Czytając nawet dzieła literackie, takie jak „Dziennik 1949-1956” Sándora Márai zwracam uwagę na informacje ekonomiczne. I otóż, słynny Węgier-emigrant pisze, że:
- 100 USD stanowiło pensję włoskiego radcy ministerialnego,
- 200 USD kosztował wynajem i opłaty za 3-pokojowe mieszkanie na Manhattanie,
- 500 USD wystarczyło 3-osobowej rodzinie aktora na przeżycie w warunkach amerykańskich, a 100 USD w Neapolu,
- wartość dolara na przestrzeni kilkunastu lat (tj. do początku lat 50-tych XXw.) spadła o połowę.
I teraz popatrzmy na obecne warunki, po 70-ciu latach. Siła nabywcza tzw. twardej waluty okazuje się 10-50 razy mniejsza. Pensja włoskiego radcy wynosi pewnie 5000-10000 USD, a czynsz za mieszkanie na Manhatanie 4600 USD – plus opłaty.
Podobnie jest u nas. Od początku mojej pracy (1999 r.), ceny większości produktów wzrosły x 4 (auta, jedzenie), a niektórych (mieszkania) x 8- 10. W przypadku usług jest podobnie, a nawet gorzej (wizyta lekarska x 10, podobnie usługi budowlane).
Sándor Márai pokazuje coś jeszcze – na początku prezydentury Eisenhowera, amerykańska rodzina imigranta faktycznie mogła żyć z jednej pensji – do tego w prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. W „Dziennikach” widać coś więcej – wskazanie winnego zmian – nieokiełznaną chciwość.
Márai myli się tylko w jednym – przewiduje, że USA nie dadzą się wyprzedzić Europie w tworzeniu państwa socjalnego. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.
W Polsce od jakiegoś czasu, tj od około 1990 roku, narastający materializm i presja sukcesu zawodowego prowadzą do osłabienia tradycyjnych relacji społecznych i rodzinnych co wyraźnie zauważam wśród swoich znajomych jak również w rodzinie. Przyszłość zaczyna ujawniać się pod znakiem zwiększającej się przepaści między wąską grupą zamożnych a klasą średnią, która traci swoją dawną stabilność i docelowo będzie mało istotna. Istotniejsze będą niższe warstwy społeczne podatne na skrajnie lewicowe i prawicowe poglądy. Chyba że przesadzam, ale jakoś na obecną chwilę nie widzę przyszłości inaczej.
To nawet nie jest prąd wyłącznie polski, ale ogólnoświatowy. Zwłaszcza przepaść i pomiędzy „średniakami” i najbogatszymi. Także pauperyzacja klasy średniej postępuje, coraz mniej w niej manifestacji tradycyjnych cnót mieszkańskich, a coraz więcej walki o chleb (i zdolność kredytowa).
Oczywiście widzę też podnoszenie poprzeczki. Już nie wystarczy małe auto, ma być duży SUV, wakacje na wsi przegrywają z egzotyką, a wycieczka za miasto z citybreakiem w Porto. Potrzeby sztucznie wykreowane (korpo marketing) stają się źródłem nieszczęścia.
System przekształcił zaspokajanie realnych potrzeb na kreowanie pragnień i wie że poczucie braku. Duży SUV daje prestiż i wrażenie, często zakłamane, lepszego życia. Jeden przez drugiego i w człowieku wyrabia się u cz ucie, że to co mam to za mało dalej nakręca się ten schemat. Im starszy jestem tym bardziej staje się to dla mnie oczywiste.
Ten system, zwany czasem Matrixem, składa się z państwa i korporacji z branż dóbr niezbyt potrzebnych. Trudno namówić ludzi reklamą, żeby jedli więcej chleba, niż są w stanie zmieścić. Z samochodami, gadżetami jest inaczej. Tutaj zaczyna się kreowanie zachcianek (np.wzbudzanie podziwu), a nie realna potrzeba (zaspokojenie głodu). Przy czym problem nie wydaje się nowy, skoro już wojowie Bolesława Krzywoustego śpiewali „Naszym ojcom wystarczały ryby słone i cuchnące, my po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające”. Państwo bowiem również zarabia na tym konsumpcyjnym wirze. I to zarabia wielokrotnie. Od SUVa z silnikiem 3.0 pobierze sobie wyższy podatek niż od małego auta, a potem od dochodu tego, kto spróbuje zarobić, i jeszcze od zysku firm leasingowych. Większy silnik, większe spalanie. VAT, akcyza, PIT, ZUS, NFZ, CIT i tak się kręci. Może kiedyś napiszę o państwie napędzającym konsumpcję. I tak powstaje gospodarka oparta o wieczny deficyt, ponieważ państwo również pożycza, żeby zastąpić potrzeby obywateli, gdyż politycy chcą wygrywać wybory. I nakręca się spirala. Budujemy aquapark w każdym powiecie, potem płacimy obsłudze i za prąd oraz naprawy. Za 120 baniek stawiamy kładkę pieszo-rowerową przez Wisłę. No, ale potem musimy tę kasę ściągnąć.
Żyjąc skromnie, płacimy mniej podatków, nie musimy tyle pracować, i mamy spokój.
EDIT: Szkielet wpisu na 2000 słów już powstał. Ukaże się w październiku, miesiącu oszczędzania, a konkretnie 16.10.
Obecnie samochód to jak kiedyś koń i zbroja dla rycerza, nie tylko w Polsce.
Im bardziej drogi, nietypowy, wyjątkowy tym podkreśla się swój status. Co zwykle budzi podziw, szczególnie u płci przeciwnej. Nie piszę tego ironicznie, taka jest natura.
Pewnych atawizmów nie oszukamy.
Odniesienie do rycerstwa bardzo trafne, albowiem dokładnie tak myślą aspiranci. Czują się jak panowie feudalni, nawet jeżeli dzisiaj robią w korpo za 15k/m-c, a 1/3 wydają na ratę hipoteki, za „luksusowy apartament” 50m2 w Ursusie. Warto bowiem pamiętać, że rycerstwo liczyło ok. 2-5% populacji, a nie tworzyło „klasy średniej”. Stąd pomysł, że każdy piechur ma mieć własną stalową zbroję, skończyłby się szybkim bankructwem. Oni nosili skórzane kaftany, a i to zapewnione przez feudała lub państwo. Budzenie podziwu czymś, na co nas nie stać, uważam za mega głupi pomysł. Kupienie SUV-a za 150k w leasingu (30k wpłaty, 1500 zł raty, 45k na koniec), przez parę bez własnego mieszkania (żyją w domu rodziców), z trójką dzieci, tylko dlatego, że dochód z etatu wzrósł im do 15k netto, uważam za całkowicie pozbawione sensu. A takie myślenie „stać mnie na ratę = stać mnie na auto” dominuje w świecie warszawskiej korpo, zbudowanym na długu konsumpcyjnym.
Z kolei ludzie 40-60 lat pracujący w biurze – na palcach jednej ręki mogę policzyć kobiety, które oceniają mężczyznę po aucie. Zwykle z powodu nieświadomości. Większość nie zna 90% marek, tylko samochód „ładny” albo „brzydki”. Gdy podjechałem na parking, zachwyciły się 16-letnim Fiatem 500c żony, wozem za 12k, ale kabrioletem w perłowym lakierze z naklejonymi kwiatkami. Gdybym podjechał Mercedesem E-klasse w kombi za 180k, zrobiłbym mniejsze wrażenie (bo „dziadkowóz w kombi”). Z wiekiem chęć do imponowania autem zauważalnie spada u większości. Mam takiego klienta koło 60-tki. 20 lat temu jeździł szybkim Subaru. 10 lat wstecz – zmienił na Volvo (bo wygodne). Teraz podjeżdża Hondą Jazz – świetnie się nią manewruje w mieście, a także stanowi idealny kompromis „małe a dużo miejsca w środku”.
Atawizmów nie oszukamy, natomiast wśród Zetek nastąpiła też pewna zmiana. Nie liczą się auta, ale przeżycia. Status buduje to co niedostępne. Łatwiej płacić ratę 1500 zł, niż pozwolić sobie na miesięczny trip po Indiach. Raz, że kosztuje drożej, dwa – trzeba mieć czas. W świecie 2-tygodniowych urlopów, luksus.
Przede wszystkim odnosiłem się do prawdziwych ” rycerzy”, czyli tych, których stać na drogiego konia i zbroję.
I nie miałem na myśli aut za 150 czy 200 tysięcy, tylko minimum dwa razy tyle.
Można mieć dobry, drogi samochód i mieć czas na przeżycia. Jednak dotyczy to faktycznie mniej niż 2% populacji pewnie.
Dokładnie. Dzisiaj może ekonomia nieco się zdemokratyzowała, ale jeśli mówimy o samochodzie za 400k, to realnie, jeszcze z tzw. przeżyciami, stać na niego kilka procent: właścicieli firm, lekarzy, rentierów, najbogatszych emerytów i pewnie 1-2% pracujących. Warto mieć w głowie takie liczby, zanim zaczniemy się porównywać. Do tego, jeśli wyłączymy emerytów i rentierów, 90% tej grupy ciężko pracuje, znacznie powyżej normy 40h/tydzień.
W moim otoczeniu, może 2 osoby kupiły sobie taki wóz – jedna z nich dysponuje majątkiem 10 mln zł (stąd samochód za 400k stanowi 4% jej stanu posiadania), a druga zarabia z firmy po 60k netto/m-c, czyli wydała 7-miesięczny dochód.