Wolność ma swoją cenę. Ucieczka z miasta na wieś.

Dzisiaj przemyślenia dotyczące miksu: 6-tygodniowego urlopu z wiejskim stylem życia. Zamierzam opisać negatywne, głównie pozafinansowe aspekty przenosin na wieś.

O plusach wypaliłem już masę pikseli na monitorze. Wiecie, że zdecydowałem się na mieszkanie w starym domu na wsi. Natomiast nie sposób nie dostrzec wad, w stosunku do miasta. I właśnie na nich dzisiaj się skupiam.

Na wsi zawsze jest coś do zrobienia. Od wyczyszczenia rynny (każdy) do dwukrotnego w ciągu dnia obrządzenia zwierząt (niektórzy). A w środku: koszenie, plewienie, sadzenie, sianie, podlewanie, naprawa ławki, walka z szambem, tworzenie planów awaryjnych. Negatywne skutki widzę dwa: czas i pieniądze. Czasami dochodzi jeszcze subiektywny element – niechęć do takich prac.

Z czasem jest prosto. Czyszczenie rynny to zadanie na pół soboty. Koszenie – podobnie. Własne warzywa – 3-4 godziny tygodniowo w sezonie. Zwierzęta gospodarskie – 1-2 godziny dziennie (w opcji: 10 kur, 3 kozy, a nie 100 świń). Odśnieżanie podjazdu – od 10 minut do 3 godzin. Nic dziwnego, że dzisiaj na wsi została 1/3 społeczeństwa, a z rolnictwa utrzymuje się 10%. Przy czym mieszcząc się w tych 23% nierolników (1/3-10%) ze wsi, gwarantujemy sobie zajęcie na 5-6 godzin tygodniowo. Spokojnie do pogodzenia z zawodem. Dla niektórych zapalonych mieszczuchów – i to za dużo. Jeśli ktoś boi się ciemności, kosiarki, drabiny i komarów – lepiej niech zostanie na bruku.

A pieniądze? Tu mamy spory rozstrzał. W wersji „samowystarczalność” wydajemy sporo mniej niż w mieście, ale w inny sposób. Zamiast na nowe lakierki, 500 zł idzie na grabie, widły i siekierę. 1000 zł na weekend w SPA zamienia się na 6-metrową drabinę. Itp. itd. Kto nic nie potrafi zrobić sam – płaci sporo więcej. Naprawa dachu, rynien, zrobienie ogrodu, położenie kostki, każda z tych rzeczy może kosztować tanio, jeśli liczymy tylko materiały i bardzo drogo (równowartość 10-letniego czynszu), gdy trzeba zapłacić fachowcom. A DIY wymaga czasu. Wracamy powyżej.

Na wsi liczą się specyficzne kontakty. Nieco inne niż w mieście, ale jednak. Jeśli źle potraktujemy szambiarza, dekarza czy kogoś kto kosi nasz ogródek, dostaniemy jasny komunikat zwrotny. W wersji eleganckiej – następnym razem nie znajdzie dla nas czasu. W zwyczajnej – zetnie się z nami. Dla kogoś przyzwyczajonego do poprawności korporacji, takie bezpośrednie reakcje potrafią wywołać szok. Żeby ich uniknąć w 90% wystarczy być miłym. I raczej słuchać niż mówić. A jeśli usłyszymy odmowę? W mieście bierzemy następny telefon. Na wsi, np. w sytuacji awarii pieca c.o.. dobre kontakty to być albo nie być. I warto o tym pamiętać.

Wiejskie świry są świrami do kwadratu. `I nie da się ich uniknąć. W mieście, jeżeli żyjemy w bańce miłego osiedla, skrajnych świrów nie spotykamy. Ja mam np. dwóch lekkich postrzeleńców w sąsiedztwie, ale nieszkodliwych. Jeden – straszliwy gaduła-weredyk, drugi dorosły chłop mieszkający z mamusią. Taki folklor. Na wsi świr, inaczej bzik, wygląda inaczej. Regularny, agresywny, niekontrolujący emocji, wariat. Gania z siekierą, zaczepia ludzi. I możemy go spotkać codziennie. Może podpalić dom („puścić czerwonego kura”), w domu trzyma samopały. Lepiej zejść mu z drogi, bo to zupełnie inna kategoria. Podobnych spotkamy w mieście tylko w tzw. złych dzielnicach. W praktyce klasy średniej – nigdy.

Wieś wymaga pokory. Padający śnieg, wyłączenia prądu, własne szambo, ziemia. Wszystko uczy nas pokory. Nic nie da się zrobić na zapas. Nie możemy także nic nie robić. Piękne tulipany zje nornica, pod dachem zamieszka kuna, jastrząb porwie królika, a w zimie zasypie nas do połowy drzwi. Taki wiejski life. Kto chce, już natychmiast, szybko…. szybko się wykończy. Psychicznie. Trzeba zredukować do dwójki i spokojnie iść do przodu. Nie każdy lubi, nie każdy potrafi.

Na wsi miejskie umiejętności okazują się nieprzydatne. Zdolność do wykonania prezentacji – bez sensu. Umiejętność szybkiego czytania – zbędna. Języki obce – a po co to. Nikogo nie interesuje wiedza jak ugotować wegański obiad. Triathlon – szaleństwo. Co więcej, chwaląc się nimi zyskujemy łatkę dziwaka.

Co innego, gdybyśmy umieli naprawiać silniki diesla, piłować drewno na czas, wędzić kiełbasy, wtedy jesteśmy na miejscu.

A i nam samym bardziej pomogą: szybkie odśnieżanie, patent hydraulika itd. Typowy mieszczuch zazwyczaj tego nie wie. I popełnia kosztowne błędy.

Na wsi trzeba wiejskiego stylu życia. A on sprowadza się do wiejskiego small talku (czyli nie o najnowszej premierze Opery Warszawskiej, lecz cenach skupu pszenicy), słuchania odpowiedniej muzyki (i nie jest to ani Kwiat Jabłoni, ani Dawid Podsiadło), spędzania wolnego czasu (ogród, grill, jezioro), a nawet właściwej rasy psa (i nie mówmy „owczarek niemiecki” lecz wilczur, buldog francuski odpada). `Nie wierzysz? To pojedź na najbliższe targowisko i posłuchaj rozmów, zobacz kto występuje na dożynkach itp.

Styl życia to też odpowiednie wybory. Od auta (pickup, VW, Audi), do stroju (roboczy, dżinsy to elegancja). Sam widziałem idących do kościoła chłopaków w sportowych butach (białe Nike) do garnituru. Na żadnym facecie nie zrobi wrażenia dobór paska do butów, ani wina do potrawy, podstawowa umiejętność korposzczura.

I znowu, dzielę się własnymi doświadczeniami. Wzbudziłem podziw wiejskiej młodzieży, ze swadą wyliczając zalety różnych silników do kosiarek, a zdziwienie analizą twórczości Słowackiego (Kordian = wokalista disco polo). Ponieważ nie mam kija w tyłku, więcej błędu nie zrobiłem i skupiam się raczej na przewagach Loncina nad Hondą, a „Beniowskiego” i „Króla-Ducha” zostawiam na inne okazje. I tak musi pozostać. Teraz nawet upodobania muzyczne (Chopin, a nie Czajkowski) sprzedaję opowieściami o rosochatej mazowieckiej wierzbie, między innymi dlatego, że o rosyjskim kompozytorze-romantyku, nikt nie słyszał, a moi rozmówcy nie wiedzą co to rubato czy maestoso. I powiedzmy szczerze – świetnie sobie bez tej wiedzy radzą, ponieważ jest im doskonale zbędna.

Warto mieć tego świadomość. I płacić cenę, bo jest tego warta.

Czy rzeczywiście mieszkanie z rynku wtórnego jest takie złe? Siania propagandy i głupoty ciąg dalszy.

Na portalu Onet.pl ukazał się kolejny z długiej na kilkanaście lat serii „używane złe” https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/kupili-mieszkanie-z-rynku-wtornego-teraz-zaluja-skarbonka-bez-dna/g7z49jc,2b83378a .

Nazywam go propagandą, ponieważ propaguje półprawdziwe i szkodliwe treści. Nie byłbym sobą, gdybym nie wskazał komu to służy, lub jak pisał Tuwim w wierszu „Do prostego człowieka”, komu „w bankach nie sztymuje”. Otóż deweloperom. Interes siadł, koszty rosną, a ludzie nie kupują niefunkcjonalnej kupki betonu w cenie 20 tys. za m2. I problem. Wtedy wysyła się dziennikarzy (słynny Marek Wielgo w 2008 r.). I teraz pałeczkę przejęła absolwentka filologii polskiej, która w notatce na portalu określona została tak „…od 2014 r., od tego czasu pisze o tematyce kobiecej”, więc na mieszkalnictwie też się zna.

Czas na tezy:

  • mieszkania z rynku wtórnego kryją niebezpieczne niespodzianki,
  • nawet zrobione na gotowo bloki z 2006 r. potrafią być skarbonką bez dna,
  • czynsz w ciągu kilku lat wzrósł z 400 zł do 1200 zł, a wkrótce będzie wyższy bo planowany jest remont dachu,
  • mieszkanie narożne na 3 piętrze i pojawiła się pleśń, zapychały się rury, bo instalacja jest błędnie rozłożona,
  • problemem jest nawet wymiana armatury,
  • zdecydowanie łatwiej jest wyszykować mieszkanie niż poprawiać po kimś,
  • lokatorzy mają problemy z parkowaniem,
  • w bloku mieszkają starsi ludzie, dziecko nie ma towarzystwa,
  • lokal nowy jest „tańszy w dłuższej perspektywie”.

Oczywiście wszystko, po to żeby udowodnić tezę „pędźcie do dewelopera”.

Przyznam szczerze, w zalewie medialnej głupoty ten artykuł wart jest wyróżnienia. Przecierałem oczy ze zdziwienia, tak, nie chodzi o 50-letni blok, który miał się zawalić już 20 lat temu, a złośliwie nadal stoi (i postoi drugie tyle, co widać na Ukrainie) lecz o 20-letni apartamentowiec. Bez żartów. Skomentujmy po kolei.

Mieszkania z rynku wtórnego kryją niebezpieczne niespodzianki.

Podobnie jak nowe, tylko w nowych trudniej je zauważyć, albo jest to wręcz niemożliwe. Natomiast, polonista nie ma pojęcia o fizyce, takiej jak np. fakt, że ocieplony styropianem dom, wybudowany z cegły (w 2006 r. to jeszcze możliwe) działa jak nieprzepuszczający pary termos. Skrapla się ona na ostatniej kondygnacji. Proste. Wystarczy kupić suszarkę do prania, wietrzyć, w ostateczności sprawić sobie osuszacz i problem zniknie. Ewentualnie grzać powyżej 17 st. C w domu.

A nowe? No cóż. Pękające ściany, zalewane garaże itp. – wyjdzie dopiero po 2-3 latach. Jeśli deweloper uczciwy – poprawi. Jeśli nie – czeka nas wieloletni proces. Gdy budowała tzw. spółka celowa, nawet on nic nie da.

Nawet zrobione na gotowo bloki potrafią być skarbonką bez dna.

Wymieniono szereg usterek. W tym właśnie pleśń i naprawę dachu. Serio? W bloku z 2006 r.? Bez żartów. Większość pokryć dachowych miała wtedy 10-15 letnią gwarancję. A mówimy o pokryciach, a nie konstrukcji. Krótko mówiąc, wystarczy uszczelnić, pomalować, ew. rozłożyć warstwę nowej papy. Koszt 80 tys. zł przy bloku o powierzchni mieszkań ok. 1000 m2 (tyle to kosztuje w mojej kamienicy). Ile to jest? 560 zł na mieszkanie o pow. 70m2, raz na 10-20 lat. Miesięcznie 2 zł na lokal. Znacznie mniej niż w nowym bloku, gdy osiądzie grunt i popękają ściany.

Potem dochodzi zapychanie rur wewnątrz (podobno źle położone). Ile znacie takich przypadków? W nowym tak samo może się zdarzyć. Opowieść o „skarbonce bez dna” mocno przesadzone. Zresztą dzisiaj nowy blok, za 20 lat będzie miał… 20 lat.

Mój dom skończył właśnie 66 rok życia (jest więc emerytem) i przez 12 lat (poza początkowym ociepleniem) wydałem na remonty (nie liczę ulepszeń, albo zmiany tego co niemodne) 25 tys. zł. A nie wszedłem „na gotowo”. Policzmy: 25.000 zł/144 miesiące = 173 zł. 173 zł/100 m2 =1,73 PLN/m²/m-c. To ma być skarbonka bez dna?

W 100-letniej kamienicy przez 25 lat wymieniliśmy:

  • ocieplenie,
  • odwodnienie piwnic,
  • pokrycie ścian klatki,
  • dach.

Nawet tam – wyszło wg dzisiejszych stawek ok. 0,5 mln zł. 500000 zł/300 miesięcy= 1666 zł/m-c. 1666 zł/m-c/1000 m2 = 1,63 zł/m2. Znowu – wystarczyłyby 2 zł funduszu remontowego.

Czynsz w ciągu kilku lat wzrósł z 400 zł do 1200 zł, a wkrótce będzie wyższy bo planowany jest remont dachu.

O ile wzrośnie po remoncie – już napisałem (pewnie nic – bo po to właśnie jest fundusz remontowy). Powiem tak – 1,5 – 2 zł/m2 wystarcza w odnowionej kamienicy, bo co poza tym dachem może się popsuć po 20 latach?

Wróćmy jednak do czynszu. 1200 zł przy 3-osobach na nieco ponad 70 m2 (podano w artykule) nie wygląda szokująco. Ponieważ to co nazwano „czynszem” w rzeczywistości jest całością opłat za lokal, które wspólnota tylko rozdziela. I wystąpi również w nowym apartamentowcu. Proszę bardzo:

  • śmieci – 120 zł (o ile to nie Warszawa),
  • woda (wg zużycia) – ale przy 3 osobach pewnie ok. 300 zł (z podgrzaniem),
  • centralne ogrzewanie – znowu sporo zależy, ale pewnie ok. 500 zł wg dzisiejszych stawek.

Na żadną z dwóch pozycji (poza ogrzewaniem) budynek, nie ma wielkiego wpływu. Opłaty za zarząd, fundusz remontowy 280 zł czyli 4 zł/m2. Porównajcie z samym deweloperem, który za pomocą spółki wyciąga za zarządzanie (bez remontów) 3 zł/m2.

Jedynie ogrzewanie w nowym bloku może być trochę tańsze, albo i nie (ostatnie piętro, narożne mieszkanie), jeżeli dokonano fuszerki. Gaz kosztuje, a większość bloków dzisiaj ma indywidualne piece gazowe lub c.o. miejskie (drogie jak sam diabeł). Stąd bez pokazania, ile realnie kosztuje tzw. mieszkanie bezczynszowe (a obstawiam, że kupione od dewelopera minimum ok. 1000 zł/3-os.) trudno wysuwać wnioski.

Trzeba też policzyć różnicę. 200 zł x 12 miesięcy = 2400 zł/rok. Jeśli, co wynika z artykułu, różnica w cenie używane/deweloperskie wyniosła 20% (z wykończeniem 30%) mamy podstawę do wyliczenia. Przy tej powierzchni, dzisiaj, mówimy o kwocie 350.000 zł. 2400/350000=0,7%. Wkładając 350k w obligacje uzyskamy 4,5% netto, czyli prawie 5 razy więcej.

Pani polonistka zapomniała, jak w ciągu 6 lat wyglądała inflacja (ok. 50%). Jak podrożały nośniki energii i ogrzewanie (100%). W takiej sytuacji, te 400 zł za 70 m2, przed pandemią, wydaje się wręcz nierealne, chyba że nikt nie grzał, albo mieszkanie stało puste.

Mieszkanie narożne na 3 piętrze i pojawiła się pleśń, zapychał się rury, bo instalacja jest błędnie rozłożona,

Pojawia się pytanie: Czy każde mieszkanie jest narożne na ostatnim piętrze? Czy w każdym pojawia się pleśń? Dwa razy – nie. Redaktor od tematów kobiecych, z wyjątku zrobiła regułę i próbuje nagonić klientów deweloperom. Dodatkowo, rozwiązanie każdego z tych problemów jest możliwe w niewielkich kosztach. O pleśni już pisałem (grzać, wietrzyć, kupić suszarkę bębnową),

Kwestia instalacji kanalizacyjnej – problem do zgłoszenia administracji, albo rękojmi do sprzedającego.

Armatura sprzed 20 lat jest trudna w wymianie, bo trzeba dobrać identyczny kran, a takich już nie produkują .

Argument z czapy albo ja jestem wariatem. Naprawdę zwracacie uwagę, żeby każdy kran w całym domu pochodził z tej samej serii? Nie mówię o wizualnym podobieństwie, ale identyczności. Gdy jeden się popsuje, wymieniacie wszystkie? Ja nie.

Po prostu dobieram sobie coś podobnego i tyle. Zresztą wróćmy do wyliczeń. Za 350 tys. zł oszczędności możemy szarpnąć się na 4 nowe baterie z wymianą. Jak szaleć, to szaleć.

Zdecydowanie łatwiej jest wyszykować mieszkanie niż poprawiać po kimś.

Kolejna półprawda. Bo w zasadzie łatwiej. Ale za 350k zapłaty i 2500 zł różnicy w racie chyba można się pomęczyć.

Poza tym, kupując gotowe mamy tylko poprawki na głowie, a nie wszystko do wykonania od zera. Tu leży różnica. Remont łazienki będzie kosztował 30k i potrwa 2 tygodnie (bo trzeba poprawić te rury i baterie). Całkowite wykończenie i wyposażenie to: drzwi, parapety, podłogi, ściany (gładź + malowanie), łazienka, kuchnia, meble. 3 ekipy i pół roku wyjęte z życiorysu. Użeranie się z budowlańcami. Wolałbym poprawić łazienkę.

Problemy z parkowaniem.

Chodzi o to, że pani nie wykupiła garażu i nie ma gdzie stanąć. A deweloper rozdaje parkingi za darmo? Też trzeba zapłacić – nawet 100k. W porównaniach trzeba być uczciwym. Kto zaoszczędzi na starcie, robi kółko i dwa razy.

W bloku mieszkają starsi ludzie, dziecko nie ma towarzystwa.

A w apartamentowcu kupują sami 35-latkowie z dzieckiem? Nie? Pani polonistka nie wie, że dzisiaj, w zależności od lokalizacji 50-80% mieszkań kupowanych jest na wynajem. Wprowadzą się do nich studenci i co tydzień urządzą imprezę. Albo (jeśli w centrum) 90% mieszkań pójdzie na wynajem krótkoterminowy. W takiej sytuacji pójście na sąsiedni plac zabaw okazuje się najprostszym rozwiązaniem.

Lokal nowy jest „tańszy w dłuższej perspektywie”.

Tą „bzdurą roku” pani redaktor próbuje zamknąć temat. Bez żadnych wyliczeń, oczywiście. No to pokażmy.

Albo porównujemy stare mieszkanie blisko centrum z nowym na obrzeżach, co warunkach Wrocławia – oznacza dopłacenie 20% (czyli jest zbliżone do danych z artykułu). Uzyskujemy wtedy dwa nieporównywalne dobra. Mieszkanie blisko udogodnień (i ze starymi sąsiadami), za 13 k/m2 albo nowe za 17k tylko kilka kilometrów dalej, w błocie, z 15-minutową wyprawą na przystanek tramwajowy (lub 6 minut na autobus, który jedzie godzinę). Przy opisywanych powierzchniach i wykończeniu – faktycznie 350k (lub więcej) różnicy. Dojazd w takich warunkach wydaje się nieporównywalnym kłopotem z różnymi elementami armatury.

Gdybyśmy jednak chcieli być uczciwi i wybrali podobne lokalizacje mamy:

  • używane, zrobione 13k,
  • nowe (z kosztami wykończenia) 22k.

I nie jest to różnica „30% drożej” tylko 69% drożej. A w liczbach bezwzględnych – 648 tys. zł drożej za nowe. Ponieważ w artykule wspomniano o racie – dostajemy za nowe krany 4500 zł/m-c do zapłaty więcej albo – tę samą ratę, ale płaconą kilkanaście lat dłużej. Dramat. I tu jest faktyczna cena. W dodatku, pomimo podobnej powierzchni, stare mieszkanie okaże się bardziej funkcjonalne (bo wtedy jeszcze nie panował PUM), nikt nie każe nam zapłacić za powierzchnię pod ścianami (klasyka), ani nie wymyśli salonu w kształcie trapezu (by maksymalnie wykorzystać powierzchnię działki).

I idąc w kierunku tych 4500 zł popatrzmy, teraz nie boli nas nawet 200 zł więcej czynszu (ba i 1200 zł warto zapłacić).

Podsumowanie.

Naganianie na ekskluzywne, prestiżowe apartamenty, (bo tyle może napisać specjalistka od spraw kobiecych) wbrew pozorom czyni więcej szkody niż pożytku „dobrodziejom deweloperom”.

Znaczna większość, gdy w grę wchodzą duże pieniądze, jednak idzie do doradcy, liczy, sprawdza. Zwłaszcza Ci, którzy mogą sobie pozwolić na lokal za ponad 1,5 mln (a tyle kosztuje 72m2 w nowym budownictwie we Wrocławiu z wykończeniem). Ludzie posiadający dzieci, patrzą czy w pobliżu jest szkoła, jak blisko. Czy sąsiadem będzie najemca (zmieni się co parę lat), czy właściciel. Wiedzą, że trudno porównywać okolice Placu Powstańców Śląskich z Leśnicą.

Część jednak da się omamić. Widziałem ich wczoraj. Wracałem akurat od klienta zza Poznania. Warszawę przejeżdżałem ok 19.30. 3 strumienie aut na południowej obwodnicy (S2), gigantyczny korek na S8 (słyszałem w Radiu Kierowców). Strach pomyśleć, co działo się na Alei Wilanowskiej, czyli tam, gdzie dziesiątki tysięcy stoją, klnąc swoje prestiżowe apartamenty za miliony monet. Tymczasem ktoś inny z bloku na postponowanej Pradze wsiada w tramwaj. Ponieważ w wielkiej piątce (stolica, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław) godziny szczytu trwają do 7 do 21.

No, ale tak to jest, gdy słucha się polonisty w sprawach mieszkaniowo-budowlanych.

Prywatna ochrona zdrowia. Dla wszystkich, którym marzy się jej prywatyzacja.

Istnieją w Polsce siły polityczno-partyjne, które wprost postulują prywatyzację ochrony zdrowia, od przychodni do szpitali. Ot, coś na wzór amerykański. Płacisz składkę uzależnioną od kilku czynników i masz nieograniczony dostęp. Fajnie?

Teraz pokażę Wam jak to działa w praktyce. Najpierw polskiej. Płacę kilkadziesiąt tysięcy składki zdrowotnej rocznie, a pomimo tego i tak do specjalisty czy dentysty chodzę prywatnie. W ramach państwowego abonamentu mam szpital (byłem w nim 3 dni podczas całego dotychczasowego życia) oraz podstawową opiekę zdrowotną (tu korzystam częściej – raz na 2 miesiące muszę wykupić leki na chorobę przewlekłą, a drobne przeziębienie spotyka mnie 2 razy w roku). Biorąc pod uwagę bilans składki/usługi robię kiepski interes. U specjalisty bywam trzy razy do roku i płacę za każdym razem 250 zł. NFZ reguluje za mnie przychodni rodzinnej ok. 250 zł. Czyli 1000 zł kosztów ok.30.000 zł przychodów. Tak zarabia na mnie NFZ. Nawet jeśli wezmę pod uwagę ten szpital (zero operacji, wyłącznie leczenie tlenem i kilka porad – może 5000-7000 zł – jak wspominam – raz na 48 lat), niewiele się zmieni. Jestem pacjentem prawie idealnym (bo bywają lepsi).

Teraz USA. Zrobiłem sobie wyliczenie na amerykańskiej stronie. Płaciłbym ok. 700 USD miesięcznie za całkiem niezły pakiet. Natomiast są w tym pewne zastrzeżenia oraz ważna informacja. W Polsce płacę niezależnie od wieku. W USA dwudziestolatek ma stawkę 400 USA, a 60-latek już 1100 USD/miesięcznie. Sporo zależy także od miejsca zamieszkania i dochodu oraz liczby osób w rodzinie. Nawet dwójka osób, moich równolatków płaci 1400 USD/m-c czyli 16.800 USD/rok przy średniej pensji za 170 godzin ok. 72.000 USD/rok. Czyli zdrowotne to nie 9% jak u nas, a 12%. I nadal nie obejmuje wszystkiego.

Jak może wyglądać prywatna służba zdrowia pokazuje przykład płatnego abonamentu mojej koleżanki w znanej sieci przychodni (mają nawet szpital). Miesięczna opłata 170 zł, obejmuje specjalistów i badania. Super. Tylko, że znowu, mamy mnóstwo wyłączeń. Specjaliści dzielą się na dwie grupy, dla tych na abonament i pełnopłatnych, co oznacza, ograniczony dostęp lub konieczność płacenia za najlepszych. Tak to może wyglądać po prywatyzacji – zamożni mają wszystko, płacąc proporcjonalnie mniej w stosunku dochodów, a biedni – lepiej żeby nie chorowali.

3 rzeczy, które powinieneś zrobić po 40-tce według instagramowego coacha i oszczędnego milionera.

W ostatnich 10 latach sieci społecznościowe zalała fala coachingu (pop-psychologii), której głównym kołem napędowym są listy rzeczy do zrobienia w określonym wieku. Popatrzmy, jak wygląda taka lista dla 40-latków.

  1. Przebiec maraton.
  2. Odwiedzić Chiny (w wersji buddyjsko-uduchowionej: Indie)
  3. Przejechać na rowerze od Tatr do morza (w wersji religijnej – pójść do Santiago de Compostela).

Podobno te czynności sprawią, że osiągniesz szczęście. A sprawią? Gdzie tam. Jeżeli jesteś typowym wytworem sieci social mediów, z wysokim poziomem lęku, zastanawiającym się regularnie „czy jesteś wystarczająco dobry” zarówno maraton, jak i Chiny czy wyprawa rowerowa nie poprawią sytuacji ani na jotę. Po prostu staniesz się nieszczęśliwym człowiekiem, który:

  1. Przebiegł maraton.
  2. Odwiedził Chiny/Indie.
  3. Przejechał na rowerze od Tatr do morza/przeszedł drogę do Santiago de Compostela.

Tyle. Dlaczego? Ponieważ, kiedy wykonasz te wszystkie kroki, social media podsuną Ci kolejne, w wyścigu o lajki, który nie ma końca. Po maratonie pojawi się triatlon, po Chinach, Tajlandia lub Brazylia, a Polskę zastąpi przejazd włoskich przełęczy. Co zatem faktycznie powinieneś zrobić po 40-tce? Parę rzeczy, nie dających może gwarancji szczęścia, ale zapewniających spokojniejszy sen i redukcję lęków. A oto krótka lista:

  1. Spłacić kredyt hipoteczny (i inne kredyty).
  2. Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę.
  3. Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów.

Czy wiesz o tym, że większość moich rówieśników z wielkich miast (czyli 50-latków) nie odhaczyła nawet dwóch punktów z tej listy. Teraz czas opisać, co zmienią w Twoim życiu.

Spłacenie kredytu hipotecznego (i innych kredytów). Uwolnienie się od kredytów, współczesnej wersji niewolnictwa („Nie zwolnię się z beznadziejnej pracy, bo z czego zapłacę kolejną ratę?”) stanowi krok milowy współczesnego wielkomiejskiego przedstawiciela klasy średniej. Jeśli masz 40 lat, najprawdopodobniej, zostałeś spętany hipoteką ok. 4-10 lat temu. Zostało Ci do spłacania ok. 20-26 lat według harmonogramu i 300 tys. zł. Czas wziąć byka za rogi i opracować 10-letni plan zlikwidowania kamienia młyńskiego u Twojej szyi. Powstanie o tym odrębny wpis, dzisiaj skupiam się na aspekcie psychologicznym. Uwolnienie się od kredytów, czyni wolnym. Zaniesienie ostatniej raty do banku, wygląda jak rytuał oczyszczający. Nie jesteś nic winien. Wspaniale. Możesz dokonywać wyborów, nie patrząc, z perspektywy dłużnika. Wreszcie, te tysiące nie wypływają co miesiąc z Twojej kieszeni. Piękna rzecz.

Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę. W dniu czterdziestych urodzin, perspektywa emerytury rysuje się znacznie wyraźniej niż po 30-tce. Może nie widzisz jej tuż, tuż, ale wystarczająco blisko, by o niej myśleć. Zacznij więc oszczędzać. Na blogu edukuję od lat – państwowe świadczenie wystarczy na zaspokojenie głodu i opłaty. Na nic więcej. Trzeba mieć ekstra pieniądze: na lekarzy, samochód, podróże, hobby. Da się je zarobić, jeżeli zaczniemy oszczędzać. Co proponuję? Po pierwsze zapisanie się do PPK u swojego pracodawcy, a w zasadzie niewypisanie się. Finansowe skutki tego kroku, nie zapewnią nam starości pod palmami, ale pozwolą uniknąć biedy. Ważna sprawa. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, dostaniesz sporo więcej niż wpłaciłeś. Np. z odprowadzanych przez 25 lat, dzisiejszych 200 zł/m-c (2% z 10.000 zł), zrobi się 500 zł świadczenia przez 12 lat (czyli do średniego okresu życia mężczyzny). Gdybyś zaczął wcześniej (jako 30-latek), byłoby jeszcze ciekawiej, ale lepiej późno niż wcale. Drugi sposób, który polecam, nazywa się IKZE. Na blogu sporo o nim pisałem. Oferuje widoczne korzyści podatkowe (ulgę) oraz, jeżeli dobrze wybierzesz, interesujące stopy zwrotu. W praktyce z 500 zł/m-c, w dniu przejścia na emeryturę (po 25 latach), dasz radę wycisnąć kilkaset tysięcy złotych. Stosując regułę 4% – 1600 zł do państwowego świadczenia.

`Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów. Kolejny plaster na duszę ludzi lubiących się zamartwiać. Z taką poduszką finansową, śpisz spokojnie. Nie boisz się ani zwolnienia z pracy, ani naprawy samochodu, ani większości katastrof, które potrafi wymyślać Twój umysł. Już jest nieźle. W niepewnych czasach 70-80 tys. zł oszczędności, daje komfort, jakiego nie ma większość Twoich rówieśników. Masz czas usiąść i pomyśleć na spokojnie. Zgromadzenie funduszu awaryjnego zajmie Ci pewnie kilka lat, ale każda wpłata zwróci się dziesięciokrotnie w zdrowym śnie i pełnym luzie. Uwierz mi, sam mam taką poduszkę.

Czy warto angażować się w etat?

Odpowiedź na tytułowe pytanie wcale nie jest prosta. Zwolennicy „kultury zapierdolu” powiedzą – oczywiście, lewica – absolutnie nie, natomiast prawda leży po środku. Stąd cały wpis.

Zostawmy na boku ideologię skupmy się na prostym rachunku matematycznym. Załóżmy, że pytanie zadaje 24-latek. Idzie do pierwszej pracy, w której zarobi 4500 zł netto czyli ok. 26 zł/h , a nadgodziny płatne są w stawce 40 zł/h. Ma szanse dorobić, nigdzie indziej tyle nie dostanie, a dodatkowo buduje swoją pozycję w firmie. Wtedy warto.

Inaczej wygląda sytuacja, jeśli pracodawca wymaga od Ciebie (jak prezes Brzóska od kurierów) 100% dyspozycyjności, ale za nią rewelacyjnie nie płaci. Wtedy angażować czasu nie warto.

Ale istnieje jeszcze kilka uwarunkowań:

  • czy lepiej dzisiaj zarobić więcej (biorąc płatne nadgodziny), czy zdobywać umiejętności, które pozwolą zarabiać 2 x tyle jutro?
  • czy stawka nadgodzin jest lepsza niż obrywów na boku?
  • czy mam (i jak duże) szansę awansować?

Każdy z tych problemów musi zostać przeanalizowany. Ja zwykle angażowałem się w pracę, ponieważ widziałem sens, co nie powstrzymało mnie od wzięcia czterech lat urlopu bezpłatnego na rozkręcenie firmy i zdobycie uprawnień. Teraz, gdy sytuacja zmieniła się o 180 stopni, na etacie świadomie robię tylko tyle, ile muszę, a działam na 150% tylko wtedy, gdy wyłączę świadomość. Dlaczego? Ponieważ poziom zaangażowania pompuje ilość pracy do wykonania, a nie daje efektu w w postaci wzrostu pensji. Dodatkowo, moja firmowa stawka godzinowa pozostaje niezmiennie sporo wyższa. Natomiast nie zawsze tak jest i wcale nie musi.

Popatrzmy na zdobywanie kwalifikacji. Jaki sens ma zarabianie 40 zł za nadgodzinę, jeżeli za dwa lata nauki możemy otrzymać te 40 zł w stawce godzinowej każdej ze 170h/m-c? Wynik wydaje się prosty. 20x 40+4500=5300 zł, a 40*170 =6800 zł. Lepiej zacisnąć zęby i pouczyć się trochę.

Podobnie liczmy dorabiając. Gdy pracujesz za 4500 zł/170h a możesz dostać za dwudziestogodzinową fuszkę 2500 zł, jaki sens ma branie nadgodzin z pensją 800 zł? Żaden.

Wreszcie rzecz niepoliczalna – awanse. W mojej branży przypada 10 pracowników na kierownika. Stąd szansa na awans 10% i to tylko o tyle, o ile nasz szef jest sporo starszy. Pozostaje jeszcze „kasyno” czyli układy, więc powiedzmy – realne 5%. Poświęcanie się w 200% dla 10% szansy podwyżki 1000 zł/m-c w moim przypadku pozbawione jest sensu. Wolę tę energię zaangażować w firmę, lub o czym pisałem, w doktorat.

Patrząc na te wszystkie uwarunkowania (a dochodzi jeszcze perspektywa zmiany zawodu, branży, sytuacja rodzinna itp.) dopiero możemy udzielić zindywidualizowanej odpowiedzi. Wszelkie generalizacje będą szkodliwe.

Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?