Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
luty 2026 – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Bilans roku po rezygnacji z jednej pracy. Osiągnąłem ideał lenia – pracuje mniej – zarabiam więcej.

Do 2 lutego 2025 r. zrezygnowałem z pracy na drugim etacie. Celem było wyrwanie się z okowów szaleństwa, które powoli zaczynało tam gościć i próby bezprawnej zmiany zasad gry. Ale z punktu widzenia bloga warte wzmianki jest jedno: wpływ na ilość pracy i dochody.

Wynik podam w dwóch wariantach – liczba godzin faktycznie przepracowana (taka jaką naliczono mi w programie kadrowym) albo wykonywania roboty (liczyłem sam) + firma. Z drugiej strony realne dochody.

Praca+DG. Formalnie miałem zakontraktowane 68 godzin na miesiąc. Jeżeli odjąłem urlopy, zwolnienia itd. oraz – zostawało 50 godzin. Wynik z działalności + realna praca na tamtym etacie = x godzin (nie chcę podawać konkretnych liczb, bo zmieniały się w czasie).

Sama DG. Liczba godzin kiedy przeszedłem na swoje drastycznie się zmniejszyła. Odpadły godziny wysiedziane, zmarnowane nieproduktywnie. I co się okazało:

  • w stosunku do zakontraktowanych =0,38x. Dobrze czytacie – liczba godzin poświęconych na DG w stosunku do DG+Praca spadła o 62%.
  • w stosunku do faktycznie odsiedzianych = 0,48x. Tym razem, gdy liczyłem godziny faktycznie odsiedziane spadek wyniósł 52%.
  • w stosunku do przepracowanych = 0,8x. Tu mianownikiem były realnie przepracowane godziny. I nagle okazało się, że mam ich też o 20% mniej.

Gdybym przyjął opisaną na wstępie niekorzystną propozycje (100% więcej pracy bez zmiany wynagrodzenia) szacuję moją efektywność na ok. 120% (120% godzin odsiedzianych to faktycznie ciężka praca, bez przerw, bo musiałbym ją zabierać do domu). Czyli brałbym pod uwagę pierwszą liczbę. Pracowałbym przeszło 2 razy więcej niż obecnie (x/0,48x=2.08).

Obliczyliśmy czas – teraz skupiam się na dochodach.

Praca + DG. Praca plus DG wynosiła ponownie X.

Sama DG. Wynik po 12 miesiącach – 1,2X. Oczywiście były wyniki, gdy rezultat szybował w górę (lipiec = 2x), ale i gorsze (bo pracowałem w firmie sporo mniej).

Wynik. Po 12 miesiącach wydaje się dość jasny – pracując 38% czasu, zarabiałem 120% poprzednich wartości. Efektywność ekonomiczna wzrosła o 215% (do 315% pierwotnej wartości). Nawet gdybym porównywał z okresem względnego luzu pod poprzednim szefem 48% czasu pracy i 120% zysku. Efektywność +150%. Krótko mówiąc osiągnąłem ideał lenia: pracuje sporo mniej, a zarabiam więcej.

Segmentacja rynku mieszkań i co z niej wynika.

W tym przypadku słowa „mieszkanie” używam w znaczeniu „lokal mieszkalny” czyli może być też i dom. Pokazując badania banku CA https://www.money.pl/gospodarka/w-polsce-przybywa-niechcianych-mieszkan-ekspert-wystarczy-wyjechac-nieco-za-warszawe-7215399310289568a.html?utm_term=post&utm_campaign=fbmoney&utm_medium=Social&utm_content=moneyEBX&utm_source=Facebook&fbclid=IwY2xjawNy6WhleHRuA2FlbQIxMABicmlkETBvcVBEMGNyUHVwdXJDdHBVAR51oF257OjY4fEbpBOO8WIoBjDa3bFhm1ZsSqZZhBEM19Oyhii4VodnfBlPCA_aem_kiAi8BbjKITq-sIZ0EtoHA&brid=e_Pd2wg5ucu5cUAg5ahviA#Echobox=1761608049

przywołane przez Money.pl mamy szansę trochę pokombinować.

Tezy wyglądają tak:

W bliskiej przyszłości zaistnieje Polska mieszkaniowa dwóch, albo nawet trzech prędkości wzrostu cen na najbliższe 20 lat. Big Five, przedmieścia – dalsze wzrosty. Średnie/Duże miasta i ich otoczenie – spadki. „Daleko od szosy” – domy za 1 zł.

A nauka dla nas. No cóż, jeśli faktycznie Polska w 2045 r. oznaczać ma 40% emerytów i znikomą liczbę dzieci, nie warto kupować nieruchomości. Zawalą się pod ciężarem dramatu demograficznego oraz z powodu braku remontów (polski emeryt nie ma siły ani kasy). Po śmierci seniorów – zostaną puste.

I teraz popatrzmy, czy na pewno?

Antyteza 1. A co z imigracją? Przyjazd 2 mln Ukraińców sporo zmienił. Jeśli wejdą do UE, temat przyspieszy. W końcu u nas pensje lepsze, warunki pracy i infrastruktura także. Mogą ożywić tereny 40-50 km od wielkich miast. Kupią tanio, jak Polacy domy za 1E na Sycylii. Remontów się nie boją.

Antyteza 2. Praca. Problemem na prowincji (polskiej i włoskiej) jest głównie brak pracy i wysysanie siły roboczej przez metropolię. Gdyby proces udało się odwrócić, niskie ceny pod Siedlcami mogą się okazać atutem.

Antyteza 3. Zmiana stylu życia. Ten punkt to prawdziwy game changer. Gdyby te wiejskie domy zmienić na weekendowe? Przecież ten proces już się dzieje. Upowszechnia się kultura prepersko-survivalowa (wojna za progiem może ją wypromować)? Slow life. Równowaga, spacer po trawie przed zachodem słońca. Tego nie ma w mieście i nigdy nie będzie. Nierealne? Już teraz ceny podbijają „siedliska w środku lasu” droższe często od tych z centrum wsi.

I ekonomia codziennych oszczędności. Ale to temat na inny wpis.

Pomiędzy biedą a zamożnością. Czy da się wyrwać z zaklętego kręgu klasy niższej?

Jeszcze 10 lat temu udzieliłbym odpowiedzi zdecydowanie twierdzącej. Teraz, po tych wszystkich zmianach na świecie (od cyfryzacji i amerykanizacji usług do wojny za progiemn) jestem bardziej ostrożny. Skoro autorytarni populiści doszli do władzy w 1/4 krajów Europy, a szykują się na kolejne, przyszłość nie wygląda wesoło.

Dla osób urodzonych w gorszych warunkach, bez wsparcia rodziców, nastały ciężkie czasy. Znacznie trudniej niż przed 1-2 dekadami spełnić „polski sen” (domek na przedmieściu dużego miasta, albo chociaż 3-pokojowe mieszkanie + dobre auto + dwójka dzieci + pies). Z kilku powodów.

Populiści rządzący Polską przez 8 lat doprowadzili do sytuacji, w której wartość pieniądza zanurkowała. Ich następcy patrzą na sondaże i płacą coraz większe odsetki od długu. Nieruchomości podrożały drastycznie (ponad 100%), podobnie jak większość usług (od prywatnego szkolnictwa, przez leczenie aż do budowlanki). Nawet chleb jest 3 razy droższy. Samochody, tylko 100%. Co robić?

Rada 1. Nie dać się unieść fali. Współczesny konsumpcjonizm, kulturę nadmiaru porównamy do fali morskiej. Im wyższa, szersza, dłuższa, tym trudniej się przed nią obronić. Jeden upadek pociąga za sobą następne. Wokół wszyscy żyją podobnie.

A tu właśnie trzeba inaczej. Stosować stare zasady naszych babć. Zostać trochę z tyłu. Prowadzić budżet, starać się kupować lokalnie, rzeczy dobrej jakości za rozsądną cenę. W barterze, za gotówkę. Raczej kupić i przeczytać książkę niż karmić cyfrowego molocha Netflix+Meta+…. . Nie wyrzucać lecz reperować. Postawić na więzi, małe społeczności, a nie na odległych cyfrowych znajomych. Odrzucić „wygodny” najem albo „współdzielenie” na rzecz własności.

I codziennie oddalać się od Matrixa. Takie działania łatwiej podjąć klasie średniej, ponieważ w domach dostali solidną edukację, o skutkach odroczenia przyjemności doskonale wiedzą. Rozumieją skutki wszelkich konsumpcyjnych szaleństw od znajomości z Tindera, aż po 1 mln kredyty na kawalerkę w centrum Warszawy czy Sopocie.

Rada 2. Wybrać odpowiednie miejsce do życia. Mega ważna decyzja – gdzie osiądziemy. Każda lokacja ma wady i zalety. Pytanie, które przeważą. Na blogu proponuję wybranie wsi czy niewielkiego miasta zamiast aglomeracji. Tak po prostu żyje się łatwiej i nie ma takiej presji jak w Big Five. Brakuje też wielu atrakcji.

Pokolenie 50+ wybrało drogę z małych miast do stolicy. Wielu udało się zapuścić korzenie i stworzyć dobre podstawy bytu. Zakorzenić się. Ale z czasem stawało się to trudniejszym. Patrzę np. na rodzinę – pracowniczka służb społecznych + mąż-ekonomista. 3 pokoje na kredyt – Białołęka. Dojazdy do pracy. Męka korków. Ich syn, niespełna trzydziestolatek, wybrał przeprowadzkę do rodziny żony na południowe Podlasie. Pracuje jako kucharz w niewielkiej knajpie. Ona gdzieś w handlu. Pensyjki skromne, ale i wydatki niewielkie. No i spokojne życie. Dzieci z babcią, dziadkowie oddali młodym piętro w domu. Win-win.

I ludzie z klasy niższej mogą iść tą drogą. Często idą. Wyobraź sobie kierowcę rozwożącego pieczywo małym busem. Ile zarobi? 4-5k, pewnie dokładnie tyle. Czy utrzyma się w dużym mieście z czynszem najmu 3k i żoną na minimalnej? Sądzę, że będzie trudno. A u dziadków na wsi? Bez problemu. Tu nawet żona może nie pracować. Coś dołoży państwo, jedzenie rośnie w ogrodzie (nie samo, wymaga sporo pracy). Nie trzeba „weekendowego resetu”, bo i po czym. Koszty domu rozkładają się na dwie rodziny, więc wychodzi sporo taniej niż w mieście. A nadwyżki pozwalają na inwestycje.

I teraz uwaga – nie słuchać mnie ślepo, tylko liczyć. Oświetleniowiec eventowy potrzebuje miasta, ale już stolarz – absolutnie nie. Tak samo w klasie średniej.

Rada 3. Oszczędzać i inwestować. Przejście z klasy do klasy nie koncentruje się na pensji. Złotówki nie są znaczone. Czy lepiej mieć wysoką pensję czy dochód z inwestycji? No chyba jednak inwestycje i kapitał pewniejsze. Zwłaszcza w klasie niższej.

Ale inwestując, należy uważać, żeby nie popaść w dwa skrajne błędy, o których opowiadają „Pamiętniki włościan”. Pierwszy – kupowanie drogo (zły timing), co obniża stopę zwrotu, drugi – nadmierna ostrożność. Chłop sprzed stu lat miał dwie opcje: ziemia i złoto. Ziemia dawała mu chleb i poważanie. Tylko przy takich cenach + kredycie, znalazł się dokładnie w tym samym miejscu w jakim był korposzczur kupujący w 2007 r. 5 mieszkań inwestycyjnie na kredyt we frankach. Po załamaniu zabrakło mu płynności i gotówki na raty. Wtedy Żyd (a współcześnie bank), zabierał „inwestycję”.

A duża ostrożność? No cóż, trzeba kupować w dołku. Tylko tak zrobić najtrudniej. Nikt się nie spiera, że lepiej było kupić w 1933 r., niż w 1927 r., ale kto tak robił? Bo w dołku panuje strach. Zwłaszcza w gromadzie i wśród ludzi, którzy myślą grupowo.

Rada 4. Wybierać wykształcenie, które da lepszą pensję.

Przez wieki były to studia. Teraz niekoniecznie. Znam dwie przyjaciółki. Jedna skończyła szkołę, potem studia, poszła do urzędu na pensję (obecnie) 6-7k. Druga skończyła technikum gastronomiczne i otworzyła biznes turystyczny. Dzisiaj zarabia 30-40k/m-c. Obie startowały z tego samego punktu. Obie równie pracowite. Zdecydowało wykształcenie – wyższe wcale nie stało się przepustką do zamożności.

I mógłbym przykłady mnożyć. Dzisiaj na moim dachu siedzi blacharz. Popracuje 2 dni i zarobi 3k na czysto (1,5k dniówki). Przy 22 dniowym miesiącu pracy – 33k. Przy 15-dniowym – 22k. Nie martwi się niczym, poza złą pogodą i awarią busa. I teraz porównaj jego sytuację i możliwości z pracownikiem korpo zarabiającym 10k netto miesięcznie, którego dzienna stawka wynosi 0,5k dziennie. Jaki sens kończyć, przykładowo ekonomię, poświęcać kasę, uczyć się do 24 r.ż , żeby zarabiać 3 razy mniej niż gość, kończący edukację w wieku 16 lat i jako 20-latek posiada praktykę? Żaden. Podobnie jak praca za 33k jako blacharz po skończeniu ekonomii.

Dlatego, poza niewątpliwymi zaletami socjoekonomicznymi (np. postrzegania oczekiwań jako rodzica w szkole) oraz pracą w cieple, trudno mi znaleźć argumenty do pracy za 1/3 stawki po poświęceniu na naukę 8 dodatkowych lat. Dodatkowo, przedstawiciel klasy niższej będzie zmagał się w korpo z ciągłym brakiem kapitału kulturowego. Wybiją się jednostki, a my mówimy o szansach statystycznych.

Dlatego przeciętnie – lepiej zostać blacharzem za 22k/m-c i pracować 3-4 dni/tydzień niż zarabiać 10k przez 5 dni i jeszcze czekać na łaskawy urlop. A zwłaszcza gdy mamy zdrowie i predyspozycje do takiej pracy.

Rada 5. Pracować. Blacharz, żeby coś zarobić, musi pracować. Korposzczur może markować pracę. I tu też tkwi różnica. Rzemieślnik-partacz, wiecznie nawalony bumelant szybko zostanie zweryfikowany przez rynek.

Dlatego, wydostając się z klasy niższej, trzeba ciężko pracować. Na pocieszenie – podobnie jest z przejściem do wyższej. O ile nie wygramy w Lotto (ale to już temat na inną opowieść).

Stosując się do tych pięciu rad człowiek z klasy niższej ma szansę dostać się do średniej. I tego wszystkim życzę.

Anty-samowystarczalność. Jeszcze o idei, która jest mi obca.

Dzisiaj publikuję poświąteczną refleksję, przygotowaną wstępnie w grudniu 2025r. Dwa powidoki tego, jako obecnie wygląda przygotowanie potraw i do czego wszystko zmierza.

Obraz 1. Wigilia w pracy. Mała grupa pracowników mojego działu organizuje sobie co roku drobne przyjęcie przed-Wigilijne. Każdy przynosi coś swojego. Dokupowano tylko napoje, chleb, łososia. Tak było jeszcze w zeszłym roku. Trochę zmienił się skład i … szeroko otworzyłem oczy. Do grupy doszły ostatnio 4 młodsze ode mnie o ponad dekadę, ale i starsi zmienili zwyczaje. Dlatego:

  1. Większość produktów (połowa ciast, barszcz, pierogi, sałatki) pochodziła ze sklepu lub garmażerki.
  2. Barszczu Krakusa w kartonie nie udało się nawet podać (wystrzelił w kuchence mikrofalowej).
  3. Dzięki żonie byłem jedyną osobą, która przyniosła wyłącznie dania domowe (każdy miał listę z 2 „potrawami”). W przypadku kumpla, świeżego rozwodnika, nie dziwił asortyment „chleb+łosoś wędzony”, ale już nasz rówieśnice z pierogami z garmażerki nieco mnie zszokowały.

Żeby nie było, podobnie miała moja żona. Na 6 osób, tylko ona przyniosła „swojskie”. Królowały: Biedronka + garmażerka.

Obraz 2. Cennik dań wigilijnych. W sobotę, 27.12. poszliśmy z psem na spacer i uzupełnić zapasy pieczywa. Ja zostałem z kundlem, a żona zeszła do piekarni. Nudząc się, czytałem menu, zlokalizowanej blisko lubelskiego Mordoru garmażerki. I oczy wychodziły mi z orbit:

  • uszka – 150 zł/kg,
  • śledź w oleju – 65 zł/kg,
  • pierogi z kapustą – 45 zł/kg.

Więcej nie zapamiętałem.

I teraz refleksja. Kiedy zmienił się świat? Czy ja coś przegapiłem? Ludzie serio zapraszają rodzinę i serwują im uszka ze sklepu, ani nie potrafią zrobić śledzia w oleju? No właśnie, nie potrafią, czy idą po linii najmniejszego oporu? Nie chce im się. W dobie programów kulinarnych, internetu, kiedy prawie każda gospodyni z klasy średniej ma Thermomix-a lub przynajmniej Lidlomix-a?

Drugą stroną pozostaje cena. Przecież śledzie kosztują 40 zł w detalu. Do tego olej – kilkanaście. W przypadku uszek przebitka wychodzi jeszcze większa (połowa mąka – 2 zł/kg, reszta woda, sól, jajko, grzyby – najdroższe może 50 zł/kg).

W tym wszystkim gdzieś gubi się magia spotkań z rodziną. To już jest kompletna anty-amowystarczalność. Sklep/buda z żarciem dostarcza nawet potrawy na Wigilię do biur i do domów. Kupujemy wszystko, płacąc za to drożej niż kiedyś. Wymiana sąsiedzkich przysług gwarantowała brak podatków. Uszka kosztują 150 zł/kg (koszt produktu 30zł/kg, a przy samodzielnym zbiorze grzybów 5 zł/kg) ponieważ:

  • trzeba zapłacić pracownikom, ich pensje, ZUS, NFZ, PIT,
  • właściciel lokalu domaga się czynszu, elektrownia, spółka wodno-ściekowa, śmieciarze też wezmą swoje,
  • na koniec własne podatki i składki przedsiębiorcy.

Kiedyś wystarczyła babcia, ciotka, sąsiadka, której dostarczono „na wymianę” coś innego, albo zwyczajnie przyjęcie składkowe.

Chwilę później czytałem „Five acres and Independence” i „Living a good life” i przeniosłem się do innej epoki.