Różnicę pomiędzy obydwoma rodzajami wydatków, prawie każdy z nas rozumie intuicyjnie.
Koszty życia ponosimy, aby zaspokoić podstawowe potrzeby, w stopniu minimalnym.
Koszty stylu życia – odnoszą się nie do potrzeb, ale naszych zachcianek. Do tego, co „chcę”, a nie „muszę” lub „powinienem”. Co więcej, wiele wydatków zachciankowych, realnie nam szkodzi, a dokonujemy ich pod wpływem chwili, kompulsywnie, dokonując uruchomienia ośrodka nagrody w mózgu.
Koszty życia, czyli ile człowiekowi potrzeba. Każdy z nas potrzebuje:
- braku poczucia głodu,
- dachu nad głową,
- ubrania,
- kontaktu z innymi ludźmi,
- szeroko pojętej kultury,
- wypoczynku.
To dziwne, jak wielu o tym zapomina. Tylko tyle, i aż tyle. W dawnych czasach ludzie walczyli o te trzy pierwsze podstawowe potrzeby. Pełny żołądek, jakieś schronienie i łach na grzbiet i wystarczy.
Dzisiaj prawie każdy z obywateli naszego państwa we wschodniej Europie ma takie podstawy na wyciągniecie ręki.
Jedzenie dla jednej osoby – spokojnie da się ogarnąć za 500 zł. W ogóle produkty spożywcze są dzisiaj rekordowo tanie. Mleko za 2 zł/litr, masło za 3 zł/kostka (15 zł/kg), mąka – niecałe 2 zł/kg, jajka po 1 zł/szt., tanie mięso po 12-14 zł/kg na tej bazie, plus własne owoce i warzywa da się nigdy nie czuć głodu. Ba, kupimy nawet nieco towarów, które jeszcze 30 lat temu uchodziły za dobro „prezentowe” czyli kawę, herbatę, alkohol.
Podobnie ubranie. Wchodząc w okresie promocji do „sieciówki”, albo dyskontu i kupisz normalne buty za 80 zł/para, majtki za 5 zł, koszulę za 30 zł, a nawet kurtkę za niecałe 200 zł. Nie ma problemu, by ubrać się za 100 zł/m-c.
Najwięcej kontrowersji wywoła „dach nad głową”, bo właśnie on zatrze różnicę pomiędzy „zachcianką”, a „potrzebą”. Dom na wsi, w którym nie leje się nam na głowę, da się kupić za 200k i dostaniemy jeszcze (niewielki) kawałek ziemi. Mieszkanie w mieście, właściwe dla pary (kawalerka) trafimy za podobną cenę. Niby oczywiste, tylko wchodzi nasza „inflacja stylu życia”. Utrzymamy je paląc drewnem za ok. 600-700 zł/m-c. Dom ma być nowy i stylowy. Do tego położony w „dobrej dzielnicy” i „dużym mieście”. W rzeczywistości zbliżamy się do oczekiwania „dobra rzadkiego dla każdego” i „dom w Warszawie prawem nie towarem”. Nierealne. Jeszcze 30 lat temu, dom, który posiadam na wsi, uchodziłby za ponadprzeciętny, a dziś jest tylko wystarczający, a nawet dla wielu „przestarzały”. 5 pokoi, łazienka, dwa odrębne WC, szybki internet. Nowy człowiek, budowany z zachcianek powie:
- brak nowoczesnego źródła ogrzewania,
- stare płytki,
- gdzie gładzie?,
- łazienkę i kuchnię trzeba urządzić od nowa,
- nie przy samej drodze,
- stare okna,
- szambo,
- kto dzisiaj robi kamienne podłogi?
- daleko od miasta (30 km).
Pewnie sporo jeszcze znalazłoby się wad. Natomiast patrząc realnie – jeszcze w latach 90-tych, niezły standard. Dzisiaj wielu potrzebuje nowego (wybudowanego maksymalnie 10 lat temu), wykończonego zgodnie z aktualną modą, zlokalizowanego w mieście – ogólnie – czegoś na poziomie „segmentu” lub „apartamentu”. Nie trzeba nikomu powtarzać – to zachcianka, próba dołączenia do elity, kilkunastu procent mieszkających najlepiej. Za 200k da się na terytorium Polski kupić nieruchomość komfortową dla 3- osobowej rodziny. Utrzymamy takie miejsce za 800 zł/m-c. W sumie za 3 podstawowe potrzeby (jedzenie, ubranie, dach nad głową) – 2600 zł plus 200k na start.
Teraz idziemy dalej. Wiadomo, trzy osoby, w tym dziecko, oznaczają potrzebę kultury, nauki, wypoczynku i kontaktu z innymi. Wszystkie pokryjemy z 800+ i zasiłku na dziecko. Dokładnie za 800 zł, damy radę opłacić szkołę, pojechać na jakiś koncert (jeżeli nie będzie darmowy), jak to kiedyś mówiono „zmienić klimat”. To już 3500 zł.
Na koniec jeszcze małe auto – 250 zł/m-c i ubezpieczenie (KRUS 2 x 250 zł). W sumie 4250 zł. Za taką sumę tj. minimalne wynagrodzenie i świadczenie od państwa, trzy osoby dadzą radę normalnie funkcjonować.
I wtedy wchodzą „koszty stylu życia”, które podbijają nam te wydatki x 2, albo x 3. Zaczynamy.
Najpierw jedzenie. Spokojnie do 2500 zł, a jak ktoś lubi wychodzić, to i 5000 zł może okazać się niewiele. Ubrania mnożymy x 3. Dach nad głową: rata, bezobsługowe ogrzewanie, sieci miejskie i spokojnie damy radę dojść do 4000 zł. W sumie te trzy „podstawowe potrzeby” kosztują już 11.500 zł. Doliczmy festiwal w stylu Open’era, urlopy (narty w zimie, ciepło all inclusive w lecie), 2 auta w leasingu. No i nagle 20k/m-c na te same trzy osoby okażą się „zbyt mało”.
Warto temat przemyśleć. Jak to się stało, że jeszcze niedawno, nasze życie w bloku/na wsi wydawało się nam wystarczające, a teraz już nie. Dlaczego stale podnosimy sobie (i swoim bliskim) poprzeczkę. Czym różni się obiad za 150 zł/osoba (normalna cena za zupę i drugie danie+napój) w centrum Warszawy od domowego dania za kilkanaście zł, albo i kilka zł, jeżeli gotujemy z ołówkiem w ręku?
Koszty stylu życia można stale pompować. Od lepszego domu (studnia bez dna), do auta, wakacji (już nie starcza pojechać „do babci na wieś”, ani nawet nad pobliskie jezioro). Telefon przestaje dzwonić, a nawet dostarczać rozrywki, a staje się narzędziem statusu. Moja Motorola Edge 50 Fusion za 800 zł nie robi na nikim wrażenia, w świecie szklanych cudeniek za 6000 zł. Warto o tym pomyśleć.
Efekt pompowania? Wydatki rosną drastycznie, ponad racjonalny poziom. Ktoś, kto dostał podwyżkę o 100%, nagle wydaje 100% więcej. Masz do dyspozycji +200%, wydasz wszystko. Co gorsza, dyplom ekonomii, co pokazuje przypadek dra Thomasa Stanleya (słynna opowieść o płatkach śniadaniowych), ani świadomość zjawiska, nie chroni przed problemami.
Ja osobiście, wyleczyłem się w znacznej części z choroby statusu. Używany, 9-letni Hyundai Ioniq wiezie mnie równie pewnie, jak parę lat młodszy Mercedes, a kosztuje ułamek jego ceny. Mokasyny z Lidla niosą podobnie jak markowe obuwie za 500 zł/para.
I teraz najważniejsze. Co zyskałem? Spokój. Nigdzie nie muszę gonić. W razie problemów dam radę utrzymać rodzinę z jednej pensji (a ponieważ oszczędzałem wiele lat, nawet bez pensji).
Jestem dokładnie tego samego zdania co Ty w kwestii wydawania czyli można zjeść bardzo dobry obiad w domu lub barze mlecznym, a restauracje pompują ceny bo jest np w środku ładny wystrój lub znane logo/marka i jakieś gwiazdki Michelin. Tak samo z autem lub też ubraniami. Znane logo równa się cena razy 2 lub jeszcze więcej. To wszystko moim zdaniem zrobił nam współczesny świat cyfrowy i łatwa dostępność wszystkiego oraz marketing. Kiedyś ludzie się aż tak nie porównywali bo nie było takich rzeczy jak smartfony z internetem i Instagram. Teraz prawie każdy kopiuje bądź chce kopiować innego, jeden wielki wyścig szczurów. Za daleko to zaszło choć z drugiej strony bardzo łatwo w dzisiejszym świecie poznać człowieka rozsądnego mającego łeb na karku. Nie będzie taki człowiek świecił przed innymi swoimi dobrami materialnymi oraz będzie zachowywał się normalnie i nie będzie się przechwalał lub porównywał. Doszedłem do tego parę lat temu i żyje mi się zdecydowanie lepiej z tą wiedzą. Mając 32 lata też już nic nie muszę bo udało mi się rozegrać dobrze te moje karty. Potrafię wsiąść do taniego auta i cieszyć się jazdą nim tak samo jak autem za 10x tyle lub nawet więcej. Lecę samolotem w klasie Eco, kupuje ubrania na szmateksach i jadam w barach mlecznych. Czuję się wolny i marketing mi nie szkodzi. Ostatnio też rozmawialiśmy o tym z żoną i oboje stwierdziliśmy że ten kto sobie uświadomił takie rzeczy w miarę szybko, ten jest na wygranej pozycji i wcale nie musi posiadać milionów na koncie. Poza tym osoba która nie potrafi cieszyć się z małych rzeczy mając mniejszy stan posiadania tak samo nie będzie potrafiła cieszyć się z rzeczy większych/droższych mając tej gotówki więcej i będąc w lepszej sytuacji. Od tego się zaczyna a właściwie od tego jak postrzegamy siebie i swoje życie oraz co myślimy na swój temat i na tematy które się nam przewijają na codzień. Trzeba sobie po prostu w tej główce poukładać i tak jak pisałem im szybciej tym lepiej. Dla mnie jest to swego rodzaju niezależność bo moim życiem nie rządzi reklama i marketing a ja sam i sam też wybieram w co warto iść a co warto odpuścić. Nie ma tu miejsca na bożków typu Apple, Mercedes… jest tylko miejsce na rozum i logiczne myślenie.
Zwracasz, i słusznie, uwagę na konieczność wczesnego dostrzeżenia istoty współczesnego marketingu. Zmierza on do uczynienia ludzi niewolników. Zarówno w sensie ulegania własnym pragnieniom, ale i dosłownie – zużywającym każdego miesiąca wszystkie swoje zasoby. A skutki?
Różnica w wieku 40-50 lat. Ktoś, kto wybierał to co modne, w większości pozostaje biedny, pomimo średnich zarobków. Widzę ten obraz codziennie. Co więcej, dostrzega go i mainstream. Powoli nawet bohaterowie tekstów Newsweeka przyznają „Trzeba było wcześniej kupić mieszkanie”, „Mam mnóstwo gadżetów, ale żadnego realnego majątku”, „Żałuję, że uwierzyłem opowiadającym jak wynajem jest lepszy niż posiadanie”.
Na drugim biegunie, też zarabiający przeciętnie, ale nieulegający ideom marki. Jako pięćdziesięciolatkowie posiadają zasoby znacznie większe niż przewidywane i 4-10 razy większe niż miłośnicy poglądu „wynajem a nie zakup”.
Gratuluję podejścia.
Serdecznie dziękuję.
Mam trochę inną filozofię. Oczywiście, jeżeli nas na to stać.
Nie musimy podążać ścieżką stworzoną nam przez mainstream i marketingowców, mamy prawo wyboru obecnie i to jest cudowne.
W latach 80-tych posiadanie paszportu było niemożliwe, podobnie jak zwiedzenie świata ( były oczywiście wyjątki). Dobry samochód można było zobaczyć przed hotelem albo w otrzymanym katalogu reklamowym, który otrzymywaliśmy jako dzieci po wysłaniu prośby.
Odrzucanie tego co nam oferuje świat tłumacząc sobie to: ” po co mi nowy Lexus jak mogę jeździć 10 letnią Hondą” albo ” nie ma sensu hotel 4 gwiazdkowy jak mogę spać w hostelu” jest to raczej albo skrajnie minimalistyczne podejście ( jest to też wybór) albo zwyczajnie brak możliwości finansowych. Ja też często kupuję Cavę lub Cremant w śródziemnomorskiej restauracji zamiast szampana, ale nie tłumaczę sobie tego tym, że „co to za róźnica”, tylko tym, że szampan jest zwykle sporo droższy. Ale też zwykle ( oczywiście absolutnie nie zawsze) lepszy. Wniosek z tego, że mnie zwyczajnie nie stać na codzienne picie szampana na urlopie, a nie, że jestem taki sprytny i ” oszukałem system” otrzymując coś identycznego za 40% ceny.
Różnica, o której piszesz, polega właśnie na dwóch słowach „wygoda” i „marketing”. Wielu przekonała ta pierwsza. Natomiast, ważne jest, by zauważyć, że na wygodę w stylu „Nowy Lexus+szampan” stać realnie niewielu. Jak niewielu? 1-5% populacji. I tylko oni mają wybór. 380 tys. – 1.9 mln Polaków. Reszty kupujących (czyli wg szacunków amerykańskich 2/3 nabywców marek luksusowych) udaje zamożność, kupując na kredyt, w leasingu itd. I warto o tym mówić. Wygoda jest dla nich cenniejsza niż cele długoterminowe. Ty znajdujesz się w grupie tych 1-5%, która pracą, inteligencją, osiągnęła możliwość wyboru.95-99% jej nie ma, a nadal wybierają wygodę. Wygoda stanowi synonim zachcianki.
Nikt nie twierdzi, że Lexus jest złym autem, natomiast oceńmy potrzeby, a nie skupiajmy się na oczekiwaniach (zachciankach, kosztach stylu życia). Zacznę od siebie. Jeżdżę najczęściej w 3 osoby, z psem, na wieś, więc potrzeby wyglądają tak:
– ok. 400 litrów bagażnika,
– sporo miejsca na nogi,
– niewielkie spalanie,
– dobry napęd (może 4×4).
W rzeczywistości potrzeby spełnia równie dobrze 10-letnia Honda CRV, Dacia Bigster jak Lexus NX. Nie chodzi o to, że CRV, Bigster i NX są autami równie dobrymi, ale wszystkie trzy spełniają moje realne potrzeby równie dobrze. 10-letnią CRV kupię za 50k, nowego Bigstera za 100k, a NX-a za 250k. I różnica leży właśnie w wygodzie.
Ty wychodzisz z założenia, o istnieją dwie przyczyny kupowania 10-letniej Hondy, spania w hostelu, niecodziennego picia szampana na urlopie: skrajny minimalizm lub brak możliwości finansowych. Stanowią one tylko część prawdy. Bo na koniec zostaje jeszcze współczynnik „koszty/korzyści” i nagle się okazuje, że szampan codziennie niesie więcej kosztów niż korzyści. I oczywiście różne potrzeby oraz możliwości. Zostańmy przy szampanie.
W knajpce na Polach Elizejskich kosztuje 30E/kieliszek. Podobnie w warszawskim Bristolu. Ale już w Lublinie 1/3 tej ceny. Nadal ten sam oryginalny, francuski szampan. Nie stracił nic ze swoich cech. Dopłaca się za miejsce. Nie ma tu mowy o żadnym minimalizmie, dostaniemy tyle samo za mniej. Ponownie, racjonalizując, tłumaczymy sobie, że ten sam szampan smakuje lepiej na urlopie niż w miejscu zamieszkania, a jedno Krakowskie Przedmieście nie równa się drugiemu. I wracamy do marketingu, który nas o tym przekonuje.
W rzeczywistości, wielu ludzi nie korzysta z wszystkich dóbr, na które ich stać (np. nie słyszałem, żeby p. Karkosik kupił sobie wielki jacht), ponieważ dokonują wyboru, albo mentalnego samoograniczenia. I nie zawsze ma ono coś wspólnego z „nie stać mnie”.
Właśnie napisałem, że musi nas być stać oczywiście.
Życie mamy jedno i jeżeli lubimy na coś wydać pieniądze to powinnismy to robić- oczywiście mając budżet pod kontrolą.
Bardzo dobry przykład p. Karkosika- to jest właśnie możliwość wyboru- mógłby sobie kupić ogromny jacht ale pewnie go to nie kręci i wybrał sfinansowanie miejsca kultu religijnego. Czyli realizuje swoje marzenia bo ma wybór i go stać.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że realnie ten komfort ( nie mówię tu o skrajnym przykładzie powyższego miliardera) wyboru ma faktycznie kilka % społeczeństwa, reszta ma bardzo napięte finanse i pewnie nabywając rzeczy na które ich nie stać chce pokazać, że też przynależy do określonej grupy. Stąd zdefiniowano taką klasę jako aspirującą.
Przy czym w przeciwieństwie do miliarderów, znaczna część aspirantów mogłaby znaleźć się w innym miejscu, gdyby dokonywała tzw. właściwych wyborów. Wpłata na IKZE zamiast nowego roweru, I-sza wpłata na mieszkanie zamiast wesela za 150k, mieszkanie dla dziecka zamiast SUV-a premium itd. Czasami kilka prostych ruchów pozwala wziąć budżet pod kontrolę.
Wczoraj czytałem wyliczenia amerykańskiego praktyka ruchu FIRE. Obliczył prosto – jeżeli wydajesz średnią amerykańską czyli 95% dochodu, nie masz szans na żadne FIRE. Niby oczywiste, ale warto zobaczyć liczby.
W Polsce wielu o tym zapomina i wydają, aż na koncie pojawi się 0. Wtedy … korzystają z debetu – kredytu odnawialnego, spłacanego kolejną wypłatą.
Trzeba znaleźć balans. Nowy rower, nie z wysokiej półki, ale taki zystarczajacy za 2000 zł czy dobra kawa raz na jakiś czas ze znajomymi dają radość z życia i raczej rzadko są powodem bankructwa. Wesele wcale nie musi być drogie. Uważam też, że po osiągnięciu pewnego wieku lub pewnego poziomu finansowego kupno nowego samochodu zamiast używanego także ma sens o ile wcześniejsze 20-30 lat dobrze zostało wykorzystane a zakup nowego auta za jakieś 2-5% majątku netto nie będzie odczuwalny.
Otóż to! Jestem dokładnie tego samego zdania i mogę nawet potwierdzić na własnym przykładzie a nawet paru przykładach
Rower:
Kupiłem sobie będąc za granicą jeszcze taki używany z 2022 roku marki Bergamont, zapłaciłem niecałe 200 Euro. Jeżdżę rowerem dość sporo (średnio 500-600 km miesięcznie) i jestem z tego roweru bardzo zadowolony. Chętnie na niego wsiadam bo jest mega wygodny i lubię o niego dbać. Moi znajomi kupili natomiast elektryki i ciągle muszą zabiegać o te rowery ponieważ muszą mieć na nie ubezpieczenie przed kradzieżą, nie potrafią ich serwisować bo są bardziej skomplikowane niż zwykły rower oraz cały czas się o nie boją że coś się zepsuje i czy obejmie to gwarancja czy nie. Już nie wspomnę o baterii, która też się zużywa a nowa kosztuje sporo (czasem połowę wartości takiego nowego roweru)
Auto:
wiele lat jeździłem niemieckimi autami i psuło się to strasznie. Poszedłem po rozum do głowy i zacząłem czytać na temat awaryjności marek i poszczególnych aut. Wybrałem Toyote Auris w hybrydzie z 2014 roku. Podczas zakupu sprawdziłem orientacyjnie stan baterii oraz czy nie ma korozji i czy wszystko działa. Autko kupowałem w Niemczech i stargowałem cenę ponad 1000 euro. Po przeprowadzce do Polski założyłem gaz i jeżdżę za 20 zł za 100 km. Auto już przejechało prawie 30 tys. km i nic się nie dzieje. Jestem ponadto na forum tych aut i ludzie robią bez większych problemów 3x tyle a przebiegi dobijają do 700 tys. km i wciąż wszystko działa. Zapłaciłem 30 tys za ten samochód i jestem mega zadowolony> mam niepsującą się przekładnię CVT automatyczną, brak turbo i innych psujących się bajerów znanych nam z diesli oraz mogę założyć bagażnik na rowery co jest dla mnie ważne. Jak dla mnie auto idealne za ułamek ceny nowego niemieckiego lub tez jakiegokolwiek innego.
Ślub:
Pobraliśmy się w lipcu, przyjęcie było skromne, jedzenie z zaprzyjaźnionego kateringu, około 40 osób. Za wszystko daliśmy 11 tysi (wiem bo spisuję swoje wydatki po prostu). Goście byli zaskoczeni miejscówką jaką znaleźliśmy, było blisko lasu, stawu, a ceremonia była w plenerze bo ślub był cywilny. Natomiast miesiąc wcześniej byliśmy świadkami (w sensie świadkami wydarzenia) gdzie para znajomych za ślub zapłaciła 120 tys i nawet nie mogli zabrać swojego jedzenia do domu bo zasady lokalu były jakieś dziwne. W głowie się nie mieści jaki to jest biznes i naciąganie ludzi na koszty. Tym bardziej że para młoda chciała budować dom więc te 120k byłoby super wkładem na początek.
Może niektórzy się nie zgodzą z tym co piszę ale można mieć naprawdę fajne rzeczy oraz korzystać z życia tanim kosztem a nadwyżki inwestować lub poszerzać za to swoje kompetencje żeby zarabiać więcej. Oczywiście jeśli takie rzeczy które są drogie to zaledwie mały ułamek (1%) majątku to nie warto sie o każdy grosz szczypać, ale jak zyję na tym świecie to jeszcze nie miałem do czynienia z ludźmi, którzy taki majątek mają lub otwarcie o tym mówią.
To wszystko jest kwestią poukładania sobie w głowie.
Podpisuję się obydwoma rękami. Generalnie właśnie opisałeś styl, który nazywa się „badanie TCO” albo „analiza kosztów/korzyści”. Paradoksy prezentowałem m.in. pisząc o własnym komputerze, rowerze, samochodzie.
W dzisiejszym „Motorze” jest artykuł, ile kosztują reflektory (przednia lampa) do nowych aut. Zaspoileruje:2100 (Fiat 500)-8800 (Kia Sportage) w klasie popularnej (poza wymienionymi VW, Opel, Skoda, Citroen, Seat itd.). Dla starej 500-tki, Pandy kupujesz za 600 zł. Podobnie pewnie jest z Toyotą. Auris II Hybryda z 2014 r. z LPG daje mega niskie spalanie (5l LPG/100 km w mieście), prawie się nie psuje, a baterię tanio naprawisz. Dla mnie akurat CVT jest problemem, z uwagi na jazdy autostradowe (dlatego wybrałem hybrydę z dwusprzęgłówką), ale konstrukcja skrzyń biegów – temat-rzeka dla pasjonatów.
Nawyki da się zmienić. Kiedyś co tydzień szedłem na stację benzynową, do kiosku, marketu i kupowałem MOTOR za 5.5 zł/szt (ok. 20 zł/m-c), teraz tę samą gazetę mam w prenumeracie elektronicznej za 7 zł/m-c. I nie obrywam od żony po głowie za papierowe gazety w salonie.
Jeśli jesteście zainteresowani, wyliczę TCO własnego roweru oraz elektryka, bo takiego kupił mój brat. Natomiast powiem jedno – mamy do czynienia z dwoma różnymi, zupełnie nieporównywalnymi produktami.
Co do ślubu. Dzisiejsza „kultura” bazuje na ostentacyjnej konsumpcji. Niedawno ślub mojego najstarszego syna (też cywilny) kosztował przy 45 osobach ok. 20k, z czego 8k poszło na noclegi dla gości (drugi koniec Polski). Ominęliśmy te wszystkie rafy, bo zarówno synowa, jak i syn, patrzą na konsumpcję rozsądnie (nawet znacznie skromniej niż ja). Kiedy dzisiaj widzę tych filmowców za 20k, 15k na zespół, 200 osobowe imprezy przy koszcie talerzyka z alkoholem 500 zł, prezenty dla gości, to widzę, że czasem i 200k może być mało. Nikt już nie zrobi imprezy, jak w „Koglu-Moglu”, za to połowa płacze „nie stać mnie na mieszkanie”.
Ależ oczywiście. Odróżnijmy skąpstwo (niewydawanie dla samej idei) od oszczędzania (na coś, w konkretnym celu). Właśnie o tym staram się pisać. Nie jestem przeciwnikiem aut, rowerów, itd., ale proponuję zaniechanie konsumpcji statusowej. Picie kawy, a wybór Kopi Luwak, zwłaszcza z pobudek snobistycznych, to dwa różne wybory.
Co do nowego auta, wszystko zależy od sytuacji. Nowe może być tańsze niż używane (Mercedes S-klasse kontra MG3). Ba, nowe może być tańsze w tej samej klasie, patrząc na TCO (całkowite koszty użytkowania), w zależności od cen, kosztów, przebiegu. Uważam, że dla emeryta, zakup nowego auta na 20 lat ma większy sens niż zmiana co 3-4 lata wozu używanego. Jeden z klasyków ruchu FIRE – idąc na emeryturę, kupił sobie Teslę, bo tankowanie za darmo, przewidywalne koszty, zamiast starej Hondy.
Kluczem jest trzymanie się zasad – samochód nie powinien być droższy niż 3m dochód oraz dokładne rachunki. Twoja reguła 2-5% bywa nawet bardziej restrykcyjna, bo oznaczałaby że na nowe Sandero (ok. 60k), może sobie pozwolić dopiero, ktoś z majątkiem 1.2-3 mln zł.
Oszczedzanie i korzystanie z życia to od kilkunastu lat moje ulubione zajecie.:-))Troche za późno zaczęłam nieco rozumiec swiat finansów.W moim zawodzie zarobki byly kiepskie i wydawalo mi się że nic nie zdzialam w kwestii oszczedzania .Jednak znaczaco poprawilam moją sytuację.Tak w skrócie to oszczedzanie,udalo sie zwiekszyc zarobki.Przestalam kupowac na kredyt.Nie kupuję żadnych nowszych sprzetów,ładniejszych,niczego dopóki się nie zepsuje.Jeżeli już cos kupuję to nie najtańsze tylko dobrej jakosci.Pieniadze odlożone oczywiscie nie wszystkie przeznaczam na to co lubię.Podróże.Wtedy nie żałuję na nic.Zwiedzam nie patrzac na ceny biletow wstepu,fajne noclegi,obiady w knajpkach itd.Przestałam przywiazywać wage do rzeczy,przedmiotów.Mieszkanie ma być czyste ,schludne bez zmieniania mebli,kafelkow itd dopóki jest wszystko dobre i sprawne.Smartfon ma juz 6 lat,telewizor 14 lat.Kupiłam nowy samochod bo sporo jeżdżę także na krótkie wypady .Ludzie za bardzo przywiazują znaczenie do przedmiotów,Też tak miałam.Pakowalam się w nieszczesne kredyty by mieć jakiegoś grata teraz na już bo jest fajny itp.
Bardzo ważna uwaga. Obserwuje kolejne pokolenia, którym ZUS obiecał stopę zastąpienia 20% ostatniej pensji (moje dzieci i ich równieśnicy). Zrozumieli, jak ważne są przeżycia, i że żaden przedmiot (gadżet) nie da takiej frajdy. Możemy się od nich uczyć. Oczywiście nie na kredyt i w granicach rozsądku.
Ponieważ kredyt podnosi 2-krotnie cenę tego, co za chwilę będzie warte 50% ceny zakupu. Strata do kwadratu.
Natomiast we wszystkim warto zachować umiar. Jeśli udaje się i oszczędzać i podróżować – doskonale. Niewielu potrafi zadziałać tak racjonalnie.
Co do niewielkich zarobków – zwykle podaję odniesienie do średniej krajowej albo mediany, bo ona pokazuje średniaka i daje nam jakieś proporcje. I dopiero spojrzenie we własne dokumenty płacowe urealnia dane. Znam ludzi, którzy uważali się za królów życia, „świetnie zarabiałem”, a potem wyliczenie pokazywało, że właśnie średnio. Oraz sytuacje odmienne – „niskie pensje” okazywały się 125% średniej krajowej sprzed lat.
O konsumpcji „przedmioty kontra przeżycia” napiszę w przyszłości.
Zapomnialam jeszcze wspomnieć odnosnie kupowania przedmiotow,ubrań o efekcie Diderota.
Pisał o nim również dr Stanley w kontekście dywanu. Efekt Diderota czyli zasada, zgodnie z którą jeden statusowy zakup (np. elegancka bluzka, nowy dom) pociąga za sobą kolejne i wydatki rosną. Denis Diderot opisał go na przykładzie szlafroka. Nowy wymagał zmiany mebli, dywanów, całego wystroju domu. Jeśli się nie kontrolujemy, wpadamy w „wir sił sąsiedzkich przedmieścia” i żadne podwyżki zarobków nie dają efektu w postaci oszczędności.
Dom na przedmieściu, to nie tylko wysoka cena na starcie, ale „konieczność” wykończenia „na poziomie” i posiadania: dobrego auta, psa, dzieci w prywatnej szkole, odpowiedniego ubioru, wakacji, pomimo iż dotychczas wcale ich nie potrzebowaliśmy. Wpadamy w bańkę. To dlatego przedstawiciele klasy średniej uważają wyjazd narciarski za „must have”.