Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
sierpień 2026 – Oszczędny Milioner

Koszty życia, a koszty stylu życia.

Różnicę pomiędzy obydwoma rodzajami wydatków, prawie każdy z nas rozumie intuicyjnie.

Koszty życia ponosimy, aby zaspokoić podstawowe potrzeby, w stopniu minimalnym.

Koszty stylu życia – odnoszą się nie do potrzeb, ale naszych zachcianek. Do tego, co „chcę”, a nie „muszę” lub „powinienem”. Co więcej, wiele wydatków zachciankowych, realnie nam szkodzi, a dokonujemy ich pod wpływem chwili, kompulsywnie, dokonując uruchomienia ośrodka nagrody w mózgu.

Koszty życia, czyli ile człowiekowi potrzeba. Każdy z nas potrzebuje:

  • braku poczucia głodu,
  • dachu nad głową,
  • ubrania,
  • kontaktu z innymi ludźmi,
  • szeroko pojętej kultury,
  • wypoczynku.

To dziwne, jak wielu o tym zapomina. Tylko tyle, i aż tyle. W dawnych czasach ludzie walczyli o te trzy pierwsze podstawowe potrzeby. Pełny żołądek, jakieś schronienie i łach na grzbiet i wystarczy.

Dzisiaj prawie każdy z obywateli naszego państwa we wschodniej Europie ma takie podstawy na wyciągniecie ręki.

Jedzenie dla jednej osoby – spokojnie da się ogarnąć za 500 zł. W ogóle produkty spożywcze są dzisiaj rekordowo tanie. Mleko za 2 zł/litr, masło za 3 zł/kostka (15 zł/kg), mąka – niecałe 2 zł/kg, jajka po 1 zł/szt., tanie mięso po 12-14 zł/kg na tej bazie, plus własne owoce i warzywa da się nigdy nie czuć głodu. Ba, kupimy nawet nieco towarów, które jeszcze 30 lat temu uchodziły za dobro „prezentowe” czyli kawę, herbatę, alkohol.

Podobnie ubranie. Wchodząc w okresie promocji do „sieciówki”, albo dyskontu i kupisz normalne buty za 80 zł/para, majtki za 5 zł, koszulę za 30 zł, a nawet kurtkę za niecałe 200 zł. Nie ma problemu, by ubrać się za 100 zł/m-c.

Najwięcej kontrowersji wywoła „dach nad głową”, bo właśnie on zatrze różnicę pomiędzy „zachcianką”, a „potrzebą”. Dom na wsi, w którym nie leje się nam na głowę, da się kupić za 200k i dostaniemy jeszcze (niewielki) kawałek ziemi. Mieszkanie w mieście, właściwe dla pary (kawalerka) trafimy za podobną cenę. Niby oczywiste, tylko wchodzi nasza „inflacja stylu życia”. Utrzymamy je paląc drewnem za ok. 600-700 zł/m-c. Dom ma być nowy i stylowy. Do tego położony w „dobrej dzielnicy” i „dużym mieście”. W rzeczywistości zbliżamy się do oczekiwania „dobra rzadkiego dla każdego” i „dom w Warszawie prawem nie towarem”. Nierealne. Jeszcze 30 lat temu, dom, który posiadam na wsi, uchodziłby za ponadprzeciętny, a dziś jest tylko wystarczający, a nawet dla wielu „przestarzały”. 5 pokoi, łazienka, dwa odrębne WC, szybki internet. Nowy człowiek, budowany z zachcianek powie:

  • brak nowoczesnego źródła ogrzewania,
  • stare płytki,
  • gdzie gładzie?,
  • łazienkę i kuchnię trzeba urządzić od nowa,
  • nie przy samej drodze,
  • stare okna,
  • szambo,
  • kto dzisiaj robi kamienne podłogi?
  • daleko od miasta (30 km).

Pewnie sporo jeszcze znalazłoby się wad. Natomiast patrząc realnie – jeszcze w latach 90-tych, niezły standard. Dzisiaj wielu potrzebuje nowego (wybudowanego maksymalnie 10 lat temu), wykończonego zgodnie z aktualną modą, zlokalizowanego w mieście – ogólnie – czegoś na poziomie „segmentu” lub „apartamentu”. Nie trzeba nikomu powtarzać – to zachcianka, próba dołączenia do elity, kilkunastu procent mieszkających najlepiej. Za 200k da się na terytorium Polski kupić nieruchomość komfortową dla 3- osobowej rodziny. Utrzymamy takie miejsce za 800 zł/m-c. W sumie za 3 podstawowe potrzeby (jedzenie, ubranie, dach nad głową) – 2600 zł plus 200k na start.

Teraz idziemy dalej. Wiadomo, trzy osoby, w tym dziecko, oznaczają potrzebę kultury, nauki, wypoczynku i kontaktu z innymi. Wszystkie pokryjemy z 800+ i zasiłku na dziecko. Dokładnie za 800 zł, damy radę opłacić szkołę, pojechać na jakiś koncert (jeżeli nie będzie darmowy), jak to kiedyś mówiono „zmienić klimat”. To już 3500 zł.

Na koniec jeszcze małe auto – 250 zł/m-c i ubezpieczenie (KRUS 2 x 250 zł). W sumie 4250 zł. Za taką sumę tj. minimalne wynagrodzenie i świadczenie od państwa, trzy osoby dadzą radę normalnie funkcjonować.

I wtedy wchodzą „koszty stylu życia”, które podbijają nam te wydatki x 2, albo x 3. Zaczynamy.

Najpierw jedzenie. Spokojnie do 2500 zł, a jak ktoś lubi wychodzić, to i 5000 zł może okazać się niewiele. Ubrania mnożymy x 3. Dach nad głową: rata, bezobsługowe ogrzewanie, sieci miejskie i spokojnie damy radę dojść do 4000 zł. W sumie te trzy „podstawowe potrzeby” kosztują już 11.500 zł. Doliczmy festiwal w stylu Open’era, urlopy (narty w zimie, ciepło all inclusive w lecie), 2 auta w leasingu. No i nagle 20k/m-c na te same trzy osoby okażą się „zbyt mało”.

Warto temat przemyśleć. Jak to się stało, że jeszcze niedawno, nasze życie w bloku/na wsi wydawało się nam wystarczające, a teraz już nie. Dlaczego stale podnosimy sobie (i swoim bliskim) poprzeczkę. Czym różni się obiad za 150 zł/osoba (normalna cena za zupę i drugie danie+napój) w centrum Warszawy od domowego dania za kilkanaście zł, albo i kilka zł, jeżeli gotujemy z ołówkiem w ręku?

Koszty stylu życia można stale pompować. Od lepszego domu (studnia bez dna), do auta, wakacji (już nie starcza pojechać „do babci na wieś”, ani nawet nad pobliskie jezioro). Telefon przestaje dzwonić, a nawet dostarczać rozrywki, a staje się narzędziem statusu. Moja Motorola Edge 50 Fusion za 800 zł nie robi na nikim wrażenia, w świecie szklanych cudeniek za 6000 zł. Warto o tym pomyśleć.

Efekt pompowania? Wydatki rosną drastycznie, ponad racjonalny poziom. Ktoś, kto dostał podwyżkę o 100%, nagle wydaje 100% więcej. Masz do dyspozycji +200%, wydasz wszystko. Co gorsza, dyplom ekonomii, co pokazuje przypadek dra Thomasa Stanleya (słynna opowieść o płatkach śniadaniowych), ani świadomość zjawiska, nie chroni przed problemami.

Ja osobiście, wyleczyłem się w znacznej części z choroby statusu. Używany, 9-letni Hyundai Ioniq wiezie mnie równie pewnie, jak parę lat młodszy Mercedes, a kosztuje ułamek jego ceny. Mokasyny z Lidla niosą podobnie jak markowe obuwie za 500 zł/para.

I teraz najważniejsze. Co zyskałem? Spokój. Nigdzie nie muszę gonić. W razie problemów dam radę utrzymać rodzinę z jednej pensji (a ponieważ oszczędzałem wiele lat, nawet bez pensji).

Uważajcie na scam. Oszust obiecuje 80% zysku w 5 lat, a nic nie mówi o realnych stratach.

Znacie mój stosunek do ZUS, muszę się więc wytłumaczyć, dlaczego temat emerytur z państwowego ubezpieczyciela wraca raz po raz. Otóż, specjaliści od marketingu w ZUS-ie przechodzą samych siebie i ciągle mnie zadziwiają.

Najpierw opublikowali raport o głodowych emeryturach przedsiębiorców, opłacając grupę naukowców. W sumie nic dziwnego, mnóstwo firm tak robi, abyśmy korzystali z ich produktów i usług (słynne hasło z artykułów o Daewoo Leganza „Główna rywalka VW Passata”, teraz „Bestune B70 – pogromca Skody Superb i VW Passata”).

Potem posunęli się dalej i obiecali, że pójście na emeryturę rok później, podniesie nam świadczenie o 20%. Znowu, ZUS posłużył się dziennikarzami. Te kłamstwa też demaskowałem.

Ale ostatnio przeszli sami siebie. W wielu portalach np. Fakt.pl https://www.fakt.pl/pieniadze/czy-oplaca-sie-pracowac-po-osiagnieciu-wieku-emerytalnego-wyliczenia-zus/wy2h819 czy money.pl https://www.money.pl/finanse/emerytura-wyzsza-o-80-proc-zus-pokazal-nowe-wyliczenia-7316162949199936a.html , wp.pl, Radio Eska, Super Biznes, ukazały się w tym samym czasie (7-8 sierpnia 2026 r.) artykuły zawierające „prognozy, które ZUS przygotował dla „Faktu””. Zgodnie z nimi osoby, które w 2026 r. osiągnęły wiek emerytalny, przedłużając okres aktywności zawodowej mogą zyskać emeryturę wyższą o:

  • 14%, jeżeli przejdą na emeryturę w 2027 r.,
  • 27%, jeżeli przejdą na emeryturę w 2028 r.,
  • 43% jeżeli przejdą na emeryturę w 2029 r.,
  • 80% jeżeli przejdą na emeryturę w 2031 r.

Oczywiście, zero informacji o sposobie wyliczenia tak fantastycznych liczba. Zrobię to dla Was i od razu przesyłam do wszystkich mediów, które opublikowały te tzw. prognozy.

Punkt 1. Co to jest prognoza? Otóż to wyłącznie szacunki ZUS. Ani nie obietnica, ani nie zobowiązanie. Żaden przyszły emeryt, który prognozą się posłuży, nie może domagać się wypłacenia o 80% wyższej emerytury w 2031r. Nadal obowiązuje reguła: zgromadzona kwota/okres dożycia w chwili zakończenia pracy.

Ta prognoza = nieodpłatna promocja plus zwolnienie się dziennikarzy z odpowiedzialności z zastrzeżeniem autorstwa ZUS.

Punkt 2. Zero danych. I tu mamy najważniejszy problem. Dane da się zweryfikować, jeżeli je znamy. Tutaj nie wiemy nic.

Ale nawet nie znając zmiennych (kapitał początkowy, okres aktywności zawodowej, pensje w poszczególnych latach), jestem w stanie powiedzieć, że prognoza jest świadomie rozsiewanym kłamstwem dla osób, które:

  1. zarabiały dużo dopiero w końcu aktywności zawodowej,
  2. pracowały bardzo długo (np. 45 lat), ale z niskimi pensjami na początku,
  3. nie dożyją 70-tki (czyli wielu mężczyzn z wykształceniem niższym niż średnie),
  4. w ciągu tych 5 lat stracą pracę lub nie będą w stanie pracować, z powodów zdrowotnych,
  5. doświadczą niskiej inflacji i waloryzacji.

W pozostałym zakresie mamy do czynienia z zatajaniem trudnych prawd, takich jak:

  1. Pracując niewiele w systemie składkowym, 80% wyższa emerytura tzw. groszowa, zapewnia nadal głodowe świadczenie, bo co z tego jeśli 300 zł zmieni się w 540 zł?
  2. Nie znamy przyszłej inflacji ani współczynników waloryzacji. Te 80% wyssano z palca.
  3. Średnia długość życia mężczyzn w wykształceniem niższym niż średnie (podstawowe, gimnazjalne) wynosi 68 lat. Oni statystycznie 70-tki nie dożyją.
  4. Ostatni prezes ZUS – Zdzisław Derdziuk, ciężko (i prawdopodobnie śmiertelnie) zachorował w wieku 64 lat i już nie pracuje, bo leży w szpitalu a jak doniósł wicepremier „walczy o każdy oddech”. Generał Różański 63 lata. Czy coś podobnego nie przydarzy się Tobie albo mnie? Jaką mamy gwarancję? Każdy dodatkowy rok pracy, może oznaczać, że emerytury nie dożyjemy w ogóle.
  5. Średnia długość życia w zdrowiu wynosi ok. 65 lat dla kobiet i 62 lat dla mężczyzn. Panowie są poważnie chorzy już przed wejściem w ustawowy wiek emerytalny.
  6. GUS notorycznie modyfikuje tzw. tabele długości życia. Poza pandemią – na niekorzyść obywateli. ZUS posługuje się tymi tabelami. Skutki – obniżenie emerytur i patrz pkt 4.
  7. Załamanie gospodarcze Polski, wojna, trudna sytuacja lub wola polityczna, zmieni 80% w 10%.

Punkt 3. Sposób liczenia emerytury.

Niby prosty: dzielimy zgromadzoną w ZUS i na subkoncie kasę przez średnią długość życia. Coroczne waloryzacje mnożą nam już zgromadzone składki oraz dodajemy jeszcze wpłacane od naszych pensji. Tyle teorii.

W praktyce państwo może manipulować obydwoma zmiennymi równania. Zmieni zasady ustawą. Zaniży nam waloryzację (np. do 4% przy faktycznie 6% inflacji), albo podniesie średni czas dożycia. Wtedy nie ma mowy o 80% zysku, ale realnej stracie.

Punkt 4. Tabele dożycia GUS. Już o nich wspomniałem. Tabela z 2021 r. pokazuje, że:

  • 60-latkowie pożyją jeszcze 247,7 miesiąca (20 lat 7,7 miesiąca),
  • 65-latkowie 204,3 miesiąca (17 lat 0,3 miesiąca),
  • 70-latkowie 164,8 miesiąca (13 lat 8,8 miesiąca).

Tabela z 2026 r. wróży:

  • 60-latkom – 268,9 miesięcy dalszego życia (22 lata 4,9 miesiąca),
  • 65-latkom – 222,7 miesięcy (18 lat i 6,7 miesiąca),
  • 70-latkom – 180,6 miesięcy (15 lat i 0,6 miesiąca).

Co to znaczy w praktyce? Ano mniej więcej tyle, że wydłużając okres aktywności, wcale nie zyskujemy 5 lat. W przypadku 60-latków z 2021 r. (a dzisiejszych 65-latków) nasza korzyść wynosiła tylko 20 miesięcy (równo 1/3 z 5 lat). 65-latkowie z 2021 r. (dzisiaj 70-latkowie), wypadli nieco lepiej – 23,7 miesiąca na plusie. Ale nadal daleko do 60 miesięcy (5 lat).

GUS stale wydłuża nam średnią długość życia. Wyjątek na przestrzeni kilkunastu lat – pandemia.

Kolejna manipulacja dotyczy „oczywistej oczywistości” – starzejąc się, wcale nie wydłużamy trwania życia o 60 miesięcy, ale o 46 (pomiędzy 60 a 65 lat), albo 42 miesiące (65 a 70 lat). Tracimy więc podwójnie. ZUS to zataja.

Punkt 5. Konkretne obliczenia. Nigdzie ich nie ma i nie jest to przypadek. Podaję zatem dane ogólnodostępne.

Za „Gazetą prawną”:

” Sytuacja wygląda nieco lepiej, jeśli Twoje zarobki w trakcie tych 10 lat były znacznie wyższe. W przypadku odprowadzania składek od kwot równych średniej krajowej, Twoje świadczenie wzrośnie i zamknie się w przedziale od około 500 do 600 złotych brutto miesięcznie.„

600 zł x 268,9 miesięcy = 161.340 zł kapitału emerytalnego.

Powiedzmy wprost – ktoś, kto pracował legalnie 10 lat i zarabiał średnią krajową dostanie 600 zł brutto miesięcznie. Na rękę 550 zł. Gdyby zarabiał przez 10 lat emeryturę minimalną – połowę tej kwoty.

Jeżeli nadal będzie pracował, powiększa podstawę swojej emerytury o kwotę waloryzacji (nieznana) i składki rocznie ok. 12.000 zł (pensja minimalna) lub 20.000 zł (średnia krajowa). W ciągu 5 lat to odpowiednio: 60.000 zł i 100.000 zł. Przy 7% waloryzacji (taką średnią przyjmuję), mamy:
– 1320 zł brutto emerytury 65-latki jeżeli zarabiać będzie pensję minimalną,

-1526 zł brutto emerytury 65-latki jeżeli zarabiać będzie pensję średnią.

W takich warunkach kobieta wychodzi nawet lepiej niż wyliczenia ZUS. Tylko, że lepiej wcale nie znaczy dobrze. Dalej, pomimo wydłużenia pracy o 5 lat, nie dostanie emerytury minimalnej. Przyczyna – brak 20 lat stażu ubezpieczeniowego.

Gdyby jednak „okres dożycia” GUS znowu podniósł o 19,4 miesiąca (jak pomiędzy 2021 a 2026 r.) świadczenie będzie niższe: 1214 zł i 1404 zł. Nadal mieścimy się w wyliczeniach ZUS, ale mówimy o przypadku skrajnym.

Teraz drugi przykład – mój własny – 65-latek z kapitałem 1 mln zł.

Podobnym dysponuje „statystyczny emeryt (ca. 4490 zł średniej emerytury x 222,7m-ca długości życia).

Dzisiaj ma 65 lat i zastanawia się czy czekać. Pomóżmy mu. Oto dane (nadal waloryzacja 7%):

Jeżeli zarobi pracując jeszcze 5 lat „najniższą krajową”, zgromadzi 1.471.561 zł kapitału emerytalnego. Jeżeli „średnią krajową”, niewiele więcej 1.517.567 zł. Jak widać wysokość zarobków (i składek) na tym etapie ma niewielkie znaczenie, decyduje procent waloryzacji (którego nie znamy i który przyjąłem na poziomie 7%).

Jak to przełoży się na emeryturę?

+81-87%, jeżeli GUS nie zmieni czasu dożycia,

+66-71%, jeżeli GUS zmieni czas dożycia w takim samym stopniu, jak w ostatnich 5 latach.

W ten sposób odkryłem założenia propagandy ZUS:

  1. Około 7% waloryzacja kapitału.
  2. Brak zmiany czasu dożycia.
  3. Nieuwzględnienie wypłaconych emerytur.

Jeżeli skorygujemy tymi zmiennymi, 80% jest nierealne.

Po pierwsze dlatego, że ZUS notorycznie zmienia czas dożycia. Dzisiejszy 70-latek stracił 40 miesięcy z mianownika od 65 r.ż. Tylko na przestrzeni 5 lat czas życia 70-latka wydłużył się o 16 miesięcy.

Po drugie, z powodu nikłego prawdopodobieństwa 7% realnej waloryzacji. W czasie niskiej inflacji (a z taką mam nadzieję mamy do czynienia), waloryzacja wynosiła od 2 do 6%. Przy średniej inflacji 5-9%, a dopiero wysoka inflacja dawała 9-14%. ZUS w ogóle nie uwzględnia zmiany realnej siły nabywczej pieniądza. Po skorygowaniu nią realna waloryzacja wyniosła od 0 do 7%. Co z tego, że w 2026 r. waloryzowano kapitał o 9,8%, skoro w tym samym czasie inflacja wyniosła 3.2%, ale odczyty miesięczne sygnalizują gigantyczny skok cen usług (1,2% miesięcznie czyli ponad 15% rocznie)? Co nam po rekordowej waloryzacji w 2023 r. 114,87%, skoro inflacja wynosiła 14,4%? Wtedy te 7% to topowy rok, a nie wartość realnie osiągalna w dłuższej perspektywie.

Wreszcie – wypłacone emerytury. ZUS całkiem zapomina, że przez 5 lat ktoś dostawał tę średnią emeryturę i była ona waloryzowana (o połowę gorzej, więc przyjmuję 3,5%). Część z niej zjadł US i NFZ. Te kwoty też mogą pracować (na 5% w obligacjach). Ile zostanie? Ok. 267 tys. zł oszczędności. Dokładnie tyle może zgromadzić przeciętny emeryt jeżeli zdecyduje się nie odkładać emerytury, tylko połączy ją z pracą. Gdyby nagle zmarł, tę kwotę (w przeciwieństwie do prawa do emerytury) odziedziczy rodzina.

Odsetki od tej kwoty to ponad 1100 zł/m-c Dzieląc kapitał na miesiące dożycia (choćby te teoretyczne ZUS-owskie) mamy ekstra 1483 zł (267.000 zł/180). Porównajmy wartości netto korzyści z propozycji ZUS i „prywatnej emerytury”:

  • ZUS – (3850 * 1,66)=6391 zł/m-c,
  • Jednoczesne branie emerytury i praca – (3850+1100+1483)= 6433 zł.

Krótko mówiąc, nie tylko nie zyskamy 80% wyższej emerytury, ale jeszcze realnie ją obniżymy. I większość osób pracuje sobie, pobierają ekstra świadczenie, gromadząc kasę na koncie i wykorzystując efekt synergii.

Na koniec założenia realne. Inflacja 4%, waloryzacja emerytury na poziomie inflacji, a kapitału 4% powyżej inflacji, wydłużenie życia o 16 miesięcy na przestrzeni 5 lat, wreszcie wypłacone emerytury przy kapitale startowym 1 mln zł i średniej pensji.

  1. Słuchasz ZUS – wzrost emerytury realnej netto o 46% (z 3850 zł do 5630 zł).
  2. Słuchasz Oszczędnego milionera – wzrost emerytury realnej netto o 58% (z 3850 zł do 6095 zł)

Dokładnie. Uwzględniając środki z oszczędności i kapitału (realnie) – 962 zł (odsetki po 5 latach) i 1283 zł przez 15 lat (niewielu mężczyzn dożywa 80-tki) – dostajemy 6095 zł. To o 465 zł więcej niż prognozowany „80% zysk ZUS”.

Konkluzja jest dość prosta – nie warto przeciągać przejścia na emeryturę. Pomijając oczywistości (brak dziedziczenia kasy w ZUS, prawdopodobieństwo śmierci i niedożycia emerytury, pogarszające zdrowie, powszechne pozbywanie się emerytów z pracy) nawet liczbowo wyliczenia wychodzą na korzyść systemu: dłuższa praca +emerytura, zamiast dłuższa praca bez emerytury.

Kolejny naganiacz do dłuższej pracy – tym razem Kamil Fajfer. Demaskuję obliczenia ZUS i założone tezy.

Na portalu wyborcza.biz ukazał się ten artykuł https://wyborcza.biz/biznes/7,147880,32937997,pracujacych-emerytow-przestalo-przybywac-czas-by-rzadzacy.html . Kolejny ubolewający, że Polacy nie chcą pracować dłużej niż muszą. Autor – Kamil Fajfer (znany z prześmiewczego „Magazynu Porażka”), politolog, rzuca tezę „Jest co najmniej kilka mocnych powodów, by po osiągnięciu wieku emerytalnego dalej pracować”. Wiem, powtarzam się, ale napiszę po raz n-ty – do dłuższej pracy zachęcają: kulturoznawcy, politolodzy, absolwenci dziennikarstwa itp., kompletnie nie potrafiący analizować danych, nawet jeśli je powołują. Oto przykłady.

Teza 1. Zachętą do dłuższej pracy jest zerowy PIT. Wyjaśnijmy o co chodzi. PIT-0 – ulga podatkowa pozwalająca pracującym osobom w wieku emerytalnym nie płacić podatku do kwoty 85 528 zł rocznie, pod warunkiem niepobierania emerytury. Kompletnie żadna zachęta. Otóż teoretycznie 65-letni mężczyzna i 5 lat młodsza kobieta stoją przed wyborem:

  1. Pracować np. na pół etatu za medianę pensji 2700 zł/m-c i dostawać emeryturę 4500 zł (okolice średniej emerytury w 2026 r.). W sumie dostawać 7200 zł/m-c mając wolną połowę czasu.
  2. Nie pracować i pobierać emeryturę bez ulgi 4500 zł/m-c i mnóstwo wolnego czasu.
  3. Pracować na pełen etat i dostawać 5400 zł pensji, plus ulgę podatkową 348 zł (12% nadwyżki nad 2500 zł/m-c), oraz obietnicę wyższej emerytury w przyszłości. Razem – 5748 zł.
  4. Pracować na pełen etat, zarabiać 5400 zł pensji plus 4500 zł emerytury. W sumie 9900 zł. I także nie mieć czasu.

Pełnoetatowa praca warta jest mniej niż pół etatu i emerytura. Przecież to nie ma sensu. Emerytura pracującego równa się dodatkowe 4500 zł, ulga podatkowa ok. 350 zł. Co wybierzesz?

Teza 2. Waloryzacja składek bezkonkurencyjnie przebija wzrost wartości środków wrzuconych na giełdę. Powiem szczerze, Kamil Fajfer (którego stare opowieści niezmiernie mnie bawiły, a teraz niestety obniżył loty, zamiast bronić ludzi przed głupimi decyzjami, wpycha ich w ubóstwo) wybiera kompletnie dowolne dane . Wcześniej pisze: „Skumulowana waloryzacja od 2005 do 2025 roku wyniosła nieco ponad 400 proc. W przypadku giełdy mnożnik kapitału wyniósł „jedynie” około 220 proc.” Otóż, wybiera sobie tendencyjnie niezbyt korzystny okres, jako miernik „giełdę” czyli bliżej niesprecyzowany zakres i wyciąga wnioski. Otóż po raz kolejny podam moje OFE. Wchodziłem do systemu na jego starcie – kwiecień 1999. Wtedy jednostka uczestnictwa OFE NN (pierwszy dzień notowań) kosztowała 10 zł. Dzisiaj 117 zł. Wykres macie tutaj https://www.analizy.pl/fundusze-emerytalne/ENNE1/nationale-nederlanden-ofe, więc widzicie, dlaczego redaktor Fajfer pominął cały rok ( w tym czasie wzrost o prawie 70%, a waloryzacja ZUS 10%). Rzecz jasna OFE NN to tylko giełda, ale i papiery dłużne (bony, obligacje). Zatem okres 1999-2026 – OFE +1050%, ZUS – 550%.

Jeżeli uwzględnimy, IKZE – z jego systemem zachęt podatkowych, oraz fakt, że emerytura posiada stały „parapodatek” – składkę zdrowotną 9%, wynik wyszedłby jeszcze lepiej. Opóźniając przejście na emeryturę nadal płacimy składkę rentową, a renty nie dostaniemy, więc kolejne 1,5% odpada.

Podobnie PPK, które wielokrotnie z ZUS-em porównywałem. Oczywiście, sporo zależy od momentu, sytuacji na giełdzie, ale postawienie tezy „świetny ZUS, fatalna giełda” świadczy albo o grubej niewiedzy, albo celowej manipulacji.

Teza 3. Tak stworzony system oznacza, że dłuższa praca równa się wyższej emeryturze.  Półprawda, udowadniałem już kilka razy. Dłuższa praca równa się wyższej emeryturze, ale w niewielkim stopniu. Natomiast ryzyko zgonu rośnie dramatycznie. 65 r.ż dożywa 78% mężczyzn, 70 r.ż ok. 67%, a 75 r.ż. ok. 58%. Pomiędzy 65-tką, a 70-tką umiera 15% mężczyzn, którzy dożyli ustawowego wieku emerytalnego. Do 75-tki już 25%.

Widziałem (tendencyjne) tabele ZUS. Dla 65-latka prawdopodobieństwo zgonu wynosi 2.2%. Dla 70-latka już 3.2%, a dla 75-latka 4.6%. W wieku 76 lat, co roku umiera, 1 na 20 mężczyzn, którzy dożyli tego wieku.

Drastycznie spada jakość życia. Średni tzw. wiek życia w zdrowiu wynosi dla mężczyzn 62 lata.

Teza 4. Po pierwsze dłużej odkładamy składki, a więc mamy więcej kapitału do podziału. Niby prawda, ale weźmy „statystycznego męskiego emeryta”, który w wieku 65 lat dostaje 5300 zł brutto (ok. 4500 zł netto). Znając „równanie emerytalne” mnożymy 5300 zł x 222,7 miesięcy = 1.189.310 zł. Jego kapitał to milion. Pracując dłużej o dwa lata dostanie (weźmy pod uwagę historię) od ok. 8% (lata niskiej inflacji) do blisko 30% (wysoka inflacja i lata wyborcze). W sumie wygląda nieźle, zwłaszcza gdy ceny rosną. Większy przypis to wyższy kapitał o nawet (gdyby powtórzyły się lata 2024-2025) blisko 360.000 zł. Wygląda świetnie. Na papierze. Albowiem:

  1. nie mamy gwarancji takiego wzrostu (były lata z waloryzacją roczną 2%, jak i 14%).
  2. w czasie tych lat (2023-2024 bo za nie waloryzowano w latach 2024-2025) – moje OFE NN wzrosło o 40%. W 2026 r. (za 2025 r.) przyrost w ZUS wyniósł niecałe 10% a OFE NN ponad 30%. Czy nadal „giełda przegrywa”.
  3. najważniejsze info – sam kapitał nic nie zmieni. Dostaniemy wyższą emeryturę (o te kilka, kilkanaście procent rocznie), ale skrócimy czas jej pobierania. Mężczyzna dożywa statystycznie 75 r.ż. Co nam po reklamowanej przez pana Fajfera waloryzacji 10%, skoro również o 10% (średnio dla facetów), skraca nam się okres pobierania?
  4. emerytura też jest waloryzowana, a wypłacony kapitał pracuje. Ktoś, kto poszedł na 4500 zł w 2026 r., opóźniając o rok miałby 10% większe świadczenie (4950 zł), ale decydując się w 65-te urodziny 54k w kieszeni i jeszcze 4738 zł emerytury. Zysk 212 zł, da się spokojnie zrównoważyć 5% zwrotem z 54k ulokowanych w obligacjach.

Teza 5. Jeżeli zebraliśmy 300 tys. zł, to waloryzacja na poziomie 10 proc. oznacza dodatkowe 30 tys. zł do podziału na lata życia, które nam zostały. I tu dochodzimy do politologicznej nieumiejętności analiz matematycznych. Po pierwsze nie 300k. Skoro znamy średnią emeryturę, kapitał wynosi 1.189 mln, czyli ponad 3 razy więcej. Po drugie, nie 30k, a 119k (10% od 1,189 mln). Po trzecie, z tego nic nie wynika, ponieważ ZUS zwiększa długość życia, a ceny rosną. Po czwarte – „300k do podziału na ponad 200 miesięcy nie wyjdzie nawet emerytura minimalna, pracując dłużej nie podniesiemy świadczenia), więc wartość rzucona luźno, nijak nie odpowiada rzeczywistości. Tu przeprowadźmy realną symulację.

Facet dostaje te statystyczne 4500 zł brutto emerytury, jako opcja 1. Przez ten rok system wypłaci 54000 zł (4,5k x 12). Czekając rok dostaniemy waloryzacji 119k. Czyli opłaca się dłużej pracować, prawda? Nieprawda. Działa tu punkt 1 z tezy 4 (10% to dane z ostatniego roku, może być i 2%, albo 14%). Dodajmy jeszcze, że „kapitał”, „subkonto” to tylko zapis księgowy, a nie realne pieniądze. Lepiej mieć oszczędności 54k na koncie niż 119k jako obietnicę. Im dłużej przeciągamy brak wypłat, tym więcej ryzykujemy (przypominam: pomiędzy 65 a 70 r.ż umiera 15% mężczyzn emerytów, a ciężko chorujących nikt nie liczy; pomiędzy 65 a 75 r.ż zatrważające 25%). Poza tym nigdy nie wiemy, ile lat nam zostało. Stąd opowieść „do podziału na lata życia, które nam zostały” równa się kłamstwu. 75 r.ż dożywa 58% Polaków płci brzydszej, wielu z nich ciężko choruje. Czy znajdziemy się w grupie szczęściarzy, nie wiadomo.

Teza 6. Po trzecie jeśli dłużej pracujemy, to krócej będziemy pobierać świadczenie. A to oznacza, że zgromadzony kapitał dzieli się na krótszy okres.   Kolejna manipulacja. Jeżeli dłużej pracujemy, możemy świadczenia nie dożyć, o czym była mowa. Wtedy nie dostaniemy nic. Zgromadzony kapitał dzieli się na teoretyczny okres, który ustalany jest dość arbitralnie. Okres dożycia wzrósł o 2 miesiące pomiędzy marcem 2025 i 2026 r. Ale to przecież nie oznacza wyższych wypłat łącznych. Wyobraźmy sobie mężczyznę, który idzie na średnie świadczenie w wieku 65 lat. Jest ono co roku waloryzowane. W punkcie 4 tezy 4 podałem Wam liczby rok wstrzymania się z emeryturą da 212 zł, odsetki od obligacji wyniosą 225 zł (54.000 zł czyli wypłacona przez rok emerytura x 5% /12 miesięcy). No i nadal mamy 54k na koncie.

Potem następują bałamutne ZUSowskie przykłady, którym Kamil Fajfer wierzy bez sprawdzania. . „Przykładowo, mężczyzna urodzony w 1959 roku, z kapitałem początkowym 75 tys. zł i zarobkami na poziomie 60 proc. średniej krajowej, który mógł przejść na emeryturę we wrześniu 2024 roku, ale przepracował dodatkowy rok, zyskał świadczenie wyższe o 19,1 proc. Zamiast 3882 zł otrzyma 4623 zł”. Są to oczywiście kolejne manipulacje, co da się łatwo obalić, jeśli macie chwilę cierpliwości.

Po pierwsze, wybranie roku 2024. Waloryzacja kapitału 14.8%. Manipulacja nr 1 – wybrano okres o najwyższej waloryzacji w historii. Podobny zdarzył się 2 razy.

Po drugie, liczmy – wzrost kapitału i odsetki. 3882 zł x 218,9 (przeciętne trwanie życia w 2024 r.) = 849.770 zł. 975.535 zł, czyli zyskał prawie 125k. Super. W tym czasie wypłacono mu 46.584 zł emerytury, o czym p.Fajfer i ZUS milczą. Od tej kwoty, dostaniemy prawie 200 zł odsetek miesięcznie. Czyli już 4080 zł kontra 4623 zł. Z 19% robi się już 13%. Manipulacja nr 2 – zapomnieli o wypłaconej emeryturze, która jeśli nadal pracujemy (i nie występujemy o świadczenie, przepada) i odsetkach od niej.

Po trzecie, 60% średniej pensji to 4908 zł brutto, czyli 3820 zł netto. Czy lepiej chodzić do pracy za 3820 zł pensji (uwzględniłem ten PIT 0%), czy siedzieć w domu za 3367 zł emerytury netto? Stopa zastąpienia 88%. Manipulacja nr 3 – epatowanie wzrostem, a nieuwzględnienie stopy zastąpienia, oraz wolnego czasu.

Po czwarte, emerytura w 2025 r. została zwaloryzowana o 5,5%. To daje 4095 zł. Doliczmy te 200 zł z kapitału i mamy 4290, nadal zamiast 4623 zł (stale brutto). Z 19% zrobiło się 7,7%. Manipulacja nr 4 – zatajenie, że emerytura też jest waloryzowana.

Po piąte, nieuwzględnienie zapłaconych składek. Jeżeli „bohater ZUS” zarobił 60% średniej w 2024 r. to było to 4908 zł. Potrącone mu składki wyniosły 9,76% czyli 479 zł. Do tego 73 zł składki rentowej (1,5%), z której oczywiście nie skorzysta. Łącznie ok. 6636 zł wyrzuconych „psu w mordę”, żeby zyskać potem 333 zł/m-c. Ale to nie wszystko – przecież mamy jeszcze przedsiębiorców. Oni zapłacili ok. 1650 zł/m-c składek społecznych czyli blisko 20.000 zł. Ponownie, aby zyskać 4000 zł/rok. Manipulacja nr 5 – eksponowanie korzyści (czyli wyższej emerytury), bez podania kosztów (składki społeczne w okresie roku).

Po szóste – okres dożycia. W 2024 r. wynosił 218,9/m-c dla 65-latka. W 2025 r. dla 66 latka już 212,2 m-c. Jeśli potrafimy liczyć – 6,7 miesiąca na przestrzeni roku, a ile miesięcy ma rok? 12. Czyli nie zyskujemy pełnego roku w mianowniku, ale 6,7 miesiąca. 2 lata pracy od 2024 do 2026 byłoby to nie 218,9 m-c, ale 205,4m-c (13,5 m-c zamiast 24). Manipulacja nr 6 – zatajenie tablic GUS z długością dożycia.

Po siódme – błędy w obliczeniach. Znając te dane, podstawmy sobie do „wzoru emerytalnego.” 975.535 / 212,2= 4597 zł. Zatem wcale nie 4623 zł lecz jeszcze mniej 4597. Niby niewiele, ale różnica spada do 307 zł i 7,1%. Manipulacja nr 7 – niesprawdzenie błędów rachunkowych.

Po ósme – podatki. Efektywna stopa opodatkowania rośnie w Polsce wraz ze wzrostem dochodu. Jeżeli ktoś ma 4597 zł płaci podatek 12% od nadwyżki ponad 2500 zł (kwota wolna) oraz 9% (zdrowotna) od całej kwoty. Teraz porównajmy. Emeryt, który „został w domu” miał w 2025 r. 4095 zł brutto emerytury. Od tego odejmijmy 369 zł zdrowotnej i 191 zł podatku dochodowego. Netto 3535 zł, ale plus 200 zł odsetek od kapitału = 3735 zł. Ten, który poczekał 1 rok, dostaje 4597 zł brutto – 413 zł zdrowotnej i 252 zł podatku dochodowego (pit 0% działa dopóki pracujemy). W efekcie 3932 zł. Ostateczna różnica wyniosła 197 zł i 5,3%, Mityczne 19,1% zmieniło się w 5.3%. Chyba nieco inna perspektywa.

Po dziewiąte – koszty pracy i korzyści z niepracowania. Dzięki Ci Hermesie, boże handlu, zysku i przekonującej mowy (a także kupców i złodziei), że przeczytałem „Pieniądze albo życie”. Otóż, te 197 zł (a nawet 307 zł) zysku szybko zniknie, jeżeli weźmiemy pod uwagę oszczędności z powodu niepracowania. Najpierw dojazd. Podam przykład pośredni – ktoś dojeżdża 10 km (w obie strony) dziennie, czyli 200 km/m-c. Przy cenie biletu miesięcznego 142 zł (wszystkie linie, Lublin), niewiele zostaje. Paliwo 120 zł plus abonament parkingowy – 250 zł = 370 zł. i jesteśmy w plecy. A gdzie ubrania (50 zł/m-c), makijaże, jakieś składki. „Stary Joe” doliczyłby jeszcze darmowe 22 godziny miesięcznie na dojazdy, dekompresję, konsumpcję „na odreagowanie” itp. I te 197 zł znika z nawiązką.

Po dziesiąte – zjeść ciastko i mieć ciastko. Zarówno ZUS, jak i Kamil Fajfer nie rozważają dość oczywistego i popularnego wśród posłów scenariusza (co już daje do myślenia) – da się dalej pracować i brać emeryturę. Wtedy te wszystkie argumenty, nawet zmanipulowane liczby, tracą sens. Nasz „statystyczny emeryt” mógł sobie przecież pobierać te 3500 zł emerytury netto oraz jednocześnie 3600 zł pensji ( albo więcej jeżeli zarabia sporo). W sumie 7100 zł netto. Po roku dostajemy waloryzację, może podwyżkę, odsetki od kapitału. Wszyscy pracujący ze mną tak zrobili. Emerytura+pensja = złoty interes. Co mi po dodatkowych kilkuset zł za rok, jak mam 7100 zł dzisiaj. Politolog nie umie liczyć, a ZUS nas oszukuje.

A może KRUS?

We wpisie z 18 grudnia 2025 r. pokazałem liczby pochodzące z oficjalnego kalkulatora emerytalnego ZUS. Zgodnie z nim, płacąc składki od 160-170% średniej krajowej (przeciętnie), po 42 latach pracy dostaniemy 82% średniej pensji w emeryturze. Dzisiejszy 50-latek. Młodzi niech odejmą jeszcze połowę. Czyli z 33% przeciętnej pensji (składka podstawowa to prawie 20% pensji x 170% średniej krajowej) odkładanej przez 42 lata zostanie nam 82% (41% 30-latkowie) tej samej pensji przez 12 lat. Przyznacie przeciętny interes. Jeżeli dodamy pozostałe składki obowiązkowe (chorobową, rentową, wypadkową) wyjdzie jeszcze gorzej. 50% średniej pensji odprowadzane przez 42 lata, zostanie nam 82% (41%) przez 12 lat.

Znacznie lepszy pozwala zrobić KRUS. Jego składki to obecnie ok. 250 zł/m-c (w praktyce 1/7 składek z DG).Odprowadzamy ok. 2,6% średniej krajowej. Przy 2000 zł czyli 8x więcej we własnej firmie. Jednocześnie emerytura będzie identyczna, jak z pracy. Jaka? Minimalna – ok. 20% średniej pensji . Niezależnie czy odprowadzaliście – 2,6% (KRUS) czy 20%, a więc dzisiaj prawie 1900 zł.

W przypadku KRUS można zrobić interes. 25 lat płacenia po 2.6% średniej, żeby na emeryturze dostawać 20% przez 12 lat (przeciętny mężczyzna). Żadne PPK, IKZE, IKE nie da Wam takich wskaźników. Dlatego już kombinujcie, jak zaprzestać płacenia składek ZUS i przejść do KRUS. Wtedy zadziała tzw. dodatek rolny. Dodatkowe 15 lat składkowych (na teraz 3000 zł/rok) `pozwoli mi zwiększyć emeryturę w ZUS o ok. 3000 zł/rok (wg dzisiejszych stawek). Bez rewelacji, ale uwzględniając stałe waloryzacje (czyli wartość realną, a nie nominalną) może mieć sens. Oczywiście, lepiej wyszedłbym na IKZE, sam inwestując, ale ponoszę ryzyko straty.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja kogoś, kto zaczyna życie zawodowe. Tam tylko KRUS. Jeszcze raz powtórzę przelicznik: 25 lat płacenia po 2.6% średniej, żeby na emeryturze dostawać 20% przez 12 lat. Tylko trzeba się liczyć z niską emeryturą. Ale przecież dokładnie taką samą, jak przedsiębiorca. I wszystkie kobiety z roczników młodszych niż 1978 oraz 70% mężczyzn w tym wieku (cytat z prof. J.Tyrowicz – członka Rady Polityki Pieniężnej).

Freedom 55. Czy 1.5 mln oszczędności wystarczy rodzinie 2+1 na wcześniejszą emeryturę?

Odpowiedzi można udzielić na dwa sposoby.

Prosty – zgodnie z trendem, nad którym pracuję. Tak, jeśli potrafisz żyć za 6 tys. zł/m-c. Rachunek dość nieskomplikowany 4% x 1.5 mln = 60 tys. zł rocznie = 5 tys. zł miesięcznie. Jeśli dodamy 1 tys. zł od państwa (na dzieci), dochodzimy do wyniku. Jak żyć za 6 tys. zł, o tym już pisałem.

Istnieje też druga wersja, którą nazywam „odwróconym kredytem hipotecznym”. Opiera się na założeniu, że w ciągu 10 lat do emerytury zjadamy cały ten kapitał, aby żyć ze świadczenia państwowego. To nie działa jak FIRE, który zakłada, że kasa nam zostanie, a wydajemy odsetki, lecz jak kredyt hipoteczny tylko na odwrót – w pierwszym miesiącu dostajemy dużo odsetek, a mniej kapitału, a w ostatnim tylko kapitał. Wtedy w 10 lat zejdziemy od 1.5 mln do 0 zł, zostawiając sobie na życie ok. 15 tys. zł. Brzmi lepiej niż 5 tys. zł. Ba, gdybyśmy nie zarabiali nic (trzymali 1.5 mln zł w skarpecie) możemy wyciągać przez 10 lat po 12.5 tys. zł/m-c.

A teraz stary Oszczędny milioner, co oznacza dziesiątki punktów, wyliczenia itd.

Wariant 1. Dodatkowa, skromna praca na boku. Załóżmy, że mamy rodzinę składającą się z matki, ojca i nastolatka. W praktyce, każde z nich może podjąć jakąś pracę (albo precyzyjniej – zajęcie zarobkowe) np. dorywczą w lecie, produkcję rękodzieła, wyprowadzanie psów i inne, na której, poświęcając średnio 7 godzin/tydzień, zarobi 700 zł miesięcznie. Przy trzech osobach – 2 tys. zł/m-c. Budżet miesięczny rośnie do 8 tys. zł (bo 6 tys. mamy z odsetek i od państwa), albo do 17 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”.

Wariant 2. Wyższa stopa zwrotu. Zamiast 4%, niech będzie 6%. Z 1.5 mln powstanie 90 tys. zł/rok i 7.5 tys. zł/m-c (ew. 16.5 tys. zł przy „odwróconym kredycie hipotecznym”). Wymaga to ruszenia głową, pewnego wysiłku. Ale 6% ROI da się uzyskać: z obligacji korporacyjnych, akcji, wynajmu mieszkań.

Wariant 3. A jeśli chcemy „wczasów na jachcie” albo „wiecznych wakacji w kamperze”? Ponownie liczę kilka mini-wariantów.

Na jachcie ostatni raz byłem na studiach i uważam to doświadczenie za przereklamowane. Niemniej jednak, wielu moich znajomych regularnie pływa sobie po Mazurach, a nawet Karaibach. I powoli docieramy do sedna – istnieją wakacje na jachcie w wersji premium oraz budżetowej. W obu ta sama przyroda, lecz zupełnie inne warunki. Sybaryci po prostu wykupują miejsce, co kosztuje ok. 6 tys./os./2 tygodnie. Doświadczenie przypomina dobry hotel, tyle że na morzu/oceanie. Jeżeli mamy trzy osoby i zakładamy miesięczne wakacje – 36 tys. zł, czyli dokładnie tyle, co praca dorywcza z wariantu 1. Jeśli mamy „odwrócony kredyt hipoteczny” na 4% – to już pełny luz.

Większość wybiera jednak wariant budżetowy albo super-budżetowy. W tym pierwszym, mówimy o zakupie własnego jachtu (30-40k za kabinówkę) i wypuszczenie się na Mazury. Ujmując 40k z 1.5 mln niewiele tracimy. Zyskujemy możliwość pływania dłużej (od wiosny do jesieni), płacąc za mariny, albo i nie (nocowanie na wodzie), kupując jedzenie w dyskontach lub zabierając z domu, ew. łowiąc. Koszt – porównywalny z moim urlopem nad jeziorem w domku teściów czyli ok. 6 tys. zł/m-c. Nieźle, bo akurat tyle mamy budżetu miesięcznego.

Super-budżetowo wyjdzie nas jeszcze taniej. Wynajmujemy klasę w małej wiejskiej szkole (robił tak mój kumpel-nauczyciel), jacht zamieniamy na kajaki i wio. Nie mamy możliwości w szkole? Dogadujemy się z gospodarzem, bierzemy pokój w schronisku młodzieżowym itd. Pomijam namiot, spanie na sianie, na wodzie. itd. Koszt noclegu- 100 zł/dzień, aczkolwiek wygód mało. Dodajmy 2 tys. zł na jedzenie i wyjdzie nam 5 tys. zł. Da się jeszcze taniej, gdybyśmy żywili się złowionymi rybami, jedzeniem kupionym „od chłopa” na wiejskim targu, albo słoikami, a jacht zamienili na kajaki itd. Znowu – spokojnie mieścimy się w budżecie.

Ostatni punkt – kamper. Ponownie – wariant rozsądny i super-budżetowy. Rozsądny sprowadza się do własnego egzemplarza za 80 tys. zł. Do tego doliczmy koszty utrzymania i kempingi. W warunkach Polski – ok. 150 zł/dzień czyli 4500 zł/m-c. Dodajmy do tego jedzenie, jakieś atrakcje, paliwo i opłaty drogowe. Wyjdzie nam nie mniej niż 8-10 tys. zł/m-c. Sporo przekraczamy budżet, chyba że ten powiększony (o dodatkowe procenty kasy, pracę dorywczą) albo wynikający z możliwości przejedzenia kapitału.

Super-budżetowy oznacza zupełnie inny tryb życia. Kupujemy sobie busa i wyposażamy go samodzielnie w kempingowe utensylia (40k). Parkujemy na publicznych parkingach, w parkach, lasach, nad brzegami rzek, zatrzymując się na płatny popas raz na 3 dni. Jedzenie kupujemy w marketach, „od chłopa” albo po prostu zbieramy na nieużytkach (ekstremalni pójdą we freeganizm). Nie potrzebujemy mieszkania, ani domu, w zimie przemieszczamy się na południe Europy, szukając cieplejszego klimatu, żeby nie grzać pojazdu. W takich warunkach głównymi kosztami życia okażą się paliwo (10 tys. km czyli do Hiszpanii i z powrotem = 700 zł/m-c x 12 m-cy), utrzymanie samochodu (kilkaset złotych), noclegi (10 noclegów = 1000 zł) i jedzenie (od bliskich zeru do kilku tysięcy złotych).

Jak widzicie, bez nudy, bez wariactwa. Z prywatnej emerytury w wysokości 6-13.5 tys. zł spokojnie da się żyć.

SKI-ing, tym razem o jeździe bez nart. Nowa moda w konfliktowaniu pokoleń.

Było o KIDS (kids in parents pockets eroding retirement savings), teraz o innym akronimie – SKI (spending the kids’ inheritance, „wydawanie dziedzictwa swoich dzieci” – w luźnym tłumaczeniu ). Odnosi się on do emerytów, którzy żyją tzw. pełnią życia, wydając pieniądze na podróże, przyjemności i gadżety, zamiast zostawić kasę (spadek dzieciom).

Taka „szufladka” ma dwa oblicza. W pierwszym, starzy rodzice traktują sprawę żartobliwie, a dzieci podobnie, żartując, że każda podróż w tropiki umniejsza przyszły spadek. W drugim, obie strony podchodzą do sprawy niezmiernie poważnie, a różne grupy żyjące z nakręcania konfliktu, świetnie sobie żyją dostarczając argumentów.

Opcja „rodzice” podkreśla, że „nam nikt nic nie dał, a więc i my nie zostawimy w spadku nic.” Wykształciliśmy, posłaliśmy w świat, nasza rola się skończyła, młodzi mają sobie radzić. Statystycznie, taka narracja pozostaje niezmiernie daleka od prawdy. Niewielu znam dzisiejszych 50-60 latków, którzy od rodziców nie dostali nic. A to sprzedano pole, żeby kupić mieszkanie w mieście. A to sfinansowano samochód, hobby, opiekę nad wnukami. Działa mechanizm wyparcia. Ba znałem młodą emerytkę (babcię koleżanki, więc historia sprzed 40 lat) z kategorii „ja nic nie dostałam”, która wprawdzie spadek otrzymała niewielki, ale za to całe życie żerowała na pracy męża i wiecznie jej było mało. Nie planowała nic zostawić dzieciom, może trochę wnukom. Była SKI, zanim to stało się modne.

Druga skrajna grupa zakłada, że spadek trzeba zostawić „ja miałem kiepsko, niech teraz dzieci zakosztują lepszego życia.” W wersji antagonizacja „Twój ojciec to samolub, bo zamiast dać Ci odziedziczyć, znowu zmienił auto”.

Żadna nie ma racji, obie nie rozumieją mądrości poprzednich XIX-wiecznych pokoleń. Otóż uważano wtedy, że majątek dzieli się na dwie części:

  • odziedziczony, darowany, który trzeba przekazać dzieciom (w wersji skrajnej – nie można nim było dysponować w testamencie),
  • zarobiony samodzielnie – pełna swoboda: zostawić kolejnym pokoleniom, przepuścić, przepisać na kościół, nikomu nic do tego.

I zgodnie z tym postępowano. Jeśli ktoś dostał majątek ziemski, starał się go zachować dla dzieci. Jeśli warsztat, to warsztat, pole to pole itd. Wszystko inne mógł przegrać w ruletę, przepić. Kto przegrał odziedziczone, narażał się na grupową dezaprobatę i łatkę utracjusza. W świecie prostych reguł, ludzie żyli prosto.

„Czysta głowa”. Jak wieś redukuje stres.

Tygodnie płynęły mi w sierpniu określonym trybem. Trzy dni na etacie, dwa dni we własnej firmie, sobota na wsi i niedziela z rodziną. Ponieważ mój smartwatch posiada funkcję pomiaru stresu, widzę drastyczną różnicę. Marek nazwał ją „czystą głową” i ja takie określenie kupuję.

Otóż, jak wskazuje tytuł, wieś właśnie redukuje stres, „czyści głowę”. Czułem to intuicyjnie, a teraz wiem, bo sprawdziłem doświadczalnie.

I tak, na wsi 88% czasu przebywam w „stanie relaksu” i „stresie niskim” (z przewagą tego pierwszego), z kolei „stres umiarkowany” to 12 %. „Stres wysoki” nie występuje.

Kiedy działam w swojej działalności gospodarczej, wyniki zmieniają się. Stan relaksu występuje tylko rano i razem ze stresem niskim dają 45%, 50% to stres umiarkowany, a 5% wysoki.

Natomiast praca na etacie, w której nie jestem panem własnego czasu, wywołuje zupełnie skrajne reakcje organizmu. Są dni, że stres wysoki to 10%, umiarkowany 60%, a tylko 30% przypada na niski oraz stan relaksu. A pamiętajcie, że zegarek mierzy stres od rana do zaśnięcia, czyli „po robocie” poziom wcale nie spada, a i przed wychodzi słabo.

Różnice pomiędzy „wsią” a „pracą” wychodzą drastyczne, nie da się ich zbyć opowieścią o ciężkim dniu. Już rano, wchodzę w stan ciągłego napięcia, wyczuwalny przez aparaturę (tętno, rytm serca). Ponieważ instrukcja mówi, że duży wysiłek (ciężka fizycznie harówka jak i trening) mogą zaburzyć wyniki, w teorii na działce powinienem notować skoki, np. kiedy przez 40 minut szarpię się z kosą spalinową. Nic z tych rzeczy. Podany wynik pokazuje jasno – obcowanie z przyrodą relaksuje mnie lepiej niż jakiekolwiek ćwiczenia oddechowe w biurze. I wywołuje efekt trwający od rana do wieczora. Co więcej, jeśli tylko wsiadam do auta i wracam na noc do miasta, następuje nagłe odwrócenie trendu. Pojawia się „stres umiarkowany”, pomimo iż siedzę przed komputerem i piszę tego bloga. Ba, on rośnie nawet kiedy jadę samochodem wiejską drogą. Oczywiście nie do poziomu „wysoki”, ale wykres pokazuje wyraźnie – miasto=stres, wieś=relaks.

Zanim miałem smartwatcha z pomiarem stresu czułem ten stan luzu podświadomie. Po ciężkim tygodniu, wystarczył weekend na wsi i wracałem w kolejny tydzień z „czystą głową”, chociaż fizycznie zmęczony (koszenie 10 godzin, prawie bez przerwy). Czy Wy czujecie tak samo?

Granica pomiędzy klasą średnią, a średnią wyższą. Czy już ją przekroczyliśmy?

W jednym z komentarzy postawiono tezę, że należę do klasy wyższej średniej. Trochę się zdziwiłem, ale postanowiłem pogrzebać w danych socjoekonomicznych. I do czego doszedłem?

Kryteria ekonomiczne.

Że jestem w klasie średniej wyższej i nie jestem. Jeżeli brać pod uwagę tylko moje zarobki, oczywiście mam swoje miejsce w tej grupie. Zarabiam bowiem pomiędzy 150% mediany a 200% dochodów w Polsce (wynosi ona ok. 7200 zł, więc granica to 10.800-14.400 zł).

Jeżeli weźmiemy pod uwagę zarobki małżonków podzielone na dwa, znajduję się poniżej granicy klasy średniej wyższej, bo moja żona zarabia słabo.

Natomiast, gdyby przyjąć kryterium OECD czyli dochód na członka rodziny w tej wysokości, także wypadam z gry. Utrzymuję bowiem dwóch synów, studenta we Wrocławiu i czternastolatka. A wzór na klasę średnią wyższą wygląda tak:

dochód gospodarstwa domowego/ √liczby członków >od 150% mediany dochodów

W moim przypadku, pierwiastek kwadratowy z 4 czyli dwa.

I znowu wychodzę poniżej granicy klasy wyższej średniej.

Kryteria majątkowe

Majątek netto – posiadanie znacznych oszczędności, nieruchomości wolnych od kredytów hipotecznych oraz portfela inwestycyjnego.

I tu oczywiście się mieszczę. Nie mam kredytu, za to spore oszczędności plus inwestycje w różnych aktywach.

Kryteria socjologiczne.

Pierwsze – zajmowane stanowisko. Jako specjalista, mieszczę się w klasie wyższej. Ale moja żona – już nie, bo ekspertem nie jest.

Drugie – styl życia. I tutaj w zasadzie odpadam. Prywatna edukacja nigdy nie była moim konikiem. Częsty wypoczynek zagraniczny (więcej niż raz w roku), też mnie nie dotyczy. Uczestnictwo w kulturze wysokiej – tak. Posiadanie pakietów medycznych – nie.

Wnioski. Jestem jak kot Schrödingera zarówno w klasie średniej wyższej, jak i poza nią. Osobiście, czuje się związany z klasą średnią, przede wszystkim stylem życia. Poza zamiłowaniem do muzyki fortepianowej kompletnie brak mi składników przynależności do klasy wyższej średniej. Podobnie z dochodami – jako rodzina nie przynależymy do poziomu ekspertów, od kiedy porzuciłem drugi etat. Z kolei majątek sytuuje nas zdecydowanie powyżej „zwykłej klasy średniej” – nie mamy żadnych kredytów, za to aktywa finansowe i nieruchomości.

FIRE dzisiaj, a w 1969 r.

Jeden z ostatnich wpisów odnosił się do Joe Domingueza, który zaczął emeryturę w 1969r. z sumą 75k USD. Napisałem, że dzisiaj to byłoby 1-1,5 mln zł w płynnych aktywach. Pamiętajmy przy tym, że Joe, związany prywatnie ze sporo młodszą Vicky Robin nie miał dzieci.

Cofnijmy się o 57 lat i przenieśmy do USA. Cena domu – 20-30k USD, tanie akcje, stała cena złota, wysokie oprocentowanie obligacji. Teraz dom kosztuje tam 300k. Już tylko ten punkt pokazuje, że tamte 75k równa się 750k w obecnych warunkach USA.

Zupełnie inaczej niż dziś w Polsce:

-dom na wsi 300k zł, tanie mieszkanie w średnim mieście – podobna suma,

-drogie akcje i złoto,

-obligacje oprocentowane na 5-6%.

Między innymi dlatego nie piszę o 90-120 tys. zł lecz sumie ok. 10-krotnie większej.

Joe, spokojnie osiągał przez lata 8-16% zwroty z obligacji USA. U nas, musimy te kwoty obniżyć do 5-6%. 10%+ to już akcje i znacznie większe ryzyko, a współcześnie FIRE przyjmuje 4% wypłat kapitału rocznie. 4% z 1 mln = 40.000 zł/rok i ok. 3300 zł/m-c. Mało. Prognozowałem, że 3-osobowa rodzina potrzebuje minimum 5000 zł. Więc trzeba 1.5 mln zł + spłacony dom. Na wsi – ok. 1.7-2 mln zł.

Mamy jednak przewagę nad USA roku 1969. Jaką?

Świadczenia państwa. Joe ich nie znał. Dzisiaj za 250 zł/m-c w KRUS dostaniemy: emeryturę, ubezpieczenie wypadkowe, chorobowe, zdrowotne i rentowe. `Czyli wpłacając 250 zł/m-c wypłacą nam po 60-65 r.ż ok. 1500 zł/m-c. Złoty interes.

Do tego 800+, świadczenia rodzinne, opiekuńcze itp. Dużo, a nawet bardzo dużo. Przy jednym dziecku – 1000-2500 zł/m-c. Gdy pójdziemy dalej (100% dotacji z „Czystego powietrza”), zasiłki energetyczne, pomoc społeczna, zasiłki mieszkaniowe – sumy rosną lawinowo.

Gwarantowane świadczenie emerytalne po 20-25 latach pracy. Krótko mówiąc, w wieku 31 lat tego nie zrobimy, bo to nierealne. Ale już w okolicach czterdziestki-pięćdziesiątki – już jak najbardziej. Pisał o tym Piotr.

Praktycznie w Polsce potrzebujemy mniej kasy, bo musimy dotrwać do ustawowego wieku emerytalnego, gdy dostaniemy kasę może niezbyt wielką, ale realną. W moim przypadku – żona idzie na emeryturę za 9 lat, a ja za 15. I na tyle musi nam wystarczyć kasy. Stąd możemy spokojnie pobierać. 6% rocznie z 1 mln to 5 tys. /m-c). Skąd 6%? Właśnie 1/15 kapitału jak 15 lat do emerytury.

Dorywcza praca. Dzisiaj, znacznie łatwiej niż w 1969 r. dorobić. I pojawia się dodatkowa kasa. 1000-2000 zł/m-c bez problemu.

Łączna suma 6000-11.000 zł.

  • 1000 zł (minimum dla trzyosobowej rodziny) – 5000 zł – świadczenia społeczne.
  • dorywcza praca 1000-2000 zł,
  • 4000 zł prywatna emerytura (od 1 mln zł).

Kto ma rentę, świadczenia socjalne czy opiekuńcze oraz odrobinę pracuje może przejść na nieźle płatne FIRE. Znacznie różniące się od roku 1969.

Czy Polaka stać na wieczne wakacje w ciepłym kraju?

Ostatnio jeden z klientów podrzucił mi ofertę – dwupokojowy apartament na wyspie na Oceanie Indyjskim za 100.000 zł. Wady? Daleka podróż lotnicza (przez kraje Zatoki Perskiej), nieco inna kultura. Natomiast identyczny lokal na Wyspach Kanaryjskich (część UE, mnóstwo lotów) – za ok. 400.000 zł (z lokalnymi podatkami i kosztami transakcji). Wady? Ochrona dzikich lokatorów, aczkolwiek przy stałym pobycie ma ona mniejsze znaczenie. Dom na Sycylii (nie ruina) – 100.000 zł?

I teraz wracamy do tytułu. Czy nas stać? Bungalow „na Kanarach”10-20 minut spacerem do plaży – w cenie kawalerki w Warszawie, albo małego mieszkania w dużym mieście. Dom na Sycylii czy tropikalnej wyspie za 1/3 kawalerki w Lublinie.

Wieczne wakacje – oznaczają albo pracę zdalną, albo całkowity luz. Koszt życia przez miesiąc, podawany przez lokalnych blogerów – ok. 3000 zł/os. Para w tym mieszkaniu/bungalowie 6000 zł/m-c. W konsekwencji stać kogoś, kto ma 400k na start i 6000 zł/m-c pasywnego dochodu. Licząc regułą 4% – 1.800.000 zł. Sporo. Przeciętny Polak, na pewno taką kwotą nie dysponuje. Co robić?

Sposób 1 – pracować na miejscu. Na życie zarobimy nawet z jedną pensją minimalną. W wielu miejscach system pracy 4 godziny rano i 4 po południu. Stąd w środku dnia mamy wakacje. Naciągane. A praca sezonowa? Np. przez 3 miesiące. Już lepiej.

Sposób 2 – maksymalizować stopę zwrotu. Np. do 8%/rok. Wtedy wystarczy mieć 900 tys. zł oszczędności plus lokal.

Sposób 3 – kupić coś większego za 900 tys. zł i wynajmować turystom. Dość proste i na życie zarobimy i dach nad głową zapewniony.

Sposób 4 – znaleźć pracę na plaży. Jak bohater „Sztuki opanowywania lęku” – jednego z rozdziałów „Nawyków tytanów” Tima Ferrissa. Wtedy jesteśmy i w pracy i na wakacjach.

Sposób 5 – nie kupować mieszkania tylko starego kampera. Klimat idealny. Póki silnik pracuje, jeździmy po wyspach, co miesiąc zmieniając miejsce pobytu. Wtedy wystarczy nam kasy z przeciętnego mieszkania w Polsce, o ile umiemy ją ulokować na 6-7%.