym wpisie zamierzam pokazać, jak duży trzeba mieć kapitał inwestycyjny, aby zastąpić nim etat z przeciętną pensją. Obliczenie wydaje się proste.

6000 zł x 12 miesięcy = 72.000 zł. Jeśli umiemy uzyskać stopę zwrotu netto 8 %, potrzebujemy ok. 900.000 zł, żeby przestać pracować. Gdybyśmy chcieli bardziej konserwatywnych wskaźników (reguła 4%) – nawet 2 razy więcej 1.800.000 zł. W ten sposób wyjaśniliśmy sobie, dlaczego tak dużo osób nadal pracuje. Nie dysponują aktywami o takiej wartości.

Pójdźmy jednak dalej. Wyobraźmy sobie, że z każdych 400 tys. zł kapitału obrotowego firmy możemy „wycisnąć” miesięcznie 10 tys. zł minus podatki (czyli de facto – 40%, a więc 6.000 zł). Kwota zmniejsza się o połowę, lecz jednak musimy coś robić. Kapitał obrotowy, jak sama nazwa wskazuje, musi się obracać, czyli pracować. Nie każdy wymyśli taki biznes, nie każdy potrafi go prowadzić. Pokazuję tylko drogę. Takie życie okaże się z pewnością łatwiejsze niż codzienne wstawanie do roboty.

Inwestowanie w ETF-y. Różnice kursowe i wnioski.

Pamiętacie ostatni wykres indeksu S&P500 za rok od 1 listopada 2024 do 31 października 2025?

Przypominam: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0

To teraz patrzcie na wykres samego ETFa – Multi Units Luxembourg Lyxor ETF S&P 500 (ETFSP500.PL) https://stooq.pl/q/?s=etfsp500.pl&c=1y&t=l&a=lg&b=0

Troszkę inaczej? Mega inaczej, bo nie jesteśmy w USA.

  1. Wzrost wyniósł niecałe 10% (zamiast prawie 20%) z 240 do 262 pkt.
  2. Maksymalny spadek wyniósł 20% (z 250 pkt do 200 pkt).
  3. Indeks wrócił na maksima z listopada 2024 r. dopiero w październiku 2025 r. a nie na lutowe w lipcu 2025 r.
  4. Krótko mówiąc przez większość okresu traciliśmy.

I to porównanie powinno nas wyleczyć z przekonania, że „ETF-y to jedyne bezpieczne i zyskowne inwestycje”, jak przekonuje wielu guru. Nigdy, ale to przenigdy nie zapomnijcie o zabezpieczeniach. A jak porównacie z wynikami spółek, wręcz zapłaczecie. Dlaczego? Ponieważ:

  1. Indeks uśrednia spółki.
  2. Indeks wygrywa ze słabymi spółkami (tzn. złe spółki ciągną w dół indeks i obniżają jego wyniki).
  3. Dobre spółki pokonują indeks.
  4. Kurs walutowy to często ryzyko (a nie zawsze stabilizacja).
  5. Fundusz indeksowy z ryzykiem kursowym może osiągać kiepskie wyniki nawet przy maksimach giełdowych.
  6. Ważne są akcje i moment wejścia/wyjścia.
  7. Uśrednianie kursu często nic nie daje, bo i tak możemy nie kupić na spadkach (w S&P500 USD już to opisałem, ale w ETF-ie też to widać: początek marca 222, początek kwietnia 220, minimum 200).
  8. Gdy kupujemy 1-go, 10-go, 20-go możemy osiągnąć zupełnie różne wyniki na portfelu, pomimo że wykres mamy ten sam (co jest oczywiste, ale i takie prawdy warto przypominać).

I co, nadal wierzycie w moc ETFów na rosnący rynek amerykański, że da zamożność prawie bez ryzyka?

3 legalne sposoby zaoszczędzenia na podatkach dla dobrze zarabiających. Ile zyskam w rocznym rozliczeniu za 2025 r.?

Zbliża się koniec roku. Dla wielu moment, gdy z przerażeniem dowiadują się, ile w rzeczywistości zapłacą podatków. I zaczyna się panika. Inni z kolei (jak ja), chcą z tych poświęconych sum sporo odzyskać. Skutek identyczny.

Ponieważ od lat staram się unikać zbędnych wydatków (przewalania kasy na 32% obciążenia PIT-em), opracowałem system, gwarantujący przynajmniej częściowe ulgi. Trzy wiodą prym.

  1. IKZE. Tegoroczny limit 10 407,60 zł, a dla prowadzących JDG limit wynosi 15 611,40 . W przypadku małżeństwa (etat+firma) = 26.019 zł. Odzyskamy w 2-gim progu – 8326,08 zł. Kupa forsy – 1,5 miesięczną pensję mojej żony. Co zrobić? Znaleźć instytucję, założyć konto, przelać kasę. Koniec. Mnie zajęło to 1,5 godziny, a w każdym kolejnym roku 5 minut.
  2. Ulga na dzieci. W tym punkcie, pomyśleć trzeba było wcześniej. Pomimo najszczerszych chęci nie dorobimy nawet jednego, myśląc o tym 20 grudnia. Natomiast już posiadając, wystarczy po prostu odliczyć. Oto wyniki:

a) jedno dziecko – 1112,04 zł/rok,

b) dwoje dzieci – 2224,08 zł/rok,

c) troje dzieci – 4224,12 zł/rok.

Inaczej niż w 800+, „dziecko” oznacza także studenta/ucznia do 25 r.ż.

Żeby jednak nie było tak pięknie – przy pierwszym dziecku obowiązuje limit dochodu (112 tys. zł), więc nie ma opcji, żeby równocześnie wejść w drugi próg i odliczyć. Przy dwójce już nie, stąd ja dysponując na stanie 24-letnim studentem i nastolatkiem odliczam 2224,08 zł.

3. Wspólne rozliczenie się z małżonkiem. W tym celu posiadamy żonę/męża niepracującego lub zarabiającego poniżej 2-go progu podatkowego. Wtedy sumujemy dochody i nagle okazuje się, że pod ten próg zeszliśmy. Doskonała metoda, bo nie trzeba (jak w przypadku IKZE i dzieci) nic wydawać. Wystarczy trwać w małżeństwie (bez rozdzielności majątkowej). To taki ukłon w stronę konserwatystów. A potencjalne zyski? Kupa kasy. Wyobraźmy sobie tradycyjną rodzinę – żona w domu, mąż gania do roboty (chociaż może być też jak u Kiepskich – żona pielęgniarka, a mąż nierób). Pracujące przynosi 300k/rok. Odejmujemy składki społeczne i zostaje ok. 264k podstawy. Singiel zapłaciłby gigantyczny podatek (10.800 zł + 32% od 144k) ca. 57k. A małżonkowie? Sporo mniej. Nieco ponad 29k (2 x 10.800 +32%od 24k). W kieszeni zostaje prawie 50%, a liczbowo ok. 28k.

Niestety ten model nie wygląda tak różowo, gdy oboje małżonkowie pracują. Gdy żona zarabia 80k, oszczędność wynosi „tylko” 8 k, bo (32% -12%) x (120k-80k) = 20% x 40k. I tak przedstawia się to w mojej rodzinie.

Istnieje jeszcze jedna opcja – rozliczenie się z dzieckiem. Mogą tego jednak dokonać wyłącznie samotni rodzice (czyli odpada wtedy małżeństwo), a w przypadku rozwodników, opieka naprzemienna wyłącza taką optymalizację. No i rozliczyć możemy się z jednym dzieckiem (czyli wdowiec z trójką dzieci nadal odliczy prawie 28k, o ile zarabia pow. 240 tys. zł + składki społeczne.

Moje oszczędności. Dość proste wyliczenie, wystarczy podsumować:

  • IKZE -ok. 8300 zł (z żoną),
  • Ulga na dzieci – ok.2200 zł (bo mam dwójkę),
  • Wspólne rozliczenie – 8000 zł.

Razem oszczędności podatkowe: 18.500 zł. Można je dalej odkładać. Liczbę tę dedykuję wszystkim, którzy opowiadają, że w klasie średniej nie da się oszczędzać.

3 błędy, których usunięcie pozwoli Ci bezboleśnie oszczędzać pieniądze.

Nikt z nas nie jest idealny, wszyscy czasem popełniamy błędy. Rzecz w tym, aby unikać ich, tak często jak to możliwe. Ponieważ oszczędzanie nie może być wyjątkiem, pokażę Wam 3 błędy, które łatwo wyeliminować, aby zyskać dodatkową kasę na „czarną godzinę”.

Błąd 1. Marnowanie żywności. Kultura nadmiaru prowadzi nas do marnowania żywności. Kupujemy więcej, niż potrzeba, nie wykorzystujemy resztek, wyrzucamy. Pomimo iż, ceny żywności są obecnie niewysokie (na 1 kg mięsa nawet zatrudniony za minimalną pracuje poniżej godziny), pękające w szwach wielkie lodówki, wypełniają produkty, które zamiast trafić do żołądka, wylądują w śmietniku. Jedni marnują więcej, inni mniej. Natomiast w Polsce gospodarstwa domowe marnują rocznie 3 mln ton jedzenia (kolejne 2 mln przepadają na innych etapach łańcucha dostaw). 3 mln ton/36 mln ludzi to ok. 83 kg na osobę rocznie, 7 kg miesięcznie, aż niewiarygodne. Na pierwszych miejscach znajdują się:pieczywo, owoce i warzywa, wędliny i mięso. Jeżeli kg produkty kosztuje (optymistycznie) przeciętnie 10 zł, obliczenia będą proste: 83 kg x 10 =830 zł. Tyle możemy zaoszczędzić jeśli łapiemy się w średniej.

Błąd 2. Jeżdżenie wszędzie samochodem. Jak wiecie, lubię auta, ale obserwując świat dostrzegam nadużywanie korzystania z samochodu. Przy ładnej pogodzie (czyli co najmniej 180 dni w roku) można poruszać się piechotą, rowerem, hulajnogą elektryczną. Tymczasem mnóstwo ludzi w moim otoczeniu wybiera samochód. Koszt to nie tylko paliwo (o czym wielu zapomina), a le także: bilety parkingowe, dodatkowe przeglądy naprawy. Znowu posłużę się pewną anegdotą. Pracowałem kiedyś z koleżanką, wychowaną w duchu „moje auto świadczy o mnie”. Dostawała niską pensję (odpowiednik dzisiejszego 4k/rękę w sporym mieście), spłacała kredyt hipoteczny i utrzymywała 3-4 letni samochód, codziennie dojeżdżając nim do pracy. Oczywiście, wóz był oszczędny, ale nawet mały diesel pali „na zimnym” na pierwszych 3 km 6-7 l/100 km. Trasa liczyła 4.5 km. Sprawny piechur przejdzie ją w 50 minut, dla rowerzysty (hulajnogisty) wystarczy 15 minut. I kiedy już wiemy, mamy prosty rachunek:

  • koszt dojazdu (wg dzisiejszej wartości) – 22 dni w miesiącu x 9 km (bo trzeba wrócić) = 198 km. Przy zużyciu paliwa 6 l/100 km =ca. 72 zł/m-c. Ale to nie wszystko. Trzeba było kupić abonament parkingowy: 300 zł. Razem mamy 372 zł. Do tego rata kredytu na auto (znowu dzisiejsze ceny – na dojazd do sklepu wystarczyłoby małe 10-letnie toczydełko, więc liczę od 30k), brała na 5 lat (odsetki 10% rocznie) – ok. 200 zł/m-c (na początku więcej, potem mniej, ale uśredniam. I już mamy 572 zł/m-c – ok. 15% pensji. W tamtym czasie wyglądało to jeszcze gorzej. Paliwo było niewiele tańsze, odsetki podobne (tylko od mniejszej kwoty) w sumie dojazdy kosztowały ok. 400 zł przy pensji ca. 2200 zł. Mówimy o blisko 20% pensji.

A praca to tylko wierzchołek góry lodowej. Znam ludzi, którzy jeżdżą wielkim vanem do piekarni po bułki na dystansie 500m. Mieszkańców wielkich miast, płacących 500 zł za garaż, żeby mieć gdzie zaparkować (albo wykupujący po 2-3 miejsca parkingowe na rodzinę, w cenie 50k każde). Biorących SUV-a w leasing i płacących 2000 zł/m-c, a potem nie wykupujących auta (bo w „leasingu małych rat” takie działanie się nie opłaci). Każda z takich decyzji kosztuje. I to sporo.

Błąd 3. Wydawanie na przedmioty zbytku. Jak napisał kiedyś Thomas Stanley w książce „Nie zgrywaj milionera….” zegarek Casio za 20 dolarów, pokazuje czas tak samo dobrze jak Rolex” (za 10.000 dolarów) . Wiadomo, w pewnych kręgach zwyczajnie nie wypada przyjść w Casio. Ale nie oszukujmy się, istnieje jeszcze wiele modeli pośrednich, a zegarek to tylko przykład. Mamy jeszcze smartfony (po co komu składany model Samsunga?) za 10k, 70 calowe telewizory, komputery biurowe za 15k? Osobiście większość pracy (i ten wpis) wykonuję za pomocą zestawu: Mac mini m4 (cena 2600 zł +600 zł za akcesoria) + 8 letni telewizor LG 32 cale + 5-letni GalaxyNote20. Tylko Mac jest nowy, bo padła bateria w 10-letnim Macbook-u Pro. Do moich zastosowań spokojnie starczy podstawowa M4, nie potrzebuję 64GB pamięci, M4 pro i 1TB dysku. Dlatego zostawiłem w kieszeni 7500 zł, plus 6k za monitor i 8k za najnowszego Iphone-a.

O jakich jeszcze przedmiotach piszę? Dresach za 20k (serio, mam przyjaciółkę, kupującej takie cuda ze znaczkiem), garniturach za podobną sumę, wyposażeniu auta (ciekawy kolor z dopłatą 6k). O tych wszystkich elektronicznych, przepłaconych za logo gadżetach. Oceniam, że nawet w przypadku ubogich (chłopak podejmujący pierwszą pracę i biorący kredyt na telefon za 8k) takie zjawisko występuje. A z pewnością u średniaków. Koszt? Z pewnością nie mniejszy niż 10-15% dochodu.

Patrząc na te 3 pozycję jestem w stanie ocenić, że łącznie potrafią pochłonąć 30% dochodu ludzi nawet całkiem przeciętnych, a 10% to minimum. Tak się składa, że odkładając 10% możesz sporo zmienić (np. 2% pensji netto by dostać dodatkową emeryturę z PPK). Do przemyślenia.

O wykluczeniu komunikacyjnym. Dlaczego nie tylko na wsi warto mieć samochód.

Kiedy patrzę na „moją” wieś z bliskim (od 1.5 do 2.5 km) dworcem PKP, z którego co godzinę odjeżdża pociąg do miasta wojewódzkiego, problem wydaje się nie istnieć. Zwłaszcza dla kogoś, kto zrobił prawo jazdy i kupił auto. 2.5 km pokonuję w:

  • 30 minut idąc piechotą,
  • 7 minut rowerem lub elektryczną hulajnogą,
  • 5 minut autem.

A z dworca już prosto:

  • w 10 minut do miasta gminnego elektrycznym busem,
  • w 10 minut do powiatowego pociągiem,
  • 20-30 minut do stolicy województwa koleją.

Super to wygląda w lecie. Bo wyobraźcie sobie hulajnogę elektryczną w listopadzie lub lutym. Już na dworzec dojeżdżałbym brudny. Stąd potrzeba własnego samochodu. A znam znacznie gorsze miejsca. Wystarczy sąsiednia miejscowość – na granicy gmin. Autobus 3 razy dziennie, tylko na dystansie 5 km (bez przesiadki). Do dworca PKP 5 km i żadnego transportu publicznego. Co robić? Kupuje się auto.

Generalnie w Polsce mamy zasadę – lepszy transport zorganizowany (bus, pociąg) działa w miejscowościach turystycznych. Ale nadal jest sporo wolniejszy niż własny samochód, bo trzeba jeszcze dotrzeć na przystanek. W takim „moim miejscu w górach” – powiat 40 km – jadą busy co godzinę, województwo (bardzo duże miasto) co 2 h. Super. Tylko miasteczko gminne tak rozciągnięto, że mieszkający na skraju, żeby dotrzeć na najbliższy przystanek, muszą przebyć 4 km, z tego 1 km po błotnistej górskiej ścieżce. Zamieszkali bliżej centrum – już nie. Osiedle bloków, 20 lat temu zlikwidowali busa, który tam się zatrzymywał, teraz po powrocie 500 m ostro pod górę (chociaż po chodniku).

Ale wystarczy mieszkać w okolicach Warszawy, albo w jej granicach. Białołęka-Mordor – 1,5 h komunikacją miejską i na nogach w godzinach szczytu. Piaseczno – podobnie. W zasadzie tylko bliskość metra, kolejki miejskiej lub tramwaju nas ratuje.

Teraz czas na opowieść o skutkach takiego stanu rzeczy.

Pierwszy – trudność podjęcia nauki przez „wykluczonych”. Dojechać na zajęcia bez samochodu – dłużej o 20-40 minut, jeśli mieszkamy w promieniu 30 km od miasta akademickiego.

Drugi – drastyczne wydłużenie czasu przeznaczonego na pracę – z 9 h (8h w i 1 h na dojazdy mieszczucha) do 10 h, a w przypadku pracowników fizycznych nawet 11-12h (dochodzi jeszcze czas na mycie, przebranie się, no i rozkład jazdy bywa gorszy dla trzeciej zmiany).

Trzeci – zagęszczenie ruchu samochodowego. Skoro większość dojeżdża swoim, powstają korki. No i stąd podane czasy. W mieście prędkość średnia 20 km/h uchodzi za normę, w korku 5-10 km/h.

Czwarty – parkingi. Żeby pojawić się w pracy (1,7 km od mojego domu w mieście) rano mam 3 opcje:

  • wyjść pół godziny przed pracą i dojść na piechotę,
  • tak samo, ale znaleźć miejsce parkingowe i spokojnie sobie czekać przez 20 minut na początek roboty,
  • 5 minut do przystanku, 10 minut autobusem i 5 minut do biura. Jeśli dodam godziny odjazdu – zyskam 5 minut. Bez sensu. Dlatego chodzę. Natomiast mając 3 razy większy dystans byłbym skazany na auto lub autobus.

A gdybym jeszcze rozwoził dzieci do szkoły? Autobusem bankowo dodajmy 40 minut. I robi się te 1h 40 minut dziennie, od wyjścia z domu do powrotu z pracy 9h 40 minut. W naszym świecie auto upraszcza życie nawet w mieście.

Jeszcze jedna polemika, ze zwolennikami „pewnej państwowej emerytury”.

Zaklinacze rzeczywistości spod znaku wiary w państwo, w tym urzędowi optymiści (np. osoby związane karierą z ZUS-em), forsują dwie tezy o ZUS-owskiej emeryturze. Ma być pewna i realnie rosnąca przez waloryzację.

Koronny argument – nawet w czasie II WŚ, Niemcy wypłacali przedwojenne emerytury. No cóż, chcecie o Niemcach, proszę bardzo.

Twórcą systemu emerytalnego opartego na przymusie był Prusak – Bismarck. Na początku wszystko układało się świetnie, co pozwoliło finansować (wraz z reparacjami z Francji) rozwój gospodarczy oraz zbrojenia. Ze świetnym skutkiem, bo najpierw wpłacało wielu, ale albo nie dożywali emerytur, albo byli wystarczająco młodzi, aby jeszcze ich nie pobierać.

No i nadszedł rok 1919. Niemcy skrwawione w I WŚ, upokorzone w Wersalu, dobite rewolucją, odcięte od rynków zbytu i płacące dla odmiany Francuzom, cierpiały z powodu inflacji. Ta osiągnęła gigantyczne rozmiary (10-krotny spadek wartości pieniądza w ciągu 2-3 dni). W apogeum tego dramatu przebywał we Frankfurcie i Berlinie, węgierski student Sándor Grossschmid, znany później pisarz – Sándor Márai. Inflacyjną rzeczywistość opisał w „Wyznaniach patrycjusza”. W skrócie (chociaż książkę polecam) – miesięczna emerytura wysokiego urzędnika wystarczała na 2 kg mąki. To by było na tyle o „pewnym niemieckim systemie”, „pewnej emeryturze zależnej od składek” i „doskonałej waloryzacji”. Nikt nikomu nie zabroni wierzyć w bajki (co nawet bywa przyjemne), ale opierać na nich przyszłości – nie polecam. Z drugiej strony, skoro najgorzej radzili sobie emeryci i rentierzy, kto zyskiwał? Sándor Márai wskazuje – wszyscy grający na giełdzie. Dlatego na inwestycjach, a nie ZUS-ie, oprzeć swoją starość.

Dom na wsi w grudniu. Plan i realizacja.

Pomimo iż w tym sezonie nie udało mi się wykonać większości zaplanowanych prac remontowych, postanowiłem znacznie wydłużyć sezon, spędzając tam czas również w zimie. Wiązało się to z nocowaniem na wsi przynajmniej raz w tygodniu oraz szeregiem niedogodności.

Dojazd. Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził – tak chciałoby się powiedzieć. Listopad, grudzień stanowią najgorsze miesiące, jeśli bierzemy pod uwagę: błoto, krótki dzień, a zatem i czas dojazdu. Niby różnica jest niewielka (5 minut, bo trzeba zwalniać na mokrych liściach i z powodu gorszej widoczności), ale komfort dojazdu spada. Koszt dojazdu wyglądał obiecująco – elektryczny Hyundai Kona, ładowany z gniazdka w garażu kosztował mnie…. 0 zł (na paliwo).

Temperatura. Zarówno w domu, jak i na zewnątrz. Żeby utrzymać te 18-20 st. C w najważniejszych pomieszczeniach (salon, sypialnia, łazienka) mam generalnie trzy wyjścia:

  • zostawić włączone na stałe ogrzewanie elektryczne (piec z wkładką, grzejnik nadmuchowy, klimatyzator rewersyjny) na poziomie 16-17 st. C, a łazienkę dogrzewać doraźnie,
  • starać się nie dopuszczać do spadków temperatury poniżej 10-12 st. C, a po przyjeździe włączać wszystko na full i nagrzewać jak najszybciej,
  • dojeżdżać popołudniami i grzać/przepalać w tygodniu,
  • przestroić całe ogrzewanie na zdalnie sterowane.

Wybrałem drugą opcję. Pierwsza kosztowałaby zbyt wiele (300-500 KWh na tydzień), trzecia oznaczałaby ogromną stratę czasu (przyjechanie o 16.10, grzanie 4-5 godzin i powrót), wyłączała mnie z życia zawodowego i rodzinnego. Czwarta wymagałaby inwestycji – w zdalnie sterowane urządzenia (ew. gniazdka z programatorem).

Gdybym jednak zdecydował się na stałe zamieszkanie, musiałbym jakoś rozwiązać problem – wyważając pomiędzy kosztami i czasem. Niewątpliwie bez ocieplenia, mieszkanie tam, połączone z wyjazdem na 8-10 godzin, pozbawione jest sensu. O ile jeszcze w październiku/listopadzie udawało się utrzymywać  20 stopni C w salonie (a 23 stopnie C w położonej nad nim sypialni), o tyle przy stałej temperaturze 0-5 st.C na zewnątrz, szans nie było. Główny powód? Wyjazdy i sen. Pracując, grzałem (w tym zbyt małym kominkiem) od 16.10 do 22.00, oraz od 5.00 do 6.30 czyli niecałe 8 godzin z 22. Gdybym siedział na miejscu, proporcje uległyby zmianie (16 godzin grzania, 8 godzin wygaszonego paleniska). Spaliłbym tylko całe drewno.

Depresyjność. Osobiście nie uzależniam samopoczucia od pory roku i długości dnia. Nie miałem nigdy tak, że jak miłość to na wiosnę, a w listopadzie – siądź i płacz. Niektórzy jednak odbierają zmiany pór roku.

Plan. Mając te wszystkie okoliczności, zaplanowałem nocleg na miejscu raz w tygodniu – od czwartku po południu, do piątku wieczorem.

Realizacja. W praktyce wyszło nieco inaczej. Nie dałem rady ignorować dłużej mojej astmy. Starałem się rzetelnie brać leki, ale wspomóc je metodami naturalnymi czyli wizytą w uzdrowisku, piciem wody leczniczej (teraz Nałęczów kojarzy się wyłącznie z sercem, ale kiedyś leczono tam także astmę – służyło temu źródło Celińskiego), ćwiczeniami oddechowymi, roślinami (bluszczyk kurdybanek, napar z sosny), spalaniem gałęzi świerka, inhalacjami z soli jodowo-bramkowej (rozszerza oskrzela).

W ciągu tych pojedynczych dni ograniczyłem powierzchnię grzaną do 2 pokoi i łazienki. Sypialnię da się dogrzać z 10 st. C do 20 st. C w 2-3 godziny, czyli w sam raz przed snem. Łazienka potrzebuje 20 minut (2 KWh na 7m2), a największy problem miałem z salonem. Dlaczego? Otóż, to wielkie pomieszczenie (prawie 40 m2 i 3,5 m wysokości), ma 2 ściany zewnętrzne i pozostałe dwie graniczące z pomieszczeniami nieogrzewanymi (korytarz, dolna sypialnia plus część domu należąca do moich kuzynek) – straty ciepła ogromne. Do tego kamienna podłoga. W czasie, gdy ściany schłodziły się do 10 st. C, a na zewnątrz panują +2 st. C, do szybkiego podnoszenia temperatury służył piec podgrzewany elektrycznie (3 KWh, ale tylna ściana była w sypialni), nadmuchowa farelka (2 kWh) i ten mały kominek (4 KWh – z rurą doprowadzającą ciepłe powietrze do sypialni na piętrze) – w sumie efektywne 7 KWh. Z 10 st. C do 20 St. C w 6-7 godzin. Krótko mówiąc, przyjeżdżając o 16.10 miałbym zimno przez całe popołudnie. Pozostało mi jedno – wyjeżdżając – zostawiać 1 KWh włączone w piecu, co dawało efekt podtrzymania temperatury. Dzięki temu zamiast 10 st. C przy powrocie, miałem 15-16 st. C. i wtedy te 2-3 stopnie podbijałem w godzinę (piec nie rozgrzewał się od 0, a farelka robiła swoje).

Dojazdy, pomimo deszczy, skutkowały tylko brudnym samochodem. Opady śniegu, które pojawiły się jednego dnia (20 listopada od rana), szczęśliwie rozjechał i ubił mój sąsiad (ja pojawiłem się po południu, on wyjeżdżał w ciągu dnia). Potem uruchomiłem glebogryzarkę z pługiem i dojechałem do domu.