Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
wrzesień 2026 – Oszczędny Milioner

Czy potrafisz samodzielnie przygotować opał? Jak zrobić to sensownie.

Mam o parę lat młodszego kolegę, który co roku raczy mnie opowieścią o wyprawie do własnego lasu, ścinaniu kilku buków, wynoszeniu ich na przyczepę traktora (w kawałkach, nie jak Arnold w „Commando” w całości), po ścianie zbocza, a potem systematycznym rąbaniu przez kilka weekendów. Podziwiam, ale nie dla mnie takie szarpanie się. Już nie mam zdrowia.

Dlatego wybieram zupełnie inny wariant: wycinam zbędne drzewa owocowe na działce, tnę je i kawałki. Nie ma tego wiele (2-3 sztuki rocznie). Dlatego, gdy planuję dłuższy pobyt na miejscu, muszę działać inaczej – kupuję drewno w wałkach (1,5m długie, w miarę proste kawałki) z dowozem (gdy miałem pick-upa, woziłem sam).

Dlatego w 2/3 moje działanie zaczyna się od kroku nr 3.

Krok. 1. Ścięcie. Praca piłą spalinową w lutowy dzień jeszcze nie wygląda strasznie, dla kogoś, kto ma siłę. Dobry sprzęt, ostry łańcuch i metal sam wgryza się w drewno. Pierwsze cięcie (obalenie) przedstawia nieco trudności, żeby nie zakleszczyć prowadnicy, ani nie dopuścić do wywrócenia drzewa w niepożądanym kierunku.

Krok 2. Okrzesywanie i wałki. Potem tniemy na 1.5 metrowe kawałki, odcinając wcześniej gałęzie. Bułka z masłem, o ile przestrzegamy zasad. Teraz zwożę taczką na dół, gdzie mam kozioł do cięcia i miejsce na łupanie.

Krok 3. Cięcie na 30-45 cm polana. Długość zależy od rozmiarów paleniska. Ja mieszczę te większe, więc nie ma sensu rozdrabniać zbyt wiele. Krótsze, to końcówki, albo sęki. Znowu podstawowe narzędzie – łańcuchowa piła spalinowa. Są osoby, które wykorzystują piłę tarczową, ale moim zdaniem sprawdza się słabiej.

Krok 4. Rąbanie. Teraz czas na … siekierę lub łuparkę. Kiedyś, gdy miałem do przerobienia 1 m3 na raz – wystarczyła ostra siekiera Fiskarsa. Teraz, gdy przygotowuję 10 razy tyle planuję kupić łuparkę.

Krok 5. Suszenie. Świeżo ścięte drewno ma nawet 40% wody. Trzeba ją odparować, co zwykle trwa 2 sezony (ścięte w styczniu 2027 r., będzie gotowe do użycia w październiku 2028 r. czyli schło przez 2 okresy letnie) i schodzimy do 15%. Jeżeli tego nie zrobimy, odparuje w palenisku, a to oznacza:

  • czarną szybę i zapchany komin (z czasem również zniszczony),
  • znacznie więcej zużytego drewna,
  • większa emisja szkodliwych substancji,
  • mniej ciepła z tego samego wsadu.

Rachunek jest prosty. 1kg buka suchego (15%) daje 4KWh energii, mokrego (40%) – ok. 2 KWh. Różnica widoczna gołym okiem. I warto o tym pamiętać.

Inflacja stylu życia. Wakacje.

Dość często na blogu poruszam temat zjawiska inflacji stylu życia. Mówiąc po ludzku ciągłego podnoszenia poprzeczki w konsumowaniu. Nie rzucam kamieniem, bo sam nie jestem od niego wolny. Wytłumaczę na przykładzie wakacji.

Wczoraj rozmawialiśmy z synem o Górach Świętokrzyskich, bo taki miał temat w szkole. I zdałem sobie sprawę, że w 2009 r. spędziliśmy wakacje (najmłodszego nie było jeszcze na świecie), w agroturystyce w Bodzentynie, jeżdżąc po całym regionie od Zagnańska, Chęcin, Kielc po Łysicę. Wtedy było ok, dzisiaj, no cóż sam chyba uznałbym, że trochę słabo. Przez inflację stylu życia właśnie.

Dlaczego? Kiedy przez kilka lat jeździliśmy do Chorwacji (w coraz droższym wydaniu), nagle Macedonia wydała się oszczędnością, a to 1.600 km od domu, a nie niecałe 200 km. Ba, Bałtyk oznaczałby wyrzeczenie się ambicji. No i tylko jeden wyjazd w roku.

Ten proces stałego podnoszenia poprzeczki, zachodzący w mózgu, posiada wymierny skutek finansowy. Sam wyjazd do Makarskiej w 2024 r. kosztował nas ponad 12 tys. zł (we trójkę), podczas gdy w tym samym roku, za 4 osoby zapłacilibyśmy w tej agroturystyce ok. 1750 zł za tydzień plus 1000 zł za wyżywienie. Razem z paliwem i atrakcjami, zmieścilibyśmy się dzisiaj w 4000 zł. Jeszcze raz podkreślę – dzisiaj. Wtedy wydaliśmy połowę, tu akurat zadziałała prawdziwa inflacja.

Wnioski? Większość z nas, także bardzo oszczędnych, doświadcza tego zjawiska. Po prostu lubimy coraz lepiej, coraz wygodniej.

Życie na abonament. Czy takie podejście ma jakikolwiek sens?

Wielkie amerykańskie korporacje próbują przekonać generacje Z i A, że nie trzeba niczego posiadać. Znacznie lepiej wybrać wynajem, tytułowe „życie na abonament”. Teraz dołączyli do nich … Chińczycy. Oto kilka przykładów.

Abonament książkowy. Zaczynam od rzeczy najbardziej oczywistej – książki. Kiedyś szło się do księgarni, kupowało fizyczny egzemplarz. Teraz modne są: książki Google, gdzie kupujemy prawo do konkretnego tomu na zawsze (podobnie działa projekt Apple), ale także abonament – bierzesz dowolną książkę za miesięczną opłatą 50 zł. Wygląda świetnie, tylko…

  • jeżeli przestajesz płacić, tracisz dostęp do wszystkich książek,
  • w abonamencie nie ma nowości i wielu tytułów z ulubionych przeze mnie dziedzin (np. finanse osobiste),
  • abonament stopniowo idzie w górę i obejmuje coraz mniej (typowa korporacyjna technika salami, czyli stopniowego obcinania produktu).

W efekcie, zupełnie bez sensu. Za 50 zł kupuję 2-3 używane książki na Allegro. Za 2 dni mam je w paczkomacie pod nosem, są moje na zawsze. Jeśli mnie nie zachwycą, mogę odsprzedać z niewielką stratą. Spodobają się, zostają i wracam do nich wielokrotnie. Gdy potrzebuję czegoś ekstra (np. kanadyjskiego tytułu zwolenników FIRE, albo niemieckiego reportażu o cenach mieszkań w Berlinie), wchodzę na książki Google i kupuję na zawsze. Obecnie wracam do „Fat, forty and fired” australijskiego tytułu, kupionego w 2012 r. W danym miesiącu nie mam kasy? Idę do biblioteki. W efekcie na książki wydaję (pomijam zawodowe), wydaję mniej niż 600 zł/rok abonamentu Legimi.

Muzyka. Gdy byłem młody, kupowałem płyty. Dzisiaj prawie nie ma takiej opcji (poza muzyką klasyczną). Można wybrać dwa wyjścia – płatny abonament na Spotify (lub podobnych) albo … darmowe YouTube. Skoro coś jest za darmo (najwyżej trzeba odczekać reklamę), po co mam płacić abonament?

Samochód na telefon. Uber, Bolt. W teorii mają spowodować, że auto nie będzie potrzebne. A faktycznie? Wpadka. Wyobraź sobie taki rachunek modny wśród pracowników korpo w Warszawie. Zamiast biletu za 5 zł (metro, tramwaj), biorę Bolta za 15. Dziennie (w dwie strony), wychodzi 30 zł. Miesięcznie – 600 zł. Tramwajem 200 zł. Własnym samochodem (np. Fiatem 500) – 400 km/m-c (20 km/dzień): 150 zł opłat stałych oraz 140 zł na „paliwo”. W sumie 290 zł. Połowa, a pojedziemy jeszcze do rodziny, zrobimy zakupy. No i konia z rzędem temu, kto płaci w godzinach szczytu w Warszawie 15 zł/10 km. W sumie istnieje tylko jeden lepszy samochód – służbowy.

Wynajem samochodu. Proszę bardzo, Chińczycy uczą się szybko. BAIC proponuje – nowe auto za 199 zł netto/m-c. Świetna cena. Tylko brać. Aż przeczytamy małym druczkiem. Wpłacasz na start 25% wartości, używasz za 245 zł brutto/m-c przez 25 miesięcy i albo wykupujesz, albo oddajesz. Wybierając drugą opcję, tracisz … 25% ze 120.000 zł czyli 30 tys. zł. Realny koszt (umowa na 24 miesiące) – ok. 1500 zł/m-c. Sporo jak na chiński wynalazek. Uznane marki mają tylko nieco lepsze propozycje – 1.23% m-c plus 20% na start. Przez 36 miesięcy – prawie 65 % ceny nowego auta (np. 150k) czyli 100.000 zł/3 lata, czyli ca. 3000 zł/m-c. Do tego ubezpieczenie, przeglądy.

Znacznie lepiej kupić coś używanego. Wyjdzie taniej.

Wynajem mieszkania. Załóżmy, że nowe mieszkanie kosztuje 600k. Wynajem go 3000 zł/m-c. Rata kredytu (po 20% wpłacie własnej) ok. 3000 zł/m-c. Pozornie wynajem wychodzi lepiej, właściciel wyposaża, robi remonty. W praktyce, na długi termin lepiej kupić na kredyt (bo 10% ma rodziców, którzy sfinansują taki zakup). Poza wyjątkowymi wypadkami, rata 3000 zł dzisiaj, to 3000 zł za 15 lat. A najem: dzisiaj 3000 zł, za 15 lat już 4500 zł. No i płacimy do śmierci.

Jak widzicie „życie na abonament” w długim okresie drenuje portfele. Paradoksalnie najbiedniejszym, młodym ludziom bez kapitału. Nie znam żadnego 60-latka, który wziął auto w leasing, a w wieku 30-50 takie zjawisko jest powszechne. Pieniądze wyrzucone w błoto, nie zostaną wydane na inwestycje.

Dom pod miastem. Letnisko. Dwa symbole statusu sprzed 25 lat.

Odnoszący sukcesy przedstawiciel klasy średniej z przełomu wieków musiał mieć:

  1. podmiejski dom.
  2. letnisko czyli dom weekendowy w atrakcyjnym miejscu.

Pierwszego nie trzeba nikomu tłumaczyć. Duża działka, a nie miejska chusteczka do nosa, spokój, cisza, pies (nie w budzie, lecz na salonach). Wystarczy przejrzeć magazyny kolorowe tamtych lat dla aspirantów (Pani, Sukces itp.), żeby nie mieć wątpliwości – dom na przedmieściach, ucieleśnienie amerykańskiego snu, stał się także polskim.

Letnisko, nad jeziorem, w lesie, w górach czy nad morzem, albo po prostu w uzdrowisku (znacznie lepiej domek niż mieszkanie) także wypadało mieć. Niezależnie czy byłeś lekarzem, prawnikiem, naukowcem, drobnym przedsiębiorcą – szedłeś w tym kierunku, gdy tylko było Cię stać.

A teraz? No cóż. Przeglądając oferty sprzedaży nieruchomości, zauważyłem pewną prawidłowość – dzieci tych ludzi sukcesu właśnie wyprzedają tak charakterystyczne domy: królowało ciemne drewno, białe ściany, spadziste czerwone dachy. Wersja Lux – basen lub kort tenisowy. Forma – obowiązkowo coś na kształt dworku (przedmieścia). Tylko bogacze (oferowany niedawno za 17 mln zł dom R.Lipki w Kazimierzu Dolnym) mogli sobie pozwolić na bardziej ekstrawagancką formę. A teraz kolejne pokolenie sprzedaje. Czy warto kupić? Czy robią dobrze?

Na pierwsze pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Niewątpliwie styl dworkowy wyszedł z mody, a to co było dobre 25 lat temu (np. 10 cm ocieplenia, plastikowe okna Rehau) dzisiaj już nikogo nie przyciągnie. Wręcz przeciwnie.Ogromne metraże (reakcja na normy PRL-u) wręcz odstraszają. Pamiętam jeden z takich domów, siłami całej rodziny, wybudowali go znajomi naukowcy. Teraz zostali sami w budynku 10-pokojowym, z podwójnym garażem, trzema kuchniami, trzema łazienkami, jadalnią itp. Oraz z emeryturą na miarę ówczesnych pensji akademickich (wszystkie ekstra „obrywy” szły na umowy o dzieło i nie były oskładkowane). Na razie właściciele trzymają fason (i służy im zdrowie), przekroczyli 75 r.ż., ale gdy odejdą z tego świata, niewątpliwie ich jedyna córka także wrzuci nieruchomość na rynek. Koszty utrzymania – ekstremalne. Wzornictwo – niewspółczesne. A zalety? Poza tymi nieszczęsnymi oknami – świetne materiały. Granit strzegomski, nie żaden plastik udający granit, ani chińskie cuda. Drewno – doskonały dąb, rzemieślnicza robota na podłogach, drzwiach, w kuchni. Często piękne antyki i najwyższej jakości dywany, trochę obrazów. Dla wyjątkowego konesera. Przedmieście stało się praktycznie miastem. Tam, gdzie dojeżdżał 1 autobus na 3 godziny, dzisiaj na przystanku spory ruch. Rano busy i miejskie Solarisy co 15 minut. Ostatni – po 22. Dobra droga.

A letniska? Do dzisiaj czuję zapach takiego drewnianego domku nad jeziorem. Drewno pomieszane ze środkiem do konserwacji (smród nie do zabicia, podobnie pachniały podkłady kolejowe). Te nieruchomości przeżywały swój złoty wiek ponownie w czasie COVID-u, ale potem, wraz z poluzowaniem restrykcji, przygasły po raz ostatni. 90% użytkowników to ludzie 70+, ew. z wnukami. Dzisiaj, w wersji całorocznej (ocieplenie, ogrzewanie) kupimy je za równowartość miejskiej kawalerki. Dlaczego? Ponieważ istnieje szereg ciekawszych sposobów spędzania wolnego weekendu niż wyjazd nad jezioro. Zmienił się styl życia klasy średniej. Królują: spa, city breaki itp. Po co dodatkowy obowiązek (kwiaty, koszenie) i koszt (naprawy), skoro można zapłacić i mieć luksus? Nie na zawsze, ale na kilkanaście dni w roku. Jeśli taka nieruchomość kosztuje 300k, same odsetki do uzyskania (dzisiaj minąłem bank, który proponował 6%) wyniosą 18.000 zł rocznie, dodajmy koszty utrzymania (4000-5000 zł), oraz kapitał (na ile lat potrzebuje go 70-latek?).

Czy to sensowne? Wątpię. Ale tylko głupiec dyskutuje z faktami. W pokoleniu moich rodziców/teściów praktycznie każdy przedstawiciel klasy średniej starał się mieć „daczę” na miarę własnych możliwości (od pięknego domu w Kazimierzu Dolnym czy na Mazurach do wiejskiej chaty po dziadkach). Bez znaczenia: lekarz, weterynarz, inżynier, prawnik, urzędnik, nauczyciel. Większość z tych ludzi spędzała tam każdy weekend lata, nierzadko miesiąc wakacji. Obowiązkowo z rodziną. A dzisiaj? No cóż. Rozglądam się dookoła. Jeśli wyłączę „apartamenty wakacyjne” to takim miejscem w mojej bańce towarzysko-wiekowej dysponuje znajomy naukowiec (dom na Roztoczu po dziadkach), urzędniczka skarbowa (zakup w pandemii) oraz … ja. Ani moje dorosłe dzieci, ani dorosłe dzieci moich kuzynek nie są zainteresowane. Wolą tydzień na Kanarach, w Grecji czy w weekend Paryżu. Jeszcze czasem przyjadą do dziadków nad jezioro (bo jest woda i nie chcą robić starszym przykrości).

Wracam do pytania o sens. Dla kogoś, kto takie miejsce traktuje inwestycyjnie – odradzam. Za chwilę „boomersi” zaczną masowo umierać i mnóstwo podobnych gniazdek trafi na rynek, ciągnąc w dół ceny. Więc dla kogo? Widzę dwie grupy docelowe, obie nieliczne. Jedna – mogący sobie pozwolić na mieszkanie 30-50 km od miasta i pracę zdalną/dojazdy. Wtedy mają szansę korzystać z atrakcji długiego dnia, przyrody, wody, atmosfery od maja do października. Druga – tacy, jak ja, odrobinę niedzisiejsi. Siądą z książką na bujaku, zapatrzą się w las, albo lustro pamiętające prababcię. Zetną różę i wstawią ją do wazonu. Posłuchają Liszta, Wieniawskiego lub Chopina, albo nawet, choć to trudne, spróbują go sami zagrać. Oglądając instagramowe profile dostrzegam jeszcze trzecią grupę i w niej upatruję szansę. Miłośnicy sielskości. W wersji „do zdjęcia”. Zmienią te miejsca w perełki Bookingu. Wrzućcie sobie na pulpit „Morelówkę” w Kazimierzu Dolnym, albo najlepiej tam pojedźcie, jeśli tylko znajdziecie termin. Tak wygląda siedlisko z Weranda Country. Dopracowane w każdym calu. Tylko właścicielka należy zdecydowanie do klasy wyższej.

Ponieważ jednak to blog o finansach, przejdźmy do liczb. Tak jak napisałem, podmiejskie domy klasy średniej sprzed 25 lat skreśliłbym. Mogą być tanie (równowartość 3 pokoi w apartamentowcu) w zakupie, ale w utrzymaniu drogie. Taka 250-300 metrowa, dziesięciopokojowa willa potrzebuje kosztownych remontów (3 duże łazienki – 150 tys. zł, 2 kuchnie z wyposażeniem – drugie tyle, ocieplenie, wymiana źródła ogrzewania) i energii zimą. Ile? Np. 40 tys. KWh. Jeśli mówimy o gazie ziemnym 18 tys. zł rocznie. Gdyby ktoś w międzyczasie zamontował pompę ciepła – pewnie 30 tys. zł/rok. Porównajmy z nowym, dobrze ocieplonym domem stumetrowym: 4000 KWh – 1/10 powyższej wartości. Padnie drugie pytanie – po co komu dzisiaj, w klasie średniej 10 pokoi na 2-3 osoby?

A letnisko? Cóż tutaj nie byłbym taki kategoryczny. Wszystko zależy od miejsca, układu, stanu technicznego. Gdyby ktoś dzisiaj zaoferował mi 100-metrowy dom wakacyjny nad jeziorem w dobrej cenie (200-250 tys. zł) na pewno wziąłbym pióro do ręki i zrobił rachunek sumienia: ile i jak zamierzam korzystać. Pamiętacie wyliczenia dotyczące „miejsca w górach”?

Własny domek w promieniu 30-70 km w ciekawym miejscu (woda, góry, las, ładne miasteczko) stanowi pewną wartość dla określonego typu ludzi. I dla nich ma wiele zalet. Popatrzcie. W swoim siedlisku jestem po 35 minutach od wyjazdu z domu. Przed 17 w piątek rozpalam już grilla. Okiennice mogę zamknąć w niedzielę o 21 (w lecie jeszcze wrócę za dnia). Gdy miałem mieszkanie w górach, dojeżdżałem o 22 w piątek, a pakowałem bambetle o 14 w niedzielę, tracąc 10 godzin. Nie muszę dodawać, że w pewnym wieku istnieje zasadnicza różnica pomiędzy 35-minutowym dojazdem a 5 godzinami – x 2 w jeden weekend. Ale – trzeba lubić stale bywać w jednym miejscu (i mieć tam towarzystwo), cenić sobie własny fotel, kubek itp. Jeśli chcemy wynajmować, znacznie łatwiej ogarnąć sprzątanie, wydanie kluczy, gdy jesteśmy 30 km od lokalizacji niż 375 km. Proste.

W przypadku domu na wsi dochodzi sentyment. Na moim siedlisku spędzałem wakacje jako dziecko, mam tam kumpla, rodzinę, budynek stawiał mój pradziadek. To wszystko nie da się porównać z anonimowym 45-metrowym mieszkaniem w bloku, ani piętrem w „domku góralskim”. W żadnym razie.

Natomiast dla kogoś, kto lubi być dziś tu, jutro tam – taka „miejscówka” staje się ciężarem, trudnym do udźwignięcia. Bo wszystko trzeba ludziom zlecić. Spuszczać wodę przed zimą, zabezpieczyć rośliny, kosić. A pobędziemy tam 5 weekendów i tydzień w roku (łącznie 15 dni). Całkowity bezsens. Do czasu, aż zmieni nam się optyka. 750 km w weekend stanie się ciężarem, emerytura wyniesie 30% pensji. Wtedy lepiej mieć coś bliżej.

Obserwuję moich teściów, wiele lat temu kupili sobie domek nad jeziorem. Na początku spędzali tam tylko weekendy. Po 70-tce siedzą od maja do końca września, pomimo, że brak stałego ogrzewania. Płacą podatek, wodę, ścieki, prąd (jak w mieście i tak płaciliby plus abonamenty). De facto dom kosztuje ich ok. 3000 zł/rok plus jakieś udoskonalenia. Jeśli przeliczymy wg stawek rynkowych – 150 zł/dzień ( po rabacie na długi termin), wyszłoby 5×4500 zł czyli 22.500 zł/rok. A tak żyją sobie za 1/7. 3000 zł/rok i jako emeryci nie wyjadą nigdzie na dłużej niż weekend, więc mają wybór weekend kontra 5 miesięcy. Co lepsze? A wnuki? A przyjaciele?

Ponownie, dla kogoś kto ma pieniądze, lubi zmiany, może argumenty z czapy, ale dla posiadaczy niewielkiego budżetu, warte rozważenia. Podobnie dla kogoś, kto patrzy dalej i wie jak wygląda starość. Obserwuję w rodzinie. Jeszcze 10 lat temu mój teść wsiadał i w weekend odwiedzał swoją chrześnicę (600 km w obie strony), a w następny siostrę (kolejne 600 km). Teraz, gdy boli kręgosłup, oczy nie te, wycieczka do Warszawy stanowi wyzwanie. O dojeżdżaniu 750 km raz w miesiącu, nawet nie myśli.

Pomiędzy Dacią Bigster a Toyotą RAV4. Czy takie porównanie faktycznie ma sens?

W jednym z portali motoryzacyjnych, sprzyjających producentom francuskim zobaczyłem taki artykuł: Dacia Bigster lepsza od Toyoty RAV4, a nadal sporo tańsza. Po czym następowało porównanie hybrydowej Dacii Bigster w topowej wersji (aktywny tempomat, dach panoramiczny itd.) z podstawową Toyotą RAV4. No i wyszło, że lepiej wyposażony Bigster po rabacie kosztuje o 20k mniej niż podstawowa RAVka w cenie regularnej.

Pierwszy problem jaki dostrzegam – nie da się porównać gruszek z jabłkami, chociaż niejeden próbował (naście lat temu zestawiano Opla Insignię w topowej wersji z BMW serii 3, albo Skodę Superb II z Mercedesem E-klassą). Dlaczego?

Nabywcy aut przyzwyczajeni są do pewnej hierachii. Według niej jest klasa budżetowa (Dacia), popularna (Toyota, Skoda, Opel) oraz premium (Mercedes, BMW). Osobiste preferencje determinują wybór klasy. 95% lekarzy wybierze premium, samorządowcy na służbowe klasę popularną (żeby zbyt nie kłuć w oczy, ale i nie wyglądać na klasę niższą), a nad budżetową zastanowi się grupa, traktująca auto jako środek transportu lub szukająca (jak ja) maksimum auta za najniższą cenę.

Ale nie tylko o hierarchię idzie. Hybryda Dacii to Renault, a Renault mieści się w grupie samochodów na F (Fiat, Ford, francuskie). Powiedzieć, że postrzeganych jako niepewne, to nic nie powiedzieć. Renault po Lagunie II, 1.9Dci stanowi synonim awaryjności (pomimo niewątpliwie bardziej udanych modeli) a Toyota = niezawodność.

Wreszcie, pewne tradycje. Tak jak VW Phaeton nie zrobił kariery, bo nie pasował do wizerunku marki, tak duża Dacia ma problem, bo marka kojarzy się z małymi, tanimi autami oraz modelami użytkowymi. Dlatego RAV4 podbija rynek, a Bigster dopiero się przebija. Nie wiadomo czy z sukcesem.

A hybrydy? Jedna drugiej nierówna. Bigster jest w miarę oszczędny, ale gdzie mu tam do Toyoty. Brakuje ponad 60 KM (218 kontra 155), co przy tej masie robi różnicę. Jakość – wielka niewiadoma. Wyposażone w podobny motor Renault Arkana, kariery nie zrobiło. Wrażenia zupełnie inne. Wiadomo, bywają nieodkryte perły, jak chociażby mój Ioniq (akurat tutaj robotę robi skrzynia biegów nie-CVT), ale wyjątki tylko potwierdzają regułę. Toyota pracuje nad hybrydami od kilkunastu lat, a Renault/Dacia dopiero raczkuje.

Ostatnia kwestia – jakość. Siedziałem w Bigsterze. Ten wóz ma plastiki na poziomie Sandero, czyli pojazdu za 60k, a nie 145k. Twarde, nieprzyjemne, tylko ładnie wyglądające (bo tłoczone a nie gładkie). I nie, nie może równać się nawet z Toyotą. W trasie taki podłokietnik – koszmar.

Z tych względów kompletnie nie porównywałbym RAV4 z Bigsterem. Jego rywalami są raczej „chińczyki” – może i auta ładniej wykończone, ale droższe w naprawach, z większą utratą wartości, posiadające dziwne patenty. A jednocześnie z tej samej klasy budżetowej, oraz na podobnej półce cenowej.

Jeszcze raz przykład na oszustwo ZUS. Moja własna teściowa i emerytura 55-latki wyższa niż 60-latki.

Moja teściowa, słynny medialnie rocznik 1953 (kilka wyroków TK, ostatni, który mógł pobrać wcześniejszą emeryturę), przeszła na „stypendium ZUS” w 2008 r. (jako 55-latka). Dzisiaj nieosiągalne, ale skupmy się na faktach z przeszłości, bo pokazują wartość „obliczeń” ZUS. .

ZUS wyliczył jej emeryturę w kwocie 2.400 zł i zaczął wypłacać. Zwolniła się z pracy na 1 dzień i zatrudniła od nowa, aby wykonać ruch, do którego nieodmiennie namawiam jako optymalnego: brać emeryturę i zarabiać.

W 2013 r. osiągnęło tzw. ustawowy wiek emerytalny, i wystąpiła o świadczenie tzw. pełne. Liczyła, że 5 lat pracy ekstra (dodatkowe składki) podniosą jej wysokość emerytury. Nic z tego, bo wyliczono 30% mniej (ok. 1700 zł). Odjęto wypłacane przez 5 lat sumy, a doliczono składki. Pozostała więc przy wysokości 2400 zł (tzw. korzystniejsza opcja).

W 2021 r. ZUS po wyroku TK przeliczył jej jeszcze raz, tym razem prawidłowo (kapitał początkowy+składki+potrącone wcześniej wypłaty) i podzielił przez 253 miesiące. Wyszło 1950 zł. Dalej sporo mniej niż „wcześniejsza emerytura”.

W 2024 r. zapadł kolejny wyrok TK i w 2026 r. ZUS znowu wszystko policzył od nowa. Wyszło 1840 zł. Jeszcze mniej i sporo niżej niż „wcześniejsza emerytura” (2400 zł). Jak to możliwe?

  1. Tabele średniej długości życia. W 2013 r. kobieta 60-letnia miała przed sobą 253 miesiące życia. W 2026 r. aż 268,9 miesięcy. Dokładnie ta manipulacja, którą karmi nas ZUS. Staram się ją obalać. O 6,2% zaniżone świadczenie.
  2. Dłuższa praca nic nie dała. Słyszycie co ZUS nam wciska – 5 lat dłuższej pracy, to emerytura wyższa o 80%. Bzdura. 5 lat dłuższej pracy i 23% niższa emerytura.
  3. Zmiana zasad. Powoli docieramy do sedna. W 2008 r. emeryturę liczono „po staremu” wybierano korzystnych 10 lat. Teraz liczy się kapitał początkowy + zgromadzone składki. I nagle z 2400 zł zrobiło się 1840 zł.
  4. Wnioski. Moja teściowa jest mądrą kobietą, wzięła świadczenie od razu, zanim Sejm zmienił zasady. Dzięki temu ma o 23 % wyższą emeryturę, niż jej koleżanki pracujące do 60-tki, bo uwierzyły Prezesowi ZUS.

Na koniec ciekawostka. Gdybym dzisiaj poszedł na rentę, dostanę ją w wysokości podobnej do emerytury za 15 lat. Ale to już temat na następny wpis.

Biedni-pracujący, czy Polsce grozi ten amerykański trend?

W literaturze zaangażowanej współczesnej Ameryki pojawia się pojęcie „working poor” czyli „biedni-pracujący”, albo „biedni pomimo pracy”. Zjawisko dotyczy faktu, że pensja albo nawet kilka źródeł dochodu nie starcza na życie w miejscu, gdzie takie wynagrodzenie się wypłaca.

Popatrzmy praktycznie. W wielu branżach królują „umowy śmieciowe”, gwarantujące tylko minimalną stawkę godzinową (31.40 zł brutto), ale już nie pełne zatrudnienie (170 godzin w miesiącu). W efekcie spora, pomimo chęci, pracuje 20 godzin/tydzień czyli na pół etatu. Zarabia wtedy ok. 2000 zł netto/m-c. Za taką sumę, nawet powiększoną o świadczenia, nie da się utrzymać dwóch osób (samotna matka). Cóż robić, podejmuje się drugą, taką samą pracę. Niby wszystko się zgadza, zostaje pełny etat, ale w takiej konfiguracji:

  • Poniedziałek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B,
  • Wtorek – 9-13 sprzątanie w A,
  • Środa 10-14 sprzątanie w A,
  • `Czwartek 7-11 sprzątanie w A,
  • Piątek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B
  • Sobota 12-18 zmywak w B,
  • Niedziela 12-16 zmywak w B.

Konsekwencje? Codzienna praca, bez wypoczynku, urlopu (na śmieciówce go nie masz), brak pewności (w tym tygodniu sprzątanie 7-11, w innym 15-19, których nie da się pogodzić ze zmywakiem), wreszcie marnowanie czasu na dojazdach.

Takim sposobem nie da się żyć na wynajmie. Dlaczego? Już pokazuję.

Samotna matka musi zapewnić opiekę dziecku, zaprowadzić je na zajęcia, pójść na zebranie, odrobić lekcje. Jak ma to zrobić, skoro z dojazdami spędza w pracy 10-12 godzin dziennie i to w czasie, gdy inni już dawno wrócili do domu? Z pensją ok. 4000 zł netto w dużym mieście (dodając alimenty i 800+ dysponuje ok. 5400 zł/m-c).

Otóż, jeśli 3500 zł kosztuje mieszkanie+opłaty, 500 zł dojazdy, na pozostałe wydatki zostanie 1400 zł i to tylko dlatego, że pomaga państwo. Za tyle da się przeżyć, ale nic więcej.

W efekcie w Polsce, zjawisko biednych-pracujących, dzięki pomocy państwa (te 800 zł faktycznie robi różnicę) ma znacznie mniejszy zasięg, ponieważ ogranicza się do wielkich miast. W USA, gdzie państwo abdykowało z funkcji społecznych, problem stał się powszechny (z pensji minimalnej ok. 17.000 USD rocznie, trzeba jeszcze zapłacić 8000 USD ubezpieczenia zdrowotnego, stąd biedni-pracujący po prostu go nie wykupują).

Ale perspektywy amerykanizacji polskich realiów wyglądają nieciekawie. W debacie publicznej pojawiają się głośne opinie (np. Ludwika Koteckiego), że z uwagi na zagrożenie wojenne trzeba wycofać 800+. Skutek – powtórzenie opowieści z USA. Kto nie wierzy, proponuję lekturę 'Nomadlandu”, albo innych reportaży z nurtu „praca za grosze”.

Cztery argumenty przeciwników wsi. Czy faktycznie masz się czego bać?

Zaczęło się od komentarza Marka, który jasno wskazał, że przeprowadzka na wieś nie wygląda tak strasznie, albowiem istnieje wieś, z większością zalet miasta. Potem pojawiła się analiza, z której wynika, że mieszkania pod Wrocławiem są o 40% tańsze niż we Wrocławiu. Wreszcie trafiłem na negatywy, które wskazał w internetowej dyskusji człowiek, który przeprowadził się ze wsi do miasta i z powrotem. Oto one.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca.

Koszty ulepszeń są astronomiczne.

Wożenie dzieci.

Odnoszę się do nich po kolei.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta. Potem pada argument o 30-minutowym dojeździe. Miasta bywają różne. I tak w małym miasteczku, gdzieś na prowincji – kina brak, restauracja to dom weselny, a większych zakupów nie zrobimy, bo jedyne sklepy to Lidl, Biedronka, Dino ew. Rossmann. W mieście średnim (40-100 tys. mieszkańców) znajdziemy zwykle i galerię, i kino, i kilka restauracji do wyboru. Prawdziwy wybór mamy jednak w miastach dużych – dobrze powyżej 100 tys. mieszkańców. Ale w nich marnujemy czas na dojazd, ponieważ np. z takiej Białołęki do Złotych Tarasów, jedziemy dłużej niż ja ze swojej wsi do Lublina. Popatrzmy:

  • duże zakupy spożywcze (dyskont) – moi przyjaciele w górach (miasto ok. 10 tys. mieszkańców, ale turystyczne) – 10 minut (w sezonie 2 razy tyle, bo korek), ja na wsi – 6 minut, ja w Lublinie 6 minut.
  • duże zakupy ubrań (takie zwykły człowiek robi kilka razy w roku) – moi przyjaciele w górach – 2 godziny jazdy do stolicy województwa, ja na wsi – 30 minut do galerii, ja w mieście 15 minut do galerii,
  • duże zakupy budowlane – moi przyjaciele w górach – 40 minut najbliższy powiat grodzki, ja na wsi – 25 minut do Puław, ja w mieście – 10 minut do Obi,
  • kino – moi przyjaciele w górach – 40 minut do miasta 40-tysięcznego, ja na wsi – 30 minut do Lublina, ja w Lublinie 10 minut.
  • restauracje „lepsze” – moi przyjaciele w górach – 5 minut (miejscowość turystyczna), ja na wsi – 10 minut (w Nałęczowie), ja w mieście – 10 minut.

Jak widzicie, mieszkając blisko centrum (20 minut piechotą, 10 minut samochodem) w ósmym co do liczby ludności mieście Polski, mam sporo lepiej, ale w infrastrukturze, z której korzystam może 1 raz w miesiącu. W codziennych zakupach – podobnie. Małe miasto, wypada prawie tak, jak wieś.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca. Marek wyjaśnił to krótko. Chcesz mieć dom i nie robić – buduj nowy. Dodam – nie lubisz koszenia – kup mieszkanie. Aczkolwiek przedstawię obliczenia dość prosto – jeżeli porównujemy porównywalne – dom w mieście będzie 50% droższy niż na wsi (nowy). Im mniejszy, i starszy – różnica większa (ceny działek). Stąd, za te dodatkowe 800k, a w praktyce ratę 4800 zł, zapłacisz komuś, kto zrobi wiele rzeczy za Ciebie.

Jednak, jako właściciel budynku 1929 r. uważam opowieści o „syzyfowej pracy” za mocno przesadzone. Łączna liczba dniówek poświęconych na naprawy nie przekracza 2-3 w roku, a mówimy o domu, który od 1945 r. od września do maja stoi praktycznie pusty.

Zupełnie inna historia dotyczy ogrodu, ale tu mamy kilka wyjść:

Pierwsze – zalesić całą działkę i nie mieć problemu nawet z koszeniem (a często darmowe grzyby).

Drugie – ograniczyć powierzchnię do 1500 m2, co oznacza 4-5 godzin pracy w tygodniu.

Trzecie – zamienić trawnik, na kwietną łąkę, która kosimy 3 razy w roku, ew. rozłożyć maty z włókniny, obsadzić iglakami (zero koszenia), ostatecznie założyć sad i utrzymywać tzw. ugór herbicydowy.

Koszty ulepszeń są astronomiczne. Jako ulepszenia autor wymienił dróżki, płoty, infrastrukturę wypoczynkową. No, cóż, to akurat prawda, natomiast generalnie coś za coś. W mieszkaniu nie mamy płotu, ale i ogrodu. Podobnie basenu, piaskownicy, trampoliny, huśtawki, sauny, bani, a tylko malutki balkonik. I jeszcze jedno, nie ma przymusu budowy drogiego płotu, dróżkę da się wykonać z płytek, kawałków zaimpregnowanego drewna pozyskanego z własnej działki itp.

Wożenie dzieci. Temat-rzeka, dlatego poświęcę mu najwięcej uwagi. Styl wielkomiejskiej klasy średniej, pracującej w mieście, wymusza „zapewnienie dzieciom tego, co najlepsze” także w dziedzinie edukacji. Żyjąc w ten sposób, skazujemy się na dowożenie. I wtedy, zwłaszcza w okresie licealnym i pod koniec szkoły podstawowej, będzie ciężko. Im dalej od ośrodka miejskiego, tym ciężej. Mój syn obecnie, w mieście, do najbliższego liceum (niezłego) ma 10 minut drogi spacerem, do najlepszego, dotrze komunikacją publiczną w 20 minut.

Na wsi, albo pojedzie pociągiem (na który trzeba go zawieźć) i będzie także za 20 minut (kilka liceów do wyboru w Puławach), albo wybierze Nałęczów (gorszy, lecz bliższy 10 minut dojazdu autem), albo musi dotrzeć do Lublina (30 km – ok. 40 minut), dowożony przez rodziców. Życie płata nam figle i pewnie skończy się na szkole sportowej z internatem 200 km od domu, więc o dowożeniu nie będzie mowy.

Ale nasi przyjaciele z gór, także wozili, mimo że mieszkali w mieście. Nie było w nim żadnego liceum. Ulokowano je 8 km dalej. Wyprawa 2 razy dziennie, lub dziecko tłukło się busami. 8 km busem oznacza podobny czas jak 20 km pociągiem – od drzwi domu do drzwi liceum – 20 minut. Sporo dłużej niż przypadkowe liceum w moim mieście, i prawie tyle samo, co najlepsze.

Dojazdy do szkoły to pikuś, ale pozostają jeszcze te, które umożliwiają „życie społeczne”, wszelkie spotkania, imprezy, nocne życie. To ostatnie, już na studiach. I znowu – o ile w Lublinie mam sporo uczelni, o tyle zarówno ze wsi, z miasteczek, jak i ze średnich miast – raczej skończy się dojeżdżaniem tj. akademikiem, stancją itp.

Straszne dowożenie, w rozsądnych warunkach, trwać będzie tylko przez 4 lata, a jeżeli wybierzemy „wieś zabitą dechami”, 12 lat (podstawówka+liceum). W tym drugim przypadku – szmat czasu i kawał życia. Stąd wniosek – nie chodzi o wieś w ogólności, lecz raczej konkretne miejsce. Uwielbiając odludzia, coś zyskujemy (niższe ceny), coś stracimy. Jak to zwykle w życiu. Wieś nie jest bowiem ani jednolita (podobnie jak miasta), ani tragiczna do mieszkania.

Freedom 55. Dlaczego ludzie nie przechodzą na emeryturę w wieku 55 lat, tylko czekają do 70-tki?

Najprościej:Przyczyny tego stanu rzeczy możemy podzielić na dwie kategorie: ekonomiczne i mentalne.

Teraz czas na rozwinięcie. Jak napisałem w sierpniu – Freedom 55, czyli własna, wcześniejsza emerytura wymaga posiadania kapitału w wysokości 1,5 mln zł. Można próbować z mniejszymi kwotami, ale narażamy się albo na ryzyko wyczerpania środków z worka, albo dorabianie (niepełną emeryturę). Ilu znacie ludzi, którzy mają 1.5 mln zł w inwestycjach, majątku, wolnych środkach i do tego mieszkanie/dom/kampera/jacht. W mojej bańce, ludzi zarabiających przez lata od 2 do 5 średnich krajowych na rodzinę, tworzących zbiór ok. 100 rodzin, otrzymujących czasami istotne darowizny (np.mieszkanie, mieszkanie+działka, wkład własny na dom) wszystkich policzyłbym na palcach jednej, maksymalnie dwóch rąk. W populacji – na pewno mniej niż 5 %. Większość, co podają wszystkie media dość regularnie nie posiada nawet 30 tys. zł oszczędności. 75% nie zebrała więcej niż 100 tys. zł. Co to oznacza? Że o wcześniejszej emeryturze mogą pomarzyć.

Znowu ciśnie się na usta pytanie – dlaczego – skoro na 1.5 mln złoży się:

  • 1000 zł miesięcznych oszczędności przez 30 lat przy stopie zwrotu 8%,
  • 4166 zł miesięcznie przez 30 lat, jeśli chowaliśmy kasę do skarpety.

Niewątpliwie, jeżeli założymy inflację równą stopie zwrotu (obligacje) odłożenie dzisiejszych 4167 zł dla rodziny z dochodem 30.000 zł nie stanowi problemu. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja ekonomiczna ludzi zarabiających mniej. W końcu, przy 30k dochodu mówimy o stopie oszczędności (relacja: oszczędności/dochód netto) na poziomie niespełna 14%, przy 10k już 42%. Nawet ktoś, kto jak my, zarabia ok. 2,5 średniej krajowej, powinien po prostu kupować obligacje za 30% swojej pensji. I tu z ekonomii/matematyki przechodzimy dalej.

Mental. Co takiego dzieje się w głowie ludzi zarabiających 2.5 średniej krajowej (ok. 16 tys zł netto), że unikają myśli o wcześniejszej emeryturze?

Powód 1. Brak wiedzy. Wiedza to ważny składnik mentalu. Jeżeli nie wiesz, że możesz przejść na emeryturę 10 lat przed czasem, nie zrobisz tego. Podobnie, gdy nie masz świadomości, jak to zrobić (poprawna odpowiedź: Odkładać i inwestować 2000-3000 zł czyli od 13,4 do 20% dochodów.)

Powód 2. Niewiara we własne siły. Myślenie – wprawdzie Oszczędny milioner może to zrobić z trójką dzieci, ale ja nie, ponieważ……. (tu pada szereg wymówek). Prawda jest inna – z pomysłem wcześniejszej prywatnej emerytury poradziło sobie mnóstwo osób. Jak wiemy, wielu przeszło na nią po 30-tce.

Powód 3. Lęk. Co się stanie, gdy inflacja pójdzie do góry? Co zrobię przy delflacji/spadku giełdy/potrzeby poniesienia dużego wydatku itd.? Doskonale rozumiem takie lęki, lecz podobnie jak przy duchach, ciemności itd. lęk trzeba zwalczać w sobie, gdyż nie przynosi nic dobrego.

Powód 4. Strach. W odróżnieniu od lęku, strach jest racjonalny. Boimy się czegoś istniejącego. Ludzkich wypowiedzianych opinii („jesteś leniem”, „co powiedziałby Twój ciężko pracujący ojciec”), własnych błędów, zatrzymania gospodarki. Obroną przed strachem staje się dobre przygotowanie, warianty awaryjne itp. Warto o nich pomyśleć.

Powód 5. Nieprzeznaczanie czasu na rzeczy ważne. Wielu współczesnych pracowników i jednoosobowych przedsiębiorców jest tak zajętych czynnościami zawodowymi, że zwyczajnie brakuje im godzin w ciągu dnia, żeby pomyśleć o sprawach strategicznych, jak własne bezpieczeństwo finansowe. Słynny Stephen Covey wprowadził do literatury sukcesu pojęcie „ostrzenie piły”, jako synonim „dbania o własne możliwości wykonawcze” albo typowo polskiego „tu trzeba usiąść i pomyśleć na spokojnie” i nie sposób się z nim zgodzić. Francuskie przysłowie mówi „Stracić beczkę dla garści wiórów”, a więc poświęcić rzeczy istotne dla mniej ważnych. Dokładnie tak zachowuje się wielu przedstawicieli klasy średniej – poświęcając miesiąc na planowanie wakacji (a nawet tygodnia na ustalanie wystroju stołu podczas kolacji i kilku godzin na retusz zdjęcia przed wrzuceniem do mediów społecznościowych), zamiast na założenie rachunku inwestycyjnego, przeczytanie książki o inwestowaniu. Mam znajomego, który świetnie nadaje się na przykład: dwa etaty, dobrze zarabiająca żona, jedno dziecko, ale inwestycje zerowe, kredyt na auto, wakacje 4 razy w roku i za każdym razem działają z żoną tak:

  • wydanie połowy pensji w galerii – 10 minut na podjęcie decyzji (powtarzane co miesiąc),
  • studiowanie tematu jak wybrać ujęcia do fotografii ze spotkania towarzyskiego – godziny oglądanych filmików i instrukcji,
  • zakup roweru, nart, butów do biegania, wczasów – miesiąc kilkugodzinnych analiz i konsultacji (w sumie 100 godzin), ale już o wiele droższy samochód kupuje wg renomy marki.

I nagle staje się oczywiste, dlaczego niewielkiej w sumie rodzinie (specjaliści lekko po 50-tce, dobre zawody, rodziny z tradycjami), która otrzymała pomoc na starcie, (dwa małe mieszkania, z których jedno posłużyło na wkład własny do większego) zarabiającej od wielu lat na poziomie 3.5 średnich krajowych (dzisiaj ok. 25 tys. zł netto) wiecznie brakuje pieniędzy na oszczędności. Poświęca cały wolny czas na rzeczy nieistotne, optymalizowanie marginalnych zakupów, a brakowało go na znalezienie odpowiedzi na pytania ważne: jak wcześniej spłacić kredyt, ile kosztuje serwis aut pewnej japońskiej, uznanej marki (podpowiadam „Motor” pisał o częściach 2-3 razy droższych niż np. w Toyocie), czy można zrezygnować z wczasów 4 razy do roku, ale za to założyć IKZE itd.

Na koniec pewna refleksja historyczna. Generałowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i dowódcy z Kampanii Wrześniowej, którzy przedostali się za żelazną kurtynę, mieli często po 50-60 lat. Przez lata żyli sobie nieźle wynagradzani i odcięci od trosk materialnych. Praktycznie żaden z nich nie dostał brytyjskiej emerytury, a w tym wieku posiadali jeszcze dzieci i niepracujące żony na utrzymaniu. Co zrobili? Poszli do pracy fizycznej. Jeden był barmanem, inny tapicerem, jeszcze inny pracował jako magazynier w fabryce praktycznie do śmierci w wieku 75 lat. Planując swoją starość trzeba wziąć pod uwagę i takie scenariusze.

Tanie wakacje w Macedonii wersja 2026.

W zeszłym roku opisałem nasz pobyt w Macedonii. Teraz czas na update, cenami z 2026 r.

Tym razem pojechaliśmy tylko we trójkę. Skutkowało to dwoma zmianami:

  • samolot zamiast auta,
  • zamieszkanie u syna, zamiast wynajmu.

Inne były też koszty.

Dojazd: parking przy lotnisku, dojazd do lotniska, tankowanie auta (młodego) na miejscu – 2419z (autem było 1430 zł, ale teraz paliwo istotnie podrożało).

Nocleg: 0 zł (było ok. 3000 zł)

Koszty lokalne: 1356 zł (było 1700 zł, ale na więcej osób).

Suma wydatków: 3775 zł tj. 269 zł/dzień.

Koszty lokalne (jedzenie) wyniosły nas ok. 100 zł/dzień. Dużo? To popatrzcie na szczegóły.

Pieczywo: drożdżówka ok. 2,5 zł, bagietka i chleb – podobnie.

Kawa w lokalu przy miejskim deptaku (mrożona latte ze szklanką wody „kranówki”): 10 zł.

Pizza z truflami (lokal blisko deptaka) plus cola: 42 zł.

Obiad na 5 osób (półmisek z grilla 1 kg – 72 zł stanowił główne danie) w restauracji średniej klasy hotelu z napojami: 171 zł.

Generalnie trzeba przyjąć zasadę: ceny jedzenia w porównaniu do Polski dzielimy przez 2. W Ochrydzie i Skopje – równe polskim ze sporego miasta.

Teraz czas na noclegi. Pokój dwuosobowy nad brzegiem Jeziora Ochrydzkiego (ale 30 km od lotniska i 20 km od miasta) – 120 zł/dzień. Trzyosobowy Apartament w średnim mieście (odpowiednik naszego Płocka) – 160 zł/dzień.

Po analizie cen, czas na spostrzeżenia. Inflacja robi swoje i ceny rosną. Nie jakoś dramatycznie, lecz zauważalnie (oceniam na +10%). Komu to przeszkadza, zapraszam nad Jezioro Prespa, przeżyłem tam szok, na szczęście pozytywny.

Reklamowa nazwa „Macedońska Garda” nie jest ani trochę przesadzona. Jeśli wejdziecie do wody w Pretorze lub Slivinicy patrząc na albański brzeg dostajecie widok podobny jak w Makarskiej (4 razy droższa Chorwacja), obracając się w kierunku lądu za plażą – Toskania. Woda – czysta i ciepła (był koniec sierpnia), plaża piaseczek, płycizny lepsze niż na Helu. Jedyny brak – infrastruktura, tutaj Gardy się nie spodziewajcie. Za to pięknie i tanio, a nocować możecie, jak niektórzy blogerzy – w prawosławnym klasztorze.

Jezioro Prespa przegrywa marketingowo z Ochrydzkim, głównie z powodu swojej dzikości. Brak tam miast, a XVI w. klasztor nie może się równać z pełną zabytków starówką. Sama Ochryda ma urok Chorwacji, lotnisko 10 km od miasta, ale plaże tylko przeciętne (poza obłędną i zatłoczoną Kaneo), wąskie, kamienne i zatłoczone. Dzięki kamieniom (zwłaszcza wapieniom), woda w niej jednak jest krystalicznie czysta (widoczność w dół do 10m).

A inne miasta? Nie mieliśmy warunków do zwiedzania (upały, nie do zniesienia w mieście), ale widzieliśmy przełęcz Baba (wjazd szosą na 1600 m, niech się schowa 2 razy niższa Przełęcz Knurowska w Gorcach), z mekką paralotniarzy i widokiem na Jezioro Ochrydzkie, kilka małych wiosek, obejrzeliśmy kilka meczy, no i siedzieliśmy nad wodą (głównie Prespa, jeden dzień nad Jeziorem Ochrydzkim). Kto planuje city break – polecam 4-5 dni: Ochryda, okoliczne miejscowości i koniecznie plaża Slivnica nad Prespą. Kto chce siedzieć 2 tygodnie, to samo plus dodałbym 1 dzień na Bitolę. Im więcej Ochrydy, tym drożej, im więcej Prespy i Bitoli, tym taniej.