Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
listopad 2026 – Oszczędny Milioner

Kolejny miłośnik kultury zapierdolu. Poseł Jakubiak.

Niedawno miałem okazję obejrzeć fragmenty rozmowy przedsiębiorcy i polityka Marka Jakubiaka (Kukiz 15, PiS, FdR, a obecnie Rozwój Plus) u Grzegorza Jankowskiego. Poseł jak zwykle podnosił ciśnienie ludziom i pokazał, jak daleko ideały ruchu Kukiza oddaliły się od obecnej praktyki. Propozycje polityczne (podniesienie minimalnego wieku parlamentarzysty) brzmiały idiotycznie, ale do tego posłowie zdążyli nas przyzwyczaić, ale clou tkwiło w stosunku do: własnych dochodów, czasu pracy, pensji itd. Teraz czas je zweryfikować.

Jeśli ktoś uważa, że zarabia za mało, niech pójdzie do pracy tam, gdzie więcej się zarabia. Taką rada dla pracujących za pensję minimalną (3 mln osób) miał Marek Jakubiak. Najgłupsza wypowiedź od czasów „Znajdź pracę, weź kredyt”. Kompletnie oderwana od realiów. Dzisiaj powszechność „minimalnej” spowodowała, że pracuje się tak w wielu miejscach od produkcji do kultury. I o ile bez kredytu, w małym mieście „minimalna” posiada pewną siłę nabywczą, o tyle wystarczy wynajem/kredyt w takim Krakowie i mamy poważny problem.

Dodatkowo istnieją miejsca w Polsce, gdzie minimalna powoli zrównuje się z medianą, tzn. zarabia tak połowa zatrudnionych. Typowy sposób myślenia przedsiębiorcy-Janusza, stwierdza, że ludzie sami są winni niskich zarobków całkowicie te fakty ignoruje.

Są ludzie, którzy pracują od godziny 8 do 14 i oni widzą wyłącznie to co robią. Oni mają inne rzeczy, których ja nie mam. Np. mają weekendy. na przykład sobie odpoczywają, mają urlopy, zwolnienia lekarskie mają. … Mają wolne co 2.5 dnia. Czysta niewiedza i manipulacja. Czas pracy etatowej w Polsce wynosi 8 godzin. Od 8 do 14 mamy ich 6. Poseł (dodajmy – przedsiębiorca) albo nie ma pojęcia o czym mówi, albo kłamie, opowiadając o pracy od 8 do 14. W obu przypadkach – dramat. A co do nieobecności? Marek Jakubiak sprawuje mandat zawodowo. W Sejmie (miejscu pracy) powinien pojawiać się ok. 5 dni w miesiącu. A i tego nie robi (jest jednym z rekordzistów absencji 12%). I teraz pokażcie mi miejsce pracy, w którym możesz pojawiać się kiedy chcesz? Do tego poseł zawodowy, ma normalnie płacony ZUS, może iść na zwolnienie, a przy średniej nieco ponad 1 dzień w tygodniu, urlop chyba mu zbędny. Kowalski pracuje 5 dni, Jakubiak ok. 1 dzień i jeszcze Kowalskiego wyśmiewa, że mało pracuje. Czysta hipokryzja, tak charakterystyczna dla piewców „kultury zapierdolu”. Zestawmy ją jeszcze z badaniami.  Z najnowszego raportu No Fluff Jobs „Czas w pracy Polek i Polaków 2026” wynika, że 75 proc. respondentów przyznaje, że zdarza im się pracować po wyznaczonych godzinach, a 26 proc. robi to co najmniej raz w tygodniu. 7 proc. ankietowanych pracuje co najmniej 50 godz. a ok. 45 proc. pracowników nie ma wpływu na godziny pracy. Standardowy 40-godzinny tydzień pracy stał się udziałem ledwie 57%. Przypominam – poseł mówi o pracy 6-godzinnej. Do tego poza etatowcami mamy jeszcze 1.5 mln zatrudnionych wyłącznie na „śmieciówkach” i 160 tys. na fikcyjnym b2b. Im żadne urlopy nie przysługują.

Pracuję 12-14 godzin na dzień. Swoje fabryki tymi łapami wybudowałem. Jak już pisałem – słowa te wypowiedział człowiek, który pojawia się w pracy sejmowej ok. 1 dzień w tygodniu. Do „pracy” dolicza zapewne spotkania z innymi politykami, prowadzenie własnej firmy, a nawet dojazdy. Żaden faktycznie pracujący nie może tak zrobić, ponieważ nie pojawia się w pracy raz w tygodniu. Ba, niewielu przedsiębiorców ma taką szansę. Oczywiście Jakubiak „fabryk” nie wybudował. Celowo wziąłem słowo w cudzysłów, ponieważ mówimy o browarach, które kupił za 700k w 2002 r. czyli równowartość 3 mieszkań w Warszawie, w tamtym czasie. Znacznie poniżej kosztów budowy samych nieruchomości. I wreszcie moje podstawowe zastrzeżenie – biznesmen Jakubiak inwestuje, nie pracuje, jedyna jego „praca” to Sejm i nawet z niej wywiązuje się słabo (12% absencji na kilkadziesiąt dni w roku).

Żeście się czepili tych kilometrówek. Przez takie gadanie wynająłem samochód i wszystkie limity wynajmu wyczerpałem dosłownie w ciągu pół roku. I co mi pan powie? Mam samochód, za który zapłaciłem kupę pieniędzy, bo mam dobry samochód. Zajeździłem go. ….. na wartości stracił ok. 300 tys. zł i tego pan nie rozlicza. Ale złotówka za kilometr to pana strasznie szarpie. Czym mam jeździć – maluchem, rowerem – żeby pan był zadowolony? I wracamy do sedna naszych Januszy, dla których poseł Jakubiak jest wzorem. Otóż, w realu, a parlamentarzysta go nie zna, ludzie w ogóle nie mają kilometrówek. W mojej firmie korzysta z nich może 5% i to nie na dojazdy do pracy, lecz rzeczywiste wyjazdy. Co więcej, poseł nie musi wcale korzystać z własnego auta, ma jeszcze darmowe bilety kolejowe i lotnicze. Pomimo tego koszt „kilometrówek” rozliczonych w Sejmie przez Marka Jakubiaka wynosi ok. 50 tys. zł rocznie. Nie znam nikogo w normalnej firmie, ani nawet stanowisku w administracji publicznej, kto dostawałby aż tyle. Druga dieta poselska, a poza nią ma jeszcze 155k uposażenia, łącznie 250k. Nieźle, jak na człowieka pojawiającego się w „pracy” ok. raz w tygodniu. Wychodzi prawie 5k/dziennie.

Tego, że nie trzeba kupować auta, tracącego na wartości 300k, chyba na tym blogu nikomu tłumaczyć nie muszę. Wyliczyłem wielokrotnie koszty eksploatacji różnych moich aut. Mój brat jeździ 40kkm/rok, ale na własny koszt (firma), nie domaga się zwrotu od podatników, a jego Audi Q3, z paliwem, ratą leasingową, serwisem, pełnym ubezpieczeniem, kosztuje go o 50% stawki popularnej „kilometrówki.” Poseł nie musi jeździć A8, albo Mercedesem EQS (bo taki pojazd traci 300k w 4 lata). Pomiędzy 300k/4 lata, a maluchem istnieje jeszcze mnóstwo możliwości pośrednich. Stąd – czysty populizm, zwany popularnie „odwracaniem kota ogonem”.

Pan zarabia 2 razy tyle, co Jakubiak. Typowy argument człowieka, którym okłada na prawo i lewo. Dodatkowo nieweryfikowalny, bo nie znamy dochodów redaktora Jankowskiego. Możemy je jednak oszacować, podobnie jak Marka Jakubiaka. W samym Sejmie (dieta/uposażenie/kilometrówki/kasa na biuro) dostaje ok. 400k/rok. Do tego dochodzi własna firma – wzrost wartości inwestycji ok. 2 mln/rok (te 14 godzin nie dotyczy z pewnością samego Sejmu). Nie przypuszczam aby Grzegorz Jankowski zarabiał 2.4 mln/rok. Ba, jestem tego pewien. Pensja czołowych twarzy programów informacyjnych wynosi ok. 60k/m-c czyli 720k/rok. Niecała 1/3 zarobków Marka Jakubiaka.

Wnioski wydają się proste. Jak każdy przedstawiciel „kultury zapierdolu”, poseł Jakubiak manipuluje danymi, kręci i zwyczajnie kłamie. Przedstawia własny sukces od podoficera do właściciela browaru jako naturalną ścieżkę, którą każdy mógł przejść, gdyby wystarczająco dużo pracował. Do tego gardzi zwykłymi ludźmi. Wielokrotnie wykazano, że zależność „dochód/ilość pracy” nie istnieje. Sam jestem tego najlepszym dowodem. Kapitał przynosi dochód niezależnie od pracy i zgromadzenie odpowiedniej ilości dobrze zainwestowanej kasy, wyłącza nas z wyścigu szczurów. Nawet jeśli przejazdy autem, finansujemy z własnej kieszeni, a nie domagamy się ich od podatników.

Ile dodatkowej emerytury da mi PPK?

Obecnie, po 5,5 roku oszczędzania, mam na podstawowym koncie PPK ok. 35 tys. zł. Do tego 25 tys. zł na nieaktywnym już rachunku poprzedniego pracodawcy. W sumie 60 tys. zł w tak krótkim czasie.

Jeśli sprawy potoczą się dobrze, przez najbliższe 20 lat dobiję do 200k. Nieźle, na kogoś, kto wpłacał kilkaset zł/m-c przez 20 lat. Ile emerytury z tego dostanę?

Generalnie PPK daje kilka wariantów:

  1. Wypłata 25% na starcie i resztę w 120 ratach. Bez podatku.
  2. Wzięcie całości na raz i zapłacenie podatku (w moim przypadku byłoby to kilkadziesiąt tysięcy złotych).

Wybiorę więc wariant 1 (o ile za progiem nie pojawi się bessa).

Dostanę 50k na raz. W takiej opcji – zainwestuje je i uzyskam fundusz kapitałowy na poziomie 250 zł/m-c.

150k wypłacane w 120 ratach+ odsetki kapitałowe, da mi nierówne raty od 1200 zł do 1700 zł.

Średnio zbiorę przez 10 lat prywatną emeryturę w kwocie 1500-2000 zł.

A co mogę jeszcze zrobić. Przekształcić PPK w fundusz wieczysty. Wtedy postępie zgodnie z regułą 4%, czyli wypłacę rocznie tylko 4% z 200k – 8000 zł. Ca 660 zł/m-c. Sporo mniej, ale zostawię jeszcze kapitał dzieciom wnukom. Plus sam mogę żyć i 100 lat (a nie 10). Chyba jednak wybiorę wariant przejedzenia środków PPK przez 10 lat.

Sami przyznacie, że wersja „oszczędzaj 200-350 zł przez 20 lat (ja zaczynałem dość późno, z uwagi na zmiany ustawowe), odbierz 1500-2000 zł emerytury do 75 r. ż” wygląda całkiem-całkiem. Zwłaszcza, że prognozowana długość życia mężczyzny to tylko 77 lat. Ale za 25 lat te 2000 zł będą realnie warte tyle co dzisiejsze 1000 zł.

Dla wszystkich, którzy się nakręcili, powiem jedno „o ile wszystko dobrze pójdzie”, bo gdy pójdzie źle, dostanę jakieś grosze, równowartość 200 zł. Dlaczego? Bessy plus inflacja mogą zniszczyć rachunek.

Czy stać Cię na niepracowanie? Raz jeszcze.

Większość osób odpowie instynktownie – nie. Wszystko takie drogie, mamy kredyty, płacimy abonamenty medyczne, nasze dzieci chodzą do prywatnych szkół, przedszkoli, żłobków. Potrzebujemy 12.000 zł na 3 osoby (pamiętasz wspomnianych na blogu tiktokerów?).

Ale głębsze zastanowienie prowadzi do innych wniosków. Rozłóżmy je na czynniki pierwsze.

„Pracowanie” nie zawsze oznacza etat. Pierwsza, dość cenna uwaga. Istnieje znacznie więcej sposobów zarabiania na życie niż etat. Mamy: własną dg (w tym nierejestrowaną), zlecenia/dzieło (nazwane freelancem lub śmieciówkami), prace dorywcze, na czarno (tych absolutnie nie polecam). W każdym przypadku „pracujemy” nie sprzedając duszy, lecz płacąc za to jakąś cenę (np. w postaci nieregularnych dochodów). Znam projektantów, inżynierów, którzy żyją jako „domownik rolnika” nie zakładając dg, płacąc tylko zdrowotną i dochodowy, ze średnią (to ważne) 8-10.000 zł netto/m-c. Nie zawsze dzieło/zlecenie oznacza obowiązki stróża, ochroniarza itp. Nie zawsze też, marną stawkę godzinową.

17k/m-c potrzebujemy w mieście i w określonym stylu życia. Media silnie narzucają nam zafiksowany na stałych elementach: własne mieszkanie, kredyt, płatna oświata i medycyna, wyjazdy zagraniczne, kawiarnie i restauracje, markowe ciuchy tzw. american way of life. Deprecjonują jako „nienowoczesne”, „niesamodzielne” a wręcz „szkodliwe” inne sposoby życia. I tak, potępia się dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami – rodziny wielopokoleniowe to dziś „gniazdownicy”. Lepiej wziąć 700k kredytu na „apartament” (opisuję warunki mojego miasta – w Warszawie pomnóż raz 1,5), niż zająć piętro 300-metrowego domu rodziców. Jeśli z bratem/siostrą na drugim – w ogóle tragedia. A 700k kredytu oznacza ratę 5.4 k/m-c przez 20 lat i `1.2 mln do uregulowania. Wydłużając spłatę do 30 lat, rata spadnie do 4.5 k, ale łącznie zapłacimy 1,6 mln zł.

Prywatne szkoły/żłobki/leczenie, jeśli zrezygnujemy z etatu, nie będą nam potrzebne. Sam to widzę. Mogę sobie iść do lekarza na NFZ w poniedziałek o 9.00, kiedy pracujący, są … w pracy. Środa o 11.00 na drugim końcu miasta? Proszę bardzo. Dzieckiem zajmie się babcia i to „zajmie się” ma wiele znaczeń. Odrobi lekcje, wyda obiad. Skąd to wiem. Mam znajomych, którzy tak żyją. Nie za 12k/m-c, a znacznie taniej. I już z 12k robi się 7 k.

Zastąpmy przy tym restauracje, Pana Kanapkę, własnym jedzeniem (znowu: niekoniecznie schabowy z kapustą lecz coś z kuchni świata) i te 5k/m-c przy trzyosobowej rodzinie okazuje się realne.

A na wsi? Nawet 5000 zł/3-os. gdy żyjemy całkiem po wiejsku (1500 zł jedzenie, 800 zł dorzucenie się do rachunków lub utrzymanie małego domu, 500 zł auto, 1700 zł – pozostałe). 1/3 miejskiego budżetu „must have”.

Jak mieć 5000 zł/m-c bez pracy? Z ogólnego filozoficznego pytania „Czy mnie stać?” dochodzimy do szczegółowo-praktycznego – jak to zrobić. I tak:

1000 zł – od państwa na dziecko – zostaje do pokrycia 4000 zł,

300 zł – dopłat od państwa (wszelkie zasiłki energetyczne, mieszkaniowe itp.) – i jeszcze 3700 zł,

A teraz alternatywa na pokrycie tych 3700 zł/m-c:

-14 dniówek/2 osoby pracy za minimalną stawkę godzinową,

-odsetki (4%) od oszczędności z czasów miejskich (1,1 mln zł kapitału),

-3 dniówki „plumber FIRE” na m-c,

-9 dniówek sensownie wycenianej pracy (50 zł/h).

Tak da się żyć. I tradycyjnie rozumiana praca okazuje się zbędna.

Bajka o wiecznym obowiązku. Stara klasa wyższa buduje „kulturę zapierdolu” dla średniej i niższej.

Na początku lipca przeczytałem ten artykuł https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,158669,32884961,nie-przejdziemy-na-emerytury-w-wieku-60-65-lat-gospodarka.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza w którym przedstawicielka klasy wyższej lat 79 tworzy wizje świata, który nie istnieje. Nie dla siebie, rzecz jasna, a dla innych – przedstawicieli klasy średniej i niższej. Stosuje przy tym chwyty dawno zdemaskowane przez 30-40 latków. Teraz dołączam do nich i ja. Rozmowa toczy się wokół demografii i ma sens. Dopiero wtedy, gdy pani profesor (czy to nie znamienne, że PRL-owscy naukowcy wyrobieni na marksistowskiej SGH, którzy zachłysnęli się skrajnym liberalizmem, ustawiają 30-50 latków) schodzi na tematy filozoficzno-ideologiczne zaczyna po dziadersku płynąć i forsuje następujące „prawdy”. Nazywam je tezami, ale mógłbym kłamstwami:

  • dobrej formy,
  • oczekiwanej długości życia,
  • przymusu solidarności,
  • konsumpcji i wiecznego rozwoju,
  • państwowej emerytury, jako jedynego źródła dochodu.

Teza 1. Kłamstwo dobrej formy „Trzeba też zauważyć, że próg starości nie może pozostawać niezmienny, bo zmienia się długość życia oraz dobra forma, jaką zachowujemy.”

Długość życia w Polsce zmienia się w długiej perspektywie, bazując na skoku medycyny i lepszego odżywiania. Jednocześnie w krótkiej (kilkanaście lat), obserwujemy tendencje poziome. A prognozy na przyszłość są już straszne (za 30 lat 50% doświadczy nowotworu). Wróćmy jednak do ostatniego nastolecia. Średnia długość życia mężczyzn wynosiła w 2012 r. 73 lata, a kobiet 81 lat. W 2025 roku – odpowiednio 75 lat i 82 lata. Są to zmiany kosmetyczne i wcale nieliniowe. W czasie pandemii zaliczyliśmy spadek do poziomu z 2010 r. Nie wierzę, że demograf o tym nie wie. Poza tym mamy problem ze średnią, wcale nie musimy się w nią wstrzelić. I skończyć jak wspomniany prezes Derdziuk. Do tego dramatyczne różnice pomiędzy niewykształconymi mężczyznami a wykształconymi kobietami (kilkanaście lat w średniej).

A forma? No cóż. Przyjaciel mojego Taty, rolnik, w wieku 50 lat (czyli tyle ile ja mam dzisiaj), wnosił do piwnicy-ziemianki 100 kg worek ziemniaków. 15 lat później już nie żył, zabrał go rak. Wielokrotnie czytałem obliczenia lekarzy – w życiu człowieka następują dwa skokowe załamania formy. Pierwszy przypada w okolicach 45 r.ż, drugi właśnie około 60-tki. I właśnie średnie życie w zdrowiu wynosi w Polsce nieco ponad 60 lat.

Teza 2. Kłamstwo oczekiwanej życia. W krajach najzamożniejszych oczekiwane trwanie życia kobiety wynosi ponad 83 lata, a mężczyzny blisko 78 lat, zaś w krajach najmniej zamożnych odpowiednio tylko 65 lat i 60 lat.  

Statystyczne kłamstwo, które obalają autorzy książki o USA „Biedni w bogatym kraju”. Otóż ta średnia wcale nie wygląda tak obiecująco. Po prostu istnieją dwa światy. W jednym tkwił prawie stuletni Jimmy Carter, przedstawiciel klasy wyższej, podobnie jak profesor Kotowska. W drugim John Smith, obecnie bezrobotny były pracownik huty, żyjący niespełna 50 lat. Jak mężczyźni w krajach czarnej Afryki. Profesor-demograf patrzy na swoją bańkę, nie dostrzegając całego spectrum klasy niższej i średniej, bez dostępu do prywatnego leczenia za 400 zł/wizyta i zabiegów po 10k.

Tu tkwi kłamstwo. Wiek emerytalny dotyczyć ma równo wszystkich. A nieuprzywilejowani po prostu go nie dożyją.

Teza 3. Kłamstwo solidarności. Nasze decyzje o tym, czy pozostaniemy na rynku pracy dłużej, czy nie, muszą – i to jest perspektywa solidarnościowa – odwołać się do zmieniającej relacji międzypokoleniowej: relacji liczby osób w wieku produkcyjnym (20-64 lata), które są wytwórcami i konsumentami, i stale rosnącej grupy osób w wieku 60-65 plus, które stają się jedynie konsumentami, rezygnując z udziału w rynku pracy. Potrzebna jest jednak zmiana mentalna pracowników, świadomie się jej domagam. ... Solidarność międzypokoleniowa polega na zrozumieniu, że żyjemy we wspólnocie społecznej i gospodarczej, a zmiana demograficzna określa odmienne od przeszłych warunki współdziałania. Gospodarka nie wytrzyma tego, że ludzie – mając przed sobą średnio 20 lat życia – zrezygnują z pracy, myśląc w kategoriach: „Wreszcie będę robił/a to, co chcę”. 

Ta „międzypokoleniowa solidarność” równa się bladze. Jej ziarno tkwi w tezie drugiej. Otóż w rzeczywistości pani profesor domaga się od hutnika, żeby pracował na nią, a ona sobie przejmie jego składki w ramach systemu repartycyjnego (idę o zakład, że jak nasi posłowie, demografka pobiera emeryturę i pracuje). Tu nie ma żadnej solidarności tylko wykorzystywanie słabszych i niższych klas. Plus w bonusie czysta hipokryzja. Nie chodzi bowiem o „niekonsumowanie” tylko podniesienie własnej szansy na łączenie emerytury z pracą. Oraz korzystanie z ulgi podatkowej kosztem produkujących.

Oczywiście przedstawicielom klasy wyższej przeszkadza najbardziej, że ktoś „robi wreszcie to co chce”, a nie słucha starszych i wykształconych. Pojawia się zatem „dyktatura obowiązku”. Co oczywiste, profesor z pensum 180 godzin akademickich w roku (ok. 12 godzin pracy miesięcznie), nie domagała się równości czasu pracy z hutnikiem (170 godzin) , gdy miała 40 lat i korzystała z przywileju. Jako kobieta z klasy wyższej nie postuluje zasady emerytalnej „średnia długość życia wg płci i zawodu – 10 lat”, bo to oznaczałoby „socjalizm” (cytat z prof. Balcerowicza) i „tyranię większości” (Adam Michnik) oraz koniec przewagi klasy wyższej. Różnica pomiędzy rokiem 2000 (ostatni rok władzy UW), a 2025 jednak istnieje. Dzisiaj w te bajki wierzy może…10% oraz beneficjenci systemu.

W rzeczywistości bowiem klasa wyższa broni się przed solidarnością. Zarówno międzypokoleniową (boomerzy niechętnie dzielą się z młodymi), jak i międzyklasową (wykształcenie, zawód), czy terytorialną (różnice długości życia w Polsce wynoszą prawie 9 lat, w zależności od miejsca zamieszkania). Najbogatsi (Trump, Musk) domagają się niższych podatków dla siebie.

Teza 4. Kłamstwo emerytów-konsumentów. Nie można powiedzieć, że „nie obchodzi mnie los młodszych, już swoje zrobiłam, niech teraz oni pracują i się martwią”. Jeśli człowiek ma tylko pretensje i myśli jedynie o sobie, traci z oczu to, że trzeba współdziałać, aby w zmieniających się warunkach rozwijać gospodarkę i społeczeństwo. …. Nie można mówić o solidarności pokoleń, jeżeli osoby w wieku 60 lat i więcej, które stanowią obecnie jedną czwartą populacji, chcą spędzić resztę życia wyłącznie jako konsumenci. Wiedząc przy tym, że osób wytwarzających jest coraz mniej. 

Dzisiaj już wiemy, że to bzdury. Najpierw statystyczne. W społeczeństwie młodym, mamy około 40% ludzi poniżej 18 r.ż. i 5% powyżej 65 r.ż. Tak było w Polsce przed II W.Ś. W sumie 45% konsumentów i 55% producentów. A teraz? 21% pow. 65 r.ż. i 18% dzieci. Ile to jest? 39% konsumentów i 61% producentów. W praktyce, rosnąca liczba emerytów jeszcze nie zbliżyła nas do udziału konsumentów na poziomie przedwojennym.

Drugie kłamstwo – wyliczanie „konsumentów” pow. 60 r.ż, gdy jeszcze większość pracuje.

Ale nie tylko o liczby chodzi. Bożkiem klasy wyższej jest PKB. A bożki i religie mają to do siebie, że w pewnym momencie ideologia staje się ważniejsza niż człowiek. Klasa niższa nie ma prawa do szczęścia, ona ma tylko obowiązki względem społeczeństwa (w rzeczywistości klasy wyższej, która zarobi mniej). Oczywiście „wolność wyboru” ma wagę mniejszą niż „obowiązek”.

Teza 5. Kłamstwo państwowej emerytury. Ostatecznym bodźcem do zmiany naszych postaw i zachowań będą po prostu niższe emerytury.

Tak dochodzimy do ostatniej tezy. Wszystkie wcześniejsze były tylko rozbiegówką, bo dopiero teraz wsiadam na swojego ukochanego konia czyli temat „dłuższa praca a emerytura” oraz „świadczenie państwowe, a prywatne oszczędności”. I powtarzam jeszcze raz – „inwestowanie w ZUS” to nie żadna inwestycja tylko głupota.

Najpierw dlatego, że gramy w „demograficzną ruletkę”. Postulowane przez prof. Kotowską wydłużenie wielu emerytalnego mężczyzn do 70 lat, spowoduje że emerytury nie dożyje 50% „brzydkiej płci” z wykształceniem podstawowym. Dobrze czytacie, co drugi. Czy siadłbyś do gry, gdybyś wiedział, że masz 50% prawdopodobieństwa całkowitej porażki? Ja radzę nie – siadać. Profesor demografii dane te zna, potrafi je wyrecytować obudzona w środku nocy. Jednak w imię tezy i interesów klasy wyższej, zataja.

Jednocześnie, skoro 25% umiera przed 65 r.ż., to w wieku 65-69 lat odchodzi z tego świata 15% (40-25). Prawda? Nieprawda. Ponieważ o 25% zmniejsza się baza. Pokażę to na liczbach. Załóżmy, że 1 mln rodzi się, 750 tys. dożywa dzisiejszej emerytury, a 600 tys. do 70-tki. Faktycznie śmiertelność 65-69 lat wynosi więc 150 tys. czyli 20% (150/750). Decydując się głosować na zwolenników wydłużenia wieku emerytalnego, wyrażasz zgodę, że dodatkowych 20% 65-latków nie dożyje 70-tki nie biorąc grosza emerytury. Co więcej, wiemy jak skonstruowany jest ZUS. Kasa tych 69-latków przepadłaby.

Przejdźmy jeszcze do „mitu państwowej emerytury”. Otóż „w imię solidarności” mój syn (dzisiaj 25-latek) ma pracować do 70-tki, żeby dostać na koniec emeryturę w wysokości 20% ostatniej pensji (równowartość dzisiejszych 1,8k), a na bieżąco płacić składki na emerytowanego profesora SGH z emeryturą (obecną) pewnie 8k. Doskonały interes, prawda? Pisałem wyraźnie. W ZUS zebrałem 650k plus ponad 200k w OFE. Ile wypłaciłby mi z tego państwowy ubezpieczyciel, zakładając że mam 65 lat? 850k/227 =3.744 zł. Netto poniżej 3.5 tys. zł. Gdybym zmarł przed 70tką (a jak ustaliliśmy mam na to 20% szansę) wybiorę jakieś 45k/rok czyli przez 4 lata 180k. Spadkobiercy dostaną okrągłe 0. Złoty interes. Gdybym jednak takie 850k zebrał prywatnie, to wypłacając 5% (odsetki od kapitału) wybieram 42,5 k/rok (różnica pomijalna) i zostawiam spadkobiercom dokładnie 850k.

Do tego, żeby oszczędzić te 850k musiałbym odprowadzać 2k składki emerytalnej miesięcznie. Inwestując prywatnie przez 40 lat, mniej niż 500 zł (500 zł na 8% po 40 latach daje około 1 mln).

Dlatego, Szanowni Czytelnicy, od nastu lat zachęcam do inwestowania prywatnie, a ostatnio do minimalizowania składek ZUS. Ten system jest kompletnie nieefektywny. W latach niskiej inflacji przynosi tragiczne stopy zwrotu (ściśle – waloryzacje), gdy inflacja pikuje (np. w 2022-2023), ledwie pozwala zachować wartość, ponieważ „inflacja” a „inflacja emeryta” to dwie różne wartości (oficjalne wskaźniki zaniżają). Widać to po różnicy ZUS/OFE w moim przypadku. Prywatnie osiągam znacznie lepsze wyniki niż OFE, no i nie płacę prowizji.

Jeśli oszczędzamy i inwestujemy prywatnie możemy śmiać się z profesorskich bajek z serii „jeśli nie harujesz do 70-tki, dostaniesz niską emeryturę”, ponieważ prywatną w podobnej wysokości, możemy sobie wypłacić w okolicach 50-tki. Tylko tak klasa średnia może wygrać z systemem stworzonym dla klasy wyższej. Nie słuchać „wiedzących lepiej”, tylko robić swoje. Byczyć się w wieku średnim, a nie wtedy, gdy opadniemy z sił.

Nie powtórzę wiersza Andrzeja Bursy „Sobota” zamieniając „małe miasteczka” na „emerytowanych profesorów SGH”, ale skończę raczej początkiem tego utworu:

„Boże jaki miły wieczór
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina
w kulisach tego raju…”

I właśnie tego raju Wam życzę, na emeryturze przed 70-tką.

Tabele dożycia ZUS. Na czym polega manipulacja?

Długo zastanawiałem się nad strukturalną manipulacją długością życia przez ZUS i GUS. Bo jak to możliwe, że w ciągu roku ulega ono wydłużeniu np. o 4 miesiące? Jak się dzieje, że 65-latek ma przed sobą 222,7 miesięcy, a 66-latek- 214,1, z kolei 70-latek 180,6 miesiąca. Czy im jesteśmy starsi, tym dłużej przeżyjemy:

  • 65 lat+222,7 miesięcy = 83 i 6,7 miesiąca.
  • 66 lat+214,1 = 83 lata i 10,1 miesiąca.
  • 70 lat+180,6 =85 lat i 0,6 miesiąca?

Przecież to jest absurdalne. I faktycznie jest, tylko trzeba sięgnąć do źródła.

Publikacje GUS zawierają znacznie dokładniejsze dane niż tabele publikowane na potrzeby wyliczenia emerytur, które dodatkowo uśredniają dożycie kobiet i mężczyzn.

„Przeciętne dalsze trwanie życia osoby w wieku x lat oznaczane jest w literaturze przez ex i wyraża średnią liczbę lat jaką ma do przeżycia – przy danych warunkach umieralności populacji – osoba w wieku x ukończonych lat. Szczególnie często wykorzystywany jest parametr e0 nazywany przeciętnym oczekiwanym trwaniem życia w momencie urodzenia (lub krócej – przeciętnym trwaniem życia). Miernik ex wyliczany jest na podstawie danych dotyczących:

• liczby osób zmarłych w danym roku według ukończonego wieku,

• liczby ludności według roczników wieku zgodnie ze stanem na 30 czerwca danego roku.”

Z tego widzimy, że średnia długość życia ma dwie postaci:

  • e0 = średnia długość życia w momencie urodzenia,
  • ex =średnia długość życia, w określonym wieku.

Druga jest wynikiem pierwszej, bo ex dla 65-latka = e65.

I teraz ważne skąd się je bierze? Liczba osób zmarłych w danym roku z kolejnych roczników. Czyli dla 65 latka, jego rówieśnicy, 66,67,68-latkowie itd., aż do 100 lat.

Czy taki wskaźnik jest miarodajny? Kompletnie nie – i już powiem z jakich powodów.

Powód 1. Dane historyczne nic nam nie mówią o przyszłości. Dokładnie tak jak w inwestycjach i ekonomii. Tegoroczna inflacja nie jest prognozą na następny rok. Jeśli w 2006 r. stopa zwrotu z akcji wyniosła 20%, wcale nie znaczy, że taka sama będzie w 2007 r. Prawda? No prawda. To, że w 2026 r. zmarło 2,2% 65-latków, nie oznacza, że wynik za rok będzie identyczny.

ZUS odpowiada nam: Polacy żyją dłużej. I tak jest jeśli porównamy rok 1990 i 2026. Ale na przestrzeni krótszych okresów, następują istotne wahania, o czym poniżej.

Powód 2. ZUS i GUS mają metodologie. Inne instytucje mają swoje analizy.

Popatrzcie w raport NIZP-PIB czyli instytucji podległej Ministrowi Zdrowia https://www.pzh.gov.pl/wp-content/uploads/2025/10/Prezentacja_Dlugosc-zycia-i-umieralnosc-Bogdan-Wojtyniak.pdf

Co z niego wyczytacie? Że,

  1. różnica pomiędzy kobietami i mężczyznami wynosi 7,5 roku,
  2. na odcinku 2014-2022 – zanotowano spadek długości życia, zarówno w grupie kobiet jak i mężczyzn.
  3. istnieją drastyczne różnice pomiędzy powiatami – w przypadku mężczyzn 8,7 lat. To jak różnica średniej pomiędzy rokiem 2023 a 1989, albo 1989 a 1953.
  4. różnice w zakresie wykształcenia dla dzisiejszych 30-latków są następujące: mężczyźni z wykształceniem wyższym przeżyją 80,8 roku, a z gimnazjalnym i podstawowym – 68 lat. 12.8 roku mniej. To jak różnica średniej pomiędzy rokiem 1955 a 2010. Różnica pomiędzy kobietą z wykształceniem wyższym, a mężczyzną z gimnazjalnym wynosi 18,4 roku. Dramat, jak czasy powojenne i obecne,
  5. kobiety ze „zdrowszych powiatów” żyją średnio dłużej niż „mężczyźni z chorych” o 13,9 roku,
  6. „za krótsze życie polskich mężczyzn (w stosunku do średniej UE) w największym stopniu odpowiada większa niż w innych krajach ich umieralność w wieku aktywności zawodowej, tzn. 25-64 lata” – to jest cytat, nie mój wniosek.

Jak widzicie średnia GUS-owska ma swoje znaczne minusy i ma się nijak do wieku emerytalnego. Chłopak spod Chełma, który zakończył edukację na podstawówce statystycznie emertytury nie dożyje. Góralka spod Zakopanego, przeżyje na niej prawie 25 lat.

Nowsze raporty (za 2025 r.) przynoszą dane zatrważające. Najczęstszą przyczyną zgonu w wieku 14-24 lata (20%) i 25-44 (12%) stało się samobójstwo, które mężczyźni popełniają znacznie częściej (2.5 raza częściej). Tu cytat: „Podkreślić należy fakt, że samobójstwa były w 2023 r. odpowiedzialne za więcej utraconych potencjalnych lat życia mężczyzn niż rak płuca, choroby naczyń mózgowych, zawał serca, choroby układu oddechowego czy przewlekłe choroby wątroby.” Tak wygląda tzw. piekło kobiet.

Powód 3. Nagłe zdarzenie może załamać trend. Covid-19 cofnął wzrost średniej długość życia o kilkanaście lat. Wojny nawet sobie nie wyobrażam. I tu widać słabość danych historycznych. Tego nikt nie przewidział.

Powód 4. Nieuwzględnienie wszystkich danych statystycznych. GUS dysponuje znacznie szerszymi danymi. ZUS podobnie. Może np. ocenić, ile żyje przeciętny ubezpieczony mężczyzna, a ile kobieta. Jak przedstawia się pobieranie „rent wdowich” i tych z realnej pracy. Wie, jak na długość życia wpływa wypłata różnego rodzaju zasiłków (macierzyński, wychowawczy, 800+ skorelowane z liczbą dzieci) czyli faktycznie niepracowanie, a z drugiej strony dłuższa praca (np. śmiertelność 65-latków, którzy przepracowali 20 lat i studiowali, a kogoś, kto harował przy taśmie 45 lat). ZUS zna specyfikę zawodu (który żyje najdłużej). I nic z tym nie robi.

Powód 5. Życie nie równa się dożycie i „piekło mężczyzn”. Niezmiernie ważna uwaga. Czym innym jest średnia długość życia (ok.75 lat dla mężczyzn), a czym innym dożycie (które wg tabel emerytalnych wynosi prawie 84 lata dla obu płci).

Tym sposobem okrada się facetów z prawie 1/2 kapitału. Dla 65-latka czy pożyje średnio 10 lat (120 miesięcy), czy szacowane w tabeli 220 miesięcy (18,5 roku) daje różnicę 100 miesięcy (ponad 8 lat). Mógłby mieć o 90% wyższą emeryturę. Powinien mieć.

I tutaj dochodzimy do sedna manipulacji. Celem tabeli „dożycia” nie jest pokazanie faktycznych wartości, wskazówek dla obywateli, ale zbilansowanie systemu i założenia ideologiczne. Dlatego kobiety płacą nieproporcjonalnie krócej, a pobierają emerytury dłużej. Dlatego zrównano wiek niewykwalifikowanego robotnika spod Wałbrzycha (wiek śmierci pewnie 65 lat) i urzędniczki z Rzeszowa (wiek pewnie w okolicach 88 lat). Widać tu też, że mężczyźni z rodzin o niskim wykształceniu, najbardziej zagrożeni ubóstwem (też dane z raportu z 2025 r.), w ramach tzw. „solidarności” de facto zarabiają na emerytury warstwy uprzywilejowanej, ponieważ to oni w znacznej części odpowiadają za „niedożycie” do emerytury, a ich składki przepadają. Kobiety z klasy wyższej, albo korzystają z renty rodzinnej po zmarłym mężu, albo mają swoje własne nieproporcjonalnie wysokie do składek świadczenia, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę wartość: wysokość emerytury x miesiące faktycznej wypłaty. Dzięki tym wszystkim powodom mogę powiedzieć wprost – manipulacja istnieje na wielu poziomach. Głównie poprzez zrównanie: wykształconych z niewykształconymi, kobiet z mężczyznami i mieszkańców „chorych powiatów” ze „zdrowymi”.

Co więcej, tylko bunt „płatników netto” może ją zmienić. A to jest niezbyt realne. Pozostaje im zatem optymalizacja.

Trzy kłamstwa o świecie, w którą wierzy klasa średnia.

W zeszłym roku, wymieniliśmy z Bartkiem kilka komentarzy dotyczących sytuacji klasy średniej. Dzisiaj czas na powrót do tamtych rozważań.

Zaczynamy od mitów, kłamstw o świecie, w które wierzy klasa średnia. Są nimi: państwo opiekuńcze, lojalność pracodawców, ciężka praca się opłaca. Przeanalizujmy je po kolei.

Kłamstwo państwa opiekuńczego bazuje na dwóch filarach: składkach (zdrowotnej, emerytalnej, rentowej) – stanowiących ekwiwalent możliwych do uzyskania świadczeń oraz przekonania, że państwo pomaga swoim obywatelom w trudnych sytuacjach. Nad „pewną i zależną od składek emeryturą” znęcałem się wiele razy. Odsyłam do tych wpisów. Ale na tym się nie kończy. Każdy z nas płaci składkę rentową. Pomimo tego – pomijając przypadki skrajne (brak możliwości chodzenia, albo nawet kuśtykania) – nie masz szans na rentę. Nie dostaniesz jej po nowotworze, z uciętą nogą, amputowaną ręką, bez jednego płuca lub nerki, z ciężką astmą, nadciśnieniem 200/120, dwubiegunową, ze stentami, by-passami itd. W zasadzie nigdy, o ile nie jesteś osobą przykutą do łóżka. A w najlepszym razie dostaniesz po 10 -letniej walce w sądzie, gdy już prawie umrzesz z głodu (w końcu ile osób jest w stanie wyżyć bez pensji przez dekadę). Pieniądze płacone na rentę to dla 99,9% sumy wyrzucone w błoto. Teraz kłamstwo „leczenie za składkę zdrowotną”. Dla pracujących w stanie nienagłym – prawie niemożliwe. O ile nie masz czasu na wysiadywanie w poczekalni, pędzenie w odpowiednim momencie (1 dzień w roku), żeby zapisać się na zabieg za 8 miesięcy – nie dostaniesz nic, chyba że karetka przywiezie Cię na SOR. Krótko mówiąc- płacisz lub umierasz. Im więcej pracujesz, tym mniejsze masz szanse na darmową służbę zdrowia, bo ta jest dla bezrobotnych, MOPS-iarzy i emerytów. Płacąc przez wiele lat trzykrotną składkę zdrowotną, trzy swoje choroby przewlekłe leczyłem prywatnie, wydając grubą kasę, bo system proponował mi wizytę za pół roku, a rezonans za kwartał, w sytuacji gdy leżałem złamany atakiem rwy kulszowej. Mogłem iść na L4, wyleżeć, ale nie o to chyba chodzi w leczeniu. I tu dochodzimy do sedna – jedyna składka, z której skorzystasz to chorobowe. Klasa niższa na zwolnieniu maluje mieszkania, dorabia, a klasa średnia pomstuje na wyłudzaczy. Stąd warto zmienić paradygmat i przestać płacić wszystkie. Albo drastycznie je obniżać.

A państwo Ci pomoże? Nie żartuj. Coraz więcej systemów (edukacja, sądownictwo, opieka zdrowotna) leży i dogorywa. Jest na tak niskim poziomie, że na granicy przydatności. Klasa średnia za każdy z nich płaci, czeka (głównie sądy i leczenie) i nigdy się nie doczeka. Jaki sens ma procesowanie się z nieuczciwym łobuzem, którego wyrzucenie z Twojego mieszkania trwa 5 lat? Owszem państwo weźmie Twoje podatki, a nawet opłatę od pozwu, ale niepłacący lokator nadal może mieszkać, dewastować, a Ty zapewniaj mu za darmo prąd, wodę, odbiór ścieków i śmieci przez 60 miesięcy. Chcesz żeby dziecko nauczyło się języka obcego? To płać za korepetycje. Żeby dostało się na medycynę? Podobnie.

Kłamstwo lojalności pracodawców. Wiele firm (ale i szefów tzw. budżetówki) publicznie deklaruje „pracownicy to nasz najcenniejszy zasób”, „nasza firma jest jak rodzina” albo „oferujemy atrakcyjne wynagrodzenie i przejrzysty system premiowania”, a potem okazuje się, że całe oddziały przenoszone są do Rumunii albo Azji, a setki pracowników (także w IT) wyrzucane na bruk za wypłatą 6 miesięcznej odprawy. I radź sobie sam. Poza tym, zjawisko mobbingu, nękania, pokazuje, czego nie powiedziano, że wprawdzie firma jest jak rodzina, ale patologiczna. Do Polski, przedarło się także zjawisko gigantycznych kominów płacowych. I tak CEO może zarabiać 5 mln zł/rok, a trzymać grupę pracowników na pensji minimalnej. Lekarz dostaje 2,5 mln/rok, a w tym samym czasie szpital salowe wypchnął na śmieciówki do prywatnego podmiotu, a kucharki zwolnił, bo „trzeba optymalizować koszty” i taniej wychodzi catering, który widzimy później w internecie. Sam obserwowałem zwolnienie pracownicy z 40-letnim stażem i zaawansowanym nowotworem, zastąpienie pracownika firmą, czy zwolnienie jednej osoby i nieformalne (za pomocą polecenia pracodawcy) rozdzielenie jej zadań na 3 pozostałe, bez żadnej, choćby symbolicznej podwyżki, a po pół roku atakowanie ich, że nie zrobiły czegoś na czas. W tym samym okresie firma zatrudniła 3 dodatkowych menedżerów, którzy smętnie snują się po korytarzach.

Ten medal ma też drugą stronę, o czym pracodawcy wydają się zapominać. Otóż, tak jak ruch socjalistyczny nie wziął się z próżni, tak „agresywna optymalizacja kosztowa” ma swoją cenę. Jak podała kiedyś firma Conperio, średnia zwolnień lekarskich wynosi w firmach z nią współpracujących prawie 27 dni/rok. Co to oznacza? Prawie 1 miesiąc spędzony „na wolnym”, a jeżeli powiemy o zwolnieniach krótkich (bez weekendów), spinających święta – nawet półtora miesiąca. Akcja rodzi reakcję. Nielojalny pracodawca ma nielojalnych pracowników i często jeszcze bezsensownie dziwi się, publicznie na nich narzekając. Inni (zwłaszcza w zawodach najgorzej wynagradzanych, albo zatrudnieni na czarno) z dnia na dzień porzucają pracę. A w biurach na porządku dziennym jest drastyczne obijanie się. Pracodawca zwalnia kobiety zaraz po wychowawczym, więc dziewczyny idą na 100% płatne ciążowe od 1-go tygodnia od dwóch kresek na teście. Efekt? Całkowity zanik stosunków, znanych z amerykańskich filmów z lat 50-tych – my Wam dajemy stałą pracę i pensję (co dla pokolenia po Wielkim Kryzysie) miało ogromną wartość, Wy szczycicie się, że przez 40 lat nie wzięliście ani dnia chorobowego. Sam znałem jeszcze takich pracowników – ostatni odszedł na emeryturę 5 lat temu (a wcześniej system rentowy walczył z nim 6 lat, po wypadku). Następców nie widać – stąd standard 30 dni. I biorąc pod uwagę działania pracodawców, oceniam takie zachowania jako logiczną konsekwencję decyzji firm o zaprzestaniu polityki lojalności. Co więcej, znam przedsiębiorców, którzy na czas luzu posezonowego biorą miesiąc L4, robiąc sobie dodatkowe „wakacje składkowe”.

Kłamstwo opłacalności ciężkiej pracy. Od lat powtarzam na blogu – pracuj mądrze, a nie ciężko. Skoro mogę zarobić sumę x, pracując na swoim 60 godzin miesięcznie, po co mi zatrudnienie na 170? Skoro jako „niepracująca szlachta” kobieta z 4-ką dzieci dostanie 7000 zł z MOPS i emeryturę 1700 zł, po co ma chodzić do pracy za najniższą krajową (3700 zł) i emeryturę 1700 zł? Skoro jak przepychacz kanalizacji mogę zarobić miesięcznie 8000 zł miesięcznie w 7 dni, po co mi chodzić do biura na 15? Skoro kolega z sąsiedniego pokoju leń i obibok (20 dokumentów miesięcznie), zarabia tyle samo co pracowita koleżanka (200 dokumentów), tylko dlatego że jest kumplem szefa, jaki sens ma ciężka praca? Po co poświęcać na studia podyplomowe 20 k zł i 2 lata, skoro dostanie się za nie „hojne 100 zł podwyżki”? Takie pytania można mnożyć. Generalnie, ciężka praca ma sens, tylko wtedy, gdy gwarantuje wyższe wynagrodzenie – nigdy dla samej idei.

Dodać należy, że zarówno całkowite lenistwo jak i harówka zużywają nas. Pisałem o tym już kiedyś. O czym codziennie się przekonujemy, opłaca się być 39-letnią emerytką z 15-letnim stażem pracy i 4000 zł świadczenia, a nie pracującym na taśmie do 67 r.ż mężczyzną, któremu system za 20 lat zaproponuje emeryturę minimalną (1700 zł). Lepiej prowadzić „1 ha gospodarstwo” i płacić 250 zł składki KRUS, a dorabiać dorywczo na czarno przez 10 dni w miesiącu niż łupać w przetwórni owoców od rana do wieczora. System da takie same „starcze renty”, a i zarobimy podobnie za połowę mniej starań.

Dlatego biada temu, kto z klasy średniej uwierzył w trzy kłamstwa opisane w dzisiejszym poście. Klasa niższa już to zrozumiała.

Jeszcze raz wieści z frontu ZUS. Państwowa emerytura.

ZUS ujawnił portalowi businessinsider.pl dane dotyczące kapitału zgromadzonego na kontach ZUS. I wiecie co, wycięło mnie z butów.

Na kontach w ZUS w grudniu 2025 r. „leżało” (tzn. zapisano) 4.18 bln zł. Do tego 1.55 bln na subkontach. W sumie niespełna 6 bln zł.

Średni stan rachunku ubezpieczonego: 138k na koncie i 43k na subkoncie (ok. 181k łącznie).

Liczba rachunków, na których stan przekroczył 1 mln zł wynosi 0,5 mln osób.

I teraz interpretacje danych.

Wniosek 1. Niewiele jest rachunków z dużymi saldami. W przedziale wiekowym 50-60 lat żyje prawie 5 mln ludzi, do tego dochodzi 1.2 mln mężczyzn w wieku 60-65 lat oraz ok. 200 tys. korzystających z zerowego PIT. W sumie – 6.4 mln ludzi. 8% rachunków ludzi zbliżających się do emerytury.

Wniosek 2 Emerytury będą marne. Średni kapitał ok. 180k pozwala wypłacić śmieszne 666 zł kobiety, 810 mężczyźni. Oczywiście ci ludzie jeszcze popracują, ale perspektywa emerytury minimalnej stoi za drzwiami. Kapitał pozwalający na 3700 zł (kobiety) i 4500 zł (mężczyźni) świadczenia, zebrało ok. 8% (to właśnie ci milionerzy). Przypominam, dzisiaj 4500 zł to średnia emerytura.

Wniosek 3. Nawet ludzie zarabiający ponadprzeciętnie (120-150% średniej) dostaną mało. Sprawa jest prosta. Dzisiaj w drugim progu jest 2.4 mln osób. Doliczając liniowców w liczbie nieco ponad 0,5 mln dochodzimy do 3 mln podatników zarabiających bardzo dobrze. Przy 18 mln pracujących – 17%. Nawet ponadprzeciętne zarobki nie wystarczą na dzisiejszą emeryturę średnią (nieco mniej niż 50% średniego wynagrodzenia). Dzisiejszy trzydziestolatek będzie musiał zarabiać 250% średniej krajowej i odprowadzać składki od całości.

Wniosek 4. Emerytury mają się nijak do składek. 250% średniej krajowej to składki emerytalne ok. 4700 zł/m-c. Żeby zebrać ten 1 mln – wystarczy wpłacać 500 zł przez 40 lat na ok. 6% netto. Albo 1000 zł przez 30 lat. 4700 zł odkładane przez 30 lat na 4% (mega konserwatywnie) da nam 3,7 mln kapitału. Dokładnie tyle zgromadził rekordzista, który w ZUS odkładał przez ponad 50 lat (mężczyzna w wieku 77 lat, który jeszcze nie przeszedł na emeryturę). Porównajmy sobie te dane.

Wniosek 5. Oszczędny milioner znajduje się poniżej progu 1 mln. Przebiję go dopiero za kilka lat. Obecnie mam (informacja za 2025 r.) – ok. 950 tys. zł. A przypominam – pracuję 27 lat, zawsze na oskładkowane umowie o pracę, z czego 11 lat odprowadzałem składki od 250% średniej krajowej. Ale nawet mając ten mityczny milion zaproponują nam emeryturę w wysokości: 1.000.000/222,7=4.490,35 zł (brutto). Netto wyniesie ok. 3800 zł, kwota ok. 40% mojego obecnego wynagrodzenia. Gdybym dopracował do 65-tki, przebiję 40 lat pracy, ale oszustwo „rosnącej długości życia” oraz inne szalbierstwa w najlepszym wypadku zagwarantują mi 60% ostatniej pensji. Ale o tym pisałem już wielokrotnie.