Cztery argumenty przeciwników wsi. Czy faktycznie masz się czego bać?

Zaczęło się od komentarza Marka, który jasno wskazał, że przeprowadzka na wieś nie wygląda tak strasznie, albowiem istnieje wieś, z większością zalet miasta. Potem pojawiła się analiza, z której wynika, że mieszkania pod Wrocławiem są o 40% tańsze niż we Wrocławiu. Wreszcie trafiłem na negatywy, które wskazał w internetowej dyskusji człowiek, który przeprowadził się ze wsi do miasta i z powrotem. Oto one.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca.

Koszty ulepszeń są astronomiczne.

Wożenie dzieci.

Odnoszę się do nich po kolei.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta. Potem pada argument o 30-minutowym dojeździe. Miasta bywają różne. I tak w małym miasteczku, gdzieś na prowincji – kina brak, restauracja to dom weselny, a większych zakupów nie zrobimy, bo jedyne sklepy to Lidl, Biedronka, Dino ew. Rossmann. W mieście średnim (40-100 tys. mieszkańców) znajdziemy zwykle i galerię, i kino, i kilka restauracji do wyboru. Prawdziwy wybór mamy jednak w miastach dużych – dobrze powyżej 100 tys. mieszkańców. Ale w nich marnujemy czas na dojazd, ponieważ np. z takiej Białołęki do Złotych Tarasów, jedziemy dłużej niż ja ze swojej wsi do Lublina. Popatrzmy:

  • duże zakupy spożywcze (dyskont) – moi przyjaciele w górach (miasto ok. 10 tys. mieszkańców, ale turystyczne) – 10 minut (w sezonie 2 razy tyle, bo korek), ja na wsi – 6 minut, ja w Lublinie 6 minut.
  • duże zakupy ubrań (takie zwykły człowiek robi kilka razy w roku) – moi przyjaciele w górach – 2 godziny jazdy do stolicy województwa, ja na wsi – 30 minut do galerii, ja w mieście 15 minut do galerii,
  • duże zakupy budowlane – moi przyjaciele w górach – 40 minut najbliższy powiat grodzki, ja na wsi – 25 minut do Puław, ja w mieście – 10 minut do Obi,
  • kino – moi przyjaciele w górach – 40 minut do miasta 40-tysięcznego, ja na wsi – 30 minut do Lublina, ja w Lublinie 10 minut.
  • restauracje „lepsze” – moi przyjaciele w górach – 5 minut (miejscowość turystyczna), ja na wsi – 10 minut (w Nałęczowie), ja w mieście – 10 minut.

Jak widzicie, mieszkając blisko centrum (20 minut piechotą, 10 minut samochodem) w ósmym co do liczby ludności mieście Polski, mam sporo lepiej, ale w infrastrukturze, z której korzystam może 1 raz w miesiącu. W codziennych zakupach – podobnie. Małe miasto, wypada prawie tak, jak wieś.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca. Marek wyjaśnił to krótko. Chcesz mieć dom i nie robić – buduj nowy. Dodam – nie lubisz koszenia – kup mieszkanie. Aczkolwiek przedstawię obliczenia dość prosto – jeżeli porównujemy porównywalne – dom w mieście będzie 50% droższy niż na wsi (nowy). Im mniejszy, i starszy – różnica większa (ceny działek). Stąd, za te dodatkowe 800k, a w praktyce ratę 4800 zł, zapłacisz komuś, kto zrobi wiele rzeczy za Ciebie.

Jednak, jako właściciel budynku 1929 r. uważam opowieści o „syzyfowej pracy” za mocno przesadzone. Łączna liczba dniówek poświęconych na naprawy nie przekracza 2-3 w roku, a mówimy o domu, który od 1945 r. od września do maja stoi praktycznie pusty.

Zupełnie inna historia dotyczy ogrodu, ale tu mamy kilka wyjść:

Pierwsze – zalesić całą działkę i nie mieć problemu nawet z koszeniem (a często darmowe grzyby).

Drugie – ograniczyć powierzchnię do 1500 m2, co oznacza 4-5 godzin pracy w tygodniu.

Trzecie – zamienić trawnik, na kwietną łąkę, która kosimy 3 razy w roku, ew. rozłożyć maty z włókniny, obsadzić iglakami (zero koszenia), ostatecznie założyć sad i utrzymywać tzw. ugór herbicydowy.

Koszty ulepszeń są astronomiczne. Jako ulepszenia autor wymienił dróżki, płoty, infrastrukturę wypoczynkową. No, cóż, to akurat prawda, natomiast generalnie coś za coś. W mieszkaniu nie mamy płotu, ale i ogrodu. Podobnie basenu, piaskownicy, trampoliny, huśtawki, sauny, bani, a tylko malutki balkonik. I jeszcze jedno, nie ma przymusu budowy drogiego płotu, dróżkę da się wykonać z płytek, kawałków zaimpregnowanego drewna pozyskanego z własnej działki itp.

Wożenie dzieci. Temat-rzeka, dlatego poświęcę mu najwięcej uwagi. Styl wielkomiejskiej klasy średniej, pracującej w mieście, wymusza „zapewnienie dzieciom tego, co najlepsze” także w dziedzinie edukacji. Żyjąc w ten sposób, skazujemy się na dowożenie. I wtedy, zwłaszcza w okresie licealnym i pod koniec szkoły podstawowej, będzie ciężko. Im dalej od ośrodka miejskiego, tym ciężej. Mój syn obecnie, w mieście, do najbliższego liceum (niezłego) ma 10 minut drogi spacerem, do najlepszego, dotrze komunikacją publiczną w 20 minut.

Na wsi, albo pojedzie pociągiem (na który trzeba go zawieźć) i będzie także za 20 minut (kilka liceów do wyboru w Puławach), albo wybierze Nałęczów (gorszy, lecz bliższy 10 minut dojazdu autem), albo musi dotrzeć do Lublina (30 km – ok. 40 minut), dowożony przez rodziców. Życie płata nam figle i pewnie skończy się na szkole sportowej z internatem 200 km od domu, więc o dowożeniu nie będzie mowy.

Ale nasi przyjaciele z gór, także wozili, mimo że mieszkali w mieście. Nie było w nim żadnego liceum. Ulokowano je 8 km dalej. Wyprawa 2 razy dziennie, lub dziecko tłukło się busami. 8 km busem oznacza podobny czas jak 20 km pociągiem – od drzwi domu do drzwi liceum – 20 minut. Sporo dłużej niż przypadkowe liceum w moim mieście, i prawie tyle samo, co najlepsze.

Dojazdy do szkoły to pikuś, ale pozostają jeszcze te, które umożliwiają „życie społeczne”, wszelkie spotkania, imprezy, nocne życie. To ostatnie, już na studiach. I znowu – o ile w Lublinie mam sporo uczelni, o tyle zarówno ze wsi, z miasteczek, jak i ze średnich miast – raczej skończy się dojeżdżaniem tj. akademikiem, stancją itp.

Straszne dowożenie, w rozsądnych warunkach, trwać będzie tylko przez 4 lata, a jeżeli wybierzemy „wieś zabitą dechami”, 12 lat (podstawówka+liceum). W tym drugim przypadku – szmat czasu i kawał życia. Stąd wniosek – nie chodzi o wieś w ogólności, lecz raczej konkretne miejsce. Uwielbiając odludzia, coś zyskujemy (niższe ceny), coś stracimy. Jak to zwykle w życiu. Wieś nie jest bowiem ani jednolita (podobnie jak miasta), ani tragiczna do mieszkania.

2 komentarze do “Cztery argumenty przeciwników wsi. Czy faktycznie masz się czego bać?”

  1. Jak zwykle sporo ” za” i sporo ” przeciw”.
    Argument z wożeniem dzieci jest bardzo istotny, więc fajna opcja dla bezdzietnych albo tych co mają dzieci w wieku studenckim.
    Dla mnie dodatkowo istotna jest kwestia dostępności lotniska w okolicy bo zdecydowanie jestem tam częściej niż na zakupach w galerii handlowej- które mogłyby dla mnie nie istnieć.

    1. Wszystko pozostanie kwestią priorytetów – zarówno na wsi, jak i w mieście. Uciążliwość zależy od czasu i kilometrów. Podam prosty przykład – mój kumpel wyprowadził się na obrzeża miasta (nie była to wieś, ale teren bezpośrednio przed białym znakiem), jego synowie chodzili do podstawówki i liceum. W ogóle nie odczuł różnicy 1 km od centrum, czy 6 km, ponieważ wcześniej woził młodszego do dobrej szkoły przez to centrum, a potem wracał, a teraz ma po drodze (dodatkowo liceum starszego leżało koło miejsca pracy kumpla, więc jeździli razem). Ludzie mieszkający na wsi, albo w niewielkim miasteczku (takim 10-15 tys. mieszkańców, bez komunikacji miejskiej) wożenia nie zauważają, bo stanowi ich codzienność, a 8 km przejechanych po wsi w 8 minut, to de facto mniej niż miejskie 8 km w 40 minut. Bo przecież „miasto” znaczy również dalsze dzielnice, bez dobrego liceum i młody ma dwa wyjścia: jechać z przesiadkami do centrum 40 minut, stać z rodzicami w korku – 40 minut, wreszcie pójść do najbliższego i słabego. Klasa średnia zwykle szuka tzw. dobrego liceum, więc albo wozi, albo nastolatka czeka podróż z przesiadkami. Akurat na Górnym Śląsku miasta są dość kompaktowe, ale taki Wrocław wywołuje dreszcze. Kiedy jadę od syna (okolice Pereca) do siostry (dalekie Pilczyce) potrzebuję przesiadki na Pl.Legionów, 40 minut tramwajem i 15 minut na dojścia do przystanków. Warszawa to odmienna opowieść. I teraz jeśli liceum stoi na Mokotowie (Pl.Unii Lubelskiej), a młodzież mieszka w okolicach Stadionu Narodowego (w miejscowych warunkach „blisko centrum”) spokojnie potrzebuje 40 minut na dotarcie do bram szkoły. Mieszkając pod Górą Kalwarią szybciej dotrze do Konstancina.
      Nie zmienia postaci rzeczy, że jednak przedmieścia wybierają ludzie o pewnym sposobie życia: albo właściciele małych firm, albo pracujący hybrydowo, albo wolne zawody. Wyprowadzenie się do „podmiejskiego kurnika” osiedla tzw. segmentów, wybudowanego w formie łanów, pośrodku podobnych osiedli łanowych i … niczego, może wywołać problemy, wśród tych, którzy dotychczas mieli wszędzie blisko.
      Co do lotniska, też mam mieszane uczucia. Mieszkam w miejscu, skąd wiele samolotów nie lata. Do Macedonii lecieliśmy więc z Pyrzowic, bo z Warszawy akurat lotów do Ochrydy nie przewidziano. Tym sposobem, ktoś mieszkający np. pod Olkuszem ma w zasięgu dwa spore porty (Pyrzowice i Balice), a inny – z mieszkaniem w centrum Krakowa dojedzie na jedno lotnisko znacznie wolniej (zwłaszcza w korku). Podobnie spod Piaseczna jest relatywnie bliżej do Paryża niż ze Szczecina.
      Natomiast ostatecznie, każdy ma swój wybór. Fakty pozostają brutalne – na wsi najlepiej mają: single, DINKS-y, rodzice małych dzieci (w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym) oraz emeryci. Pracujący, zawsze zawierają taki kompromis. Jak pisze średnioklasowa prasa – pomiędzy 30m2 na Mokotowie, 50-ma na Białołęce i segmentem pod Sochaczewem/Piasecznem/Grójcem/Mińskiem Mazowieckim itp. I rodzina z dwójką dzieci raczej wybierze segment.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *