Bajka o wiecznym obowiązku. Stara klasa wyższa buduje „kulturę zapierdolu” dla średniej i niższej.

Na początku lipca przeczytałem ten artykuł https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,158669,32884961,nie-przejdziemy-na-emerytury-w-wieku-60-65-lat-gospodarka.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza w którym przedstawicielka klasy wyższej lat 79 tworzy wizje świata, który nie istnieje. Nie dla siebie, rzecz jasna, a dla innych – przedstawicieli klasy średniej i niższej. Stosuje przy tym chwyty dawno zdemaskowane przez 30-40 latków. Teraz dołączam do nich i ja. Rozmowa toczy się wokół demografii i ma sens. Dopiero wtedy, gdy pani profesor (czy to nie znamienne, że PRL-owscy naukowcy wyrobieni na marksistowskiej SGH, którzy zachłysnęli się skrajnym liberalizmem, ustawiają 30-50 latków) schodzi na tematy filozoficzno-ideologiczne zaczyna po dziadersku płynąć i forsuje następujące „prawdy”. Nazywam je tezami, ale mógłbym kłamstwami:

  • dobrej formy,
  • oczekiwanej długości życia,
  • przymusu solidarności,
  • konsumpcji i wiecznego rozwoju,
  • państwowej emerytury, jako jedynego źródła dochodu.

Teza 1. Kłamstwo dobrej formy „Trzeba też zauważyć, że próg starości nie może pozostawać niezmienny, bo zmienia się długość życia oraz dobra forma, jaką zachowujemy.”

Długość życia w Polsce zmienia się w długiej perspektywie, bazując na skoku medycyny i lepszego odżywiania. Jednocześnie w krótkiej (kilkanaście lat), obserwujemy tendencje poziome. A prognozy na przyszłość są już straszne (za 30 lat 50% doświadczy nowotworu). Wróćmy jednak do ostatniego nastolecia. Średnia długość życia mężczyzn wynosiła w 2012 r. 73 lata, a kobiet 81 lat. W 2025 roku – odpowiednio 75 lat i 82 lata. Są to zmiany kosmetyczne i wcale nieliniowe. W czasie pandemii zaliczyliśmy spadek do poziomu z 2010 r. Nie wierzę, że demograf o tym nie wie. Poza tym mamy problem ze średnią, wcale nie musimy się w nią wstrzelić. I skończyć jak wspomniany prezes Derdziuk. Do tego dramatyczne różnice pomiędzy niewykształconymi mężczyznami a wykształconymi kobietami (kilkanaście lat w średniej).

A forma? No cóż. Przyjaciel mojego Taty, rolnik, w wieku 50 lat (czyli tyle ile ja mam dzisiaj), wnosił do piwnicy-ziemianki 100 kg worek ziemniaków. 15 lat później już nie żył, zabrał go rak. Wielokrotnie czytałem obliczenia lekarzy – w życiu człowieka następują dwa skokowe załamania formy. Pierwszy przypada w okolicach 45 r.ż, drugi właśnie około 60-tki. I właśnie średnie życie w zdrowiu wynosi w Polsce nieco ponad 60 lat.

Teza 2. Kłamstwo oczekiwanej życia. W krajach najzamożniejszych oczekiwane trwanie życia kobiety wynosi ponad 83 lata, a mężczyzny blisko 78 lat, zaś w krajach najmniej zamożnych odpowiednio tylko 65 lat i 60 lat.  

Statystyczne kłamstwo, które obalają autorzy książki o USA „Biedni w bogatym kraju”. Otóż ta średnia wcale nie wygląda tak obiecująco. Po prostu istnieją dwa światy. W jednym tkwił prawie stuletni Jimmy Carter, przedstawiciel klasy wyższej, podobnie jak profesor Kotowska. W drugim John Smith, obecnie bezrobotny były pracownik huty, żyjący niespełna 50 lat. Jak mężczyźni w krajach czarnej Afryki. Profesor-demograf patrzy na swoją bańkę, nie dostrzegając całego spectrum klasy niższej i średniej, bez dostępu do prywatnego leczenia za 400 zł/wizyta i zabiegów po 10k.

Tu tkwi kłamstwo. Wiek emerytalny dotyczyć ma równo wszystkich. A nieuprzywilejowani po prostu go nie dożyją.

Teza 3. Kłamstwo solidarności. Nasze decyzje o tym, czy pozostaniemy na rynku pracy dłużej, czy nie, muszą – i to jest perspektywa solidarnościowa – odwołać się do zmieniającej relacji międzypokoleniowej: relacji liczby osób w wieku produkcyjnym (20-64 lata), które są wytwórcami i konsumentami, i stale rosnącej grupy osób w wieku 60-65 plus, które stają się jedynie konsumentami, rezygnując z udziału w rynku pracy. Potrzebna jest jednak zmiana mentalna pracowników, świadomie się jej domagam. ... Solidarność międzypokoleniowa polega na zrozumieniu, że żyjemy we wspólnocie społecznej i gospodarczej, a zmiana demograficzna określa odmienne od przeszłych warunki współdziałania. Gospodarka nie wytrzyma tego, że ludzie – mając przed sobą średnio 20 lat życia – zrezygnują z pracy, myśląc w kategoriach: „Wreszcie będę robił/a to, co chcę”. 

Ta „międzypokoleniowa solidarność” równa się bladze. Jej ziarno tkwi w tezie drugiej. Otóż w rzeczywistości pani profesor domaga się od hutnika, żeby pracował na nią, a ona sobie przejmie jego składki w ramach systemu repartycyjnego (idę o zakład, że jak nasi posłowie, demografka pobiera emeryturę i pracuje). Tu nie ma żadnej solidarności tylko wykorzystywanie słabszych i niższych klas. Plus w bonusie czysta hipokryzja. Nie chodzi bowiem o „niekonsumowanie” tylko podniesienie własnej szansy na łączenie emerytury z pracą. Oraz korzystanie z ulgi podatkowej kosztem produkujących.

Oczywiście przedstawicielom klasy wyższej przeszkadza najbardziej, że ktoś „robi wreszcie to co chce”, a nie słucha starszych i wykształconych. Pojawia się zatem „dyktatura obowiązku”. Co oczywiste, profesor z pensum 180 godzin akademickich w roku (ok. 12 godzin pracy miesięcznie), nie domagała się równości czasu pracy z hutnikiem (170 godzin) , gdy miała 40 lat i korzystała z przywileju. Jako kobieta z klasy wyższej nie postuluje zasady emerytalnej „średnia długość życia wg płci i zawodu – 10 lat”, bo to oznaczałoby „socjalizm” (cytat z prof. Balcerowicza) i „tyranię większości” (Adam Michnik) oraz koniec przewagi klasy wyższej. Różnica pomiędzy rokiem 2000 (ostatni rok władzy UW), a 2025 jednak istnieje. Dzisiaj w te bajki wierzy może…10% oraz beneficjenci systemu.

W rzeczywistości bowiem klasa wyższa broni się przed solidarnością. Zarówno międzypokoleniową (boomerzy niechętnie dzielą się z młodymi), jak i międzyklasową (wykształcenie, zawód), czy terytorialną (różnice długości życia w Polsce wynoszą prawie 9 lat, w zależności od miejsca zamieszkania). Najbogatsi (Trump, Musk) domagają się niższych podatków dla siebie.

Teza 4. Kłamstwo emerytów-konsumentów. Nie można powiedzieć, że „nie obchodzi mnie los młodszych, już swoje zrobiłam, niech teraz oni pracują i się martwią”. Jeśli człowiek ma tylko pretensje i myśli jedynie o sobie, traci z oczu to, że trzeba współdziałać, aby w zmieniających się warunkach rozwijać gospodarkę i społeczeństwo. …. Nie można mówić o solidarności pokoleń, jeżeli osoby w wieku 60 lat i więcej, które stanowią obecnie jedną czwartą populacji, chcą spędzić resztę życia wyłącznie jako konsumenci. Wiedząc przy tym, że osób wytwarzających jest coraz mniej. 

Dzisiaj już wiemy, że to bzdury. Najpierw statystyczne. W społeczeństwie młodym, mamy około 40% ludzi poniżej 18 r.ż. i 5% powyżej 65 r.ż. Tak było w Polsce przed II W.Ś. W sumie 45% konsumentów i 55% producentów. A teraz? 21% pow. 65 r.ż. i 18% dzieci. Ile to jest? 39% konsumentów i 61% producentów. W praktyce, rosnąca liczba emerytów jeszcze nie zbliżyła nas do udziału konsumentów na poziomie przedwojennym.

Drugie kłamstwo – wyliczanie „konsumentów” pow. 60 r.ż, gdy jeszcze większość pracuje.

Ale nie tylko o liczby chodzi. Bożkiem klasy wyższej jest PKB. A bożki i religie mają to do siebie, że w pewnym momencie ideologia staje się ważniejsza niż człowiek. Klasa niższa nie ma prawa do szczęścia, ona ma tylko obowiązki względem społeczeństwa (w rzeczywistości klasy wyższej, która zarobi mniej). Oczywiście „wolność wyboru” ma wagę mniejszą niż „obowiązek”.

Teza 5. Kłamstwo państwowej emerytury. Ostatecznym bodźcem do zmiany naszych postaw i zachowań będą po prostu niższe emerytury.

Tak dochodzimy do ostatniej tezy. Wszystkie wcześniejsze były tylko rozbiegówką, bo dopiero teraz wsiadam na swojego ukochanego konia czyli temat „dłuższa praca a emerytura” oraz „świadczenie państwowe, a prywatne oszczędności”. I powtarzam jeszcze raz – „inwestowanie w ZUS” to nie żadna inwestycja tylko głupota.

Najpierw dlatego, że gramy w „demograficzną ruletkę”. Postulowane przez prof. Kotowską wydłużenie wielu emerytalnego mężczyzn do 70 lat, spowoduje że emerytury nie dożyje 50% „brzydkiej płci” z wykształceniem podstawowym. Dobrze czytacie, co drugi. Czy siadłbyś do gry, gdybyś wiedział, że masz 50% prawdopodobieństwa całkowitej porażki? Ja radzę nie – siadać. Profesor demografii dane te zna, potrafi je wyrecytować obudzona w środku nocy. Jednak w imię tezy i interesów klasy wyższej, zataja.

Jednocześnie, skoro 25% umiera przed 65 r.ż., to w wieku 65-69 lat odchodzi z tego świata 15% (40-25). Prawda? Nieprawda. Ponieważ o 25% zmniejsza się baza. Pokażę to na liczbach. Załóżmy, że 1 mln rodzi się, 750 tys. dożywa dzisiejszej emerytury, a 600 tys. do 70-tki. Faktycznie śmiertelność 65-69 lat wynosi więc 150 tys. czyli 20% (150/750). Decydując się głosować na zwolenników wydłużenia wieku emerytalnego, wyrażasz zgodę, że dodatkowych 20% 65-latków nie dożyje 70-tki nie biorąc grosza emerytury. Co więcej, wiemy jak skonstruowany jest ZUS. Kasa tych 69-latków przepadłaby.

Przejdźmy jeszcze do „mitu państwowej emerytury”. Otóż „w imię solidarności” mój syn (dzisiaj 25-latek) ma pracować do 70-tki, żeby dostać na koniec emeryturę w wysokości 20% ostatniej pensji (równowartość dzisiejszych 1,8k), a na bieżąco płacić składki na emerytowanego profesora SGH z emeryturą (obecną) pewnie 8k. Doskonały interes, prawda? Pisałem wyraźnie. W ZUS zebrałem 650k plus ponad 200k w OFE. Ile wypłaciłby mi z tego państwowy ubezpieczyciel, zakładając że mam 65 lat? 850k/227 =3.744 zł. Netto poniżej 3.5 tys. zł. Gdybym zmarł przed 70tką (a jak ustaliliśmy mam na to 20% szansę) wybiorę jakieś 45k/rok czyli przez 4 lata 180k. Spadkobiercy dostaną okrągłe 0. Złoty interes. Gdybym jednak takie 850k zebrał prywatnie, to wypłacając 5% (odsetki od kapitału) wybieram 42,5 k/rok (różnica pomijalna) i zostawiam spadkobiercom dokładnie 850k.

Do tego, żeby oszczędzić te 850k musiałbym odprowadzać 2k składki emerytalnej miesięcznie. Inwestując prywatnie przez 40 lat, mniej niż 500 zł (500 zł na 8% po 40 latach daje około 1 mln).

Dlatego, Szanowni Czytelnicy, od nastu lat zachęcam do inwestowania prywatnie, a ostatnio do minimalizowania składek ZUS. Ten system jest kompletnie nieefektywny. W latach niskiej inflacji przynosi tragiczne stopy zwrotu (ściśle – waloryzacje), gdy inflacja pikuje (np. w 2022-2023), ledwie pozwala zachować wartość, ponieważ „inflacja” a „inflacja emeryta” to dwie różne wartości (oficjalne wskaźniki zaniżają). Widać to po różnicy ZUS/OFE w moim przypadku. Prywatnie osiągam znacznie lepsze wyniki niż OFE, no i nie płacę prowizji.

Jeśli oszczędzamy i inwestujemy prywatnie możemy śmiać się z profesorskich bajek z serii „jeśli nie harujesz do 70-tki, dostaniesz niską emeryturę”, ponieważ prywatną w podobnej wysokości, możemy sobie wypłacić w okolicach 50-tki. Tylko tak klasa średnia może wygrać z systemem stworzonym dla klasy wyższej. Nie słuchać „wiedzących lepiej”, tylko robić swoje. Byczyć się w wieku średnim, a nie wtedy, gdy opadniemy z sił.

Nie powtórzę wiersza Andrzeja Bursy „Sobota” zamieniając „małe miasteczka” na „emerytowanych profesorów SGH”, ale skończę raczej początkiem tego utworu:

„Boże jaki miły wieczór
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina
w kulisach tego raju…”

I właśnie tego raju Wam życzę, na emeryturze przed 70-tką.

2 komentarze do “Bajka o wiecznym obowiązku. Stara klasa wyższa buduje „kulturę zapierdolu” dla średniej i niższej.”

  1. GW- i wszystko jasne. Bajki klasy wyższej pochodzenia często z komunistycznej nomenklatury, ubranych obecnie w strój demokraty-moralizatora. Tak jak napisałeś- historyjki dla mas.
    P.S.
    Obstawiam, że profesor SGH ma emeryturę netto bliższą 10 k PLN.
    W wykupionych za ułamek wartości mieszkaniach z przydziału z lat 70/80, położonych w najlepszych dzielnicach stolicy, przy herbatce/kieliszku wina dobrze się opowiada jak powinni żyć ludzie z gminu.

    1. Akurat o prof. Kotowskiej nie można powiedzieć, że przynależała do nomenklatury, ani że posiada jakiekolwiek związki z komuną. Habilitowała się w latach 90-tych, z kilkunastoletnią przerwą od doktoratu, co wskazuje raczej na możliwe represje czy hamowanie kariery naukowej w czasach PRL.
      Nie zmieniam jednak oceny o oderwaniu od rzeczywistości, a nawet prawdopodobieństwie celowej manipulacji (zatajanie danych, które demograf zna). Klasa wyższa z obu stron politycznej sceny (wszystkich stron od Czarzastego do Jakubiaka) dawno weszła w wiek emerytalny, stąd naturalnie sprzyja zarówno swojej grupie wiekowej, jak i towarzyskiej, na co słusznie zwracasz uwagę. Efekt widoczny – żyłowanie sił pracujących (podatki, składki, relatywnie wysokie dzisiejsze emerytury kosztem niskich przyszłych), a pieszczenie pokoleń 60+.
      Zupełnie inną kwestią i wstydem państwa wydaje się tzw. polityka mieszkaniowa. Tak zwana, bo nie ma żadnej. Wszystko zależy od włodarza terenu (samorządu) i lokalnych deweloperów. Jak ich nie ma (poza dużymi miastami), powstają tylko budynki jednorodzinne. Z kolei obraz miast pow. 100 tys. mieszkańców, wysokie marże, chaos przestrzenny i zachowania na granicy uczciwości. A ceny, kompletnie nieprzystające do rzeczywistości. W moim mieście, oficjalne (liczy to jakiś urząd) odtworzenie mieszkania ok. 8700 zł/m2, ceny rynkowe od 11 do 20 tys. zł/m2 w inwestycji deweloperskiej. Marże łatwo sobie policzyć. Jedne z najdroższych mieszkań buduje … były przewodniczący RM w ramach swojej spółki.
      Problem pouczania „jak żyć” stał się gwoździem do trumny kilku partii i liczących się polityków. Obecnie dotyczy on zarówno bzdurnych wskazówek dla klasy niższej jak i średniej. Praca do śmierci (mężczyzna z wykształceniem podstawowym), albo utraty sił (większość społeczeństwa – średnia życia w zdrowiu 61 lat, postulowany wiek emerytalny 67-70 lat) uderzy również w „średniaków” zwłaszcza płci męskiej. Stanowisko prof. Kotowskiej wkurza mnie dodatkowo, bo pod płaszczykiem pozornej troski, przemyca się korzyści własnej kasty, bo już nawet nie klasy (część klasy wyższej, jak poważni przedsiębiorcy emerytur państwowych nie potrzebują).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *