Czy Dacia Duster za 72 k jest lepszym wyborem niż Skoda Kamiq za 80k?

Dacia Duster czyli jeden z najczęściej wybieranych przez osoby fizyczne w Polsce modeli samochodów, staje w szranki ze Skodą Kamiq, prawie tak samo lubianym i praktycznym. Obu autom nie można odmówić charakteru niemałego SUV-a, dość uniwersalnego. Ale są i minusy – wyposażenie najtańszych wersji. A szczegóły?

Silniki. W podstawowym Kamiq-u mamy 1.0TSI o mocy 95 KM. Idealny do miasta, w trasie trochę słaby. Można dopłacić 5k do 20KM, co ma sens, tylko różnica w cenie zwiększy się już do 13k.

W Dusterze tzw. rajski wybór – 1.0 TCE z gazem LPG. 100 KM również nie pozwala na szaleństwo. Hybryda – zupełnie inna cena.

Przestronność i komfort. Wygrywa Kamiq. Sporo miejsca na tylnym siedzeniu, przednie fotele wygodniejsze. Duster ma nieco większy bagażnik (ponad 450 l wobec 400).

Zawieszenie. Kamiq’a zestrojono uniwersalnie. Na autostradę i na bezdroża. Duster w trasie prowadzi się zauważalnie gorzej (i ma słabsze hamulce).

Wyposażenie. Oba auta słabo wyposażono. Słabo, czyli tylko w najpotrzebniejsze rzeczy. Nie ma lamp LED matrix, podgrzewanych foteli itp. Trochę lepiej jest w Skodzie (bo droższa), ale nadal za wiele niby oczywistych rzeczy (asystentów, regulację lędźwiową foteli) musimy dopłacać.

Własności terenowe. Żadne z nich terenówki, ale Duster 4×2 radzi sobie lepiej. Jego pierwszy bieg jest krótki, co ma symulować reduktor (da się pełzać). Do tego większy prześwit. Duster 4×4 to inna bajka, ale też znacznie droższa (ponad 100k), a Kamiq czterech napędów po prostu nie ma.

Ekonomia. W tej kategorii Duster bije Kamiq’a na głowę. Dla kogo cena czyni cuda, pójdzie do salonu Dacii bez zastanowienia. Taniej w zakupie (sporo, bo 8k) i eksploatacji paliwo na 100 km – 20 zł kontra 36 zł. Przy typowych przebiegach 10-20 tys. km/rok, robi się już 1600/3200 zł/rok.

Co wybrać? Jeśli jeździmy głównie po mieście, albo w trasy z pasażerami – Kamiq’a. Gdy mieszkamy na wsi, przy gorszej drodze, a do tego mamy ograniczone fundusze – lepszy okaże się Duster. Jest tańszy w zakupie i eksploatacji, a terenowo – dzielniejszy.

Zrób to sam i zaoszczędź. Ile kosztowały mnie grządki podwyższane.

Nick, który sam sobie nadałem, zobowiązuje. Oszczędny milioner nie wyrzuca pieniędzy, ale stara się zaoszczędzić. No, a jeśli do tego ma usposobienie lenia, trzeba te dwie cechy jakoś wyważyć. Oto przykład – grządki podwyższane.

Myślałem o nich przez kilka lat. Skrzynie wypełnione ziemią. Mniej chwastów, łatwiejsze podlewanie, no i nie trzeba plewić na kolanach. Super pomysł. Tylko te koszty.

Skrzynia drewniana o typowym wymiarze 120 x 80 cm x 40 cm kosztuje ok. 220 zł. Potrzebowałem 5 może 10. Betonu ani blachy nie chciałem. Pierwsze jest ciężkie i niepraktyczne, drugie z kolei albo drogie albo za delikatne.

Ponieważ nie zamierzałem wydawać 1100 zł/2200 zł za parę desek, zacząłem kombinować. Ze zbiorów mojego taty znalazłem kilkanaście desek – każda w innym rozmiarze. Dużo roboty. No i mogą się jeszcze przydać – część to pomosty do rusztowań, ale mam i szalunki, blaty itp. `Szkoda zniszczyć. No i ta robota.

W internecie znalazłem nadstawki paletowe. Znowu 75 zł/szt na Allegro, albo 100 zł w markecie (skrzynka ma 2, więc 150-200 zł/szt.). Co robić? Poszukałem olx-a. Tam, w odległości 15 km znalazłem firmę, która zamiast wyrzucać, sprzedaje raz użyte nadstawki (jak nowe) w cenie 25 zł/szt. Finału możecie się domyślać.

Za 15 szt nadstawek (więcej chwilowo nie mieli) zapłaciłem 375 zł, zyskując tanim kosztem 7 skrzyń (i została mi jeszcze jedna mniejsza 20 cm). Co to oznacza? Ano, że po zaimpregnowaniu i pomalowaniu (75 zł i jeden dzień niezbyt szybkiej roboty), mam 7 skrzyń w cenie … 450 zł. Gdybym kupował gotowe: 1480 zł. Gdybym składał z marketowych zakupów: 1575 zł. Prostym sposobem zaoszczędziłem 1000 zł. Roboty ze składaniem nadstawek w skrzynię nie ma wiele, trzeba po prostu ustawić je na sobie, wpiąć zamki (po pomalowaniu). Ideał dla lenia. Najwięcej czasu zajęło malowanie, ale w markecie też sprzedają surowe drewno, do tego gorszej jakości (moja deska ma 18 mm)

Ale opowieść o skrzyniach ma jeszcze jedną pointę. Otóż tak właśnie działa połączenie DIY i recyklingu. Ktoś się pozbył, ja wykorzystałem. Obaj zyskaliśmy, bo gdyby ten interes nie doszedł do skutku, właściciel fabryki miałby problem z zapłaceniem za odpady, a ja zapłaciłabym 3-krotną stawkę. Do tego uniknęliśmy wycinania kolejnych drzew na deski. Idealnie.

Planowanie według linii życia.

Jedną z niezmiernie ważnych umiejętności pozostaje planowanie (w tym finansowe) według linii życia. Czym ona jest? Otóż, z uwagi na zmiany biologiczne, demograficzne i socjologiczne możemy wyróżnić 4 fazy w życiu dorosłego człowieka. Nazywamy je linią życia.

Faza pierwsza. Linia gwałtownie się wznosi. Początek – rozpoczęcie pracy. Koniec obecnie ok. 35 r.ż. W tej fazie nasze dochody rosną, zarabiamy coraz więcej, a ponieważ potrzeby nie rosną w tym samym tempie (singiel lub DINKS), mamy szansę na gromadzenie oszczędności i inwestycję. Tak, to jest ten czas. Kto go przegapi, będzie miał trudniej. Dlatego, gdy rozmawiam z 25-latkiem, mówię mu: teraz masz siły, teraz intensywnie pracuj, zarabiaj, oszczędzaj, inwestuj. Koło 50-tki mi podziękujesz (jeśli będzie komu).

Faza druga. Linia istotnie się wypłaszczą. Początek – pojawienie się dzieci. Koniec – ok. 45-48 r.ż. Odchowanie dzieci oznacza rosnące wydatki. Ale ponieważ rosną też płace (45-latek znajduje się na szczycie, potem jego pobory zaczną relatywnie spadać), mamy dalej spore możliwości. W tym wieku nadal odkładamy, ale już mniej, a na pewno nie tylko na swoją przyszłość.

Faza trzecia. Linia albo opada, albo delikatnie się wznosi. Faza korzystania z inwestycji i życia. Początek 45-48 r.ż., koniec – dzień przejścia na emeryturę. Nasze dochody z pracy relatywnie (w porównaniu do średniej) spadają. Jeśli pomyśleliśmy wcześniej, zastępujemy je dochodami z inwestycji. Do tego dzieci nadal wymagają pomocy finansowej, albo wręcz utrzymania. Da się żyć skromniej. Albo przeciwnie – wreszcie korzystać z życia.

Faza czwarta. Linia opada coraz ostrzej. Od początku emerytury do śmierci. Jeszcze lepiej widzimy różnicę pomiędzy nieplanującymi i planującymi, oszczędzającymi i żyjącymi na bieżąco, inwestorami i zakopującymi kasę w ogródku. Nasze dochody gwałtownie spadają – emerytura jest niższa niż pensja. Ratują nas wyłącznie inwestycje. Stopniowo pozbywamy się majątku, wspierając dzieci i wnuki albo rozdając organizacjom charytatywnym.

I teraz czas na przemyślenia. Kto dobrze zacznie, ten dobrze skończy. Kto uniknie: rozwodu z podziałem majątku, drastycznych obsunięć kapitału ten w ostatnich dwóch fazach przeżyje równie piękne chwile jak na studiach. Z jednym, nieubłaganym wyjątkiem – coraz gorszego zdrowia i spadku sił witalnych. Ignorowanie faz i linii życia kończy się zwykle dość boleśnie. Popatrzcie na 70-latków (mój były szef), którzy próbują nadążyć za 35-latkami, zaprzyjaźnić się z 40-latkami, a pomimo niewątpliwych atutów, zasługują tylko na ksywę „Joe Biden”. Czasami (jak w przypadku tego pana), taka jest życiowa konieczność, gdy wcześniej nie zadbaliśmy o inwestycję. Pieniądze z odprawy szybko się kończą, nawet gdy ma wartość 6-cyfrową. Moja historia (i kilku innych ludzi) pokazuje, że nie marnując fazy pierwszej, a wykorzystując drugą, zapewniamy sobie spokój w trzeciej i względny luz w czwartej (o ile szczęśliwie dożyjemy). Pomijając pierwszą, musimy zapieprzać w drugiej, a rezultat i tak osiągniemy gorszy. Możemy w nieskończoność przeciągać druga i trzecią (np. wchodząc w ojcostwo czy macierzyństwo po 50-tce), ale wtedy czwarta okaże się boleśnie krótka, albo nigdy nie nastąpi, wywiozą nas na cmentarz zza biurka.

Oszczędny milioner rozszyfrowuje „rachunki grozy” za gaz. Czy 1218 zł w styczniu za 90 m2 to dużo czy mało?

„Fakt” na przełomie stycznia i lutego opublikował dwa artykuły. W pierwszym – czytelniczka chwaliła się „tylko 1218 zł, w drugim emerytka płakała „wyć mi się chce” bo za podgrzanie wody i ogrzewanie w samotnie zamieszkiwanym domu 150 m2 dostała za okres listopad-styczeń 5000 zł. W rzeczywistości, ani jedna, ani druga nie jest jakimś wyjątkiem.

Rachunek emerytki przypadał na powierzchnię o 66% większą, i za okres 3 razy dłuższy, więc nic dziwnego, że wyszedł pokaźniejszy. Do tego, wiem z autopsji (bo taką sytuację miała nasza poprzedniczka), że domek dla emerytki z niskim świadczeniem to pocałunek śmierci głodowej. Nie da się go przeżyć, jeśli wybieramy płatność raz na kwartał. Dwa – letnio-wiosenne wyjdą niskie, ale jesienno-zimowe, przyprawią o dreszcze. A duży dom jednej osobie jest zbędny. Z drugiej strony nowy domek, mała powierzchnia, duża rodzina – tu musi być taniej. I jest.

A teraz oceńmy, czy faktycznie mówimy o „rachunku grozy”. Padają dwie liczby – 1363 m3 (za 3m) i 15808 KWh. Daje to ok. 100 KWh/m2 za połowę zimy. Niemało, ale to akturat nie wina pieca, tylko braku ocieplenia. Cena za KWh wypada nieźle – 0,32 zł ze wszystkimi opłatami i stratami na sprawności. U mnie, na mniejszej powierzchni wyszło 859 m3, co daje tylko trochę lepsze parametry – 85 KWh/m2. Ale u mnie ciepłą wodę podgrzewa prąd.

Teraz ekstrapoluję ten wynik na sytuację „szczęśliwej czytelniczki”. W styczniu zużyła ok. 370 m3 gazu. Przypominam – za 90 m2. Znowu – bez zaskoczeń. U mnie wyszło 389 m3, a mam tych metrów 100.

Najlepsze jest to, że „Fakt” dwa normalne, porównywalne rachunki (15% różnicy na każdy m2 nie dziwi) przedstawia jak dwie skrajności. Jak to możliwe?

Najpierw – porównano jeden miesiąc z trzema.

Potem 150 m2 z 90 m2.

Ale najlepsze zostawiam na koniec. Właścicielka 90m2 twierdzi, że 1200 zł to tak tanio, bo 1500 zł „dopłacała” na koniec sezonu w trzech pokojach. Znowu – blok i dom, rachunek za miesiąc oraz dopłata roczna (nie wiemy jakie były zaliczki – być może dotyczy to sezonu, w którym ciepłownie znacznie podniosły ceny w trakcie, a zaliczek nie zmieniano). Roczne zużycie energii na ogrzewanie mieszkania mojego syna to 140KWh/m2/rok, jak pokazuje świadectwo energetyczne. Przy 90 m2, 12.600 KWh/rok, z czego ok. 1/4 przypada na styczeń. Nie ma się czym nakręcać – zwyczajny wynik, na docieploną PRL-owski budynek, a nie cud architektury.

3 powody dla których nie chcę pracować do 65 r.ż.

Jeśli myślimy o wczesnej emeryturze, warto popatrzeć na powody, które nas do tego skłaniają. Ja mogę opisać swoje:

  1. Rodzina.
  2. Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu.
  3. Obserwacje tych, którzy pracowali długo.

Rodzina. Dzisiaj moje dzieci mają max. 24 lata. Wchodzą (poza najmłodszym) w czas, który oznacza zakładanie własnych rodzin. Za 5-10 lat pewnie zostanę dziadkiem. I czy chcę nim być na pół gwizdka, czy na 100%? Czy wnukom będę mógł poświęcić 2 dni w miesiącu, czy całe tygodnie? Jako wnuk rozpieszczany przez babcię, oraz ojciec dzieci, w których wychowaniu spory udział mają dziadkowie, planuję oddać ten czas młodemu pokoleniu.

A starsze? „Żonie po wielu latach pracy należy się rewanż. Może na stare lata zacznę gotować, regularnie sprzątać? Z udziałem maszyn, co oczywiste. Praca to utrudni, jeśli nie uniemożliwi.

No cóż, moi rodzice już nie żyją, do kresu drogi zbliżają się teściowie. Wiem, że i pod koniec życia potrzeba im obecności najbliższych. Z teściem mam doskonałe relacje, więc nie wyobrażam sobie, że podobnie jak swojemu tacie, nie będę towarzyszył w procesie przejścia na drugą stronę. Kilka lat temu było to możliwe z powodu pandemii, teraz, pracując takiej szansy nie dostanę.

Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu. Biorąc pod uwagę statystyki, powinienem dociągnąć do 77 r.ż. Ale rozejrzenie się dookoła, nie pozwala być takim optymistą. Prawdopodobnie, w zdrowiu dotrwam do 72-75 r.ż. Jaki ma zatem sens pracowanie do 65-tki (finansowo zbędne), żeby pożyć jak człowiek (tzn. może z bólem, ale bez głębokich deficytów) 7 lat? Nie ma go wcale. Na emeryturę (jeszcze w latach 70-tych XXw. , zwaną powszechnie „starczą rentą”) pójść, gdy zostanie kilka lat, aby pożyć? Nie piszę się. Dlatego kroję dla siebie przyszłość z najbliższej mi miary. Tato i jego rodzeństwo żyli: 13, 80 i 82 lata z czego ostatnie dwa u najstarszych nie można uznać za zdrowe. Mama i jej siostra miały szanse na 55 i 80 lat. Moi dziadkowie dożyli (wyłączam śmierci tragiczne w czasie wojny): 80, 87, 89 lat i byli długowieczni (aczkolwiek z tych 87 trzeba odjąć 5 lat choroby). Ale już ich rodzeństwo, żyło krótko: 40-60 lat, z jednym wyjątkiem 95-letniej siostry mojej babci. Dlatego statystyka 72-75 lat zdrowia może okazać się nawet przesadzona.

Obserwacja tych, którzy pracowali długo. Wiem, że dla niektórych ta prawda o 7 latach (od 65 do 72) boli. Ale tak jest. Jeszcze raz przypomnę wiek odejścia moich kolegów z pracy, którzy wybrali inaczej (czyli przeciągnęli wiek przejścia na świadczenia):

  • koleżanka – 64 lata – na emeryturze ani dnia (a mogła przejść jako 55-latka),
  • koleżanka 2 – 70 lat – na emeryturze 3 lata,
  • koleżanka 3 – 74 lata – na emeryturze 7 lat (a miała możliwość odejścia 12 lat wcześniej),
  • kolega – 75 lat – na emeryturze 4 lata (mógł jako 65-latek),
  • kolega 2 – 72 lata – na emeryturze 4 lata (w tym dwa leżał),
  • kolega 3 – 61 lat (zmarł na COVID, nie doczekawszy emerytury),
  • kolega 4 – 61 lat (pęknięcie tętniaka).

Czy widząc te liczby (a nie ma tu kilku osób, które zmarły wcześniej, w tym mojej koleżanki z roku, żyjącej 30 lat), mogę zakładać, że pożyję jak gen. Stanisław Maczek 102 lata, w tym setkę w przytomności ciała i umysłu? Przecież nie.

Każda z tych osób wymienionych na liście albo nie liznęła życia emeryta, albo znacznie krócej niżby mogła. Nie warto iść tą drogą.

Te trzy powody skłoniły mnie do zaplanowania życia w inny sposób. Zwolnienie przed 50-tką (co już udało się), całkowite rozstanie się z biurem (pomijam jakieś dorywcze fuchy), gdy pierwsze wnuczę zacznie potrzebować opieki, a najpóźniej do 60-tki.

Milioner w roboczym ubraniu i milioner w garniturze. Podobieństwa i różnice.

Kiedy pierwszy raz czytałem opracowania naukowe dotyczące sposobu formułowania ogłoszeń skierowanych do różnych grup pracowników: robotników, korposzczurów i ich szefów, przecierałem oczy ze zdziwienia. Pewnie dlatego, że nigdy nie głębiej się nad tym nie zastanawiałem.

A wnioski okazały się następujące. Do robotników przemawia się językiem, w których powtarza się słowa: grupa, paczka, drużyna. W przypadku typowych zawodów klasy średniej pojawia się szansa rozwoju, dynamiczny zespół, benefity. A do menedżerów kieruje przekaz o satysfakcji, wynikach itp. Oczywiście, chodzi o odwołanie się do wartości wspólnych klasie ludowej, biurowej i wyższej. Robotnicy szukają wspólnoty (ponieważ praca przy taśmie wymaga współpracy, podobnie jak w „murarskiej trójce”), biuro wzmaga współzawodnictwo (zwycięzca otrzymuje awans, lepszy gabinet, wyższą pensję i… więcej roboty), a szefowie dążą zapewniania zysków akcjonariuszom (cisną dwie poprzednie klasy, aby pracowały wydajniej, kosztem własnego zdrowia). I kiedy tak myślałem o tym podziale, nagle doznałem olśnienia. Przecież te same prawa i wartości stoją za sukcesem milionerów z różnych grup. Tak, ponieważ obecnie, nawet robotnik ma szansę zostać człowiekiem zamożnym. W jaki sposób?

Milioner-robotnik. Z oczywistych względów brakuje mu wiedzy akademickiej, pozwalającej odróżnić dobrą inwestycję od złej. Musi zatem kierować się tzw. ludową mądrością. Dla milionera-robotnika podejrzane są wszystkie giełdowe szacher-macher, obligacje korporacyjne, akcje itp. Wierzy we własną ciężką pracę i kooperację (swój zespół). Lubi skupiać się na nieruchomościach. Z trójkąta zamożności wybiera oszczędność i dążenie do podnoszenia zarobków. Jak widzicie, pomimo garnituru na grzbiecie (oraz zdolności do podnoszenia stóp zwrotu), jestem do niego dość podobny.

A teraz popatrzcie na typowy przykład. Budowlaniec – zarabia 15 tys. zł miesięcznie, a żyje za 5 tys. zł. Za nadwyżkę kupuje (gotówką) zaniedbane nieruchomości, remontuje je i sprzedaje z zyskiem. Nigdy nie rezygnuje z pracy, bo nie potrafi siedzieć bezczynnie. Zadowoli się ROI 5% rocznie, albo jak sam powie „darmowym mieszkaniem po 20 latach”.

Milioner z klasy średniej. Rozumie złożone procesy i potrafi nimi zarządzać. Zarabia nieźle, często 2-krotność średniej krajowej, a więc …. tylko 20% mniej od wyżej opisanego robotnika. Wyciska jednak lepsze stopy zwrotu. W jaki sposób? Korzystając z kredytu, którego robotnik unika (lewarując), łącząc w strategii akcyjnej wzrost wartości z dywidendą, akceptując wyższe ryzyko. Jeśli może, zakłada własną firmę, optymalizując podatkowo. Mam coś z niego.

Ponownie, wracamy do przykładu. Specjalista w korporacji. Kupił 3 mieszkania na kredyt, bo miał zdolność. Po 10 latach ich cena wzrosła o 100%, spłacił kredyty i został milionerem. Alternatywnie – kupił akcje CD Projektu, gdy ten wchodził na giełdę.

Milioner z klasy wyższej. Skupia się na zdobywaniu po znajomości niedostępnych publicznie informacji. Gra wspólnie z innymi szefami. Wykorzystuje „czas innych ludzi, pieniądze innych ludzi”. Czyli robi to samo, co na etacie. Znam kilku przedstawicieli tego gatunku. Dopóki są na górze (bo upadek bolesny), nie muszą oszczędzać, konsumują agresywnie, a i tak nikt nie odmówi im kredytu. Ich stopy zwrotu szybują w kosmos.

Przykład? Mateusz Morawiecki i Janusz Palikot. Pierwszy – typ korposzczura, drugi – typowy przedsiębiorca-kombinator. Obaj grali na granicy polityki i biznesu. Jeden za nadwyżki ogromnej pensji skupował za ułamek wartości działki, bo znał kogo trzeba. Drugi wchodził w produkcję, za pieniądze teścia i nie płacąc pracownikom. A na koniec wyrolował kumpla i całą grupę obcych ludzi. Nawet jednak wtedy, jego krąg towarzyski wyciągał go za uszy z bagna. Jak to możliwe? Ponieważ spektakularny upadek groził całej klasie. Tam wielu ma swoje grzeszki i po co państwo ma się nimi interesować. Zadziałała, popularna w klasie wyższej solidarność grupowa.

Tyle różnic. Teraz podobieństwa.

Self made man. Najbardziej widoczna wśród robotników-milionerów. Oni zaczynają od zera, po szkole branżowej. W przypadku klasy średniej, ogromna praca, samozaparcie, pozwala zgromadzić większy majątek niż przeciętny w otoczeniu. Klasa wyższa zaczyna z najwyższego poziomu i staje się bajecznie bogata. Celowo w przykładach pominąłem „dziedziców”, nie jest sztuką ze 100 mln zrobić „aż” 150 mln.

Życie poniżej możliwości. Tu nie chodzi o niebotyczne zarobki (a takie potrafią być w klasie wyższej), ale o wydawanie mniej niż się zarabia. Milioner-szef ma łatwiej. Co to za sztuka żyć za 50% dochodu, przy zarobkach 150k miesięcznie? Żadna. Ale robotnik czy przedstawiciel middle class już powinien się skupić na oszczędzaniu.

Rozumienie wartości pieniądza. Masz szansę spojrzeć na to oczami milionera – pieniądze są jak siewne ziarno. W pewnym momencie zaczną pracować na Ciebie, a gdy mądrze to rozegrasz, również na Twoją rodzinę (następne pokolenia). Z drugiej strony, grosz zmarnowany straciłeś bezpowrotnie. Dlatego lepsze regularne 6% niż raz 9%, a kiedy indziej -9%. Wynik takiej inwestycji okaże się ujemny (109*0,91 =99,19). Proste.

Trzy dobre rady na czas emerytury, których czterdziestolatkowie nie usłyszeli od swoich rodziców.

Marek swoim komentarzem do listopadowego wpisu, poruszył strunę, na której chciałbym zagrać. Otóż, zastanawiając się nad ciągiem do budowania coraz większych domów (problem nie tylko w Polsce) dla coraz mniejszych rodzin, przez chwilę popatrzyłem szerzej. Istnieje kilka spraw, które warto poprowadzić w swoim życiu inaczej, niż poprzednie pokolenia. Choćby ze względów finansowych.

Około 60-tki granicz przestrzeń mieszkalną i żyj na parterze.

Miłość do powierzchni – reakcja na ograniczenia PRL-u i niedostatek II RP. Budowano 2-3 piętrowe, 300-metrowe domy „bo dzieci zamieszkają z nami”. Nie zamieszkały. Nawet 4-pokoje, dla pary emerytów, to już za dużo. Do zapełnienia codziennym gwarem, i do utrzymania. Dla samotnego staruszka, wystarczą dwa pokoje. W sam raz. Niestety mój aktualny 5-pokojowy dom, na dwóch poziomach (plus trzeci piwniczny) już teraz okazuje się za duży dla rodziny 2+1. Nasza sypialnia stała się gabinetem (zbędnym). Sypialnia syna – pokojem gościnnym (spokojnie damy sobie radę bez takich ekstrawagancji). Dla trójki wystarcza salon (awaryjne miejsce noclegu) i 2 sypialnie. A znam ludzi, którzy w wieku 75 lat zostali z salonem, 8 sypialniami, 3 łazienkami, 2 kuchniami, jadalnią, a wszystko na 4 poziomach. Wreszcie ze świadomością, że jedynak mieszka za granicą i nigdy tu nie wróci. Stąd ograniczenie przestrzeni ma dwa wymiary. Ilościowy oraz kosztowy. W przypadku średniozamożnych emerytów, ten drugi okaże się nawet ważniejszy. Utrzymanie 250m2 domu, nie tylko okazuje się bez sensu (gdy korzystamy z 50m2), ale i pożera większość dochodu, zwłaszcza gdy kobieta w końcu zostanie sama (a żyjemy statystycznie 5 lat krócej od żon). Skoro moje rachunki za gaz to dzisiaj 8 tys. zł/rok/100m2, spróbuj pomnożyć je x 2-3, dodając: kogoś do sprzątania (już widzę 80-latkę myjącą 20 okien i 300m2 podłóg), Nie do wykonania. Stale w uszach mam słowa pani, od której kupiliśmy dom „Ja tutaj następnej zimy nie przeżyje”. Dlaczego? Samotna wdowa, po wyprowadzce dzieci miała tylko jedną emeryturę i 17 st. C w łazience, a pomimo tego rachunek w zimie na 2000 zł (dwa miesiące za gaz, 12 lat temu!!!). Dom nie był ocieplony.

Kolejny aspekt – kondygnacje. Dzisiaj do tzw. mainstreamu przedarło się pojęcie „więźniowe IV-go piętra” inaczej – ludzie starsi, przez różne dysfunkcje własnego ciała (niesprawności lub. wręcz niepełnosprawności), zamknięci w mieszkaniach. Jeszcze 10 lat temu nikt o tym nie mówił. A teraz problem nabrzmiał. Moje rodzinne mieszkanie znajdowało się na IV-tym pietrze bez windy i miałem okazję obserwować sąsiadów. Jeden – z V-go piętra nie wychodził latami, sąsiadka poszła wprost do DPS-u (deformacje stawów), reszta też cierpiała (wyprowadzka do dzieci).

Porządek z za dużym domem, mieszkaniem trudnym do opuszczenia (i powrotu), należy zrobić ok. 60-tki, gdy mamy jeszcze siły, energię i pomysł na zmiany. Nie przeciągać do 70-tki, bo wtedy stajemy się mniej elastyczni.

I tego poprzednie pokolenie nigdy nie powie, ponieważ samo trzymało się swoich miejsc. A rozsądek mówi – mała powierzchnia i parter.

Stali czytelnicy bloga mogą zarzucić mi pewną niekonsekwencję. W końcu zamierzam wyprowadzić się do dużego domu na wieś. No cóż, tutaj właśnie staram się dopasować go do starości. A zrobię to w sposób następujący – dzieląc dom na strefy odizolowane termicznie – letnią i zimową. Letnia zakłada miejsce dla wnuków i leżeć będzie na piętrze. Zimowa to salon, sypialnia, kuchnia, łazienka – 70m2 na paterze. Na stare lata górę odwiedzał będę sporadycznie. Można i tak.

Zaplanuj zakończenie pracy odpowiednio wcześnie i ustal, co będziesz robił. Wiecie z czym dzisiejsi 60-latkowie mają największy problem? Z całkowitym przejściem na emeryturę. Moje pokolenie, tzw. generacja zapierdolu, będzie wyglądało jeszcze gorzej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie: błędne priorytety w głowie i pieniądze. Wzajemnie się wzmacniają. Widzę pracujące 40-godzin w tygodniu, bez urlopu, zwolnienia 67-latki.

Mój szef został dosłownie wyrzucony na emeryturę po 70-tce. Nie mówię tu nawet o zawodach społecznie użytecznych (lekarz, pielęgniarka), bez których zawali się system lecz zwykłym biurze. Co tu się dzieje? Otóż nastąpiło przewartościowanie wielopokoleniowych doświadczeń. Kiedyś, zwłaszcza kobiety, odchodziły z pracy, aby zająć się wnukami, mężczyźni – by pełnić rolę seniora rodu. A teraz? No cóż, emerytom (i mówię to na podstawie rozmów z szefem), wydaje się że nadal trwa ich wiek średni. Wyrywają czas na wyjazd z wnukiem, a nie zajmują się nim na 100%. Ponieważ w mojej rodzinie (babcia, rodzice, teściowie), wyglądało to inaczej, patrzę na świat oczami sprzed dwóch pokoleń. I powiem Wam, to działało. Po 60-tce (najpóźniej!!!) zamknę biurko i stanę się dziadkiem. Takim prawdziwym dziadkiem z wierszyków recytowanych w przedszkolu. Nie dziadkiem-wariatem, lecz dziadkiem-przewodnikiem. Bo tak wygląda koło życia. Lepiej zrobić to wtedy, gdy jeszcze mamy siły pokazywać wnukom świat, i gdy są one wystarczająco małe, by chcieć nas słuchać. Nie każdy ma wnuki, nie każdy na miejscu, stąd pomysłów na starość może być wiele, ale to się nie zdarzy samo.

Taki styl życia wymaga odpowiedniego planowania. Zarówno w aspekcie czasowym (rzucenie pracy), jak i finansowym (by radzić sobie bez niej).

Zmień styl inwestowania. W końcu piszę bloga o zamożności, więc nie mogło zabraknąć opowieści o kasie. I tutaj także trzeba całkiem przebudować swoje portfolio. Zwiększamy udział obligacji SP i lokat – czyli papierów bezpiecznych. Dodajemy może złota. Redukujemy nieruchomości – rozdając, sprzedając, zamieniając na coś innego. Nie otwieramy nowych projektów. Takie podstawy. Starość nie lubi nagłych spadków, nerwów, stresów. Czyni nas mniej elastycznymi. Nawet wariaci wolą więcej spokoju. Stąd potrzeba całkowitej zmiany stylu.

Dywersyfikacja ponad wszystko.

Cofnijmy się na chwilę do 1 stycznia 2001 r., amerykański S&P 500 już chwilę się zsuwa. Typowy amerykański sześćdziesięcioletni inwestor włożył 100% milionowego rachunku emerytalnego w miejscowe akcje, w proporcjach odpowiadających dzisiejszemu ETF-owi na indeks.

Wiecie, ile ma w październiku 2022 r. (dno bessy)? A po 5 latach (31.12.2005 r.)?

Odpowiem. Po niecałych 2 latach dysponuje 59% (590.000 USD), a po 5 nadal jest na minusie ok. 54 tys. USD (5.45%).

Co stałoby się, gdyby posłuchał mądrych głów i użył typowych proporcji tzn. 40% akcji-60% obligacji?

Proszę bardzo. Na dnie bessy byłby 11% pod kreską, a ostatniego dnia cieszyłby się 11% zysku. Nawiasem mówiąc, przyniesionego głównie przez obligacje.

A co stałoby się z „rozsądnym inwestorem” tzn. takim, który indeks zastąpił spółkami dywidendowymi z 1-szej ligi (IBM,P&G,CAT, Abbott, J&J)? Otóż, bez żadnej kombinacji z czasem nabycia na spadkach, miałby:

  • +10% w dnie bessy,
  • +33% po 5-ciu latach.

A gdyby już wtedy miał fundusz ETF na S&P 500 (100% portfela) ? No cóż, strata po 5 latach (TER 0,5% rocznie), wyniosłaby -9,8%, a w dnie bessy byłyby to 42%.

A co gdyby zmieniło się jedno – S&P 500 wzrósłby o 5,4% zamiast spaść o taką wartość (a akcje wzrosły proporcjonalnie czyli o 44% zamiast 33%, a dywidendy nie uległyby zmianom)?

Na koniec okresu milionowy portfel byłby wart:

  • same akcje odpowiadające indeksowi – 1.054.000 zł,
  • ETF na indeks – 1.029.000 zł (w przybliżeniu TER 0,5%/rok),
  • 40% akcji odpowiadających indeksowi + 60% obligacji -1.205.700 zł,
  • 40% ETF na S&P 500 + 60% obligacji – 1.195.700 zł,
  • 40% akcje dywidendowe +60% obligacji – 1.374.311 zł.

Teraz popatrzmy na optymistyczny scenariusz. S&P 500 rośnie „książkowo” o 10% rocznie, czyli o 61% (ach ten procent składany), a akcje dywidendowe +100% (w identycznych proporcjach jak wcześniej, dywidendy bez zmian) . Podwojenie po 5 latach oznacza 14,4% zysku.

Na koniec okresu ten sam rachunek (1 mln) byłby wart:

  • same akcje odpowiadające indeksowi – 1.610.000 zł,
  • ETF na indeks – 1.560.000 zł (w przybliżeniu TER 0,5%/rok, ale mamy średnią wartość 1,2-1,3 mln),
  • 40% akcji odpowiadających indeksowi + 60% obligacji -1.395.200 zł,
  • 40% ETF na S&P 500 + 60% obligacji – 1.365.200 zł,
  • 40% akcje dywidendowe +60% obligacji – 1.611.200 zł.

Potęga dywersyfikacji jest wielka. W trudnych okresach, ludziom przed końcem horyzontu oszczędzania, wypłaszcza perspektywy. Nie zarobią tak wiele, ale i nie stracą (indeks kontra indeks+obligacje). Z punktu widzenia „przeciętnego inwestora” ważne jest coś jeszcze, o czym już wielokrotnie pisałem – dobierając akcje da się osiągnąć zysk równy indeksowi, przy zdecydowanie mniejszym ryzyku (co widać, porównując wyniku portfeli po 2 latach spadków).

Zakup drugiego mieszkania na kredyt. Czy taka opcja ma sens?

Kiedy czytam oświadczenia majątkowe przedstawicieli wyższej klasy średniej widzę pewną zależność. Majątek wygląda zwykle tak: dom, mieszkanie, gotówka, jakiś fundusz, auto i kredyt (w przypadku sędziów specjalna pożyczka). Wielu przedstawicieli klasy średniej stara się nadążyć za tym wzorcem. Kupują drugie mieszkanie na kredyt. I teraz o sensie rozwiązania. Przeprowadźmy obliczenia.

Weźmy np. trzypokojowe małe mieszkanie blisko centrum Wrocławia. Cena 500k. Z opłatami 525k. Wkład własny 100k ( z opłatami realnie 125k). Pożyczamy 400k, co daje ratę 2400-2800 zł/m-c. Zysk z najmu 3000 zł. Czyli zyskujemy 200 zł/m-c.

W tym momencie ścierają się dwie drogi. Pierwsza optymistyczna – mam mieszkanie i 200 zł miesięcznej dopłaty – super interes. Druga pesymistyczna – a co jak będzie przestój w najmie, co zrobię, gdy ktoś nie zapłaci na czas? Bank przecież nie poczeka. A remonty, ryzyka, no i brak zysku ze 125k.

Prawda leży pośrodku. Taki zakup ma sens przy spełnieniu dwóch warunków:

  • ceny mieszkań rosną (zawsze mogę sprzedać i zaksięgować zysk),
  • rata 2800 zł nie rozwali mojego budżetu.

Ja dałbym radę – kupować, o ile mówimy o dobrej cenie w Big Five. A Ty?

Ile potrzeba, żeby spać spokojnie?

Dzisiaj trochę inne potraktowanie tematu oszczędności i inwestycji. Nie koncentrujemy się na FIRE (czyli zgromadzeniu kasy niezbędnej do porzucenia pracy), ale na posiadaniu „wystarczająco dużo”, żeby odczuwać spokojny sen. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że dzisiejsza liczba będzie znacznie większa.

Przy klasycznym FIRE stosowano zasadę 4% czyli wypłacaniu 1/25 sumy oszczędności każdego roku. Posiadając wydatki 10k/m-c potrzebowaliśmy 10k x 12 miesięcy x 25 czyli 3 mln zł. Poza miejscem zamieszkania, którego przecież nie sprzedamy.

Teraz myślimy o innych wartościach. Nie FIRE, lecz spokojny sen. Pogrupowałem je w trzyetapowy plan.

Etap 1. Fundusz awaryjny. Proponuję 6-12-krotności miesięcznych wydatków. W naszym przypadku (10k/m-c) potrzebujemy 60-120 k w funduszu awaryjnym. Przy takich środkach możemy sobie pozwolić na naprawę auta, wymianę sprzętów AGD, leczenie zęba itp. Wreszcie – na przeżycie kilku miesięcy bez pracy, co może okazać się potrzebne przy wypowiedzeniu, załamaniu psychicznym czy innej chorobie. Dostając z buta od szefa, nadal śpimy spokojnie.

I większości taka suma całkiem wystarczy. Znajdą pracę po pół roku (3m wypowiedzenia+3m życia z zasiłku+FA) i odbudują zasoby. Nawet jeśli awaria auta/pralki/lodówki i wypowiedzenie przyjdą jednocześnie, dramatu nie doświadczymy. Na tym etapie plan jest prosty – odkładać 20% dochodu, aż do zebrania całej sumy (6-12 miesięcznych wydatków). Czas 30-60 miesięcy, gdybyśmy zaczynali od 0.

Etap 2. Spłacić kredyty. Marzenie wielu współczesnych mieszczan. Sen z powiek spędza im dług. Trzeba więc pozbyć się go jak najszybciej. Spłacić. I tu pojawia się wiele zależności, dlatego uproszczę. Załóżmy, że zobowiązanie wynosi 300k, a rata (świeżo naliczona) 2100 zł. Wpłacając raz w roku, 13-tą ratę (wybierając skrócenie okresu kredytowania) posuniemy się o rok naprzód w harmonogramie (czyli zamiast 29 lat po roku będziemy mieli 28 lat). Jeśli damy radę spłacić dwie (nagroda, dodatkowa praca) na początku pójdziemy do przodu 3 razy szybciej.

Poza moimi pomysłami istnieją „metoda kuli śniegowej” i całe mnóstwo sposobów. Ja działałem tak. Nagroda roczna (dodatkowa pensja) + 500 zł/m-c szły na ratę. Przy takich warunkach (300k, 2100 raty, 30 lat spłaty, 8k dodatkowej pensji i 6k oszczędności) spłacimy kredyt w 12 lat a nie w 30. Łącznie zapłacimy 156k odsetek zamiast 450k. Ale pisze o wariancie, w którym spłacamy prawie 7 dodatkowych rat. W sumie będzie ich 84, czyli z obowiązkowymi 204. Gdybyśmy trzymali się harmonogramu 360.

Znamy liczby, mamy plan, patrzmy na niebiański spokój, gdy pozbędziemy się długu. Brzmi nieźle. Teraz przed nami tylko etap 3.

Etap 3. Zgromadzenie oszczędności (poza funduszem awaryjnym) w wysokości 200k. Skąd wziąłem tę kwotę? Otóż pozwala ona generować dodatkowo 1500 zł dochodu. Podwojenie państwowej minimalnej emerytury. W sam raz suma na starość. A młodszym wieku z 260-320k (etap 1 i 3) mamy ekstra fundusz w wysokości 26-32 miesięcznych wydatków . Możemy nie pracować przez 2-3 lata.

Z kolei dla wszelkich kombinatorów, podobnych duchem do autora tego bloga, wykonanie trzech kroków, spowoduje spory luz wywołujący chęć improwizacji i udoskonalania życia. Posiadanie kasy 260-320k prowadzi do różnych ciekawych wyboru. Stać nas na zmianę ścieżki kariery, podjęcie gorzej płatnej, ale bardziej interesującej pracy, rozkręcenie jakiegoś interesu, spełnienie marzenia, wreszcie komfort mówienia szefowi prawdy. Spora sprawa.

Dochodząc do końca, program 3 kroków wydaje się realny dla ludzi blisko średniej krajowej. Poradzą sobie z nimi w kilkanaście lat. A to oznacza, że w okolicach czterdziestki zbiorą owoce swoich starań i wyrzeczeń. Sam przez to przeszedłem i polecam.