Jak dewaluuje się pieniądz? Amerykańskie wspomnienia z lat 40-tych XX w.

Czytając nawet dzieła literackie, takie jak „Dziennik 1949-1956” Sándora Márai zwracam uwagę na informacje ekonomiczne. I otóż, słynny Węgier-emigrant pisze, że:

  • 100 USD stanowiło pensję włoskiego radcy ministerialnego,
  • 200 USD kosztował wynajem i opłaty za 3-pokojowe mieszkanie na Manhattanie,
  • 500 USD wystarczyło 3-osobowej rodzinie aktora na przeżycie w warunkach amerykańskich, a 100 USD w Neapolu,
  • wartość dolara na przestrzeni kilkunastu lat (tj. do początku lat 50-tych XXw.) spadła o połowę.

I teraz popatrzmy na obecne warunki, po 70-ciu latach. Siła nabywcza tzw. twardej waluty okazuje się 10-50 razy mniejsza. Pensja włoskiego radcy wynosi pewnie 5000-10000 USD, a czynsz za mieszkanie na Manhatanie 4600 USD – plus opłaty.

Podobnie jest u nas. Od początku mojej pracy (1999 r.), ceny większości produktów wzrosły x 4 (auta, jedzenie), a niektórych (mieszkania) x 8- 10. W przypadku usług jest podobnie, a nawet gorzej (wizyta lekarska x 10, podobnie usługi budowlane).

Sándor Márai pokazuje coś jeszcze – na początku prezydentury Eisenhowera, amerykańska rodzina imigranta faktycznie mogła żyć z jednej pensji – do tego w prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. W „Dziennikach” widać coś więcej – wskazanie winnego zmian – nieokiełznaną chciwość.

Márai myli się tylko w jednym – przewiduje, że USA nie dadzą się wyprzedzić Europie w tworzeniu państwa socjalnego. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Cudowne lata 50-te, gdy moi dziadkowie wychowywali 3 dzieci, z jednej pensji.

Wszyscy kochamy przeszłość. Zwłaszcza odległą. Filmy z Marylin Monroe, piosenki Presleya, krążowniki szos. I opowieść jak nasi dziadkowie z jednej pensji (babcie nie pracowały) wychowali 3-kę dzieci. Z takich opowieści powstał mit „cudownych lat 1950-1968”. O dziwo, nawet w Polsce. A siłą mitu pozostaje jego irracjonalność. Lubię dekonstrukcję mitów.

Zacznijmy od faktów. W latach 50-tych XX w. moi dziadkowie (rodzice Taty) wychowywali trójkę dzieci z jednej pensji. Co więcej, moja babcia nauczycielka-wdowa (mama Mamy), dała radę wykształcić dwie córki. Świetny czas, nieprawdaż? Nie to, co dzisiaj. Dwie osoby pracują, łapią fuchy i nadal im nie starcza, a mają tylko jedno dziecko. Żyjemy w złych czasach, a winni są politycy. No to cofnijmy się do 1950 r. Polską rządzi Bolesław Bierut, ponury morderca, o twarzy przedwojennego urzędnika. W 1956r. zastępuje go Wiesław Gomułka. Dwóch bezdennie prymitywnych aparatczyków, przy których Tusk z Kaczyńskim, wydają się parą przedszkolaków. Zachowajmy jednak skalę.

Wracamy do finansów, czyli tego „wychowywania dzieci za jedną pensję”. Powiedzmy sobie szczerze – dzisiejsze wychowanie i życie, nie ma nic wspólnego z tym sprzed 70-ciu lat, albowiem:

  • ani moi dziadkowie ojczyści ani babcia macierzysta nie mieli nawet jednego samochodu, pralki, zmywarki, telewizora.
  • nie jeździli na wakacje, spędzali je albo u rodziny, albo w swoim przedwojennym domu na wsi,
  • mama opowiadała mi, jak czasem z siostrą chodziły głodne, a tato miał łatane ubrania,
  • w mieszkaniu u babci, zrobionym ze starego sklepu, zamarzała woda, a mama pamiętała kolejki po węgiel,
  • babcia, żeby utrzymać rodzinę całymi popołudniami dawała korepetycje. Jej córki siedziały wtedy ze swoim dziadkiem.,
  • nawet autobusami jeżdżono sporadycznie, do pracy i szkoły chodzono na piechotę,
  • dziadek nie był w stanie kupić papy na przeciekający dach, w ogóle nie dorobiono się niczego nowego,
  • świątecznym rarytasem był zając, przyniesiony przez kumpla dziadka.

Przypominam – nie opisuję rzeczywistości patologii, ale ludzi, których określano wtedy jako „inteligencję pracującą” a według dzisiejszej terminologii klasą średnią. Babcia żyła w mieszkaniu komunalnym, dziadkowie zachowali jedynie (i to w mocno pogorszonym stanie) dwie rodzinne nieruchomości.

Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie nawet, że nauczycielowi brakuje na jedzenie, a pracujący w biurze patrzy jak w domu letnim leje się mu na głowę, bo nie ma kasy na remont. Skąd zatem ten mit?

Otóż, wtedy mieli g,.. no, ale po równo. Poza wąską grupą „pieszczochów władzy” wszyscy cierpieli biedę. Nie dojadali, oszczędzali na wszystkim, mieszkali w domach bez łazienek, albo nawet w ruinach. Z książek znamy narrację ówczesnych elit, ale rzeczywistość była inna. Nie wódeczka „u aktorów”, lecz ciężka rzeczywistość. Dzisiaj różnice okazują się znacznie większe, po prostu doświadczamy nierówności, nawet w obrębie klasy średniej.

Prawda jednak wydaje się prosta – nawet dzisiaj, jeżeli będziemy żyli na poziomie naszych dziadków, a nawet powyżej ich poziomu, damy radę utrzymać się za jedną pensję. Jak to możliwe? Już piszę.

Dach nad głową. Główna bolączka współczesności. Wtedy czynsze były niskie (ok. 10-20% ówczesnej średniej pensji) a media względnie tanie i gospodarowano nimi oszczędnie. Dzisiaj nikt nie wynajmie mieszkania za 600 zł, prawda? Nie ma lokali kwaterunkowych, które wtedy królowały. Otóż i dzisiaj, w standardzie lat 50-tych wynajmiemy mieszkanie, może nie za 600 zł, ale za 1000 zł (chociaż nie w Big Five), jednak nikt na nie nawet nie popatrzy. Na wsi za ten 1000 zł znajdziemy dom.

Ba, mamy szanse na własne. Dostałem ofertę na zakup udziałów w pustej kamienicy za 2000 zł/m2 (cena rynkowa mieszkań – 5.000 zł/m2). Dzielnica zupełnie nieprestiżowa, zwana czule Bronxem, ale blisko centrum. 2 pokoje – 50m2 = 100.0000 zł. Zero czynszu, równoważnik raty 600 zł.

Przypomnijmy sobie uczciwie, w latach 50-tych mało kto kupował. Budowano się na swojej działce, wprowadzano do rodziców. Dzisiaj też wybudujemy dom za 200 tys. zł. Mały i samodzielnie, ale jeśli rodzice dadzą działkę – do zrobienia.

Media? Cała historia. Gdybym poszedł śladem własnej babci (i budowniczych mojego obecnego domu w latach 50-tych), na wiosnę kupiłbym węgla i drewna na cały sezon grzewczy za 2000 zł. O żadnym gazie nikt nie myślał. A potem codziennie rano rozpalałbym w piecu, albo precyzyjniej, jak dziadkowie – w trzech piecach i kuchni węglowej. Prądu używano do oświetlenia. Nie było sprzętu AGD i RTV (poza radiem). Wodę noszono z podwórza, myto się w misce. Dziadkowy dom na wsi (mój obecny) podłączono do prądu w końcu lat 50-tych, a do wodociągu ……w 1995 r. Wcześniej starczała studnia i lampy naftowe. Nie posiadano telefonów, internetu, TV. Gdybym żył tak samo, na całe rodzinne media wydałbym 300 zł/m-c. Razem z ratą/czynszem – 900 zł.

Transport. Własne nogi. Na wieś dziadkowie jechali w lecie – pociągiem. Babcia wakacje spędzała u swojej ciotki, która dysponowała domem w letnisku pod Radomiem. Do pracy, szkoły, kościoła, na targ – spacer. W sumie 50 zł/m-c na 5-osobową rodzinę plus normalne, codzienne jedzenie.

Jedzenie. Pisałem o tym – wtedy relatywnie drogie. Dzisiaj – da się przeżyć za grosze, jeśli porównamy ówczesne ceny. Przyjmuję 1500 zł (dziadkowie mieli przetwory z lata) za 5 osób, wg ówczesnych norm kalorycznych.

Ubranie, nauka. Dziadkowie łatali ubrania, wymieniali tylko mega zużyte. Dzisiaj, w dobie tanich rzeczy – grosze. Powiem tak, piszę te słowa ubrany w T-shirt z Sisnay’a, kupiony przez żonę za 6 zł, w majtkach za 3 zł, skarpetkach za 3 zł i dżinsach za 40 zł. Buty kupiła mi w Lidlu (mokasyny) za 70 zł. Za 100 zł/os. w takich warunkach będę wyglądał o niebo lepiej niż dziadek, który po pracy zakładał długo noszone ciuchy i miał jeden dobry garnitur. Koszty 5-osobowej rodziny 500 zł. Na naukę nie wydawano nic, poza składkami i książkami. Dzisiaj ok. 100 zł/m-c na dzieci w wieku szkolnym. 300 zł przy trójce.

Leki, chemia. Ok. 300 zł, bo nie używano ich wiele.

Wakacje. 0 zł, bo żyli jak w domu.

Jak widzicie, standard życia lat 50-tych kosztuje 5-osobową rodzinę 3550 zł. Pensja minimalna wystarczy. A jeśli uwzględnimy 3 x 800+, stać nas nawet na podniesienie standardu. Dlaczego zatem ja podałem „minimum” na poziomie 5000 zł/3-osoby? Ponieważ wszyscy doznajemy inflacji stylu życia. Dokładnie dlatego wspominamy cudowne lata 50-te, zapominając o szczegółach. A te były takie, że zapewniam Was, nie chcielibyście wracać.

Memento dla zwolenników teorii „kup i trzymaj” oraz wierzących w guru.

W 2006 r. miałem okazję zainwestować w pewien fundusz zamknięty. Nazywa się Investor FIZ i istnieje do dzisiaj. Założyła go grupa gwiazd z równych funduszy wzajemnych (zwanych także inwestycyjnymi), która starała się inwestować aktywnie, iść na lewarze, grać na spadki, a przede wszystkim, wreszcie zacząć coś swojego. W chwili zakupu jednostka uczestnictwa kosztowała ok. 1500 zł i za tyle kupiłem. Świetnie, bo rok wcześnie zaczynali od 1000 zł. Potem było lepiej. Na szczycie hossy (2007) notowania doszły do 2800 zł. W dwa lata od założenia. Wszystkie media piały z zachwytu. Świat stał otworem. A potem nadeszła klęska.

Osobiście stosując ruchomy „stop loss” wyszedłem z gry w 2008 r. na poziomie 2200 zł. I dobrze zrobiłem. W listopadzie 2012 r. kurs wynosił 1050 zł potem spadł jeszcze do 950 zł. Wtedy giełda wystrzeliła, podobnie jak złoto, wiele towarów itd. Wspomniałem na wstępie, że Investor FIZ istnieje do dzisiaj. Wiecie za ile mogę kupić jedną jednostkę uczestnictwa? Za ok. 1150 zł. 15% przez 21 lat. – 64% przez 19 lat. Czy dalej wierzysz, że na przestrzeni długiego czasu, stosując strategię „kupuj i trzymaj” osiągniesz sukces inwestycyjny?

Oczywiście, „gwiazdy”, które najpierw zarobiły na lewarowanych transakcjach 200% w dwa lata, a potem zaliczyły spadek o ponad 60%, już nie firmują funduszu. Po zaliczeniu spadku aktywów o 25% w maju 2012 (w miesiąc!) wycofali się z biznesu. Nie śledziłem później ich losów. Teraz je sprawdziłem. Panowie nazywali się Grzegorz Mielcarek, Maciej Wiśniewski, Arnold Mardoń, Andrzej Kaczorowski i Michał Słysz. Na LinkedIn znalazłem część z nich.

Grzegorz Mielcarek nadal tam funkcjonuje jako absolwent ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Jeszcze w 2016 r. wieszczył w „Pulsie biznesu” pobrexitową bessę, do 2020 r. położył jeszcze Corum TFI.

Maciej Wiśniewski był członkiem rady nadzorczej Agory, co też chwały mu nie przynosi.

Arnold Mardoń wyświetla mi się jako „open to work” i „Independent Equity,Futures & Crypto Investor”.

Andrzej Kaczorowski to „trader by vocation & passion” a obecnie „equity&crypto trader”.

Wreszcie Michał Słysz opisuje sam siebie jako „investment advisor, fund manager, co-founder of Investors TFI, analyst, gold/silver market commentator.”

I teraz zauważcie. Dwaj (Maciej Wiśniewski i Grzegorz Mielcarek) znaleźli jeszcze ryzykantów, aby dać im pracę w finansach. Wszyscy panowie skończyli ekonomię. Co mogło pójść nie tak?

Jak styl życia buduje oszczędności. Wpis z serii „oszczędny milioner w praktyce”.

Mój styl życia, potwierdzony lekturą „Sekretów amerykańskich milionerów” T.Stanleya i T.Danko, opiera się na dwóch założeniach:

  • dochodach nieco większych niż przeciętna,
  • trzymaniu wydatków w ryzach,
  • mnóstwie drobnych oszczędności,
  • inwestowaniu.

Nic wielkiego. Zwracanie uwagi na drobne wydatki weszło mi w krew do tego stopnia, że nauczyłem się automatycznie porównywać współczynniki: cena/jakość, cena/wpływ na moje życie i wybierać optymalnie. Oto kilka przykładów.

Przykład 1. Zakup paliwa.

Na początku czerwca przyszło mi pojechać w interesach do Zamościa, to piękne, renesansowe miasto, położone ok. 95 km od Lublina. Podróż w obie strony 190 km. Wsiadając do auta zobaczyłem, że mam ok. 300 km zasięgu, czyli trzeba zaraz tankować. 500m od domu mam stację benzynową Orlenu – cena na słupku – 5.95 zł/litr. Przy wylotówce minąłem stację hipermarketu – 5.7 mignęło mi z daleka. Pamiętałem (bo w Zamościu byłem nie pierwszy raz), że tanio tankowałem się zawsze w okolicach połowy drogi – w Krasnymstawie. Cena 5.95. Nic mniej, bo obowiązują maksymalne ceny paliwa. W mieście docelowym 5.85 na stacji przy Leclercu. I zmierzam do brzegu. W ostateczności zatankowałem za 5.70 zł po powrocie do Lublina. Niby różnica w cenie niewielka 20 gr/litr (mam zniżkę na Orlenie), czyli 1 zł/5 litrach, ale przy dużych przebiegach robi różnicę (1 zł/100 km =100 zł/10.000 km). No i nie tracę nic z wygody.

Przykład 2. Lody.

Jedną z moich słabości są lody jagodowe. Zbliża się sezon, zrobiło się ciepło, a ja jechałem na działkę. Mogłem zatrzymać się w Nałęczowie i zapłacić 16 zł/50g, albo kupić w Biedronce (mam dwie, bezpośrednio przy trasie) 3 zł/100g. Różnica niby niewielka – 13 zł/raz w tygodniu przez 4 miesiące 234 zł (18 x 13 zł).

Przykład 3. Jajka od zaprzyjaźnionej gospodyni.

Moja żona mając do wyboru płacenie 1 zł/szt jajka L w dyskoncie i 1 zł od gospodyni, wybrała drugą opcję. Poza oczywistymi walorami zdrowotnymi („z wolnego wybiegu” oznacza inną paszę) patrzy też na inne aspekty. 20% więcej „jajka w jajku”, daje przy naszym spożyciu (100 jajek/m-c) ok. 20 jajek gratis. Niby tylko 20 zł/m-c i 240 zł/rok, ale zawsze.

Przykład 4. System wymiany przysług.

Ta historia ponownie dotyczy samochodu. Mam klienta, który prowadzi warsztat samochodowy. Ja mu dwa razy w roku robię gratis drobne analizy, on liczy mi po kosztach przy naprawach. W efekcie za wymianę oleju, filtrów, czyszczenie hamulców w hybrydzie zapłaciłem 350 zł. W ASO lub typowej stacji nieautoryzowanej byłoby +400-600 zł (2 godziny pracy x 200-300 zł). Podobnie wygląda sytuacja z innymi podmiotami.

Przykład 5. Własne warzywa i owoce.

W typowym roku zbieram ok. 150 kg, zwykle droższych owoców i warzyw (czereśnie, maliny, truskawki, fasola, cukinia, orzechy włoskie itd. a nie ziemniaki). Licząc średnią cenę 10 zł/kg nie wydaję 1500 zł. Licząc koszty (150 zł), w kieszeni zostaje mi 1350 zł/rok.

Przykład 6. Przetwory.

To domena mojej żony, mnie pozostaje rola: wyprodukowania/zebrania/kupienia/przywiezienia owoców lub warzyw. I tu ponownie wyliczenia. Dwie torby kwiatów czarnego bzu zmieniły się w 10 l soku. 300 ml soku na OLX-ie kosztuje 10 zł. Łatwo policzyć – za cenę 10 zł mam 10 litrów soku, wartego na rynku 300 zł.

Nieco inne przeliczniki obowiązują w przypadku passaty, na którą pomidory zwykle kupuję (3 zł/kg warzywa i 11 zł/kg słoik w Biedronce), dżemy (2 zł/kg przy produkcji i 50 zł/kg w sklepie) czy suszoną morwę (0 zł/kg kontra 30 zł/kg).

Wnioski. Jak widzicie sumy oszczędności nie porażają – w najlepszym wypadku to kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Złożone jednak „do kupy” dają już setki złotych/m-c. A przypominam 500 zł x 40 lat x 6% netto stopy zwrotu = 1 mln zł.

Wynajem czy zakup mieszkania? Jak spojrzenie inwestora oraz dezinformacja może wypaczyć wynik równania.

Niedawno zobaczyłem taki filmik, otagowany „Portfel Polaka”, w którym pewien inwestor omawiał odwieczny problem: Kupić czy wynająć? Wyszło mu „wynająć” i czas rozprawić się z wynikami oraz przedstawionymi danymi.

Przykład. 50m2 w apartamentowcu w Krakowie, cena zakupu 760k, cena wynajmu 3100 zł. Wkład własny 110k, rata 4000 zł i 750 zł „czynszu, funduszu remontowego i ubezpieczenia”. W efekcie: wynajem 3100 zł, zakup 4750 zł plus 110 tys. zł wkładu własnego. Wynajmujący może te 110 tys. zł plus różnice w racie zainwestować.

Ściema nr 1. Wybór Krakowa. Miasto pod Wawelem ma jedno z najniższych ROI lokali mieszkalnych na wynajem. 32.000 zł przy inwestycji 760.000 zł daje jakieś 4,2%.

We Wrocławiu za 3300 zł wynajmiesz 50m2 w starym bloku (chociaż po remoncie), które kupiłem (z remontem) za 450k. ROI prawie 2 razy większe.

Ściema nr 2. Tylko właściciel płaci ubezpieczenie, FR i czynsz. We wszystkich ogłoszeniach o wynajmie zaznaczono „plus opłaty do wspólnoty i licznikowe”. Do tego 600 zł w nowym bloku (12 zł/m2) obejmuje zwykle zaliczkę na wodę, śmieci i ścieki a nie sam czynsz i FR. Tak samo z ubezpieczeniem, najemcy też je wykupują. Co z tego wynika?

Obie strony płacą te 750 zł. 3100 zł czynszu równa się 4000 zł raty i tyle.

Ściema nr 3. Czynsz nie wzrośnie. Dokładnie tak liczą. Dzisiaj 31`00 zł i za 15 lat też 3100 zł. Nie rozśmieszajcie mnie. W ciągu 10 lat podwyżka wyniosła ok. 50% i prawie nadążyła za inflacją. Z kolei raty kredytów, o ile zaliczymy drastycznego wzrostu cen – stoją w miejscu w długim okresie.

W efekcie: dzisiaj 3100 kontra 4000 zł. Za 10-15 lat 4000 zł vs. 4000 zł. Za 30 lat (pod koniec życia kredytu: 5200 zł kontra 4000 zł, o ile utrzyma się 3-4% inflacja. W Krakowie.

Ściema nr 4. Nieuwzględnienie, że kredyt w końcu spłacimy, a wynajmować będziemy do końca życia. Po 30 latach 5200 zł czynszu kontra 0 zł raty. I to w okresie, gdy dzisiejszy 35-latek pójdzie na emeryturę, czyli zacznie dostawać 35% pensji. Szczerze, właśnie świadomość niskiej emerytury, skłania do kupna. W kredycie najgorsze są pierwsze lata, w najmie ostatnie.

Ściema nr 5. Kasa niewydana będzie zarabiać a „beton nie”. Oczywiście kolejna bajka, abstrahująca od realiów. Najemcy mają majątek rzędu 30-40 tys. zł, przy średniej na poziomie 300-400k. Właśnie dlatego, że są najemcami. Ostrożnie autor filmu nie powiedział, ile zarobi na „inwestycji”. A tutaj leży klucz. 110k zainwestowane dzisiaj na 4% nie zarabia, ono ledwie nadąża za inflacją. Z 1650 zł różnicy, szybko zrobiłem 900 zł (patrz pkt 2), a za chwilę będzie to 300 zł/m-c (punkt 3). A beton też zarabia – w długim okresie, na poziomie spadku wartości pieniądza. Co to oznacza? że 4% inflacji = 4% zysku z inwestycji.

Ściema nr 6. Zapomnienie o lewarze. Teraz pokażę Ci cuda. Dokładnie w ten sposób wielu się wzbogaciło. Wracamy do początkowych obliczeń.

3100 zł czynszu kontra 4000 zł raty. Najemca inwestuje 10.800 zł/rok i 110.000 zł na początek na 4%. Ile dostanie? W pierwszym roku – ok. 4800 zł odsetek.

W tym samym czasie ceny mieszkań idą do góry o 4% (czyli podobnie). I te 4% wzrostu dostajemy z całej wartości, nie tylko z wkładu własnego. 4% x 760k = 30k zł. Dobrze czytacie 30k zamiast niecałych 5k. Uważacie te 4% za przesadzone? Zgodnie z regułą 72, cena podwoiłaby się przez 18 lat. Kiedy zaczynałem pracę, mieszkania w Lublinie kupowano za 1/8 dzisiejszej ceny. Minęło 27 lat. W długim okresie mieszkanie załatwi nam budowę kapitału. Najemca zostanie z tyłu. To z powodu lewara, jaki daje kredyt, osoby które zaczynały od zera, dorabiają się tych 400k średnio.

Ściema nr 7. Patrzenie jak inwestor. Inwestor widzi trzy aspekty: ROI, alternatywny koszt kapitału, odsetki. Zwykły człowiek, nie dość, że ROI brzmi dla niego abstrakcyjnie, kapitału ma tyle ile wkładu własnego, to jeszcze patrzy życiowo. Gdzieś mieszkać musi teraz i za 35 lat. Chce mieć spokój i pewność, że nikt go nie wyrzuci. Pomalować ściany na dowolny kolor, wymienić płytki i nie drżeć o kaucję. Do tego decydować na zebraniu wspólnoty. I wybiera kredyt, o ile w ogóle ma taki wybór.

.

Jaki majątek powinien mieć pięćdziesięciolatek? Czy jesteś wystarczająco zamożny?

Sądzę, że odpowiedź „To zależy” kompletnie Was nie satysfakcjonuje. Dlatego postanowiłem pogłębić temat.

Wersja 1. Business Insider.

W zeszłym roku ukazał się artykuł, w którym przyjęto wzór na majątek pięćdziesięciolatka:

ostatnia roczna pensja x 20% x 28 lat =?

I ten znak zapytania to właśnie prognozowany średni majątek. Przy czym założono:

  • początek pracy – 22 lata (jakaś średnia z danych statystycznych),
  • czas pracy 28 lat (50-22),
  • oszczędności 20% dochodu.

Tym samym rodzina zarabiająca 2 średnie krajowe (12k netto) powinien posiadać majątek 144.000 x 20% x 28= 806 tys. zł. Stąd już blisko do miliona.

Wersja 2. Dr Stanley i Dr Danko

W „Sekretach amerykańskich milionerów” opracowano wzór spodziewanej zamożności, dość podobny:

wiek x 10% x roczny dochód.

W tej sytuacji, nasz „50-letni średniak” powinien mieć:

50 x 10% x 144.000= 720.000 zł.

Dr Stanley i Dr Danko wprowadzili jeszcze jedną matematyczną zależność – pojęcie „przodownika w budowie bogactwa” czyli osobę, która ma wartość majątku 2 razy większą niż spodziewana. Inaczej nazwano go „zamożnym pod względem majątku” w odróżnieniu od „zamożnego pod względem dochodu”. Taka osoba przy niezmienionych parametrach (wiek 50 lat, dochód rodziny 12k miesięcznie) powinna dysponować majątkiem 1,44 mln zł.

Wersja 3. Oszczędny milioner.

Koncepcja przedstawiona w Business Insiderze jak i „Sekretach amerykańskich milionerów” ma trzy słabości:

  1. Nie bierze pod uwagę faktycznego wieku rozpoczynania pracy, który może się różnić i ma ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku ludzi młodych (30-latków).
  2. Opiera się na dochodzie z ostatniego roku, czasem znacząco odbiegającym od średniej.
  3. Nie uwzględnia stopy zwrotu ani poziomu wydatków.

Wymyślając równanie na trójkąt zamożności (zarobki-oszczędności)x inwestycje) starałem się uwzględnić te fakty. Uproszczony wzór był jednak koncepcją teoretyczną, a nie ścisłym wyliczeniem matematycznym. Na potrzeby książki starałem się go udoskonalić i doszedłem do tego:

(średnia arytmetyczna dochodów z ostatnich 10 lat x średnia stopa oszczędności) x (stopa zwrotu z majątku x liczba lat osiągania znacznego dochodu).

gdzie:

-stopa oszczędności jest wartością procentową (np. oszczędzam 20% dochodu),

  • stopa zwrotu wyrażona jest liczbą np. 1,1 w przypadku 10%,
  • liczba faktycznych lat osiągania dochodu oznacza również osiąganie dochodu z inwestycji obejmuje więc rentierów.

Popatrzcie jak to wygląda na przykładzie naszego 50 latka.

Średnia arytmetyczna dochodów wynosi ok. 9000 zł x 12 miesięcy = 108.000 zł (jest niższa niż ostatnia pensja).

Stopa oszczędności – 20% (sporo przy takim dochodzie, ale idzie o różnicę).

Stopa zwrotu – 6% (czyli 1,06)

Liczba lat osiągania dochodu 26 lat (po studiach).

I podstawmy do wzoru:

(108.000 zł *0,2)*(1,06 x 26)=21.600 x27,56 = 595.296 zł.

Moja liczba jest najniższa i już ją tłumaczę. Stało się tak z kilku powodów. Pierwszy – uśredniłem dochody, drugi – wprowadziłem rzeczywisty czas pracy, a nie wiek ani średni czas pracy w populacji, trzeci – uwzględniłem indywidualną stopę zwrotu.

Teraz wyjaśnienie. Niektórym liczba (Polacy mają przeciętny majątek znacznie niższy) wydaje się i tak zawyżona. Niektórzy powiedzą – ale przecież wielu coś odziedziczyło. Spora grupa zauważy – oszczędności 20% przy przeciętnym dochodzie – nierealne. Ależ to tylko wzór. Osobiście uważam, że „oszczędzanie” 20% wcale nie jest takie trudne (o ile nie popełnimy rażących błędów), a te blisko 600k oznacza cały majątek, a nie tylko gotówkę w banku. Dlatego starałem się liczbami i ich uzasadnieniem pogodzić tych, dla których 600k było za wysokim progiem, jak i tych, którzy zauważyli jego zaniżenie w stosunku do wyliczeń Dr Stanleya, Dr Danko i portalu Business Insider.

Paradoksalnie mój przypadek pokazuje, że w wersji 1 (BI) i w wersji 2 (Danko i Stanley) spodziewany majątek byłby sporo niższy (nawet o połowę) – właśnie dlatego, że nie uwzględnia 10% stopy zwrotu. Doskonale wpisuję się bowiem w definicję „zamożnego pod względem majątku” – w skrócie „oszczędnego milionera”.

Ale wracając na koniec do Rodziny Przeciętnych. Jeśli trzymają pieniądze na lokatach, mają sporo pożyczek/kredytów nawet te 595k może okazać się progiem zbyt wysokim. Dlaczego? Ponieważ oszczędzają ledwie 10% (uwzględniając spłatę kapitału hipoteki), a stopa zwrotu może wynosić 3%. Wtedy faktycznie, nic dziwnego, że zostaje im 20k na rachunku bankowym i 200k nadwyżki wartości mieszkania nad kredytem. Tego ani wersja 1 ani 2 nie są w stanie pokazać.

Kto ma lepiej: prowincja a miejska klasa średnia? Moje spostrzeżenia z podróży na drugi koniec Polski.

Na początku lipca odbyłem kilkudniową wycieczkę na pogranicze Wielkopolski i Dolnego Śląska. Istnieje tam „zagłębie meblarskie” czyli enklawa, w której:

  • największe miasto ma ok. 15 tys. mieszkańców,
  • bezrobocie wynosi 2 %,
  • istnieje kilka zakładów zatrudniających ponad 500 osób,
  • buduje się nowe bloki i mieszkania w cenie 8k zł/m2,
  • praktycznie nie istnieją oferty wynajmu,
  • liczba cudzoziemców (procentowo) jest większa niż w Warszawie,
  • nie tylko rynek, ale i całe miasteczka pełne są odnowionych kamieniczek.

To powinno wystarczyć. Ale warto spojrzeć jeszcze na dwa punkty:

  • tapicer zarabia 10k netto/m-c,
  • miejscowi bogacze (właściciele tych zakładów meblarskich) inwestują w mieszkania, które potem wynajmują swoim pracownikom (w tym cudzoziemcom).

I te dwa ostatnie spostrzeżenia otwierają oczy. Tomsi z Bartkiem pisali o inwestycjach w Big 4 (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto), jako jedynym sposobie na zarabianie na nieruchomościach mieszkalnych. A tu proszę, w powiecie kepińskim (bo o niego właśnie chodzi), nowe mieszkanie 50m2 – 400k, wynajem za 2.5k. Porównajmy go z Krakowem – 1.2 mln zł, wynajem za 3k, czy Wrocławiem cena 800 – wynajem za 3k. Gdzie wolelibyście inwestować? Oczywiście, taki monokulturowy rozwój (meblarstwo, nieruchomości mieszkalne) niesie w sobie ziarno przyszłych problemów (jak Detroit w USA), chociaż dzisiaj wszystko wygląda imponująco. Na moim Dzikim Wschodzie, 500 osób zatrudniają może 2-3 firmy (nie liczę budżetówki) w mieście liczącym ok. 50-70 tys. mieszkańców, a bezrobocia 2% nie ma żaden powiat. Wynajem pracownikom sezonowym (8 Kolumbijczykom w mieszkaniu) musi się opłacić.

W miejscu, w który, tapicer przynosi do domu 10k netto/m-c (cena za 8k/m2), żyje się lepiej niż w Warszawie (nowe mieszkania na Woli po 25k/m2) czy Lublinie (apartamentowce po 12k/m2), ponieważ relacja wynagrodzenia możliwego do uzyskania bez większych problemów (łatwiej zostać tapicerem niż kierownikiem w korpo) do kosztów życia wypada znacznie lepiej. Prowincja po raz kolejny gwarantuje lepszy komfort życia.

Z drugiej strony, problemy okazują się bardzo podobne do warszawskich. Naćpany ganiający z maczetą, grupy podpitych cudzoziemców zaczepiających ludzi wzbudzają protesty społeczne i nastroje antyimigranckie. 39 nacji w jednym miejscu („mamy 100 Kolumbijczyków na twoje miejsce”) ponieważ właściciele fabryk potrzebują taniej siły roboczej i uspołeczniają koszty, także pozafinasowe. Kontrowersje dostrzegłem też w języku, na właściciela zakładu mówi się powszechnie „meblarz” głównie w zwrotach „pracuje u meblarza”. A zatem zachodzi proces językowy dodawania końcówki, która we współczesnej polszczyźnie kojarzy się z niechęcią, a wręcz wyzyskiem, cwaniactwem. Zwróćcie uwagę na podobieństwo do słów „prywaciarz, konfiarz, bikiniarz”. Wiadomo, na -arz kończą się także nazwy zawodów/funkcji zupełnie neutralnych (np. malarz, lekarz) albo wręcz pozytywnych (husarz, cesarz), ale mają one długą tradycję. Tymczasem „meblarz” nawet w kilkudziesięcioletnim słowniku języka polskiego pod redakcją prof. Doroszewskiego zawiera następujący przykład użycia: „Pójdziemy do tego podłego meblarza”.

Lokalnie, z jednej strony „meblarza” podziwia się za zaradność i majątek, z drugiej atakuje za niszczenie lokalnego rynku nieruchomości (brak lokali na wynajem, wysokie ceny gruntów i mieszkań), sprowadzenie cudzoziemców (problem dotarł do mainstreamu czyli portalu money.pl: https://www.money.pl/gospodarka/migracja-ekonomiczna-obcokrajowcy-z-35-krajow-w-wielkopolskiej-gminie-7110628428487392a.html). Pracownicy typowych „korpozawodów” muszą wyjeżdżać do innych miast (Wrocław, Poznań, Warszawa), ponieważ rynek pracy przypomina monokulturę, aczkolwiek bardzo dostatnią. Dzięki dobrym zarobkom meblarstwo ciągnie w górę inne branże i np. widziałem kilka kwiaciarni, których oferta nie różniła się od wielkomiejskiej, w 15-tysięcznym Kępnie jest kilkanaście restauracji, kawiarni, a nawet McDonald’s, przy czym te lokale także odbiegają od typowej lokacji niewielkiego powiatu (głównie kuchnia polska, pizza i kebaby), bo znajdziemy w nich np. dania wietnamskie, sushi itd. Pisałem niedawno o tym, jak „na wsi nie ma gdzie zjeść”, otóż z pewnością nie dotyczy to okolic Kępna. W 5-10 minut z sąsiedniej gminy dojedzie się do miejsc, w których wystrój, otoczenie, jedzenie przypomina spore miasto.

Wiadomo, na prowincji brakuje edukacji (największy wybór ma Wrocław oddalony o 70 km), specjalistycznej ochrony zdrowia (szpital powiatowy ma tylko kilka oddziałów), kultury wysokiej ale jeżeli zsumujemy jakość życia, stosunek potencjalnych dochodów do kosztów, ponownie wniosek jest jeden – Kępno wygrywa z Warszawą. Zwłaszcza, że do Opery Wrocławskiej (nie wiem dlaczego, ale w Wyborczej i Newsweeku zawsze, gdy mowa o klasie średniej pojawia się opera) dojedziemy w niespełna 1.5 godziny.

Co zrobić z 800+? Zainwestować.

Dokładnie takie pytanie zadano mi wielokrotnie. I równie często udzielałem tytułowej odpowiedzi. Dodając jeszcze „jak najszybciej”.

Prawda 1. 800+ =darmowe pieniądze, których nasi rodzice nie mieli. Dlatego nie księgujmy mentalnie na poziomie „kasy na drobne wydatki” ani nie przepuszczajmy. Taka suma pozwala zbudować dzieciom zupełnie dostatnią przyszłość (o czym dalej), łatwo ją też przepuścić.

Prawda 2. 18 lat =szmat czasu. 800+ wypłaca się od urodzenia do 18-tki. Sporo lat. Prawie dwie dekady. Jeżeli odejmę tę liczbę od mojego obecnego wieku, staje się znowu 32-latkiem, cofam się do 2008 r. (wtedy 800+ nie dawano). Siedzę na podrzędnym biurowym stanowisku, mam dwójkę dzieci. Właśnie przeszedł kryzys finansowy. Nawet nie myślę, aby zdać egzamin, który podniósł moją pensje o kilkadziesiąt procent. Mieszkam wraz z rodziną w dwupokojowym mieszkaniu w kamienicy, remontujemy większe poddasze. Ostatnie wakacje spędziłem nad jeziorem, w domku teściów. Mamy z żoną jedno auto – 10-cio letniego Daewoo Lanosa. Tyle zmian na przestrzeni tych 18 lat. Szmat czasu. Niezależnie od naszych działań, on i tak minie.

Prawda 3. 800 zł x 18 lat x 12 miesięcy = kupa kasy. 800 zł nie brzmi imponująco, ale kiedy sobie uświadomimy skalę: 216 miesięcy x 800 zł = 172.800 zł. Nawet nominalnie ta suma robi wrażenie, a pomnożona?

Prawda 4. 800 zł zainwestowane przez 18 lat na 8% netto daje prawie 390 tys. zł. A to już ogromna kupa kasy. Kupimy za nią np. mieszkanie dla potomka. Opłacimy mu niezbyt wymagający finansowo sport itd. Nawet zmniejszając stopę zwrotu do 5% netto zostaje nadal 280 tys. zł.

Prawda 5. Da się 800+wykorzystać na zakup mieszkania, nawet w BigFive. Cytowałem chyba na blogu badania – 10% dzisiejszych młodych dorosłych otrzymała od rodziców mieszkanie na start. Czy było po dziadkach, czy zaoszczędzili na nie, nie wnikam. Czy w Warszawie, czy w Hrubieszowie? Bez znaczenia. Co dziesiąty. A gdyby tak zaprząc do pracy 800+? Wykorzystujemy 10% oszczędności na wkład własny (30-60k), resztę kredytujemy. Wychodzi nam rata 1600 – 3200 zł. Wynajmujemy za 1500-3000 zł (po podatkach). Nadwyżką (600-700 zł) nadpłacamy kapitał kredytu i w czasie studiów dziecko dostaje własne mieszkanie. Nieźle.

Prawda 6. 18 lat = na rynku akcji da nam zarobić na podobny lokal. Zakładam scenariusz pesymistyczny. Ceny mieszkań zwiększają się o 50%. Zamiast dzisiejszych 600k za mocno używane 2 pokoje w stolicy (40m2 x 15k/m2), płacimy 900k. Inwestując regularnie 800 zł, potrzebujemy średniej stopy zwrotu 15% netto. Dla „uśredniających cenę nabycia” mało realne, dla aktywnych inwestorów – da się zrobić.

Prawda 7. Rynek obligacji Skarbu Państwa da nam „tylko” 253k. Kto nie lubi ryzykować, kupi obligacje. Szansa na kapitał 253k (wart dzisiejsze 120k, jeżeli inflacja wyniesie ok. 3%). Lepsze 120k realnie, niż nic. Tym sposobem damy dziecku na start, przynajmniej na wkład własny (50% pytanych 30-latków dostało chociaż tyle).

Prawda 8. Inwestycja „w dziecko” może przynieść większy efekt, a może okazać się, że wtopiliśmy na całej linii. Wielu przedstawicieli klasy średniej powie – lepiej zainwestować, płacąc za zajęcia dodatkowe, języki, korepetycje. No cóż. Gramy na życiowej ruletce. Moje własne doświadczenie i obserwacja uczy, że albo sporo wygramy, albo stracimy całą kasę. Mój najstarszy syn dostał płatne korki przed maturą, uczył się nieźle, a potem 3 razy rzucał podjęte studia po pierwszym roku. Drugi, poszedł w sport, licencjat zrobił planowo i nadal gra. Wydatki na naukę pierwszego poniosłem znacznie większe. Podobnie w ich otoczeniu. Koledzy z klasy średniej mają studentów medycyny i kierowców Bolta, a ponosili identyczne nakłady. Kumpela poświęcała 3 godziny każdego dnia na ćwiczenia, skończyła konserwatorium, bo tak chciał ojciec-profesor, a dzisiaj pracuje w USA na budowie. Zupełnie utopione koszty. Jej siostra zaś gra w filharmonii. Dzielą je 3 lata.

Prawda 9. Pieniądze są ważne, ale nie kupimy za nie ani długiego życia, ani szczęścia. Im starszy jestem, tym ostrzej widzę tę prawdę. Doskonale powiedział podsumował tę prawdę Halpern w „Ziemi obiecanej” – „Bucholc nie żyje! pan wie?… Miał fabryki, miał miliony, był całym hrabią i nie żyje! A ja nie mam nic i jeszcze na jutro mam protestowane weksle, ale ja żyję! „. Elizabeth Taylor i Marylin Monroe, świetnie zarabiające, miały odpowiednio 7 i 3 mężów, mimo że ta druga żyła tylko 36 lat. Z drugiej strony, wiele osób żyje sobie znacznie biedniej, ale lepiej. +50k miesięcznej pensji na wysokim stanowisku w korpo niewiele w tym względzie zmienia. Obserwuję dyrektorów w mojej firmie, cześć znam od 20 lat, większość przeszła już przynajmniej rozwód, ciężką chorobę swoją lub małżonka, a niektórzy od lat są sami. Przy każdej zmianie zarządu drżą, zrzucając z sań dawnych kumpli. I jadą dalej. Większość prezentuje dziś taki poziom cynizmu, do jakiego dojścia nikomu nie życzę. Postawa ta wynika z poniesionych porażek na różnych polach (głównie osobistych) oraz świadomości, że lepiej już było. Z dawnego grona świeżych absolwentów, razem zaczynających pracę, jestem chyba ostatnim podgwizdującym sobie, gdy wchodzę do biura. Jak ostatnio powiedziała mi jedna z koleżanek „Jak ty to robisz, że nadal rano idziesz po ulicy z uśmiechem?”. Odpowiedziałem jej: Nie przejmuję się trudnościami, porażek nie biorę za dramaty i każdego dnia próbuję od nowa, akurat tyle, by mieć poczucie sensu i spełnienia. I właśnie poczucia spełnienia, Wam wszyscy czytelnicy bloga życzę, niezależnie od tego czy posłuchacie moich rad i zainwestujecie 800+.

Pudełko po butach. Metoda oszczędzania, która sprawdzi się u (prawie) każdego. Plus studium przypadku.

Kiedy kilka lat temu mój syn wymarzył sobie konsolę, postanowiłem pokazać mu siłę drobnych oszczędności. Wziąłem stare pudełko po butach i napisałem na pokrywie „Na `X-boxa”, po czym powiedziałem mu tak:

  • Ty wrzucasz, ile uważasz z kieszonkowego i prezentów pieniężnych od dziadków,
  • Ja 1/4 z każdego drobnego zlecenia od klienta, zapłaconego gotówką (50 zł),
  • kasa ląduje w pudle i co miesiąc ją liczymy,
  • kiedy uzbiera się 1600 zł idziemy do sklepu i kupujemy konsolę.

Czy wiecie ile czasu zajęło nam zebranie potrzebnych pieniędzy? 4 miesiące. Tym sposobem nauczyłem najmłodszego najprostszej metody oszczędzania drobnymi kwotami. Polecam i Wam. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby zbierać w ten sposób na „grube przyjemności” albo na emeryturę. Nawet dziecko zrozumie ten fakt.

Pomimo, iż posiadam spore oszczędności na koncie postanowiłem wykorzystać „pudełka pełne pieniędzy” jako sposób na sfinansowanie swoich drobnych wariactw, na które zwyczajnie szkoda byłoby mi „podbierać z rachunku”.

Studium przypadku. Zbieram na wariackie wydatki wakacyjne.

Etap 1. Ustalam na co zbieram. Wiadomo, większe kwoty na urlop (nocleg, dojazd/dolot, jedzenie, wstępy) mam zaplanowane w budżecie. Natomiast wariactwa, szaleństwa już nie. I tak np. przelot balonem może mieścić się w tej kategorii. Kosztuje sporo (zwykle na poziomie kilkuset-tysiąca złotych), zapewnia fajne wspomnienia, ale pół godziny lotu za 1000 zł absolutnie nie brzmi rozsądnie.

Etap. 2. Ustalam jakie środki wrzucam do pudełka. W tym przypadku, wszystkie monety i banknoty 10 i 20 zł, które znajduje w portfelu na koniec dnia.

Etap 3. Ustalam horyzont czasowy. Tym razem – od 1 stycznia do wyjazdu wakacyjnego (15 sierpnia).

Etap 4. Kontroluję przyrost środków. Co miesiąc, ostatniego dnia opróżniam pudło i liczę. Stan na 31 maja? 1300 zł. Planowany stan na 15 sierpnia? Ok. 2000 zł.

Jak widzicie sumy odłożone w ten sposób nie porażają, aczkolwiek są już widoczne. Co zrobić, jeżeli chcemy je zwiększyć? O tym innym razem.

Media – główni pożeracze energii w moim domu.

Kiedy zamieniałem piecyk gazowy (nazywany czasem Junkersem) na bojler elektryczny, a także stawiając w łazience bębnową suszarkę do prania miałem na względzie wyłącznie bezpieczeństwo i wygodę. Oba warunki zostały spełnione, ale okazało się, że zużycie prądu wzrosło o ponad 100%. Jak to możliwe?

Otóż możliwe i empirycznie stwierdzone. Podłączyłem bowiem do gniazdka łazienkowego miernik przepływu energii – wskazanie po 1,5 miesiąca – 360 KWh. Sporo. A oto szczegóły.

Bojler ma moc 2 KW i nagrzewa każdorazowo 80 litrów wody. Wystarczy na 2-3 prysznice lub jedną kąpiel w wannie. Uzyskanie takiej temperatury trwa 2 godziny. Bilans – 6 KWh dziennie. Miesięcznie 180 KWh. 1.5 miesiąca 270 KWh.

Suszarka bębnowa. W teorii 1.2 KWh na cykl trwający 45 minut. W praktyce nie sposób wysuszyć całego załadunku prania w jednym cyklu i trzeba je powtarzać. U nas w domu mogę liczyć 15 KWh/tydzień (90 KWh na 1.5 miesiąca).

Tym sposobem wyszedłem na 240 KWh/m-c, z czego 180 KWh (ok. 205 zł) pochłania bojler, a dodatkowe 60 KWh (65 zł) suszarka.

I teraz pytanie: Czy to się opłaca i czy warto?

Zacznijmy od suszarki. Opłaca się i warto. Tradycyjne suszenie prania podnosi wilgotność powietrza, oraz wprowadza atmosferę południowowłoskiego miasteczka (bez XIII w. katedry, za to z wiszącymi na balkonie majtkami). Niefajnie. Trudno też wysuszyć pranie od ręki (zwłaszcza w zimie, bo w lecie na zewnątrz schnie w kilka godzin). Suszarka bębnowa ma też super skutki uboczne – nagrzewa i osusza łazienkę. W praktyce – zero wilgoci. Polecam szczerze właścicielom starych domów.

W przypadku bojlera sprawa nie wygląda już tak prosto. Rachunek rzędu 200 zł za samo tylko podgrzanie wody wygląda słabo. W dodatku da się to zrobić o połowę taniej np. gazem. Ale gaz w łazience oznacza zagrożenie: wybuchem i zaczadzeniem. Zatem kiedy stary piecyk wyzionął ducha, wszedł w jego miejsce bojler. Miałem jeszcze trzecią opcję – przerabiać całą instalację i dostawić bojler do pieca gazowego grzejącego dom. I ponownie – co mi po oszczędności 100 zł/m-c, skoro musiałbym dokonać wydatku może nawet 20k, a jeszcze rozbijać łazienkę (wymiana rur). Natomiast warto mieć świadomość, ile kosztuje podgrzewanie wody prądem. Przy obecnych cenach i 3-osobach w domu – właśnie ok. 200 zł/m-c. Sporo. Stąd bojler nazwałem pożeraczem energii.